sobota, 25 kwietnia 2026

Jak nie zostałem Mistrzem Polski;-)

Zawsze wolałem dłuższe dystanse. W tym roku na Warsaw City Race najlepiej poszedł mi bieg najdłuższy. W zeszłym roku na MP Ultralongu także nie byłem ostatni. Dlatego z dużymi nadziejami zapisałem się na tegoroczne Mistrzostwa Polski w długodystansowym BnO. 

Zawody dość daleko -z moje perspektywy to  „pod Gdańskiem”, a tak dokładniej tuż obok Gniewu. Ale to taka odległość, że daje się wyjechać rano, pobiec i wrócić. 

Organizator – bliżej mi nieznany – ale fajnie jest odkrywać nowe tereny i budowniczych. 

Wyjechałem skoro świt. Forma taka sobie, bo dopadł mnie katar, ból głowy i inne takie. Z perspektywy czasu podejrzewam jakąś formę morderczego covidu… 

O godzinie 8:00 miało ruszyć biuro. O tej godzinie było nas dwoje uczestników przytupujących, by odebrać numery startowe, ale musieliśmy poczekać z pół godziny zanim centrum zawodów się ogarnęło. Ale czekających niewielu, więc nie ma sprawy – udało się. 

W centrum zawodów
W tym roku start masowy dla większości kategorii. Nie znoszę startu masowego. Bo zawsze biegnie się nie tam gdzie trzeba, nie za tym co trzeba, a ci co potrafią biegać w tramwaju (czyli na plecach upatrzonego zawodnika) zyskują, sami nie nawigując. Jeszcze rok temu w regulaminach BnO był zapis, że zawody mistrzowskie muszą być rozgrywane interwałowo lub w postaci OneManRelay. Zapis był, po cichu się zmył. Szkoda, że PZOS takie zmiany wprowadza po cichu, że na ich oficjalnej stronie brak jakichkolwiek sensownych informacji – pojawiają się tylko newsy typu „uścisk dłoni Prezesa i Nadleśniczego”, albo powołania do Kadry Narodowej. Nigdy nie widziałem np. komunikatu/uzasadnienia anulowania jakiegoś etapu w zawodach wysokiej rangi (zresztą na stronach zawodów także tego brakuje), czy choćby opracowania o trendach w zmianach regulaminowych. 

Wracając do zawodów – moja kategoria miała mieć start masowy z jakimiś tam motylkami. Znajomych sporo. Na podium raczej mam szanse iluzoryczne – jest co najmniej trójka (a pewno i więcej) ludzi biegających ode mnie o niebo szybciej i do tego bardzo dobrze nawigujących. Takich co kompas wyssali z mlekiem matki, a nie jak ja - uczący się nawigacji u schyłku żywota;-) Ale BnO to taka dyscyplina, gdzie zawsze można strzelić babola. A na długim dystansie jeszcze ważna jest kondycja na końcu – więc zawsze może zdarzyć się niespodzianka. 

Teren – niby blisko morza, a góry całkiem porządne. Komunikat techniczny mówił dla mojej kategorii o 10 km i 250 m w górę. 

Clear, check i na linie startu
Start tuż za wiaduktem nieczynnej kolejki. Na starcie zamieszanie, jedna z kategorii startu masowego o 10:00 musiała się dopominać o wpuszczenie do boksu, bo kierownik startu coś o nich zapomniał i chciał ich wystartować 20 minut później. 

Dostaliśmy mapy pod nogę, odliczanie i start. Mapa – płachta jak na byka – format A3. Ale dzięki temu dość wyraźna jak na nasze starcze oczy. 
Do pierwszego punktu tramwaj. Od razu pod górę, ale sporo drogą. Dopiero końcówka po nieużytku przypominającym łąkę. Od samego początku na plecach czułem oddech Józefa. Uparł się, że mnie będzie gonił… Strasznie stresująca sytuacja… 

Po PK 1 ciut się przeluźniło (czytaj zostałem z tyłu, bo nie lubię szybko biegać po krzakach). Na PK 2 chyba najdłuższy z przebiegów na mapie. Przedzieram się przez krzaki, zbiegam w dół i mam dylemat – biec po kresce przez dwie góry, czy drogą? Jednak szybciej będzie drogą. Skręcam w lewo i po kilkudziesięciu metrach wiem, że to pierwszy błąd. Drogą w lewo musiałem pokonać wzniesienie i zbiec, a w prawo, przy tej samej odległości byłoby tylko w dół lub po różnym. Ale nie ma sensu już wracać – biegnę i uciekam ile się dam Józefowi. 

PK 3 i PK 4 wchodzą dość dobrze – bez większego kluczenia. PK 4 to punkt węzłowy – pierwszy motylek. Ja biegnę w prawo, Józef w prawo. Wreszcie mogę spokojnie nawigować. 

Przed PK 9 znowu pojawia się Józek. Przecinamy drogę, teren odkryty, dół, lampion…. Tylko kod się nie zgadza! Konsternacja! Chwila zastanowienia i lecimy dalej - to był jakiś wcześniejszy „dół”. 

Lecimy do punktu węzłowego PK 4/10. Punkt ten to był wielki dół, z butelkami wody (taki punkt wodopojowy). Z daleka widzimy ludzi wbiegających w dół. Biegniemy i my: jest dół, butelki z wodą lampion. Podbijam i… konsternacja coś mi się kod nie zgadza. Chcę już pobiec dalej, gdy do lampionu dobiega Agnieszka. Agnieszka głośno zadaje pytanie jakiego kodu szukam. Sprawdzam na mapie - ma być 40, a na lampionie 74. Tyle że wszystko wygląda tak samo: dół, butelki z wodą… Burza mózgów, konsultacja z innymi i wiemy, gdzie jesteśmy. Ruszamy do właściwego dołka. Rzeczywiście wygląda tak samo. Mam wtedy wątpliwości czy za pierwszym przebiegiem przez ten lampion trafiłem na właściwy. Niby sprawdzam kody, ale kto by posądzał budowniczego o taką perfidię - tak upodobnić te dwa miejsca do siebie! 

