piątek, 9 listopada 2018

Nieźle nam Hała w kość dała

Niewiele brakowało a Jesienna Hała przeszłaby nam koło nosa. Organizator w pierwszej wersji wybrał dość abstrakcyjny termin, kiedy wszyscy wybierali się na GeZnO, a przecież nie rozdwoimy się żeby być i tu i tu. Od razu więc oprotestowałam ten termin, a ponieważ protestujących było dużo więcej, więc ostatecznie Hała przesunęła się na 3 listopada.
Już kilka dni przed imprezą prognozy pogody zaczęły nas straszyć deszczem i faktycznie sobotni poranek (poranek? piąta rano!) powitał nas deszczem przechodzącym w mżawkę. Niby w ciągu dnia opady miały zaniknąć i kurczowo trzymałam się tej wersji. Największy dylemat miałam oczywiście co na siebie włożyć, bo można kurtkę przeciwdeszczową i zapocić się na śmierć, albo bieliznę termiczną i przeciwwiatr i przemoczyć się całkowicie. Z jakiegoś powodu (???) wybrałam opcję drugą.
Wystartowaliśmy o 8.20. Mapa składała się z dwóch części - na prawo od bazy i na lewo od bazy. Ja jakoś odruchowo chciałam w prawo, ale Tomek stwierdził, że na lewo są PK o wyższej wartości i jest ich więcej, więc lewa strona jest bardziej perspektywiczna.  Jak dla mnie lewa czy prawa w sumie nie robi różnicy - byle ruszyć, bo zimno i mokro.

 Ruszamy!

Zaczęliśmy od O 11 - ilość latarni na peronie. Weszliśmy na jakąś łąkę, a Tomek zaczął liczyć słupy przy torach. Czekałam więc cierpliwie kiedy wreszcie pójdziemy na ten peron, a ten mi mówi, że już jesteśmy. No śmiech normalnie - czy ja nie wiem jak peron wygląda?? Ale wyobraźcie sobie, że ta łąka to na serio był peron. Dziwne miejsca są jednak na świecie.

 W drodze na peron, jeszcze uśmiechnięci:-)

Z jedenastki chcieliśmy iść na L 27, ale że nie chciało nam się lecieć naokoło asfaltem (dużo nadkładania), postanowiliśmy iść tak trochę po ścieżkach, trochę na azymut. Mieliśmy nadzieje, że przez rzeczkę będzie jakieś przejście. Cóż, nasza nadzieja okazała się płonna i musieliśmy jak niepyszni podwinąć ogony i wycofać się rakiem. Ale obciach. W tej sytuacji, w ramach protestu, postanowiliśmy w ogóle zbojkotować PK 27 i iść na L 33. Ten na szczęście okazał się łatwy i w dotarciu i w odnalezieniu. L 25 także nie przysporzył nam kłopotów.
Po L 25 zmieniliśmy koncepcję i zamiast iść w dół mapy, ruszyliśmy wręcz przeciwnie - na północ do O 15 (kapliczka z figurkami), żeby potem wyhaczyć dwa wysoko punktowane wycinki do dopasowania - L 50 i L 59. Teoretycznie miało być łatwo, bo mapa pokazywała prostą drogę między punktami, ale wiadomo, że teoria do praktyki ma się nijak. Najpierw weszliśmy w sady - tony niezebranych, marniejących jabłek leżały wszędzie i aż żal serce ściskał, że tyle dobra się marnuje. Potem natrafiliśmy na stadninę i zaprzyjaźniliśmy się z konikami, a na końcu drogę przegrodziła nam brama gospodarstwa. A ostrzegał organizator żeby trzymać się z daleka od sadów!

Pozował jak rasowy model.

Widząc gospodarza zmierzającego w naszą stronę, od razu, zanim zdążył postawić kosę na sztorc, przyjaźnie zagadałam do niego:
- Dzień dobry! Proszę nam powiedzieć, czy da się jakoś tu w okolicy przejść do rzeczki, na mostek, bo wie pan - mamy zawody na orientację i nie bardzo się orientujemy....
Pan był bądź gołębiego serca, bądź chciał się szybko pozbyć intruzów, bo przeprowadził nas przez swoje podwórko i wypuścił drugą bramą prosto nad Tarczynkę.
L 50 był pierwszym punktem, który dał nam w kość i zmarnował masę czasu. Lampion miał być nad rzeczką, na skrzyżowaniu nasypu z jarem, a przynajmniej tak to wypatrzyliśmy na maleńkim wycinku. W okolicy miejsca docelowego spotkaliśmy innych zawodników odchodzących już od punktu, a po chwili czesania spotkaliśmy też Chrumkającą Ciemność. Pokazali nam mniej więcej kierunek poszukiwań i ostrzegli, że lampion jest trudny do znalezienia, a oni sami trafili tylko dzięki konkurencji. Faktycznie - prawie pół godziny błąkaliśmy się po okolicy sprawdzając niemal każdy krzaczek, żeby w końcu, po ponownym namierzeniu się od wcześniejszej drogi, odkryć, że szukamy po złej stronie ścieżki. Dodatkowo lampion tak był skitrany w krzaczorach, że przedarcie się do niego było nie lada wyzwaniem.
Sąsiedni PK też był wycinkowy i dobrze punktowany. Nie wyglądał na zbyt trudny. Na drogę, przy której miało być wyrobisko trafiliśmy bez problemu, aczkolwiek nie wiedzieliśmy, w której jej części wyszliśmy. Poszliśmy więc kawałek w jedną stronę, potem kawałek w drugą, potem, potem w trzecią, bo wydawało się za daleko i tak podczas tego spaceru w końcu Tomek wykoncypował, gdzie dokładnie jesteśmy, a potem to już była kwestia dokładnego namierzenia się. Okazało się, że lampion umiejscowiony jest na wyspie, do której wiódł długi zielony mostek. Żeby jednak dostać się do tego mostku musieliśmy wcześniej sforsować mocno pochyłą błotostradę i ruinę wcześniejszego mostu. Na błotostradzie spotkaliśmy Przemka wracającego już od punktu.

Chyba najładniej położony punkt

Do L 31 wiodła prosta droga i wyglądało, że tym razem nie uda nam się nic zepsuć, ale i tak straciliśmy z dziesięć minut na szukanie lampionu, wiedząc cały czas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Ja sama ze trzy razy przeszłam obok niego w ogóle nie zauważając go w gęstwinie.
Do L31 poszliśmy wzdłuż jeziora planując przejść na drugą stronę drogą prowadzącą przez groblę, ale okazało się, że droga może kiedyś i tam była, ale musiało to mieć miejsce ze trzydzieści lat wstecz. Tym sposobem ominęliśmy nasz punkt idąc po złej stronie wody i dopiero duuużo dalej znaleźliśmy przeprawę na słuszną stronę. Na tych kombinacjach straciliśmy ze dwadzieścia minut.

Przekraczamy strumyk starym jazem, żeby dojść do grobli.

Do O 41 było dla odmiany łatwo, bo drogami, a u celu czekał zabytkowy wóz strażacki.

Fotka z zabytkiem obowiązkowa!

Przy tym punkcie zorientowaliśmy się, że czasowo stoimy źle, a nawet bardzo źle i praktycznie to trzeba już zawracać w kierunku bazy, jeśli chcemy wyrobić się w limicie. A plany mieliśmy taaakie bogate. W wersji optymistycznej to nawet L 101 chcieliśmy zaliczyć:-))) Na początek odpuściliśmy  L 66, L 30 i L 39 i ruszyliśmy w kierunku L 54. Wyglądało na to, że limit wtop już wyczerpaliśmy i ten punkt oraz kolejny zaliczyliśmy z marszu. I całe szczęście, bo zaczynałam mieć już dość - byłam totalnie przemoczona i mimo podbiegania (gdzie się dało) zmarznięta, a z tyłu głowy już mi kiełkowała wizja zapalenia płuc.

L 68 - urokliwa rzeczka, w której Tomek testował wodoszczelność kamery (patrz film).

