wtorek, 21 sierpnia 2018

Małgorzata - nowa nadzieja polskiej orientacji.

Na Rodzinnych moja osobista siostra osiągnęła sukces. Podwójny sukces - po raz pierwszy poprawnie wpisała w kratki nazwy PK oraz ich kody i pomimo najdłuższego przebywania na trasie nie zajęła ostatniego miejsca. I wyobraźcie sobie - wcale nie była z tych osiągów zadowolona! Ponieważ we wrześniu kolejna runda  naszych zawodów, postanowiła potrenować i pewnie planuje jakieś podium... W każdym razie zażyczyła sobie szkolenia, więc pojechaliśmy do Wesołej na ZPK, bo blisko i nie trzeba trasy rozstawiać.
Jak było? O, tak:


środa, 15 sierpnia 2018

3/3 czyli trzecia runda trzecich RMnO

Kolejna runda Rodzinnych MnO za nami. Tym razem na teren zawodów wybraliśmy najbliższą domu okolicę, więc nie było problemu z rekonesansem. Okazało się, że w lesie, w którym byłam już ze sto razy wciąż są jeszcze tereny dziewicze, gdzie moja stopa nigdy wcześniej nie stanęła. Właśnie taki odkryłam podczas rekonesansu i bardzo mnie to ucieszyło, bo puszczanie uczestników wciąż po tych samych ścieżkach robi się z czasem nudne.
Mapę dla trasy A udało mi się zrobić zupełnie przypadkiem, bo chciałam tylko sprawdzić czy kształt słoneczka byłby odpowiedni jako temat przewodni. Skoro A było gotowe, to Tomek zmałpowal pomysł ze słonkiem i machnął trasę B. Oczywiście jak zwykle przesadził trochę i wyszło mu takie TZ zamiast TF, ale wyprosiłam trochę ułatwień i w efekcie wyszło takie trudniejsze TU.
Baliśmy się troszkę o pogodę. Poprzednio solidnie nam dolało, teraz dla odmiany mogło przygrzać. Na szczęście aura zlitowała się nad nami i było słonecznie,  przyjemnie ciepło, ale nie gorąco. Pomimo okresu urlopowego na starcie stawiło się sporo osób, bo prawie sześćdziesiąt. Część z nich to oczywiście Stowarzysze, stęsknieni jakiegokolwiek InO, bo w wakacje zawsze posucha w tym temacie.
Co było na trasie, to nie wiem, bo byłam uziemiona na starto-mecie, ale po powrocie trasa B rzuciła się bić Tomka. Nooo, faktycznie z jednym wycinkiem trochę przegiął, bo z resztą mapy łączył się głównie białym tłem, a na białą kartkę to chodzą jednak tylko bardzo, bardzo zaawansowani tezeci. Tym niemniej nikt nie zaginął w akcji i wszyscy w komplecie zameldowali się na mecie. Co prawda moja rodzona siostra dotarła jako ostatnia, w duuużych ciężkich minutach i tuż przed tym, jak miałam zacząć organizować akcję poszukiwawczą, tylko wcześniej musiałam wręczyć dyplomy i nagrody.
Po imprezie jeszcze zaliczyliśmy spacerek, bo nikt z uczestników nie wpadł na pomysł żeby dosłownie zebrać wszystkie punkty i musieliśmy sami zdjąć lampiony. Tomek to łącznie z porannym rozwieszaniem zaliczył kilkanaście kilometrów, ale za to mógł zjeść więcej ciastek:-) Czyli warto było!
A kolejna runda już za chwile i znowu mam zagwozdkę, jaki teren wybrać, żeby nie było ani nudno, ani daleko.


wtorek, 7 sierpnia 2018

Orientiada czyli Jatka bis.

Na Świętokrzyską Jatkę w tym roku nie pojechaliśmy bojąc się upałów, które szczególnie dałyby się we znaki na odkrytych przestrzeniach. Ale wiadomo - co się odwlecze, to nie uciecze. Orientiada zapewniła nam i upały i sporo otwartej przestrzeni.
Już od dłuższego czasu pilnie śledziliśmy prognozy pogody i w końcu doczekaliśmy się wiadomości, że ma się ochłodzić. O jakieś dwa stopnie. Z ponad trzydziestu. Mimo to, w przeciwieństwie do poprzedniej pięćdziesiątki, czułam w sobie moc i wydawało mi się, że dokonam wielkich czynów - ot, chociażby przelecę dystans w osiem godzin.
Do bazy w Mrozach (ach, mrozy...) przyjechaliśmy w sobotę rano. Tłumu nie było, bo primo - pięćdziesiątka startowała jako pierwsza, więc uczestnicy innych tras jeszcze nie dotarli, secundo -  część z zapisanych osób zrezygnowała bojąc się upałów. Tym sposobem już na starcie ja miałam zagwarantowane pudło w kategorii kobiet, a Tomek weteranów.
Ponieważ na start byliśmy wywożeni, o ósmej (po tradycyjnej grupowej fotce) wsiedliśmy do busika i ruszyliśmy.

Taką fotkę otrzymał każdy uczestnik od Organizatora.

Na starcie otrzymaliśmy nieduże mapki mieszczące się na A4 i opis punktów. Brak rozświetleń sugerował, że punkty będą łatwoznajdowalne, co już na wstępie faworyzowało szybkobiegaczy.
Wiadomo było, że do pierwszych dwóch punktów lecimy całą stawką, bo nie było żadnego pola manewru i dopiero potem można będzie wybrać wariant, chociaż też mało urozmaicony.
Ruszyliśmy tradycyjnie spokojnym truchtem. Mnie energia wciąż roznosiła, Tomek po kilkudziesięciu metrach zaczął narzekać na ból i sztywność łydek.  Co oczywiście nie znaczy, że zwolnił, ale też po raz pierwszy nie wyrywał się przede mnie. Do pierwszego PK o numerku 10 prawie cały czas biegliśmy asfaltem, za to już sama końcówka prowadziła przez pokrzywy po uszy. Sam lampion wisiał sobie nad strumykiem.

