sobota, 24 października 2026

Mazowiecki Klasyk i wielka piaskownica

Mistrzostwa Mazowsza – dystans klasyczny. Gdy Team360 opublikował komunikat techniczny, mocno zdziwiłem się długościami tras. Dla M55 ponad 8 km. Toż to jakiś ultralong z tego wyszedł! Choć mazowieckie lasy są szybkie, więc i prędkość poruszania się kłusem między drzewami ciut wyższa niż w górach. 

Sobota zapowiadała się idealnie – słonecznie, bez deszczu i dość ciepło. Renata pojechała na drugi koniec kraju budząc mnie z rana, więc jak nic należało wybrać się na rozgrzewkowy Parkrun Malcanowski. Rozpocząłem piątkę tempem na rekord świata, ale po kilometrze przypomniałem sobie, że to miała być rozgrzewka przed klasykiem. Zwolniłem do truchtu 5:30… w dodatku coś mi szwankował pomiar tętna, więc co chwila stawałem i usiłowałem poprawiać pas piersiowy – wynik ostateczny Parkrunu jest więc taki, jak przystało na trucht. 

Kopuła obserwacyjna bunkra
Bunkry na Dąbrowieckiej Górze. Tym razem zamknięte na głucho. Teren obstawiony samochodami biegaczy i grzybiarzy. Meta i start tuż obok, w zasięgu wzroku. Jak zwykle startuję w połowie stawki – tym razem połączone są kategorie M55 i M60. 

Do startu gotowy...

i pobiegli...
Nadchodzi moja minuta. Dobieg do lampionu startowego korytarzem pełnym pieńków wystających z podłoża. Nie ma nawet jak spojrzeć na mapę- trzeba patrzeć pod nogi, żeby się nie wyłożyć jak długi. Wreszcie zerkam na mapę – jedynka w zupełnie innym kierunku niż tam, gdzie do tej pory widziałem biegających ludzi. Muszę biec na drugą stronę czerwonej drogi. Ze mną biegnie ktoś z kategorii open. Widać mamy ten sam pierwszy PK. Dobieg do punktu praktycznie ścieżką. 

Do PK 2 już trzeba biec na azymut. Konkurent cięgle siedzi mi na ogonie. W górę, w dół. Młodnik, chwila nawigacji i mam lampion. Dalej na trójkę, omijam młodnik jedną z wielu dróżek. Las przebieżny, więc grzech nie biec na azymut. Trafiam całkiem sprawnie na lampion PK 3. 

PK 4 w kolejnym młodniku. Taki urok Otwockich lasów wydmy i młodniki. 

Na przebiegu do PK 5 mała odmiana – zaorane pole… oczywiście pod młodnik;-) Znowu trafiam bezbłędnie, podobnie jak na PK 6 i PK 7. 

Na PK 8 trzeba ominąć zagrodzony młodnik. W przeciwną stronę biegną tramwaje znajomych. 

Coś za dobrze mi idzie. PK 8 trafiam od razu, PK 9 – miejsce kojarzę z tegorocznego Prymulka;-) 

PK 10, PK 11 – chyba treningi biegowe dały mi wreszcie trochę kondycji i spokojnie myślę w czasie biegu, a nie tylko zajmuję się łapaniem tchu;-). 

PK 12, 13 – ciut dłuższe przebiegi. Pora na PK 14. Drogą, czy granicą kultur? Wybieram drogę. Droga się kończy, ma być druga granica kultur po prawej… Nie widzę tam lampionu. Chwila błądzenia w nawłoci i wreszcie znajduję lampion, ale tracę w ten sposób ze trzy cenne minuty. 

Gdy odbiegam od PK 15, widzę zbliżającego się do PK 15 Marcina – startował w pierwszej minucie, a ja w 15 – więc nie jest źle. 

Lekkie wahnięcie przy PK 19. Azymut zniósł mnie w lewo i szukałem małego dołka w lesie. Znalazłem, ale taki bez lampionu, którego zresztą nie było na mapie;-) 

Ostatnie dwa lampiony i meta. Meta po wielkiej piaskownicy. Taki finisz na dobicie uczestnika;-) 71:36. Miejsce trzecie (na razie), 15 sekund za drugim Piotrkiem! No tak, wszyscy przede mną z kategorii M55.