Zwiedli mnie ludzie wbiegający do dołka, bo azymut miałem dobry

Biegnę dalej do kolejnego PK węzłowego. PK 12 za „trzema” górami. Znajduję przełączkę by się nie wspinać dodatkowo. Na lampion nie wchodzę czysto, szukam go najpierw na równoległej ścieżce 20 metrów poniżej punktu. Takie drobiazgi, brak dobrej techniki biegania po ternie nieprzebieżnym powoduje, że na takich przebiegach tracę do wyjadaczy. Na równej drodze i długim przebiegu jestem w stanie zyskać. Rok temu nadmorskie wydmy były idealnie przebieżne, stąd mój fajny wynik. Tu idzie troszkę gorzej. 

Przed PK 13 w zasięgu wzroku mam Tomka Pryjmę. Jak dobrze pójdzie, to go wyprzedzę przed metą. 

PK 15 – kolejny motylek i strome górki/dolinki o przewyższeniach rzędu 20 m. PK 16 wchodzi dobrze, biegnę na PK 17 – niewielki dołek w zielonym. Po chwili szukania znajduję lampion, ale znowu o innym kodzie. Niby też w jakimś dołku, ale takim bardziej „rozległym” . Konsternacja. Brnę dalej rozglądając się czujnie. Docieram do zbocza - w dole widzę lampion – to musi być PK 18. Sprawdzam kompas – azymut miałem dobry. Robię zwrot w tył i wpatrując się uważnie w igłę kompasu ruszam na poszukiwania właściwego dołka. Przechodzę obok lampionu, który znalazłem wcześniej. O! jest dołek z lampionem! To ten mój!. Widzę z niego ten lampion „stowarzyszony”. Tak na oko jest ze 30 m dalej… nie za blisko? Mój był całkowicie schowany w dołku, a tamten świeci niczym latania… 

Szukając PK 17 trafiłem na lampion stowarzyszony...
Wracam na PK 18 i kończę motylek na PK 15/19. Na poszukiwaniu tego dołka z PK 17 straciłem masę czasu (wydruk mówi, że z 5 minut na przebiegu czterominutowym). Czerwona koszulka Tomka zniknęła mi zupełnie z oczu…. 

Jeszcze raz zaliczam sławny dołek (PK 17/20) i zostają mi dwa ostatnie punkty. Znowu dłuższy przebieg, spora góra do pokonania i dobrze wydeptany zbieg w kierunku mety. Na dobiegu do ostatniego PK na uczestników poluje fotograf – staram się biec lekko i rączo, by dobrze wyjść na zdjęciu. 

Złapany przed metą
Na mecie wyprzedza mnie jeszcze jakaś „elitarna” biegaczka – muszę popracować nad szybkością (albo jakiś cudowny eliksir i odmłodnieć o  40 tat...;-) 


Na mecie wydruk i zupka. I oczywiście picie. Niby na trasie leżała woda przy punkcie węzłowym (PK 4/10), ale to był początek trasy i kto by tam pił. Szczególnie, że wydobycie butelki ze sterty/folii, odkręcenie itp. To czas… którego zawsze brakuje. Po PK 10 (czyli połowie trasy) nie było punktu wodopojowego „na przebiegu”. Były gdzieś z boku, umiejscowione dla nas bezsensownie. A w drugiej połowie trasy pragnienie więcej dokucza. Niby regulamin mówi o punktach nawadniania co 25 minut, ale kto by tam patrzył na takie rzeczy (ot choćby kontroler ze strony PZOS). Znając życie, to za rok w regulaminie te punkty nawadniania zanikną w ogóle;-) 

Na wydruku jestem czwarty….. hmm coś za dobrze! Potem dowiaduję się, że jestem czwarty - ale na moim wariancie trasy. Ogólnie jest o wiele gorzej. Gorzej niż zakładałem. Gdyby nie te dwie wpadki przy PK 10 i PK 17 miałbym analogiczny wynik jak rok temu… 

Wsiadam w auto i wracam do domu. Czekam na dokładne wyniki, by przeanalizować co i jak. Docieram do domu – wyników brak. Pojawiają się jakieś dyskusje o problemach w jakiejś kategorii. Ale na bieżąco na stronie z wynikami informacji brak. Tak naprawdę to do tej pory (czyli prawie dwa tygodnie po zawodach) nie ma wyników oficjalnych. Wyniki zbiorcze pojawiły się dwa dni po imprezie z adnotacją o unieważnieniu wyników kategorii K20. Oglądając film z relacji na żywo wywnioskowałem, że w tej kategorii części uczestniczek dano źle wydrukowane mapy – miały być dwustronne, ale na drugiej stronie było to samo co na pierwszej… Oczywiście żadnego oficjalnego komunikatu. Brak linków do fotorelacji (więc po co zatrudniali fotografów?) – wszystkiego trzeba szukać własnym sumptem. Rozumiem, że najważniejsze jest przygotowanie do imprezy i jej przeprowadzenie, ale impreza nie kończy się na mecie. Analizy, międzyczasy, zdjęcia czy choćby słowo wyjaśnienia, jak coś wyniknie nietypowego, by się przydały. Nie chodzi tylko o tę kategorię K20. W wynikach jest bardzo dużo MP. Pewno to takie punkty „stowarzyszone”. Sprawdziłem na mapie - o ile przy PK 10 ten stowarzysz był dość daleko, to w przypadku PK 17 w/g mapy stał na granicy 60 m. W regulaminie jest „powyżej 60 m”, ale tak wizualnie wydawało mi się, że lampion był bliżej… gdyby był ukryty… 

