poniedziałek, 13 lipca 2026

Wawel Cup i na dobry początek Model Event.

No i nadszedł kolejny Wawel Cup. To już co prawda nie ta sama impreza co jeszcze parę lat temu, bo od jakiegoś czasu okrojona z pięciu do trzech dni, ale zawsze wyczekiwana i obowiązkowa w naszym kalendarzu. Do Ryczowa, gdzie mieliśmy noclegi, przyjechaliśmy w czwartek po południu. W poszukiwaniu gospodarzy obiektu weszłam do kuchni i zastałam jakąś kobiecinę pochyloną nad garem ziemniaków oraz faceta, którego gęba przez moment wydała mi się znajoma, no ale skąd?
- Dzień dobry. Czy Państwo są gospodarzami? - zagaiłam. Kobiecina podniosła głowę i na moment obie zamarłyśmy. 
- Becia???? - zdziwiłam się, kiedy domniemana gospodyni okazała się moją rywalką w kategorii. I co się okazało? Becia  z ekipą często bywa na tej kwaterze i tym razem również zarezerwowała wszystkie pokoje, oprócz jednego, bo jacyś obcy przez booking wcisnęli się im w paradę. Tymi "obcymi" okazaliśmy się my. I tym sposobem dołączyliśmy do wesołej gromadki, która nie tylko była sympatyczna i towarzyska, ale również dobrze karmiła, czy tego chcieliśmy, czy nie:-) Bynajmniej, nie narzekamy i dajemy 5 gwiazdek:-)
W czwartek wybraliśmy się całą grupą zobaczyć ruiny strażnicy w Ryczowie i Tunel w Dupnicy, a potem to już był tylko czas na imprezowanie.
 
W tunelu.
 
 
I na skałkach.
 
W piątkowy poranek (tak koło dziewiątej) z głębokiego snu wyrwał nas wrzask Beci:
- Renia! Tomek! Śniadanie!
Ta kobieta w karmieniu jest bezwzględna. Czując respekt przed jej zdecydowanym tonem, szybciutko zerwaliśmy się i pognali pod wiatę. Szybko zorientowaliśmy się, że w kwestii karmienia, z Becią się nie zadziera:-)
Na trzynastą planowaliśmy pojechać na trening, a reszta grupy pojechała ciut wcześniej na wycieczkę. Tymczasem koło jedenastej zaczęło padać. W końcu z mieszanymi uczuciami ruszyliśmy na start, bo niby obowiązku nie było, ale chciało by się pobiegać. To znaczy w moim przypadku to raczej pochodzić, żeby obczaić specyfikę terenu. Zanim doczekaliśmy się aż organizator rozwiesi wszystkie lampiony, przestało padać. I bardzo dobrze.

Gotowi do startu czekamy aż organizator wróci z lasu.
 
Ja tradycyjnie ruszyłam na trasę krótką, a Tomek na długą. Już na pierwszy punkt nie wyszłam od razu dobrze, ale ponieważ i tak wiedziałam, gdzie jestem, od razu mogłam skorygować. Do dwójki był najdłuższy przebieg. Niby można było większość odległości przebiec ścieżkami, ale ja wybrałam azymut. Już nawet nie z tej mojej miłości do azymutów, tylko chciałam się przekonać jak w tym terenie będzie mi się współpracowało z kompasem. Ostatecznie trening jest po to, żeby sobie przetestować różne rzeczy. Efekt był taki, że spory kawał bezsensownie szłam obok ścieżki, ale za to po kresce:-)

Odcinek eksperymentalny.

Z dwójki na trójkę odpuściłam sobie azymut, uznawszy że pójście wzdłuż rowu będzie dużo pewniejszym rozwiązaniem, bo prowadził na samo miejsce. Skałę oczywiście zaszłam od niewłaściwej strony i musiałam ją obejść dookoła. Niby na mapie trochę widać jak powinno się iść, ale w terenie dla mnie zawsze wygląda to jakoś inaczej. Jak się na co dzień biega po płaskim, to potem wychodzi brak doświadczenia.
W stronę czwórki zaczęłam iść dobrze, ale kiedy władowałam się w gęstwinki i zaczęłam omijać co mniej przebieżne fragmenty, zniosło mnie całkiem z azymutu i wylądowałam na drodze za czwórką. Ale przynajmniej było się od czego namierzyć.

