niedziela, 12 września 2021

Z Górki Kazurki na pazurki (i nie tylko)

Tomkowa noga ma się lepiej, rekonesanse do Niepoślipki i Przejścia Smoka ogarnięte, więc w końcu mogliśmy wybrać się na zawody. Tak dokładnie to na kolejny etap Warsaw Orient Races na Górkę Kazurkę.
Etap był podchwytliwy, bo co prawda długości tras były mizerne, ale ilość punktów na każdej już imponująca. O przewyższeniach wolałam przed zawodami nie myśleć. Najbardziej to jednak wszyscy ostrzegali przed rowerami, co trochę mnie dziwiło, albowiem w swojej nieświadomości sądziłam, że chodzi o normalnych rowerzystów. A tymczasem... A tymczasem na Górce Kazurce znajduje się trasa crossowa czyli taka, gdzie rowerzyści usiłują zabić się w najbardziej spektakularny sposób.  We środę dodatkowo usiłowali zabić także biegaczy na orientację.
Tak do dziesiątego punktu było jeszcze w miarę bezpiecznie, jeśli oczywiście nie brać pod uwagę zdradliwych dziur w podłożu bogato pokrytym zasłaniającą wszystko roślinnością. Większość osób szła, a nie biegła, uważnie lustrując grunt pod stopami. Zresztą punkty rozstawione były tak gęsto, że i po równym nie było by kiedy się rozpędzić.          
Między dziesiątką, a jedenastką rozciągało się crossowisko i nie powiem, zrobiło na mnie wrażenie. Góry, doliny, dziury, skarpy, hopki - wszystko nie do przejścia, a co dopiero do przejechania. Zaczęłam mozolnie wdrapywać się pod górę przez to wszystko, chwilami wręcz na czterech kończynach, bo nie szło inaczej. Przy tym wszystkim jeszcze musiałam uważać, żeby nie wejść pod rozpędzony rower, który z reguły pojawiał się w ułamku sekundy, zupełnie znikąd. Już pod szczytem, w okolicy PK 12 (który mijałam w drodze na jedenastkę) usłyszałam rozpaczliwe okrzyki:
- Nie stawajcie na progach!!!!
-  Ostrożnie, bo zniszczycie!!!!
- Aaaaa, nie tędy!!!!
Crossowcy rozpaczliwie usiłowali ochronić swoją trasę przed biegaczami, którzy nie zważając na nic, parli niczym czołgi do przodu.
Ale, że też nie dało się jakoś uzgodnić z nimi, że będziemy biegać po tym terenie... Szczególnie, kiedy co druga karetka nie wyjeżdża z powodu braku obsady. Więc gdyby coś, to czarno widzę...
Mozolnie i powolutku zdobywałam kolejne punkty, ale na trzynastce poległam zupełnie. Zamiast patrzeć na mapę i kompas, raczej rozglądałam się czy coś mnie nie rozjeżdża, obchodziłam co większe skarpy i dziury i po chwili znalazłam się przy PK 21. Przynajmniej wiedziałam, gdzie jestem. Znowu ruszyłam w stronę trzynastki, minęłam ją w pewnej odległości, przywitałam się z Becią nadchodzącą z naprzeciwka, a kiedy ogarnęłam gdzie jestem, znowu zawróciłam. Zupełnie nie mogłam się odnaleźć w tym sztucznie spreparowanym terenie. Dodatkowo punkt okazał się być ukryty na dnie dziury i dopóki się nie podeszło na pół metra, nie było widać lampionu. Radość z odnalezienia trzynastki przyćmiła nieco moją koncentrację i kiedy próbowałam przejść wąziutkim skrawkiem gruntu między dwoma zjazdami w rynnie, straciłam równowagę i runęłam w dół. Niby nie było wysoko, ale bardzo, bardzo boleśnie. Kiedy już zakończyłam podziwianie wszystkich galaktyk, natychmiast poderwałam się na równe nogi, bo dłuższe zaleganie w rynnie groziło bliskim i zapewne jeszcze bardziej bolesnym kontaktem z pojazdem jednośladowym. Przez moment zastanawiałam się czy iść dalej, czy raczej jakoś doczołgać się do mety, ale ponieważ nie wyglądało żebym się połamała, postanowiłam spróbować zdobyć jeszcze jakieś punkty.

W poszukiwaniu PK 13.
 
Dalszy odcinek trasy prowadził już mniej zarowerowanym terenem, więc czułam się bezpieczniej i znowu mogłam skupić uwagę na mapie. Do PK 20 było bezpiecznie i nawigacyjnie bezproblemowo, a potem znowu musiałam przedrzeć się przez trasę crossową. Między PK 21, a 22 niewiele brakowało, a miałabym bardzo bliskie spotkanie trzeciego stopnia, ale cyklista wykonał niemal cyrkowy numer, żeby zatrzymać się w miejscu i nie stratować mnie. Chyba spotkanie wywarło na nim niezatarte wrażenie, bo od razu zszedł z trasy i odjechał w siną dal. Ja w sumie marzyłam o tym samym, ale ponieważ do mety zostały już raptem cztery punkty, więc już darowałam sobie głupie pomysły.
Na metę szczęśliwie dotarłam w jednym kawałku, nie rozjechana, nie połamana, a jedynie poobijana. I jak się okazało, wcale nie taka ostatnia:-)


Pora się sczytać.

sobota, 21 sierpnia 2021

A my prawie nic...

Opierniczamy się totalnie. Tomek to nawet planował zmienić uprawianą dyscyplinę sportu i przerzucić się na jeździectwo, tylko zabrał się do tego od d... strony. Bo zamiast zacząć od pójścia do stadniny, to on najpierw sobie ostrogi wyhodował. A potem stwierdził, że jednak niewygodnie i w ogóle całe to jeździectwo to głupi pomysł, no i potem mu zeszło chwilę z likwidacją tych ostróg. Ja korzystałam, że Tomek stacjonarny i też się nie wyrywałam na żadne zawody. Jedynie żeby mi nogi nie zanikły (organ nieużywany zanika), to sobie trochę biegam po przydomowych lasach.
14 sierpnia skusiliśmy się na BnO w ramach pikniku wojskowego w Ossowie. Głównie dlatego, że blisko domu. Tak jakoś o tym biegu było cicho na wszelakich stronach orientacji i nawet obawialiśmy się, że będziemy jedynymi uczestnikami, ale nie. Kiedy zgłosiliśmy się u organizatorów było już zapisanych sześć osób:-)

Biuro zawodów

Spodziewaliśmy się trasy po ossowskich lasach, tak chociaż ze 3 km, a tu nic z tego. Zapomnieliśmy, że przecież tam wokoło poligon i wojsku trochę niezręcznie łamać własne zakazy wstępu:-) Dodatkowo łąka za rzeczką, którą organizatorzy planowali wykorzystać, po opadach deszczu zamieniła się w rozległe bajoro i tym sposobem potencjalny teren zawodów skurczył się jeszcze bardziej. W efekcie trasa "sportowa" - najdłuższa, miała raptem jakieś 1,5 km i prowadziła na teren straży pożarnej, szkoły, skrawka zagajnika i łączki przy mostku. Ja, nie spiesząc się, zrobiłam trasę w 10 minut, a przecież trzeba było przedłużyć sobie tę przyjemność. Ale mądry Polak po szkodzie. 
 
