piątek, 3 lutego 2023

Naprawa telefonów i działa na Rudzie!

Kolejny etap Dystansu Stołecznego. Osiedle Ruda. Pamiętam, że tam był dawno temu jeden z etapów Pucharu Bielan (bo tak to się nazywało wtedy), na którym skręciłem sobie kostkę;-) Wtedy było lato - tym razem mamy środek zimy, niby bez śniegu, ale z bardzo nieprzyjemnym zimnym wiatrem. Start wyznaczony tuż przy rondzie Ruda. Pinezka na mapie pokazywała niewielki trawnik gdzieś pomiędzy rondem a parkingiem. Przyjechałem kilka minut wcześniej i szczęśliwie udało mi się zaparkować niedaleko koło tego miejsca. Ruszyłem szukać organizatora… ale trawnik wskazany przez współrzędne GPS pusty. No, może niezupełnie, bo wokoło krąży kilka zdezorientowanych osób (wyraźnie świeży narybek) z przygotowanymi czołówkami i nerwowo poszukuje organizatora lub innych zorientowanych w temacie osób. Ale na miejscu czuwa Konrad, który widział Karola rozwieszającego lampionu z samochodu i potwierdził, że to tu będzie biuro. Więc spokojnie sobie czekamy, co chwila pojawia się kolejna znajoma osoba.

Tu ma być start

Na 3 minuty przed wyznaczoną godziną rozpoczęcia pojawia się organizator. Jak zwykle „na ostatnią chwilę”. Jakoś tak z organizatorem dociera Andrzej i rzuca nietypowe hasło: "Nie ma czasem ktoś pożyczyć spodni?" Różnych rzeczy ludzie zapominają zabrać: kompau (w mieście daje się bez kompasu), latarki, ale to zwykle bez problemu daje się pożyczyć od kogoś. Karol oferuje buty. Potem maskę. Niestety spodni zapasowych nikt nie ma. Pada propozycja biegania na drugą zmianę w spodniach po kimś z pierwszej, lub wręcz biegania bez spodni, ale za to w masce. Andrzej jednak nie decyduje się na takie nowatorskie rozwiązanie i będzie startował w jeansach. 

Ekspresowe rozstawianie biura zawodów

Gdy rozłożył się sekretariat uwagę wszystkich przyciągnął spory banner tuż za organizatorem. Zaraz wszyscy zaczęli Karolowi wtykać swoje telefony z pytaniem na kiedy je naprawi. Mnie zaintrygowała bardziej naprawa Działa, ale nie miałem takiego, by próbować je naprawić;-) 

Ten banner wzbudził spore emocje. Mnie nieustannie intryguje "Naprawa Działa"!

Pobieranie map (fot. Andrzej Krochmal)

Dostaję mapę i idę na start, bo zimno. Wieje. Ruszam na trasę jako jeden z pierwszych. Latarka coś mi miga i sama zmienia tryb. Dawno nieużywana i styki musiały zaśniedzieć. W efekcie nie biegnę jakoś szybko, bo w takim świetle ani mapy, ani tego co pod nogami dobrze nie widać. 

PK 3 Karol zafundował nam na górce. Jak widać, nawet w mieście można zrobić biegi górskie! 

Docieram do PK 7. Widzę tam już dwójkę czy trójkę dzieciaków szukających lampionu. Dołączam i ja. Powinien być na dole schodów. Schody są, jest jakiś tubylec palący papierosa w zaciszu pod schodami, ale lampionu brak. Na wszelki wypadek sprawdzam na górze schodów, w załomie za schodami nigdzie lampionu nie ma. A lampiony są mocowane stalową linką z kłódką, więc raczej „przypadkowo” nie daje się ich urwać. Wreszcie biegnę dalej, ale startując jako pierwszy na trasie Chojrak pewno szukałem lampionu dłużej niż inni, z daleka informowani o jego braku. Lekko zniechęcony biegnę dalej. Zaczynam czuć moją niedawno kontuzjowaną łydkę – nie jest tragicznie, ale wolę nie przesadzać, by jej za bardzo nie dobić przed Biegiem Chomiczówki. 

Kolejne punkty stoją jak powinny. No, może raczej wiszą, niektóre nawet dość wysoko. Szczególnie jeden taki wisi dość wysoko na brzozie. Jak się dowiedziałem po biegu ponoć pod oknem pewnej znanej osoby co dość kontrowersyjnie bada katastrofę związaną z pewną brzozą w Smoleńsku… 

Pod koniec dogania mnie (i przegania) Przemek. Ale to miejscowy, więc ma prawo. Jak zeznawał po biegu jeden z lampionów był także pod jego oknem. 