Po tych mistrzostwach pozostał mi niesmak odnośnie tego startu masowego, nawadniania i braku podsumowania zawodów w internecie. Brak tego, co obiecano w zakładce live np. GPS tracking. Pochwalę zupkę na mecie, bezpłatny parking, dobrą pracę biura i brak opóźnień na starcie. Teraz pozostaje mi czekać rok na kolejną szansę udowodnienia sobie, że jestem dobrym ultraorientalistą;-) 


 

 

czwartek, 9 kwietnia 2026

Do dwóch razy sztuka czyli trening u Aleksa

Dopadł mnie katar. Katar i przyległości z tym stanem związane. A wiecie, katar bywa co najmniej denerwujący. Najpierw dokuczył mi na tyle, że „na pamięć” pojechałem do Marek na trening we środę. Trochę się zdziwiłem, że polana postojowa jakaś taka pusta. Odgrzebałem komórkę, patrzę, a tu jak wół, że trening ma być nietypowo… w czwartek… 

W czwartek katar nie odpuszczał. Powiem wręcz, że wzbierał, pęczniał i coraz bardziej dokuczał. Tym razem na polanie w Markach samochodów było w bród. Pobrałem mapę i podreptałem do lasu. W lesie sucho jak pieprz. Jeszcze brak zieleni, więc bieganie po wyschniętym poszyciu jest takie sobie. Brak takiej typowej leśnej świeżości, która zwykle towarzyszy wyprawie do lasu. 

W tle górka ze startem
Start pod górkę, po piachu. Potem nieuporządkowanym lasem w kierunku PK 1. Zniosło mnie co nieco na lewo, ale lampion był widoczny z daleka, więc udało się trafić do punktu. Za to do PK 2 trafiam idealnie. 

PK 3 na górce. Niby liczyłem ścieżki poprzeczne i nie wiem jak przebiegłem tuż obok lampionu do następnej ścieżki. Chyba kurza ślepota… Albo ten katar rzucił mi się na spostrzegawczość. 

Do PK 4 i PK 5 idealnie po kresce, pomimo, że Alex coś tam z mapy powycinał. Tu muszę dodać, że w zasięgu wzroku pojawił się jakiś konkurent w widocznym z daleka seledynowym wdzianku. Nie lubię oddechu konkurencji na plecach, więc ustawiłem azymut i szybko ruszyłem na PK 6. Mapa była wycięta na tym przebiegu, ale PK miał być gdzieś obok drogi, więc pobiegłem drogą gubiąc konkurencję z zasięgu wzroku. Pojawiły się jakieś górki, powinna być żółciutka polanka i dołek. Szukam – nie ma. Dopiero po dłuższym błąkaniu się zauważyłem, że źle ustawiłem azymut… taka pomyłka o kąt prosty… Trzeba kawał wracać… 

Wstyd mi gdy patrzę na ten przebieg...
Dalej szło lepiej. Ale niezbyt szybko, bo ciężko jednocześnie biegać i dbać o drożność dróg oddechowych… 

Zamiast na PK 8 trafiłem najpierw na PK 10 – pamiętam, że kiedyś przy jakimś bieganiu na tej mapie miałem podobnie. Jakiś taki fragment mapy, którego nie lubię;-) 

Przy właściwym już dobiegu do PK 10 znowu pojawił się seledynowy konkurent. Widać także musiał się pogubić – i to całkiem nieźle, bo mi zeszło dobre 5 dodatkowych minut na szukaniu PK 6. 

Oczywiście w lesie coraz ciemniej, ale nie warto było wyjmować już czołówki z kieszeni. Kolejne PK, już bez takich atrakcji, to ściganie się z seledynowym. Wyprzedziłem go na dobiegu do przedostatniego PK 15 – wariant drogowy okazał się szybszy niż buszowanie na azymut. 

Na dobiegu do mety dołączył pędzący niczym rakieta Mateusz – solidarnie goniliśmy go niczym charty – nie uciekł daleko, że tak powiem i metę podbiliśmy wszyscy prawie razem. 

Uff trening zaliczony, choć tempo i samopoczucie niezbyt dobrze rokuje na MP w ultralongu, które czekają mnie już w niedzielę… 


 

poniedziałek, 30 marca 2026

Extra Dystans Stołeczny

 Nadszedł koniec tegorocznego Dystansu Stołecznego. Etap 11 – extra. Znowu Karol chciał nas zadziwić „udziwnionym etapem”.  Takie połączenie miejskiego sprintu z bieganiem po zakręconych górkach i wykrotach Lasku Młocińskiego. Takie zestawienie u Karola kojarzy mi się zawsze z pewną imprezą (chyba to był Puchar Bielan), gdzie startowaliśmy w Lasku Młocińskim i po pokręceniu się dłuższą chwilę po płaskiej części lasku dostaliśmy prawie 2 km przebiegu wzdłuż DK7 do Lasku Bielańskiego, zdobywanie duuu…j skarpy, a na koniec kawałek biegu miejskiego. Ten przebieg pomiędzy laskami był zupełnie powalający….

Wracając do dzisiejszego biegu – miało nie być aż takiego przebiegu – atrakcją było zaś dwukrotne przekraczanie DK7… przejściem ze światłami. Mieliśmy grzecznie oczekiwać na zielone światło, a lampiony po obu stronach przejścia zapewniały „wycięcie” czasu przekraczania ruchliwej drogi z wyników.