My już mieliśmy trochę wydeptane pokrzywy, ale pionierom trasy nie zazdroszczę:-)

Do następnego punktu - dwunastki - znowu mieliśmy długi przelot asfaltem. Tomek nadal narzekał na łydki, mój entuzjazm zaczął jakby z lekka maleć. Moc, którą czułam w sobie na starcie, znikała wraz ze wzrostem temperatury. Orzeźwiające okazało się przejście przez pole kukurydzy - mieliśmy zapewniony cień i delikatny prysznic (rosa? woda po deszczu?). Nasz punkt stał na górce, co w opisie brzmiało bardziej wyrafinowanie - "punkt wysokościowy". I wiecie co? Gorsze od górki okazały się dla mnie pajęczyny, które porozwieszane były wszędzie i co chwilę oblepiały mi twarz. Brrrr.... Przy dwunastce jeszcze wciąż było tłoczno, mimo, że szybkobiegacze polecieli przodem. Punkt podbijaliśmy w towarzystwie m. in. Sylwii i Krzysztofa.

PK 12

Do PK 14 poszliśmy już razem z nimi, a w Jaruzalu, czyli serialowych Wilkowyjach, zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcie na słynnej ławeczce przed sklepem.

Wilkowyje - Jeruzal

Po drodze znowu mieliśmy kawał asfaltu pod nogami i trochę przestawało mi się to podobać. Tym niemniej wykorzystaliśmy równy grunt i biegliśmy. W okolicach punktu kręcili się też inni zawodnicy, czyli nie byliśmy tak bardzo w tyle:-)

Czternastkę podbijam hurtowo - swoją kartę i Tomka (Tomek filmuje).

Przy czternastce zabawiliśmy chwilę dłużej, bo musiałam wytrzepać bałagan z butów. Nie założyłam stuptutów, bo gorąco, a potem kilkakrotnie tego żałowałam. Co chwilę wpadało mi jakieś dziadostwo i musieliśmy robić postoje. Wszyscy polecieli już do kolejnego punktu, a my zostaliśmy jak te sieroty. W drodze na trzynastkę asfalt już tylko przecinaliśmy, ale poruszaliśmy się po porządnych drogach. Już w pobliżu punktu układ dróg nie do końca nam się zgadzał z tym co na mapie i trochę szliśmy na wyczucie. Gdzieś tam w oddali przed nami majaczyły sylwetki Sylwii i Krzyśka, ale kiedy weszliśmy w las, zniknęli nam z oczu. Za to spotkaliśmy Kingę, która wracała właśnie z trzynastki i potwierdziła, że idziemy dobrze. A przy samym lampionie kręciło się już kilka osób i nawet ustawiła się kolejka do podbicia kart.

Trzynastka zdobyta.

Do piętnastki ruszyliśmy w towarzystwie kolegi Jacentego, a że przebieg nie wymagający większego skupienia, to mogliśmy sobie pokonwersować. Szliśmy co prawda na azymut, a nie drogami (tak dla odmiany i dla skrótu) ale wiedzieliśmy, że mamy dojść do poprzecznej drogi i wtedy włączyć myślenie. Ostatni odcinek przed punktem był stuprocentowo nieprzebieżny, a jeżyny jak wściekłe broniły dostępu do strumyka. Najpierw powaliły na ziemię Tomka, potem Jacentego i tylko mnie oszczędziły, być może uznając za mało znaczącego przeciwnika.

Tak się kończy igranie z dziką przyrodą.

Mimo przeciwności losu piętnastkę udało się zdobyć. A przy okazji zalągł się we mnie dylemat co wolę - pokrzywy czy jeżyny? I po namyśle wychodzi mi, że chyba jednak raczej pokrzywy.

Uff, dotarliśmy.

Jakiś zawodnik przed nami po podbiciu punktu przeszedł na drugą stronę strumyka i zniknął nam z oczu. Odruchowo ruszyłam za nim, szczególnie, że chłodna woda przyciągała mnie jak magnez. A poza tym za plecami miałam tylko pokrzywy i jeżyny. Przeprawiliśmy się więc przez strumyk przyjemnie chłodząc nogi i wtedy Tomek oznajmił, że w zasadzie to mieliśmy iść w przeciwnym kierunku, bo niby po tej pierwszej stronie strumienia byłoby bliżej. Oj tam, takie bliżej - ze sto metrów może. Kategorycznie odmówiłam powrotu w jeżynisko i poszliśmy dalej moim wariantem, który wcale nie był taki zły jak to Tomek przedstawiał. Nasz towarzysz z punktu piętnastego poleciał przodem, bo coś go gnało do przodu, a my spacerkiem zbliżaliśmy się do PK 16. Ponieważ temperatura przekroczyła bezpieczny dla życia poziom i czuliśmy jak białko w organizmie zaczyna nam się ścinać, całkiem już odpuściliśmy myśl o bieganiu.
Na PK 16 miała być woda dostarczona przez organizatora. Kiedy już dotarliśmy na miejsce od razu rzuciły nam się w oczy butelki, natomiast nigdzie nie było lampionu. Ja to nawet byłam gotowa olać lampion i zająć się wodą, ale Tomek uparł się - podbić punkt i podbić punkt. No dobra, rozejrzeliśmy się po okolicy i faktycznie, w pewnej odległości wisiała biało-pomarańczowa szmatka.

 Woda jest, ale gdzie lampion?

