Co mnie znowu podkusiło, by biegać, zamiast jeździć na RJnO? I to żeby było mało, przed rowerowym BnO zafundowałem sobie ParkRun i to z niezłym wynikiem (wyrównałem tegoroczny rekord, ale w warunkach terenowych, z górką z piachem itp.) Ale patrząc z drugiej strony, zbliżają się Mistrzostwa Polskie w Longu BnO i może warto troszkę potrenować?
Dotarłem do malowniczej willi w Otwocku. Tuż obok szkoły do której chodziłem (Technikum Nukleonicze). Jak widać Jaś zawsze organizuje coś przy szkołach do których chodziłem (podobnie jak 124 w Falenicy).
Muzeum Ziemi Otwockiej
Willa śliczna. Właściwie taki mały pałacyk. Przy okazji Muzeum Ziemi Otwockiej, tyle że jak sprawdzam w internecie toto muzeum coś nie za bardzo przyjmuje zwiedzających…
Idę na start
Baza zawodów i organizator
Pobrałem komplet dwóch map, dwa Pawełki i ruszyłem. Najpierw ostrożnie na PK 17. Postanowiłem zacząć od dokładniejszej mapy, tej w skali 1:7500, części wschodniej terenu. Na takiej mapie fajnie się biega. Punkty są „blisko”, wszystko widać. No oczywiście, mapy do RJnO nie są specjalnie dokładne: te z Pucharu Integalaktycznego nie trzymają proporcji, przebieg dróg jest zwykle umowny, a lokalizacja lampionów tych „przy drogach” jest baaardzo umowna.
W każdym razie te punkty z mapy 7,5 k wchodziły dość dobrze. No, może poza PK 16 – ze śladu wynika, że wybiegłem „na punkt”, a lampion był dobry kawałek na wschód…
Ogólnie uwielbiam bieganie po otwockich lasach. Lubię i już. Nawet niedokładne lokalizacje lampionów (np. PK 33, czy PK 30, czy PK 44) mnie nie zniechęcały. Trochę dziwiłem się klasyfikacji dróg – coś co na mapie było narysowane porządną grubą kreską, w terenie było prawie niedostrzegalne. Ale ja się nie znam na mapach rowerowych (np. przebieg z PK 35 w kierunku PK22)!
Lekką wtopę zaliczyłem pod koniec trasy: PK 34. Liczyłem odchodzące drogi, skręciłem we właściwą i okazało się, że jestem o jedną drogą za daleko. No cóż, zdarza się.
PK 44, który stał o wile za blisko
Dzięki „pomyłkom” odkryłem w Otwocku sporo miejsc, o których nie widziałem – pomniki, czy zamek w lesie (marzenie każdego dziecka).
Ogólnie dobrze spędzony czas i całkiem niezły trening – wyszło mi ponad 23 kilometry i w wynikach wcale nie jestem ostatni!
Dawno nie byłem na Street-O. Na tyle dawno, że zapomniałem, jak to się robi. No, oczywiście nie zapomniałem zasad, ale zapomniałem strategii, czy choćby jak zorganizować trzymanie karty, sprawne zapisywanie odpowiedzi i przed wszystkim, jak sprawnie szukać odpowiedzi na pytania. Ale, że Street-O było „tuż pod domem”, to ciężko było by się nie wybrać.
Pogoda średnio zachęcała – coś kropiło, nastawał przyspieszony zmrok. Najpierw wyzwaniem było znalezienie startu, który schronił się pod pobliski daszek w wejściu do bloku mieszkalnego. Akurat ja znalazłem, ale co chwila dzwonił telefon z pytaniem: „gdzie start”?
Pobrałem mapę i ruszyłem. Spodobała mi się wschodnia strona mapy. Więc ruszyłem… na północ. Biegało mi się dobrze, problemem okazało się wpisywanie odpowiedzi na kartę startową. Karta od razu rozmokła z powodu padającego deszczu, nie miałem podkładki i pojawiały się problemy. Pierwsze problemy to PK 4C – szukałem go na parkingu zamiast przy szkole – deszcz po prostu rozmiękcza myślenie;-)
Prawdziwe problemy to PK 3K. Biegłem sobie spokojnie, liczyłem ulice w bok, skręciłem w lewo i… brak punktu. Był płot i ilość przecznic się zgadzała… Po chwili ruszyłem dalej i wreszcie znalazłem właściwe miejsce (kręcili się tam inni uczestnicy zabawy).
Chwilę zajęło także poszukiwanie PK 2O – w ciemnościach karmnik był niedostrzegalny.
Przy PK5A należało zacząć wracać. Miałem po drodze zaliczyć PK 2N i 1) ale… nie znalazłem ich. Także chwilę szukałem muralu z PK 4B i liczyłem owady (czy pająk jest owadem?)