Gotowy do startu
Na start dotarłem wcześnie, jako jeden z pierwszych i od razu spotkałem nasza klubową ekipę. Ania startowała na krótszej tarasie , a ja razem z Barbarą poszedłem na start Chojraka. Tradycyjnie start z puszki – postanowiliśmy pobiec rekreacyjnie z pogaduszkami na trasie.

Pierwsze siedem PK w kampusie UKSW. Lampiony widoczne z daleka, zwykle na wysokości 160-180cm. Niskie osoby musiały podskakiwać by potwierdzić PK;-)

Ostatnio bieganie miejskie nawet mi wychodzi – bez żadnych wpadek dotarliśmy do DK7.

Po odczekaniu swojego, przeszliśmy do Lasku Młocińskiego. PK 9 i PK 10 - optymalny wariant drogami, takimi głównymi alejkami w tym lesie. Od PK 11 zaczęły się górki. Jako że biegliśmy rekreacyjnie, wybraliśmy wariant ścieżkowy. Ten kawałek lasu jest pokręcony i zawsze nocą człowiek zbacza tu z kierunku, nie trafia na ścieżkę i inne takie. Nas także lekko zawiodła nawigacja – o jedną dróżkę w lewo i musieliśmy na azymut wracać na właściwe ścieżki.

Staraliśmy się unikać przebiegów na azymut, ile się dało. Do PK 18 były tylko trzy przebiegi, które zrealizowaliśmy poza ścieżkami.

Po PK 18 skończyły się górki. Długi przebieg wzdłuż zakrzaczonego rowu, szukanie PK 20 w rejonach zaznaczonych na mocno zielono…

PK 21 chwilkę szukaliśmy. Ślad pokazuje, że coś azymut nam się nie zgadzał – może przez wszechobecne zieloności na mapie – widomo,w nocy na płaskim zielonym szukanie polanki 3m x 3m….

Przy PK 24 zobaczyłem, że mamy jeszcze jedną pętelkę – będziemy wracać się przez PK 26/29 i 23/27 do PK 24/30. Obserwacja ta  z lekka mnie załamała. Byliśmy już na tych punktach, więc po co biec tam jeszcze raz? Trasa długa – łącznie 7,7km, w lesie strasznie sucho – biegając czuje się „kurz” we wdychanym powietrzu. Ta ostatnia pętelka to sadyzm budowniczego i tyle.

PK 24/30
Nie pozostało nic innego jak ją przebiec.

Po lesie zostało kilka PK w mieście. Biegliśmy razem do szkoły. PK 35. Spojrzałem mapę i ruszyłem na PK 36. Oglądam się, a Barbara gdzieś zniknęła. Dobiegam do rogu gdzie powinien być lampion – nie ma nic. Patrzę uważniej na mapę…. przekręciłem ją o 180 stopni! Wstyd. Odwracam się i biegnę na ostatnie dwa PK. Na mecie Barbara pyta się, gdzie zginąłem – bo nagle zobaczyła, że mnie nie ma. Jak tu z honorem wytłumaczyć, że mi się północ z południem pomyliła?;-)

Na zakończenie jeszcze mała nagroda za wytrwałość (dla tych co startowali minimum 5 razy w tej edycji Dystansu Stołecznego) – kubek Dystansowy;-)
Jak patrzę teraz na wyniki sporo osób ma MP. Ponoć brali „stowarzysze” – przytrafiło się to także Ani na krótszej trasie – no cóż, u Karola trzeba być czujnym „do końca”;-)


 

 

Wyspa O-Cup, etap 3 - na luzie, bo i tak nic do stracenia.

W niedzielę obudziłam się połamana od sobotnich etapów, ale chyba jeszcze bardziej od niewygodnego łóżka. Ponieważ z bieganiem i tak szło mi marnie, nastawiłam się na mile spędzony czas w lesie, nawet gdybym miałam się zgubić.
Tym razem to Tomek startował wcześniej. Ponieważ mój start nie był jakoś dramatycznie później, więc poszłam razem z nim (znowu dłuuuga dojściówka) i dopilnowałam, żeby pobiegł:-) 
 
Przed startem.

Już w boksie.

Trzeci etap był najdłuższy. I znowu musiałam sama sobie pilnować zegarka przy starcie, ale chyba już dochodzę w tym do wprawy, bo upilnowałam. Ruszyłam. Teren ten sam, co w etapie drugim, więc pojawiła się nadzieja, że skoro nie zginęłam poprzednio, to i teraz jakoś ogarnę.
Punkt pierwszy nie dość, że daleko, to za całą masą niebieskości - nie wiadomo: suchej, czy mokrej. Na wszelki wypadek postanowiłam obiec ścieżkami. Trochę miałam obawy, bo w pewnym momencie tych ścieżek robiło się dużo i nie byłam pewna, czy wstrzelę się we właściwą. Tak w zasadzie, to byłam pewna, że nie. Na pierwszym skrzyżowaniu spotkałam Ulę, nieco zagubioną, więc razem oglądałyśmy  mapę, aż mi w końcu przypomniała, że jednak powinnam lecieć dalej. Cały czas starałam się trzymać brzegu mokradła i dopiero na samej końcówce skróciłam sobie, dowiadując się przy tym, że wszystko jest suche jak pieprz i od razu można było iść na azymut.
Dwójka i trójka za drogą, w lesie, dość łatwe. Czwórka znowu na "mokradłach", z wariantem ścieżkowo-azymutowym. Piątka w ciul daleko, ale z dobrym drogowym dobiegiem. Na końcówce za późno weszłam w las, ale szybko zorientowałam się, gdzie jestem. Jeszcze w międzyczasie ratowałam jakieś zagubione dzieciaki, więc była okazja do zatrzymania się i odsapnięcia.
Nie wiem dlaczego do szóstki nie skorzystałam znowu z dróg, tylko przedzierałam się lasem, ale kto bogatemu zabroni? Grunt, że lampion znalazłam. Siódemka była śmiesznie łatwa, a ósemka tuż przy niej. Do siódemki biegłam za jakąś starszą kobitką, a za mną leciała jakaś z młodszej trasy. Ta z przodu zasuwała jak mały samochodzik, który nie sposób dogonić, a ta z tyłu mamrotała pod nosem: przynajmniej z dziesięć lat starsza, a nie idzie jej dogonić! I wiecie co? Nie dogoniłyśmy.
Do dziewiątki i dziesiątki znowu pobiegłam drogami z ominięciem tych niby mokradeł, a potem tylko jedenastka i meta. 
 