Meta na wielkiej piaskownicy

W efekcie kończę na 5-tej pozycji przebiegając ponad 9 km w całkiem sensownym tempie jak na las. Szkoda łączonych kategorii, bo na medal się nie załapię, ale może jutro odbiję sobie w sztafetach! 


 

czwartek, 15 października 2026

Fun Run, czyli luzik po przerwie.

Tak jakoś wyszło, że od mistrzostw w Rzeszowie nie miałam okazji poorientować się, bo zawsze coś przeszkadzało. W końcu udało się dotrzeć na Fun Run. Imprezka taka na luzie, bardziej propagatorska niż wyczynowa, wiec akurat dla mnie.
 
W bazie zawodów.

Wybrałam trasę "Zuchwali", bo taka ani za długa, ani za krótka. Miałam nadzieję, że w mieście to się może nie zgubię, zresztą i tak nastawiałam się tylko na przyjemność, a nie wyścig. Trasa króciutka, ale napakowana punktami, bo było ich aż 21. Mimo długiej przerwy szło mi dobrze, więc jak widać orientacji się nie zapomina. W większości nawet wybierałam dobre, optymalne warianty, aczkolwiek głupio też się zdarzało. Po drodze jeszcze opowiadałam zainteresowanym tambylcom co to za impreza i na czym polega, no ale w końcu chodziło o popularyzację, co nie? Mimo, że trasa krótka, to i tak gdzieś po piętnastym punkcie poczułam zmęczenia i musiałam zwolnić, choć przecież wcale nie pędziłam jakoś strasznie. Na PK 20 doznałam zaćmienia i nie mogłam przez chwilę odnaleźć się w terenie, szczególnie, że niedokładnie popatrzyłam na mapę i byłam pewna, że lampion powinien być na rogu ogrodzenia. No, nie powinien. W końcu jednak się ogarnęłam, wzięłam jeszcze dwudziestkę jedynkę i "pognałam" na metę. O, tak pędzę:
 
Meta.
 
Wynikowo to tak nawet w pierwszej połowie się zmieściłam, co i tak nie ma żadnego znaczenia. Grunt, że wreszcie pobiegane.
 
Lepsze i gorsze warianty.
 

piątek, 9 października 2026

MP dzień drugi - Middle

Mistrzostw Polski dzień drugi. Middle. Centrum zawodów – to samo. Ty razem bez jupiterów, za to poranna rosa i mokre buty. Za słabo wydeptaliśmy trawę wieczorem;-). Na start trochę dalej i w drugą stronę – będziemy biegali na południowej części mapy. Jak to w mistrzostwach, startuję zgodnie ze swoim rankingiem – w grupie moich bezpośrednich rywali. 

Mokre od rosy lampiony czekają na wymarsz do lasu

PK 1 za górką – prawie identycznie jak na etapie nocnym – tyle że nie jakiś rów, ale koniec zielonego. Jak głupi ruszam „za wszystkimi” i przebiegam łukiem z lewej, przez najwyższą górkę, zamiast biec po prawej – omijając wzniesienia. 

Zły ruszam na PK 2. Dół-góra-dół-góra – chyba powinien być lampion. Jakiś jest, ale nie mój. Chwila zwątpienia. Middle to taki dłuższy sprint – tu liczy się każde zawahanie, a ja stanąłem, pobiegłem trochę w prawo do lampionu, potem w lewo, znowu w prawo. Minuty straty… Wreszcie się ogarnąłem, dojrzały moje starcze oczy, że to powinna być następna górka i pobiegłem dalej. I trafiłem na PK 2. 

Na PK 3 powinna prowadzić droga. Prawie pod punkt. Po doświadczeniach z PK 2 wolałem nie ryzykować – hyc do drogi, w prawo i dalej do obniżenia, gdzie jest lampion. Chyba dobrze wybrałem, bo na mapie las biały, a w lesie… zielono. W każdym razie bieganie na azymut byłoby znacznie wolniejsze. 

Na PK 4 drogami się nie dało – ale wyraźna rzeźba nie pozwoliła mi się zgubić. Przy okazji uratowałem jednego konkurenta, który wyraźnie szukał lampionu o jedną górkę za daleko. 

Czując na plecach oddech, przyspieszyłem. Tak naprawdę nikogo za mną nie widziałem, ale wiem, że Paweł ostatnio szybciej biega ode mnie, więc wyobrażałem sobie, że zaraz mnie przegoni. 