 Start!
 
Ostatni PK
 
I meta
 
Tomek jeszcze bardziej zmarnował swój bieg, bo na mecie był już po ośmiu minutach.
Nie biegaliśmy jednocześnie, tylko najpierw ja, a dopiero gdy przybiegłam, Tomek. Oczywiście, że musieliśmy mieć wszystko udokumentowane i zawsze jedna osoba robiła za operatora kamery. I to była zaleta krótkiej trasy:-) 

 
Start Tomka
 

I ostatni punkt
 
 

 Warianty niemal identyczne, bo i co tu kombinować...

środa, 4 sierpnia 2021

PUKS-owy trening na rozruszanie kości

 Po powrocie z Wawel Cup przez kilka dni odpoczywaliśmy, ale w końcu trzeba było się ruszyć. Na sobotę zapowiedział się PUKS-owy trening, więc namówiliśmy jeszcze Agatę i we trójkę pojechaliśmy do Legionowa. Skoro byliśmy we trójkę, to łatwo przewidzieć jakie trasy obsadziliśmy - A, B i C.
 
W poszukiwaniu startu.
 
Najpierw formalności, potem mapy w garść i poszukiwania startu. W końcu - w las!
 
Start!

Noo, to było całkiem inne bieganie niż tydzień wcześniej - płasko, wspinać się nie trzeba, przecinki od linijki i na upartego do większości punktów można by dobiec ścieżkami. Oczywiście nie skorzystałam z tej opcji, bo nie po to uczyłam się posługiwać kompasem, żeby latać po ścieżkach i to nadkładając drogi. W sumie to było lekko, łatwo i przyjemnie, przynajmniej do PK 11. Tam sprawy się nieco pokomplikowały, ponieważ lampion stał nie w tym dołku co trzeba. Już na dojściu, w krzakach, spotkałam Karolinę, a w domniemanym miejscu punktu innych zawodników. Grupowo czesaliśmy teren, zapuszczając się nawet w abstrakcyjnych kierunkach, aż wreszcie ktoś znalazł lampion. Ja oczywiście akurat byłam daleko od tego miejsca, ale Karolina litościwie naprowadziła mnie głosem, opóźniając swój bieg. Dzięki!
Lekki problem miałam z PK 12, bo poszłam kawałek za daleko, ale szybko się zorientowałam i zawróciłam, a ktoś odchodzący od punktu dodatkowo wskazał mi kierunek. Dalej poszło już bez niespodzianek, no może poza niespodziewanym spotkaniem z Tomkiem na PK 15.

Dynamiczny odbieg od punktu:-)

Na mecie, ku mojemu zdziwieniu, byłam pierwsza z naszej trójki. Spodziewałam się przynajmniej Agaty, która miała najkrótszą trasę. Tymczasem po chwili wrócił Tomek, a jej ani śladu. A wiecie dlaczego tak długo jej zeszło? Bo musiała omijać pajęczyny:-)

Dyskusje na mecie.

I obowiązkowe rozciąganie.




niedziela, 1 sierpnia 2021

Wawel Cup - pożegnanie

No i nadszedł ostatni dzień Wawel Cup. Ponieważ oboje nie zajęliśmy czołowych lokat (no, chyba nikt się tego nie spodziewał po nas), to startowaliśmy już po wszystkich handicapowcach i dzięki temu chociaż raz nie byliśmy z naszymi startami rozstrzeleni w czasie. Na start mogliśmy pójść razem i chociaż raz było wyjątkowo blisko - jedyne 800 metrów:-)

W oczekiwaniu na start.
 
Pierwszy poleciał Tomek, a ja wkrótce po nim. Moja trasa co prawda miała być dość długa (bo ok. 4 km), ale za to tylko 11 punktów kontrolnych. Czyli mniej okazji do gubienia się:-) Chociaż co to za różnica - i tak o nic nie walczyłam.
Pierwszy punkt miał stać na trzeciej skale na azymucie, tuż przy sporym rowie. Nie dało się nie trafić. W drodze na punkt spotkałam spacerującą Becię, która odpuściła ten etap z powodów logistyczno-transportowych. No to niech żałuje:-) 
Na kolejne punkty, aż do PK 5 maszerowałam (jak w dół, to nawet biegłam) niemal dokładnie po kresce celebrując napotkane piękno. W sumie to fajnie tak się nigdzie nie spieszyć:-) W drodze na szóstkę skorzystałam z drogi, za to na siódemkę przedarłam się przez największy gąszcz. Początkowo to nawet planowałam go ominąć i nawet kawałek ruszyłam ścieżką, ale znudziło mi się obchodzenie. W końcu jakieś atrakcje na trasie muszą być. 
Przed ósemką teren coś mocno się pofałdował i musiałam wejść w tryb: trzy kroki-odpoczynek-pięć kroków-postój przy drzewie-cztery kroki-może by usiąść? Tak że trochę trwało zanim dotarłam do celu, ale przecież skałka nie zając, nie ucieknie. Za ósemką nie było już większych przewyższeń wymagających dawania z siebie wszystkiego, ale za to mapa trochę się zazieleniła, szczególnie przed dziewiątką.
Im bliżej mety, tym częściej pojawiały się wydeptane ścieżki i malała potrzeba pilnowania trasy - ot, korzyści bycia na końcu stawki. I tak to nie spiesząc się, bez żadnych problemów dotarłam do mety. Oczywiście postarałam się jako tako wbiec, szczególnie mając świadomość filmowania:-)

Ostatni finisz.

W tym roku nie zostaliśmy na ostatniej dekoracji, bo spieszyliśmy się do domu. Prosto z mety wsiedliśmy w samochód, szybkie ogarnięcie się na kwaterze i w drogę.
I już czekamy na spotkanie za rok...
 
Ostatnie chwile w bazie zawodów.



piątek, 30 lipca 2021

Wawel Cup - etap 4 na Grochowcu, a wieczorem - tort!

Po piątkowym szaleństwie byłam pewna, że w sobotę to nawet nie wstanę z łóżka, ale o dziwo - wstałam i to w dość dobrym stanie.Całe szczęście, że w dobrym, bo moja trasa miała mieć nominalnie 3,8 km, czyli w rzeczywistości na pewno więcej. Znowu startowałam po Tomku i znowu między naszymi startami była półtoragodzinna przerwa. Dojście na start było ciut krótsze niż dzień wcześniej, ale nadal ponad kilometr. 
 
