wtorek, 11 grudnia 2018

Wilga Orient 2018

Wilga Orient to ostatnia z zaplanowanych na ten rok pięćdziesiątek i o tyle nietypowa, że odbywająca się w niedzielę, a nie w sobotę. Ma to swoje zady i walety, bo z jednej strony można sobie na spokojnie przyjechać wyspawszy się uprzednio, a z drugiej strony wracać trzeba w nocy z niedzieli na poniedziałek, a zaraz potem wstać do roboty. Chcąc uniknąć tego ostatniego zapobiegawczo wzięłam sobie urlop.
Do bazy dotarliśmy jako pierwsza ekipa, więc mogliśmy wybrać najlepszą miejscówkę. Była najlepsza do momentu, kiedy obok nas nie rozlokowała się Chrumkająca Ciemność, która nocą zamienia się w Bardzo Chrapiącą Ciemność:-) Ale jakoś daliśmy radę i tylko raz wstawałam na interwencję:-) Za to rano Michał był niekwestionowanym bohaterem nocy, bo nie było osoby, która by nie skomentowała wydawanych przez niego odgłosów.
Kilkanaście minut przed ósmą dostaliśmy mapy - trzy arkusze, z czego jeden duży, a dwa normalne. Część punktów mieliśmy na mapie głównej w skali 1:50000, a na dwóch pozostałych były mapy do BnO w skali 1:10000 i 1:15000, czyli całkiem przyjemne.
W pierwszym odruchu chciałam lecieć na to BnO, bo to tak miło jak punkty szybko i łatwo wpadają i takie motywujące to jest i w ogóle. Tomek miał od razu antykoncepcję, że niby lepiej najpierw wziąć większość z pięćdziesiątki, bo jak nas noc zastanie, to łatwiej będzie robić BnO niż resztę. No, to był argument nie do zbicia.

 No to w drogę!

Kiedy już wszyscy ruszyliśmy i tak połowa poleciała w prawo, a połowa w lewo, więc obie wersje miały swoich zwolenników. Postanowiliśmy zacząć od PK 34, potem wziąć 32, 40, 39, a potem to się zobaczy. Do drugiego naszego punktu trzymaliśmy się blisko silnych zawodników, m.in. Staszka i Ani, czyli mocno zasuwaliśmy. Potem odległość między nimi a nami zaczęła się powiększać, no bo ile można tak pędzić? Przy PK 39 sytuacja się wyzerowała, bo kiedy dotarliśmy w jego okolice zastaliśmy wszystkich, którzy nas do tej pory wyprzedzili na czesaniu terenu. Czesaliśmy i my - najpierw indywidualnie, potem zbiorowo, a w końcu polecieliśmy za okrzykami, że jest, lampion jest! Coś chyba musiało być nie tak z rozstawieniem punktu, albo z mapą, skoro wszyscy mieli problem z namierzeniem się. Najbardziej skorzystali ci, którzy jako ostatni dołączyli do czesania, najwięcej stracili ci, którzy jako pierwsi zaczęli szukać.
Dalszą trasę zaplanowaliśmy tak: 36, 33, 35, 37, 38. Na odprawie i we wcześniejszych informacjach organizator zapowiadał, że trasa będzie szybka, krótka, sucha i mało skomplikowana. Faktycznie (poza PK 39) nie mieliśmy żadnych problemów, a że było po płaskim i dużo drogami więc tempo też mieliśmy wyższe niż standardowo. Co chwilę spotykaliśmy jakieś ekipy, ale to nie dziwne, bo punkty były tu gęsto, a stawka nie zdążyła się jeszcze rozciągnąć. No i faktycznie było sucho. W zeszłym roku opis typu "do przejścia" znaczył, że nie trzeba płynąć, teraz opis "oczko wodne" oznaczał małą kałużę. I niby fajnie, bo w butach sucho, ale mi to jednak tak czegoś brakowało.
Po 38 znowu musieliśmy podjąć decyzję co bierzemy idąc tam, a co idąc z powrotem. I wyszło, że na powrót z "dużej" mapy zostawimy sobie tylko 53 i 55.

W drodze na PK 29

Muszę powiedzieć, że w tym roku Wilga Orient była wyjątkowo nudna i nie bardzo jest o czym pisać :-) Punkty stały tam gdzie trzeba, albo widoczne z daleka (lampiony przestrzenne), albo z wiadomej strony drzewa (płaskie), dojścia były łatwe - albo drogi, albo pięknie przebieżny las, żadnych utrudnień, niespodzianek, problemów. Że na mapie mamy rozświetlenia zorientowaliśmy się niemal post factum, bo doskonale radziliśmy sobie bez nich. Dodatkowo w części trasy ułatwieniem były "dary lasu", bo niebieskie worki rzucały się w oczy:-) Wyszła taka wzorcowa impreza dla szybkobiegaczy:-) Z jednej strony to mi się nawet podobało, bo nie było bardzo męczące i nawet miałam czas i ochotę podziwiać piękne okoliczności przyrody, co to mi zwykle gdzieś umykają jak pot zalewa oczy, ale z drugiej strony cały czas się martwiłam o relację. No bo o czym pisać? No i macie teraz taką o niczym:-( Może dla mnie trzeba robić specjalną trasę z jakimiś atrakcjami? No dobra, jedna atrakcja była - w drodze na PK 33, w odległości rzutu beretem od nas, przebiegły trzy dziki. Jeszcze nigdy w życiu w lesie nie widziałam dzika z tak bliska. Na ulicy - owszem, dość często, ale w lesie pierwszy raz.
Dużą mapę skończyliśmy na PK 56 i stamtąd mieliśmy spory kawał pustego przelotu na Wielonek. Trochę się po drodze zdekoncentrowaliśmy i na jednym ze skrzyżowań skręciliśmy w złą drogę, ale na szczęście szybko się zorientowaliśmy. Wielonka zaczęliśmy smacznie, bo od punktu żywieniowego. Czego tam nie było w pudłach? Napoje wszelakiego rodzaju, ciasteczka, batoniki - wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. A ja głupia chwilę wcześniej zeżarłam swoje zapasy i nic mi już się nie chciało zmieścić:-(

Porządny punkt żywieniowy!

Przy kolejnym punkcie - PK 1 wreszcie zaczęło się robić interesująco, bo mokro. Na tyle mokro, że pojawił się dreszczyk emocji co dalej, na tyle sucho, że punkt zdobyliśmy nie mocząc niczego.  PK 3 okazał się jeszcze bardziej mokry i jeszcze trudniej dostępny i wreszcie poczułam się w pełni usatysfakcjonowana, bo nawet zamoczyłam czubek buta:-)
Po kolejne punkty polecieliśmy zakosami, tak żeby zakończyć na PK 11 i przejść na Zajączkowo. Atrakcji po drodze więcej nie było, dalszy teren okazał się suchy i w końcu już nawet nie zwracaliśmy uwagi czy na mapie jest niebiesko, czy nie, tylko szliśmy po prostej. Ja tak może monotematycznie o tej wodzie, ale po prostu poprzednia mokra Wilga wywarła na mnie niezatarte wrażenie i choć wtedy klęłam autora mapy, to teraz przynajmniej mam co wspominać:-)

PK 5 - początek wąwozu.

Zajączkowo zaczęliśmy od PK 21, a potem wszędzie było blisko i w półtorej godziny rozprawiliśmy się z trzecią mapą. Pewnie, że można było szybciej, ale po ostrym początku byłam już trochę zmęczona i zaczynałam robić za hamulcowego. Poza tym chwilami liczyliśmy kroki, ustawiali azymuty, czy po prostu podziwiali okoliczności przyrody. A co? Nie wolno?
Na PK 16 zastał nas zmrok i dobrze, że lampiony na BnO były rzucające się w oczy, bo nieduży kamyk z szesnastką łatwo byłoby przeoczyć.
W drodze powrotnej z głównej mapy zostały nam 53 i 55. O ile z pierwszym nie mieliśmy problemów, to na 55 straciliśmy parę minut na dwukrotne namierzenie się. Przy 53 spotkaliśmy Sylwię z Krzysztofem, co było dla mnie zaskoczeniem - spodziewałam się, że o tej porze są już w bazie. Od razu odezwała się we mnie żyłka rywalizacji, wykrzesałam z siebie resztkę sił i zwiększyłam tempo. My gnaliśmy prosto do bazy, oni mieli do zebrania po drodze 35 i 33. Spotkaliśmy się ponownie pod drzwiami stowarzyszonej mety i razem zameldowaliśmy się na mecie właściwej, po drugiej stronie ulicy. Pierwotnie braliśmy pod uwagę wyjazd na basen do Szamotuł, bo w bazie nie było prysznica, ale że przed nami była jeszcze daleka droga, odpuściliśmy te luksusy i po posiłku szybko ewakuowaliśmy się do samochodu.