W efekcie biegło mi się bardzo dobrze, nieduże odchyłki od azymutu – gdyby było tak od samego początku…. 

Dopiero przy przedostatnim PK 12 zamiast po kresce, podbiegłem trochę drogą. Nie miało to chyba dużego sensu, ale dystans na tyle niewielki, że i strata z tego nie była duża. 

Do ostatniego PK to prowadziła już wydeptana inostrada – nie zostało mi nic innego njak ścigać się z innymi szybkobiegaczami. 

Na mecie
Na mecie znowu jestem pierwszy z trzech, którzy dotarli do mety, a startowałem jako ósmy. Znowu pokonałem moich podwórkowych rywali;-) Kończę na 5-tym miejscu – do podium trochę brakuje. Odejmując stratę na PK 1 i na PK 2 zabrakłoby ze 30-40 sekund do miejsca medalowego. Ale z roku na rok coraz lepiej – następnym razem może wreszcie stanę na pudle;-) 


 

czwartek, 8 października 2026

MP Nocny

Polana z centrum zawodów w sobotę wyglądała całkiem inaczej. Tłum ludzi, brama mety, jupitery, latające drony…. Po prostu tak, jak zwykle na imprezie wyższej rangi. 

Centrum zawodów

Tak będzie wyglądała meta
Do startu całkiem niedaleko, przy mecie punkt widokowy. Startowałem „w drugim rzucie” więc miałem okazję zobaczyć nabieg na punkt widokowy: część przedzierała się powoli od południa (ginęła z widoku w rowie), część zaś szybko nadbiegała od zachodu. Czyli – jeśli się da, należy biec od zachodu. 
Rozgrzewka przed startem

Na starcie nastroje różne. Wszędzie wokoło słychać „byle bym tylko nie zgubił(a) się w lesie”. Przy tej ilości biegaczy to zawsze ktoś będzie w zasięgu wzroku, więc zawsze można o drogę się spytać;-) 

Wreszcie moja minuta startowa. Długi dobieg do lampionu. I dalej…. na azymut, przez górkę w poszukiwaniu rowu. Udało się trafić całkiem sprawnie. 

PK 2 – znowu tylko na azymut, po prawej ma być coś zielonego, potem po prawej coś mokrego. Zielone jest, mokre jest po prawej i na wprost, woda chlupie w butach…. Coś nie do końca tak jak trzeba. Wybiegam na drogę – PK 2 ma być przy zakręcie, a wiem że zniosło mnie na lewo, więc skręcam w prawo i lecę. Po drodze to ja ratuję kogoś, pokazując mu gdzie jest… Jeśli to jego pierwsze punkty, to szybko się zgubił;-) 

Biegam uważnie, obserwuję rzeźbę, więc PK 3 nie stwarza problemu. 

PK 4 daleki – za daleko na azymut po nocy – wybieram wariant drogowy – można się ciut rozpędzić, a przy samym lampionie światełka, więc łatwo z drogi do niego trafić. 

PK 5 – w …uj daleko, po drodze mokre, zielone…. Nie. Biegnę drogami. Przede mną także ktoś tak biegnie, ale to jakiś szybkobiegacz. Lekkie zawahanie w jednym miejscu – „gruba” droga zaznaczona na mapie okazał się w terenie ledwo dostrzegalna. 
Dobiegam w okolice punktu - po prawej mocno zielona i gdzieś tam na górce ma być dół z lampionem. Ustawiam azymut i pnę się do góry w młodniku. Tu i ówdzie nie daje się przejść, więc obchodzę. Ale jak to w młodniku – chodzenie na azymut bywa bardzo „umowne”. Mi tak wyszło w pewnym miejscu 90 stopni w lewo (po prostu szedłem pod górę). W efekcie trafiłem… nie tam, gdzie trzeba. Była podobnie ułożona granica kultur, więc pognałem w lewo, ale trafiłem… na drogę z której przyszedłem. Wiedziałem już gdzie jestem, więc znalezienie lampionu stało się wreszcie wykonalne. Ale straciłem dobre kilka minut na krążenie po krzakach. 

PK 6 i PK 7 bez większych przygód. 