L 51 - nasz kolejny punkt to północno wschodni brzeg lasku i prawie trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Ale jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę. Jakiś sabotażysta przed laty obsadził poszukiwany przez nas teren nowymi nasadzeniami, które przez 30 lat ciut podrosły i zupełnie zmyliły nas i wyprowadziły na manowce. Dopiero dokładne liczenie odległości i wnikliwa obserwacja przyrody naprowadziły nas na właściwe miejsce.
Kolejny wycinek postanowiliśmy dopasować już na miejscu, szczególnie, że wiodła tam wygodna (aczkolwiek długaśna) droga i wiadomo było, że na pewno trafimy we właściwe miejsce. To był nasz błąd. Owszem - trafiliśmy i dopasowaliśmy, ale okazało się, że punkt był wart tylko 17 punktów i lepiej było pójść na O 77:-(
Kolejne wycinki dopasowywaliśmy już przed wymarszem, ale akurat więcej takich niemiłych niespodzianek punktowych już nie było.
L 56 wzięliśmy bez problemu, ale już L 63, w okolicach którego spotkaliśmy Basię z Darkiem i Chrumkającą Ciemność, troszkę nam napsuł krwi, bo weszliśmy nie w tę ścieżkę co trzeba i musieliśmy się kawałek wracać. Na szczęście nie zajęło nam to jakoś dramatycznie dużo czasu.
Po L 63 myślałam, że pójdziemy na kolejny wycinek - L 57, ale Tomek zadecydował, że bierzemy L 27. No ale jak to?? Przecież mieliśmy go zbojkotować?? I trzeba było tak zrobić, bo to był jakiś bardzo wredny punkt i w ogóle nie chciał nas do siebie dopuścić z żadnej strony - przedtem od północy, teraz od południa. Zamiast punktu właściwego wzięliśmy stowarzysza, bo drogi na mapie nie zgadzały się z tymi w terenie, a jakoś przestaliśmy pilnować dokładnego mierzenia odległości. Wredna, wredna dwudziestka siódemka!
Ponieważ do kolejnego punktu namierzaliśmy się ze stowarzysza, wiadomo, że to nie mogło się udać. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć rów i jego koniec, tyle, że nic takiego w okolicy nie było. Bo i skąd? Rów był przecież dużo dalej. Ten punkt kosztował nas prawie 30 minut oraz mapę Tomka, którą pochłonął las. Taka forma okupu za punkt:-)
W tym momencie ja miałam już serdecznie dość i bardzo chciałam wracać do bazy. Ale gdzie tam... Tomek przeliczył, że zdążymy wziąć jeszcze L 56, a jak dobrze pójdzie to i L 28.  W Bystrzanowie z podwórek wypadła na nas sfora psów w liczbie sztuk dwóch :-) i ujadaniem oraz podbieganiem do naszych kostek zdekoncentrowała nas i rozkojarzyła. Co z tego, że skręciliśmy we właściwą drogę, kiedy byliśmy pewni, że jesteśmy na równoległej, bardziej na południe, tej prowadzącej do L 28. Usiłowaliśmy więc znaleźć to L 28 i w efekcie jako 28 wbiliśmy stowarzysza L 56. Dalej nastąpiło błędne namierzanie się na L 56 (łącznie z wdzieraniem się na prywatne posesje z jeziorkami), bo przecież nie wiedzieliśmy, że stowarzysz to stowarzysz i ogólnie wyszła jedna wielka katastrofa. Nie mogąc znaleźć właściwego 56 w końcu odpuściliśmy, bo czas poganiał i wreszcie nastąpił upragniony powrót do bazy.

 Hurrra! Baza!

Byliśmy pewni, że ze swoim marnym urobkiem i zaliczeniem jedynie niewielkiego wycinka mapy będziemy na szarym końcu stawki, a tymczasem po podliczeniu wyników okazało się, że zajęliśmy przyzwoite czwarte miejsce. Najwyraźniej autor trasy mocno przeszacował możliwości uczestników i tak prawdę mówiąc wiele PK po prostu się zmarnowało, bo nikt do nich nie dotarł:-)
Pomimo trudnej trasy i wrednej pogody i tak imprezka była super i mocno polecam kolejne edycje.
Hała wcale, ale to wcale nie jest chałowa!


poniedziałek, 5 listopada 2018

Podkurek z luźną metą

Podkurek w tym roku już nie był w randze Pucharu Polski, a jedynie jako 12 runda Konkursu o Tytuł Mistrza Warszawy i Mazowsza, ale za to odbywał się wspólnie z podsumowaniem sezonu 2018 w BnO na Mazowszu i XIV finałową rundą Pucharu Warszawy i Mazowsza w RJnO - jednym słowem uczestniczyliśmy w sporej multiimprezie i na starcie pojawił się tłum uczestników. Co ciekawe - impreza odbyła się  w Centrum Edukacji Leśnej Nadleśnictwa Celestynów, co w kontekście napięć na linii organizator-nadleśnictwo w ubiegłych latach wywołało u nas klasyczny opad szczeny:-)
Etap pierwszy zadziwił nas nie mniej niż miejsce bazy. Dostaliśmy po pierwsze pełną mapę, po drugie kółeczka oznaczające miejsca PK były w ogóle niepodpisane. Autor twardo twierdził, że tak ma być, więc nie dyskutowaliśmy, tylko mapę w zęby i w las. Opis wyjaśnił nam, że nazwą punktu są numery ze słupków ZPK, które to słupki znajdują się w miejscach oznaczonych na mapie kółkami, a kodem są oznaczenia zdjęć, które mieliśmy dopasować w danym miejscu. No dobra, to dawało się jakoś wyjaśnić, ale znaczenia pełnej mapy na TZ za nic nie mogliśmy pojąć. Nie żebym narzekała, bo przynajmniej wiedziałam gdzie iść i nie wymagało to na dodatek ode mnie żadnego wysiłku intelektualnego, ale bardzo ciekawiło mnie, co w takim razie dostało TP????? Tacy byliśmy hop do przodu z tą pełną mapą, że zupełnie straciliśmy czujność i polegliśmy na... zadaniu. Mieliśmy policzyć ilość oznaczeń zielonego szlaku na zaznaczonym odcinku i żadnemu z nas nie wpadło do głowy, że znaki mogą być po dwóch stronach drzewa, słupka, tablicy, czy gdzie tam jeszcze były namalowane. Liczyliśmy tylko to, co mieliśmy przed oczami, czyli wyszło nam o połowę mniej:-( No to już chyba wiem do czego była ta pełna mapa - do odwrócenia uwagi!

 Tu nie było problemu z dopasowaniem zdjęcia.

Dobiegając do mety już z daleka zobaczylismy spory tłumek, za to już na miejscu nie udało się nam wypatrzyć żadnego organizatora, żadnej ciepłej herbatki w termosie i żadnych słodyczy. Mnie bolało szczególnie to ostatnie. Jednym słowem - mety nie było. Każdy spisał sobie czas z zegarka i nie bardzo wiedzieliśmy co dalej. W końcu Tomek zadzwonił do kierownika imprezy i co się okazało? Meta była, tylko w zupełnie innym miejscu niż zaznaczono na mapie. "Metowy" w końcu przyszedł po nas i zaprowadził do swojej wersji mety, a kolejnym przybywającym zostawił kartkę z informacją gdzie mają się kierować. I w sumie meta była najatrakcyjniejszym elementem pierwszego etapu, bo przynajmniej coś się działo:-)

Nowa meta była zaopatrzona zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Etap drugi był już poważniejszy. "Wesoły wiatrak" składał się z poskładanych wstążeczek, które trzeba było sobie w wyobraźni rozwinąć oraz z poobracanych skrzydeł. I to wszystko trzeba było jeszcze jakoś ze sobą pożenić. Nie chcąc nadwyrężać wyobraźni, od razu wyciągnęliśmy nożyczki i taśmę klejącą i zrobiliśmy sobie wygodniejszą wersję mapy. Tę wygodność zakłócały nam tylko zlustrowane fragmenty, przy których trzeba było się bardziej pilnować. Już po kilku pierwszych punktach na trasie spotkaliśmy Anię z Darkiem, którzy szli w TU, ale mapę mieli taką samą, tylko punkty się inaczej nazywały. Kurcze, to czym te mapy się różniły od siebie??? Dalszą część trasy pokonaliśmy już razem gubiąc naszych towarzyszy gdzieś na ostatnich punktach, kiedy nam się zebrało na bieganie, bo zegarek nieubłaganie wskazywał koniec limitu podstawowego.

Kooperacja na trasie.

Jako, że ja szłam z mapą nieposkładaną, to jedynie w obrębie wycinka wiedziałam co się dzieje, a za każdym przejściem na kolejny, musiałam zaglądać Tomkowi przez ramię, dokąd to nas prowadzi. Tym sposobem obraz etapu mam mocno poszatkowany, ale jedno muszę przyznać - etap był na poziomie. Najpierw poziom złapałam ja - gdzieś na rowie, usiłując go przeskoczyć, potem poziom łapała Ania - w plątaninie poszycia, a na koniec spoziomował się Tomek - na prostej drodze, aczkolwiek co nieco błotnistej i wyboistej. I tylko Darek tak trochę odstawał od grupy. Sztywniak.
Mimo pośpiechu na końcówce trasy jednak załapaliśmy się na lekkie minuty, ale przynajmniej wszystkie PK mieliśmy dobre.
Po marszach Tomek postanowił jeszcze pobiegać, ja nad bieganie przedłożyłam ognisko z kiełbaskami i pyszne ciasta. W końcu po to na trasie traciłam kalorie, żeby móc potem najeść się bez wyrzutów sumienia. A żeby jeszcze bardziej uspokoić sumienie postanowiłam zrobić trino, co to je Tomek zaczął czekając na start swojego biegu. Co prawda cała trasa miała tylko 800 metrów, ale lepsze to niż nic.

Sztuczne żeremie jako atrakcja turystyczna.