A tutaj można się naocznie przekonać, czy nie naściemniałam w tekście powyżej, czyli co zarejestrowała nasza kamerka i jak to skomentował Tomek:

wtorek, 27 listopada 2018

VIII Nocne Manewry SKPB - zawody na dezorientację

Manewry!!! Hurra!! Manewry!!!
Wreszcie doczekaliśmy się jednaj z moich najbardziej ulubionych imprez. Tej, od której wszystko się zaczęło, ale o tym już było w poprzednich latach.
W sobotę rano dowiedzieliśmy się, że baza imprezy będzie w Lucieniu i nawet się ucieszyliśmy, bo w lipcu byliśmy tam przecież na Grillowaniu Kosmatych Inoków. Bardziej od nas musieli ucieszyć się Basia z Darkiem, którzy byli organizatorami Grillowania, więc teren mieli świetnie obcykany. Farciarze:-)
Tradycyjnie jechaliśmy w dwie ekipy - ja i Tomek oraz Agata ze swoją grupą. Drobnym problemem był egzamin, który jeszcze w sobotę przed zawodami musieli zdać studenci, ale poprosiliśmy wszyscy o późniejsze minuty startowe i udało się zdać i dotrzeć na czas. Co prawda wszystko odbyło się w takim tempie, że w bazie zdążyliśmy tylko założyć legowisko w sali gimnastycznej (a łatwo nie było, bo dziki ścisk) i już musieliśmy pędzić do autobusu jadącego na start. Agata, Natka i Kamil mieli swój autobus godzinę później, więc mogli się zebrać na spokojnie.
Na starcie dostaliśmy trzy arkusze map, oczywiście wszystkie czarno-białe, czyli szare, a ich aktualność datowała się na lata siedemdziesiąte ery kenozoicznej.
Pierwszy punkt wyglądał na łatwy - ścieżką prawie na samo miejsce, a końcówka na azymut ze skrzyżowania. Na mapie było widać... A nie! Ani na mapie, ani w terenie nic nie było widać, bo mgła otulała nas ze wszystkich stron i w świetle czołówek błyskały tylko drobinki wody zawieszone w powietrzu. Z tego nicniewidzenia wywnioskowaliśmy, że punkt jest na jakimś odkształceniu terenu, ale nie wiadomo czy w dołku, czy na górce. Idąc za wskazaniem kompasu natrafiliśmy jednak na lampion i chociaż wydawał się ciut za wcześnie, wbiliśmy go. Jak się potem okazało, zaczęliśmy zabawę od wzięcia stowarzysza.
Drugi punkt był jeszcze bardziej enigmatyczny, bo miał być nad rzeczką, w sumie na niczym charakterystycznym. Rzeczka może i jest charakterystyczna, ale dość długa jednakowoż. Od jedynki w pobliże dwójki prowadziła porządna droga, która nawet była na mapie, więc skorzystaliśmy. Zabawa zaczęła się na ostatnim odcinku. Namierzyliśmy się kompasem ze skrzyżowania i ruszyliśmy w stronę rzeczki. Grunt robił się coraz bardziej mokry, a przez mgłę nawet nie dawało się zaplanować gdzie postawić bezpiecznie stopę. Przeszukaliśmy teren przy granicy kultur, ale nic nie znaleźliśmy. Gdyby podłoże było suche rozszerzylibyśmy zasięg poszukiwań, ale moczyć się już na początki trasy bardzo nie chcieliśmy. Wycofaliśmy się na drogę i zaczęli kombinować. Może drogi się pozmieniały? Może wyszliśmy w innym miejscu niż przypuszczaliśmy? Postanowiliśmy jeszcze raz dokładnie sprawdzić przebieg dróg, szczególnie w odniesieniu do górki, którą Tomek też zresztą dla pewności spenetrował, czy to na pewno ta (na moim śladzie tego nie widać). Odbyliśmy kilka marszrut między skrzyżowaniem, a przewidywanym miejscem ukrycia lampionu i wreszcie po godzinie i dziesięciu minutach znaleźliśmy PK 2. Okazało się, że już przy pierwszym poszukiwaniu byliśmy bardzo blisko niego. Pierwsza wypatrzyłam lampion i z tej radości od razu rzuciłam się w jego kierunku wpadając jedną nogą po kostkę w bagienko. Brrr. Zimna kąpiel w listopadzie to nie jest to, co lubię najbardziej.
Punkt trzeci był za rzeczką. Rzeczka, jak empirycznie doświadczyliśmy, rozlana była szeroko i nie nadawała się do sforsowania bez zmoczenia nóg. A Tomek wciąż miał suche. Wypatrzyliśmy na mapie ścieżkę (drogę) przechodzącą przez rzeczkę, przyjęliśmy więc za pewnik, że musi tam być jakiś mostek. Niestety, droga zanikła nam tuż przed rzeczką i znowu stanęliśmy bezradnie nad rozlewiskiem. Na skraju mapy zauważyliśmy zaznaczony mostek i chociaż niekoniecznie było nam po drodze, postanowiliśmy pójść do niego. Ruszyliśmy więc na północ, a potem na zachód żeby iść równolegle do rzeczki, zakładając, że gdzieś tam, już poza mapą, dojdziemy do drogi, która doprowadzi nas do mostku. Mimo, że oddalaliśmy się od rzeczki, nagle zauważyliśmy ją i to po naszej prawej stronie. ??!! Wyglądało to jakbyśmy już byli po jej drugiej stronie, a przecież nie przechodziliśmy na drugi brzeg! No dobra, skoro jest rzeczka, to może idąc wzdłuż niej znajdziemy ten cholerny mostek i wszystko się wyjaśni. Szliśmy więc i szliśmy wzdłuż brzegu i kiedy trzeci raz znaleźliśmy się w tym samym miejscu, coś nas tknęło. Czy my nie kręcimy się jak pies za własnym ogonem?? Postanowiliśmy wyjąc kompasy i uparcie iść w stronę, gdzie być może jest duża droga. Tak też zrobiliśmy i wkrótce dotarliśmy i do drogi i do mostku. Kiedy już po powrocie do domu obejrzeliśmy nasz ślad, mało nie umarłam ze śmiechu - zamiast iść wzdłuż rzeczki dwa i pół razy okrążyliśmy jeziorko. W końcu woda, to woda. We mgle trudno rozróżnić, czy to rozlany strumyk, czy bajoro. Cała ta zabawa zajęła nam półtorej godzimy!

Tak wyglądały nasze poszukiwania dwójki i trójki:-)

Od mostku już bez problemu dotarliśmy do trójki. Byliśmy na trasie już cztery godziny, a mieliśmy zaliczone tylko trzy punkty. Z prostych obliczeń wynikało, że jeśli dalej pójdzie nam tak samo dobrze, to na metę dotrzemy po trzydziestu pięciu godzinach!

Sukces - mamy PK 3!

Kolejne punkty na szczęście wpadały nam już łatwiej i szybciej. Czwórka była na górce, a piątka w obniżeniu, które patrząc na mapę początkowo też wzięliśmy za górkę. Niestety, osoby wzrokowo upośledzone na szarej mapie, we mgle g...o widzą:-( Szóstka była śmieszna, bo na styku granicy kultur i granicy gminy. Jak powszechnie wiadomo granice gminy są wymalowane na podłożu, mają zasieki z drutu kolczastego i zaorany pas ziemi i łatwo je w terenie zidentyfikować. Nam się udało bez większych problemów:-)
Kolejne atrakcje zaczęły się dopiero przy dziewiątce. Z mapy wynikało nam, że punkt powinien być na przełączce między dwoma górkami. Zeszliśmy z jednej górki, ale druga coś jakby się przesunęła, bo kompas mówił, że powinna być w innym miejscu. Ale nic to - zaczęliśmy czesanie. Na zaoranym pagórku widzieliśmy masę światełek i chociaż miejsce wydawało się absolutnie niewłaściwe, w końcu skusiliśmy się i tam zajrzeć. No bo skoro tyle luda się tam kręci... Gdzieś tam w końcu znaleźliśmy lampion, ale tak usytuowany, że nawet mocno naciągając fakty, nijak nie pasował do naszej mapy. Najwyraźniej i lampion i kłębiący się jeszcze przed chwilą tłum były z innej trasy. Zaczęliśmy namierzać się od nowa, biorąc pod uwagę drogę, którą odkrył Tomek i która zawijała podobnie jak zaznaczona na mapie. Przy okazji przyglądając się bliżej mapie odkryliśmy, że to co braliśmy za sporą górkę, w rzeczywistości jest dupną dziurą, a to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Po czterdziestu minutach od rozpoczęcia poszukiwań wreszcie znaleźliśmy dziewiątkę, oczywiście tuż obok miejsca, gdzie byliśmy na samym początku.

Tak blisko, a tak daleko...

