środa, 13 czerwca 2018

A bagno na to: No pasarán!

Po Roztoczańskiej 13 miałam tylko tydzień na regenerację siebie i mojej kostki, czyli mało. Kostka na szczęście „odpykła” już w niedzielę, więc tylko uważałam jak chodzę, żeby jakoś krzywo nie stanąć.
W piątek na podbój Mazur ruszyliśmy stałym składem (my i Krzysztof) uzupełnionym nowym nabytkiem towarzyskim – Sylwią z Krakowa.
Do Barczewa dotarliśmy dość wcześnie. Muszę przyznać, że organizacja bazy zrobiła na mnie wrażenie. Rejestracja, wydawanie pakietów startowych, życzliwi i uśmiechnięci organizatorzy, strzałki, drogowskazy, informacje na każdym kroku – boszszsz, gdyby tak było na wszystkich imprezach…
Ponieważ mieliśmy sporo wolnego czasu, postanowiliśmy wskrzesić tradycję przedstartowej pizzy i ruszyliśmy na poszukiwania pizzerii. No i tu się trochę rozczarowaliśmy, bo pizzę podawano w jednej jedynej restauracji, a do tego trzeba było na nią czekać półtorej godziny! Zamówiliśmy więc bardziej egzotyczne danie – pierogi z łososiem, a Sylwia i Krzysztof poszli w klasykę – kotlet z frytkami.
Ostatnio Tomek żalił się  swoim znajomym, że startując ze mną biega poniżej swoich możliwości, postanowiłam więc iść sama, żeby mógł w końcu rozwinąć skrzydła. Najwyraźniej jednak lubi być uciemiężony przez wredną żoną, bo uparł się iść razem ze mną. Trudno. Dla mnie oznaczało to bieg powyżej moich możliwości, a wynik i tak do d..y:-(
Na starcie ustawiliśmy się w dwa rzędy, dostaliśmy mapę pod nogę i czekaliśmy na hasło organizatora, że już można wziąć mapy do ręki.

Wszyscy karnie czekają na sygnał.

Jak to przeważnie bywa, do wyboru były dwie opcje - w prawo lub w lewo, czy raczej w tym przypadku - bardziej w górę lub bardziej w dół mapy. Postanowiliśmy zacząć od góry i ruszyliśmy na szesnastkę, jak zresztą wiele osób. Bałam się, że temperatura wykończy mnie tak jak na Roztoczańskiej 13, ale na szczęście wiał ożywczy wietrzyk i nawet bieg nie był torturą.

  
I ruszyliśmy!

Ruiny na szesnastce wyobrażałam sobie jako takie ruiny historyczne, do zwiedzania i byłam bardzo zawiedziona kiedy na miejscu zastaliśmy kupkę całkiem współczesnych cegieł. Czyli było jak w codziennym życiu - oczekiwania mają się nijak do rzeczywistości.
Na kolejny zaplanowany punkt - szóstkę można było pójść wygodnie drogami od północy albo fragmentami ścieżek, po nie wiadomo jakim terenie, od południa. Od południa wyglądało, że jest bliżej, co oczywiście nie zawsze oznacza szybciej. Nawet nie było źle, udało się suchą nogą sforsować kanałek, a odpowiedni brzeg bagna znaleźliśmy już po jednokrotnym okrążeniu go.
Do czternastki przez większą część trasy wiodła droga, która mostkiem przeprowadziła nas przez kolejny kanał. Ambona widoczna była już z daleka.