Do PK 8 chciałem drogami. Dobiegłem do drogi, skręciłem w lewo i się rozpędziłem. Miałem skręcić w pierwsza porządną drogę w prawo. Znalazła się taka droga, nawet ktoś na niej się kręcił. Skręciłem. Po chwili droga zaczęła zmieniać kierunek za bardzo w prawo, pojawiły się jakieś zbyt wysokie wydmy po prawej i po lewej. Wiedziałem mniej więcej gdzie jestem na mapie – wyznaczyłem azymut i ruszyłem na poszukiwanie PK 8. Jak okiem sięgnąć po lesie biegali ludzie z czołówkami. Każda grupa w inną stronę. Po drodze trafiłem nawet na jakiś lampion, ale stanowczo nie mój. Chwilami zacząłem sobie przypominać te teksty ze startu o gubieniu się w lesie… I brać jakoś tak za bardzo do siebie. Ale wreszcie trafiłem na drogę, coś zaczęło się zgadzać i znowu jakieś latarki błyskające tam, gdzie mógłby być lampion. Trafiłem, choć znowu kilka minut straty… 

PK 9 widokowy – oczywiście zaliczyłem go od zachodu. Na PK 10 była już wydeptana inostrada. Na śladzie widać, że idealnie po kresce;-) 

PK 11 i 12 to już formalność. 

Został dobieg do mety. Ale z daleka widać światła, słychać głos spikera… Teraz nie ma co się oszczędzać- dobiegam do ostatniego punktu z południa, przez rów. 

Na mecie
Dostaję wydruk: startowałem siódmy, dobiegam na pierwszej pozycji. Przede mną startowali moi „bezpośredni konkurenci” – ci z którymi zwykle się ścigam i są wyraźnie za mną. Jak widać noc lubi płatać figle. Pomimo tych dwóch większych wpadek na jakieś 9 minut łącznie, zajmuje 7-mą pozycję. Gdyby nie te wpadki byłbym pewno czwarty – do podium to brakuje mi szybkości – w nocy biegam raczej ostrożnie. Teraz pora spać – jutro kolejny bieg, gdzie już nie będzie można zwalać winy na ciemność…. 


 

 

środa, 7 października 2026

Nocny model event na miarę katastrofy

Łężyce koło Rumii. Piątkowy wieczór, właściwie już noc. Jadę ciemną drogą do centrum zawodów: MP Nocne/Middle. Jest polana, gdzie ma być centrum zawodów, pusta, oprócz jednego małego namiociku. Wychodzi z niego przedstawiciel organizatora by wręczyć mi mapę treningową. Chłopak będzie tu chyba nocował i co chwila wydawał mapy treningowe. Fajna fucha;-)

Nawigacja na miejsce startu kieruje mnie drogą przez „zakazany teren zawodów”. Drogą leśną – niby widać tu jakieś kocie łby, ale z powodu terenu zakazanego i lasu gdzie niby  nie można wjeżdżać autem, wybieram drogę naokoło. Jak się okazuje – słusznie, bo po stronie parkingu po drugiej stronie lasu na drodze jest szlaban.

Na parkingu widać już jakąś konkurencję szykującą się do pójścia  w las. Ja zakładam buty, czołówkę i także idę na strat.

Ruszam w las. Sporo „śmiecia” na podłożu – jakieś ścięte gałęzie, paprocie – wszystko ogranicza drastycznie widoczność w nocy i utrudnia szybkie przemieszczanie się. Nie trafiam na pierwszy lampion, ale dobiegam do drogi, co jest tuż za lampionem. Wiem, że lampion powinien być w lewo, więc trochę podbiegam drogą i wpadam w las w poszukiwania dołka ze świecącym w ciemności lampion. Znajduję dopiero za drugim namierzeniem się. Oj ciężko będzie na nocnych MP!

Skupiam się na azymucie, PK 2 i PK 3 zaliczam „bezbłędnie” – azymut dobrze prowadzi, a i lampiony świecą z daleka.
Do PK 4 dłuższy przebieg. Po drodze trochę zielonego i jakieś mokre rowy. Biegnę brzegiem zielonego, przekraczam drogę, dalej kolejnym brzegiem zielonego i ... nic. Szukam górki. Tzn. jest, ale wyraźnie nie ta. Są nawet jakieś dołki, ale bez lampionu. Las gęsty, prawie nie do przebycia. Jakieś rowy z wodą, robi się grząsko. Niby jakieś takie są na zachód, ale prowadzą nie w tym kierunku co na mapie. Wracam po śladach do drogi i biegnę do zakrętu ścieżki i ambony. Po drodze widzę w lesie jakieś światła, ale w części lasu, gdzie nie powinno być żadnych lampionów. Znajduję ambonę, namierzam się… i wpadam w gęstwinę zamiast znaleźć lampion. Nie daję za wygraną – do trzech razy sztuka. Wracam do ambony i wreszcie trafiam na lampion. To była epicka walka!