Czwórka z odchyłami.

Do piątki to już jak normalny człowiek skorzystałam ze ścieżki, skoro była po drodze, podobnie początek do szóstki (bo potem już się nie dało). Siódemka po kresce, a na metę głupio.  Zamiast od razu biec do drogi, ja uparcie przedzierałam się przez wszystko, co najtrudniejsze w okolicy. Ale ten brak pomyślunku to już może ze zmęczenia. Niby trasa krótka, ale co chwilę pod górę, a człowiek nie nawykły. 
Ogólne wrażenie jednak pozytywne, bo nigdzie nie miałam poczucia, że nie wiem co dalej, wszędzie dałam radę wleźć, nie zmęczyłam się za bardzo, czyli milo spędziłam czas na łonie natury. Oby po prawdziwych etapach moje samopoczucie było tak dobre.
 
Mój trening.
 

środa, 1 lipca 2026

Middle w Ponurzycy

Dzień po sztafetach wróciliśmy do Ponurzycy na Mistrzostwa Mazowsza w średniodystansowym BnO. Dystans miał już być krótszy, ale za to dojście na start dużo dłuższe. Pogoda bez zmian. Obawiałam się, że już samo dojście wyczerpie moje zasoby sił, ale o dziwo nie było tak źle. No i przede wszystkim nie było już presji, że muszę, bo pracuję na wynik dwóch osób, tylko jak spieprzę, to sama sobie.
 
W drodze na start.

Startowaliśmy z Tomkiem w odstępie minuty, więc razem byliśmy w boksach startowych. Ja ruszyłam minutę wcześniej.
 
Przed wejściem do boksów.
 
Na pierwszy punkt pobiegłam za innymi zawodnikami, ale z pełną świadomością, że na końcu pierwszego żółtego na mapie będę musiała odbić w krzaki, żeby dostać się do drugiego żółtego. Poszło gładko. Do dwójki po kresce, a paśnik, na którym był punkt, widoczny był z daleka. Też łatwizna. Trójka i czwórka po kreskach, ale coraz wolniej, bo do mety daleko, a sił niewiele, więc nie można było się przemęczać.
Piątkę zaszłam od dupy strony, bo to co miało być ścieżką, było nieistniejące, a to co miało być przebieżnym lasem między gęstwinkami, okazało się być ścieżką. Tym sposobem nie wstrzeliłam się gdzie trzeba i doszłam aż do drogi. Dużo tam tego błądzenia nie było, ale zawsze to trochę sił i energii zmarnowane niepotrzebnie. Za to szóstka i siódemka poszły dobrze. 
Po siódemce już się trochę słaniałam na nogach, a to dopiero była połowa trasy. Ledwo dowlekłam się do charakterystycznych płotów, bo było pod górę, a potem chciałam wygodnie na ósemkę pójść ścieżką, ale ścieżka cóż - okazała się wyrobem ścieżkomałopodobnym z różnymi utrudnieniami na jej przebiegu. Jakoś przedarłam się do tej ósemki, ale pomocna to ta ścieżka raczej nie była. 
Po ósemce kawałek szłam po kresce, a potem moje myśli odpłynęły do tematów nie związanych z zawodami, lasem, mapą, kompasem i tak sobie po prostu szłam przed siebie.  Dopiero kiedy doszłam do lampionu i okazało się, że to wcale nie mój, powróciłam do rzeczywistości. Na szczęście w pobliżu było duże skrzyżowanie, z którego mogłam namierzyć się właściwie. I nie uwierzycie - to było to samo skrzyżowanie, na które dzień wcześniej wyszłam idąc w złym kierunku z siódemki. Coś mnie ewidentnie do niego przyciągało - dzień po dniu.
 