 Ambona na PK 14
Z czternastki planowaliśmy iść na dwójkę, ale grupa z którą podbijaliśmy punkt tak nas zasugerowała rozmową o trzynastce, że odruchowo i zupełnie bezmyślnie poszliśmy na ten nieszczęsny PK 13. Kiedy zorientowaliśmy się co robimy, szkoda już było wracać. Nie pozostało nic innego jak zmodyfikować plany. Trzynastka była banalnie łatwa, w wiacie przy drodze, a do trójki, która po zmianie planów była kolejna, prowadziła wygodna droga. Punkty o nazwie „brzeg jeziora” były moimi ulubionymi, bo jak jezioro, to wiadomo - moczenie czapeczki:-)
Po trójce można było iść albo na czwórkę, albo na osiemnastkę. Ponieważ do czwórki trzeba by się przebijać na azymut, a do osiemnastki prowadziły drogi, więc wiadomo co wybraliśmy. Już nad samym jeziorem, w poszukiwaniu cypelka przedzieraliśmy się wzdłuż brzegu przez dziesiątki leżących drzew. Niezła gimnastyka.

Chyba muszę się zapisać na jakiś trening ekwilibrystyczny.

Czwórka i dziewiątka to punkty z opisem "brzeg bagna". Prawda, że zachęcające? Szukaliśmy ich w towarzystwie tysięcy komarów i much, które zresztą, jako stworzenia bardzo towarzyskie, spędziły z nami cały dzień.
PK 5 już na odprawie organizator polecał jako świetne miejsce kąpielowe. Faktycznie plaża aż kusiła, ale ograniczyłam się tylko do polewania wodą i tradycyjnego moczenia czapeczki. 


Chwila ochłody - cudowne uczucie!

Siedemnastka na skraju lasu nie nastręczała trudności, a i dojście do niej było cywilizowane.
Zebraliśmy się stamtąd żwawo, bo na horyzoncie majaczyła nam wizja sklepu. Cały czas szliśmy wzdłuż jeziora, bo od drogi, która nieco skróciłaby dystans oddzielał nas zbyt szeroki kanałek, na którym na całej długości nie było ani jednego mostka! Moczyć się nie było warto, bo jeszcze nie byliśmy nawet w połowie drogi, a poza tym woda wyglądała na głęboką. Ale w sumie do mostu nie nadłożyliśmy jakoś strasznie dużo. W sklepie od razu rzuciliśmy się do lodówki. Ja chwyciłam cytrynową lemoniadkę, co to nosiła nazwę piwa bezalkoholowego, Tomek medytował i medytował i otwierał to prawe, to lewe drzwi żeby w końcu wyłowić odpowiedni napój.
Jakie piękne chwile spędziliśmy w tym sklepie!

 Bartołty Wielkie i sklep z cudowną chłodziarką.

Po sklepie zaliczyliśmy stare wyrobisko na siódemce, za to w drodze na ósemkę, gdzie szliśmy na azymut, trochę nas zniosło na północ. Co chwilę drogę zagradzały nam metalowe ogrodzenia, ale co od czego odgradzały? Nie mam pojęcia.
Dziesiątka i jedenastka miały rozświetlenia i bałam się, że widocznie są trudno znajdowalne, ale nie było tak źle. No, może dziesiątka stała ciut obok właściwego miejsca, ale w kilka osób jakie zgromadziły się tam jednocześnie, udało się ją wyczesać.
Od jedenastki żyłam już nadzieją na punkt żywieniowy, ale po drodze musieliśmy jeszcze znaleźć dwunastkę. Poszukiwana ambona miała znajdować się gdzieś na końcu niebieskiego, mokrego zawijasa na mapie. Chwilę błądziliśmy, ale Tomek w końcu zlokalizował właściwe miejsce.

Już widzimy w oddali ambonę.

Wreszcie dotarliśmy do upragnionego przeze mnie punktu żywieniowego. Nie żebym nie miała co jeść po drodze, ale w biegu to mi całkowicie nie wchodzi. A na punkcie zawsze jest pretekst żeby się na chwilę zatrzymać, a nawet przysiąść. Zaopatrzenie było zacne, a wybór napitków szeroki. Wody organizatorzy zapewnili taką ilość, że nawet można było się nią polewać, co przy panujących temperaturach wręcz ratowało życie. Oczywiście nie omieszkałam skorzystać i kazałam sobie nalać do czapeczki. Do pełna!

Odpoczynek ma punkcie żywieniowym.