Meta

Na mecie dyskusje na temat braku lampionu na PK 7. Zbiera się nawet ekipa, która chce zbrojnie odzyskać lampion od miejscowych podejrzewanych o jego przywłaszczenia. Ja tam zmykam do domu, bo zaczyna padać. A lampion podobno udało się odzyskać, choć nie znam szczegółów 


 

niedziela, 29 stycznia 2023

Marki na ślisko

W tym roku Orient miałem "tuż pod nosem", w Markach. Teren znany z Warszawskiej Mili i nie tylko. Piękna plątanina dołów, rowów i różnej maści wyrobisk. A wszystko na tyle blisko, że nawet moje dziecko postanowiło wybrać się na trasę turystyczną. 

Orient wita!
Pogoda - taka sobie - niezbyt ciepło, resztki topiącego się śniegu, czyli mokro i błotniście. 
Biuro tras turystycznych

Agata poszła pierwsza w las. W drugą stronę niż ja miałem biegać. Pobrałem mapę, odpikałem start i „popłynąłem” na start właściwy. Popłynąłem prosto z górki, wraz z ciurkającym w dół tymczasowym ciekiem wodnym, niezaznaczonym na mapie;-) 


 Droga na start właściwy

A tak wyglądało w drugą stronę

Od startu zamiast ścieżką ruszyłem na azymut do PK 1. Zapomniałem, że w tym terenie szybciej biega się ścieżkami, ale co tam;-) Przynajmniej PK 1 znalazłem bez problemu. 

Do PK 2 już nie było wyboru, czy ścieżką czy nie. Ale do PK 3 znowu nie pomyślałem i przedzierałem się przez krzaki na krechę;-( No dobra - przyjmijmy, że trenowałem bieganie na azymut (jakoś powinienem to uzasadnić). 

I dalej na azymut przez "zielone" na mapie. Przy PK 5 trochę mnie zniosło, ale lampion znalazłem „w dalszej dziurze”. Za to na PK 7 biegłem "po kresce" narysowanej na mapie;-) 

Na PK 8 wreszcie dłuższy przebieg - tu zdecydowałem się na ścieżki. Ale kolejne przebiegi już tradycyjnie na azymut.

PK 12 z klubowym kodem 44

Można powiedzieć, że praktycznie do końca było tak samo: podbicie PK - azymut- krzaki - doły/góry, kolejny PK. Jakoś specjalnie nie błądziłem. Mało przebiegów drogami. Znosiło mnie jak zwykle lekko w lewo (chyba muszę jakoś kompas przekalibrować), ale charakterystyczna mikrorzeźba pozwalała zawsze dość łatwo znaleźć lampion. Jedyna rzecz warta uwagi to lokalizacja PK 17. Wybiegłem na element ternu zgadzający się z opisem PK czyli wzniesienie w wyrobisku. Lampionu tam nie było. Był znacząco dalej i na formie terenowej mało przypominającej tę z mapy. W międzyczasie z lasu wybiegł kolejny zawodnik i także szukał lampionu tam gdzie ja pierwotnie. Niby nieduże przesuniecie (tak ze 20 m) ale zawsze gdy jest miejsce na tyle charakterystyczne, że jesteś pewien, że to to właściwie, to człowiek na chwilę się "zawiesza" zastanawiając się o co chodzi. 

Dyskusyjny PK 17

Ostatnie PK i meta. Oraz czekanie na powrót Agaty z trasy TP. Niestety, konkursu na rozpoznanie miejsca ze zdjęcia (naklejki zawodów) nie wygrałem - znalazłem karpę prawie taka samą jak na zdjęciu w zupełnie innym miejscu;-( 


 

piątek, 27 stycznia 2023

Falenica po raz drugi

Kolejna odsłona FalInO. To co zaczynało sypać na Młocinach, teraz leżało w pełnej krasie. Czyli śnieg po kostki. Doskonała okazja by sprawdzić jak stuptuty Inov-8 współgrają z butami tejże marki. Normalnie na śniegu gumki od stuptutów sztywnieją i zwykle gubi się je po 20-30 minutach, a tu w butach są specjalnie dedykowane zaczepy do ich mocowania. Pierwsze mocowanie łatwo nie poszło - bez noża ani rusz - trzeba było podważyć brzegi otworów, by wsunąć haczyki w but. Ale wsunięte trzymały jak złoto.
Na liście startowej tłumy. W biurze także tłumy. Mapa – tym razem w koszulkach, bo na zewnątrz śnieg, który grozi jej rozpuszczeniem. Start. 