Usiłuję z fasonem wbiec na metę.
 
W sumie nawigacyjnie to ten etap dla mnie był najłatwiejszy, a prędkością i tak się nie przejmowałam.  Odległość trochę dała mi w kość, bo startowałam już zmęczona, więc kiedy przyjechaliśmy na zakończenie imprezy czułam się tak:

Czekamy na zakończenie imprezy.

No, nie powiem - umordowałam się trochę, ale za to w pięknych okolicznościach przyrody, z dobrą organizacją i fajnymi mapami. Trzeba tę imprezkę na stałe wpisać w kalendarz. Warto.

piątek, 27 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 2, czyli zdążyć na obiad.

Po etapie pierwszym wróciłam pieszo na kwaterę, ogarnęłam się i zaległam w oczekiwaniu  na Tomka, który startował sporo po mnie, więc i wracał później. Drugi etap zaczynał się od 14.30, ja miałam trzydziestą minutę startową, a Tomek nieco późniejszą, więc tego odpoczynku między etapami było jednak niewiele. Na kolejny start znowu była spora dojściówka, ale i tak krótsza niż na pierwszy.

Tomek odprowadza mnie kawałek.

Najbardziej przed startem stresowałam się, że zapomnę włączyć zegarek, zamiast tym, czy łatwo trafię na punkty i czy nie wymięknę kondycyjnie. Ale wiecie - jak bez zegarka, to potem trzeba pobiec jeszcze raz:-)
Do pierwszego punktu postanowiłam pobiec drogami, bo było to całkiem logiczne, no i wygodne. Co prawda nie wyszłam czysto na punkt i na końcówce trochę za daleko weszłam w las, ale nie było to jakieś duże błądzenie. Dwójka była tuż obok, na górce, więc łatwa sprawa. Trójka ciut dalej, ale też bez problemów. Trochę mnie to podniosło na duchu, bo dobry początek, to... dobry początek.
Czwórka już w większej odległości. Starałam trzymać się kurczowo azymutu, do momentu, kiedy dotarłam do mokradeł i jak na mój gust okazały się zbyt mokre. Postanowiłam obejść, choć teraz myślę - co mi ta odrobina wody przeszkadzała? W każdym razie czwórka weszła.
Miedzy czwórką a piątką doznałam jakiegoś zaćmienia umysłu i ubzdurałam sobie, że punkt stoi przed drogą, a nie za nią. Patrzyłam w mapę i zupełnie tego nie widziałam. Oczywiście szukałam za wcześnie. Zastanowiło mnie dopiero, że wszyscy biegną dalej, nie zwracając uwagi na miejsce, gdzie prowadzę swoje poszukiwania, no a przecież ktoś oprócz mnie musiał mieć też ten punkt. Dla mnie jednej by chyba nie stawiali.

Efekt zaćmienia.

Do szóstki był dość długi przebieg. Początkowo poruszałam się po linii azymutu, a potem zniosło mnie w lewo. Na szczęście weszłam na rów, który w dalszej swojej części biegł bliziutko szóstki, więc uznałam to za prezent od losu i dalej ruszyłam rowem. Sprawdziło się.
Do siódemki znowu drogami, ósemka tuż przy siódemce, więc łatwa, a dziewiątkę wzięłam azymutowo-drogowo. 
 
Gdzieś na trasie.

Z dziewiątki na dziesiątkę przeleciałam przez w miarę suche mokradła i zatrzymał mnie dopiero ciek wodny, na tyle konkretny, że jednak musiałam go obejść. Do jedenastki już drogami i ścieżkami i tu można się spierać czy wybrałam dobry wariant obiegnięcia mokrego, ale najważniejsze w sumie, że skuteczny. Dwunastka to już w zasadzie tylko formalność i dobieg do mety, jak zawsze z fasonem.
Po etapie najważniejsza część dnia, czyli obiad:-) Bałam się czy Tomek zdąży, bo organizatorzy jakoś dziwnie to urządzili, że obiad był wydawany w czasie, kiedy większość zawodników była w lesie. My obydwoje zmieściliśmy się w czasie - ciekawa jestem jak inni. Po obiedzie jeszcze tylko wizyta w sklepie po słodką nagrodę za wysiłek i wreszcie odpoczynek, aż do niedzielnego etapu.
A wyniki? Cóż, znowu uplasowałam się na ostatnim miejscu, ale już bez tej przepaści między mną, a poprzedzającą zawodniczką. Czyli jest postęp.

Cała trasa.

czwartek, 26 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 1, czyli marny początek.