Muszę powiedzieć, że Podkurek niepucharowy, bez presji wyniku, z łatwymi mapami i nawet z zaginioną metą był bardzo przyjemną, rekreacyjną, luzacką,  niezobowiązującą i w pięknych okolicznościach przyrody imprezką. Coraz bardziej przemawia do mnie postulat niektórych osób, żeby zlikwidować PP :-)

piątek, 2 listopada 2018

Noc nie jest dla ślepych

Miało być łatwo i szybko. No bo teren znajomy i zwykła ortofotomapa. Co tu można nietypowego wymyśleć? Co najwyżej więcej czesania będzie. Po zimnym Oswajaniu Smoka Renata stwierdziła, że nigdzie nie pójdzie. Bo zimno, ciemno i ona woli odkurzacz czy jakoś tak (przedkładanie odkurzacza nad InO to dość wysoki stopień determinacji!). Oczywiście jadąc na start przejechałem dobre miejsce parkingowe i chwilę krążyłem po uliczkach, zanim zaparkowałem tam gdzie chciałem. Na starcie jakoś tak jeszcze mało osób odbiegających w siną dal. Opłaciłem wpisowe, udałem się po mapę i wystartowałem. Mapa była pod psem. Dosłownie – taki tytuł. Na kartce papieru kilka szczeniaków, które powędrowały po mapie a w dodatku pozamieniały im się łapki i co niektóre polustrowały się. Klasyka. Tzn. była by klasyka, gdyby te elementy ortofotomapy były cokolwiek większe i cokolwiek jaśniejsze.
Porównanie map z Oswoju Smoka i OrtInO
Bo oczywiście znaczną cześć treści zakryły uszy (nie wiem co to za rasa piesków, ale takie wielkouche). W porównaniu z wczorajszym Oswojem Smoka po prostu nic na mapie nie było widać. Chodziłem szukać jakąś odpowiednio jasną latarnię, zdejmowałem okulary i dopiero wtedy, dzięki krótkowzroczności, udawało mi się coś na tej mapie zobaczyć. W miarę sprawnie dopasowałem pieski (bez łapek) do siebie w 2 grupach. Tyle, że pomiędzy grupami części wspólnej już nie znalazłem. Na szczęście co nieco znając Pragę Południe wywnioskowałem, że zwaliste gmachy przy PK F to okolice ul. Kickiego, wysokie nowoczesne punktowce przy PK N i PK D to okolice Ronda Wiatraczna. Ale połączenia miedzy wycinkami nie znalazłem. Jeszcze rozpoznałem ulicę Wiatraczną i objazd do skrętu w Al. Waszyngtona. Łapek żadnych nie przypasowałem, bo i tak nie było na nich nic widać. Poszedłem po prostu w kierunku budynków Urzędu Skarbowego, gdzie był PK F. Po drodze dostrzegłem, że przechodzę przez łapkę. Oczywiście nie widziałem jaką, ale dawało się dosyć precyzyjnie określić, że są to okolice skrzyżowania Szaserów z Wiatraczną. Czesząc teren znalazłem jeden lampion i z trudem dopasowałem jedyny w miarę podobny wycinek z łapką. Zaczynało się nieźle – tzn. tragicznie. Po drugim PK poddałem się, wyciągnąłem nożyczki i zacząłem ciąć. Jednolita skala mapy pozwoliła dość precyzyjne wyznaczyć teren gdzie szukać kolejne PK. Mapa przenikała się na tyle nieoczywiście, że bez cięcia byłoby trudno. Przy PK G (widomo, takiego punktu nie ma) i tak dałem ciała, bo nie dostrzegłem lampionu tam, gdzie powinien być i wbiłem stowarzysza. Idąc na drugi zestaw piesków spotkałem Pawła. Nie miał tęgiej miny i zapytany o postępy tylko machnął ręką. Powoli czas zaczął się kończyć. Dał popalić PK przy Pl. Szembeka. Gdzieś ominąłem łapkę i będąc w ciężkich minutach wbijam cokolwiek na drzewie, by ilość PK się zgadzała. Wreszcie parki i dobieg do mety. Wyjątkowo krótki, bo po jakiś 10 metrach namacalnie kolanem sprawdziłem twardość brukowanej alejki. Grunt, że spodnie nie dziurawe. Kulejąc doczłapałem na metę. Organizator mówi, że jestem przed Marcinem, który to ruszył przede mną. No tak – mapa dała popalić – nikt nie przeszedł „na czysto” - albo czas, albo BePeKi. Myślałem, że będę na szarym końcu, a tu 3 miejsce! Zresztą przy takiej mapie, gdzie nic nie widać wyniki są dosyć loteryjne.

wtorek, 30 października 2018

Smok na Bródnie

No i znowu nie wyrabiam się na zakrętach, a tu Smoka oswajaliśmy i trzeba by naród o tym poinformować, bo przecież z bestią żartów nie ma. Tym razem gadzina zalęgła się na Bródnie - "Nad rzeczką, opodal krzaczka", czyli stosunkowo blisko nas. W tej sytuacji nie mogliśmy pozostać obojętni.
Uzbrojeni w dwustronną mapę z milionem wycinków ruszyliśmy na poszukiwania. A nie, najpierw Tomek przestudiował zasady punktacji i przekalkulował ile punktów z których wycinków warto wziąć.  Przeliczanie punktów to jest to, co mnie najbardziej na tej imprezie irytuje. Z orientacją nie ma to nic wspólnego, a traci się tylko czas na liczenie.  Dlatego też w ramach protestu nigdy nawet nie czytam opisu punktacji. Precz z PP!
Oprócz wycinków z ortofotomapy, które niestety nie pokrywały się nawet na milimetr, a jedynie stykały i do tego były poobracane i zlustrowane (niektóre), dostaliśmy też trzy kółka , które autor opisał: " zobrazowanie NMT". Nie wiem co to znaczy, ale założyłam, że nie jest to nic obraźliwego. Na wszelki wypadek jednak postanowiliśmy zignorować te wycinki i brać punkty tylko z mapy głównej.

 Tak wygląda NMT

Ortofoto nocą zawsze mi się źle kojarzy za sprawą OrtInO, gdzie na ogół nic nie widać, a wszystko maleńkie i nieczytelne, ale na Smoku było inaczej - wycinki duże, jasne, w przyjaznej skali i jeszcze porządnie wydrukowane. Tak to ja lubię. Udało się więc bez większych problemów z grubsza poskładać mapę do kupy i nawet nie musieliśmy używać do tego nożyczek, a jedynie głów. Tacy zdolni jesteśmy! :-) No dobra, niektóre wycinki dopasowywaliśmy już w terenie, na podstawie oglądu zastanej rzeczywistości i jakoś udało się. Zebraliśmy wszystko co trzeba, bez żadnego stowarzysza, tylko w czasie się nie wyrobiliśmy:-(
A mogło być tak pięknie...

piątek, 26 października 2018

Parkrun - podejście pierwsze.

Po Biegu z Radością tak się rozochociłam w biciu własnych rekordów, że od razu zaczęłam rozglądać się za jakąś kolejną piątką. Ponieważ wyjątkowo mieliśmy wolną sobotę postanowiłam przetestować parkrun. Parkrun ciągle gdzieś mi się obijał o uszy i ciągle nie było okazji zobaczyć czym to się je. Tomek oczywiście też się od razu zapalił do tego pomysłu, więc zarejestrowaliśmy się i w sobotę rano ruszyliśmy bić rekordy:-)
No dobra, przyznam się - przez moment, kiedy trzeba było rano wyleźć spod ciepłej kołdry, pomyślałam sobie, że po co mi to było, ale kiedy już wstałam entuzjazm powrócił.
Biegać mieliśmy w Parku Skaryszewskim, a wszyscy uczestnicy mieli się zebrać pod Pomnikiem Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej. Jak się okazało była to ostatnia okazja zobaczenia pomnika, bo właśnie był demontowany.
Zebrała się całkiem spora grupa - nie przypuszczałam, że parkrun jest aż tak popularny. Zidentyfikowaliśmy organizatorów, zasięgnęliśmy języka co i jak i czekaliśmy na start od czasu do czasu machając to ręką, to nogą w ramach rozgrzewki. Myślałam, że rozgrzewka też będzie zorganizowana i ktoś nią pokieruje, ale okazało się, że każdy robi we własnym zakresie. W końcu ruszyliśmy na linię startu gdzie jeszcze przez kilka minut organizator wygłaszał orędzie do ludu. W końcu padło hasło do biegu i poooszli.
Usiłowałam na początku za bardzo nie zostawać w tyle, więc biegłam ciut powyżej swojego normalnego tempa. Oczywiście wiedziałam, że nie dam rady tak lecieć do końca, szczególnie, że jestem przyzwyczajona do opcji - najpierw wolno, potem przyspieszyć. To tak zgodnie z radami kolegi, który mi zawsze mówił, że jak się zmęczyłam, to trzeba przyspieszyć. W sumie ma to sens, bo im szybciej się biegnie, tym szybciej koniec męki:-) Ponieważ parkrun to nie żadne zawody, postanowiłam więc poeksperymentować i pobiec na odwrót. Do przebiegnięcia mieliśmy dwa i pół okrążenia parku. Już pierwsze okrążenie ciągnęło się w nieskończoność, a przede mną widniało coraz mniej biegaczy. Jeszcze nigdy w życiu widok jakiegokolwiek pomnika nie wywołał we mnie takiej radości, jak widok tych żołnierzy radzieckich, bo to oznaczało, że pierwsze okrążenie mam za sobą.
- Dobra, dałam radę jedno, to i dam radę drugie - pomyślałam.
Drugie okazało się jednak jakby dłuższe i trudniejsze. Zaczęłam dyszeć jak stara lokomotywa, ale starałam się jeszcze utrzymać tempo. No ale gdzie tam, nie dałam rady i musiałam zwolnić.
- Kurde, wyprzedzają mnie starcy, kobiety i dzieci.
- Czy ktoś w ogóle jeszcze za mną biegnie?
- No przecież się nie odwrócę, bo stracę cenną sekundę!
- Dobrze, że chociaż zamykający trasę nie może mnie wyprzedzić.
Takie myśli przebiegały mi przez głowę i to jest chyba główna różnica między zwykłym biegiem, a BnO. W BnO nie ma czasu na myślenie o pierdołach, czy użalanie się nad sobą, bo jak się człowiek nie skoncentruje na mapie, to poleci na manowce i po ptokach.
Wciąż biegnąc udało mi się pokonać drugie okrążenie i zostało już tylko pół. Niektórzy wyprzedzający mnie biegacze pocieszali, że już niedaleko i stąd wnioskuję, że musiałam przedstawiać sobą obraz nędzy i rozpaczy. Przeważnie na ostatniej prostej do mety znacząco przyspieszam, ale tym razem byłam wykończona za szybkim początkiem i nie byłam w stanie. Ale przynajmniej nie zwolniłam! Jakie było moje zdziwienie kiedy po sczytaniu wyników okazało się, że poprawiłam swój rekord o jakieś pół minuty. Zakładając oczywiście, że trasa miała faktycznie 5 km, a pomiar czasu był dokładny.
Kiedy już złapałam oddech po biegu i byłam w stanie ustać na nogach szybciutko wróciliśmy do domu, bo akurat miał przyjść fachowiec od remontu. Tym sposobem nie zobaczyłam co dzieje się na parkrunie po biegu, bo może akurat są jakieś atrakcje. Ale spoko - nadrobię to. Spodobało mi się i planuję pojawiać się w te soboty, kiedy akurat nie będziemy mieć zawodów.  Czyli najwcześniej w połowie listopada:-(
W tygodniu zdecydowanie powinny być dwie soboty - inaczej w żadnym razie nie wyrobię się ze swoimi planami!