PK 1 przy kościele - tak zupełnie "w drugą stronę" niż reszta lampionów. Zaczynam od niego. Potem decyzja: „od prawej”, czy „od lewej”? Sęk w tym, że kilka PK jest „tak po środku” i nie wiadomo z której strony je brać. A może… brać je na początku? Tak pomyślałem i tak zrobiłem. PK 2-6-3. Nie szło mi jakoś rewelacyjnie: PK 2 szukałem trochę za wcześnie, na PK 6 pobiegłem w złą stronę, a lampion PK 3 przebiegłem - złośliwie schował się za słupem, a słup za drzewem, czy jakoś tak. 

Do PK 9 prawie ścigałem się z biegaczami WGB. Prawie, bo biegłem jakoś tak "pod prąd";-) 

Na PK 14 dłuższą chwilę szukałem dołka. Pomyliły mi się ścieżki. To pewno znowu przez to ściąganie się z WGB:-)


PK 17 - dołek gdzie siadywałem z kumplami

Czas na punkty po drugiej strony ulicy Podkowy. Mój lasek, tam gdzie mieszkałem, dołek gdzie przesiadywaliśmy z kumplami. Trochę dłuższe przebiegi i wybrany wariant taki, by nie wbiegać na wydmę, aż do najdalszego PK 19. 

PK 20 miał być w jaskimi (pamiętam, kiedyś go dość długo szukałem), ale okazało się, że jaskinia jest zasypana, więc lampion dyndał na drzewku przy mikro kopczyku. 

Kolejny dylemat: lepiej brać PK 7-11-12 czy PK 11-12-7? Zwyciężyła ta druga wersja - czyli najpierw Morskie Oko, a potem powrót na wydmę. 

Po PK 8 popełniłem błąd. "Zniosło" mnie w prawo i praktycznie przebiegłem obok PK 13 w drodze na PK 5. Oczywiście PK 5 przebiegłem, bo nie zauważyłem go za jakimś drzewkiem. I niestety czekał mnie powrót na PK 13. Niby to nie są astronomiczne odległości, ale zawsze kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt sekund straty;-( Ale wiadomo - trzynastka ma prawo być pechowa. 

Wynik ogólny - mógłby być lepszy - tych większych błędów nawigacyjnych na pewno uzbierałoby się na co najmniej 3 minuty. Teraz na chłodno analizując przebieg, dostrzegam możliwość tuningowania i kolejności, ale wiadomo po starcie nie zawsze udaje się na mapie od razu wybrać ten minimalnie lepszy wariant. Za dwa tygodnie spróbuję się poprawić;-) 


 

czwartek, 26 stycznia 2023

Smak zwyciestwa na Młocinach

Młocińska wydma zawsze kojarzy mi się z nocą. I z biegami na 50 PK. Tym razem nie było to 50 PK, ledwie co 30. Oczywiście w środową noc. Pogoda – taka sobie – no dobra, akurat trafiła się chwilowa przerwa w opadach gdy zaparkowałem na ulicy o wdzięcznej nazwie Dziwożony. Kilka osób już nerwowo przytupywało oczekując na organizatora, który po chwili wyłonił się z odmętów Młocińskiego lasu. Rozstawił stolik i zaczęło się normalne zamieszanie z wydawaniem map, wpychaniem ich do folii itp.

Ulica Dziwożony - start

Typowe zamieszanie w biurze zawodów

Wystartowałem chyba jako pierwszy. Tak jak lubię, tylko ja i ciemny las. Lasek Młociński niby jest w środku miasta, ale jest tu pełno zwierzyny. Zaraz po PK 2 spotkałem kilka sarenek, które próbowały spać w krzakach. Ale ciężko idzie spanie, gdy jakiś taki z czołówką tuż obok przez krzaki się przedziera… 

Przy PK 4 o klubowym kodzie próbowałem sobie zrobić selfie, ale ciężko to idzie mokrymi rękami. Ze zdjęcia właściwie nic nie wyszło, tyle że dogonił i przegonił mnie Marcin. Jak zwykle;-( I to na pewno on mnie zestresował, że nie trafiłem idealnie na PK 5 (jak to fajnie jest na kogoś zwalić winę;-)

Miało być selfie przy lampionie z kodem 44

No dobra, nie będę kłamał, zaraz kolejny zawodnik mnie przegonił i służył za namiar przy PK 6, 7 i 8. Powinienem się za siebie wziąć i potrenować szybkie bieganie w terenie, bo ostatnio poruszam się bardzo zachowawczo, by sobie czegoś nie uszkodzić. 