Na metę przybyłem z 10 sekundowym spóźnieniem;-(, a szkoda. Teraz widzę, że przy starcie były jeszcze punkty o dużej wartości – może należało biegać dalej i zaliczyć 4fFi 5C? Albo w ogóle zacząć od małej pętli i dopiero potem lecieć na punkty końcowe? Ot, brak wprawy. A dodatkowo Strava mówi mi, że z tych 60 minut to dwadzieścia z nich… nie biegałem (czyli spisywałem wyniki, szukałem PK). Może wyniki gdzieś zaginą i nie będzie wstydu?
Rozgrywka drugiego dnia mistrzostw odbyła się w Górze Kalwarii. Niby znacząco bliżej, ale... Zawsze jest jakieś ale... Już przy zapisach wkurzyła mnie informacja, że do startu są 2 km dojścia, a z mety do bazy 1,5. W sumie to wychodzi jak bym miała mieć dwa etapy, a nie jeden. Zawsze takie długie dojścia doprowadzają mnie do szału.
W drodze na start.
Na start doszłam więc już zirytowana i oczywiście zmęczona (nie żebym się słaniała, ale wolałabym mieć jakiś zapas sił na bieg), a tam dodatkowo wkurzyli mnie organizatorzy. W komunikacie technicznym obiecali, że można na starcie zostawić swoje rzeczy i będą zabrane do bazy, a na miejscu nie chcieli ich przyjąć i rzucali głupimi komentarzami, że można było zostawić w bazie. Wrrrrr....
No taka była wk...wiona, że jak ruszyłam z boksu, to zatrzymałam się dopiero przy jedynce.
Lecę odreagować.
Potem złość mi opadła i na dwójkę zaczęło mnie już normalnie znosić w prawo. Dobrze, że jacyś zawodnicy odbiegali od punktu, to trochę mnie naprowadzili. Do trójki znowu z prawościągiem, ale tam wypadłam na kopczyk i dołek, to wiedziałam gdzie jestem. Do czwórki już zaczęłam korygować i wyszłam idealnie.
Prawoznośne początki.
Z czwórki w pierwszym odruchu chciałam biec na azymut, ale potem zmieniłam koncepcję na drogową i bardzo słusznie, bo i tak mnie ściągało w stronę drogi. Po prostu przeznaczenie.
Szóstka to punkt, o którym coś tam było mówione na starcie, że jakoś inaczej stoi, czy coś. Zanim dobiegłam, to i tak zapomniałam o co chodziło i wiedziałam tylko, że trzeba zwiększyć czujność. W okolicach punktu błąkały się już ze trzy osoby twierdząc, że nigdzie go nie ma, ale mi wychodziło, że powinien być jeszcze dalej. I faktycznie był, tylko nie na muldzie, a w potężnym dole.
Do siódemki znowu prawicowałam i aż musiałam podejść do skrzyżowania, żeby się namierzyć, bo jak wyszłam na drogę, to przecież nie wiedziałam, w którym jej punkcie jestem. Niby jest tam narysowana jakaś ścieżynka, która powinna mnie umiejscowić, ale wcale jej nie widziałam. Za to do ósemki trafiłam bez pudła. Żeby jednak nie wyszło za dobrze, to z dziewiątką się rozminęłam i wyszłam aż na drogę. Żeby się zlokalizować na tej drodze, potrzebne mi było skrzyżowanie, tylko nie wiedziałam, czy będzie po prawej, czy po lewej. Oczywiście, że najpierw poszłam w niewłaściwą stronę, ale jak już znalazłam skrzyżowanie, to dalej poszło łatwo.
Tak to było.
Po dziewiątce jakoś już miałam dość ganiania po krzakach i dziesiątkę postanowiłam wziąć drogowo. A na drodze dopadło mnie zapłakane dziewczę, które trzeba było poratować i wykierować i tak się na tym skupiłam, że już o ukierunkowaniu samej siebie przestałam myśleć. Zresztą wydawało mi się, że sprawa jest łatwa - wejść w pierwszą ścieżkę w prawo, potem w lewe rozgałęzienie, potem azymutem kawalątko. I pewnie byłoby łatwo, gdyby ktoś nie wpadł na głupi pomysł zaślepienia ścieżki karpami, przez co w ogóle jej nie zauważyłam i poleciałam dalej. To samo przytrafiło się jakiemuś młodemu koledze i w efekcie razem szukaliśmy dziesiątki. Na szczęście w terenie było więcej charakterystycznych miejsc niż tylko odejście ścieżki, więc daliśmy radę.
W poszukiwaniu dziesiątki.
Z dziesiątki to już prawie na metę z szybkim wypadem po jedenastkę tuż przed nią. A potem powrót - już nie tak długi jak dojście, ale ponad kilometr. Tomek był na mecie tuż przede mną, ale sądził, że już dawno skończyłam i poszedł sobie.