Magnetyczne przyciąganie?
 
Na skrzyżowaniu w pobliżu dziesiątki organizatorzy zostawili butelki z wodą dla wysuszonych orientalistów, ale ja miałam własną wodę i tylko patrzyłam jak inni piją. Patrzyłam i tak się zapatrzyłam, że ruszyłam złą ścieżką. Na szczęście szybko się zorientowałam. Z pozostałych punktów pamiętam tylko narastające zmęczenie, które (o dziwo) nie powodowało trudności w nawigacji. Powolutku, krok za krokiem, ale wszędzie trafiałam niemal po kresce. Na samą metę ciut się spięłam i dotruchtałam do niej, choć ten trucht to taki wolniejszy był od chodzenia chyba.
 
Upragniona meta.

Po biegu zostaliśmy w bazie, bo Tomek wygrał w swojej kategorii i chciał odebrać dyplom. Ja niby zajęłam trzecie miejsce, ale na trzy startujące, więc niespecjalnie mi zależało. No, ale dawali, to brałam.
 
Dyplomy i my.
 
 
Mój przebieg (przechód?)
 

piątek, 26 czerwca 2026

Warszawska Olimpiada Młodzieży, czyli sztafety w kategorii z sumą wieku min. 110 lat.

Niby lato to sezon startowy, ale jakoś zawsze tak wychodzi, że właśnie wtedy mniej biegam. Wszystkie główne zawody są daleko, a przecież nie da rady wciąż gdzieś wyjeżdżać. W końcu załapałam się na zawody podwarszawskie - Puchar WMZOS w Sztafetowym Biegu na Orientację. Sztafeta była dwuosobowa - ja i Tomek. Całe szczęście, że tylko dwuosobowa, bo i odpowiedzialność ciut mniejsza.
Miejsce zawodów to Ponurzyca, ale tylko z nazwy jest tam ponuro, bo poza tym - spoko.
 
Stowarzyszona sztafeta.
 
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pogoda. Dogrzało tak, że nawet na leżąco nie miałam sił do życia, a gdzie dopiero mówić o bieganiu. Tym sposobem byłam już przegrana, zanim wyszłam z domu. W ogóle nie planowałam biegać, a jedynie iść, snuć się, ostatecznie czołgać, a jedynym wyzwaniem, jakie przed sobą stawiałam, to: przeżyć. Ja biegłam na pierwszej zmianie, a w naszej kategorii była jeszcze Małgosia, Marzena i Marek.
 
Idziemy na start.

 
I lecimy.
 
Ruszyliśmy. Powoli, no bo gorąco, ale starałam się jednak nie być ostatnia. Przynajmniej do lampionu startowego. Przez głupie gadanie w boksie startowym, że nie ma rozbić - co oczywiście wiadomo, że jest bzdurą - trochę zgłupiałam, gdy każdy pobiegł trochę inaczej. Niby planowałam lecieć po swojemu, ale człowiek to zawsze podświadomie się zasugeruje innymi. Efekt był taki, że trafiłam na jedynkę, ale tę z drugiego rozbicia. Na szczęście teren był na tyle charakterystyczny, że gdy w końcu zaczęłam myśleć, szybko naprawiłam swój błąd. 
 
Trudne początki.
 
Za to na dwójkę poszłam już po kresce. Trójka też weszła gładko, choć lekkim zakolem, a do czwórki znowu po kresce. Przy piątce nie miałam już sił i kiedy zorientowałam się, że to dopiero 1/3 trasy, to miałam ochotę siąść i płakać. Nie siadłam tylko dlatego, że już bym nie wstała, a zostać w lesie na zawsze nie planowałam. Z szóstką chwilkę się kotłowałam, bo najpierw znalazłam tę z drugiej trasy rozbicia, a potem poplątało mi się, po której stronie ścieżki ma być mój lampion.  Najwyraźniej mózg z gorąca zaczął mi wyparowywać. Siódemkę jeszcze ogarnęłam rzutem na taśmę, a potem zamiast iść na ósemkę, ruszyłam w dokładnie przeciwnym kierunku. Wyszłam na skrzyżowanie i coś przestało mi pasować. No to gdzie ja jestem? - zadałam sama sobie pytanie i przez dłuższą chwilę nie umiałam na nie odpowiedzieć. Kiedy w końcu zrozumiałam, że zamiast zbliżać się do ósemki, odeszłam od niej, to autentycznie łzy stanęły mi w oczach. Nie dlatego, że nie umiałam trafić; dlatego, że już nie miałam sił iść dalej i dołożenie sobie niepotrzebnej odległości dobiło mnie totalnie. Po chwili rozpaczy wróciłam na siódemkę i namierzyłam się już poprawnie. To znaczy prawie poprawnie, bo trafiłam ciut obok.
 
Kierunek dobry, tylko zwrot nie ten.
 
Dobrze, że dziewiątka była łatwa i była blisko, więc jakoś zebrałam swoje morale do kupy, co było o tyle ważne, że przede mną był najdłuższy przebieg trasy. Tak obiektywnie patrząc, to nie był wcale jakiś bardzo długi, ale przy panującym gorącu każdy metr miał tak ze trzydzieści metrów. No to łatwo sobie przeliczyć... 
Z dziewiątki od razu odeszłam głupio, bo zamiast ścieżką, to przez gęstwinę, ale to takie bardzo w moim stylu. Kiedy doszłam do porządnej drogi, to po pierwsze bardzo się ucieszyłam (nie wiem z czego), a po drugie skonstatowałam, że nie wiem gdzie jestem i skąd tu w ogóle jakieś płoty. Poszłam kawałek drogą, zawróciłam, pomyślałam, że może jednak dobrze szłam, więc znowu zawróciłam i już po kilku minutach miotania się po ścieżce ogarnęłam gdzie jestem i jak najlepiej iść dalej. Uffff.... niewiele brakowało. Szczęśliwie na sam punkt wyszłam... w punkt:-) 
Zostało jeszcze pięć punktów do końca mojej zmiany, a ja już miałam totalnie dość. Co kawałek musiałam stawać i opierać się o drzewo, a bałam się usiąść, bo mogłabym już nie wstać. I tak całe szczęście, że miałam ze sobą wodę. Że też taka pogoda musiała się trafić.
Jedenastkę znalazłam bez problemu, a na dwunastce o mało nie złapałam missing pointa. Trafiłam na lampion z drugiego wariantu o kodzie 37, podczas gdy ja potrzebowałam 73. Ale oczywiście mózg miałam już tak zlasowany, że kolejność cyfr nie robiła mi żadnej różnicy. Jedynie odległość wydawała mi się jakby ciut za mała. Tak na wszelki wypadek postanowiłam nie schodzić jeszcze do asfaltu, tylko kawałek pójść lasem. I faktycznie, za chwilkę zobaczyłam kolejny lampion, już z właściwym kodem, co sprawdziłam z tabelką na mapie.
Trzynastka była punktem widokowym i znakiem dla Tomka, że może udać się do strefy zmian. Bardzo starałam się zebrać w sobie, żeby chociaż udawać, że biegnę, ale jak tylko z powrotem wlazłam w krzaki od razu zwolniłam do tempa ślimaka. 
 
PK 13 - punkt widokowy.
 
Oj, poczeka sobie Tomek jeszcze zanim dotrę na metę, zwłaszcza że do czternastki było pod górę. Przy życiu trzymała mnie jedynie myśl, że to już przedostatni punkt. Ponieważ szłam pomalutku, to miałam czas kontrolować mapę i kompas i na lampion wyszłam idealnie. Jeszcze tylko zejście z górki na piętnastkę i "dobieg" do mety. Tu już nawet nie miałam siły udawać, że biegnę i wlokłam się noga za nogą. Wreszcie klepnęłam Tomka, co było znakiem, że może ruszać na swoją pętelkę i podłam przy punkcie sczytywania wyników.

czwartek, 18 czerwca 2026

Zagórz...

Sezon startowy w pełni. Pomorze Sprint Cup, Mistrzostwa woj. Lubelskiego w sprincie, Gdańsk City Race, MP w sprincie…. Po Jadze-Korze jednak trzeba ciut odpocząć – sprinty nie maja sensu – dłuższe bieganie i owszem. Dla tych co nie wyruszyli przez pół Polski by pobiec 15-sto minutowy Sprint ruszył cykl treningów organizowanych przez Anię i Barbarę. Dziewczyny czekają na stacje SI, więc ciągle te treningi rozgrywane są w sposób analogowy na papierowych kartach startowych;-) 

Centrum zawodów - na przystanku autobusowym w środku lasu
Zagórz, ten k/Warszawy (nie mylić z tym w Bieszczadach), mapa Macierowe Bagno. Już chwilkę tutaj nie biegałem. Pogoda – lekko deszczowa – dobra na bieganie. Mapa w rękę i w las. PK 1 – ścieżkami, PK 2 – coraz bardziej ścieżkami – dopiero do PK 3 trzeba było się przedzierać…. ścieżką nienaniesioną na mapę. No, może nie do samego końca, bo ścieżka szła w bok, brzegiem terenu podmokłego… 

Z zakrzaczonej trójki trzeba wydostać się na azymut. Jak widać na przebiegu już tu musiałem coś źle ustawić kompas. O jakieś 90 stopni źle… wypadłem na drogę i lecę w lewo do PK 4. Mijam jedno skrzyżowanie ścieżek – to OK, ale pojawia się następne i linia energetyczna, a oczekiwanej górki ani śladu. Chwila konsternacji – wiem gdzie jestem – trzeba się wracać…. 

PK 5, 6, 7, 8 bez większej historii – azymut, w miarę trafiam, czasami udaje się pobiec ścieżką. 

Na azymucie do PK 9 wg mapy teren podmokły. W praktyce – pewno wszystko wyschło, ale krzaki zostały. Pojawia się wyraźna ścieżka, której nie ma na mapie. Na początku myślałem, że znajdę ścieżkę pomiędzy niebieskimi rejonami, ale nic takiego nie widać, a nie podoba mi się wchodzić w superkrzaki. W efekcie sporo obiegam i na koniec znajduję dół obok tego właściwego. 

Do PK 10 ścieżką. Tu ścigam się z kobiecą elitą;-) Wybieram wygodniejszą drogę do samego lampionu, lekko naokoło i znowu zostaję sam w lesie. 

Przy PK 12 spotykam mały tłum. PK 13-14 na plecach czuję oddech Bartka, ale sforuje się do przodu. Nie lubię biegać w tłoku ;-) Chwilami coś tam zaczyna kropić, ale w lesie tego nie czuć. 

Jak zwykle im dalej, tym lepiej mi idzie;-) Trochę bałem się zielonego przy ostatnim PK 18, ale roślinność okazała się całkiem przebieżna, a rów suchy i szeroki;-) 

Meta;-)
Meta, oddanie karty, chwila pogaduszek i do domu. Na mecie wrażenie robi Bartek – na metę przybiega z… rozmoczonymi strzępami karty startowej. Nie padało aż tak, by karta rozmokłą do tego stopnia, wszystkie mokradła były dobrze wyschnięte…. Nie wiem jak to zrobił, ale efekt uzyskał spektakularny;-)

 



sobota, 30 maja 2026

Jaga-Kora X i 100km w nogach

Maj oznacza wyjazd w Beskid Niski i błąkanie się po górach na trasach Ultramartonu Jaga-Kora. To taka świecka tradycja, która właśnie obchodzi u mnie dziewiąte urodziny. Dziewiąte, bo gdybym był na pierwszej edycji tego wydarzenia, byłyby to urodziny dziesiąte.