Kolejne punkty wchodziły dość dobrze, choć biegałem na azymut zamiast drogami. Niby las nie jest zielony, ale zarówno podłoże jak i niskie krzaczki spowolniały - możliwe, że bardziej „drogowe” warianty byłyby szybsze w moim wydaniu. Dopiero po PK 14 las stał się typowo przebieżny. Po PK 16 przebieżność się skończyła, ale na szczęście tuż obok wygodna droga prowadząca na PK 17. Wystarczyło wybiec kilka milimetrów za mapę… Wybiegłem za mapę i na "wielkim skrzyżowaniu" oczywiście w pierwszym odruchu skręciłem nie w tę ścieżkę. Znowu kolejne sekundy w plecy;-( 

Po takiej wpadce, jak zwykle nie myślę. Zamiast naokoło, ale za to szybko drogą, ja na krechę przez jakieś poobcinane gałęzie, zbaczając na koniec z azymutu - tylko zmarnowałem czas;-( 

Od PK 18 wracamy na wydmę, gdzie były pierwsze PK. Część z nich odwiedzamy powtórnie, ale w innej kolejności. Jednym z „najwredniejszych” okazuje się PK 25. Trafiam na niego przez… PK 21. Jak słyszałem: nie tylko ja miałem podobne problemy z właściwym trafieniem na ten lampion;-) 

Ostatnie PK to wyzwanie spostrzegawczości – oddalone od siebie o rzut beretem wymagały szybkiej orientacji, wyboru kierunku i uważnego sprawdzenia kodu, bo łatwo było trafić na coś innego. 

Uff, wreszcie meta. Na mecie także Marcin – właśnie się sczytał. I okazuje się że załapał NKL-kę! Jak na niego to niebywała rzadkość! Ale dzięki temu mogę powiedzieć, że wreszcie z nim wygrałem;-) Co z tego, że mój wynik znajduje się raczej w końcówce tabeli, ale w bezpośrednim starciu byłem lepszy;-) Chyba oprawię sobie ten wynik w ramkę i powieszę w gablotce z innymi medalami i pucharami;-) 



 

wtorek, 24 stycznia 2023

LeśnoMózgowe dożynki

Po pewnych przygodach z nawigacją, która nie załapała, że otworzono już węzeł Zakręt, dotarłem na start do Radości. Już sporo osób latało z mapami wokół startu. Budowniczy wrócił z lasu i jakoś dziwnie od razu zmieniał spodnie. Pobrałem mapę i ruszyłem na start. 

Na starcie już całkiem dużo aut i ludzi z mapami

No to startujemy!

W kierunku PK 1 prowadziła droga, więc nią pobiegłem. Należało gdzieś tam odbić w prawo, ale na mapie jakieś takie mokre kreseczki, a w lesie typowa roślinność rosnąca w mokrzejszych miejscach lasu (czytaj niefajna do biegania), więc biegnę ile mogę drogą. Słonko świeci i oślepia, a ja szukam dołka nie tam gdzie trzeba. Pierwsza skucha;-( 

Za to PK 2 po kresce. I dalej niczym ten gacek, co latał i omijał przeszkody, wesoło biegnę sobie po lesie i widzę dołek (z lampionem). Na mapie, na przebiegu są dwa dołki i lampion w drugim, więc nawet nie sprawdzam kodu i biegnę dalej. Biegnę, biegnę i nic. Nie ma dołka, zaczyna się wzniesienie. Zawracam sprawdzam kod na lampionie - to mój dołek! Tak to jest, gdy za dobrze idzie;-( 

Ostrożniej ruszam dalej. Idzie dobrze. Teren wbrew pozorom (dużo białego na mapie) jest ciężki do biegania: mchy, borówki i trochę gałęzi dobrze dają w kość - trzeba wysoko podnosić nogi, uważać, a to strasznie meczy. Na szczęście kilka przebiegów można bez zbytniego nadkładania przyspieszyć drogami. Takie mapy lubię - gdy jest wybór. 

Gdzieś tak koło PK 6 zaczynam się ścigać z jakąś konkurencją. Konkurencja po tych mchach biega chyba ciut szybciej. W każdym razie nie mogę go przegonić (tego konkurenta), choć na drogach wyraźnie się do niego zbliżam (co chwila rozwiązuje mi się but, więc niestety przegonić nie daję rady). Dopiero długi przebieg z PK 10 do PK 11. Patrząc na mapę, na azymucie widzę górkę, trochę zielonego koloru. Niby drogami jest ciut dalej ale…. Ryzyk-fizyk - wybieram drogi. Inne niż konkurent (pewno chce na koniec lecieć na azymut). I rzeczywiście wyprzedzam go znacznie! Co z tego, skoro PK 11 szukam nie tam, gdzie trzeba (ale za to w doborowym towarzystwie). 