wtorek, 23 października 2018

Szybki Mózg

Tak się już wyrobiłam orientacyjnie, że na Szybki Mózg byłam ubrana, zaopatrzona w czołówkę, kompas i czip i jeszcze dotarłam do bazy na czas, a nawet sporo przed czasem. Za to bolał mnie ząb. Normalnie - jak nie urok to sraczka. Czekałam z niecierpliwością na start, bo wiadomo - adrenalina (zwłaszcza przy starcie masowym) i od razu człowiek jest znieczulony.
Starty masowe lubię i boję się ich jednocześnie. Lubię, bo fajnie wygląda jak jednocześnie startuje kilkadziesiąt osób, jak rozbiegają się w różne strony w zależności od obranego wariantu i trasy, no i człowiek nie czuje się samotny i zagubiony. Nie lubię, bo można zostać stratowanym (jak we środę jakiś dzieciak przy starcie), bo można z rozpędu pobiec za kimś z innej trasy, bo przy stacjach bazowych jest kolejka i nerwy.
Znowu nie mogłam znaleźć na mapie znaczka startu, ale ponieważ i tak był tłok przy wybiegu, to zdążyłam się dowiedzieć od Tomka. Przez pierwsze kilka punktów to nawet za bardzo nie trzeba było nawigować - wystarczyło czuwać, żeby pobiec mniej więcej w kierunku punktu, a potem już tłum naprowadzał. Lecąc za tym tłumem narzuciłam sobie takie tempo, że przy ósemce już wymiękłam i musiałam zwolnić. Tłum nieco mnie odsadził i musiałam już konkretniej zająć się nawigacją, ale po mieście to pestka. To znaczy była pestka aż do PK 13. Tak się rozpędziłam z dwunastki, że poooleciaałaam... dwa bloki za daleko. Rozejrzałam się za placem zabaw zaznaczonym na mapie, a nie znalazłszy go zgłupiałam totalnie. Zanim ogarnęłam, że jestem za daleko i zanim wróciłam na właściwe miejsce minęły aż cztery minuty. Potem jeszcze głupio poleciałam z piętnastki na szesnastkę i z szesnastki na siedemnastkę, bo po ciemku nie mogłam się dopatrzyć czy są tam płoty z furtkami, czy bez furtek. Potem poszło już gładko, ale powoli, bo jakoś opadłam z sił i motywacji. Tak więc wynik nie powala na kolana, ale u mnie to w sumie norma, więc żadne zdziwienie.
W zasadzie to zawsze mam marne wyniki i nie wiem jakim cudem w klasyfikacji generalnej załapałam się na trzecie miejsce w swojej kategorii, wiec po biegu zostaliśmy na rozdanie dyplomów. Oprócz dyplomu dostałam też paczkę żywnościową, z której najbardziej wzruszyło mnie pół kilo grochu łuskanego. Ja nie wiem czy środki dopingujące (odrzut) powinni tak oficjalnie wręczać przy okazji zawodów, no nie wiem... W każdym razie już planuję na Warszawę Nocą nagotować grochówki i wygrać!

Trochę nieostro wyszło - jak ktoś nie poznaje, to jestem trzecia z lewej.

Bieg z Radością

W niedzielę po Przejściu Smoka trochę zdradziliśmy orientację i pobiegliśmy bez punktów kontrolnych. Spodobał mi się Bieg z Radością, bo wreszcie jakaś impreza gdzie bezproblemowo umiem dojechać, a początkowo nie było pewne, czy Tomek też będzie mógł pobiec. Ale okazało się, że może. Ja wybrałam dystans 5 km, a Tomek ambitnie 10 km.
W sumie to było prawie jak na BnO, bo był start i meta, tylko strasznie dużo bepeków - właściwie same bepeki. Na szczęście od razu było o tym wiadomo, więc nie zawracałam sobie głowy szukaniem czegokolwiek, tylko leciałam przed siebie. Biegłam na życiówkę. Tak w zasadzie to miałam ją niemal gwarantowaną, bo jak się biegnie piątkę drugi raz w życiu, a pierwszy był pod górę i w upale, to raczej trudno dobiec z gorszym wynikiem lecąc po równym i przy normalnej temperaturze. Poprawiłam się mniej więcej o minutę. Tylko o minutę! Myślałam, że będę szybsza tak chociaż z siedem minut, ale podobno to tak nie działa.
Tomek też pobił swój rekord, głównie dlatego, że to był jego pierwszy start na 10 km.
No, ale my wszystkim jeszcze pokażemy! Zaweźmiemy się i pokażemy! :-)

Przejście Smoka

Przejście Smoka miało być małą kameralną (aczkolwiek ogólnopolską) imprezą, a nagle za sprawą młodzieży, rozrosło się do sporej imprezy. Tym razem nie braliśmy udziału w organizacji i mogliśmy pójść jako uczestnicy. To znaczy moglibyśmy, gdyby nie praca Tomka. Ponieważ w sobotę musiał po południu odczyniać jakieś informatyczne czary u klienta, więc ustaliliśmy, że pójdziemy tylko na etapy dzienne i to mocno sprężając się. Ale dobre i to.
Ponieważ etapy nie startowały ze szkoły, więc dojściówkę musieliśmy zaliczyć, ale żeby było szybciej, to częściowo (dokąd się dało) zrobiliśmy ją samochodowo, gubiąc po drodze jeden punkt. Trudno, nie było czasu wracać.
Naszym pierwszym (a nominalnie drugim) etapem była "Pianolka Robotolka" i nazwa od razu sugerowała autora, bo taki tytuł to tylko Darek jest w stanie wymyślić:-) Dość szybko rozgryźliśmy metodę złożenia mapy i ambitnie zaczęliśmy iść z myślą o dopasowywaniu fragmentów w pamięci. Przy drugim punkcie (obydwa na wycinku startowym) stwierdziliśmy, że jednak potniemy mapę, bo mamy za mało czasu na każdorazowe myślenie przy zmianie wycinka. I tak zrobiliśmy. Tym sposobem Tomek miał pełną mapę, a ja miałam... kamerkę i obowiązek dokumentowania trasy. I teraz Tomek wie gdzie byliśmy, a ja wiem jak tam było:-) A było przepięknie. Pogoda trafiła się idealna, złota polska jesień pokazała się w pełnej krasie, aż szkoda było wracać na metę i gdyby nie to, że czekał nas jeszcze drugi etap, to pewnie zostałabym w lesie.
Na śródetapiu jako ciekawostkę napiliśmy się wody z puszki, co to ją sponsor dostarczył i tym sposobem wzięliśmy udział we wdrażaniu "Rekomendacji ekologicznych - Jak zorganizować wydarzenie sportowe zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju". Wyobraźcie sobie - smakowała dokładnie tak samo jak z butelki! Tylko bardziej ekologicznie:-)

 Dobra woda, bo mokra!

Etap drugi (czyli pierwszy) był jeszcze bardziej inżyniersko-informatyczny, a dodatkowo tylko dla  osób z sokolim wzrokiem, bo wycinki niezbyt duże, a na nich wszystko nadziubdziane maleńkie takie. Od razu pocięliśmy mapę i znowu Tomek wiedział gdzie, a jak delektowałam się widoczkami. W sumie taki układ mi nawet pasuje, bo poza złożeniem mapy nie miałam już większych obowiązków. A jak skończyła się bateria w kamerce to już w ogóle czułam się jak na wycieczce, a nie na zawodach. Na metę wpadliśmy już biegiem, szybko oddaliśmy kartę startową, złapaliśmy po jabłku i biegusiem do autka.
Tak się z tymi PK na trasie spieszyliśmy, że złapaliśmy trzy stowarzysze, tylko ja wciąż nie wiem, na którym etapie bo szliśmy w innej kolejności niż były podpisane, a w wynikach nie ma nazw etapów:-( Czy ewentualnie może mnie ktoś oświecić??