Epicka walka z PK 4

Na PK 5 lecę na azymut. Znaczy zaczynam lecieć, bo teren staje się nieprzebieżny, zawalone drzewa, krzaki, choć na mapie biały las z polankami… cofam się i obchodzę od lewej. Oj jak tak będzie na nocnym, to limitu czasu zabraknie!

Dalej staram się biegać drogami. To przynosi lepsze efekty – i daje się biec  i trafiam na PK 6 bezbłędnie. Na PK 7 także trafiam, choć tu biegnę na azymut.
Przy PK 7 ktoś mnie dogania. Żyłka rywalizacji – ruszam szybko na PK 8 na azymut – zbieg z górki – bagienko, kolejna górka, znowu bagienko i powinna być górka z lampionem. Górka jest, jest nawet przełączka, a lampionu nie ma. Jestem zdezorientowany.  Idą na zachód, trafiam na jakąś drogę, po chwili odnajduje się. Coś ten mój azymut którym biegłem „przekręcił się” o kąt prosty prawie! Wreszcie mam PK 8. 

PK 8 mnie zaskoczył

Do PK 9 kontroluję azymut co kilka kroków i trafiam dobrze. PK 10 i PK 11 – ścieżkami, więc także dobrze.
Do PK 12 także drogami – sporo naokoło, ale jak mówi doświadczenie – bieganie w nocy na azymut bywa ryzykowne – szczególnie gdy na mapie jest sporo zielonego.

PK 13 przebieg na azymut wspomagany wyraźną rzeźbą terenu.

PK 14 powinien być prosty – zbieg z górki, wbieg na następną i powinien być lampion. Tak odczytałem z poziomnic, ale jak się okazało odczytałem błędnie. Wbiegłem na górkę, ale tam lampionu być nie mogło. Lampion był w obniżeniu pomiędzy górkami. Szukałem go całkiem długo! Tak to jest, gdy biegacz nizinny trafia w nocy na teren pagórkowaty;-)

Do PK 15 miałem pobiec drogą. Znalazłem drogę i pobiegłem. Przestałem patrzyć na mapę i był to błąd. Bo miałem z tej drogi zbiec. W efekcie PK 15 ominąłem wielkim łukiem i umknęło mi, że na nim nie byłem. Teraz wiem, że po PK 14 palec przesunął mi się po mapie i byłem pewien, że wybiegam z PK 15;-) Tam rzeczywiście miałem biec drogą, tylko że krócej. Grunt że się odnalazłem i trafiłem do PK 16.

Tradycyjnie gubię się na rzeźbie w nocy....

Zamiast 4 km zrobiłem ponad 8, zajęło mi to ponad 2 godziny… Ech, żeby lepiej poszło na zawodach niż na treningu;-)


 

 

 

wtorek, 6 października 2026

WOM w Emowie

W sobotę, zaraz po zakończeniu Chodelki odbywały się mistrzostwa Mazowsza w nocnym BnO. Byli tacy, co przybiegli na metę Chodelki, wbili w auto i pognali na nocne BnO do Wiązownej. Ja sobie wyliczyłem, że nie da się tego pogodzić ze zjedzeniem gulaszu po Rajdzie. I słusznie, bo dotarłem w okolice Wiązownej już po zamknięciu startu. Ale postanowiłem odbić sobie ten niedosyt BnO niedzielnym Middle rozgrywanym w ramach WOM (WOM to Warszawska Olimpiada Młodzieży oczywiście). 