PK 15 znowu górka. Dobiją mnie dzisiaj te górki! 

To już końcówka. Jeszcze obiec bajorko i do mety. Rozpędzam się i „przebiegam” miejsce gdzie można by ciąć na azymut do ostatniego PK. Obiegam drogami, ale chyba dużej straty czasowej nie ma. Podbijam ostatni PK i na metę ścieżką, która zanika. Zanika w małym bagienku! No dobra, przedeptanym bagienku przez poprzedników i wcale nie takim głębokim! Ale zawsze to nieprzyjemnie gdy mlaska pod nogami i za chwilę potem mlaska w butach;-) 

Już widać metę...
 
Tylko jeszcze przebiec to bagienko;-)

Uff dotarłem na metę!

Uff, dałem radę, ale czuję kilometry w nogach. Dobrze, że choć pogoda się udała, bo w niedzielę ma lać… 


 

Wesoły weekendu początek

I nastał szalony weekend 14 stycznia. Szalony, bo właściwie o tej samej godzinie zarówno WesolInO jak i Leśny Mózg. Zwykle organizatorzy się dogadywali i jedna impreza była rano, druga po południu. Tym razem WesolInO od 9:30 do 12:00, a Leśny Mózg od 11:00 do 13:30. Na szczęście oba starty niedaleko siebie, więc dało się to jakoś ogarnąć. 

Czekamy na powrót stawiaczy lampionów

Start WesolInO w miejscu nietypowym – znaczy do tej pory tu startu nie było. Podobnie jak spora grupka harpaganów chętnych wystartować w obu imprezach zjawiłem się na umówionym miejscu chwilę przed 9:30. Wszyscy przytupują niecierpliwie, a budowniczowie tras w lesie. Dosłownie w lesie. Budowniczowie także mniej typowi, choć utytułowani (Ania to ciągle aktualna Mistrzyni Świata!), bo ojciec przedsięwzięcia skacze z naszymi w Zakopanem. 

Wreszcie z lasu wychodzi Ania i mówi, że można startować, bo stawiane są jeszcze tylko te najdalsze lampiony. 

Wreszcie znalazłem startowy winder!

Biorę mapę i pierwszy wyrywam się na trasę. Clear, check i….. nie znajduję startu. No tak, pomyliłem ścieżki, a wada wzroku nie pozwoliła dostrzec windera wesoło powiewającego przy puszce start;-) 

Pik i pobiegłem. Przez góry, lasy, doły, trochę chaszczy, w poszukiwaniu mniejszych lub większych różnej maści dołków i innych odkształceń terenu. Słonko świeciło, wiosna w powietrzu, więc biegło się całkiem fajnie. No, może troszkę krzaki przeszkadzały. I całkiem mało błędów nawigacyjnych. 

Dopiero przy PK 11, umieszczonym w najbardziej zielonym zakątku mapy, trochę zamarudziłem próbując obejść te mało przyjazne do biegania tereny. 

I na PK 12 przebiegłem punkt nie dostrzegając lampionu o dwa metry od siebie. 

Pierwszych konkurentów spotkałem dopiero koło PK 15, już pod koniec trasy. Jeszcze (kolejny) wbieg na najwyższą w okolicy wydmę, zbieg, kolejny wbieg i do mety. Ta wydma to zupełnie jak na Wesołych Biegach Górskich- co chwilę w górę i w dół. 

Meta;-)

Z nominalnych 7,3 km zrobiło mi się trochę ponad 8 i dodatkowo prawie 50 m w pionie - całkiem niezły wynik jak na mazowieckie bieganie. Powiem, że pod koniec już czułem zmęczenie w nogach, a za chwilę kolejny bieg w Radości i dystans wyjdzie zbliżony. Nie czas narzekać - trzeba wsiadać do auta i jechać w kolejne miejsce;-) 


 

niedziela, 22 stycznia 2023

Dystans Stołeczny w Nieporęckich dołkach

Dzięki świętu 3-króli mamy mały orientacyjny maraton: ZZK w Jabłonnej w piątek, FallInO w sobotę i Dystans Stołeczny w Niedzielę.
Dystans Stołeczny w Nieporęcie na „nowej mapie”, użytej do tej pory raz przez Team 360 na jesieni. Jest to rarytas w naszych okolicach, gdzie zwykle biegamy na dobrze znanych mapach. Oczywiście start w kategorii Chojrak. Mapa dla niedowidzących, czyli skala 1:7500 i na niej… setki dołków. 

Biuro i ja (fot A. Krochmal)

A tak to wyglądało z "mojej strony"

Do biura od miejsca gdzie można zaparkować dojście z 700 m. Samotny stolik w lesie, a przy nim Karol. Kolejne 300 m do puszki „Start”. 