Ponieważ znowu mieliśmy być ozłoceni, zostaliśmy do końca imprezy, ale tym razem byłam przygotowana gastronomicznie, zresztą na miejscu można było zakupić pyszne ciacha domowej roboty. Prawie się powstrzymałam, choć na sam koniec przy zakupie kawy dałam sobie wcisnąć kawałek marchewkowca. Gratis był, bo ostatni, to już nie marudziłam nachalnie.
Moje złoto znowu było za sam udział, ale Tomek swoje uczciwie wywalczył.
Nie wiem dlaczego dałam się namówić na te zawody. Więcej jechania niż biegania i praktycznie cały dzień wyjęty z harmonogramu. No, chyba tylko po to pojechałam, żeby zostać mistrzynią dwóch województw. Ale - żeby nie było niedomówień - żebym ja tą mistrzynią została, wystarczyło wystartować i w dowolnie długim czasie (a może były jakieś limity - nie wiem) dotrzeć na metę z kompletem punktów. Więc się nie jarajcie, że macie znajomą mistrzynię.
Nie dość, że zawody były w Dęblinie, czyli daleko, to jeszcze był to sprint, czyli krótko. Fakt - trochę wyposzczona byłam, bo dawno nie biegałam i chyba to przesądziło o moim udziale.
Pogoda była jeszcze całkiem letnia, baza w szkole, więc jakby luksusowo i tylko głód mnie gnębił, bo nie wzięłam nic do żarcia, no bo normalnie nie biorę i zapomniałam, że jedziemy na prawie cały dzień. Ale nic to.
Gotowi do startu.
Już w boksie startowym.
I start!
I jeszcze bardziej start.
Jak widać powyżej, wystartowałam raźno, tylko po chwili musiałam się zatrzymać i zlokalizować na mapie. Tu zawsze jest ten dreszczyk emocji - znajdę trójkąt startowy w sensownym czasie, czy utknę? Tym razem znalazłam dość szybko i mogłam ruszyć dalej.
Bieganie po mieście, więc łatwe. Na takich mapach już od dawna się nie gubię, więc nie ma się co nastawiać na przygody. Trzeba robić swoje - przebierać nogami i nie dekoncentrować się. W sumie najważniejszy jest wybór wariantu przebiegu, a ponieważ na decyzje jest zawsze za mało czasu, więc raz jest bardziej, raz mniej optymalnie. Patrząc na przebieg, to nie widać żebym jakoś szczególnie głupio pobiegła, ale pewnie dałoby się trochę urwać.
Bardzo podobały mi się PK 5 i 6 na wyspie w parku, tylko nie było czasu na podziwianie okoliczności przyrody. Szkoda.
Przy PK 7 spotkałam Tomka i jak to przy spotkaniu obydwoje traciliśmy cenne sekundy, bo najpierw fotę trzeba było zrobić, a dopiero potem decydować jak biec dalej.
Spotkanie przy PK 7
Muszę powiedzieć, że starałam się uczciwie biec cały czas i pokonały mnie dopiero schody przy PK 10. Wbiegłam na nie i zupełnie mi prąd odcięło. Wiem, że to małe schodki i niektórym trudno uwierzyć, że mogły kogokolwiek pokonać, ale jednak. Od dziesiątki to już tylko podbiegałam, ale na szczęście do mety było już blisko. Niby z nikim się nie ścigałam, ale nie chciałam mieć czasu, którego musiałabym się wstydzić. Resztkę sił zebrałam na dobieg do mety i nawet załapałam się na foty organizatorów.
Tuż przed metą.
Po chwili ze swojej trasy wrócił Tomek.
Tu to widać, że meta.
Ponieważ obydwoje łapaliśmy się na szczerozłote medale, więc zostaliśmy na zakończenie, gdzie jak się okazało, największą atrakcją były foty z "panem zastępcą Burmistrza". No to i my mamy:
Nasze medale.
Po dekoracji pojechaliśmy do najbliższego sklepu, żeby wreszcie coś zjeść, a na zakończenie wycieczki zaliczyliśmy krótkie TRINO w Dęblinie.
Przy PK 17
No i w sumie było całkiem fajnie, a dodatkowo następnego dnia czekał nas ciąg dalszy tej imprezy, tym razem bliżej i po lesie.
Jak mówi internet: 21 września to Dzień Kapsla. Pod takim patronatem odbywała się kolejna runda pucharu w Rowerowej Jeździe na Orientację, zwanego także Wszechpucharem, a czasami nawet Pucharem Integalaktycznym;-) Coś w tym jest, bo w owym pucharze regularnie startuje nasza kadra narodowa i tu doskonalił swój warsztat nasz Mistrz Świata!