Dla zabicia czasu odprowadziłam Tomka kawałek na start.
 
Tak sobie myślałam, że może by w końcu chociaż jeden etap pobiec przyzwoicie, bez dodatkowych atrakcji, ale zaraz przypomniałam sobie, że przecież jest upał, a punkty na skałkach, a skałki to z zasady wspinaczka. No tak, to biegowo nie da rady. Więc może chociaż się nie zgubić?
Moje nadzieje rozwiał już pierwszy punkt. Do dużej skały trafiłam bezbłędnie,ale lampion miał stać przy kamyku nieco poniżej. Zaczęłam wiec szukać niżej, idąc coraz dalej, aż w końcu skała mi się skończyła. Jak nic musiałam minąć, więc postanowiłam wrócić i namierzyć się jeszcze raz. Już z daleka zobaczyłam, że inni zawodnicy podbiegają do kamienia tuż przy skale, więc na wszelki wypadek podeszłam sprawdzić, co tam jest. I był - mój punkt. Na mapie widziałam, że jest w pewnym oddaleniu, poniżej, na żywo stał przy samej głównej skale. Chyba muszę poćwiczyć czytanie mapy...
 
Poszukiwania PK 1
 
Spięłam się w sobie i na dwójkę poleciałam już po kresce, szczególnie, że część kreski stanowiła ścieżka:-) No i do tego było w dół. Co za ulga. Trójka też niemal na płaskim, więc szybciutko, znowu po kresce, bezproblemowo. Przy czwórce przestałam wierzyć w siebie i na samej końcówce poleciałam za jakimiś facetami i oczywiście wyszłam na ich punkt, a nie swój. W sumie to było do przewidzenia i nie wiem czemu tak głupio zrobiłam, szczególnie, że kompas kazał mi iść bardziej na zachód. Zeszłam do podnóża skały i teraz już kierując się azymutem, a nie innymi ludźmi bezproblemowo trafiłam do swojego lampionu. I nie można było tak od razu?? 
 
O jeden lampion za daleko.
 
Do piątki było już cały czas pod gorę, na szczęście niezbyt stromo i dodatkowo udało się wyjść idealnie na punkt. Ufff... Szóstka blisko piątki, w pięknych skałkach. Podbiłam punkt, ustawiłam azymut i ruszyłam. Daleko nie uszłam, bo zatrzymało mnie urwisko z krzakami takimi, że nawet nie wiadomo jak długo by się leciało w dół. Może tylko metr, a może kilka metrów? Ale co - ja nie zejdę? No i wyobraźcie sobie, że nie zeszłam. Pewnie - mogłam rzucić się w przepaść i na pewno szybciutko byłabym na dole, ale jakoś się nie zdecydowałam. Zamiast tego wycofałam się do punktu, zeszłam na dół i obeszłam skałę dookoła. Jak już obeszłam, to nawet udało mi się trafić z powrotem na kreskę i dotrzeć nią do kolejnego punktu, też w skałkach. Tym razem znalazłam lampion i odeszłam od niego już bez żadnych niespodzianek. 
Od siódemki zrobiło się o tyle łatwiej, że już było tylko w dół albo po poziomnicy. Obawiałam się dziewiątki, bo stała na "nosku" dookoła którego nie było nic charakterystycznego, a dla mnie "nosek" nie oznacza niczego. Wiem tylko, że to jakieś zaburzenie w ciągłości terenu, ale daję słowo - ja tego nie potrafię zobaczyć. Zaczęłam szukać lampionu (bo przecież nie miejsca charakterystycznego) trochę za wcześnie, na szczęście z daleka wypatrzyłam innych zawodników i ruszyłam w ich kierunku, żeby w najgorszym przypadku zasięgnąć języka. Tymczasem trafiłam na lampion i nie było potrzeby błaźnić się pytaniem: ale gdzie ja jestem? 
Do dziesiątki był długi przebieg, ale po drodze była charakterystyczna niewielka górka, więc kiedy ją zobaczyłam, byłam spokojna, że biegnę dobrze. Od drogi wstrzeliłam się w inostradę i nie zawracałam sobie głowy nawigowaniem. Pewnie - patrzyłam na kompas, czy aby ścieżka mi gdzieś nie zboczy w dziwnym kierunku, ale nic nadto. Inostrada doprowadziła mnie na punkt. Jedenastka stała tuż przy asfalcie. Od dziesiątki, po pokonaniu odkrytego terenu, dawało się dotrzeć tam już ścieżkami, więc taki niewymagający punkt. Na dwunastkę wszyscy szli trochę naokoło, ale za to polnymi drogami, więc już nie wymyślałam żadnych autorskich przejść, tylko poczłapałam za resztą. Do dwunastki ciągnęło się dłuuugie, może i niezbyt strome, ale za to męczące podejście. W połowie umarłam i tylko świadomość, że to już przedostatni punkt, wyzwalała we mnie siłę do stawiania jednej stopy przed drugą.

 Ostatkiem sił na dwunastkę. (Za fotkę dziękuję Andrzejowi)

Trzynastka to już właściwie formalność, a tuż za nią krótki dobieg i meta.  Na ostatnich metrach sprężyłam się i udawałam, że biegnę bez trudu.

 
Na metę trzeba wbiec z fasonem.

Tomek nauczony doświadczeniem, że na mecie trzeba mnie reanimować, czekał już z krzesełkiem i wodą, a zaraz potem poleciał po watę cukrową. Zdecydowanie wata cukrowa przywróciła mnie do życia.

Od razu lepiej!

Na sobotni wieczór organizatorzy zaplanowali imprezę z okazji jubileuszowej edycji - taką z tortem, hulankami i swawolą. Tort, aczkolwiek okazały, okazał się stanowczo za mały na nasze apetyty - udało nam się zdobyć po maleńkim kawałeczku, co to tylko zaostrzyło apetyt, a przecież w kilka osób dalibyśmy radę całemu. 
 
Taki malutki na tym stole...
 
Załapaliśmy się jeszcze na piwo z Browaru na Jurze, w którym byliśmy w czwartek na obiedzie, a z tańców zrezygnowaliśmy, bo nogi trzeba było oszczędzać na ostatni etap.

Pełnie szczęścia osiągnięta.

wtorek, 27 lipca 2021

Hit the PIT czyli wykańczający hicior.