Miło było, ale w końcu trzeba było ruszyć dalej. Co prawda zostało nam jeszcze tylko pięć punktów do zebrania, ale kilometrów mieliśmy do pokonania dużo. Do piętnastki umiejscowionej na brzegu rzeki polecieliśmy drogami, dopiero ostatni odcinek na przełaj. Punkt wisiał po jednej stronie rzeki, nasza dalsza trasa była po drugiej stronie. Na odprawie organizator coś mówił o możliwości przeprawienia się na drugą stronę i trochę liczyliśmy na mostek. I faktycznie - można było przedostać się, tyle że w bród. To było nasze pierwsze pełnowymiarowe moczenie butów. Wreszcie! Już się obawiałam, że na metę dotrzemy jak te palanty - w ogóle nie zmoczeni:-) No a poza tym, jaka to przyjemność w gorący dzień tak się schłodzić. Prawdę mówiąc to byłam gotowa resztę dnia spędzić spacerując od brzegu do brzegu.
Z piętnastki do dwudziestki przemieszczaliśmy się asfaltem, znowu odwiedzając Bartołty Wielkie. Liczyliśmy na jakiś sklep w drugiej części miejscowości, ale chyba mają tam tylko jeden. Ból z powodu braku sklepu złagodziłam ketonalem. Przy okazji mógł mi też pomóc na plecy. Dwudziestka nie dostarczyła nam żadnych atrakcji, za to PK 21 nadrobił to z nawiązką. Punktu szukaliśmy z dużą grupą uczestników krótszej trasy. Lampion stał w małym bagienku i oczywiście mi ono wystarczyło żeby jedną nogą wpaść prawie po kolano, a drugą po kostkę.
Na kolejny punkt szliśmy już z ludźmi z trasy 25 km. Po drodze Tomek starał się zrobić na nich dobre (?) wrażenie i idąc za mną, co chwilę walił mnie to po plecach, to po głowie. W ten sposób bronił mnie przed pożarciem przez muchy i komary, a owadzi trup ścielił się gęsto.

PK 2 na górce.

Po dwójce została nam już tylko jedynka oddalona o lata świetlne. Co prawda większość trasy można było pokonać asfaltem, ale najpierw trzeba było się na niego wydostać. Myśleliśmy, że uda się wstrzelić w prześwit pomiędzy dwoma bagnami i szybko dotrzeć do drogi, ale poszliśmy za bardzo na zachód i w efekcie musieliśmy okrążyć cały wielki podmokły teren, dokładając sobie trochę odległości.  Po raz ostatni użyliśmy muggi, wypsikując ją do końca i stając się całkowicie bezbronnymi w ewentualnym kolejnym starciu z owadami. Tuż po wyjściu na asfalt spotkaliśmy Adama M., ale on leciał na czternastkę, szóstkę i szesnastkę. Czyli miał dużo więcej do zrobienia niż my. Zmotywowana, że jesteśmy lepsi od niego, starałam się biec, ale byłam już bardzo zmęczona i jak było chociaż ciut pod górę, to tylko lazłam. W końcu zeszliśmy w polną drogę, doszliśmy do mostku na kanale i już miałam przejść na drugą stronę, kiedy uświadomiłam sobie, że przez taki mostek Tomek nie przejdzie.  Jeszcze pełna nadziei spytałam:
- Przejdziesz?
- Raczej nie – powiedział oglądając pozostałości niegdyś szerokiej i wygodnej przeprawy.
Siadałam sobie przy mostku czekając na decyzję i w końcu padło dobitne:
- Nie przejdę.

Mostek okazał się nie do przejścia.