Dziesiątkę wzięliśmy stowarzyszoną, bo kółeczko z wijącą się poziomnicą w środku nie informowało o żadnym charakterystycznym miejscu, a że się trochę rozkalibrowaliśmy, zaczęliśmy szukać za wcześnie i pierwszy napotkany lampion wzięliśmy za właściwy. Uwielbiam takie punkty na poziomnicy. Wrrr.
Jedenastka i dwunastka były już bardziej konkretne, a na trzynastce znowu nie dopatrzyliśmy się czego mamy szukać, szczególnie, że akurat przez punkt na mapie był poprowadzony południk i zakłócał nam odbiór. Tak to posłać ślepych nocą do lasu. Dlaczego czternastkę wzięliśmy nie tę co trzeba, to zupełnie nie wiem, bo tu akurat miejsce było konkretne i w zasadzie nie było żadnych racjonalnych przesłanek do tego. Chyba za bardzo już się spieszyliśmy na ognisko:-)
Ognisko było na piętnastce, więc już z daleka widać było łunę i nie sposób było by nie trafić. Głodna byłam już strasznie bo, jak nigdy dotąd, już w pierwszej połowie trasy pochłonęłam niemal wszystkie wzięte zapasy, a w żołądku wciąż był nadmiar pustej przestrzeni. Kiełbaski musieliśmy piec przy ognisku obsługi punktu, bo przy ognisku głównym to raczej można było upiec siebie w całości - tak dołożyli do ognia. Chwila odpoczynku, pogaduszki ze spotkanymi znajomymi i po pół godzinie relaksu byliśmy gotowi ruszyć w dalszą drogę.

Przypiekamy sobie plecy.

Do ogniska dotarliśmy koło drugiej, czyli po ośmiu godzinach od startu, mając na stanie15 punktów z dwudziestu sześciu. Nasze tempo wyraźnie wzrosło i teraz groziło nam już tylko czternaście godzin, a nie, jak początkowo, trzydzieści pięć:-) Oczywiście mogliśmy odpuścić część trasy i nawet zmieścić się w limicie podstawowym, ale przecież nie po to przyjechaliśmy żeby coś odpuszczać. Postanowiliśmy iść "na Leszka" i nie przejmować się czasem, byle tylko zdążyć przed zamknięciem mety, żeby być w ogóle klasyfikowanym. W InO ostatecznie (oprócz wyniku, na który już nie liczyliśmy) liczy się przelicznik cena/czas. No to przecież nie mogliśmy dać się oszukać:-)
Czekał nas teraz rodzaj odcinka specjalnego, czyli dziewięć punktów na warstwicówce w skali 1:10000. Założyliśmy, że chodzimy na azymut, bo na rzeźbę nie widząc za dokładnie mapy i prawie wcale terenu, nie miało sensu. Trochę mieliśmy problemów z pierwszym punktem A, bo trzeba było w trakcie marszu zmienić skalę i przestawić się ze ścieżek na łażenie po bezdrożach, ale w końcu wstrzeliliśmy się gdzie trzeba. Z kolejnymi punktami już nie mieliśmy większych problemów, bo co to jest szukanie lampionu przez dziesięć minut naprzeciwko wieczności?

PK I - podstępny japoniec.

Niefart przyszedł przy PK H - zamiast iść cały czas na azymut, chcieliśmy sobie ułatwić i skorzystaliśmy z przecinki. Wygodnictwo zostało ukarane wzięciem stowarzysza, co miało niebagatelne skutki w najbliższej przyszłości. Idąc do kolejnego punktu ze stowarzysza na azymut wstrzeliliśmy się o jedną górkę za blisko i PK G szukaliśmy w miejscu, gdzie budowniczemu nawet nie przyszło do głowy postawić jakieś lampiony. Górka  na którą trafiliśmy ciągnęła się niemal równolegle do właściwej, w związku z czym nic nie budziło naszych podejrzeń. Po trzydziestu minutach bezowocnych poszukiwań, przejściu górki od początku do końca i z powrotem nasz hart ducha mocno podupadł. Dochodziła godzina piąta, do bazy było koło pięciu kilometrów, cztery punkty do znalezienia, a my nie pamiętaliśmy nawet o której jest zamknięcie mety. Minut lekkich i ciężkich nawet nie liczyliśmy w myśl zasady, że szczęśliwi czasu nie mierzą. Chociaż z tym szczęściem to też bym nie przesadzała, bo byłam zmęczona, śpiąca, głodna i sfrustrowana niemożnością znalezienia tego G. Ale czego się w sumie spodziewać po punkcie G? Zawsze tak jest - wszyscy o nim mówią, a nikt nie może znaleźć. W końcu poddaliśmy się całkowicie i postanowili wracać do bazy, biorąc po drodze jeszcze PK 16 i 17. Koło punktu F przeszliśmy o kilka metrów, ale nie byliśmy tego świadomi i dopiero track obejrzany w domu nam to pokazał. Szkoda, wielka szkoda.
PK 16 i 17 były łatwe, w dużej odległości od siebie i zbiorowiska poprzednich punktów, tak jakby autorowi trasy wena nagle się urwała i postanowił zakończyć trasę zejściówką. Do bazy dotarliśmy o wpół do siódmej i była to głupia godzina, bo to ani kłaść się, a siedzieć ciężko, bo spać się chce. Zjedliśmy ciepły żurek (o niebo lepszy niż na GEZnO!) i tym sposobem mieliśmy śniadanie z głowy. Ja w końcu nie wytrzymałam i padłam tak jak stałam, brudna, w brudnym ubraniu, ale było mi wszystko jedno. Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, ledwo zamknęłam oczy, a już jakaś organizacyjna zołza (sorry, ale wtedy tak pomyślałam) przyszła robić pobudkę, bo rozdanie nagród sobie wymyśliła. No ludzie - w środku nocy??? Ograniczyłam się tylko do przyjęcia pozycji siedzącej i trwałam tak jak zombi, a Tomek pakował nasze rzeczy. Ekipa Agaty wróciła koło trzeciej, więc mieli więcej czasu na regenerację i wyglądali ciut lepiej niż ja. Zakończenie nawet przebiegło sprawnie (a może je po prostu przespałam) i po chwili ruszaliśmy do domu, gdzie kusiła wizja ciepłej kąpieli i miękkiego łóżka.

Nasz manewrowy urobek.

Na trasie byliśmy 754 minuty i zrobiliśmy trochę ponad czterdzieści kilometrów, czyli wyszła prawie taka lajtowa pięćdziesiątka. Ale co się dziwić kiedy autorem trasy był długodystansowiec:-)
Wynik mamy najgorszy ze wszystkich naszych startów na manewrach, ale zmęczyłam się chyba najmniej i po raz pierwszy nie łapały mnie skurcze czy inne nożne dolegliwości. Trochę mi szkoda, że nie było czasu na pobycie w bazie, spotkanie się ze znajomymi i chłonięcie tej niepowtarzalnej atmosfery, ale cóż - tak wyszło. 
A teraz znowu trzeba czekać cały rok na kolejną edycję...

czwartek, 22 listopada 2018

Bijemy rekordy

W sobotę po raz drugi udało nam się dotrzeć na parkrun. Po GEZnO już nas przestały boleć nogi, więc uznaliśmy, że pora się poruszać. Ponieważ ogólnie czułam się jeszcze trochę zmarnowana, zakładałam, że tak się tylko przelecę rozrywkowo i nie nastawiałam się na żadne dobre wyniki. Ponieważ poprzednio zarżnęłam się zaczynając za szybko, obiecałam sobie, że najpierw potruchtam i dam się wszystkim przegonić, a potem się zobaczy.
Znowu natrafiliśmy na jubileuszowy parkrun, bo jeden z biegaczy dwusetny raz wyruszał na trasę, a żeby uczcić to wydarzenie, rzucił wyzwanie gołej klaty, co oznaczało bieg bez koszulki. Tylko jedna osoba podjęła rzuconą rękawicę i to osoba płci żeńskiej. Aż mię ciarki przeszły po grzbiecie kiedy w tym zimnie zrzucili z siebie wszystkie warstwy i tak byłam tym poruszona, że zupełnie zapomniałam o truchtaniu i rzuciłam się w pogoń za odbiegającą czołówką. Zresztą było tak zimno, że szybki bieg był jedyną metodą rozgrzania się. Jak zawsze metoda zadziałała i już po pierwszym kilometrze byłam gotowa porzucić w krzakach kamizelkę, ale trochę mi było szkoda, bo prawie nówka sztuka, a przynajmniej mało śmigana. Zaczynałam żałować, że nie podjęłam wyzwania gołej klaty i następnym razem zastanowię się nad tym.
No to tak biegłam i biegłam zamiast truchtać (to znaczy dla postronnego obserwatora to pewnie był trucht, ale dla mnie bieg wyczynowy), sapałam niczym mała lokomotywa, a inni i tak mnie wyprzedzali. Nie chciałam dobiec do mety tak na samym końcu stawki, więc na ostatnim półkokrążeniu (bo biegamy dwie i pół pętle) przyspieszyłam i przed ostatnią prostą udało mi się dogonić i wyprzedzić kilkuosobową grupkę. Nie był to specjalny wyczyn, bo panowie biegli wyraźnie rekreacyjnie konwersując z ożywieniem całą drogę. Na dobiegu do mety chciałam jeszcze przyspieszyć, kiedy nagle zaczęło odcinać mi zasilanie. W momencie poczułam, że zaraz padnę na pysk i żadna siła nie zmusi mnie do podniesienia się. Noo, głupio tak paść plackiem przed metą, więc zwolniłam, zacisnęłam zęby, spięłam pośladki i siłą woli dowlekłam się do punktu pomiaru czasu dając się w ostatniej chwili wyprzedzić bezpośredniej rywalce Ani z mojej kategorii wiekowej.