A tak imprezę widziała kamerka:



sobota, 13 października 2018

Z mapą na spacer spacerowym tempem

Październikowe "Z mapą na spacer" miało być rozgrzewką przed Jurajską Jatką, ale organizatorzy zmienili termin i tym sposobem stało się próbą rozruszania obolałego człowieka po Jatce. Ponieważ potłuczone kolano wciąż trochę mi dokucza, od razu założyłam, że to będzie dosłownie spacer, a nie bieg. No, chyba żeby...
Pomna wpadek z poprzednich imprez - a to ubraniowych, a to oświetleniowych - tym razem zbierałam się powoli i rozważnie i wyobraźcie sobie - wszystko wzięłam! Jaka byłam dumna z siebie! :-)
W pociągu do Ursusa spotkałam mistrza Marcina i to mnie uspokoiło w kwestii trafienia na start, bo przecież z mistrzem nie zginę. Przed szkołą czekał już Tomek i przytupywał nerwowo, że mnie nie ma, a start za chwilę. Miałam pierwszą minutę startową, ale przecież do minuty zerowej był jeszcze kwadrans z okładem.

Za plecami dokładnie widać kwadrans z okładem:-)

Spokojnie zdążyłam się przygotować i punktualnie stanąć na linii startu. Najpierw oczywiście chwilę szukałam na mapie trójkącika , a potem jakoś poszło. No dobra, potruchtało. Kiedy gdzieś koło czwórki dogonił mnie Tomek, który startował trzy minuty po mnie, to nawet zerwałam się do biegu, ale kolano szybko przywołało mnie do porządku. Zresztą - spacer, to spacer. Nawet jeśli wybrało się najdłuższą trasę:-)
Po dziesiątce doznałam jakiegoś zaćmienia i ubzdurałam sobie, że jedenastkę już brałam i poleciałam na dwunastkę. Dopiero przy punkcie zorientowałam się, że owszem - w miejscu gdzie stoi jedenastka faktycznie już byłam, bo to punkt podwójny z siódemką. Jak to trzeba być czujnym. Pikanterii pomyłce dodaje fakt, ze jedenastka stała na terenie ogrodzonych, a do furtki było w pieron daleko. Zresztą sporo było ogrodzeń, które trzeba było obiegać i pilnować gdzie da się wbiec, a gdzie nie. Byłam więc maksymalnie czujna i więcej niespodzianek nie było.
Na mecie już od dawna czekał Tomek, a miejsce oczywiście zajęłam ostatnie. Ale kto bogatemu zabroni?

środa, 10 października 2018

Jatka i rzeź niewiniątek

Co do udziału w Jurajskiej Jatce, to nie miałam żadnych wątpliwości, że MUSZĘ tam być. Po Wawel Cup-ie jestem zauroczona Jurą i w ogóle dziwię się, że jakoś wcześniej nie było mi po drodze z tą okolicą. Tradycyjnie wyruszyliśmy w piątek, razem z Krzysztofem i Sylwią. Po drodze (jak niemal zawsze)  zaliczyliśmy pizzę i zakupy w Biedronce. No, kurtkę sobie kupiłam - jakaś pamiątka z wyjazdu musi być:-)

Nauczeni doświadczeniem wzięliśmy średnią pizzę. Sylwia i Krzysztof - największą:-)

Na miejscu zastaliśmy już resztę stowarzyszonej ekipy, czyli Zuzię, Basię i Anię z Moniką, a także Przemka (który wybierał się wygrać setkę) oraz inne znajome, ale niestowarzyszone gęby.
Start zaplanowany był dopiero na dziewiątą, co z jednej strony było fajne, bo można się wyspać, ale z drugiej niefajne, bo oznaczało szukanie części punktów po ciemku. Odprawa odbyła się na boisku, dostaliśmy mapy pod buta, wysłuchaliśmy komunikatów szefa imprezy, odliczyliśmy od dziesięciu do zera i poooszli.

Tuż przed startem.

Za bramką część zawodników ruszyła w prawo, część w lewo.  My wybraliśmy wariant prawy, a jak się potem okazało, reszta Stowarzyszy lewy. Po chwili dołączył do nas Hubert, który choć kontuzjowany, to jednak chciał się trochę przelecieć i razem biegliśmy na nasz pierwszy punkt z numerkiem 29.

Przy punkcie ruch jak na Marszałkowskiej

PK 33 na rozwidleniu strumienia chwilę nas powstrzymał, bo Tomek bardzo nie chciał wpaść do wody i chociaż Hubert i ja przeskoczyliśmy, on wolał poszukać węższego miejsca. Po podbiciu punktu poszliśmy wzdłuż strumienia, jeszcze po drodze obchodząc jego odnogę, zupełnie zresztą niepotrzebnie. Najwygodniej to się nie szło, ścieżki praktycznie nie było, jedynie to, co "nasi" wydeptali, a im dalej, tym przez większy gąszcz musieliśmy się przedzierać. I gdzieś w tym gąszczu Tomkowi zapodział się zegarek z krokomierzem. Kiedy się zorientował (już po wyjściu na drogę), nawet nie próbowaliśmy wracać szukać, bo zegarek mały, czarny - w wielkim lesie nie do odnalezienia. Szkoda, no szkoda:-(
W międzyczasie zaginął nam też Hubert, to znaczy poleciał przodem i tyle go widzieliśmy. Za to zaczęliśmy spotykać dzikie tłumy rowerzystów, którzy tak jak i my jechali (lub już wracali) zgarnąć PK 35.

 Pozdrawiam z PK  35

PK 37 wydawał się prosty, a jednak... Kiedy (na azymut) doszliśmy we właściwe naszym zdaniem miejsce, wcale, ale to wcale nie znaleźliśmy stawu, na którego brzegu miał być punkt. Była droga pasująca nam do koncepcji, ale nic poza tym. Rozeszliśmy się więc po okolicznych krzakach bliższych i dalszych i po dziesięciu minutach czesania znaleźliśmy bajoro w zupełnie innym miejscu niż się spodziewaliśmy. Nie tylko my mieliśmy problem ze znalezieniem lampionu, bo i inni uczestnicy snuli się po lesie z obłędem w oczach.  Droga, którą mieliśmy na mapie w rzeczywistości kończyła się w innym miejscu, a my bezkrytycznie uwierzyliśmy kartografowi. W końcu jednak znaleźliśmy, co było do znalezienia i mogliśmy polecieć dalej.
Do 42 też poszliśmy na azymut, bo najpierw nie było dróg (na mapie), a potem wydawało nam się, że skoro punkt ma być na szczycie, to wystarczy po prostu iść pod górę, a jak się okaże, że wyżej się nie da, to właśnie będzie szczyt. Musimy niestety zrewidować nasze pojęcie szczytu, bo tam gdzie się wyżej już nie dało, wcale nie było żadnego lampionu. Za to byli inni zawodnicy, którzy najwyraźniej poszli naszym tokiem myślenia i też szczytu szukali na szczycie:-) Połaziliśmy chwilę (taką prawie dwudziestominutową) w te i we wte, w końcu postanowiliśmy wyjść z lasu na otwartą przestrzeń i rozejrzeć się po niezarośniętej okolicy. I co się okazało? Linie energetyczne stały w złym kierunku!
I tu już organizator trochę przesadził. Żeby dla utrudnienia przenosić cały prąd??? Ale jednak nie, nie przenosił. To my wyleźliśmy nie na ten wierzchołek co trzeba. Uff, wszystko się wyjaśniło.


Teraz to już właściwy szczyt.

PK 41 w odnodze wąwozu znaleźliśmy bez problemu, bo po tegorocznej Hale żaden wąwóz nie jest nam straszny. Nawet wręcz - jaramy się jarami, bo są fajne i na ogół dość widowiskowe.



Nie widać, że to wąwóz, ale przysięgam, że tak.

Wraz z kolejnym punktem wreszcie miały rozpocząć się skałki, czyli to, na co najbardziej czekałam. Wyszliśmy też w końcu z lasów i mogliśmy zrobić przegląd upraw. O ile na Kaczawskiej Wyrypie królowała rzodkiew oleista, to na Jurajskiej Jatce szliśmy przez ogromne pole czerwonych, z lekka podeschniętych roślinek, które za pomocą wujka googla zidentyfikowałam jako rdest. Naszą skałkę widzieliśmy już z daleka, a tuż przed nią rozciągało się pole ziemniaków, na którym pracowali ludzie. Od razu wypytali nas, co to za impreza, bo co chwilę ktoś im po tych ziemniakach maszerował:-)  Nie, nawet nie mieli za złe.
Skałkę oczywiście zaszliśmy od niewłaściwej strony i musieliśmy ją obejść, co bardzo mi się to nie podobało, bo zmarnowało mi się wdrapywanie na nią, a byłam już z lekka zmęczona. Ale cóż - siła wyższa.

Tomek - zdobywca skały.

Do 44 postanowiliśmy już iść przykładnie drogami, a nawet biec jeśli by nie było pod górę. Trochę tylko na początku ścięliśmy przez pola zasugerowani idącą przed nami konkurencją. A potem przyłapaliśmy konkurencję wpatrującą się w mapę nie dostarczoną przez organizatora! A my co? Gorsi? Też sobie popatrzyliśmy! Cóż, mapa wisząca przy szlaku była jeszcze mniej szczegółowa niż ta dostarczona:-( I całe przestępstwo się nam zmarnowało:-(
Potem  natknęliśmy się na jakieś UFO, które okazało się wiatą i wreszcie dotarliśmy w okolice punktu.

Przydrożne UFO.