Clear, a zaraz dalej start

Ruszam. Idzie dobrze – od razu trafiam na dołek z PK 1. Dalej także trafiam. Po drodze jakieś młodniki, ale takie „przebieżne”. Krzaki zaczynają się od PK 6. Tam trzeba się przedzierać prawie na czworaka. Niestety, jest to punkt podwójny i będzie trzeba na niego później jeszcze raz wrócić (PK 26). 

Lampion "Klubowy" z kodem 44 (PK 4)

Zaliczam wpadkę przy PK 8 - źle interpretuję mapę i szukam go za daleko. I zgadnijcie kto mnie wyprzedza na tym punkcie! Oczywiście Marcin. No dobra, Marcin może;-) 

Co tu dużo pisać: dołek koło dołka i w każdym lampion. Najważniejsze to sprawdzanie kodów, bo tak naprawdę nie wiadomo na który dołek się trafia i czy tuż obok nie ma jakiegoś mylnego lampionu. 

Mała wpadka przy PK 15, ale poza tym idzie dobrze. Niestety, nie mam śladu by zanalizować przebiegi - gdzieś koło PK 2 złapała mnie za nogę jakaś gałąź i zaliczyłem glebę na tyle nieszczęśliwie, że musiał się wcisnąć przycisk pauzy;-( A szkoda, bo BnO to walka na błędy, a bez analizy śladu niełatwo je wychwycić. Z tego co pamiętam to jeszcze „nie wyszedł mi” przebieg PK 25-26. Wypadłem z gęstwiny na drogę, tradycyjnie nie zerknąłem na kompas i pobiegłem… nie tą drogą co trzeba. Jak się zorientowałem, bez sensu było zawracać. Choć potem przez krzaki znalazłem jakąś ścieżkę niewrysowaną na mapę, więc może to nie był najgorszy wariant? 

Na terenie zawodów jest takie szczególne miejsce - w jego okolicy stał PK 28. W terenie to takie dwa geometryczne wgłębienia – można powiedzieć dwa takie spore rowy. Niby na mapie są jakieś proste linie poziomnic, ale jakoś to nie przemawia do mojej wyobraźni. Pamiętam, że podobnie było na poprzednich zawodach w tym terenie – w każdym razie chwilę szukałem lampionu nie w tym rowie co trzeba. 

Akurat tu mapa ni oddaje dobrze terenu

Pomiędzy PK 29 i PK 30 widziałem dołek z „obcym lampionem” – tak sprytnie umieszczonym, że łatwo było na niego wbiec zamiast na PK 29. Jak się okazało po biegu, sporo osób „nabrało się” na ten lampion, podobnie jak i na PK 1 (tu nie widziałem innego lampionu, ale tam idealnie wszedłem na punkt i nie przeczesywałem okolicy). 

Całe zawody należy pochwalić za mapę – czytelną nawet dla takich ślepot jak ja- sami zresztą zobaczcie!

 

Niebieske - z zegarka, czerwone - dorysowane z pamięci


FallInO - początek

Każdy ma taką swoją Falenicę. W Krakowie jest Lasek Wolski, w innych ośrodkach także można wskazać okoliczne miejscowości, gdzie regularnie odbywają się treningi lub zawody BnO, miejsca gdzie można wręcz biegać bez kompasu, na pamięć. U nas jest to Falenica. Jak sprawdziłem – to już od 10 lat razem z Falenickimi Biegami Górskimi na przełomie roku mamy FalInO. Zawsze ta sama baza, zawsze ten sam teren. Znamy tu każdy dołek, górkę i dziurkę. Ja jako „Rodowity Faleniczanin” jako dziecko hasałem po lasach, gdzie teraz biegamy;-) I co tu ukrywać - lubię tu biegać. W Falenicy praktycznie nie ma chaszczy, jest kilka wydm, a przy okazji trafiam na punkty w dołku, gdzie z kolegami kopaliśmy ziemiankę;-) 

Miało być zimowo – tak zapowiadały komunikaty techniczne, ale śnieg, który spadł w sobotę wieczorem, praktycznie się rozpuścił. Ostatnio FallInO to Scorelauf – jedna mapa dla wszystkich, tylko w zależności od kategorii, różna ilość PK do podbicia. Zapomniał bym – przy lampionach są perforatory! Normalnie tak jakby cofnąć się z dziesięć lat wstecz;-) 

Koniec dygresji – wracamy do lasu. Lasu, który nie potrafi być depresyjny – zawsze jest wesoły i zielony. A gdy na Biegach Górskich po lesie pląta się tysiąc biegaczy, to nie może być smutny;-) 

Ja i moja podstawówka;-)

Zaczynamy: kościół, potem słup linii energetycznej w lasku przed kościołem. Mylę ścieżkę i tracę kilka sekund – wstyd;-) 

PK 4 i chwila decyzji, czy PK 2 brać teraz, czy na powrocie. Takie myślenie nie sprzyja bieganiu i znowu mylę ścieżki. Także z PK 6 do PK 10 biegnę dziwnie naokoło. Tak to już bywa, gdy biega się na pamięć;-)

Dalej idzie znacznie lepiej, ale to lasek przy którym mieszkałem. Tu naprawdę znałem za młodu wszystkie dziurki (bo wszystkie PK w tych okolicach są w dołkach). 

Wariant, który wybrałem może dodaje kilka metrów, ale za to nie muszę biegać ciągle góra-dół przez wydmę. Po poziomnicach obiegam i biorę PK 16-19-20. Dopiero przelot PK 20-18-15-11 to przekraczenie wydmy. Dzisiaj nogi niosą mnie zupełnie inaczej niż wczoraj w Jabłonnej - czuję przyjemność biegania.

Na koniec zostaje mi najdłuższy przebieg PK 7-PK 5 – prostą drogą, ścigając się z biegaczami górskimi. Wbieg na metę i całkiem dobry czas. Dzisiaj jestem z siebie całkiem zadowolony! 


 

Depresyjny ZZK w Jabłonnej

Całkiem niedawno biegaliśmy ZZK w Jabłonnej. Na tej samej mapie, ale „z jej drugiej strony” i w zupełnie innej aurze. Wtedy było słonko, lekki śnieżek, aż chciało się biegać. Teraz przywitało mnie zachmurzone niebo, kałuże i ogólnie taki późnojesienny depresyjny nastrój. 

Taką mamy aurę...

Clear, check i start..

PK 1: albo po kresce przez chaszcze, albo ciut nadkładając drogami. Wybór jest prosty. Ruszam ścieżką wzdłuż płotu (płot po prawej), a tu nagle płot się kończy, a właściwie zaczyna w lewą stronę nowy i kierunki coś przestają się zgadzać. Staję i chwila zawieszenia. Dopiero po dłuższym czasie odnajduję na mapie płot wzdłuż którego biegłem i ten nowy – też mam biec wedle niego. Czyli już początek taki jak pogoda - przygnębiający;-( 

PK2: albo znowu ścieżkami, albo po kresce. Las na mapie mniej zielony, więc zaczynam po kresce. Zaczynam po kresce, ale wcale tak fajnie jak wskazuje mapa z tą przebieżnością nie jest. Ciekawe, ale na poprzednim ZZK las był jakoś bardziej przyjazny! 

PK 4, 5, 6 po kreskach i to całkiem nieźle – znowu szkoła Renaty wychodzi;-) Po PK 5 wyprzedza mnie Marcin. Staram się dotrzymać mu kroku, ale jak zwykle jest dla mnie za szybki. Ale Marcin biegnie jakoś dziwnie w prawo. Trzymam się swojego azymutu i chyba jestem na punkcie przed nim! Ot, taki mały smak zwycięstwa;-) Co z tego, że kilka punktów dalej znowu mnie wyprzedza;-) 

Ogólnie idzie mi dobrze, jakby kreski na mapie łączące punkty były narysowane w terenie. Może nie za szybko, ale to jeszcze da się poprawić. 

Chwila dekoncentracji i po PK 13 gubię kierunek. Na drodze. Zawsze drogi poprzeczne mnie rozpraszają – szczególnie takie ze skrzyżowaniami. Nie patrzę na kompas, biegnę drogą w lewo…. Tyle, że jestem nie na tej drodze co trzeba. Otrzeźwienie przynosi dopiero widok zabudowań. No cóż, frycowe za nieuwagę;-( 

Po takiej porażce drogę do kilku następnych PK pokonuję prawie idealnie po kresce. Zaczyna się psuć koło PK 18, a PK 20 normalnie przebiegam. 

Nie wiem co się dzieje, ale znowu po skusze mam kilka „idealnych” przebiegów. Może po prostu tak już mam? 

Wreszcie na mecie (w głębi chaszcze)

Wreszcie meta. Jestem jakiś przygnębiony tym treningiem. W domu las określam jako „depresyjny” i strasznie zachaszczony. Nogi nieść nie chciały, koncentracja co chwila ulatywała… Mam nadzieję, że lepiej będzie następnego dnia w Falenicy.