W końcu mogliśmy zająć się uzupełnianiem zapasów wody. Zdjęłam kamizelkę żeby dostać się do bukłaka, porozkładałam swoje rzeczy dookoła i wtedy Tomek zwrócił mi uwagę, że usadowiłam się w samym mrowisku. Aaaaaa!!!!!!!! Zerwałam się przerażona i odtańczyłam dziki taniec usiłując zrzucić z siebie dziesiątki wielkich, czerwonych, krwiożerczych mrówek. Potem jeszcze musiałam otrzepać kamizelkę i mapę, a i tak jedna małpa wredna mnie użarła.
Po szesnastce zaplanowaliśmy dwudziestkę dwójkę, a po drodze miała być całkiem spora miejscowość - Lipiny. Liczyliśmy więc na sklep i coś zimnego do picia, bo ciepła woda i ciepły izotonik jakoś słabo nam wchodziły. Do Lipin prowadziła porządna droga, ale jakoś niespecjalnie wpłynęło to na nasze tempo. A w Lipinach.... Sklep! A w nim zimna cola i lody. Opiłam się tak, że gaz z coli niemal unosił mnie w powietrze, ale wcale przez to nie było mi łatwiej, a nawet wręcz.

 Cudownie zimna cola.

Dwadzieścia dwa był to kolejny "punkt wysokościowy", na szczęście te wysokości były osiągalne dla mnie i to bez zadyszki. Bo to, że zaczynałam słaniać się na nogach wynikało tylko i wyłącznie z panującej temperatury.

Góra zdobyta.

Po PK 22 mieliśmy dylemat - iść na 23 czy na 24. Mimo, że na 23 prowadziła fajniejsza droga, do tego przez las, Tomek koniecznie chciał iść do 24. Ja myślę, że to z powodu przegrzania, bo przecież wystawił łysy czerep na słońce zasłaniając sobie jedynie czoło opaską i trochę mi dogrzało. No, to poszliśmy - trochę drogami, trochę na azymut, a trochę na rympał. Końcówka trochę nam nie wyszła bo zaczęliśmy szukać o jedną drogę za wcześnie. Któryś z zawodników, już wracający z punktu, podpowiedział nam, że jeszcze ze 300 metrów i niezobowiązująco machnął ręką w kierunku, z którego przyszedł. Skorzystaliśmy z rady, ale im dalej szliśmy, tym bardziej punktu nigdzie nie było. W końcu już nie wiedzieliśmy na której ścieżce jesteśmy, a akurat było ich kilka do wyboru. Dopiero kiedy jedna z nich zaczęła zakręcać w taki sam sposób, jak jedna z tych narysowanych na mapie, udało nam się umiejscowić. W tym momencie znalezienie punktu było już formalnością.

24 w zagajniku.

Z 24 elegancko drogą polecieliśmy na 23, a Tomek cała drogę zastanawiał się, który wariant był korzystniejszy - najpierw 23, czy najpierw 24. Po żmudnych obliczeniach już w domu wyszło mu, że jednak nasz. O kilka metrów:-)
Odcinek między punktami obfitował w dramatyczne spotkania międzygatunkowe. Najpierw natknęliśmy się na węża. Od razu pomyślałam, że to ten słynny poszukiwany przez wszystkich pyton, więc w odruchu obronnym wybiłam się z miejsca w powietrze i zawisłam nad wężem bojąc się, że jak opadnę, to stanę na niego, a on pożre mnie jednym chapnięciem. Długo tak jednak nie mogłam sobie wisieć, bo czas poganiał, wykonałam więc manewr przemieszczający, gwałtownie odpychając się od powietrza i wylądowałam parę metrów od gadziny. Tomek usiłował mi wmówić, że to nie żaden pyton tylko maleńka żmijka, ale ja tam swoje wiem.
Ledwo zdążyłam uspokoić skołatane nerwy, gdy w trawach zakotłowało się i wybiegło z niego stado nosorożców tratujących wszystko, co na ich drodze. Na szczęście pobiegły w przeciwnym kierunku niż my staliśmy, a Tomek znowu wciskał mi kit, że to nie stado nosorożców, tylko jedna przerażona sarenka. Akurat!
Tak za połową drogi weszliśmy w teren zaznaczony na mapie jako sieć kanałków, ale Tomek nie dal się przekonać do pójścia przez niego na azymut (woda! woda!), tylko zmusił mnie do obchodzenia potencjalnego miejsca ochłody. Tym sposobem trochę nadłożyliśmy drogi, ale w zamian nie musieliśmy przedzierać się przez trawska. PK 23 był znowu "wysokościowy", ale taka tam wysokość, phi. Schodząc z punktu spotkaliśmy Bartka z trasy 25-kilometrowej.

Punkty były bardzo estetycznie opisane.

Do PK 25 doprowadził nas niebieski szlak i dopiero w końcówce musieliśmy uważać gdzie z niego zejść. Jednym słowem punkt łatwy i bezproblemowy.

Bezproblemowe 25.

Na trzydziestce jedynce miała być kolejna woda. Nie żebyśmy już wszystko wypili, ale łudziłam się, że może będzie ciut chłodniejsza niż nasza. Od tego gorąca to już nam się nic nie chciało. Ja byłam w ciężkim kryzysie, kręgosłup napierniczał mnie ile dał radę i nawet Tomek co chwilę odkrywał nową bolącą część ciała. Wybitnie nie byliśmy w formie.
Po drodze mieliśmy przechodzić koło jeziorka w rezerwacie Barania Ruda i w akcie desperacji chciałam w nim zmoczyć czapeczkę metodą stopy-kolana-uda-pas-szyja-czapeczka i ostatkiem sił powstrzymałam się z braku dogodnego dojścia nad wodę, a i alternatywna czystość jeziorka ciut mnie deprymowała.
Przy punkcie po raz kolejny spotkaliśmy Sylwię i Krzysztofa maszerujących z pięciolitrowymi baniakami wody. Na nasz widok tłumaczyli się, że chcieli je tylko przenieść bardziej w cień, ale ja myślę, że chcieli je sobie wziąć na drogę. Nieźle musieli być spragnieni! :-)

 Po prawej najbardziej elegancki zawodnik Orientiady - biała koszula, ciemne spodnie.