Bardzo chciałam pojechać nad morze. Do tego stopnia, że bez wahania zapisałam się na Wyspę O-Cup. Może gdybym wiedziała, jak mocno da mi w kość City Race, to zastanowiłabym się nad kolejna mocną dawką wrażeń w tak krótkim odstępie czasu, ale zapisy były dużo wcześniej. 
Pojechaliśmy w piątek po pracy i wieczorem zameldowaliśmy się w bazie - głównie, żeby wykupić obiady, bo to przecież najważniejsze.
 
Pamiątkowa fotka musi być.

Na sobotę planowane były dwa biegi, na szczęście o rozsądnej długości. Ale za to już dojścia na start trochę mnie oszołomiły - na każdy etap w granicach 1-2 km. Ja wiem, że to konieczne i nie kwestionuję zasadności, ale pobiadolić sobie przecież mogę. Na poranny etap Tomek nawet planował mnie podwieźć, ale rano okazało się, że mamy flaka w oponie i zamiast na start ze mną, pojechał szukać wulkanizatora. Ku mojemu zdziwieniu załatwił sprawę tak szybko, że jeszcze zdążył uwiecznić mój start.
 
Ruszam

Ponieważ start był tuż przy plaży, to przynajmniej nie było problemu ze zorientowaniem mapy (no bo morze na północy) i znalezieniem trójkąta startowego (blisko morza). I dobrze, bo mapy dostaliśmy formatu A3, a szukanie na wielkiej płachcie zawsze jest trudne.
Punkt pierwszy wyglądał na łatwy, na przedłużeniu ścieżki prowadzącej ze startu, do tego na niewielkiej górce. Faktycznie, widoczny już z daleka. 

Jedynka zaliczona.

Dwójka niedaleko, nic specjalnego w sumie. Ruszyłam na azymut, minęłam ścieżkę, wspięłam się na zbocze, a potem coraz bardziej odbijałam w lewo, nie zauważyłam trzech ścieżek, przeszłam przez drogę, której nie powinnam przekraczać, znalazłam punkt z innej trasy i... wciąż się nie zorientowałam, że jestem już za daleko. Tak sobie jeszcze chwilę pochodziłam po okolicy i wróciłam do drogi. Ponieważ wciąż nie miałam pomysłu co dalej, to postanowiłam sprawdzić, czy droga prowadzi do skrzyżowania. Prowadziła. Podobnie jak  cztery inne ścieżki w pobliżu.  Po chwili wahania założyłam, że jednak jestem na tej największej i od skrzyżowania namierzyłam się na dwójkę. Teraz azymutu trzymałam się już kurczowo i w końcu natrafiłam na właściwy lampion. Uffff.
 
Niby łatwo, a trudno.

Po dwójce wróciłam do skrzyżowania, które ocaliło mi życie i z niego namierzyłam się na trójkę, licząc że skrzyżowanie znowu przyniesie mi szczęście. Najpierw natrafiłam na punkt z innej trasy, a potem, ku swojemu zdziwieniu, na czwórkę. Serio? Znowu się nie udało? Kurczę, w żaden sposób nie mogłam się odnaleźć w tym zwariowanym terenie. U nas mamy płasko, płasko, małe wgłębienie, lekkie wzniesienie, płasko, płasko, maleńka górka, więc tych górek nie sposób przeoczyć, łatwo je ogarnąć wzrokiem  i kierować się tym widokiem. Tu zaś górki (i obniżenia pomiędzy nimi) były dup, dup, dup - jedna za drugą, tak że tego nie ogarniesz i nie policzysz, bo już koło piętnastej się gubisz, a przed tobą jeszcze ze sto. Azymuty też jakieś inne mają, niby lecę według kompasu, a i tak trafiam obok. Skoro jednak znalazłam się przy czwórce, a trójka była tuż obok, to i tak w sumie miałam szczęście, bo mogłam wyjść nie wiadomo gdzie. Tak więc znalazłam trójkę i wróciłam do czwórki, o dziwo nie gubiąc się po drodze.

Przy PK 4. I co dalej?

Za czwórką nastąpiła lekka zmiana krajobrazu i pojawiły się podłuuuużne wzniesienia i obniżenia. Z tym już jakoś łatwiej mi się współpracowało i po chwili miałam zaliczoną piątkę.
Szóstka daleko, już na terenach podmokłych ale przynajmniej niemal na miejsce można było dostać się drogami. Poszło łatwo. Do siódemki było bliziutko, tyle tylko, że przez bagienko. Tak się zasugerowałam tym niebieskim na mapie, że starannie je obeszłam, mimo że widziałam inne osoby biegnące na wprost, bo bagienko było suchutkie. A zresztą nawet gdyby było trochę mokre, to co?

PK 8

Z ósemki odruchowo pobiegłam za innymi zawodnikami, prosto w stronę rowu i miałam szczęście, że ktoś litościwie ułożył tam kilka bali, po których dało się przejść. Wtedy dokładniej obejrzałam mapę i skierowałam się jednak w stronę drogi, bo natężenie niebieskiego na mapie wzrastało. Do dziesiątki i jedenastki korzystałam już z wszystkich dostępnych dróg i ścieżek, co i tak jakoś specjalnie nie podkręciło mojego tempa. Dopiero na dobiegu do mety nieco się sprężyłam, chociaż i tak nie miało to żadnego znaczenia.
Wynik - cóż, haniebny. I wcale nie chodzi mi o to, że ostatnie miejsce, bo może być ostatnie  i bardzo ostatnie. Moja strata do poprzedzającej mnie zawodniczki uplasowała mnie na tym baaardzo ostatnim.

Cała trasa.