Upragniona meta.

A potem opadłam na ławkę i dochodziłam do siebie. Tomek dziwił się, co tak szybko dobiegłam, a ja nawet nie mogłam sprawdzić swojego czasu, bo oczywiście tak kombinowałam przy stoperze, że nie zadziałał. Kiedy kilka godzin później na stronie parkrunu pojawiły się wyniki, ze zdziwieniem i niedowierzaniem gapiłam się w mój nowy rekord - 28:25. Poprawiłam się o ponad minutę! Tomek też poprawił swój czas, ale tylko o 6 sekund. Wyszło mi, że jeśli w takim tempie będę ustanawiać nowe rekordy, to przed emeryturą zdążę osiągnąć w biegu prędkość światła. I kto mnie wtedy wyprzedzi mądrale, no kto???

P.S.
Zdjęcie autorstwa Agnieszki zapożyczone z parkrunowej tablicy na fejsie.

środa, 21 listopada 2018

GEZnO TV dzień 2

GEZnO - dzień drugi i ostatni.

W niedzielę rano z wielką ostrożnością przeciągnęłam się w łóżku i delikatnie poruszyłam kończynami dolnymi. O dziwo działały. Próba przyjęcia pozycji pionowej także się powiodła, a nawet dwunożne przemieszczanie się zadziałało dość sprawnie. W tej sytuacji trudno byłoby odmówić wyjścia na trasę, aczkolwiek zdawałam sobie sprawę, że poranne dobre samopoczucie może być rzeczą bardzo ulotną.
Tym razem startowaliśmy już o 7.30, a najlepsi nawet wcześniej (start handicapowy), co nas oczywiście nie dotyczyło. Trasa miała być krótsza i z mniejszymi przewyższeniami niż poprzedniego dnia, ale to wszystko można odrobić we własnym zakresie:-) Za to było zimniej, bo wiał wiatr.

 I co to nam na dzisiaj przygotowali?

Ponieważ kolejność zdobywania PK była obowiązkowa, w stronę pierwszego ruszyliśmy w dużej grupie. Większość trasy to asfalt, a pod sam punkt droga leśna. Miejsce docelowe zostało określone jako "mulda". Na osiem punktów, które mieliśmy zdobyć, sześć było muldami, a dwa rozwidleniami strumyków. Nuuda panie, nuuda. Chyba się inwencja twórcza autorowi mapy wyczerpała:-)
Do kolejnej muldy część zawodników pewnie poszła na azymut, ale nam niespecjalnie pasowało łażenie góra-dół-góra-dół i postanowiliśmy pomaszerować dookoła, ale drogami. Już w końcówce machnęliśmy się o jedną drogę, ale i tak musieliśmy zejść do strumienia, za którym był punkt, więc w sumie w którym miejscu zeszliśmy, nie miało większego znaczenia. Oczywiście pominąwszy fakt, że było trochę dłużej, bardziej stromo i po większej ilości krzaków. Ale na takie drobnostki to my nie zwracamy uwagi. Oczywiście to taki żarcik, trochę nawet nieśmieszny wziąwszy pod uwagę, że już przy tym drugim punkcie miałam dość, ledwo zipałam, a łydki miałam sztywne i ołowiane, czy co to tam jest takiego ciężkiego. Najchętniej to już wróciłabym do bazy, ale przecież trzeba było zaliczyć przynajmniej ponad połowę punktów.

Czy ja coś mówiłam, że w niedzielę było zimno???

Z dwójki kawał drogi musieliśmy wrócić po śladach, żeby dojść do rozwidlenia leżącego w środku trójkąta PK 1 - PK 2 - PK 3.


 Bogata sieć dróg pozwoliła nam znowu podejść niemal na samo miejsce dość wygodnie, co oczywiście nie znaczy, że było mi lekko. Już stosunkowo blisko punktu spotkaliśmy Ulę z Bartkiem i razem szukaliśmy rozwidlenia strumyków. Do lampionu trzeba było zejść po pioruńsko stromym zboczu i praktyczniej było po prostu zjechać na tyłku, co też uczyniłam lądując docelowo w błotku nie wiedzieć czemu przednimi kończynami. Z kolei Tomek usiłując zatrzymać się przy lampionie zdewastował go wyrywając z ziemi z korzeniami. No dobra, patyk, na którym był zatknięty lampion może i nie miał korzeni i pewnie dlatego pozostał mu w ręku.

Dewastator w akcji.

Odejście od punktu było zdecydowanie czterokończynowe, a z jaru wyszliśmy prosto na piknik ekipy UNTS-u. Na moment przysiadłam przy nich, że to niby ręce muszę wyczyścić, napić się, mapę poskładać, a najchętniej to już bym nie wstawała, ale nie z Tomkiem takie numery.
Do czwórki (kolejna mulda) niby nie było jakoś bardzo daleko ale szliśmy, szliśmy i szliśmy i końca nie było widać. Droga wiła się serpentynami i ciągle pod górę. Na polanach, już za tym morderczym podejściem, natrafiliśmy na tablicę z panoramką, ale przecież nie było czasu na dokładne porównanie jej z widokiem przed sobą. A szkoda.


Panoramka panoramy.

Dochodząc do celu ze zdziwieniem zauważyliśmy, że ekipa UNTS-owska już zdążyła podbić punkt i idzie na kolejny, a przecież zostawiliśmy ich w środku pikniku, gdzie nic nie wskazywało na to, że w ogóle planują gdziekolwiek dalej iść. Czyżby posiedli dar translokacji??? Ja też chcę!!!
Miedzy czwórką a piątką była największa odległość ze wszystkich "międzypunkci", ale na szczęście przez sporą część trasy szliśmy porządnymi drogami, a tam gdzie było po równym lub lekko w dół (o dziwo, były i takie odcinki) to nawet biegliśmy. Zdobyłam się na to wyłącznie dlatego, żeby szybciej dotrzeć na metę i wcale, ale to wcale nie chodziło mi o wynik. Przy punkcie znowu ekipa UNTS-owska była przed nami, ale cóż - najwyraźniej obieraliśmy mniej optymalne warianty przejścia. Momentami wydawało mi się, że wręcz najmniej optymalne z możliwych. Ale ostatecznie nie byliśmy tam dla przyjemności:-)

PK 5 - kolejna mulda.

Gdzieś w połowie drogi do szóstego punktu spotkaliśmy Anię z Markiem. Ania wyglądała zupełnie jak ja - coś pośredniego między człowiekiem a zombi. Czyli nie tylko ja dostałam w kość. Szóstka dla odmiany nie była muldą tylko rozwidleniem strumieni, a żeby nie było zbyt łatwo każde rozwidlenie miało jeszcze podrozwidlenie. Dzięki spotkaniu ekipy z innej trasy wiedzieliśmy gdzie nie iść szukać i szybciej weszliśmy we właściwe rozwidlenie.

Rozwidlenie strumyków

Tym sposobem mieliśmy już zaliczoną wymaganą do klasyfikacji ilość punktów, ale co z tego - do bazy i tak nie było drogi na skróty i trzeba było iść na pozostałe dwa punkty - bez względu na to czy siły są, czy ich nie ma. Teoretycznie można było spaść do asfaltu i przejść nim przez całą Brenną, ale takiej opcji nawet ja nie brałam pod uwagę. Z szóstki zeszliśmy do asfaltu nadkładając drogi, ale wszelakie skróty były tak strome i zarośnięte, że zejście nimi zajęłoby nam dużo więcej czasu i zabrało resztkę sił (sił???? jakich sił???). Asfaltem zrobiliśmy ogromnego zygzaka, a końcówkę już na azymut. Przy punkcie spotkaliśmy Jacentego z Kamilą, którzy planowali odpuścić ostatni punkt i tym sposobem mieliśmy pewność, że mimo powolnego tempa i abstrakcyjnych wariantów przejścia nie zajmiemy ostatniego miejsca. Zakładając oczywiście, że nic niespodziewanego się nie wydarzy po drodze.

Konkurencja przy PK 7

Z siódemki na ósemkę powtórzyliśmy manewr z poprzedniego przejścia czyli zygzak, asfalt, zygzak i  tylko na końcówce poszliśmy nieortodoksyjnie, bo postanowiliśmy skrócić sobie drogę i przejść przez młodnik. Jak ja się cieszyłam po wyjściu z niego, że wciąż mam dwoje oczu i brak strat w odzieży. Kiedy wreszcie wyszliśmy na drogę zaczęłam słyszeć głosy. Nawet przez chwilę zaczęłam obawiać się o swoje zdrowie psychiczne, ale okazało się, że to tylko Ania z Ewą i Małgosia z Grzegorzem zbliżają się do nas. Wiadomo, że gdzie pojawia się Ania tam musi być hałas i zamieszanie:-)

Podbijamy ostatni punkt!