Po PK 31 byliśmy już na ostatniej prostej do bazy. Co prawda do zebrania zostały jeszcze cztery punkty, ale było już dużo bliżej niż dalej. Do PK 28 był stosunkowo długi przelot, który pokonaliśmy dużymi drogami i asfaltem.  W Porzewnicy już nie wytrzymałam tego upału i pomimo mostu, rzekę Witówkę pokonałam w bród. Co za cudowne uczucie! Co prawda po paru krokach spodnie wyschły, a woda w butach osiągnęła temperaturę czterdziestu stopni, ale chwila przyjemności była.
Mimo, że Orientiada jest imprezą bez stowarzyszy, to nam udało się znaleźć punkt stowarzyszony o kodzie 30, ale w porę zorientowaliśmy się, że takiego to na swojej mapie nie mamy.

Punkt podbijam już na siedząco - zawsze to chwila odpoczynku.

Kolejne punkty były już rozmieszczone blisko siebie, a ostatni to już całkiem blisko bazy, myśleliśmy więc, że raz dwa je zaliczymy i wreszcie nastąpi koniec tej gorącej udręki. Tymczasem dziewiętnastka postawiła nas w głupiej sytuacji. Odmierzyliśmy odległość, znaleźliśmy miejsce odpowiadające i mapie i opisowi, mało tego - znaleźliśmy liczne ślady czesania i tylko lampionu nie mogliśmy znaleźć. Ale zaparliśmy się, bo skoro wszystko się zgadza, to musi gdzieś być. Okolica cała pokryta była pokrzywami sięgającymi głowy, a w ich gąszczu wydeptane były ścieżki. Przeszliśmy wszystkie i... nic. Postanowiłam zadzwonić do organizatora, bo może jakiś błąd w opisie, albo może ktoś już zgłosił brak lampionu i nie ma co czesać, albo może źle stoi. Dzwonić sobie mogłam w nieskończoność, a i tak nikt nie odbierał. W końcu postanowiliśmy poszukać w szerszej perspektywie, szczególnie, że z sąsiedniej kępy drzew wynurzył się i poszedł w dalszą trasę inny zawodnik. I faktycznie - znaleźliśmy tam lampion. Byliśmy przekonani, że źle stoi, a jednak... Porównanie w domu wszystkich dostępnych map i śladu gps pokazało, że jednak dobrze. Gdyby to była impreza ze stowarzyszami i gdyby taki stał w pierwszej kępie, na pewno nabralibyśmy się na niego.

To był ostatni punkt z wodą, ale już nie skorzystaliśmy.

Dwudziestkę organizator schował w dołku dwadzieścia metrów za krzyżem i jedyne co musieliśmy zrobić to zlokalizować ten właściwy krzyż, bo blisko siebie stały dwa. Nie było to większym problemem.

Nasz przedostatni punkt.

Do ostatniego punktu można było iść albo szlakiem tramwaju konnego albo dość ruchliwą drogą i niestety drogą było bliżej. Gdybyśmy mieli więcej sił i czasu to uparłabym się na szlak, bo byłam go ciekawa, no i przyjemniej iść lasem niż między mknącymi samochodami. Ostatni punkt był już właściwie taki bardziej krajoznawczy niż na poważnie.

Obowiązkowa fotka w wagoniku:-)

Do mety było już bardzo blisko, ale tradycyjny zryw do biegu zainicjowaliśmy dopiero na podwórku bazy, bo byliśmy już totalnie wykończeni. Dostaliśmy pamiątkowe medale i mogliśmy chwilę odpocząć przed uroczystością wręczania pucharów.

Wreszcie meta!!!

Potem Tomek, Jacenty i Krzysztof otrzymali swoje puchary, a my z Sylwią czekałyśmy na powrót Kingi (mimo, że wiadomo już było jakie miejsca zajęłyśmy) bo przyjemniej stać na pudle we trójkę niż we dwie, gdy trzecia jeszcze się męczy na trasie.

Najdzielniejsi weterani Orientiady.

I najszybsze kobiety :-)

A tak wygląda nasz przebieg:


Filmowy ciąg dalszy - nastąpi wkrótce.

piątek, 3 sierpnia 2018

56. OrtInO dla leniwych

Było zbyt gorąco by napisać pełnowymiarową relację, skracamy więc wszystko do wersji słowno-muzycznej! Nie trzeba za dużo czytać! Miłego oglądania!

niedziela, 29 lipca 2018

Czarna Cobra - część 2

W wodopoju nie siedzieliśmy długo, ale zawsze to chwila oddechu. Opici i obciążeni świeżą dolewką w bukłakach ruszyliśmy dalej - na PK 19. W sumie nic ciekawego - blisko i łatwo.

Punkt na górce, tuż  przy przecince.

Do dwudziestki popruliśmy drogą i zaliczyliśmy kolejny punkt na górce.  Zdecydowanie górki lepiej nam wchodziły niż strumyki - może dlatego, że je łatwiej wypatrzyć? Za to co sobie myślałam o budowniczym na każdym, choćby najmniejszym podejściu, to już lepiej zmilczę, bo nie zawsze były to słowa jakie przystoją damie. Co prawda ze mnie tam taka dama, jak z Tomka tancerz baletowy, ale zawsze. Jakoś mój organizm nie jest dostosowany do chodzenia inaczej niż po równym i nie daje się przekonać, że można.

Ten uśmiech dużo mnie kosztował. w rzeczywistości ledwo żyłam.

Na dwudziestce pocieszałam się, że teraz to już będziemy szli w kierunku mety i z każdym krokiem będzie coraz bliżej do końca.
Do sanktuarium na Krzyżance wiodła porządna droga, bo to bardzo popularne miejsce. Szkoda, że nie mieliśmy czasu żeby pójść na wieżę widokową, zresztą wtedy nawet o wieży nie wiedzieliśmy. Na tych pięćdziesiątkach to się człowiek dużo nachodzi, a mało zobaczy. Czy to się w ogóle kalkuluje???

PK 5

W stronę szesnastki poszliśmy przecinką, której nie było na mapie, dlatego już w pobliżu punktu coś nam przestało pasować. Droga powinna iść na nasypie, a jakoś nie chciała. Zaczęliśmy przeszukiwać wszelkie małe, większe, a potem i największe wzniesienia w okolicy, a lampionu ani śladu. Dopiero kiedy zauważyliśmy po drugiej stronie obniżenia drogę na nasypie, zrozumieliśmy w czym rzecz - nie byliśmy tam, gdzie myśleliśmy, że jesteśmy. Co oczywiście nie znaczy, że od razu poszliśmy bezbłędnie na punkt. Gdzie tam - chłopaki przeciągnęli mnie jeszcze przez jakieś pieruńskie górzysko i dopiero schodząc z niego zauważyłam, że ktoś wchodzi na niewielką górkę obok. Poleciałam sprawdzić co tam jest i co było? Oczywiście nasz lampion.

Szesnastka

Wydawało się, że osiemnastka nie przysporzy nam trudności, bo mieliśmy i porządną drogę (na mapie i w rzeczywistości) i punkt zlokalizowany był blisko osiedla, więc było się od czego namierzać, a jednak... W terenie jarów było od zatrzęsienia, tylko w żadnym nie wisiał lampion. A przynajmniej tak się nam wydawało, bo potem okazało się, że obok lampionu przeszliśmy kilka razy. Zataczaliśmy coraz większe kręgi penetrując każde podłużne zagłębienie terenu, w końcu postanowiliśmy wrócić pod same domy i od nich namierzyć się jeszcze raz. Skutek osiągnęliśmy podobny do poprzedniej próby.

Przez ten strumyk przeprawialiśmy się kilkakrotnie.

W końcu mój zapał opadł do poziomu zerowego i odmówiłam dalszej współpracy. Osiadłam sobie nad strumykiem i kontemplowałam rzeczywistość. Tomek w tym czasie biegał po bliższej, dalszej i coraz dalszej okolicy, Łukasz spacerował po bliższej. Największe efekty dała moja kontemplacja, bo wypatrzyłam gdzie znikają kolejni zawodnicy i w końcu poszłam to sprawdzić. Kilkanaście metrów od mojego stanowiska postojowego wisiał sobie lampionik - jak gdyby nigdy nic. Razem z Łukaszem podbiliśmy punkt i pozostało nam jeszcze odszukanie Tomka, który zniknął, wydawało się, że na zawsze. Nawoływaliśmy - zrazu nieśmiało, potem coraz głośniej:
- Toomeek!!!!
- Toooomeeeek!!!!!!!
W końcu usłyszeliśmy jego głos, a i on sam wyłonił się z krzaków.

Znalazł się! I Tomek i lampion.

 Szukanie osiemnastki zajęło nam dobrze ponad pół godziny, chociaż nam wydawało się, że przynajmniej ze trzy. Na każdej imprezie musi trafić się jakiś taki feralny punkt i w sumie cieszyliśmy się, że ten punkt programu mamy już za sobą.
Punkt siedemnasty wynagrodził nam stresy związane z osiemnastką i dał się znaleźć od pierwszego kopa, a na dokładkę większa część trasy prowadziła asfaltem i mogliśmy pobiec nadrabiając stracony czas. Co prawda z tym moim bieganiem to na tym etapie wycieczki było już krucho, ale przynajmniej tam gdzie było z górki lub po równym starałam się przyspieszyć. W miejscu gdzie powinien wisieć lampion znaleźliśmy sam perforator, lampion zaś schowany był w wybetonowanej dziurze w ziemi, pewnie jakimś umocnieniu jeszcze z czasów wojny. Nie wiem czy takie było zamierzenie organizatora, czy ktoś po prostu wrzucił lampion do dziury, ale mi się podobało.

Siedemnastka w dziurze.


Z siedemnastki na piętnastkę można było iść na azymut albo leśnymi dróżkami, ale postanowiliśmy nadłożyć drogi i przelecieć się asfaltem. Punkt był na górce (na drugim szczyciku), więc tradycyjnie umierałam i przystawałam niemal co metr. Przy pierwszym szczycie spotkaliśmy ekipę, z którą już od dłuższego czasu wymijaliśmy się w drodze i wyglądało, że oni mają większe możliwości biegowo wytrzymałościowe, my z kolei nawigacyjne. Podpowiedzieliśmy im, że są o jeden szczyt za blisko.

Piętnastkę zdobyliśmy wspólnie.

Między piętnastką, a dwudziestką jedynką zastał nas umowny czterdziesty czwarty kilometr (numer naszego klubu) i oczywiście zatrzymaliśmy się żeby strzelić sobie selfika. No, tym razem wyjątkowo to nie był selfik, bo miał nam kto cyknąć fotkę i Łukasz wykazał się takim dziełem:

Dobrze, że było się o co oprzeć:-)

Zostały nam już tylko cztery punkty do mety. Ta świadomość podtrzymywała mnie na duchu, chociaż odcinek między dwójką a ósemką ciut mnie niepokoił. Zasadniczo jednak nie mam zwyczaju martwić się na zapas, skupiłam się więc na dotarciu do  PK 21.  Na szczęście było dość blisko, a na mapie narysowanych było sporo dróg w kierunku marszu. Niestety - w terenie dróg było jeszcze więcej i oczywiście wstrzeliliśmy się nie w tę, o którą nam chodziło. Przekonani, że jesteśmy na drodze tuż przy dziurze z punktem zaczęliśmy czesać las. Oczywiście - bezskutecznie. Inne ekipy chyba też się nacięły na ten sam numer, bo chwilami las był pełen zawodników, a każdy zadawał jedno pytanie:
- Macie dwudziestkę jedynkę?
Niby wszystko się zgadzało - droga biegnąca w słusznym kierunku, mała górka po jednej stronie drogi i druga po przeciwnej, tylko dużej dziury nie było. No i powtórzyła się sytuacja z osiemnastki:-( A już myśleliśmy, że te atrakcje mamy za sobą.  W końcu ustaliliśmy, że ja zostaję na drodze, żeby chłopaki wiedzieli gdzie wrócić w razie czego, a oni idą czesać las w promieniu stu kilometrów. Innego wyjścia nie było. Początkowo to nawet się cieszyłam, że sobie odpocznę, zjem, napiję się, ale kiedy to ja stałam się pożywieniem dla zgłodniałych komarów, to mina mi trochę zrzedła. Psikałam się co kilka minut muggą i z niecierpliwością nasłuchiwałam, czy panowie nie wracają. I kiedy tak stałam sama w tym lesie, nadeszła Dominika, którą wcześniej zostawiliśmy w tyle. I znowu miałam okazję do zaciukania rywalki (nawet nikt by się nie dowiedział, że to ja) i znowu przegapiłam szansę. Ależ ta dziewczyna ma farta! :-)
Chłopaki z poszukiwań wrócili jedynie z postanowieniem zejścia do asfaltu (hmmm, dość daleko) i niczym więcej. Ale w sumie innego wyjścia nie było, bo odpuszczenie punktu nie wchodziło w rachubę. I kiedy tak schodziliśmy w dół do tego asfaltu nagle zaczęło nam się wszystko zgadzać, a po chwili znaleźliśmy i dziurę i lampion. Ale i tak kręcąc się za własnym ogonem straciliśmy kolejne pół godziny. Gdybyśmy ....

Punkt w duuużej dziurze.

Po tych kolejnych długich poszukiwaniach byłam już totalnie zniechęcona. Wiadomo było, że nawet jeśli zdążymy zebrać wszystkie punkty, to czas będziemy mieć słaby i uplasujemy się gdzieś w końcówce stawki. Tak czy siak, iść trzeba było, bo w lesie nie zamierzaliśmy nocować.
Trójka miała być prawie przy samej drodze, więc nie spodziewaliśmy się trudności. A jednak... Co prawda szukaliśmy znacznie krócej niż poprzedni punkt, ale parę minut zeszło.

O, tam wisi.

Zastanawialiśmy się czy do trójki iść naokoło, czy ryzykować przeprawę przez strumień. Mi było już wszystko jedno, strumień to nawet kusił zimną wodą, ale Tomek zadecydował, że obchodzimy. Jak się okazało całkiem niepotrzebnie, bo większość osób poszła na skróty (jak pokazują ich ślady gps) i wcale się nie potopili. Punkt miał być na brzegu jeziora u ujścia cieku wodnego. Wydawało się, że tu już nic nas nie zaskoczy. Tymczasem na brzeg jeziora, owszem - dotarliśmy, tylko nie wiedzieliśmy, w którym miejscu dokładnie się znajdujemy. Postanowiliśmy się rozdzielić i rozejść w dwie strony: Tomek poszedł na północ, ja z Łukaszem na południe. Co prawda lampionu żadne z nas nie znalazło, ale Tomek natrafił na rzeczkę, którą omijaliśmy i przynajmniej było wiadomo gdzie jesteśmy. Teraz znalezienie  dwójki było już proste. Tylko wędkarze dziwili się, co tak co chwilę ktoś łazi i pyta albo o kartkę na drzewie albo o innych szukających.

Bardzo malowniczo usytuowany punkt.

Zbliżaliśmy się do końca limitu czasu, słońce zaczynało się powolutku obniżać w stronę horyzontu, a my mieliśmy do zaliczenia jeszcze jeden punkt  - dość odległy i w mokrych okolicznościach przyrody. Przez moment nawet rozważaliśmy możliwość odpuszczenia go sobie, bo baliśmy się, że dotrzemy po wszystkich limitach i nie będziemy klasyfikowani. Szczególnie Łukasz bał się tej wizji, bo on w ogóle nastawiał się, że obleci wszystko w kilka godzin, a nie kilkanaście. Mi było już wszystko jedno, a Tomek nigdy nie daje za wygraną. Ponieważ ósemka i tak była w stronę mety, postanowiliśmy ostateczną decyzję podjąć już bliżej niej. Z obliczeń wyszło nam, że jeśli nic się nie wydarzy (czyli jeśli ja nie odmówię współpracy i nie zaprę się, że dalej nie idę) to wyrobimy się w limicie dodatkowym. Ósemka, na szczęście, okazała się łatwa i bezproblemowa.

Mamy ostatni punkt!

Tak jak przewidywaliśmy na metę dotarliśmy już w czasie dodatkowym, chociaż bardzo się starałam i nawet podbiegałam jeśli nie było pod górę. A na mecie przeżyłam szok. Okazało się, że w klasyfikacji kobiet wskakuję na pudło - na najniższy stopień, ale zawsze. Nastawiałam się na miejsce w dolnych rejonach tabeli, a okazało się że dużo osób przyszło bez kompletu punktów. Drugie miejsce przegrałam o jedyne sześć minut (!), a pierwsze - wiadomo - Dominika (drugie zresztą też Dominika, ale inna).

Wreszcie na mecie!

A potem to już tylko zasłużone piwko, kiełbasa pieczona na ognisku (niestety, trzeba było samemu sobie upiec) i pyszne pierogi wydawane ukradkiem, bez reklamy, ale człowiek głodny trafi za węchem. I arbuz. Duużo arbuza. Poczułam się usatysfakcjonowana. A jeszcze bardziej kiedy dostałam gustowny puchar.

Chwila dla fotoreporterów.

A tak wygląda nasz przebieg:


Jeszcze będzie filmik, ale chwilkę trzeba poczekać. Bądźcie czujni!

czwartek, 26 lipca 2018

Jak nie pyton to Czarna Cobra - część 1.

Po Wawel Cup-ie w ogóle nie trenowaliśmy. Mało tego - praktycznie w ogóle się nie ruszaliśmy. Najpierw wszystko nas bolało, a potem przygotowywaliśmy Rodzinne i nie było czasu. I deszcz ciągle padał, więc jak to tak w deszczu...
Tym sposobem na Cobrę jechałam kompletnie rozmemłana, ciągle zmęczona i pewna, że będę musiała zejść z trasy, bo nie dam rady. Tomek, jak zawsze, był gotowy góry przenosić.
Do Manowa przyjechaliśmy późno, bo strasznie daleko, a wyjechaliśmy z Warszawy dopiero po pracy. W bazie było niewiele osób, ale Chrumkająca Ciemność już na nas czekała. Nocowaliśmy w Ośrodku Edukacji Ekologicznej PZŁ i pierwsze co po wejściu na salę rzuciło mi się w oczy to cała masa wypchanych zwierząt - wszelakie sarnowate, dzik, lis. Takie mieszane uczucia miałam, bo z jednej strony mogłam sobie je z bliska obejrzeć, a z drugiej to żal żyjątek.

Tego po prawej to nie znam.

W regulaminie zawodów najbardziej zafascynował mnie punkt o noclegu i śniadaniu: "Nocleg na sali ogólnej jest bezpłatny, jednak wszystkie osoby nocujące zobowiązane są do pokrycia kosztów śniadania w dniu 21 lipca w kwocie 30zł." Szalenie interesowało mnie jak będzie wyglądać śniadanie za kwotę, za którą można zjeść dwudaniowy obiad z deserem, biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że w perspektywie pięćdziesięciu kilometrów, jakie mieliśmy pokonać, ze śniadaniem to jednak trzeba było dość ostrożnie. Śniadanie okazało się normalne, z jajecznicą jako hitem dnia, a we wszystkim pewnie chodziło o obejście jakichś durnych przepisów:-)

Drogocenne śniadanie:-)

Po śniadaniu i chwili na dopięcie ostatnich spraw (na przykład nowej kamizelki biegackiej) wyszliśmy przed budynek, gdzie miała się odbyć odprawa i rozdanie map. I tam stałam się gwiazdą telewizji. Zawsze myślałam, że wywiady, autografy, sława to dopiero po osiągnięciu jakiegoś wyniku, a tu proszę - organizatorzy zadbali żeby od razu poczuć się zwycięzcą:-) Mam tylko nadzieję, że tych głupot co tam naplotłam o sposobie używania kompasu to nikomu nie pokażą, bo jak ktoś to sobie weźmie do serca i zastosuje, to przepadł na wieki...

Eh, ta sława...

W końcu ruszyliśmy na trasę.  Postanowiliśmy iść przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, bo w drugą stronę mapa była bardzo niebieska i obawialiśmy się zmoczenia butów już na dzień dobry. Ruszyliśmy biegiem i już po kilkudziesięciu metrach poczułam ból łydek.
- Nieźle się zaczyna - pomyślałam.
Po chwili i Tomek przyznał się do dyskomfortu w tej samej części ciała. Ewidentnie jeszcze Wawel Cup z nas wyłaził. Póki jednak dało się przebierać nogami nie zwalnialiśmy, a po chwili ból przeszedł. Grunt to przetrzymać.
Do PK 11 większość trasy prowadziła asfaltem, a potem drogą i ścieżką wzdłuż brzegu jeziora. Na zachętę punkt był bezproblemowy i szybko go zgarnęliśmy.

 Nasza pierwsza zdobycz.

Do czternastki był dość długi przelot. Drogą przez las wróciliśmy do asfaltu, przebiegliśmy przez Wyszebórz, potem kawał asfaltem na północ i wreszcie drogą nad jeziorko. Po drodze spotkaliśmy nadwornego fotografa imprezy, który uwiecznił naszą radość z udziału w imprezie.

 Fot.: Michał Żmiejko

W pobliżu punktu spotkaliśmy zaś młodzieńca, który już dawno temu wyprzedzał nas i myśleliśmy, że jest już daleko, daleko z przodu. Okazało się, że kolega Łukasz dobrze biega, ale w nawigacji jest początkujący i z pewną nieśmiałością zasugerował, że on to by może tak się nas trzymał z lekka. Tomek wcisnął mu kit, że to ja jestem specem od kompasu i azymutów (przez ten nieszczęsny wywiad) i Łukasz patrzył we mnie jak w obrazek, aż wreszcie uświadomiłam go, że lepiej jednak pilnować się Tomka, a nie mnie.

 Świeżo zawiązany team.

W dalszą trasę ruszyliśmy tak niby razem, niby osobno. PK 7 umiejscowiony był w dziurze, dziura zaś była łatwa do znalezienia. Łukasz przydał się jako operator kamery i w końcu jesteśmy z Tomkiem na filmikach razem, a nie jak na ogół - albo jedno, albo drugie.

Na zdjęciu nie widać, ale trudno było utrzymać się w pionie na zboczu dziury.

W pierwszym odruchu po siódemce chcieliśmy iść na trzynastkę, ale postanowiliśmy zgarnąć jeszcze czwórkę, żeby mieć łatwiej na powrocie. Poszliśmy najpierw kawał skrajem lasu do drogi, a potem już ścieżkami. Chwilę szukaliśmy lampionu, bo był powieszony od takiej strony, że niemal stojąc przy nim nie zauważyliśmy go. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu, ale dopiero widok innych zawodników podchodzących do drzewa naprowadził nas na trop.

Czwórka zdobyta, ale co dalej?

Do trzynastki spory odcinek drogi prowadził asfaltem, mogliśmy więc przyspieszyć. Za to na zejściu z niego nie wstrzeliliśmy się w przecinkę, tylko poszliśmy naokoło drogą, oczywiście nie wiedząc o tym. Tym sposobem zamiast dokładnie na punkt, wyszliśmy za bardzo na zachód i chwilę krążyliśmy po okolicy. W drodze na trzynastkę po raz drugi spotkaliśmy Dominikę. Gdybym wiedziała, że to przyszła zwyciężczyni... Może zaciukałabym ją w tym lesie i poprawiła swoją pozycję?

Kolejny punkt przy strumyku.

Na dwunastkę nawigacja była prosta, udało się w terenie odnaleźć drogi z mapy, więc idąc mogliśmy poświęcić więcej czasu na pogaduszki z Łukaszem, bo nie trzeba było tak bardzo pilnować drogi. Tomek chciał go od razu nauczyć wszystkich nawigacyjnych metod i sztuczek i chyba tylko zrobił mu mętlik w głowie. Za to czas szybko mijał. Przy rzeczce (kolejnej) z rozpędu zaczęliśmy przechodzić na drugi brzeg, bo zobaczyliśmy wcześniej kogoś nadchodzącego z tej strony. Na szczęście szybko zorientowaliśmy się, że leziemy totalnie bezmyślnie i zawróciliśmy.

Kolejny punkt zdobyty.

Od dwunastki do szóstki w linii prostej było już  bardzo blisko, a na szóstce miała być woda. Oczywiście wcale nie chodziło mi o wodę tylko o parę minut odpoczynku, bo wiadomo, że napełnianie bukłaków chwilę zajmuje. Nie byliśmy jeszcze nawet w połowie drogi, ale już zaczynałam odczuwać zmęczenie. Głupio mi było jednak przy wciąż tryskającym energią Łukaszu robić za chylącą się ku upadkowi staruszkę ze wszystkimi geriatrycznymi dolegliwościami, bo jednak kobieta zawsze zostaje kobietą i przy młodym i przystojnym facecie chce dobrze wypaść :-)
Tymczasem do tej szóstki wcale nie wybieraliśmy się bezpośrednio z dwunastki, tylko po drodze mieliśmy wziąć jeszcze  22, 1, 9 i 10.
Przy dwudziestce dwójce po raz drugi spotkaliśmy Michała - fotografa, który postanowił iść z nami na jedynkę. Tym sposobem zaliczyliśmy kolejną prywatną sesję fotograficzną.

 Naprawdę biegniemy!

W stronę jedynki prowadziło sporo dróg i wydawało się, że dotrzemy szybko i łatwo, a jednak już pod koniec zacięło nam się. Przecinka, która miała nas podprowadzić niemal na miejsce okazała się zarośnięta i praktycznie niezauważalna. W pierwszym odruchu spróbowaliśmy iść na azymut w nadziei, że dalej będzie lepiej, no ale nie było. Wycofaliśmy się z powrotem na drogę i trochę nadkładając dotarliśmy do paśnika, przy którym wisiał lampion. Tam zostawiliśmy Michała z innymi uczestnikami, którzy w tym samym czasie dotarli na punkt, a my ruszyliśmy zdobywać dziewiątkę.

 PK 1 

Do dziewiąteczki poszliśmy sobie przecinką, bo ta akurat była całkiem przebieżna, a że punkt był na  na jednym ze szczytów górki, to nie było problemu ze znalezieniem.

Spotkanie na szczycie.

Coraz bardziej dopadał mnie kryzys, bo teren jednak trochę pagórkowaty, a pogoda wcale nie była taka fajna jak mówiły prognozy, bo miało być 20 stopni, a na pewno było więcej. Pocieszałam sama siebie, że jak dotrzemy na punkt wodny, to już prawie połowa drogi, a już od dwudziestki to będziemy na nawrocie, a do bazy to i tak jakoś dojść muszę. Tyle, że niekoniecznie chciałam "jakoś", ale przynajmniej przed nocą. Zupełnie nie wiem jak ludzie robią taką trasę w kilka godzin i jeszcze potem żyją. No, może jest drobna różnica między mną a zwycięzcami w wieku i płci, ale jednak to niesprawiedliwe. Prawda? :-)
Dziesiątka była kolejnym punktem nad strumykiem - najwyraźniej autor trasy przewidział upały i chciał dać nam możliwość ochłody na trasie. Punkt niestety stał nie na tym przepuście co powinien, a do tego ścieżki były jakoś inaczej niż na rozjaśnieniu i chwilę łaziliśmy w te i we wte szukając lampionu. Tak łażąc spotkaliśmy Tomka K. z ekipą, który wykierował nas na właściwe miejsce.
A potem pognaliśmy prosto do szóstki z wodą. To znaczy nie tak zupełnie prosto, bo nas ciut na zachód zniosło i musieliśmy kawałek wracać asfaltem zamiast wyjść prosto na punkt. Ale co tam - grunt, że wreszcie doczekałam się chwili odpoczynku. Punkt wodny okazał się samoobsługowy, czyli pod wiatą stała pryzma butelek z wodą i każdy wlewał w siebie, w bukłak, w butelkę ile potrzebował. A woda była pyszna, bo zimna (w porównaniu do tej wygrzanej na plecach).

 W pierwszej kolejności podbiliśmy punkt, żeby nie zapomnieć o tym.
 
W nogach mieliśmy już okołu 28 kilometrów, a na mapie nie wyglądało to nawet na połowę.Coś ta pięćdziesiątka zapowiadała się znacznie dłuższa...

C.D.N.