środa, 25 marca 2026

Do 10-ciu razy sztuka czyli Dystans Stołeczny nr 10

Dystans Stołeczny - odsłona nr 10. Znów Karol wymyślił nietypową formułę: taki „One Man Relay” z przerwą pośrodku. Ta przerwa to przebieg obowiązkowy ponad 400 m drogą bez pomiaru czasu, a właściwie z czasem „wyciętym” w wynikach. Jak nietypowo to należało spróbować. A żeby zabawa była lepsza, to oczywiście start nocny;-) 

Gdy przyjechałem na start Karol biegał jeszcze po lesie i rozwieszał lampiony. Podziwiam Karola, że mu się chce w pojedynkę robić tyle biegów, rozwieszać te lampiony, a potem je zbierać późną nocą… 

Wreszcie organizator wrócił z lasu i dostałem mapę. Poszedłem na start i poleciałem w ciemną noc. Starty zawsze są najtrudniejsze – mapa jeszcze nie ułożyła się w ręku, kierunki także się jeszcze nie ustabilizowały…. Oczywiście pobiegłem „w kierunku” lampionu, o ile pojęcie „w kierunku” oznacza odchylenie nie większe niż +- 45 stopni;-) Gdy po długich poszukiwaniach znalazłem lampion, okazało się, że nie przeszedłem procedury startu. Nie było daleko więc wróciłem i ruszyłem raz jeszcze od nowa na trasę… Tym razem kierunek był już dokładniejszy;-) 

Start, który zaliczyłem dwa razy...
Gdzieś koło trójki okazało się, że biegnę z kimś równolegle na mojej trasie. Widać nie odczekałem na starcie odpowiednio długo – bywa i tak, gdy startuje się z puszki. 

Przy PK 4 coś mi się nie zgadzał teren. Zacząłem krygować swój bieg bardziej na północ – szukając „końca górki”. Może niewiele, ale straciłem kilkadziesiąt sekund, zanim odbiłem się od rozwidlenia ścieżek we właściwym kierunku – tam gdzie stał lampion. Konkurent z którym się ścigałem także przestrzelił ten PK, ale z drugiej strony – jak podbijałem punkt, zmierzał do niego z południa. 

Dalej szło o wiele lepiej. Chwilami jakbym widział kreski wyrysowane w terenie;-) 

Dopiero PK 8 minimalnie przestrzeliłem szukając muldy na górce w młodniku. Ale bez przesady – wiedziałem, że mam szukać lampionu bardziej na lewo;-) 

Przy PK 9 dogoniłem Sylwię. Biegła za mną do PK 10. PK 10 przestrzeliłem zupełnie. Źle odczytałem mapę i szukałem lampionu nie na tym końcu zielonego lasu. W moim wieku wzrok już nie ten i w nocy nieraz oglądany na mapie rysunek się zbytnio generalizuje;-) Pocieszam się, że Sylwia młodszymi oczami także miała problem z tym PK 10;-) 

Aby nie było zbyt prosto, do następnego PK ruszyłem ścieżką, zamiast przedzierać się przez krzaki – myślałem, że nie ma jej na mapie, ale potem okazało się, iż niezbyt uważnie spojrzałem na kompas – ścieżka na mapie była, tylko w kierunku nie do końca mi pasującym… Niestety, przedzieranie przez krzaki mnie nie ominęło… 

Coś mi z tym wyznaczanie azymutów zaczęło się psuć, bo zamiast na PK 12 trafiłem na drogę asfaltową, którą dojeżdżałem do startu. Nie ufałem kompasowi i na następny PK 13 trzymałem się dróg, zamiast ciąć na krechę. 

Do PK 14 nie dawało się dobiec drogami, został azymut. Znalazłem jakieś dołki, górkę z dołkami, ale lampionu ani śladu. W nocy wystarczy kilka zakrętów i człowiek nie jest w stanie dokładnie wskazać gdzie jest na mapie. Co chwila znajdowałem górki i dołki bez lampionów. Po czterech minutach błąkania się po lesie wreszcie trafiłem na lampion. Jak pokazuje ślad – azymut którym biegłem nie kłamał – znalazłem pierwsze dołki i zamiast trzymać się dalej azymutu pognałem w bok w kierunku górki, gdzie był dołki, ale nieoznaczone na mapie. 

Kolejny PK 15 – podobny scenariusz – miała być karpa w białym lesie. Las nie był biały, przebieżność i widoczność marna (jałowce), znowu odbiłem z azymutu tuż przed punktem. Na szczęście szybko odmierzyłem się od ścieżki, więc strata czasowa nie była tak duża. 

Jeszcze dwa PK i koniec pierwszego podetapu – chwila na spokojny, regeneracyjny bieg na 400 m. 

Druga strona mapy – drugie rozdanie. PK 20 – wszedł. PK 21 – znowu nie trafiłem. Coś mnie dzisiaj znosi w lewo, po raz kolejny! Świadomy tego „znosu” nawigowałem ostrożniej i lepiej trafiałem w punkty. Minimalne zawahanie przy PK 27, poza tym dobrze. Dumny jestem z przebiegu PK 27-28 – jakbym widział azymut w terenie;-) 

Wreszcie meta!

W efekcie zajmuję 6-ste miejsce. To chyba mój najlepszy rezultat w Dystansie Stołeczny. Oczywiście długość trasy i środek tygodnia trochę wpłynęły na frekwencje na Chojraku, ale moim powodem do dumy jest to, że wyprzedziłem wszystkich konkurentów, z którymi zwykle rywalizuję. I to pomimo kilku większych błędów na jakieś 6 minut! 