Świadomość, że teraz to już tylko na metę dodała mi skrzydeł i puściłam się biegiem. Poniosło mnie do tego stopnia, że na ostatniej prostej wyprzedziłam silną grupę młodych biegaczy i dopadłabym bazy przed nimi, ale najwyraźniej wyprzedzająca ich weteranka mocno pojechała im po ambicji, bo przyspieszyli i zostałam w tyle.

Żeby mi tylko ręki nie ucięła!

Pomimo teoretycznie krótszej trasy niż poprzedniego dnia (nominalnie 12,4 km) nam udało się zrobić 23, czyli o kilometr więcej niż w sobotę. A nie mówiłam, że wszystko można nadrobić we własnym zakresie? :-) Z przewyższeniami też ciut zaszaleliśmy, ale do Rysów tym razem było już daleko - jedynie 1790 m.
Tak gdzieś od połowy trasy marzyłam o porządnym obiedzie i wizualizowałam sobie ogromnego kotleta, górę ziemniaków i pryzmę sałatki, a tymczasem w bazie spotkało mnie wielkie rozczarowanie - miseczka żurku, przeraźliwie tłustego i bez jaja. Myślałam, że tak przy okazji święta to jednak będzie coś bardziej wyrafinowanego, a tu taki zawód.  Ale człowiek głodny po trasie zje wszystko, więc żurek zniknął w mgnieniu oka dopchany połową bochenka chleba i pysznym zimnym piwem.
Z tym świętem to też się trochę zawiodłam. Jakaś nawiedzona patriotka nie jestem, nie latam z flagą na marsze i wiece, ale udawanie przez organizatorów, że mamy normalny dzień było chyba leciutką przesadą. Można było niewielkim kosztem dodać jakiś akcent biało-czerwony - choćby na mapie, czy jakieś wstążeczki w klapę (no dobra, w stroju sportowym brak klapy), czy wspólne odśpiewanie hymnu przed startem. W końcu to setna rocznica.

Tym niemniej przez te dwa dni "bawiliśmy" się świetnie, o ile zabawą można nazwać poniewieranie i upadlanie się na własne życzenie:-) Szkoda tylko, że nie dało się prowadzić życia towarzyskiego, bo każdy mieszkał gdzie indziej, a po ciężkiej trasie to człowiek nie ma ochoty i sił na tułanie się jeszcze po całej wsi z odwiedzinami. Niektórych osób w ogóle nie udało mi się spotkać, mimo, że też były na tej samej imprezie.
W klasyfikacji końcowej zajęliśmy 6 miejsce na trzynaście drużyn w naszej kategorii i jak na debiut oraz moje fizyczne możliwości uważam to za całkiem satysfakcjonujący wynik. Oczywiście mówię tylko za siebie, bo dla Tomka pewnie znowu było poniżej jego możliwości. Ale tak to jest jak się startuje z kulą u nogi.

Do zobaczenia za rok!

piątek, 16 listopada 2018

GEZnO - dzień pierwszy, czyli w drodze na Rysy.

Początkowo wcale nie wybieraliśmy się na GEZnO. W planach mieliśmy Bieg Niepodległości, a potem rodzinną imprezę i pewnie wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie pojawiające się z każdej strony pytania czy jedziemy na GEZnO i ogromne zdumienie, że nie. Bo okazało się, że wszyscy jadą. Nooo, skoro wszyscy, to wszyscy - babcia też! Najwyraźniej nie wypadało nie jechać, więc żeby nie wyjść na jakieś dziwadła zmieniliśmy plany i też się zapisaliśmy. Co prawda już sama nazwa była dla nas przerażająca, bo nie dość, że impreza górska, to jeszcze ekstremalna, ale co tam - raz się żyje. Tradycyjnie jechaliśmy we czwórkę z Sylwią i Krzysztofem, a ponieważ do Brennej dość daleko, więc wyruszyliśmy już w piątek rano. Wieczorem dokonaliśmy formalności rejestracji, otrzymaliśmy pamiątkowe kubeczki oraz karty startowe w formie pasków do zapięcia na ręce.

Paski dziurkowano nam w piątek, ale zapiąć mieliśmy sami w sobotę rano.

Komunikat techniczny obiecał nam na sobotę 15 km trasy i 1570 m przewyższeń. Starzy wyjadacze od razu poradzili przemnożyć to razy półtora i nie łudzić się, że wyjdzie mniej. W zbyt jasnych barwach mojego udziału to ja nie widziałam.
W sobotę startowaliśmy wszyscy hurtem. Na boisku za bazą zgromadziło się coś ze czterysta luda, w tym cała masa znajomych. W naszej kategorii, czyli VMIX2, startowało 13 zespołów.
Na dany znak wszyscy rzucili się do pudełka z mapami, bo przecież każda sekunda była na wagę zwycięstwa:-)

Walka o mapy:-)

Postanowiliśmy zacząć od PK 42, zrobić zygzaka i zakończyć na PK 69. Zaczęliśmy spokojnie, bez biegania. Najpierw asfaltem, potem mostek, a za mostkiem się zaczęło... pod górę wzdłuż strumienia, aż do jego początku. Szła nas cała duża grupa, bo kilka tras miało ten punkt, ale im wyżej, tym bardziej zostawaliśmy z tyłu. Na każdy krok trzeba było uważać, bo pod dywanem liści kryły się zdradliwe kamienie i gałęzie.
Kolejny zaplanowany punkt to PK 78 - najdalej wysunięty na wschód. Trafienie było łatwe, bo prawie na samo miejsce prowadziła droga, ale miała jedną zasadniczą wadę - nieubłaganie pięła się pod górę.

 Jeszcze lezę.

Coraz bardziej czułam ten ekstremalny przymiotnik z nazwy imprezy, bo niestety, ale w chodzeniu pod górę jestem absolutny i rekordowy cienias i nawet niewielkie nachylenie zbocza wywołuje u mnie paraliż nóg, palpitacje serca, zatrzymanie oddechu, zawał, wylew i udar. Ale żeby ktoś sobie nie myślał, że schodzenie w dół, do rozwidlenia strumyka było łatwiejsze - co to, to nie! Walka z grawitacją i niestabilnym podłożem pochłonęła większość moich sił.
Na szczęście do kolejnego punktu - 66 przez większość czasu było w dół i do tego drogą, za to końcówka dała mi do wiwatu. Niestety - to co tak radośnie schodziłam w dół, teraz musiałam odpracować i odzyskać wytraconą wysokość. Ja zupełnie nie rozumiem - dlaczego strumienie muszą mieć swój początek tak wysoko?
Przy punkcie spotkaliśmy Sylwię z Krzysztofem, co było dla nas sporym zaskoczeniem, bo im podchodzenie nie sprawia takich problemów jak mi i sądziliśmy, że są już znacznie dalej.

PK 66

Cieszyłam się, że do następnego PK - 52 jest blisko, więc szybko pójdzie, a dodatkowo mieliśmy iść po poziomnicy i tylko lekko podejść w górę. Człowiek żyje już tyle lat, po górach w młodości łaził, a wciąż jest naiwny jak dziecko. Iść trawersem po stromym zboczu jest mniej więcej tak samo łatwo jak podejść na szczyt od samego podnóża. Szłam powoli, rozpaczliwie czepiając się roślinności i usiłując nie zsunąć się ze zbocza, a po drodze rozmyślałam jak by tu bezboleśnie poinformować Tomka, że możliwości wyjścia na trasę w niedzielę to ja raczej nie widzę. Nie ma opcji żebym po takim wysiłku była w stanie w ogóle wstać z łóżka, a co dopiero wyjść za próg.

Wypłaszczenie na zboczu.

Do PK 79 poszliśmy strasznymi zygzakami, ale po przejściu na azymut do poprzedniego punktu, zupełnie ta metoda nakierowywania się przestała być dla nas atrakcyjna. Namiętnie zapragnęliśmy dróg. Najpierw spadliśmy na dół do strumienia, który nawet udało się sforsować suchą nogą, a potem już nie było zmiłuj - pod górę.

Łatwoprzechodliwy strumień.

Machnęliśmy się o jedną drogę, ale nie wpłynęło to specjalnie na efekt końcowy, bo ostatecznie ustaliliśmy gdzie jesteśmy. W pewnym momencie musieliśmy porzucić bity trakt i dalej przedrzeć się przez młodnik do kolejnej ścieżki. Do łażenia po młodnikach w zasadzie jestem przyzwyczajona, tyle że zawsze do tej pory były one na płaskim, a nie na zboczach, co zdecydowanie zmieniało komfort przedzierania się. W krzakach znaleźliśmy mapę i to nawet naszej trasy - czyżby ktoś miał już dość i porzucił zabawę?
Mozolnie wspinaliśmy się pod górę, żeby na końcu zejść po stromym zboczu do lampionu w dziurze opisanej jako mulda. Mulda jest w ogóle dla mnie tajemniczym słowem, bo całe życie byłam przekonana, że oznacza ona wybrzuszenie, a na trasie każda mulda była po prostu większą albo mniejszą dziurą. Jak sprawdziłam potem w słownikach - jedne twierdzą, że ja mam rację, drugie, że budowniczy trasy. No i bądź tu mądry.