Po porannym piątkowym biegu czym prędzej wróciliśmy na kwaterę, żeby się odświeżyć i coś zjeść, bo po południu czekały nas kolejne atrakcje, czyli Hit the Pit. Już informacja organizatorów, że na powierzchni 0,3 km kwadratowego nakopali prawie 800 dołków i planują nas tam wytracić, dawała do myślenia. Dobrze, że z którejś poprzedniej edycji Wawel Cup znałam mapę (czy raczej widziałam, a nie znałam, bo nie byłam wtedy), bo gdybym ją po raz pierwszy zobaczyła na starcie, to chyba wiałabym ile sił w nogach. Tam rzeczywiście były same dołki!
Najpierw miały odbyć się eliminacje, a potem bieg finałowy. Oczywiście każdy marzył o zakwalifikowaniu się do finału A, choć ja bardziej o  tym, żeby kiedykolwiek trafić z powrotem na metę, choćby z połową punktów. Eliminacje odbywały się według minut startowych. W mojej kategorii - Super Masters, startowało nas 12 zawodniczek, z czego 4 Polki. Agnieszka, która odpuściła sobie dołkową zabawę została operatorką kamery, dzięki czemu mam uroczy filmik ze startu:

No to w las!

Wiedziałam, że polegać mogę jedynie na azymucie, bo oprócz dołków w terenie nic nie było. No dobra, może dwie ścieżki na krzyż i jedna polanka. Ustawiłam więc w kompasie co trzeba i ruszyłam. Ruszyłam powoli, rozglądając się dookoła, czy nie zobaczę gdzieś lampionu, ale dołki były tak głębokie, że żeby coś w nich dojrzeć, trzeba było pochylić się nad krawędzią. Noż kurna, nie da się zaglądać do każdego dołka po drodze! Zwłaszcza jeśli limit czasu wynosi 45 minut. Tak szłam, szłam tym azymutem i coś mi się daleko wydawało. W końcu - jest! Jest lampion w dołku! Szkoda tylko, że nie PK1, a PK 3.Cóż, przynajmniej wiadomo, jak wybrnąć z sytuacji.

GPS też sobie nie radził na początku i ślad ciut nieadekwatny.

Z trójki ruszyłam więc na jedynkę. Po drodze spotkałam Hanię, która startowała kilka minut po mnie. To uzmysłowiło mi jaką mam dużą stratę czasową. Od razy przyspieszyłam i szczęśliwie udało mi się trafić na jedynkę. Z jedynki pognałam na dwójkę i, o cudzie, trafiłam bezbłędnie. Gdzieś na horyzoncie dojrzałam plecy Hani i kierując się nimi oraz kompasem dopadłam trójki. Nie pamiętam, czy już wtedy, czy na czwórce udało mi się wysforować przed koleżankę i dalej poleciałam jak natchniona. W lesie był już tłum ludzi, więc mniej więcej widać było, gdzie się grupują i jeśli takie miejsce leżało na moim azymucie pędziłam ile sił, zanim tłum się rozejdzie. Metoda okazała się niezawodna, a że musiałam swoje tempo dostosować do uciekających zawodników, biegłam dużo powyżej swoich możliwości. Na mecie byłam niemal nieprzytomna ze zmęczenia, ale zakwalifikowałam się do finału A. Co prawda na piątej pozycji, ale zawsze...

Meta. (Fot. J. Kijak)
 
Eliminacje
 
Przed finałem nie było zbyt wiele czasu na odpoczynek - tyle żeby się napić, zjeść kilka ciastek, chwilkę posiedzieć, odebrać numer startowy i już trzeba było ustawiać się w boksach.

Odbiór numeru startowego na finał.

Na finał przewidziano start handicapowy, więc czekałam chwilę na swoja kolej. Szósta zawodniczka  mojej kategorii nie zjawiła się, miałam więc zagwarantowane piąte miejsce. Fajnie było by je trochę poprawić i troszkę na to liczyłam, szczególnie, gdy wiedziałam już czego spodziewać się na trasie.

Teraz moja kolej!
 
Do pierwszego dołka ruszyłam ostrożnie i uważnie, żeby nie popełnić błędu z eliminacji. Kiedy więc po lewej stronie, między drzewami zobaczyłam skrzyżowanie i ogrodzenie z lekka się zdziwiłam. Ale jak to? Skąd one tutaj? Poooszłam kawał za dołek i trzeba było się na nowo namierzyć. Dobrze, że przynajmniej było od czego. Czyli dołek był bliziutko startu, a ja poszłam w las. Jakoś ta odległość jeszcze nie dała mi nic do myślenia. Drugi punkt, oczywiście w dołku, był tuż za drogą, blisko skrzyżowania, więc to znacznie ułatwiło trafienie. Od PK 3 do PK 9 szlo ze zmiennym szczęściem. Ciągle leciałam za daleko i musiałam się wracać. Wciąż nie przyszło mi do głowy, żeby zainteresować się skalą mapy. Tak prawdę mówiąc cała moja uwaga skupiona była na utrzymaniu się na nogach, bo jednak ten dzień dał mi mocno w kość. Tak, że ani ciało, ani umysł nie chciały już poprawnie funkcjonować.
PK 10 za nic nie mogłam znaleźć. Kiedy trzeci raz na polanie spotkałam młodą zawodniczkę, która podobnie jak ja wciąż bezskutecznie namierzała się na punkt, postanowiłyśmy połączyć siły. Przy okazji miałam szansę poćwiczyć nieco zapomnianą znajomość języka rosyjskiego. Jeszcze ze dwa razy musiałyśmy wrócić na polanę zanim udało się namierzyć punkt. Niestety, nie mam śladu żeby to pokazać, a sama jestem ciekawa co też tam nakombinowałam. O włączeniu rejestracji trasy przypomniałam sobie cztery punkty przed metą. Jedenastkę jeszcze brałyśmy razem, a potem już nie byłam w stanie nadążyć za młodością. Kolejny problem miałam albo z dwunastką, albo trzynastką - nie pamiętam, bo oba te punkty stały dość blisko ścieżki, a mimo to nie mogłam trafić.
Wydawało się, że od punktu czternastego będzie już dobrze, bo teren robił się już typowy i naprawdę niewiele można było zepsuć. A jednak... Na piętnastkę nie trafiłam i znowu pobiegłam dużo za daleko. W sumie to i tak było mi wszystko jedno, zdawałam sobie sprawę, że na metę dotrę z dużą stratą i właściwie to powinnam się martwić, czy zmieszczę się w limicie. Na szczęście nie przyszło mi to do głowy. Na metę dotarłam w stylu rozpaczliwym i padłam. Trzy biegi w jeden dzień, to zdecydowanie za dużo dla mnie
 
Wreszcie meta.