Chwilę szukaliśmy lampionu, bo Tomkowi wychodziło, że powinien być bliżej niż stał, a ja nie pilnowałam odległości więc nie mogłam skorygować. Czterdzieści cztery to nasz klubowy numer, więc fota z lampionem, jak zawsze w takiej sytuacji, była obowiązkowa.

PK 44

Wreszcie dotarliśmy do punktu żywieniowego. Wiecie za co najbardziej lubię takie punkty? Nie, wcale nie za wodę i wyżerkę (choć to też), ale głównie za to, że legalnie zatrzymujemy się na dłużej i mogę wreszcie chwilę odpocząć - nawet na siedząco jak mi się zachce i Tomek mnie nie pogania, tylko zajmuje się piciem i nalewaniem wody do pojemników:-) Zresztą na trasie odpoczywanie jest, zaraz za widoczkami, najfajniejszą rzeczą, jaka może się przydarzyć. Też tak macie?

Przy lampionie znalazłam ciasteczka - nie mogły się zmarnować!

PK 36 u podnóża skały znaleźliśmy bezproblemowo, za to idąc do niego natknęliśmy się na interesujący obiekt - ciągnący się niemal kilometrami mur, za którym było... No właśnie! Czy ktoś wie co tam było??? Bo to mi spokoju nie daje do dzisiaj.
Kolejny punkt to Skały Morskie. Skały Morskie to nasz pierwszy kontakt z orientacją skałkową zaliczony podczas treningu przed Wawel Cup, więc miejsce dla którego mamy duży sentyment. Wydawało nam się, że skoro już tam byliśmy, to na punkt trafimy bezproblemowo. Szliśmy więc beztrosko nie pilnując za bardzo ścieżek i odległości.  W efekcie najpierw nadłożyliśmy drogi, bo zniosło nas do asfaltu, gdzie wcale nie planowaliśmy iść, a potem zaczęliśmy szukać o jedną górkę za wcześnie. W sumie straciliśmy niemal dwadzieścia minut - ot, taka kara za zbytnią pewność siebie.

Spotkanie na szczycie.

Po nauczce jaką dostaliśmy za niepilnowanie dróg, teraz już nawigowaliśmy z większą dokładnością i do dwudziestki siódemki dotarliśmy bez problemów. To znaczy w jej okolice. Kiedy z daleka zobaczyłam lampion na szczycie wysokiej skały, nie wierzyłam, że jest jakakolwiek możliwość wspięcia się do niego bez całego oprzyrządowania wspinaczkowego. O dziwo, udało się wyleźć na górę jedynie za pomocą czterech przynależnych człowiekowi kończyn.

Łatwo nie było, ale dałam radę.

Po chwili na szczycie dołączyły do nas Zuza i Barbara, które szły przeciwległym wariantem. Wymieniliśmy się wrażeniami z trasy, ostrzegli wzajemnie przed trudnościami na poszczególnych punktach i rozeszliśmy się w swoje strony. Na szczycie spotkaliśmy też całą masę rowerzystów, tylko ani jednego roweru nie zauważyliśmy. To jak oni się tam dostali? :-)

Zuza wyłania się zza skały.

Kolejny punkt w Skałach Podlesickich  o numerku 28 przeszedł bezproblemowo, za to potem znowu zaczęły się schody. Kolejny raz zapomnieliśmy o dokładnym mierzeniu odległości, a może raczej nie umiemy się przestawić z odległości po płaskim na odległości po górkach. Bo jednak i tempo inne jest wtedy i długość kroku też się zmienia na podejściach i zejściach. W każdym razie skały zaczęliśmy szukać dużo za wcześnie. Co gorsza natrafiliśmy na jakieś spore kamyki, wokół których teren nawet trochę zgadzał nam się z mapą i Tomek uparł się, że to na pewno tu. Jak dla mnie to wcale nie były żadne tam skały, tylko takie wypierdki, co to na porządnej mapie nawet się ich nie zaznacza, ale co ja się będę wykłócać. Co ciekawe - nie tylko my szukaliśmy punktu w tym miejscu, bo razem z nami jeszcze jedna ekipa. Łaziliśmy więc z kamola na kamol, w górę, w dół i w końcu miałam już dość, bo po tylu kilometrach to chętniej bym się położyła niż bawiła się w jakąś kozicę. W końcu Tomek odpuścił kamyczki i postanowił poszukać trochę dalej na północ. Faktycznie, była tam już dość solidna skała odpowiadająca moim standardom, tyle że jeszcze nie ta. Przeszukaliśmy ją skrupulatnie i kiedy już odchodziliśmy zniechęceni nie bardzo wiedząc co dalej, obejrzałam się za siebie i … w niezbyt dużej odległości zobaczyłam skałę idealną na punkt. Tomek co prawda od razu stwierdził, że nawet jeśli jest tam jakiś punkt, to najwyżej 25, no ale przecież 25 też był nam potrzebny. Żeby przekonać się (i Tomka), że mam rację musieliśmy wspiąć się na to wielkie skalisko, bo oczywiście lampion wisiał na samym szczycie. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby go tam nie było, no chyba dalej już bym nie poszła.

PK 26 zdobyty.

Do PK 25 było niezbyt daleko, a kiedy tylko wyszliśmy z lasu od razu zobaczyliśmy w oddali skałę z "oknem". Przynajmniej tym razem mieliśmy pewność, że trafimy gdzie trzeba:-) Zanim zaczęliśmy się wdrapywać na górę, odpytaliśmy wspinaczy kręcących się u podnóża skały, czy na szczycie na pewno wisi lampion i dopiero po ich zapewnieniach, że tak, ruszyliśmy w górę. Bardzo w górę. Dotarłam tam ledwo żywa i w pełni rozumiałam napotkanego zawodnika, który mamrotał sobie pod nosem, że już go przestaje bawić ta zabawa. Ale za to jakie mieliśmy widoki z góry... Chyba jednak warto było się pomęczyć.


PK 25 był niezwykle malowniczy i widokowy.

Do kolejnego PK 19 było dla odmiany dość daleko, ale za to wygodnymi drogami, chociaż ta w trójkącie asfalt-kolej-asfalt trochę nam się rozmyła w lesie i kawałek szliśmy przez krzaczory. Przy jaskini musieliśmy już wyjąć czołówki, bo zrobiło się ciemnawo i ponuro.
Ciemno, nie ciemno - do bazy daleko, masa punktów przed nami, więc trzeba było się sprężać. Na ogół nie biegam po ciemku po nierównym i w dół, ale tym razem mnie poniosło. Jakoś wydawało mi się, że drobne kamyczki na drodze nie będą przeszkodą, nie uwzględniłam jednak korzeni gdzieniegdzie wystających nad powierzchnię gruntu. W końcu jeden z nich złapał mnie za nogę i gwałtownie powalił. Aż ziemia się zatrzęsła, szyszki pospadały z drzew, a okoliczna zwierzyna uciekła w popłochu sądząc, że nastąpiło trzęsienie ziemi.
- Żyjesz? - zapytał a niepokojem i nadzieją Tomek. Ta nadzieja, że żyję była bardzo wyczuwalna w głosie, bo jednak trup w środku lasu, po zmroku, daleko od bazy jest pewnym kłopotem. Szybko zrobiłam więc inwentaryzację swojego jestestwa: nogi - są, ręce - są, głowa - jest, plecy -no, niby są, ale czy mój wstrząśnięty (nie zmieszany) kręgosłup podejmie jeszcze współpracę?
- Żyję - odpowiedziałam jednak uspakajająco i leżałam sobie dalej.
- Dasz radę wstać? - indagował dalej Tomek. Noo, niby mogłabym, ale w sumie to po co? Leżało mi się całkiem dobrze, nie trzeba było iść, a tym bardziej biec - pełen relaks. Poza tym, to o ile tego, że żyję byłam raczej pewna, to już tego czy dam radę wstać, niestety nie. Tomek w akcie desperacji zaczął mnie ciągnąć za ręce w górę i nie pozostało mi nic innego, jak podjąć współpracę. W przeciwnym wypadku chyba zostałabym bez rąk. Dalej ruszyliśmy już ostrożniej.


PK 24 na tyłach kapliczki

Dwudziestkę podbiliśmy o 19.25 i ambitnie zaczęliśmy iść w stronę szesnastki, rozmyślając po drodze, że osiemnastkę to raczej będziemy musieli sobie odpuścić. Po chwili byliśmy gotowi odpuścić także siedemnastkę, a po piętnastu minutach zrezygnowaliśmy i z szesnastki. Przez moment jeszcze łudziliśmy się, że może uda się wziąć trzydzieści dwa i trzydzieści cztery położone dość blisko bazy, ale kiedy Tomek obliczył, że do mety mamy jeszcze czternaście kilometrów, sporo pod górę, sił mało (to akurat dotyczyło bardziej mnie), a czasu raptem dwie godziny - odpuściliśmy wszystko i głównym celem stał się powrót w limicie. Gdyby nie panujące ciemności to pewnie tak szybko byśmy się nie poddali, bo 14 km w dwie godziny to przeczołgać się można, ale w razie problemów ze znalezieniem punktu moglibyśmy nie zdążyć. Na mecie zameldowaliśmy się czterdzieści minut przed limitem. Wróciliśmy bez pięciu punktów, co zdecydowanie nam się nie zdarza, ale okazało się, że nie jesteśmy wcale tacy beznadziejni, bo  z kompletem to poprzychodzili tylko najlepsi z najlepszych. Jednym słowem - organizator trochę przeszarżował - późny start, trasa z założenia dłuższa niż 50 km, bardzo dużo PK przy dość krótkim limicie. To się nie mogło udać.
Kurczę - ostatecznie zapłaciłam za 23 punkty, a nie za18 :-)) Pięciu w ogóle nie zobaczyłam na oczy i nawet wrażeń z tych punktów nie mogę wymienić z innymi uczestnikami :-(
W ogóle organizacyjnie było trochę słabiej niż dotychczas (co nie znaczy, że jakoś szczególnie źle) - coraz więcej uczestników, a ekipa organizatorska pewnie wciąż taka sama, więc i ogarnąć trudniej. Widać było, że Łukasz jest totalnie zalatany i nie wie w co ręce włożyć. Kwestia posiłku regeneracyjnego rozwiązana była fatalnie - człowiek wpadał do bazy zmęczony, wygłodzony, a tu dostawał zimną, małą porcję i musiał czekać z pół godziny w kolejce do mikrofali, z której na dokładkę śmierdziało pieczonym plastikiem. I na koniec jeszcze mały zgrzyt z wynikami kobiecymi (mam nadzieję, że już wyjaśniony).

No dobra, pomarudziłam, ale to wcale nie znaczy, że impreza mi się nie podobała. Przecież wiadomo, że było świetnie, cudowne widoki po drodze, niezapomniane wrażenia ze wspinaczki na niektóre skałki, możliwość sponiewierania się do woli (o, tę okazję to wykorzystałam na maksa), no i na pewno kolejnej edycji nie odpuszczę.

Jednym słowem - dzięki za fajną zabawę.

Street-O

Ponieważ przez remont ciągle nie mieliśmy okazji do rozruszania się po Kaczawskiej, więc Street-O spadło nam jak z nieba. Na coś zorganizowanego zawsze łatwiej się wybrać niż indywidualnie - przynajmniej nam. Pamiętając swoje poprzednie wpadki odzieżowe pilnowałam się, żeby ubrać się stosownie do okazji i to nie częściowo, ale od stóp do głów i w efekcie skupiona na ubraniu zapomniałam  … czołówki. No, dramat. Uzmysłowiłam to sobie jadąc już autobusem, więc powrót po lampkę nie miał sensu. Miałam więc cztery wyjścia - nie biec, biec i świecić oczami, korzystać z latarni ulicznych, biec za Tomkiem. Tomek co prawda wymyślił jeszcze piąte wyjście - biec z telefonem jako lampką, ale jak pobrałam mapę i kartę startową to już mi rąk brakło na telefon.
Darek wypuścił nas trochę przed oficjalną minutą zerową i przy lekkiej szarówce udało się zebrać parę punktów. Potem Tomek świecił za dwoje, ale ponieważ nie widziałam mapy więc musiał także nawigować oraz czytać czego dotyczy pytanie.
Kilka punktów było niewidocznych po ciemku, nawet z latarką, więc wbiliśmy bpk-a przy 3E, 2E odczytaliśmy z wielkim trudem, a na 4F nie udało nam się dowiedzieć co zabija ducha, bo szukaliśmy prawie w dobrym miejscu, ale jak wiadomo "prawie" robi różnicę. Trafiliśmy też nie do tego Cafe co chciał autor i tu nie wiemy co za różnica - tu dają kawę i tu dają, to co kombinować? Co do liczby na drzewie (3C) nie możemy się jednak zgodzić z autorem, bo on bazgroła odczytał jako B, my zaś jako 8. Jak by było ładniej wykaligrafowane, to ktoś z nas miałby rację, a tak to można dowolnie interpretować napis.
Za to teren zawodów był bardzo fajny i tylko szkoda, że było ciemno. O, tu biegaliśmy:


Zapóźnione ruchome kaczawskie obrazki

A jednak! W końcu udało się złożyć filmik z Kaczawskiej Wyrypy. Pewnie już zapomnieliście, że taka impreza była, no to jest okazja do przypomnienia sobie. 
Miłych wrażeń!

wtorek, 2 października 2018

Kaczawska Wyrypa

Po Rudawskiej Wyrypie Sudecką sobie odpuściłam, bo musiałam psychicznie dojść do siebie, ale z Kaczawską postanowiłam już się zmierzyć. Obejrzałam sobie w internetach teren i na mapach górki wokół Świerzawy nie wyglądały jakoś przerażająco. Dam radę! - stwierdziłam i zapisałam się. Krzysztof i Sylwia tym razem odpuścili, ale za to Barbara postanowiła pojechać. Tomkowi udało się w piątek wyrwać ciut wcześniej z pracy i koło czternastej wyruszyliśmy. Po drodze wstąpiliśmy na tradycyjną pizzę i już po siedmiu godzinach jazdy byliśmy na miejscu.

XXL na trzy osoby to trochę za dużo.

Tłumu nie było, miejscówki na sali gimnastycznej do wyboru, do koloru, w kranach ciepła woda, a pod prysznicami luz - jednym słowem pełen luksus.
W sobotę start przewidziany był dopiero na 9.30 więc mogliśmy się wyspać do oporu. Rano stanęliśmy przed trudną decyzją - co na siebie włożyć, a co spakować do plecaków? Według prognoz przez noc miało nastąpić silne oziębienie, ale kiedy rano wyszliśmy przed budynek jakoś nachalnie zimno nie było. I wierz tu prognozom.
O dziewiątej odbyła się odprawa i dostaliśmy mapy.

Organizator straszy dzikami.

Oprócz mapy podstawowej każdemu przynależały się trzy arkusze rozświetleń, opis punktów i instrukcja budowy trasy - czyli niezły plik papieru. Rozłożyliśmy się z tym wszystkim na podłodze i usiłowaliśmy wymyślić przejście najkrótsze, z jak najmniejszymi przewyższeniami, wygodnymi drogami, ale nie asfaltem, bez chaszczowania i przekraczania cieków (chociaż te według słów organizatora były wyschnięte na wiór) i do tego zawierające wszystkie wymagane przez twórcę trasy elementy. Oczywiście od razu okazało się, że takie rzeczy to tylko w Erze. W końcu ustaliliśmy wariant wstępny i ruszyliśmy na trasę. Postanowiliśmy iść w kolejności: S2, S5, C4, C5, S8, S7, S9, D1, D4, S3, S4, B3, B4, B1 i S6.
Początek był całkiem miły - niezbyt daleko, drogą, co prawda pod górkę, ale nie za stromo, potem wzdłuż granicy lasu i obiecany w opisie wał ziemny na początku strumyka. Strumyk okazał się strumykiem tylko z nazwy, bo nie było w nim ani kropli wody.
Na S5 nie było żadnej drogi, a jedynie wyznaczony przez nas azymut wiodący przez bezkresne pole rzodkwi oleistej. Nie żebym się tak znała na uprawie, ale bardzo mnie zaintrygowało co to za roślina i przekopałam pół internetu, żeby się dowiedzieć:-) Pole było tak duże, że mimo najszczerszych chęci nie dawało się obejść i musieliśmy wejść w szkodę. To znaczy - dawało się, jeśli ktoś wziął przezornie ze trzy dni urlopu. Punkt opisany jako "narożnik wklęsły lasu" znaleźliśmy bez problemu.
Do C4 szliśmy tak trochę dziwnie - omijając C5, który planowaliśmy wziąć jako następny. Z S5 zbiegliśmy z górki, potem głównym asfaltem i wreszcie pod górę (ufff), porządną drogą wiodącą na punkt widokowy. Tę widokowość to trochę obeszliśmy bokiem, bo nasz PK miał stać nieco dalej. No, szkoda, szkoda... Po co chować lampion w dołku, w krzaczorach jak można roztoczyć przed uczestnikami szeroką perspektywę... Jedyna korzyść, to że miejscowi lampionu nie ukradną, bo nie znajdą.

W tej kępie był dołek z C4

Do C5 wróciliśmy po śladach, sporo nadkładając, ale na mapie na azymucie wiła się jakaś większa rzeka i nie wiedzieliśmy - będzie w niej woda, czy nie? Bo jeśli by była, to trochę głupio się moczyć już w pierwszej połowie trasy. Tę okrężność drogi usiłowaliśmy nadrobić szybkim truchtem, bo znowu mieliśmy w dół przez większość odcinka. W ogóle biegało się nam dość dobrze (a przynajmniej mi) bo nie było za gorąco, nogi miałam wyjątkowo lekkie, nie łapały mnie skurcze, a ponieważ biegaliśmy tylko w dół i po równym to i z oddechem nadążałam.
Lampion C5 miał wisieć wewnątrz ruiny i od razu przypomniał nam się punkt z tegorocznej wiosennej Hały - "lampion na szafie", który wisiał wewnątrz zrujnowanego domu. Jednak kaczawska ruina okazała się być znacznie ładniejsza i bardziej klimatyczna. Tomek z Barbarą zaszli ruinkę z jednej strony, ja z drugiej, ale kiedy drogę zastąpiły mi gęste chaszcze podążyłam śladem reszty zespołu. Z tą różnicą, że ja od razu wypatrzyłam lampion, a oni poszli gdzieś w krzaki i przepadli.

Trochę jak tajemniczy ogród.

W stronę S8 ruszyliśmy drogami i chociaż teoretycznie w niektórych miejscach istniała możliwość skrócenia sobie, to niespecjalnie rwaliśmy się do tego. Dlaczego? Zza elektrycznych pastuchów spoglądały na nas znacząco wielkie rogate bestie, z którymi woleliśmy nie zadzierać. W końcu co nam szkodziło dodać sobie te parę metrów, no nie? Wkrótce dotarliśmy do głównego asfaltu, którym doszliśmy do wielkiej dziury w ziemi  i do S8. Coś nam sporo tych asfaltów wpadało pod nogi, co z jednej strony może i było dość wygodne, ale z drugiej nudne, mało widokowe i twarde.
Na S8 postanowiliśmy zmodyfikować plan i zamiast na S7 iść najpierw na S9, co było zupełnie logiczne. S7, 8 i 9 mieliśmy na jednym dużym rozświetleniu i nawet było to spore ułatwienie. Ponieważ teren wyglądał na przebieżny, postanowiliśmy iść na azymut, kierując się na słup linii wysokiego napięcia. Po drodze znowu musieliśmy przejść przez ogromne pole rzodkwi dla odmiany urozmaiconej jakimś białym kwieciem, którego jeszcze nie zidentyfikowałam. Ale staraliśmy się iść między rządkami.
Już blisko punktu zobaczyliśmy pomykającego Staszka, ale mimo podjętych prób, nie udało się nawiązać kontaktu:-) W ogóle po drodze najpierw nie spotykaliśmy nikogo, a potem dla odmiany co chwilę jakieś ekipy.

S9 na skrzyżowaniu drogi i krawędzi lasu.

S7 było stosunkowo blisko S9, a jedyną napotkaną po drodze przeszkodą była rzeczka i bynajmniej nie z powodu wody, ale roślinności, która zagrodziła nam drogę na drugim brzegu. Poza tym punkt prosty i oczywisty.
Dalej, zgodnie z pierwotnym planem, poszliśmy w kierunku D1 - w większości drogami, podbiegając tam, gdzie nie było pod górę. Ze znalezieniem przepustu nie mieliśmy problemów.
Kolejny punkt - D4 - był kawał drogi od D1, ale wygodnie drogami. Wydawało się, że nie będzie z nim problemów, bo mieliśmy rozświetlenie, a jak na razie rozświetlenia działały bez zarzutu. Już w pobliżu punktu zeszliśmy z drogi, sforsowaliśmy rzeczkę (znowu marną, więc to forsowanie to raczej taka przenośnia) i weszliśmy w las. I tu nastąpiło lekkie zdziwko - w terenie co i rusz natykaliśmy się na drogi biegnące w linii północ-południe, których w ogóle nie było na rozświetleniu. To znaczy: były takie, ale dopiero za punktem. Po chwili nie miałam już zielonego pojęcia gdzie jesteśmy, a ponieważ szliśmy i szliśmy, wydawało mi się, że dawno już minęliśmy właściwe miejsce. Tomek twardo twierdził, że kontroluje sytuację i wie gdzie jesteśmy, aczkolwiek nic na to nie wskazywało. Po prostu szedł za Barbarą, która jako jedyna miała jakąkolwiek wizję co do miejsca naszego pobytu. W końcu wyszliśmy na drogę, która zakręcała w dość charakterystyczny sposób i wreszcie wszyscy mogliśmy z całą odpowiedzialnością stwierdzić: wiem, gdzie jestem! Lampion miał wisieć na końcu ścieżki odchodzącej od drogi, ale ponieważ ścieżka kończyła się w dość niejasny sposób, oczywiście przeszliśmy właściwe miejsce i dopiero Tomek zupełnie przypadkiem przyuważył punkt, kiedy odwrócił się do tyłu.

D4 zdobyte!

Po D4 ruszyliśmy na S3. Większość drogi wiodła znowu asfaltem, do tego po płaskim, więc mogliśmy przyspieszyć. Zbliżaliśmy się do trzydziestego kilometra, a ja - o dziwo -  jeszcze nie miałam pierwszego kryzysu. Zmęczona oczywiście byłam, ale nie padałam na pysk i nic mnie nie bolało. Szczególnie dziwiła mnie wyjątkowa odporność mojego kręgosłupa, o który szczególnie bałam się po rowerowej kraksie. Najwyraźniej jednak upadek dobrze mi zrobił na plecy, bo może coś tam powskakiwało na swoje miejsce. Taki nowy rodzaj terapii:-)

Narożnik wypukły lasu - nazewnictwo punktów nieodmiennie mnie wzrusza:-)

Kolejny punkt - S4, nazwany przez budowniczego trasy prozaicznie: "pomnik" okazał się bardzo ładną basztą. Doszliśmy do niej na azymut, forsując po drodze rzeczkę (to forsowanie w tym roku to takie bardziej umowne) oraz kolejne bezkresne pole poplonu. S4 był tak blisko bazy, że aż kusiło skręcić do niej, ale byliśmy twardzi.

Szybko, szybko i nawet nie zdążyłam obejść baszty dookoła.

Pierwotnie planowaliśmy z S4 pójść na B3, a B2 w ogóle pominąć, bo pod górkę i w środku lasu i nie wiadomo czy łatwo trafić, no ale nam się odmieniło. W związku z tym podreptaliśmy do asfaltu, a tam cudowna niespodzianka - sklep! Szybko przekalkulowaliśmy, że bardziej korzystne (szczególnie dla naszego morale) będzie wzmocnić ciało (i ducha), niż lecieć dalej o suchym pysku. Jak dobrze, że wymyślono sklepy! Jakoś tak chwilę potem znowu spotkaliśmy Staszka, który - uwaga!- biegł już na metę. My mieliśmy do zrobienia jeszcze 4 punkty! I gdzie tu sprawiedliwość?

Pełna ekstaza.

Łapczywie wypita cola po chwili zaczęła mnie z lekka uwierać na wnętrzu, udałam się więc w odosobnienie, zostawiając Tomkowi mapę do potrzymania. Kiedy w końcu wychynęłam zza krzaczków, nieco sponiewierana przez bunt żołądka, okazało się, że nie ma ani Tomka, ani mojej mapy. Gdzieś na dalekim horyzoncie majaczyły mi dwie znajome sylwetki. Łudziłam się jeszcze, że chociaż mapę mi zostawią gdzieś w rowie, ale gdzie tam - chyba w ogóle nie zauważyli mojej nieobecności.  Nie pozostało mi nic innego jak podjąć próbę pościgu. Cóż, chwila słabości, jaka akurat mnie dopadła, nie ułatwiała mi tego zadania. Po kilku kilometrach Tomek chyba zauważył, że niesie dwie mapy, więc z prostego rachunku wynikło, że kogoś brakuje. Dopiero wtedy poczekał. Do B2 ledwo się dowlekłam, bo odkąd zeszliśmy z asfaltu wciąż było pod górę.

 B2 na wiacie.

Do B4 było już z górki, ale w pierun daleko. I znowu dużo asfaltowania. Za to po drodze spotkaliśmy taką ciekawostkę przyrodniczą:

Martwa natura?

No i osiągnęliśmy czterdziesty czwarty kilometr, czyli nasz klubowy. W związku z tym nie mogło obejść się bez tradycyjnej fotki.


A imię jego czterdzieści i cztery...

Zalanego wyrobiska spodziewaliśmy się raczej gdzieś nisko, a tymczasem musieliśmy wdrapać się na górkę. Co prawda dla mnie na tym etapie już każde, nawet niewielkie wzniesienie, stawało się wielką górą, tym niemniej. A jak już się wdrapaliśmy na górę, to okazało się, że woda jest schodkami w dół. Doskonałe miejsce żeby wytracić zawodników, bo wystarczyło się potknąć lub poślizgnąć i chlup - po człowieku.
 Nam na szczęście udało się zdobyć punkt bezstratnie.

Ostrożnie na tych schodkach!

B1 to w zasadzie taki punkt bez historii - ot, położony przy drodze do S6. Ale to dobrze, bo nie traciliśmy na niego dużo czasu, a zaczynało już się powoli ściemniać. Na wieżę widokową na S6 wdrapywaliśmy się już całkowicie po ciemku. Sporo czasu zajęło nam dotarcie do samej wieży bo władowaliśmy się w single tracki, które próbowały wywieść nas na manowce i w końcu postanowiliśmy iść po prostej w górę, choćby i na czworakach. Dla mnie była to lekka masakra, bo już i tak miałam dość, a tu jeszcze tak stromo. No i strasznie szkoda, że dotarliśmy tam po zmierzchu, bo co nam po wieży widokowej w nocy?

Ciemność, widzę ciemność - czyli na wieży.

Z S8 został nam już tylko długi zbieg asfaltem do bazy. Nawet zebrałam się w sobie i rzeczywiście biegłam. Po drodze minęliśmy punkt S2, który jakoś tak bezmyślnie wzięliśmy na początku trasy nie zauważywszy, że przecież w drodze powrotnej będziemy tuż przy nim.  Ale może to i lepiej, bo nie musieliśmy już włazić w krzaki po nocy.

Jak się biegnie, to jest ciepło przynajmniej.

A w bazie czekał obiad, piwko, gorący prysznic, czyli same luksusy. Do trzeciego kobiecego miejsca zabrakło nam (w sensie mi i Barbarze) tylko 10 minut. Można było to zrobić, ale w sumie - czy to istotne?
Ponieważ wyjątkowo nie wracaliśmy do domu od razu po zawodach, mogliśmy rano podziwiać i oklaskiwać zwycięzców poszczególnych tras i kategorii.
Gratulacje koleżanki i koledzy!

 Takich pucharów nie zdobyliśmy:-) Ale wszystko przed nami!