Tam w dole widać lampion i tam musieliśmy zejść.

Od lampionu musieliśmy z powrotem wspiąć się po niemal pionowym zboczu i było to zdecydowanie czterokończynowe podejście. Tak prawdę mówiąc to nawet wolę takie stromizny, bo na czworaka człowiek się mniej męczy.
Według pierwotnego planu po PK 79 mieliśmy iść na PK 75, ale po zastanowieniu się zdecydowaliśmy iść raczej na 44. No dobra - Tomek zdecydował. Ja doszłam już do etapu: jest mi wszystko jedno, niech mnie ktoś dobije.
Punkt 44-ty miał być naszym szóstym zdobytym PK i tym samym dawał nam pewność klasyfikacji, bo według regulaminu należało zaliczyć minimum połowę plus jeden. Poza tym punkt znajdował się blisko bazy i w razie gdybym nagle i niespodziewanie umarła, to zawsze można było szybko wrócić. Pod szczytem górki trwał piknik jakiejś ekipy, ale nie wzięliśmy z nich przykładu (a szkoda), szybko podbiliśmy punkt i ruszyliśmy dalej.

Dziurkujemy nasze paski.

W pobliżu czterdziestki czwórki mieliśmy PK 69 i 72, ale niestety musieliśmy wrócić kawał drogi po zostawiony wcześniej 75. Nie wiem czy taki wybór trasy był optymalny, ale wtedy wydawało nam się, że tak. Jedynym pocieszeniem był fakt, że przynajmniej będzie dużo w dół, a do tego porządnymi drogami. Mimo, że dopiero co umierałam na podejściu, zdobyłam się na zwiększenie tempa aż do biegu. Do kamery to nawet udało mi się wykrzywić twarz na kształt uśmiechu, żeby nie było widać mojej rozpaczy:-) Już w pobliżu punktu ponownie spotkaliśmy Sylwię z Krzyśkiem, którzy mieli problem ze znalezieniem właściwej górki. A my byliśmy pewni, że oni zbliżają się już do bazy. To spotkanie ciut podbudowało moje morale i pobudziło żyłkę rywalizacji i przestałam już myśleć o odpuszczeniu jakiegokolwiek punktu. Bo co? Ja, ja nie dam rady? Może i jestem słaba, ale za to jaka zawzięta:-)

Tomek podbija punkt, a ja jeszcze w połowie podejścia.

Do PK 55 szliśmy za Sylwią i Krzyśkiem nie odpuszczając im i na punkt dotarliśmy niemal razem. Po drodze znowu przeprawialiśmy się przez strumień i znowu udało się nie zamoczyć butów. Zresztą na tym odcinku strumieni mieliśmy ile kto chciał, a i sam lampion wisiał w środkowej części jednego z nich, jak głosił opis na mapie.

Jak przyjemnie schłodzić opuchnięte dłonie!

W stronę czterdziestki szóstki pognaliśmy asfaltem usiłując dogonić naszą konkurencyjną ekipę i nawet widzieliśmy w oddali ich plecy. Zbliżając się do rozwidlenia dróg zobaczyliśmy, że w odróżnieniu od nas wybrali wariant "dolny" czyli dalej asfaltem, a potem stromo w górę. Nasz plan wydawał się sprytniejszy - najpierw kawałek podejścia drogą, potem drogą po poziomnicy i na końcu zejście do strumyka. Teoria jak zwykle okazała się piękniejsza od realizacji. Pod pierwszą stromiznę wlokłam się jak za pogrzebem, potem zeszliśmy z drogi i trzeba było uważać żeby nie połamać nóg idąc po zboczu, a na koniec za wcześnie zeszliśmy do strumienia (ja się nie bawiłam w schodzenie, tylko zjechałam na tyłku porwana przez uciekające podłoże) no i potem musieliśmy iść w zarośniętym wąwozie, na szczęście bez wody, bo strumień był strumieniem tylko z nazwy. Straciliśmy dużo czasu i konkurencji już do końca trasy nie udało się dogonić:-(

Punkt w rozwidleniu strumieni.

Znowu musieliśmy wrócić do asfaltu i teraz zeszliśmy tą drogą, którą nie chcieliśmy wchodzić, a trzeba było. Asfaltem doszliśmy prawie do miejsca gdzie uprzednio z niego schodziliśmy, czyli zatoczyliśmy niemal pełne koło. Czy to miało sens?
Dalej, niemal pod sam punkt, doprowadziła nas leśna droga, a początek strumienia, gdzie wisiał lampion, wyjątkowo był w miejscu łatwo dostępnym i przyjaznym. Tak to ja lubię!

Nasz przedostatni punkt!

Został nam jeszcze tylko jeden jedyny punkt: 69 - róg ogrodzenia. Był stosunkowo blisko od poprzedniego i wydawało się, że raz dwa mykniemy najpierw drogą, potem kawałek poziomnicą i wyjdziemy idealnie na lampion. Jako, że w naturze nic nie jest idealne (a jeśli jest, to sprawa jest mocno podejrzana), więc i nasz plan nieco odbiegł od idealnych założeń. Najpierw zgubiła nam się droga którą szliśmy, potem wyszliśmy na jakąś, ale nie byliśmy pewni na którą,  znaleźliśmy ogrodzenie, ale nie to co trzeba i dopiero po tych wszystkich przygodach trafiliśmy w odpowiednie miejsce.

Ale wysoko nam ten lampion powiesili.

Do mety było już niedaleko, a co ważniejsze wyłącznie w dół. Tak bardzo chcieliśmy już wrócić do bazy, że nie pitoliliśmy się z szukaniem ścieżek tylko złaziliśmy po prostej w dół do strumienia. Nie było to łatwe, bo oprócz stromizny trafiliśmy na wyjątkowo nieprzychylną roślinność z jeżynami włącznie. Nad rzeczkę wyszliśmy dokładnie w miejscu, które dzień wcześniej ujawniła nam jako skrót na drugi brzeg miła pani ze sklepiku. Tym sposobem nie musieliśmy się moczyć ani biec do mostka.

 Ostatnie metry dla fasonu pokonujemy biegiem.

Na metę dotarliśmy przed końcem limitu z kompletem punktów. Zrobiliśmy 22 km w poziomie i 2315 m w pionie, czyli prawie wdrapaliśmy się na Rysy.
Podobno na trasie mieliśmy przepiękne okoliczności przyrody i ci którzy je zauważyli zachwycali się nimi, ale ja jedyne co miałam w pamięci to liście, gałęzie, kamienie i moje buty - jednym słowem: cały czas patrzyłam tylko pod nogi. Oglądając teraz zdjęcia i filmy strasznie żałuję, że całe to piękno mnie ominęło. I mam wrażenie, że przez to szukanie punktów na akord trochę mi się wycieczka zmarnowała:-(

wtorek, 13 listopada 2018

Z mapą na ... AWF

"Z mapą na spacer" miało być rozruszaniem obolałych nóg po Hale i jednocześnie treningiem przed GEZnO, bo tak wypadło akurat pomiędzy tymi imprezami. Biegać mieliśmy na niewielkim terenie AWF-u, do tego ze startu masowego, więc zapowiadało się ciekawie.

Do startu ustawiliśmy się na schodach.

Pierwszy punkt był na tyłach budynku, jeszcze za dwoma ogrodzeniami, w lasku. Najpierw to sobie myślałam - taki tam lasek, pewnie bardziej park, a tymczasem okazało się, że to istna dżungla. Pod gęstą warstwą liści kryły się zasadzki w postaci wilczych dołów i gałęzi łapiących za nogi lub nagle pękających pod stopą. Widząc jak trup (to znaczy - zawodnik) ściele się gęsto, od razu zarzuciłam pomysł biegania i szłam powolutku ostrożnie wybierając miejsce gdzie postawić stopę. Ponadto okazało się, że moja czołówka w lesie nie daje rady - nie wymieniałam baterii licząc na wsparcie ulicznych latarni, a tu wpuścili nas w las. Mapę to nawet jeszcze widziałam, ale terenu przed sobą to już tylko mały skraweczek. Tym sposobem od PK 1 do PK 8 nie było żadnego BnO, a co najwyżej SnO, czyli Spacer na Orientację, co nawet korespondowało z nazwą imprezy. Prawdziwe bieganie zaczęło się od PK 11, ale to już było zdecydowanie za późno żeby osiągnąć jakiś przynajmniej niezawstydzający wynik. Najlepszym dowodem tego był fakt, że kiedy w końcu dotarłam na metę, nie było już wody i ciastek. Tak zabalowałam na trasie.

Wreszcie na mecie.