Na Jadze-Korze zaczynałem od trasy Kurier (40km), która startował z Moszczańca, potem próbowałem różnych wariantów  40, 42, 46, 70 i 100km. Te 100km (czyli Orzeł) to próbowałem dwa razy i dwa razy nie ukończyłem. Pierwszy raz – chciałem za szybko i zszedłem po 66-tym km z powodu kontuzji kolana. Drugi raz trwało to krócej - tylko 33 km, ale tu wystartowałem już z zapaleniem rozcięgna i było to do przewidzenia.

Zostało mi policzyć się z setką, tym bardziej, że organizator zapowiedział, że na X edycji Jagi-Kory 100-kilometrowy Orzeł będzie rozgrywany po raz ostatni. W bonusie nie wydłużył trasy co do km, ale „dorzucił” górę Cergową. Cergowa to góra bardzo widowiskowa – każdy kto jechał przez Duklę, na pewno zwrócił na nią uwagę – góruje nad miastem niczym Giewont nad Zakopanem, a jej stromość nie pasuje do łagodnych stoków Beskidu Niskiego – przypomina jakieś urwiska, pionowe skalne ściany….

Wycieczka szlakiem kurierskim Jaga-Kora

Jak zwykle z Renatą przyjechaliśmy w Beskid Niski tydzień wcześniej. Już od wielu lat pomagamy w organizacji imprezy – znakujemy trasę, Renata obsługuje sekretariat i robi hałas w Chałupie Elektryków. Co do znakowania trasy – to na jednej z tegorocznych relacji po imprezie przeczytałem pozytywne zdziwienie jakiejś uczestniczki, że to pierwszy bieg górski, gdzie oznaczenia nie tylko dobrze prowadzą, ale wręcz pokazują jak ominąć co większe kałuże!
Zbocza Jawornika - to będzie końcówka trasy biegu

W tym roku znakowaliśmy dłuższy odcinek niż zwykle, ale było nas więcej – oprócz nas były jeszcze dwie Stowarzyszone klubowiczki, które także załapały bakcyla wolontariatu. Był także czas, by przebiec Parkrun w Rymanowie-Zdroju, znalazł się czas by z Barbarą przebiec próbnie nowy nocny odcinek: z Rymanowa przez Cergową do Dukli, trochę poszwendać się po górach, zrobić alternatywne Strasznie Fajne Marszobiegi;-)

Bania Szklarska - rok temu przebiegała tędy trasa 17km

Sobotni parkrun - deszczowy i kameralny

Mokro to i salamandry wyszły na spacer
Cergowa w tle. Będziemy ją zdobywali o świcie w czasie biegu

Podbieg na szczyt Cergowej - pola czosnku niedźwiedziego

 
Najwyższy wodospad w Beskidzie Niskim- Wisłoczek

Cerkwisko na zbiegu z Wołtuszowej to będzie końcówka trasy biegu

Słynne Beskidzie Błoto (SBB) do biegu zdąży podeschnąć

Jak w góry to tylko z reklamówką:-) (znaleziona po drodze zbierałem do niej śmieci ze szlaku)

Znakowanie

Gdy znakowaliśmy ślady niedźwiedzia były na trasie

Znakowanie - gdzieś nad Wisłoczkiem

Znakowanie - Polany Surowiczne

Znakowanie - potok Surowiczny

Góra Polańska

Znakowanie - Niedaleko Jawornika

Znakowanie - nie tylko taśmami;-)

Nadszedł piątek. Zaczęła się praca w sekretariacie. Nasza Klubowa ekipa rozrosła się do 6-ciu osób. Klubowo – wypożyczyliśmy buty. A bo czemu nie - skoro można? Jakieś najnowsze modele ASICS – Trabucco 14, czy jakoś tak. Wypożyczyliśmy dwie pary na 100 km i dwie pary na bieg 42km. Testowanie butów na biegach górskich ostatnio jest popularne. Zwykle na buty rzucają się ludzie biegający krótsze dystanse, ale dwa lata temu pożyczyłem buty na 40 km i dały radę! Zakładałem, że pewno zmienię je po nocy (nocny odcinek ma więcej błota).

Numery startowe odebrane - mi trafił się "klubowy" numer 44
Buty wypożyczone różne wzory i kolory
Ania i Renata wydają pakiery w sekretariacie do północy


Chwila odpoczynku i zaczynamy start o godzinie 00:01 z Jaślisk. 

 

Wywożą nas na start...

Na 100 km startuję ja i Barbara. Dojazd autokarem , przemówienia, odliczanie i biegniemy. Kawałek asfaltem, potem w drogę polną, powoli pod górę. Wszyscy biegną tempem parkrunowym. Czołówka to pewno poniżej 4m/km. W pewnym momencie mówię „dość”. Zostało jeszcze 99 km, podbieg coraz stromszy – muszę mieć siły na te kilometry. Przechodzę do marszu, by wyrównać oddech. Coraz więcej osób  zwalnia. Początek to zawsze robi się „w  tłumie” - widzisz światełka przed sobą, za sobą. Co chwila słychać niecenzuralne słowa, jak ktoś wpadnie w jakieś błoto lub zaplącze się w leżące na ziemi gałęzie. Ja gdzieś przed Ostrą także mam bliski kontakt z podłożem – efekt: krwawy ślad na kolanach i na dłoni. Na szczęście po ciemku nie widać, czy zostawiam krwawe ślady za sobą;-)



Nocka idzie dobrze. Nie rozpędzam się, bo ile razy można rozbijać kolana? Dopiero gdy jestem w Stasianie przypominam sobie, że punkt żywieniowy będzie za Piotrusiem, ale temperatura jest w sam raz i picie tak bardzo nie schodzi z camelbaka.

Wreszcie punkt żywieniowy i ruszamy na Cergową. Na szczycie zaczyna się rozjaśniać. Bardzo niefajny zbieg z Cergowej – jeszcze jest ciemno, więc mało widać, bardzo stromo, korzenie…. Nikt tu nie zbiega – wszyscy trzymając się pazurami ziemi ostrożnie pełzną w dół. Dobrze że wcześniej przebiegłem ten kawałek – widziałem czego się spodziewać.

Przymiarki i wschód słońca


Za Cergową poluje na nas fotograf. To tradycyjne miejsca i czas. Kulminacją dla pracy fotografa są Przymiarki, gdzie słońce już jest wyraźnie na horyzontem. Szkoda, że nie ma morza mgieł - ale dla samego biegania to i lepiej – jest w miarę sucho i błoto nie lepi się do butów.

Rymanów Zdrój - 33km

Rymanów – czas dobry. Miałem biec z Barbarą, ale ta wyrwała na początku (tam gdzie ja przeszedłem do marszu) i pewno jest ze 20 minut przede mną. Szybki przepak i ruszam dalej. Nie zmieniam butów – te wypożyczone sprawują się całkiem dobrze. Wiem, że ASISCy nie lubią błota – mają wtedy zerową przyczepność, ale jest w miarę sucho, więc nie jest to problemem. Dobrze amortyzują – człowiek czuje się trochę jak w kapciach (wypożyczyłem model większy o pół rozmiaru – może dlatego). Podeszwa jest dość gruba i zapiętki nie trzymają dobrze, więc na nierównym noga jest mocno niestabilna – ale najgorsze było w  nocy – dzienny odcinek jest równiejszy i w dzień lepiej widać gdzie można postawić bezpiecznie nogę.

Wyruszam z przepaku w towarzystwie Kasi. 

Głębokie
Podbiegamy sobie tak razem do punktu żywieniowego w Puławach. Pogoda – aż za fajna. Zaczyna się robić ciepło. 

Nad Puławami
Wkraczam na odcinek, który znakowałem. Po zbiegu do Darowa zacznie się to, czego nie znoszę. Płaski (prawie płaski) asfalt. Jest to kilometr 50+. Na tym etapie biega mi się ciężko. W dół – jakoś idzie, ale po płaskim bieg nie jest szybszy niż szybki marsz z kijami. Pod górę, nawet malutką znacznie szybciej się idzie niż biegnie… a biegniemy w kierunku głównego wododziału, więc w efekcie jest zawsze „pod górę”.

Punkt żywieniowy w Moszczańcu. Przede mną najdłuższy fragment trasy bez punktów żywieniowych. I w największym upale. Jednolite monotonne podejście na Kanasiówke. Prawie 6 km ciągle pod górę. I akurat zaczyna mnie męczyć układ trawienny – wczorajsza kolacja, która powoli dociera do końca swojej długiej drogi w człowieku….

Zbieg w kierunku Woli Wyżnej i znowu asfalt. Może asfalt to za dużo powiedziane, ale coś co kiedyś było asfaltem – małe górki i dołki i tak dobre naście kilometrów w pełnym słońcu. Nogi do biegu nie niosą. Męczarnia…

Wreszcie po 80-tym kilometrze „chopek” i droga do Chałupy. Niby znowu asfalt, ale tylko 4 km, sporo w dół i z daleka słychać bębnienie Renaty;-)
80 km to takie miejsce selekcji. Doganiam i przeganiam dziewczynę, która wyprzedzała mnie na 30-tym kilometrze, biegnąć niczym łania. Teraz idzie powłócząc nogami i mówi, że schodzi z trasy w Chałupie. Próbuję ją namówić, by biegła dalej, ale stawia opór.

Ekipa Chałupowa

Tak na punkcie bawiła się Renata

W chałupie Renata i kociołek. Mało jem biegając, ale ten kociołek postawił mnie na nogi.

A tak wyglądałem ja po ponad 80-ciu kilometrach

Polańska – taki morderczy akcent na koniec. Najstromsze i jedno  z największych podejść na trasie. Kogoś tu doganiam, ktoś dogania mnie, robi się mały tramwaj na podejściu. Na zbiegu wyrywam do przodu. O dziwo, do tej pory żadnych skurczy zmęczeniowych, a  być powinny, bo wszystkie zbiegi robiłem asekuracyjnie, co strasznie męczy czwórki. A tu nic. Dobrze znam trasę, wiem ile do mety, po prostu wiem, że mogę przyspieszyć.

Raczej to ja wyprzedzam, niż mnie wyprzedzają. Wołtuszowa. Ostatni zbieg. Wyprzedzam dziewczynę, z którą mijałem się przez całą trasę. Stosowała ona dziwną technikę: na każdym punkcie żywieniowym czekał na nią suport: masaż, zmiana butów, itp. Taki full wypas. Spędzała tam więcej czasu niż inni, a potem wybiegała i bardzo szybko wszystkich wyprzedzała. Tu już niestety dopadł ją dystans i ledwo idzie, choć do mety ze dwa kilometry. I zauważam, że ma przy pasie taką papierową czapeczkę urodzinową. Okazuje się, że ma urodziny – życzę jej wszystkiego najlepszego i lecę na metę.

Uff meta i blacha za przebiegnięcie 100km
Nikogo w zasięgu wzroku, więc się nie ścigam. Na mecie czekają Barbara i Ania. Barbara przybiegła dłuższą chwilę wcześniej – analiza międzyczasów pokaże później, że na ostatnim odcinku sporo do niej odrobiłem. Niestety, na mecie akurat nie ma firmowego fotografa, Renata jeszcze nie wróciła z Chałupy - więc nie mam zdjęcia jak wbiegam na metę;-) Ale setka odczarowana.


Jestem drugi w swojej kategorii wiekowej. Patrzę na międzyczasy – do zwycięstwa zabrakło mi 5 minut! W chałupie do zwycięzcy traciłem ponad 45 minut! Jeden szybszy zbieg i bym zwyciężył….

Jeszcze podium i będzie można odpocząć;-)

Szybki obiad i wskakuję na podium, bo akurat jest dekoracja długich dystansów.
Szkoda, że za rok ma nie być setki… tylko jakieś sprinterskie dystanse rzędu 50 km…. 

Buty z wypożyczalni - dały rade na 100km. Pęcherzyk wyszedł dzień później ale taki niegroźny;-) 
Buty - polecam - wygodne niczym domowe bambosze;-)