Gotowy do startu

Mieliśmy biegać po „górze Sobotów”, jednej z najwyższych wydm w okolicach. 
Do startu niedalekie dojście. Po drodze nasłuchałem się, co działo się w nocy – ponoć było to duże wyzwanie nawigacyjne;-). Przyszła moja minuta startowa i ruszyłem. Ustawiłem azymut i pobiegłem. Przez drogę, pod górę i dalej zboczem szukając dołka na odgałęzieniu wydmy. Na mapie było naćkane poziomnic, linii przebiegu, ścieżek. W terenie jakoś średnio mi się to zgadzało. Zakładałem, że lampion lub ludzi kręcących się przy lampionie dojrzę z daleka. Niestety, nie wyszło to w praktyce. Jak widzę ze śladu: przebiegłem dalej do następnej odnogi, potem się wróciłem, przeszedłem obok lampionu nie zauważając go i dopiero znalazłem właściwy dołek. W czasie tego błąkania się przez dłuższą chwilę nie wiedziałem gdzie jestem… Nie powiem ile minut tak się błąkałem (7 minut co najmniej), ale w middlu taka wpadka załatwia to cały bieg i szansę na sensowny wynik. 

Moje błądzenie na PK 1

Dalej zaczęło iść lepiej. Znacznie lepiej. Minimalne wahnięcia przy ósemce, gdzie przebiegłem lampion ukryty za drzewem i 9-tce, gdzie zniosło mnie w prawo i zacząłem kierować się na widoczny w oddali lampion PK 10. Ale to błędy „normalne”, które zawsze się zdarzają. 

Lekkie zawahania na PK 8 i PK 9
Przegrałem ze wszystkimi moimi konkurentami, z którymi na co dzień rywalizuję. Wygrać było ciężko, bo były połączone kategorie i wiadomo Ci z M55 mają przewagę fizyczną nad tymi z M60, co w middlu jest bardzo istotne. Choć gdyby PK 1 poszedł „gładko”, łapałbym się na podium…. Ale co tam gdybać, za chwilę MP w middlu - może tam pójdzie mi lepiej;-) 


 

niedziela, 4 października 2026

Rodzinny bieg na orientację, czyli gra terenowa dla dzieci.

Byliśmy początkiem września  na takiej śmiesznej imprezce i aż do dzisiaj zastanawiałam się, czy o niej pisać. Bo to zaczęło się od informacji, że w Zielonce OKiS organizuje bieg na orientację, ale im bardziej zagłębialiśmy się w temat, tym mniej było tam BnO, a więcej gry terenowej. Ciekawość wzięła górę i zapisaliśmy się. Ponieważ drużyny musiały liczyć minimum trzy osoby, skaperowaliśmy starszą córkę i jak się później okazało - słusznie, bo wszyscy byli z dziećmi. No, może nie takimi po trzydziestce, ale dziecko to dziecko.
W dniu zawodów o umówionej porze stawiliśmy się w miejscu zbliżonym do podanego w regulaminie, bo dokładnie tam, gdzie podano, to nie wolno było wejść, bo to na terenie wojskowym. Nic to - grunt, że udało się wystartować. 
 
Przed startem.
 
Do znalezienia było 6 punktów kontrolnych oraz 3 czy 4 dodatkowe (bonusowe). Na punktach należało wykonać zadanie i muszę przyznać, że niektóre z nich były całkiem życiowe jak na przykład zbudowanie filtru do wody, rozpalenie ognia (to już przy mecie), czy przypomnienie sobie zasad udzielania pierwszej pomocy. Musieliśmy też odszyfrować wiadomość i wypełnić odczytane zadanie, napisać krótki wierszyk, a nawet wspiąć się na drzewo po słoiczek miodu.
 
PK 3
 
Rozpalenie ogniska okazało się najtrudniejsze:-)

Do punktów bonusowych teoretycznie miały odsyłać podane azymuty i odległości, ale jeden kierował w tak abstrakcyjnym kierunku, że nawet nie próbowaliśmy tam iść, na jeden trafiliśmy przypadkiem, inny wywiódł nas na manowce. Organizatorzy chyba od razu nie byli pewni tych azymutów, bo już na starcie powiedzieli, gdzie mniej więcej znajdziemy te bonusy. Tak nachalnie zresztą ich nie szukaliśmy, bo nie planowaliśmy wygrać, zostawiając tę atrakcję zespołom z dziećmi niepełnoletnimi.
Na metę dotarliśmy jako pierwszy zespół i dłuuugo czekaliśmy na resztę. W sumie na planowane ognisko z kiełbaskami nie zamierzaliśmy zostawać, ale byliśmy ciekawi jak inne zespoły poradzą sobie z rozpalaniem ognia. 
Podsumowując: z biegiem na orientację zabawa niewiele miała wspólnego, ale bawiliśmy się świetnie i nawet zastanawiam się, czy gry terenowe to nie jest moje powołanie?

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

WMOC - dzień siódmy, czyli krótki long z kąpielą błotną w pakiecie.

Ostatni bieg - finał longu. Ten long taki dość krótki, ciut ponad 3 km. Nastawiałam się na jakieś 4 - 5 km, choć pewnie Tomek podawał mi wcześniej parametry i nie powinnam być zaskoczona. W każdym razie mile się zdziwiłam. Dojście na start też króciutkie - dla mnie, bo dla Tomka trochę dłuższe. Tym razem postanowiłam nie fatygować medyków do mojej nogi, tylko sama ją natarłam obficie maścią i zabandażowałam odzyskiem z poprzedniego dnia. Poza tym już trochę przywykłam do kuśtykania i przekonałam się, że jakoś daję radę.
 
W bazie zawodów.
 
Moje miejsce startu przewidziane było dla najstarszych kategorii, przy czym moja kategoria była w tej grupie najmłodsza. To niesamowite ile osób i w jakiej kondycji startowało wśród osób 60-100 lat. Wychodzi na to, że jak dobrze pójdzie, to jeszcze jakieś 35 lat mogę pobiegać:-)
Start był z górki, ścieżką do drogi. Pierwszy punkt był w jarze za drogą, a w zasadzie w odnodze jaru. Trafiłam bez problemu, przy okazji naprowadzając na punkt inną zawodniczkę, która szukała za wcześnie. Dwójka już nieco dalej. Nie upierałam się przy azymucie, bo pierwszym celem było dotrzeć do wodopoju na drodze i dopiero od niego namierzyć się dalej. Miałam nadzieję, że te wodopoje faktycznie postawili w miejscach zaznaczonych na mapie, a nie jak im wyszło, bo wtedy nici z namierzania się. Najwyraźniej stał dobrze, bo na dwójkę trafiłam. Z wody też przy okazji skorzystałam.
Trójka i czwórka weszły gładko mimo powyginanego terenu, ale starałam się kurczowo trzymać kreski i schodzić z niej tylko jak już koniecznie coś trzeba obejść. Do piątki strasznie mi się dłużyło. Azymutu pilnowałam tak pi razy oko, bo i tak musiałam zejść niemal na dno jaru, zresztą miałam przeczucie, że jakoś to będzie. I faktycznie jakoś było, zwłaszcza że przy punkcie kręciło się chyba z kilkanaście osób przychodzących i odchodzących od punktu. Zaraz za punktem, przy przejściu przez rzeczkę (a zasadzie przez bagienko) zrobił się zator, bo każdy kombinował jak najbardziej bezstratnie pokonać ten odcinek. Ja chciałam być taka bardzo hop do przodu, więc ominęłam kilka osób i pewnie stanęłam na kępce, która wydała mi się stabilna. No więc dokładnie tak - wydała mi się. Wpadłam w błocko po kolano. Odruchowo chciałam się wspomóc drugą nogą i teraz obydwoma tkwiłam w bagienku powyżej kolan.  Nie powiem, troszeczkę się przestraszyłam, ale tylko troszeczkę, bo wokół był tłum ludzi, więc miałam nadzieję, że jednak ktoś w razie czego mi pomoże. Powoli wyciągnęłam ręce i chwyciłam się jakiejś roślinności i centymetr po centymetrze wyciągałam nogi z brei. Udało się. Nogi miałam ciężkie od błota a tu trzeba było wspiąć się w górę do drogi. Planowałam wyjść w byle którym miejscu i rozejrzeć się za wodopojami, ale tak się złożyło, że wyszłam dokładnie na pierwszy z nich. Oczywiście skorzystałam. Także dla opłukania rąk z błota. Na PK 6 namierzyłam się z drugiego wodopoju, bo był bliżej punktu i choć po drodze było dużo zielonego, spokojnie wyszłam na lampion. Teraz czekał mnie najdłuższy przelot, najpierw pod górę, potem w dół. W drodze pod górę zagadnęła mnie jakaś Holenderka i żaliła się, że ona nie ma siły pod górę, bo u nich wszędzie płasko. Pocieszyłam ją, że na Mazowszu też jest płasko i też mam ten sam problem. Tak po prawdzie to na siódemkę mogłam pójść logiczniej (jak większość), czyli drogami niemal pod sam punkt. Fakt - trochę naokoło, ale na pewno szybciej i wygodniej niż po krzakach, jak ja. Do tego w tych krzaczorach nieopatrznie zepsutą nogą stanęłam na pieńku i znowu mięśnie tak mi się spięły, że gwiazdy zobaczyłam. Noga na szczęście coraz bardziej nawykła do urazów i coraz szybciej ból odpuszcza. Ale i tak musiałam znacząco zwolnić. Na szczęście teraz było już blisko, w dół i nawigacyjnie łatwo. Reszta trasy to w praktyce powrót do bazy, bez żadnego wydziwiania, ot - jakieś punkty po drodze być musiały. Mimo bolącej nogi starałam się przyspieszać, a na metę wręcz wbiec. Miałam nadzieję, że Tomek już będzie, a tymczasem przybiegł kilka minut po mnie. Co on tam nawyczyniał na swojej trasie, to w głowie się nie mieści. Zupełnie jakby zapomniał kompasu. No, szkoda gadać. To już lepiej popatrzcie na mój ślad, bo taki bardziej ogarnięty:-)