Ale co radochy miałam z udziału, to moje. I jeszcze jaki korzystny mi wyszedł przelicznik ceny w stosunku do kilometra, czy liczby punktów! Jednym słowem - bardzo ekonomiczna impreza:-) No, może poza ciastkiem, które mi przepadło. Ale jak patrzę na zdjęcie metowe, to może i nawet lepiej …

piątek, 9 listopada 2018

Nieźle nam Hała w kość dała

Niewiele brakowało a Jesienna Hała przeszłaby nam koło nosa. Organizator w pierwszej wersji wybrał dość abstrakcyjny termin, kiedy wszyscy wybierali się na GeZnO, a przecież nie rozdwoimy się żeby być i tu i tu. Od razu więc oprotestowałam ten termin, a ponieważ protestujących było dużo więcej, więc ostatecznie Hała przesunęła się na 3 listopada.
Już kilka dni przed imprezą prognozy pogody zaczęły nas straszyć deszczem i faktycznie sobotni poranek (poranek? piąta rano!) powitał nas deszczem przechodzącym w mżawkę. Niby w ciągu dnia opady miały zaniknąć i kurczowo trzymałam się tej wersji. Największy dylemat miałam oczywiście co na siebie włożyć, bo można kurtkę przeciwdeszczową i zapocić się na śmierć, albo bieliznę termiczną i przeciwwiatr i przemoczyć się całkowicie. Z jakiegoś powodu (???) wybrałam opcję drugą.
Wystartowaliśmy o 8.20. Mapa składała się z dwóch części - na prawo od bazy i na lewo od bazy. Ja jakoś odruchowo chciałam w prawo, ale Tomek stwierdził, że na lewo są PK o wyższej wartości i jest ich więcej, więc lewa strona jest bardziej perspektywiczna.  Jak dla mnie lewa czy prawa w sumie nie robi różnicy - byle ruszyć, bo zimno i mokro.

 Ruszamy!

Zaczęliśmy od O 11 - ilość latarni na peronie. Weszliśmy na jakąś łąkę, a Tomek zaczął liczyć słupy przy torach. Czekałam więc cierpliwie kiedy wreszcie pójdziemy na ten peron, a ten mi mówi, że już jesteśmy. No śmiech normalnie - czy ja nie wiem jak peron wygląda?? Ale wyobraźcie sobie, że ta łąka to na serio był peron. Dziwne miejsca są jednak na świecie.

 W drodze na peron, jeszcze uśmiechnięci:-)

Z jedenastki chcieliśmy iść na L 27, ale że nie chciało nam się lecieć naokoło asfaltem (dużo nadkładania), postanowiliśmy iść tak trochę po ścieżkach, trochę na azymut. Mieliśmy nadzieje, że przez rzeczkę będzie jakieś przejście. Cóż, nasza nadzieja okazała się płonna i musieliśmy jak niepyszni podwinąć ogony i wycofać się rakiem. Ale obciach. W tej sytuacji, w ramach protestu, postanowiliśmy w ogóle zbojkotować PK 27 i iść na L 33. Ten na szczęście okazał się łatwy i w dotarciu i w odnalezieniu. L 25 także nie przysporzył nam kłopotów.
Po L 25 zmieniliśmy koncepcję i zamiast iść w dół mapy, ruszyliśmy wręcz przeciwnie - na północ do O 15 (kapliczka z figurkami), żeby potem wyhaczyć dwa wysoko punktowane wycinki do dopasowania - L 50 i L 59. Teoretycznie miało być łatwo, bo mapa pokazywała prostą drogę między punktami, ale wiadomo, że teoria do praktyki ma się nijak. Najpierw weszliśmy w sady - tony niezebranych, marniejących jabłek leżały wszędzie i aż żal serce ściskał, że tyle dobra się marnuje. Potem natrafiliśmy na stadninę i zaprzyjaźniliśmy się z konikami, a na końcu drogę przegrodziła nam brama gospodarstwa. A ostrzegał organizator żeby trzymać się z daleka od sadów!

Pozował jak rasowy model.

Widząc gospodarza zmierzającego w naszą stronę, od razu, zanim zdążył postawić kosę na sztorc, przyjaźnie zagadałam do niego:
- Dzień dobry! Proszę nam powiedzieć, czy da się jakoś tu w okolicy przejść do rzeczki, na mostek, bo wie pan - mamy zawody na orientację i nie bardzo się orientujemy....
Pan był bądź gołębiego serca, bądź chciał się szybko pozbyć intruzów, bo przeprowadził nas przez swoje podwórko i wypuścił drugą bramą prosto nad Tarczynkę.
L 50 był pierwszym punktem, który dał nam w kość i zmarnował masę czasu. Lampion miał być nad rzeczką, na skrzyżowaniu nasypu z jarem, a przynajmniej tak to wypatrzyliśmy na maleńkim wycinku. W okolicy miejsca docelowego spotkaliśmy innych zawodników odchodzących już od punktu, a po chwili czesania spotkaliśmy też Chrumkającą Ciemność. Pokazali nam mniej więcej kierunek poszukiwań i ostrzegli, że lampion jest trudny do znalezienia, a oni sami trafili tylko dzięki konkurencji. Faktycznie - prawie pół godziny błąkaliśmy się po okolicy sprawdzając niemal każdy krzaczek, żeby w końcu, po ponownym namierzeniu się od wcześniejszej drogi, odkryć, że szukamy po złej stronie ścieżki. Dodatkowo lampion tak był skitrany w krzaczorach, że przedarcie się do niego było nie lada wyzwaniem.
Sąsiedni PK też był wycinkowy i dobrze punktowany. Nie wyglądał na zbyt trudny. Na drogę, przy której miało być wyrobisko trafiliśmy bez problemu, aczkolwiek nie wiedzieliśmy, w której jej części wyszliśmy. Poszliśmy więc kawałek w jedną stronę, potem kawałek w drugą, potem, potem w trzecią, bo wydawało się za daleko i tak podczas tego spaceru w końcu Tomek wykoncypował, gdzie dokładnie jesteśmy, a potem to już była kwestia dokładnego namierzenia się. Okazało się, że lampion umiejscowiony jest na wyspie, do której wiódł długi zielony mostek. Żeby jednak dostać się do tego mostku musieliśmy wcześniej sforsować mocno pochyłą błotostradę i ruinę wcześniejszego mostu. Na błotostradzie spotkaliśmy Przemka wracającego już od punktu.

Chyba najładniej położony punkt

Do L 31 wiodła prosta droga i wyglądało, że tym razem nie uda nam się nic zepsuć, ale i tak straciliśmy z dziesięć minut na szukanie lampionu, wiedząc cały czas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Ja sama ze trzy razy przeszłam obok niego w ogóle nie zauważając go w gęstwinie.
Do L31 poszliśmy wzdłuż jeziora planując przejść na drugą stronę drogą prowadzącą przez groblę, ale okazało się, że droga może kiedyś i tam była, ale musiało to mieć miejsce ze trzydzieści lat wstecz. Tym sposobem ominęliśmy nasz punkt idąc po złej stronie wody i dopiero duuużo dalej znaleźliśmy przeprawę na słuszną stronę. Na tych kombinacjach straciliśmy ze dwadzieścia minut.

Przekraczamy strumyk starym jazem, żeby dojść do grobli.

Do O 41 było dla odmiany łatwo, bo drogami, a u celu czekał zabytkowy wóz strażacki.

Fotka z zabytkiem obowiązkowa!

Przy tym punkcie zorientowaliśmy się, że czasowo stoimy źle, a nawet bardzo źle i praktycznie to trzeba już zawracać w kierunku bazy, jeśli chcemy wyrobić się w limicie. A plany mieliśmy taaakie bogate. W wersji optymistycznej to nawet L 101 chcieliśmy zaliczyć:-))) Na początek odpuściliśmy  L 66, L 30 i L 39 i ruszyliśmy w kierunku L 54. Wyglądało na to, że limit wtop już wyczerpaliśmy i ten punkt oraz kolejny zaliczyliśmy z marszu. I całe szczęście, bo zaczynałam mieć już dość - byłam totalnie przemoczona i mimo podbiegania (gdzie się dało) zmarznięta, a z tyłu głowy już mi kiełkowała wizja zapalenia płuc.

L 68 - urokliwa rzeczka, w której Tomek testował wodoszczelność kamery (patrz film).