Co ciekawsze, do RJnO wcale nie trzeba mieć roweru, bo organizator daje możliwość startu pieszo. Dostaje się „specjalną” mapę, gdzie są wszystkie punkty kontrolne z tras rowerowych.
W takim czymś startowałem jednen raz – wtedy najdłuższa trasa (czarna) dystansu średniego miała naście kilometrów, a moja mapa z punktami sprintu i middle wszystkich tras – to wyszło coś koło 12 km. Tym razem liczyłem, że będzie podobnie. I w jakiś sposób było. Dostałem jedną kartkę A4, tyle że skala mapy była trochę nietypowa bo 1:16 tys. (normalnie jest 1:10 tys.). Organizator coś mówił o niecałych 15 kilometrach. No dobra, 15km to dam radę.
Na starcie - Przemek także zalicza trasę piechotą!
Odhaczyłem karę startową i ruszyłem na trasę. Najpierw na zachód. Drogami, bo ta część Lasu Sobieskiego nie grzeszy zbytnią przebieżnością. Truchtało się fajnie, nawet tempo całkiem znośne wyszło. PK 3, PK 4, PK 6. PK 17 chwilę szukałem i ruszyłem na PK 7. Coś mi się przestało zgadzać, bo trafiłem na lampion w miejscu, gdzie go być nie powinno, z oznaczeniem „PK 17”. Konsternacja. Wróciłem do właściwego PK 17 i naokoło znalazłem PK 7. Słowem w terenie był o jeden lampion za dużo;-)
W lesie masa biegaczy zrzucających zbędne kilogramy lub budujących formę w ten sobotni poranek. Druga grupa to spacerowicze z psami, a trzecia grupa to potencjalni piknikowcy z kocami i podobnymi sprzętami potrzebnymi do śniadania na trawie. Słowem tłum. Kluczyłem miedzy nimi przez kolejne PK 3, PK 9, PK 20. Przy PK 20 ścieżka zaznaczona na mapie całkiem wyraźną kreską w terenie… ciężka do wypatrzenia nawet dla biegacza (ci na rowerze to dopiero będą mieli problem!)
Mapa ze wszystkimi punktami ma do siebie to, że punkty są wszędzie. Nie ma jakiejś sensownej metody zatoczenia koła, trzeba poruszać się zygzakiem. W efekcie wracam prawie pod start do PK 19 (pewno mogłem go wziąć jako pierwszy PK, ale się zgapiłem). Biegam więc sobie wesoło pomiędzy dołem a górą (no może środkiem) mapy zygzakiem przesuwając się na wschód. Licznik mi pokazał 10 km, a na oko to jeszcze nie dotarłem do połowy trasy! Oj coś dużo wyjdzie tych kilometrów!
Las zaczął być coraz bardziej przebieżny, terany dobrze znane z WesolInO lub Wesołych Biegów Górskich – można zacząć biegać na azymut, a nie tylko po drogach. Niestety mapa rowerowa, poza drogami zawiera zbyt mało szczegółów. Przy PK 22 i PK 40 ścieżki nijak się miały do terenu, a znane z mapy BnO młodniki i dołki nie były wcale zaznaczone. Także droga do PK 23 - na mapie przejezdna, kończyła się ślepo na czyimś podwórku… Ot takie uroki tego RJnO;-)
Po zdobyciu najwyższej w okolicy góry z PK 23 w prawym górnym rogu rozpocząłem powolny odwrót do bazy (stan licznika 12,5km). Chwilami czułem się dziwnie niepewnie w terenie – gdy naniosłem ślad na mapę, wszystko stało się jasne: drogi na mapie i w terenie mają inny przebieg! Pewno na rowerze tego się nie zauważa, ale przy poruszaniu się per pedes….
W czasie całego biegu spotykałem dziwnie mało uczestników. Na początku przy tym drugim PK 17 mignął mi jakiś rowerzysta i właściwe dopiero teraz, przy PK 25 widziałem kogoś na piechotę, a przy PK 27 aż dwoje rowerzystów!
Kolejny zygzak tym razem w północnej części mapy przy przebiegu na zachód. Dobiegam do zagęszczenia punktów w okolicy pętli autobusowej. Najpierw nie mogę znaleźć PK 15. Nie tylko ja, bo jacyś rowerzyści także. Okazało się, że szukałem go nie po tej stronie górki co trzeba. Ot uroki skali i niedokładnie naniesionych dróg.
Kolejne lekkie szukanie przy PK 11 – znowu w terenie więcej ścieżek niż na mapie…
Do mety zostały już ostanie punkty. Część przy asfalcie i końcówka PK 1, 2, 18 i 41 gdzie znowu drogi totalnie się nie zgadzały. Na szczęście był to niewielki wycinek terenu do przeszukania.
Wreszcie wpadam na metę. Zegarek pokazuje 23 km. Nie przewidziałem takiego dystansu, nie zabrałem nic do picia i ostatnie pięć kilometrów pokonywałem na rezerwie. Ale za to jak fajnie było na mecie wlać w siebie litr zimnej wody!
Nie ma to jak RJnO bez roweru;-)
Jak twierdzi sam organizator, Rajd Źródeł Chodelki to:
„Proste nawigacyjnie i kameralne zawody na orientację. Staramy się udowodnić, że nawet w miejscach bez "renomy" może być ciekawie...”
Sęk w tym, że przy dłuższych dystansach, presji czasu wynikającej z rogainingu nawet proste zawody nie są proste;-)
Chodelka to zawody fajne. Kameralne, a teren Lubelszczyzny zawsze dostarcza atrakcyjnych jarów.
W tym roku jest to moja pierwsza 50-tka. Powoli wychodzę z poważnej kontuzji kontuzji stawu skokowego, której nabawiłem się na „firmowej integracji” i testowo postanowiłem sprawdzić się na dłuższej trasie.
Aby było ciekawiej, w ramach „odwetu” wyciągnąłem „firmę” na integrację na … Chodelce;-) Trzeba udowodnić, że bieganie po bezdrożach jest mniej kontuzjogenne niż skakanie na trampolinach;-)
Z firmową ekipą dotarliśmy do Starego Gaju. Maleńka wioska, maleńka remiza, mało miejsca do parkowania. Na tyle mało, że trzeba było zaparkować gdzieś w przydrożnym rowie. Dobrze, że samochód z tych bardziej terenowych!
Na sali kłębi się tłum znajomych: Paprochy, Tomek Duda, Hubert czyli legenda Chodelki, inne twarze znane z poprzednich edycji Chodelki, a nawet Leszek, który zamiast na odwołany Mordownik dotarł w okolice Lublina.
Karty startowe, koszulki i nieubłagalnie zbliża się chwila startu. Wreszcie dostajemy mapy. W tym czasie za oknem zaczyna padać – Niż Genuański, który zalał dolny Śląsk i „zmył” Mordownik. Według prognozy ma padać mniej niż w Karkonoszach, ale suchą nogą nikt trasy nie przejdzie.
Dostajemy po dwie mapy formatu A3 i tylko co niektórzy dostają na mapę koszulkę (w odróżnieniu od koszulek na Człowieka, których nie zabrakło). Organizator omawia punkty kontrolne, czego właściwie nikt nie słucha, bo wszyscy ślepią w mapę, szacują swoje możliwości i rysują marszruty. Pomagam mojej firmowej ekipie wybrać kierunek i przewidywany schemat przejścia. Wreszcie zbliża się minuta startu.
Ekipa "Firmowa" gotowa do startu
Wychodzimy na zewnątrz złapać GPSa, w oddali grzmi i błyska, deszcz wesoło pokapuje. Dostajemy sygnał startu. Ruszam w lewo, przed sobą widzę potencjalnych zwycięzców. O dziwo za mną biegnie Natalia (moja szefowa) i Kamil. A mieliśmy biec w różne strony! Po dłuższej chwili orientuję się, że to ja lecę nie w tą stronę co planowałem. No cóż, nie chce mi się wracać, a trasę można pokonać w obu kierunkach, choć w takim wariancie na koniec nie będę miał wielkiego wyboru przy wyborze punktów….
Start (zdjęcie organizatora)
Kawałek asfaltu, potem las. W lesie ciemno i mokro. Wyprzedzam rowerzystów. Mam pierwszy PK 21. Kolejny punkt tuż obok – na azymut. Ruszam na oślep – zapadane okulary, mrok w lesie – można kierować się tylko igłą kompasu i omijać co większe, nieprzebieżne skupiska roślinności. Minimalnie nie trafiam na PK 22, ale jak widzę pretendenci do zwycięstwa mają większe problemy, bo ich doganiam.
Teraz w kierunku rzeki – na azymut. Spotykam Natalię z Kamilem, którzy nawet całkiem sprawnie podążają na PK 22. Rzeka, most, skręt w lewo i szukam PK 33. Dogania mnie jakiś rowerzysta i wskazuje drogę w las i jakiś jar. Wchodzę za nim w las, ale ten jar jakiś za mały. Przebijam się przez niewielki grzbiecik i w oddali błyska mi lampion przy dziurze jaskini. Docieram do jaskini, a lampion gdzieś się schował. Szukam w jaskini – nie ma. Wychodząc drugim wejściem wreszcie go dostrzegam - wisi ponad wejściem do jaskini, tak że bez zadarcia głowy do góry jest niewidoczny. A kto zadziera głowę przy padającym deszczu i podchodzeniu po stromym, mokrym zboczu?
Wracam nad rzeczkę i lecę dalej. Znowu spotykam firmowy zespół idący w kierunku jaskini – mam nad nimi jakieś 10 minut przewagi, ale i tak dobrze im idzie jak na „pierwszy raz”. Druga firmowa ekipa jak na razie nigdzie się nie pokazała.
PK 31 na końcu dłuuugiego wąwozu. Potem na skróty przez pole pełne mokrych dyń do PK 32.
Rozmoczone dynie
Za PK 32 szukam drogi z mapy, tyle że nie ma jej w terenie. Przepływam rzeczkę (no dobra, rzeczka była do kolan) i znajduję asfalt. Troszkę naokoło, ale za to lepsza droga. Mija pierwsza godzina: na liczniku jakieś 7 km i 13 punktów przeliczeniowych. Czyli w normie. 8 godzin da zatem około 90 punktów i około 50 km. Oczywiście o ile uda utrzymać się tempo przemieszczania się i odnajdowania lampionów.
Dłuższy przebieg asfaltem. Niestety sporo pod górę, więc nie idzie tak szybko i lekko jak bym chciał. Wreszcie koniec lasu i skręt w lewo. Jest jakaś niby droga, ale wkrótce zanika. Przebijam się przez zarośla do lasu – tu jest jakaś „druga” droga. Nie jestem pewien, czy już nie przeszedłem lampionu, ale ryzykuję i prę do przodu. To słuszna decyzja, bo wkrótce coś mi błyska na czerwono.
Dalej prosta droga na przedmieścia Nałęczowa. Docieram wreszcie do wąwozu gdzie ma być „przydrożny krzyż na skarpie” i z daleka witają mnie okrzyki radości drugiej firmowej ekipy. Radość wywołują zjazdy ze skarpy od krzyża do srogi w niewielkim wąwozie. Jak widać humory dopisują, pomimo padającego deszczu.
Na przedmieściach Nałęczowa zaczyna się rozjaśniać
Nałęczów. Szczyt górki Jabłuszko (PK 43) i bieg na szczyt góry Poniatowskiego. Po Nałęczowie jeżdżą meleksy pełne turystów – a ja czuję się trochę jak eksponat, bo wszyscy odprowadzają mnie spojrzeniami…
Przy PK 45 na górze Poniatowskiego znowu spotykam Natalię z Kamilem. Planują jeszcze zaliczyć PK 63 i wracać do bazy. Na czasomierzu właśnie mijają dwie godziny od startu, więc przy trasie 4-rogodzinnej to jak najbardziej właściwa decyzja z ich strony. Ja przez dwie godziny zdobyłem 26 punktów i przebiegłem prawie 15 km, czyli zgodnie z planem.
Ambitnie „cofam się” do PK 42 w malowniczym jarze. Tu spotykam spore tłumy uczestników i lecę na PK 52 na drugiej mapie. Teraz widzę, że nie był to optymalny wybór: zmieniając kolejność na 43-42-45-52 oszczędziłbym prawie kilometr!
Przebieg na PK 52 był trochę dziwny: trafiłem na park zdrojowy, mostki nad rzeczką, których nie było na mapie. Przez chwilę nie byłem pewien, gdzie jestem. Wreszcie zidentyfikowałem ulicę prowadzącą w górę w kierunku wąwozu PK 52. Docieram na górę, skrzyżownie, jest wąwóz, jest rozwidlenie, są barierki jak w opisie, tylko nie ma lampionu. Szukam tu i tam, a lampionu dalej nie widać. Filmuję moje poszukiwania dla potomności i organizatora i wreszcie dzwonię na numer alarmowy opisując sytuację. Opisuję barierki – zgadza się, kolejne barierki itp. Pewno lampion zginął – jednak to „środek miasta”... Ruszam dalej i nagle trafiam na kolejne skrzyżowanie dziwne podobne do tego gdzie ma być PK 52… Z wąwozu wychodzi ekipa z najmłodszym uczestnikiem… czyżby to było , a nie tam gdzie szukałem? Oczywiście! Jest jar, barierka , rozwidlenie i LAMPION! No cóż, kwadrans stracony na poszukiwania o kilkaset metrów wcześniej. Przed chwilą minęła trzecia godzina rogainingu: 20 km i 39 punktów, czyli „jak w zegarku”.
Moje poszukiwania PK 52 - tam gdzie szukałem była droga na wschód, zabudowania...
Na punkcie dogania mnie jeden z ekipy potencjalnych zwycięzców. Na następny PK 63 lecimy razem. I tu mamy dylemat – PK 62 – niby niedaleko, ale opisany „Żeremia bobrów (jedna z wielu)” – nad samą rzeką, kropka na mapie po drugiej stronie rzeki, deszcz pada, wody wzbierają, żeremia to rozlewiska… Ryzyk-fizyk – idziemy na 63 – i tak jesteśmy mokrzy!
Rzekę udaje się sforsować bezstratnie (dzięki bobrzej budowli), rozlewiska ominąć górą. No, przez pokrzywy, ale jakoś się daje. Lampion jest oczywiście na najdalszym żeremiu, ale za to jaki malowniczy!
PK 62
Za to gorzej dostać się do następnego punktu. Krzaki, pokrzywy. Mapa mówi, że powinna być jakaś droga, ale w ternie coś jej nie widać. Ja wybieram wariant wąwozowy, a kolega gdzieś cichaczem ginie w gąszczu….
O dziwo wąwóz doprowadził mnie tam, gdzie trzeba, w miarę sprawnie zlokalizowałem PK 72. Czwarta godzina, tylko 25 km na liczniku (po krzakach tempo wyraźnie spada), ale za to przybywa 19 punktów i mam ich 58.
Kolej na długie przebiegi. Najpierw PK 81. Zajęło to ponad 30 minut (4 km). I teraz dylemat co dalej: czy „bezpiecznie” PK 94 i powrót przez 71-52-11, czy „iść na całość” i zaliczyć dwie dziewiątki? Czasu jest tak „na styk”, ale to normalne w rogainingu. Jeszcze raz kalkuluję i podejmuję ryzyko. Gdybym osłabł lub coś się nie zgadzało w terenie najwyżej wezmę tylko 94 – także powinienem mieć wtedy zapas czasu. Do PK 93 jest około 6-ciu kilometrów. Asfaltem, ale znowu „pod górę”. Ma to zaletę, że w drodze powrotnej będzie „z górki”, a wiadomo z czasem nogi są bardziej zmęczone.
Piąta godzina dopada mnie na 3 km przed PK 93, na 32 kilometrze (dorobek punktowy: 66), szósta na 39 kilometrze chwilkę przed PK 94 (dorobek punktowy przyrasta wolniej tylko: 75 punktów).
PK 94 znajduję bez problemu, zostaje godzina i 50 minut czasu, do mety ponad 10 km. Powinienem zdążyć.
Nie znajduję dróg „na skróty” i prę asfaltem – jedyną pewną trasą na mapie w kierunku PK 71. PK 71 jest na górce – znajduję właściwą (błotnistą) drogę i pnę się pod górę wąwozem. Tu zastaje mnie 44 kilometr.
Klubowy 44 kilometr.
PK 71 zaliczam w szóstej godzinie zawodów (45 km, 90 punktów). Zostaje mi wyczołganie się z wąwozu i powrót do bazy. Po drodze są dwa punkty: PK 53 i PK 11. Niestety droga (ta grubsza na mapie) okazuje się błotnistą breją. Ta mniejsza prowadząca na PK 53 pewno jest w jeszcze gorszym stanie. Nie ryzykuję, bo zaliczenie PK 53 wydłuża trasę co najmniej o kilometr, a kawałek jest wyraźnie na azymut. Przy tej jakości drogi, rozmiękłej po deszczu biegać średnio się daje.
Błotnistą drogą w kierunku mety
Idę bezpośrednio na PK 11. Poruszam się szybkim marszem i gdzieś tam doganiam i wyprzedzam Joasię. Na koniec, gdy droga się poprawia, podbiegam by zaliczyć ostatni PK 11. Zmęczenie dało się we znaki, bo lampion wisiał znacznie dalej niż się spodziewałem. W każdym razie docieram na metę z czterominutową rezerwą. Dobrze że nie poszedłem po ten PK 51, bo znowu spóźniłbym się „sześć minut”.
Analizując na zimno: poszukiwania PK 52 – 15 minut straty, zła kolejność PK w Nałęczowie – kolejne 5 minut straty. Oczywiście mogłem szybciej biec, ale te dwa proste błędy pozwoliłyby mi zaliczyć PK 51. Z tego co widzę nic by to nie dało. Dopiero dodanie 5-6 km dałoby wynik trzycyfrowy. Jeszcze za słabo biegam;-( Ale za rok się odkuję;-)
Ja coś marudziłam, że w Popowie było długa trasa? Bzdura. Długa trasa to była następnego dnia u Aleksa - ponad pięć kilometrów. Niby mogłam zapisać się na trasę A zamiast B, ale jakoś głupio mi było. W końcu taka początkująca to nie jestem.
Oczywiście znowu było gorąco, więc założenia obowiązywały takie, jak dzień wcześniej - spacerkiem do mety.
Szykujemy się do startu.
I start.
Zgodnie z założeniami minimalizowania wysiłku na jedynkę postanowiłam pójść wygodnie ścieżkami, a nie przez zielone i podwyższone. Może i dalej, ale przypuszczam, że i tak szybciej, szczególnie, że chwilami nawet biegłam.
Dwójka też po ścieżkach, bo to nawet logicznie wychodziło, a po co działać wbrew logice? Za dwójką skończyły się ścieżkowe możliwości, ale las był przebieżny, teren w miarę płaski, a lampiony powieszone tak, że widać je było z daleka. Przynajmniej większość. Od samego początku na tej trasie czułam się dużo lepiej niż poprzedniego dnia. Jakoś wszystko wydawało mi się przejrzyste i klarowne. I w sumie tak było, w efekcie leciałam po kreskach, nic mnie nie znosiło i wychodziłam idealnie na punkty. Sielanka trwała do PK 11, czyli całkiem długo. Połowę odcinka między dziesiątką a jedenastką leciałam po kresce (z górki nawet było), a potem nagle zachciało mi się w lewo. Po co? Nie mam pojęcia. Oczywiście rozminęłam się z punktem, doszłam do drogi, której nie powinnam przekraczać i musiałam wracać. Na szczęście cały czas byłam blisko punktu i tylko należało go wyczesać. Namierzyłam się ze skrzyżowania i poszło ok.
PK 11
Z dwunastką zrobiłam podobny manewr, tyle, że minęłam ją z prawej, a nie lewej, no i w bliższej odległości. I też sobie od razu poradziłam, więc spoko.
Kolejne dwa punkty weszły już bezproblemowo, a na mecie czekał Tomek i dopingował mnie, żebym nie dała wyprzedzić się Januszowi. Tak się sprężyłam, że aż biegłam ile fabryka dała.
Meta.
Mimo, że trasa była dłuższa niż poprzedniego dnia, to jakoś lepiej się na niej czułam - i biegowo (tak, tak - chwilami biegałam) i nawigacyjnie.
Kolejny powrót do Popowa, tym razem za sprawą BKS Wataha. Miałam dłuuugą przerwę w bieganiu, więc nadrzędnym celem było nie zgubić się i przeżyć, a nie jakieś tam osiągnięcia w zakresie rywalizacji. Poza tym ze względu na upał, ukształtowanie terenu oraz niedawne osiągnięcie wieku emerytalnego postanowiłam kroczyć statecznie, a nie wygłupiać się z bieganiem, bo i tak by mi nie wyszło.
Idąc na start cykamy sobie fotki.
Trasa dość długa jak na kategorię Maniak, bo 3,5 km, no ale klasyk, to klasyk. Z Tomka oczywiście taki chojrak, że zapisał się na ponad dyszkę.
Start.
Start od razu pod górę, bo punkt za wydmą, ale żeby sobie ulżyć, wybrałam trasę naokoło, ale za to leśną drogą. Dwójka to karpa, tylko że oczywiście na mapie nie były zaznaczone wszystkie, a namnożyło się ich sporo, więc trzeba było iść czujnie. Ufff... udało się. Do trójki po kresce, a tuż przed nią nagle ściągnęło mnie w prawo i szukaj wiatru w polu, a punktu na górce zamiast w obniżeniu.
No, ciut zniosło...
Czwórka i piątka po kresce, bezproblemowo. Szóstka w sumie też i tylko z ciekawości sprawdzałam dołek po drodze, a nie żebym się tam swojego punktu spodziewała:-) Siódemka obok kreski i szukanie ciut za wcześnie, ale to żaden problem, bo punkt stał po prostu kilka dołków dalej i spokojnie czekał na mnie. Za to ósemka,dziewiątka i dziesiątka weszły idealnie.
Zgodnie z planem szłam sobie powoli delektując się pobytem w lesie, po drodze popijałam sobie zabraną ze sobą wodę i było fajnie, tylko ciut za gorąco.
Przy jedenastce zrobiłam to samo, co przy trójce - na końcówce nagle odbiłam w prawo. Zupełnie nie wiem dlaczego tak robię. Oczywiście nie wpłynęło to znacząco na całokształt, bo przecież widziałam na mapie, gdzie powinnam szukać, ale jest to zastanawiające.
Skok w bok.
Po jedenastce zaczęło się skupisko punktów na wydmie. Do dwunastki poszłam jak po sznurku, ale byłam tak zmęczona, że już kawałek przed trzynastką wydawało mi się, że idę i idę i to na pewno będzie już. Oczywiście szukałam za blisko, ale jakoś za nic nie potrafiłam powiązać terenu z mapą. Pewnie jeszcze długo bym się tam błąkała, bo miałam totalną pustkę w głowie, gdyby nie nadeszła Hania. Praktycznie doprowadziła mnie na punkt i mimo narzekania na słabą kondycję, pognała dalej pokazując mi tylko swoje plecy. Nooo, całkiem, całkiem... Te plecy.
Raz w prawo, raz w lewo.
Po trzynastce została jeszcze łatwa czternastka i powrót na metę. Fotek nie ma, bo Tomek jeszcze długo był na swojej trasie, a ja miałam czas, żeby odpocząć i poudzielać się towarzysko. W sumie tego mi brakowało w te dni bez zawodów.