Przez chwilę myśleliśmy o opcji – ja przechodzę, Tomek leci naokoło, ale zaraz zaczął mnie odwodzić od tego pomysłu, bo deska wąska, a ja się ledwo trzymam na nogach, bo woda na pewno głęboka i jak wpadnę, to się utopię, bo to, bo tamto. Czułam się jak Iwona, księżniczka Burgunda, której tak długo wmawiano, że się udławi ością, aż w końcu się udławiła. Ja też już w pewnym momencie tak byłam zasugerowana, że na pewno wpadnę do kanałku, że wolałam odpuścić. Mieliśmy dwa wyjścia – wrócić do asfaltu i wstrzelić się w kolejną drogę z kolejnym mostkiem, albo próbować iść do tego mostku wzdłuż kanału. Chyba obydwoje doznaliśmy totalnego zaćmienia umysłu, bo postanowiliśmy iść na przełaj. Jakbyśmy nie mieli przed oczami mapy, gdzie wyraźnie widać było, że nasz pomysł z góry skazany jest na niepowodzenie.  Początek nawet zapowiadał się nieźle, bo udało się bez problemów sforsować mały kanałek dochodzący do głównego, a przedzieranie się przez roślinność wyższą od człowieka przywoływało fantazje o amazońskiej dżungli i wycinaniu sobie drogi maczetą.  Czyli przygoda i świetna zabawa. Ale wiadomo – miłe złego początki. Zabawa szybko się skończyła, a zaczęła walka o przetrwanie. Przynajmniej w moim przypadku. Po kilkudziesięciu minutach błąkania się po mokradłach byłam niemal nieprzytomna ze zmęczenia, potykałam się niemal co krok i przysięgam – gdyby nie stada much i komarów atakujących każdy zbyt wolno uciekający obiekt, to położyłabym się tam, gdzie stałam i żadna siła nie zmusiłaby mnie do zrobienia choćby jednego maleńkiego kroku. Chyba Tomek musiałby wzywać posiłki żeby mnie wywlec z tych szuwarów. Pożarcie żywcem przez owady wydawało mi się jednak mało romantyczną śmiercią, a nawet wręcz nieestetyczną, szłam więc jak automat za głosem Tomka, bo przecież przez te chaszcze nie było go nawet widać. Po ponad godzinie w końcu wyszliśmy najpierw na łąkę z niziutką trawą, raptem po pas, potem na drogę, w końcu na asfalt. Musiałam marnie wyglądać, bo Tomek chciał dzwonić po transport dla mnie. No ale taki obciach? W życiu! Postanowiłam jakoś doczołgać się do mety, już olewając ten jeden punkt. Kiedy jednak zjadłam coś słodkiego, popiłam mieszanką piwa (bezalkoholowego, żeby nie było) z izotonikiem, a pod nogami poczułam równy grunt, powoli w tyle głowy zaczęła kiełkować  myśl, że może by tak jednak tę jedynkę to wziąć. Wyszło nam, że do końca limitu powinniśmy się wyrobić, nawet snując się ospale, a wynik i tak już mieliśmy skaszaniony, więc nie było się gdzie spieszyć.  Już przy samym punkcie trochę się pogubiliśmy, bo ze zmęczenia Tomek już nie panował nad kierunkami świata, a ja w ogóle zgubiłam moją mapę gdzieś na bagnach i w całkiem straciłam kontakt z orientacją.
Na metę zdążyliśmy tuż przed końcem limitu, a niesieni dopingiem tych, którzy przybyli już wcześniej, nawet  podbiegliśmy kilkanaście ostatnich metrów, żeby zrobić dobre wrażenie:-)

 Upragniony widok!

Na mecie czekała (o, cudowni organizatorzy!) niegdyś zimna (ale co tam) butelka piwa i obiad. Dołożyłam do tego jeszcze swój sok pomidorowy i po pół godzinie od powrotu byłam najedzona i napita po kokardę. Tylko wykąpać się nie mogłam, bo mój hart ducha poległ na wieść o lodowatej wodzie w kranach. Jeszcze poczekaliśmy na dekorację zwycięzców, żeby zobaczyć jak wygląda czołówka i sporo przed północą ruszyliśmy w drogę powrotną.

2 komentarze:

  1. Siódemeczka jakoś tak bezboleśnie wam weszła. Na 3DRerun widziałem, że możni tego świata sporo czasu tam zmarudzili. Szacun za wytrwałość!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie z innej strony do niej podchodzili.

      Usuń