 

sobota, 14 stycznia 2023

Bąbelki

Bąbelkowo-Noworoczne InOwanie to impreza szczególna. Nie dość, że organizator i uczestnicy muszą zachować szampański humor po sylwestrowej nocy, to jeszcze ten pierwszy musi przygotować imprezę (rozwiesić lampiony i te sprawy), a Ci drudzy muszą starać się bardzo, by nie wygrać. Bo ten kto wygra (oczywiście TZ), za rok zamienia się rolą uczestnika z zaszczytną rolą organizatora. My rok temu także staraliśmy się nie wygrać - jakieś zmiany, stowarzysze, tak by nie wyjść na zupełne niezdary, ale niestety było to trochę za mało i zostaliśmy organizatorami. 

Myśleliśmy by zawody zrobić zupełnie pod domem, ale z powodu upadku moralnego naszego OM-u, który użycza Stowarzyszom osobowości prawnej, nie było możliwości legalnego pozyskania lasu, który ma dosyć skomplikowaną sytuację prawną, w którą zaangażowane są wysokie czynniki wojskowe. W efekcie postawiliśmy także na tereny wojskowe - byłego fortu Kawęczyn w Rembertowie i takiego malutkiego przylasku pomiędzy stadionem a drogą.
Jako że 1 stycznia bywa dniem dosyć szalonym, oprócz Noworoczno-Bąbelkowych MnO bywają także różne biegowe eventy, w których chciałem wziąć udział, organizacja XXI NBInO była skomplikowana. Trasę udało się ogarnąć wcześniej, pomimo licznych treningów BnO. Zostało wydrukowanie map (załatwione w piątek 30 grudnia) i rozwieszenia niedużej ilości lampionów. To udało się załatwić wczesnym sylwestrowym wieczorem. Czas idealny, bo ludzie nie są zainteresowani szwędaniem się po lesie i niszczeniem kartek wiszących na drzewach, a las jednak jest zurbanizowany – taki spacerniak dla pobliskich mieszkańców. 

Piesi startujący na trasę TP

W niedzielę 1 stycznia rano udało się pobiegać na etapie drugim Dystansu Stołecznego i spokojnie zdążyć na 15:20 do Rembertowa, gdzie przewidziany był start. W ostatniej chwili jeszcze zgłoszenia od spóźnialskich – na szczęście w sobotę dodrukowałem w domu jeszcze kilka map. Na miejscu już pierwsi niecierpliwi wyglądający startu (lub może bardziej tradycyjnych bąbelków?). Pogoda iście wiosenna, gdzieś tak 17-18 stopni – zupełnie jak nie w zimie. Ostatnie trzy lampiony, te przy samym starcie, powieszone i można ruszać w trasę. Ale wszyscy czekają cierpliwie na zachód słońca, by wszystko było fair-play;-) 

Jak zobowiązuje nazwa - bąbelki były

Start dopiero po zmoriku

Kolejny zespół startuje

To jeszcze zaległe wpisowe na UrodzInO;-)

Kolejny uczestnik na trasie

Niby mapa prosta ale czasami wymaga chwilki zastanowienia

Po typowym startowym zamieszaniu wszyscy wyszli na trasę. Na liście startowej zostały jeszcze trzy nieodhaczone nazwiska. Czekamy i czekamy. Ci co wyszli pierwsi nie zjawiają się na mecie. Niespodziewanie pojawia się osoba z latarką, której wcześniej nie widzieliśmy. Jeden z zapowiedzianych uczestników pomylił godziny i zjawił się prawie godzinę po zamknięciu startu! No cóż, niech idzie - poczekamy ciut dłużej, choć zapowiedzieliśmy, że o 20:00 znikamy bo czekają nas kolejne, tym razem rodzinne imprezy ;-). 

Co tu dużo pisać – sami wiecie jak było: bąbelki wypite, słodycze zjedzone, PK znalezione, wszyscy szczęśliwie wrócili. Niektórzy wrócili z nadkompletem punktów i kilometrów (rekordziści zrobili ponad 9 km na 4 kilometrowej trasie biorąc dwa extra punkty). Inni starali się bezpiecznie wrócić bez wszystkich PK i z dodatkowymi dziwnymi Stowarzyszami (musieli się troszkę postarać by je znaleźć). Ale byli tacy, co podeszli do sprawy poważnie i przyszli na zero. Taką postawę pochwalamy! 

Na koniec powiem, że duch pomocy w narodzie nie zaginął: Tomek Gronau zadeklarował się, że wpadnie i pozbiera lampiony, co uczynił. Naprawdę go do tego nie zmuszaliśmy! Dzięki temu mogliśmy spokojnie oddalić się na kolejną rodzinną tym razem imprezę, spokojni, że nie zostawiamy w lesie oznak naszego świętowania.