Ale przyznać trzeba, że zabawa była przednia i organizatorzy naprawdę postarali się o dostarczenie nam wrażeń na tej jubileuszowej edycji. Już sama nie wiem co było ciekawsze - pustynia, czy dołki.  Strach się bać co jeszcze wymyślili na pozostałe dwa etapy...

sobota, 24 lipca 2021

Wawel Cup - etap 3 - Świniuszka dobijuszka

Trzeciego dnia starty zaczynały się już o dziewiątej, ze względu na dodatkowe etapy po południu. Tomek startował już w 14-tej minucie, a ja półtorej godziny po nim. Jak wypełnić półtorej godziny, kiedy nawet nie wzięło się nic do czytania, żadnej krzyżówki, no nic - kompletnie nic. Dodatkowo - gdzie schować się w tym czasie przed upałem, który znowu z mocą zaatakował, a ani na parkingu, ani w bazie nie ma skrawka wolnego cienia. Po odprowadzeniu Tomka kawałeczek w stronę startu, próbowałam połazić po bazie i polansować się w nowych gaciach, ale nie szło w tym gorącu. 
 
Ładne te gacie, z takim czerwonym...

To już najlepiej było wpółleżeć w samochodzie, tylko trzeba było pilnować, żeby nie zaspać na start. W końcu stwierdziłam, że pójdę trochę wcześniej, bo może nie dam rady 1,3 km pokonać w pół godziny (pod górę, w słońcu), poza tym w lesie powinno być ciut chłodniej. Tak, to był dobry pomysł.
Tym razem bieg zapowiadał się na konkretnie górski, bo trasa prowadziła przez Świniuszkę (488 m.). Oczywiście dla niektórych to pestka, ale dla mnie niebotyczna góra. Od razu od startu było pod górę. Jeszcze miałam siły, więc jakoś szłam (bo przecież nie biegłam). Nawigacyjnie prosto, bo do dużej skały, a moja kawałek za nią. Dwójka na kolejnych skałkach, pięknie położona, tylko zanim trafiłam na właściwy kamol, obejrzałam jeszcze dwa inne, a małe nie były. Jakoś tak na końcówce zniosło mnie ciut w prawo i wytypowałam nie tę skałkę co trzeba. Bywa. Ustawiłam azymut na trójkę i ruszyłam. Najpierw po poziomnicy, potem nieco w dół, więc fajnie się leciało, tylko trochę zastanowiła mnie droga, która nagle pojawiła się przede mną. Przed trójką owszem, miała być, ale trochę poniżej mojego przebiegu. Pewnie mnie zniosło - pomyślałam  i ruszyłam dalej. To dalej robiło się coraz dalsze i dalsze i zupełnie mi się nie podobało. Owszem, doszłam do skał, tylko ich układ był kompletnie inny niż powinien być. Co jest grane? Stanęłam i tak trwałam w oszołomieniu i bezradności i pewnie stałabym tak do dziś, gdyby nie Piotr, który pokazał mi na mapie gdzie jestem. Boszszsz... Gdzie ja byłam??? I skąd się tam wzięłam??? Zamiast przy trójce plątałam się koło ósemki. Cóż, kierunek marszu to nawet i miałam dobry, ale zwrot zupełnie przeciwny. Ustawiając azymut ustawiłam południe na północy i poszłam dokładnie przeciwnie niż powinnam. Załamałam się i aż mi się oczy zaszkliły. Bo nie dość, że straciłam masę czasu, już nie do odrobienia, to jeszcze musiałam wracać pod górę. Dramat! Normalnie - dramat!
 
Tyle chodzenia się zmarnowało:-(

No dobra, nie byłam aż tak załamana, żeby odpuścić jakikolwiek punkt, więc zrobiłam w tył zwrot i mozolnie pięłam się w stronę dwójki. Stamtąd ustawiłam już prawidłowy azymut i lawirując między licznymi skałkami dotarłam na trójkę. Ufff... Do czwórki litościwie było w dół, może nawet aż za bardzo, ale dotarłam bez strat w ludziach i sprzęcie. Chyba gdzieś w okolicach czwórki dogoniłam rywalkę z mojej trasy i włączyła mi się opcja -"muszę być przed nią". Muszę, to muszę. Zmysły natychmiast mi się wyostrzyły, adrenalina poderwała mnie do biegu i punkty od 5 do 8 machnęłam jak natchniona, zostawiając kobitkę w tyle. Na ósemce najpierw zaliczyłam punkt z innej trasy, bo beztrosko poszłam "za wszystkimi", dopiero w drugiej kolejności swój. Ale przewagi nie straciłam. Niestety, ten szaleńczy bieg kosztował mnie strasznie dużo energii i przy ósemce już ledwo trzymałam się na nogach. I z tego zmęczenia popełniłam straszną głupotę - zamiast zejść do ścieżki na zachód, dojść nią do drogi, potem kawałek drogą i znowu ścieżką niemal pod punkt, to ja ruszyłam na azymut. Powiem tylko tyle - zanim dowlokłam się do ścieżki w wąwozie przed dziewiątką, musiałam po drodze trzy razy się położyć i kilkanaście razy usiąść, że nie wspomnę opierania się o niemal każde mijane drzewo. Z dna wąwozu, na zboczu widziałam swój kolejny punkt i niestety także rywalkę podbijającą go i odchodzącą w siną dal. Ona wykorzystała opcję drogową, a ja jak ta kretynka zaliczyłam wszystkie dostępne przewyższenia, jary, doły, wąwozy, doliny i co tam było po drodze. No dobra, może wszystkiego nie było, ale i tak mnie sponiewierało strasznie. Tak więc stałam na tej ścieżce, patrzyłam za znikającą rywalką i ... nie miałam siły wspiąć się po punkt. Ze zbocza, wysoko ponad mną jacyś zawodnicy zaczęli wołać, czy wiem, gdzie jesteśmy i czy mogę pokazać na mapie. Pewnie -  bardzo dobrze wiem i w sumie pokazanie gdzie jestem jest jedynym sposobem spożytkowania tej wiedzy, bo na pewno jeszcze przez długą chwilę nigdzie się nie ruszę. Po kilkunastu minutach odpoczynku powoli ruszyłam wreszcie pod górę. Krok, zatrzymanie się, dwa kroki, oparcie się o drzewo, kolejne dwa, łapczywe łapanie powietrza. Po trzech dniach dotarłam do lampionu, a przynajmniej wydawało mi się, że tyle to trwa.
 
A można było po płaskim...
 
Droga na dziesiątkę wyglądała podobnie - kilka kroków - odpoczynek na siedząco - kilka kolejnych kroków - odpoczynek przy pniu. Tak, tę górę też można było ominąć i podejść pod punkt ścieżkami, ale tyyyle nadkładać??? I co z tego, że było by szybciej... Teraz to sobie myślę, że z tego upału mózg mi się chyba zlasował i zupełnie przestał działać. Jedynie odruchowo trzymał azymut, bo w tym jest jako tako wytrenowany.
 
Też można było sobie ułatwić.
 
Kolejne punkty były już coraz niżej, a dodatkowo w wielu miejscach były wydeptane inostrady. Końcówkę zaliczyłam już idąc za tłumem. Ślad pokazuje, że tłum leciał jakoś naokoło, ale może coś było do omijania. Nie pamiętam, bo działałam już wyłącznie na autopilocie. Może chodziło o namierzenie się od ogrodzenia do czternastki? Najważniejsze, że po czternastce była już tylko meta, woda i odpoczynek. 

Ostatni zryw, bo na metę wypada wbiec.

piątek, 23 lipca 2021

Wawel Cup - etap 2 - Rodaki

W drugi dzień zawodów baza przeniosła się już na stałe miejsce, do Żelazka, a starty rozpoczynały się przed południem, od 10-tej. Nie było już czasu na zwiedzanie, ale za to byliśmy bardziej wypoczęci. Poza tym przestał dręczyć nas upał, za to zaczął deszcz. Jak nie urok, to przemarsz wojsk.
 
Pada, ciągle pada.
 
Mimo fanatycznego uwielbienia dla Wawel Cup, kiedy rano zobaczyłam aurę za oknem, poważnie zastanawiałam się, czy na pewno chcę wystartować.  Sam bieg mnie tak nie przerażał, jak dojście na start, a potem powrót z mety do bazy - 1,6 km w każdą stronę. Do tego nie wiedzieliśmy czy start i meta są w tym samym miejscu i czy ewentualnie będzie można zostawić gdzieś kurtki przeciwdeszczowe. Co prawda większość zawodników na start ruszała w samych koszulkach, ale co by szkodziło trochę się ochronić przed deszczem.
Pierwszy ruszył Tomek, bo oczywiście na każdy etap byliśmy porozstawiani przynajmniej o 30 minut, ale najczęściej o ponad godzinę. Bohatersko poleciał w samej koszulce, a ja z okien samochodu patrzyłam - rozpuści się w deszczu, czy nie? Dopóki był w zasięgu mojego pola widzenia nie rozpuścił się, postanowiłam więc i ja zaryzykować, zwłaszcza, że próby skonstruowania ubranka z małego worka na śmieci nie powiodły się zupełnie. Tym sposobem już na starcie byłam przemoczona do cna i w zasadzie było mi już wszystko jedno.
Pierwszy punkt miałam strasznie daleko i bałam się, czy na tak długim odcinku utrzymam azymut. W pierwszej chwili nawet zaczęłam szukać jakiś dróg, którymi można by pobiec, ale większość była poprzeczna do mojego kierunku. W końcu wymyśliłam, że najpierw dotrę do wodopoju, a potem odmierzę się od niego dalej. Do wodopoju to nawet można było lecieć ścieżkami, może trochę naokoło, ale kto wie, czy nie szybciej. Ja oczywiście nie poszłam na łatwiznę i ruszyłam przez las. Kiedy dotarłam do poprzecznych ścieżek, to nawet pomyślałam, że teraz to miało by sens dojść do pobliskiej drogi i tak sobie szłam z tą myślą dalej na azymut. Decyzję o zejściu do drogi podjęłam na ostatniej poprzecznej, kiedy to nie miało już żadnego sensu, bo oddalało mnie od celu. Drogą poleciałam za jakimś facetem, który też szukał wodopoju i owszem, znaleźliśmy, tylko nie ten, w który ja celowałam. Tak prawdę mówiąc to dopiero w tym momencie zorientowałam się, że są trzy wodopoje, ale lepiej późno niż wcale:-) Ponieważ powoli przestawało padać, więc byłam coraz mniej nawadniana odgórnie, skorzystałam z kubka wody i ruszyłam na jedynkę. W sumie to pomylenie wodopojów nawet nie było takie złe, bo kawałek mogłam teraz polecieć wygodnie ścieżką i dopiero dalej na azymut. W każdym razie na punkt wyszłam idealnie, aczkolwiek czasem dotarcia do niego nie ma się co za bardzo chwalić.
Za jedynką zaczynał się teren ze skałkami, chociaż dwójka jeszcze stała prostacko w dołku. Na trójkę szłam idealnie po kresce i do punktu brakowało mi już niemal kilkudziesięciu kroków, kiedy zaczepiła mnie jakaś zawodniczka pytaniem na jaki punkt idę. Ona akurat szukała innego, ale twardo zaczęła mnie przekonywać, że na mój idę źle, bo ona go przed chwilą podbijała i punkt na pewno jest poniżej miejsca, gdzie jesteśmy. Słuchajcie, była tak przekonująca, że otumaniła i mnie i jakiegoś chłopaka, który też szukał 55 i też szedł początkowo tam gdzie ja. Jak te ostatnie tumany poszliśmy tam, gdzie koleżanka nam zasugerowała, co oczywiście było głupotą totalną. Mało mnie szlag nie trafił kiedy zorientowałam się, że niepotrzebnie odeszłam niemal spod punktu. Cóż, mam nadzieję, że koleżanka nie zrobiła tego celowo, tylko była już skrajnie zagubiona i wszystko jej się poplątało. Niepotrzebnie straciłam masę czasu i sił na wędrówki góra-dół-góra.

Odwrót spod trójki.

Na kolejne punkty trzymałam się azymutu, nie patrzyłam gdzie kto idzie, nie słuchałam co kto mówi i tym sposobem dalsza część trasy poszła mi praktycznie po kreskach. Deszcz przestał padać i zrobiło się całkiem przyjemnie. Ponieważ teren był gęsto usiany poziomnicami, moje tempo marszu (bo trudno to nazwać biegiem) było dość żałosne. Zresztą niczego innego się nie spodziewałam po sobie, więc wynikiem nie byłam potem jakoś szczególnie zawiedziona. Chociaż gdyby nie trójka, byłabym oczko wyżej. Ale to moja cena za łatwowierność.
W każdym razie do mety dotarłam bezproblemowo, a na dojściu do bazy, tuż za asfaltem, czekał na mnie Tomek.

Mokra, ale szczęśliwa.
 
W bazie przeżyłam chwilę grozy, kiedy sczytałam się i na wydruku zobaczyłam NKL. Nie odbiła mi się meta. Ponieważ dobrze pamiętałam, że wkładałam czipa do stacji, od razu poleciałam z reklamacją. A tam już ktoś czekał z identycznym problemem. Najwyraźniej stacje bazowe trochę ucierpiały w czasie pustynnej burzy i jak chciały, to działały, a jak nie chciały - to nie działały.
Żeby odreagować ten stres, postąpiłam jak prawdziwa kobieta, czyli kupiłam sobie ciucha. Tak dokładnie to gacie do biegania, ale ciuch, to ciuch. Gacie ładne, bo z czerwonymi dodatkami. Teraz będę potrzebowała do nich czerwoną koszulkę. To chyba jasne.
A w nagrodę za pracowity dzień, po południu, razem z Agnieszką i Michałem wybraliśmy się na przyzwoity obiad do Browaru na Jurze. I na piwo oczywiście. Pyszne, ale myślałam, że pęknę z przejedzenia.

Do dzieła!

Po obiedzie na stół wkroczyły oczywiście mapy.

A tak wygląda mój ślad.

środa, 21 lipca 2021

Wawel Cup - dzień pierwszy, czyli: nie ma, nie ma wody na pustyni...

We środę wreszcie zaczęły się  prawdziwe zawody. Ponieważ start miał być dopiero po południu, chcieliśmy sobie jakoś rozsądnie zagospodarować przedpołudnie. Rozsądnie to znaczy coś ciekawego zobaczyć, ale nie zmęczyć się tak, jak w Ogrodzieńcu. Szczególnie, że upał nic, ale to nic nie zelżał, a nawet wręcz. Postanowiliśmy pojechać na Zamek Pilcza, bo i tak prawie codziennie koło niego przejeżdżaliśmy, więc głupio nie wstąpić. Myślałam, że cała wyprawa zajmie nam z pół godzinki, bo co też tam może być? Z drogi ruiny wydawały się niewielkie i w ogóle takie sobie. Zamek może nawet i jest niewielki, zwłaszcza w porównaniu z kompleksem Ogrodzieńca, ale zwiedzanie zajęło nam dużo więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Zaliczyliśmy wszystkie drewniane podesty i byliśmy na wieży (a w Ogrodzieńcu nie, bo zamknięta). Jak łatwo się domyślić, wycieczka okazała się wcale nie taka lajtowa jak planowaliśmy i znowu na kwaterę wróciłam ledwo żywa.
 
A potem pójdziemy na wieżę.

Pełno uroczych zakątków.

Widok z wieży.
 
Mimo, że byliśmy zmęczeni, nie mogliśmy doczekać się pierwszego biegu. I bynajmniej, nie chodziło nam o samo bieganie, ale o miejsce zawodów. Pierwszy etap miał się rozegrać na Pustyni Błędowskiej. Ja sobie tego w ogóle nie mogłam wyobrazić. No bo jak? Wszędzie płasko, piach, gdzieniegdzie jakiś krzaczek i od czego się tu namierzyć? Przecież jak człowiek się zgubi, to nie ma opcji - przepadł. Pozostaje chyba tylko wrócić na start i zacząć od nowa.
Kategorie przedweterańskie miały startować o piętnastej, ze startu wspólnego, nasze dopiero później, ale już każdy w swojej minucie. Postanowiliśmy pojechać już koło czternastej, żeby najpierw znaleźć dobre miejsce parkingowe, a potem koniecznie obejrzeć te wcześniejsze starty. No, podjarani byliśmy jak lampion w roraty.
Upiorny upał trwał nieprzerwanie. Wzięliśmy namiocik, karimatę, klapeczki i mnóstwo zimnego picia. Trochę czuliśmy się jak nad morzem, tylko kurna, morza nigdzie nie mogliśmy znaleźć. Na szczęście była studnia i co chwilę ktoś wsadzał pod nią głowę. Obiecałam sobie, że po biegu też tak zrobię i jeszcze koszulkę sobie całą zmoczę, albo po prostu obleję się cała - od stóp do głów.
 
O, tak właśnie zrobię po etapie!
 
Start pierwszej tury trochę mnie rozczarował, bo część zawodników co prawda pobiegła na pustynię, ale hen, daleko i nie było ich za bardzo widać, a druga część nieoczekiwanie skręciła do lasu. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że tylko część trasy biegnie po pustyni, a część po lesie.  W sumie przy tej pogodzie miało to ręce i nogi.
 
Tak wyglądał start masowy...
 
Na swój start musiałam czekać strasznie długo, bo miałam dopiero 116-tą minutę. Tomek biegł pół godziny przede mną. 
 
 
...a tak indywidualny - startuje Tomek.

W końcu nadszedł TEN MOMENT. Byłam już prawie rozpuszczona z gorąca, ale gdzieś na horyzoncie zauważyłam ciemne chmury i bardzo się ucieszyłam, że może wreszcie zakryją to rozbuchane słonce, a może nawet jakiś drobny deszczyk spadnie. 
Z boksu startowego usiłowałam wypatrzeć gdzie ludzie biegną po starcie, ale dobieg do lampionu startowego był niestety dość długi i trudno było coś wywnioskować. Zresztą w tym momencie już po całej pustyni biegał dziki tłum, a każdy w innym kierunku i z daleko wyglądało to trochę jak alarm w rozgrzebanym mrowisku.
Kiedy wypipała moja minuta ruszyłam nie za szybko, usiłując w biegu ogarnąć mapę. Zresztą, czy po piasku da się biec szybko? 
Pierwszy punkt miałam na pustyni. Dokładnie ustawiłam wskazania na kompasie i ruszyłam patrząc jednocześnie dokąd biegną ci, którzy startowali tuż przede mną. Biegli zasadniczo w dwa miejsca, a z tych dwóch tylko jedno leżało na moim azymucie. I faktycznie, dokładnie tam była moja jedynka. Drugi punkt mnie nieco rozczarował, bo stał już w lesie, a ja przecież jeszcze się nie nabiegałam po pustyni. Ale co było robić? Z kolejnością punktów się nie dyskutuje. 
Dwójkę i trójkę udało mi się zaliczyć bezproblemowo, ale przy czwórce utknęłam. Niby nic trudnego, a jednak... Okazało się, że nie tylko ja mam z nią problem, bo co chwilę spotykałam kogoś wykrzykującego kod 58 w różnych językach. Spotkałam Becię, która startowała sporo przede mną i wciąż tkwiła przy czwórce. W pewnym momencie to łaziłam już zupełnie bez jakiegokolwiek planu i pomysłu i zupełnie zapomniałam o zasadzie, że lepiej mądrze stać, niż głupio biegać. Ja niestety głupio biegałam i w końcu już nie miałam pojęcia gdzie jestem. Nakierowywana przez osoby, które już miały szczęście trafić, w końcu jakoś odnalazłam lampion, choć też wcale nie tak od razu. Machnięcie ręką gdzieś za siebie nie naprowadza jednak zbyt precyzyjnie. Ponad trzynaście minut szukałam tej nieszczęsnej czwórki, podczas gdy niektórym zajęło to poniżej dwóch minut. Nawet nie mam nagranego śladu, żeby zobaczyć gdzie byłam, bo o włączeniu zegarka przypomniałam sobie dopiero odchodząc od punktu:-(
Na piątkę już bardzo pilnowałam azymutu i może nawet bym trafiła, ale tuż przed punktem odrobinkę zniosło mnie w lewo i przeszłam obok, nawet dość blisko, ale jednak. Za to znalazłam mnóstwo osób szukających piątki i pewnie grupowo raz dwa byśmy się z nią rozprawili, ale nagle zapanowała totalna ciemność, błysnęło, huknęło i lunęło. Nie żebyśmy przestali szukać, tylko nikt nie miał latarki, a ani mapy, ani terenu nie było kompletnie widać. Zaczęłam brać sytuację na słuch - szłam tam, gdzie słyszałam ludzkie głosy i przyłączałam się to do jednej, to do drugiej, trzeciej, czwartej grupki. Już mi nawet tak bardzo nie zależało na znalezieniu czegokolwiek, ale strach zaczął mnie oblatywać i wolałam mieć jakiś ludzi w pobliżu. W końcu komuś udało się trafić na lampion i wiadomość o jego usytuowaniu szybko rozeszła się pocztą pantoflową. Kiedy w końcu podbiłam punkt zorientowałam się, że po pierwsze - burza szaleje na dobre i między błyskiem, a grzmotem praktycznie nie ma już żadnego odstępu, a po drugie - wszyscy szukający punktu nagle gdzieś zniknęli i zostałam zupełnie sama. Czujecie to - całkiem sama w ciemnym lesie, pioruny walą dookoła, deszcz leje, mapy nie widać, terenu nie widać. Zaczęłam wspinać się na zbocze, żeby w świetle błysków zobaczyć na mapie przynajmniej, w którym kierunku jest meta, bo nie zakładałam szukania czegokolwiek w takich warunkach. Tak się złożyło, że i na metę i na PK 6 trzeba było iść niemal dokładnie tym samym azymutem. Ustawiłam kompas i czym prędzej zeszłam na dno wąwozu, no bo te pioruny. Przedzierałam się kawałek po omacku przez gęstą roślinność, ale powalone drzewa w jednym miejscu zmusiły mnie do wyjścia wyżej. Wyżej było może i jaśniej, no ale pioruny. Szłam kawałek górą, ale skóra aż cierpła mi ze strachu. Nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek w życiu tak się bała jak wtedy. 
Aaaaaa!!!!!! - wrzeszczałam ze strachu, ale tylko wewnętrznie, żeby nie dać się namierzyć piorunowi.
Nie mogąc się zdecydować czy iść górą (pioruny), czy dołem (może spaść drzewo) miotałam się po kilka kroków w górę, kilka w dół. W końcu zdecydowałam, że znajdę sobie jakieś bezpieczne miejsce tak w połowie wysokości zbocza, przycupnę i albo przeczekam, albo kiedyś, ktoś znajdzie moje szczątki. Posuwałam się więc powoli w stronę mety szukając równocześnie przyjaznej norki, kiedy nagle w świetle kolejnej błyskawicy zobaczyłam lampion. Odruchowo zeszłam do niego i sprawdziłam kod. Byłam na PK 6. Cud, normalnie cud! 
 
Odcinek grozy.
 
Nie zastanawiając się wiele ustawiłam azymut na PK 7. PK 7 stał na pustyni, więc nie planowałam biec do niego, co to, to nie, ale chciałam chociaż z granicy lasy popatrzyć w jego kierunku i szybko czmychnąć na metę. Zanim wypełzłam z dna wąwozu i doszłam do granicy lasu, burza zdążyła nieco się odsunąć i między błyskiem, a grzmotem odległość robiła się coraz większa.
Hmmmmm, skoro już nie wali bezpośrednio pod nogi, to może by jednak zaryzykować skok na pustynię, chociaż po jeden punkcik - rozmyślałam idąc bardziej w stronę pustyni niż mety.
Na skraju lasu zrobiłam ostateczne rozpoznanie - kilka osób biegło w głąb pustyni, nic w nich nie waliło, wyglądali całkiem żywo, czyli da się. Ruszyłam i ja. W połowie dobiegu do punktu poczułam jak by mnie kto z nagła kamieniami obsypał po plecach, a do ucha wpadło mi coś lodowatego. Grad. Gradobicie na pustyni. Noooo, będzie zabawa. Od razu przypomniały mi się niedawne relacje z gradobicia w Krakowie, gdzie grad miał wielkość nieomal pięści i jak by taki spadł, to przecież zostałabym ukamienowana, czy raczej ugradowana. Na szczęście rozmiar kulek pozostawał bez zmian, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że nie bolało. Mapą osłoniłam sobie głowę i pobiegłam tam, gdzie osoby przede mną, licząc, że mają ten sam punkt. Szczęście najwyraźniej mi sprzyjało (he, he, he), bo faktycznie mieli.
Po siódemce nastąpiła zmiana kierunku i już mi nie waliło lodem w ucho, mogłam więc użyć mapy zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. Punkty osiem i dziewięć leżały niemal na jednej linii i trafiłam do nich bezbłędnie. Jak się walczy o przeżycie, to nie ma co błądzić, tylko trzeba lecieć od razu tam, gdzie stoi lampion-) Dziesiątka była ostatnim punktem na pustyni, bo jedenastka stała już na skraju lasu, blisko punktu nawadniania. Ponieważ nawodniona byłam od stóp do głów, nie skorzystałam i od razu wbiegłam do lasu. W międzyczasie grad zmienił się w zwykły deszcz. Nawet niezbyt gwałtowny, więc zaczynało robić się całkiem przyjemnie. 
Wszyscy, z którymi przed startem miałam okazję rozmawiać po ukończeniu przez nich trasy, ostrzegali mnie przed tym fragmentem lasu, bo były tam tylko młode drzewka i miliony polanek. Dla mnie najważniejsze było, że płasko, czyli w sumie jak na Mazowszu. No to w czym problem? Ustawiam azymut i lecę po prostej. Tak też zrobiłam i myk, myk, szybciutko znalazłam co trzeba. Dla mnie to akurat była łatwizna.Na mecie oczywiście czekał Tomek i muszę Wam powiedzieć, że jeszcze nigdy nie widziałam, żeby się tak ucieszył na mój widok, kiedy wracam z etapu:-))) 
Planu moczenia się przy studni jakoś nie zrealizowałam, chociaż tak solennie to sobie obiecywałam parę godzin wcześniej. Moim głównym zmartwieniem było raczej, czy Tomek wpuści mnie do samochodu taką ociekającą i przemoczoną do cna. Ludzkie panisko - wpuścił. Sam zresztą też nie był zbyt suchy, chociaż na metę zdążył tuż przed burzą. Potem jednak z poświęceniem ratował nasz dobytek i biegł z nim na parking.

Tak burza wyglądała w biurze zawodów.

Muszę powiedzieć, że na jubileuszową edycję Wawel Cup, to organizatorzy mocno postarali się o dostarczenie zawodnikom mocnych wrażeń. Ciekawa jestem tylko czym planują przebić pierwszy etap, a potem kolejne. No czym?????

Ślad niestety dopiero od PK 4