L 51 - nasz kolejny punkt to północno wschodni brzeg lasku i prawie trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Ale jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę. Jakiś sabotażysta przed laty obsadził poszukiwany przez nas teren nowymi nasadzeniami, które przez 30 lat ciut podrosły i zupełnie zmyliły nas i wyprowadziły na manowce. Dopiero dokładne liczenie odległości i wnikliwa obserwacja przyrody naprowadziły nas na właściwe miejsce.
Kolejny wycinek postanowiliśmy dopasować już na miejscu, szczególnie, że wiodła tam wygodna (aczkolwiek długaśna) droga i wiadomo było, że na pewno trafimy we właściwe miejsce. To był nasz błąd. Owszem - trafiliśmy i dopasowaliśmy, ale okazało się, że punkt był wart tylko 17 punktów i lepiej było pójść na O 77:-(
Kolejne wycinki dopasowywaliśmy już przed wymarszem, ale akurat więcej takich niemiłych niespodzianek punktowych już nie było.
L 56 wzięliśmy bez problemu, ale już L 63, w okolicach którego spotkaliśmy Basię z Darkiem i Chrumkającą Ciemność, troszkę nam napsuł krwi, bo weszliśmy nie w tę ścieżkę co trzeba i musieliśmy się kawałek wracać. Na szczęście nie zajęło nam to jakoś dramatycznie dużo czasu.
Po L 63 myślałam, że pójdziemy na kolejny wycinek - L 57, ale Tomek zadecydował, że bierzemy L 27. No ale jak to?? Przecież mieliśmy go zbojkotować?? I trzeba było tak zrobić, bo to był jakiś bardzo wredny punkt i w ogóle nie chciał nas do siebie dopuścić z żadnej strony - przedtem od północy, teraz od południa. Zamiast punktu właściwego wzięliśmy stowarzysza, bo drogi na mapie nie zgadzały się z tymi w terenie, a jakoś przestaliśmy pilnować dokładnego mierzenia odległości. Wredna, wredna dwudziestka siódemka!
Ponieważ do kolejnego punktu namierzaliśmy się ze stowarzysza, wiadomo, że to nie mogło się udać. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć rów i jego koniec, tyle, że nic takiego w okolicy nie było. Bo i skąd? Rów był przecież dużo dalej. Ten punkt kosztował nas prawie 30 minut oraz mapę Tomka, którą pochłonął las. Taka forma okupu za punkt:-)
W tym momencie ja miałam już serdecznie dość i bardzo chciałam wracać do bazy. Ale gdzie tam... Tomek przeliczył, że zdążymy wziąć jeszcze L 56, a jak dobrze pójdzie to i L 28.  W Bystrzanowie z podwórek wypadła na nas sfora psów w liczbie sztuk dwóch :-) i ujadaniem oraz podbieganiem do naszych kostek zdekoncentrowała nas i rozkojarzyła. Co z tego, że skręciliśmy we właściwą drogę, kiedy byliśmy pewni, że jesteśmy na równoległej, bardziej na południe, tej prowadzącej do L 28. Usiłowaliśmy więc znaleźć to L 28 i w efekcie jako 28 wbiliśmy stowarzysza L 56. Dalej nastąpiło błędne namierzanie się na L 56 (łącznie z wdzieraniem się na prywatne posesje z jeziorkami), bo przecież nie wiedzieliśmy, że stowarzysz to stowarzysz i ogólnie wyszła jedna wielka katastrofa. Nie mogąc znaleźć właściwego 56 w końcu odpuściliśmy, bo czas poganiał i wreszcie nastąpił upragniony powrót do bazy.

 Hurrra! Baza!

Byliśmy pewni, że ze swoim marnym urobkiem i zaliczeniem jedynie niewielkiego wycinka mapy będziemy na szarym końcu stawki, a tymczasem po podliczeniu wyników okazało się, że zajęliśmy przyzwoite czwarte miejsce. Najwyraźniej autor trasy mocno przeszacował możliwości uczestników i tak prawdę mówiąc wiele PK po prostu się zmarnowało, bo nikt do nich nie dotarł:-)
Pomimo trudnej trasy i wrednej pogody i tak imprezka była super i mocno polecam kolejne edycje.
Hała wcale, ale to wcale nie jest chałowa!


poniedziałek, 5 listopada 2018

Podkurek z luźną metą

Podkurek w tym roku już nie był w randze Pucharu Polski, a jedynie jako 12 runda Konkursu o Tytuł Mistrza Warszawy i Mazowsza, ale za to odbywał się wspólnie z podsumowaniem sezonu 2018 w BnO na Mazowszu i XIV finałową rundą Pucharu Warszawy i Mazowsza w RJnO - jednym słowem uczestniczyliśmy w sporej multiimprezie i na starcie pojawił się tłum uczestników. Co ciekawe - impreza odbyła się  w Centrum Edukacji Leśnej Nadleśnictwa Celestynów, co w kontekście napięć na linii organizator-nadleśnictwo w ubiegłych latach wywołało u nas klasyczny opad szczeny:-)
Etap pierwszy zadziwił nas nie mniej niż miejsce bazy. Dostaliśmy po pierwsze pełną mapę, po drugie kółeczka oznaczające miejsca PK były w ogóle niepodpisane. Autor twardo twierdził, że tak ma być, więc nie dyskutowaliśmy, tylko mapę w zęby i w las. Opis wyjaśnił nam, że nazwą punktu są numery ze słupków ZPK, które to słupki znajdują się w miejscach oznaczonych na mapie kółkami, a kodem są oznaczenia zdjęć, które mieliśmy dopasować w danym miejscu. No dobra, to dawało się jakoś wyjaśnić, ale znaczenia pełnej mapy na TZ za nic nie mogliśmy pojąć. Nie żebym narzekała, bo przynajmniej wiedziałam gdzie iść i nie wymagało to na dodatek ode mnie żadnego wysiłku intelektualnego, ale bardzo ciekawiło mnie, co w takim razie dostało TP????? Tacy byliśmy hop do przodu z tą pełną mapą, że zupełnie straciliśmy czujność i polegliśmy na... zadaniu. Mieliśmy policzyć ilość oznaczeń zielonego szlaku na zaznaczonym odcinku i żadnemu z nas nie wpadło do głowy, że znaki mogą być po dwóch stronach drzewa, słupka, tablicy, czy gdzie tam jeszcze były namalowane. Liczyliśmy tylko to, co mieliśmy przed oczami, czyli wyszło nam o połowę mniej:-( No to już chyba wiem do czego była ta pełna mapa - do odwrócenia uwagi!

 Tu nie było problemu z dopasowaniem zdjęcia.

Dobiegając do mety już z daleka zobaczylismy spory tłumek, za to już na miejscu nie udało się nam wypatrzyć żadnego organizatora, żadnej ciepłej herbatki w termosie i żadnych słodyczy. Mnie bolało szczególnie to ostatnie. Jednym słowem - mety nie było. Każdy spisał sobie czas z zegarka i nie bardzo wiedzieliśmy co dalej. W końcu Tomek zadzwonił do kierownika imprezy i co się okazało? Meta była, tylko w zupełnie innym miejscu niż zaznaczono na mapie. "Metowy" w końcu przyszedł po nas i zaprowadził do swojej wersji mety, a kolejnym przybywającym zostawił kartkę z informacją gdzie mają się kierować. I w sumie meta była najatrakcyjniejszym elementem pierwszego etapu, bo przynajmniej coś się działo:-)

Nowa meta była zaopatrzona zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Etap drugi był już poważniejszy. "Wesoły wiatrak" składał się z poskładanych wstążeczek, które trzeba było sobie w wyobraźni rozwinąć oraz z poobracanych skrzydeł. I to wszystko trzeba było jeszcze jakoś ze sobą pożenić. Nie chcąc nadwyrężać wyobraźni, od razu wyciągnęliśmy nożyczki i taśmę klejącą i zrobiliśmy sobie wygodniejszą wersję mapy. Tę wygodność zakłócały nam tylko zlustrowane fragmenty, przy których trzeba było się bardziej pilnować. Już po kilku pierwszych punktach na trasie spotkaliśmy Anię z Darkiem, którzy szli w TU, ale mapę mieli taką samą, tylko punkty się inaczej nazywały. Kurcze, to czym te mapy się różniły od siebie??? Dalszą część trasy pokonaliśmy już razem gubiąc naszych towarzyszy gdzieś na ostatnich punktach, kiedy nam się zebrało na bieganie, bo zegarek nieubłaganie wskazywał koniec limitu podstawowego.

Kooperacja na trasie.

Jako, że ja szłam z mapą nieposkładaną, to jedynie w obrębie wycinka wiedziałam co się dzieje, a za każdym przejściem na kolejny, musiałam zaglądać Tomkowi przez ramię, dokąd to nas prowadzi. Tym sposobem obraz etapu mam mocno poszatkowany, ale jedno muszę przyznać - etap był na poziomie. Najpierw poziom złapałam ja - gdzieś na rowie, usiłując go przeskoczyć, potem poziom łapała Ania - w plątaninie poszycia, a na koniec spoziomował się Tomek - na prostej drodze, aczkolwiek co nieco błotnistej i wyboistej. I tylko Darek tak trochę odstawał od grupy. Sztywniak.
Mimo pośpiechu na końcówce trasy jednak załapaliśmy się na lekkie minuty, ale przynajmniej wszystkie PK mieliśmy dobre.
Po marszach Tomek postanowił jeszcze pobiegać, ja nad bieganie przedłożyłam ognisko z kiełbaskami i pyszne ciasta. W końcu po to na trasie traciłam kalorie, żeby móc potem najeść się bez wyrzutów sumienia. A żeby jeszcze bardziej uspokoić sumienie postanowiłam zrobić trino, co to je Tomek zaczął czekając na start swojego biegu. Co prawda cała trasa miała tylko 800 metrów, ale lepsze to niż nic.

Sztuczne żeremie jako atrakcja turystyczna.

Muszę powiedzieć, że Podkurek niepucharowy, bez presji wyniku, z łatwymi mapami i nawet z zaginioną metą był bardzo przyjemną, rekreacyjną, luzacką,  niezobowiązującą i w pięknych okolicznościach przyrody imprezką. Coraz bardziej przemawia do mnie postulat niektórych osób, żeby zlikwidować PP :-)