Ostatni etap w moim wykonaniu.

niedziela, 23 sierpnia 2026

WMOC - dzień szósty, czyli orientacyjne świry.

Na trening przed ostatnim biegiem umówiliśmy się z Kamilem, organizatorem biegów ultra, bo chciał wreszcie zobaczyć co to jest ta nasza orientacja. Ja planowałam tylko rzucić okiem na teren, bez biegania, czy nawet łażenia, ale na wszelki wypadek ubrałam się "do lasu" i wzięłam wszystkie niezbędne akcesoria. Kamil był nieco mniej "leśny", a przynajmniej mniej krzakowy, a akcesoria zapewnił mu Tomek.
 
Kamil już gotowy, my w tle szykujemy się dopiero.
 
Niby organizatorzy przygotowali różne warianty trasy, ale my postanowiliśmy iść na żywioł i brać jak leci, aż nam się znudzi. Ja zakładałam wariant minimum, czyli ze dwa, może trzy punkty i powrót, Tomek wariant maksimum, czyli wszystko, a Kamil wariant - ile czas pozwoli. Zakładając, że ja pójdę powoli, a chłopaki pobiegną, od razu ruszyłam na pierwszy punkt, a Tomek przeprowadzał szkolenie z kompasu dla Kamila. Pierwszy punkt w jarze, od razu na azymut, choć na upartego można by i drogą, ale w końcu chciałam poznać teren. Z jedynki na szóstkę, piątkę, dwójkę, czwórkę, trójkę i... znalazłam się na końcu mapy. A miały być dwa, trzy punkty. Jakoś tak łatwo szło.
 
Na trasie.
 
W międzyczasie spotykałam chłopaków, ale zasadniczo szłam w swoim tempie.  Przez czwórkę zostałam za nimi w tyle, bo czekałam aż podejdą, a oni tylko popatrzyli na lampion z drugiej strony jaru i odpuścili zejście na dół. W sumie się nie dziwię, bo Kamil miał buty bardziej ścieżkowe niż przełajowe. Dogoniłam ich w drodze na dwunastkę, którą podbijaliśmy już razem. Jeszcze wspólnie pobiegliśmy na ósemkę, a potem każde ruszyło w swoja stronę - Kamil do domu, bo czas mu się skończył, Tomek zaliczyć wszystkie punkty, a ja tak spacerowo powłóczyć się po lesie, nie przejmując się już lampionami. Może trochę za bardzo się nie przejmowałam, bo chwilami całkiem nie wiedziałam gdzie jestem.  Najważniejsze, że metę znalazłam.
 
Też na trasie.
 
Na trasie Kamil dość szybko zorientował się, że krótkie spodenki na BnO w lesie, to nie jest najlepszy pomysł, a znajomość wszystkich ścieżek w przydomowym lesie niczego nie gwarantuje przy bieganiu (chodzeniu) na azymut. A całą zabawę podsumował słowami: "Ja myślałem że organizatorzy biegów ultra mają głupie pomysły. Zmieniam zdanie - Ci od biegów na orientację to dopiero świry". No, coś w tym chyba jest:-)
 
 
Moje czerwone, chłopaków niebieskie.