 

 

piątek, 20 marca 2026

Piękna Katastrofa z Czajką w tle czyli ZAZU TOUR R3

Kolejna, trzecia już odsłona ZAZU TOUR. Jakby to powiedzieć – organizator wpuścił nas w ściek, znaczy znowu eksplorowaliśmy tereny tuż przy oczyszczalni ścieków „Czajka”. Dość chłodno. Krajobraz taki „pozimowy”: zero zieloności, wszędzie widać śmieci, które w zimę skrywał śnieg. Trasa mocno zakręcona: taki One-Man-Relay, ale bez obracania kartki. Na mapie zatrzęsienie punktów, kresek i praktycznie do wykonania dwie pętelki. 

Gotowy do startu
Strat poszedł dobrze – znaczy do PK 1 trafiłem prawie jak po sznurku (oczywiście przez lampion z PK 25, bo był prawie na azymucie). PK 2 i 3 także dobrze wchodziły. Do PK 4 zamiast obiec ścieżką przedzierałem się przez jakąś ruinkę i chaszcze – bo były na azymucie;-) 

Przebieg na PK 1 - prawie po kresce!

Po PK 7 goniłem biegacza, który mnie wyprzedził i oczywiście pobiegliśmy nie tą ścieżką. Tak to jest, gdy człowiek sugeruje się konkurencją;) 

Przebieg na PK 8 - nie należy sugerować się konkurencją!

Ogólnie jestem z siebie dumny, bo wiele przebiegów wygląda tak, jakbym widział narysowaną kreskę azymutu na ziemi i starał się po niej biec;-) 

Ale jak to w orientacji – zawsze musi być jakaś "piękna katastrofa". Jak przystało na katastrofę – ma ona nazwę PK 13. Punkt na azymut. Dość długi przebieg. Gdzieś tam po mojej lewej biegł jakiś konkurent. Nie wiem jak ustawiłem kompas, ale wydawało mi się, że biegnę dobrze. Była górka. Przełęcz. A potem po prawej widziałem jakiś prześwit pomiędzy drzewami. Tyle że bez lampionu. Szukałem i krążyłem wypatrując lampionu niczym amunicja krążąca. Opamiętałem się dopiero, gdy trafiłem na zawodników żwawo podążających do flagi z napisem META. Ustawiłem dobrze kompas i znalazłem lampion, ale co się naszukałem… 

PK13 - numer zobowiązuje!

Po tym zdarzeniu znowu pojawiły się na ziemi kreski azymutów, bo szło mi o wiele lepiej. No może poza PK 16 – na mapie ubzdurałem sobie, że biegną do PK 11/24 – niby „prawie po drodze”, ale niepotrzebnie zdobyta całkiem spora górka. 

Jeszcze PK 18 – już któryś raz nie zgadzają mi się tu ścieżki w terenie z tym co na mapie – przez chwilę szukałem kopczyka o jedną ścieżkę za wcześnie… 

PK18 - o jedną ścieżkę za daleko

Końcówka – to już dobrze znane PK i bez większych pomyłek. 

W rezultacie – czas taki sobie, ale trening zaliczony – mam nadzieję, że w zawodach rankingowych pójdzie mi znacząco lepiej;-) 

 


 

WesolInO na spokojnie.

Tydzień na regenerację po City Race mi nie wystarczył i w kolejny weekend musiałam wybrać, czy jadę na WesolInO, czy na ZAZU Tour. Wygrało WesolInO, bo bliżej no i mieliśmy opłacony cały cykl. Co prawda po niedawnym gubieniu się na WesolInO tak nie do końca byłam pewna słuszności wyboru, ale zaryzykowałam.
Przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i po drodze widzieliśmy Mateusza biegnącego niczym rącza łania (rączy jeleń?) z lasu na start, po rozwieszaniu lampionów. Jeszcze tylko ogarnął lampiony startowe i mogliśmy ruszyć.
 
Czekamy na sygnał, że już można.
 
I ruszam.
 
Już na starcie miałam dylemat jak biec na jedynkę - na azymut, czy raczej skorzystać z dróg? W wersji na azymut mogłam biec z Tomkiem, bo jego jedynka była na moim azymucie, z kolei drogami jakby wygodniej. W porę przypomniało mi się, że jeszcze regeneruję, więc trzeba wybrać wariant spokojniejszy, a nie gnanie za Tomkiem na złamanie karku. Oczywiście nie wstrzeliłam się w ścieżki dokładnie tak, jak planowałam, ale w sumie moim założeniem było dotrzeć do płotu, a potem się martwić co dalej. Tak, płot był już za jedynką, ale na tyle blisko, że warto było mieć i taki wariant.
 
W drodze na PK 1.

O dziwo, nie musiałam dochodzić do płotu bo wyszłam na jedynkę idealnie. Do piątki szło bardzo dobrze, niemal po kreskach. Do tego lampiony były powieszone w bardzo widokowy sposób i ich kolor już daleka przyciągał wzrok. Po piątce autor trasy chciał nam trochę urozmaicić zabawę i na mapie powycinał teren dookoła szóstki. Mimo, że trochę zniosło mnie w lewo, wyczaiłam punkt.

Szóstka na samotnej "wyspie".

Do siódemki dla odmiany zaczęło mnie ściągać w prawo, nie trafiłam na ścieżkę, którą planowałam wykorzystać i jeszcze spotkałam Tomka, co mnie jakoś tak zdekoncentrowało, że  miałam lekki problem ze znalezieniem lampionu. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że punkt jest na kopczyku, a nie w dołku (jak mówił opis). Ale w sumie nawet jakoś strasznie długo nie szukałam, więc dramatu nie ma.
Pozostałe punkty przeszły ulgowo, choć między siódemką a ósemką zaskoczył mnie fragment nowego ogrodzenia, które musiałam obejść. Do mety dotarłam już bez żadnych przygód, w tempie coraz bardziej spacerowym, ale za to z dobrym samopoczuciem.
 
Meta.

 A tak wygląda cały mój przebieg: