poniedziałek, 18 czerwca 2018

10xSolo w kształcie kotka

InO Świętojańskie sobie odpuściłam, bo ktoś w końcu musiał zająć się domem, ale do 10xSolo już się trochę obrobiłam z robotą i w ramach relaksu postanowiłam pouczestniczyć. Mało tego, udało mi się namówić Agatę do udziału, ale tylko dlatego, że zepsuło się jej lodowisko i nie ma co zrobić z wolnym czasem. Myślałam, że pójdziemy sobie lajtowo na TP, ściganie się o wynik zostawiając Tomkowi, a tymczasem Agata stwierdziła, że na TP to trochę obciachowo. Nooo, może i faktycznie obciachowo... Zapisałam nas więc na TU, trochę się bojąc, bo TU raz jest na poziomie TP, a raz gorsze niż TZ.

 Nasza trójka w drodze na start.

Samochód zostawiliśmy daleko od miejsca startu, bo nie wiedzieliśmy czy można tam legalnie dojechać. Poza tym spacer przez las jeszcze nikomu nie zaszkodził. Po drodze wypatrzyliśmy  nawet lampion i na wszelki wypadek obejrzeliśmy go sobie dokładnie :-)

 Pierwszy punkt zaliczony jeszcze przed startem.

Nasza mapa okazała się identyczna jak mapa TZ, tylko punktów miałyśmy mniej do zebrania. Za to jej poziom trudności oscylował tak między TT a TU. Czyli była dla nas jakaś nadzieja, że się nie zgubimy. Szybko udało się zlokalizować punkty wielokrotne i dopasować do siebie wycinki. Pozostało jeszcze najtrudniejsze - iść w teren i znaleźć co trzeba. Ponieważ Agacie było wszystko jedno gdzie pójdziemy, więc ja wytypowałam na początek punkt potrójny C, Q, 4. W okolice punktu trafiłyśmy, ale zaczęłyśmy szukać trochę za daleko. Po tych wszystkich pięćdziesiątkach miałam straszny problem z przestawieniem się na inną skalę mapy niż 1:50000.
Ja szukałam lampionu, Agata zaś oganiała się od pajęczyn i ogólnie była z ich powodu mocno nieszczęśliwa. Na punkt naprowadził nas Kazio pojawiając się znienacka, a okazało się, że krążyłyśmy parę metrów od celu.

 Nierówna walka z pajęczynami.

Punkt podwójny B, Z miał być miły, łatwy i przyjemny bo tuż przy drodze, ale znowu pokonała mnie skala mapy i poszłyśmy dużo za daleko. Trzeba było wracać.
Na Y poszłyśmy na azymut. Nooo, tu to już Agata strasznie cierpiała i jej dramatyczne okrzyki przy każdym kontakcie z pajęczyną niosły się echem po lesie. Nie powiem, też nie było mi przyjemnie kiedy lepkie nitki oblepiały mi twarz. Zdecydowanie bardziej wolę pokrzywy, osty i jeżyny. Jak na ogół azymutem zawsze trafiam gdzie trzeba i jest to mój najskuteczniejszy sposób na trafienie, tak tym razem doznałam jakiegoś zaćmienia i w połowie drogi stwierdziłam, że nic mi nie pasuje i nie wiem gdzie jesteśmy. Zarządziłam powrót do poprzedniego punktu, bo może coś źle poustawiałam w kompasie. Na szczęście Agata już po paru krokach powrotnych wykazała się wyczuciem mapy i pokazała mi palcem gdzie jesteśmy.  Normalnie zgubiłam się niemal na prostej drodze - ja to potrafię! Na górce z Y znowu spotkałyśmy Kazia, który najwyraźniej szedł takim samym wariantem, bo i potem co chwilę nam się pojawiał.
D weszło bezproblemowo, a w okolicach trójki spotkałyśmy cały tłum szukający dołka z lampionem. Tak tylko mniej więcej wiedziałam gdzie go szukać, ale miałyśmy szczęście i to my się na niego pierwsze natknęłyśmy. Mi się dołek podobał, więc wbiłam w kartę, ale reszta, z Kaziem na czele, zaczęła wybrzydzać, że to czy tamto. Marudy jedne.
Potem okazało się, że musimy jakoś przemknąć koło startu, bo reszta wytypowanych do wzięcia punktów leżała po jego drugiej stronie.  Nie udało nam się tego zrobić bezszelestnie i Tomek, który już wrócił z TZ-ta zdziwił się, że my jeszcze gdzieś idziemy. No ale chwila, przyjechałyśmy kawał drogi, opłaciłyśmy start, to niby dlaczego miałybyśmy w pięć minut przebiec trasę? Toż to by się w ogóle nie kalkulowało!
Spokojnym krokiem, nie spiesząc się oddaliłyśmy się w kierunku PK 2. A po dwójce był długi, długi przelot do piątki.

 Raźno maszerujemy w kierunku piątki.

Po drodze wszystko latające chciało nas żywcem pożreć i co chwilę musiałyśmy robić postoje na użycie broni masowego rażenia w postaci muggi. Co prawda mało same nie padłyśmy ofiarą rozpylonej trucizny, bo dawka była zbliżona do końskiej. Kiedy wreszcie zobaczyłam lampion, bez namysłu podbiłam go i dopiero podnosząc głowę zauważyłam, że kawałek dalej wisi drugi i niestety - ten drugi jest lepszy. No i tym sposobem trafiła nam się przebitka.
Do szóstki poszłyśmy nie tą drogą co trzeba i znowu wszystko przestało mi się zgadzać. I kolejny raz Agata uratowała sytuację dopasowując okolicę do mapy. Ufff. Po szóstce pozostał nam już tylko powrót na metę. W pierwszym odruchu chciałam ciąć po prostej, żeby było szybciej, ale od razu uświadomiłam sobie, że przez las pełen pajęczyn wcale, ale to wcale nie będzie szybciej:-) A już na pewno nie będzie w zgodzie i dobrym nastroju.

Na mecie z kompletem punktów i ośmioma lekkimi minutami.

Przed powrotem do domu jeszcze poćwiczyliśmy na drabince pod czujnym okiem Kamila i w tej konkurencji Agata przewyższa nas o lata świetlne. Musimy popracować nad mięśniami rąk i brzucha. Koniecznie.
Siłacze:-)

Teraz czekamy na wyniki, bo wcale nie wiadomo czy przebitka i lekkie to nasza jedyna strata.
A nasz ślad jak nic przypomina kotka. Nawet język wystawił!


Upał w Urlach

Zapowiadało się upalnie. Bardzo upalnie. Niczym w lipcu. Na InO Świętojańskie pojechałem sam – Rena przedłożyła nad uciechy InO-ckie zabawy w domu typu skrobanie okien, pielenie ogródka itp. Prawdę mówiąc to ją rozumiem, bo pogoda była ciężka.
Na miejsce doprowadziła mnie nawigacja. Oczywiście gubiąc się w ostatniej fazie i zwiedzając okoliczne lasy dotarłem na stację w Urlach z drugiej strony torów niż powinienem. Gdy usłyszałem „jesteś u celu” zgasiłem silnik i poszedłem szukać startu.

Ruch w bazie niewielki
Start TP
Dyrekcja
Sekretariat
W bazie ruch niewielki. W sekretariacie siedzi Zuzia, trasy robi Ania (czyżby Jedynka się Stowarzyszyła?), a na stoliku leży zdechła fretka. Chyba z powodu odwodnienia. No, może i dlatego, że pluszowa;-)

Dostałem mapę i poszedłem.
Autor E1 potrafi robić bardzo niekompletne mapy
Wyglądało prosto – coś w rodzaju lop-ki i miejsca zamocowania wycinków, które się obracają, a dwa nawet lustrują. Znając autora można było podejrzewać, że mapy coś w sobie będą miały, coś niezgodnego z rzeczywistością. Już na pierwszym wycinku dogoniłem Kazika, który stał bezradnie z mapą w dłoni. Mi także mało co pasowało. Drogą eliminacji i rozważania prawdopodobieństwa mógł tu zapasować wycinek z PK 9. Punkt byłby po drugiej stronie torów, przy starcie. Postanowiłem podbić PK 12 z głównej mapy i wrócić na drugą stronę torów. Idę na PK 12 chcę wyjąć kartę… a tu karty brak! Udało mi się ją zgubić zaraz po starcie!!!
Pozostawało się cofnąć na start – kartę znalazł Mariusz i oszczędził mi 50 m cofania się;-) Przy okazji wyeliminowałem wycinek z PK 9 i zostało rozpocząć zabawę z dopasowaniem od nowa.  Doczytałem zdanie „Wycinki, które przedstawiają tylko część rzeczywistości” i jak pomysłowy Dobromir… wpadłem co trzeba dopasować! Pierwsze dwa PK zaliczone -  idę do następnej kropki.

Tu spotykam Tomka, który patrzy pod światło w mapę i minę ma nietęgą. Po konsultacji Tomek stawia na wycinek z PK 5. Ja wpadam, że jest to PK 10. Przedzieram się na azymut i o dziwo znajduję lampion i Tomka, który także poszedł w tę stronę.  Idziemy w stronę kolejnej kropki. I tu zaczyna się tragedia. Niby pasuje PK8, ale… czeszemy teren jakiegoś ośrodka. Grupa czeszących się powiększa. Sprawdzamy różne warianty i nic. Czas się kurczy. Ruszamy dalej do dość oczywistych punktów. Tu dowiaduję się od Kazia, że przy poprzedniej kropce był jakiś lampion i wzbił go bez przekonania  jako PK 8. Wracam i rozpoznaję, że jest to ten długo poszukiwany PK 8!
Dalej pod torami  i źle dopasowuję wycinek. Zapętlam się. Krążę, szukam i znajduję wreszcie Zuzę z trasy TP idącą w przeciwnym kierunku. Wbijam bez przekonania lampion na dużym drzewie jako PK 1. Zuza zdradza, że dalej jest linia energetyczna i wreszcie wiem co oznacza czarna linia na mapie głównej! Przede mną jakieś długie bezproduktywne przebiegi. Komary zaczynają ciąć niemiłosiernie.  Znajduję PK 5 (choć powinien być na sąsiednim drzewie, bliżej brzegu – na wszelki wypadek przebijam się przez pokrzywy szukając lampionu), potem plaża i spotykam Darka idącego z naprzeciwka na trasie TU. Oczywiście przechodzę punkt i muszę się cofnąć. Chyba już jestem w ciężkich minutach, więc podbiegam. Mam PK 2. Skręcam w prawo, dobiegam do asfaltu i… znowu skręcam w prawo. Staram się podbiegać, co w tym upale nie jest łatwe. Coś za daleko biegnę i ciągle nie widać ostatniego PK 11 i mety! Za to widać tory i przejazd pod torami! Coś nie tak! Zawracam, biegną naprzód… wreszcie po długiej chwili dochodzę, co jest nie tak. Niepotrzebnie skręciłem! Normalnie jakieś odwodnienie wyłączyło mi myślenie.
Przy mecie E1, na terenie szkoły stało coś takiego
Znajduję skrót do PK 11 i lecę na metę. Jestem ostatni ze wszystkich i meta chce już się zwijać! Po niewczasie wychodzi, że fragment mapy, który ominąłem to był ten nieszczęsny PK 1, którego wbiłem za wcześnie. Ale do takich wniosków dochodzi się dopiero w domu przy zimnych napojach wysokoprocentowych!
Mapa E2 wygląda prosto...
Etap 2 robiła Ania. Wycinki składające się na styk. Nie lubię takich, ale Ania trudnych tras nie robi zwykle… idę na pierwszy PK X. Tu wszyscy się zgromadzili, bo okazuje się… że nie wiadomo co dalej! Ta składanka nie jest taka oczywista!. A PK X nie ma! Musiało coś się źle narysować budowniczemu!
Przy PK X - praca w podgrupach: co dalej zrobić
Mniej więcej wiem gdzie jest kolejny wycinek, ale jakoś tak nie schodzi się na styk. Coś musiałem pominąć, albo źle dopasowałem. Idę do przodu szukając jakiegoś przejścia, ale po lewej ciągle płoty. Nawet w lesie ciągną się płoty! Postanawiam sięgnąć po nożyczki. Tnę mapę i dopasowuję. Do wycinka startowego wycinek z PK Y można przypasować na trzy sposoby. Sprawdzam wszystkie w terenie. Dopiero ostatni wariant pasuje.
Moje puzzle
Co tu dużo mówić, przejście na drugi wycinek zajęło … 50 minut. Dalej było już prosto, no może poza komarami, które się uaktywniły w okolicach PK A. Dochodzę do PK D i mylą mi się kierunki. Chwilę szukam wycinka z PK G. Patrzę na kartę – mam coś za mało wpisów. Musiałem gdzieś zgubić wycinek z punktami E i F. Z tego co pamiętałem to były jakieś skrzyżowania ścieżek, więc biorę świadome stowarzysze na… skrzyżowaniach ścieżek. Bo teraz to nawet nie wiem, gdzie ten wycinek powinien być. Podbiegam na metę w małych lekkich minutach. Licznik wskazuje 19,86 km. Nieźle! Teraz już wiem co symbolizowała ta zdechła fretka na starcie – samopoczucie uczestnika TZ na mecie;-)


środa, 13 czerwca 2018

A bagno na to: No pasarán!

Po Roztoczańskiej 13 miałam tylko tydzień na regenerację siebie i mojej kostki, czyli mało. Kostka na szczęście „odpykła” już w niedzielę, więc tylko uważałam jak chodzę, żeby jakoś krzywo nie stanąć.
W piątek na podbój Mazur ruszyliśmy stałym składem (my i Krzysztof) uzupełnionym nowym nabytkiem towarzyskim – Sylwią z Krakowa.
Do Barczewa dotarliśmy dość wcześnie. Muszę przyznać, że organizacja bazy zrobiła na mnie wrażenie. Rejestracja, wydawanie pakietów startowych, życzliwi i uśmiechnięci organizatorzy, strzałki, drogowskazy, informacje na każdym kroku – boszszsz, gdyby tak było na wszystkich imprezach…
Ponieważ mieliśmy sporo wolnego czasu, postanowiliśmy wskrzesić tradycję przedstartowej pizzy i ruszyliśmy na poszukiwania pizzerii. No i tu się trochę rozczarowaliśmy, bo pizzę podawano w jednej jedynej restauracji, a do tego trzeba było na nią czekać półtorej godziny! Zamówiliśmy więc bardziej egzotyczne danie – pierogi z łososiem, a Sylwia i Krzysztof poszli w klasykę – kotlet z frytkami.
Ostatnio Tomek żalił się  swoim znajomym, że startując ze mną biega poniżej swoich możliwości, postanowiłam więc iść sama, żeby mógł w końcu rozwinąć skrzydła. Najwyraźniej jednak lubi być uciemiężony przez wredną żoną, bo uparł się iść razem ze mną. Trudno. Dla mnie oznaczało to bieg powyżej moich możliwości, a wynik i tak do d..y:-(
Na starcie ustawiliśmy się w dwa rzędy, dostaliśmy mapę pod nogę i czekaliśmy na hasło organizatora, że już można wziąć mapy do ręki.

Wszyscy karnie czekają na sygnał.

Jak to przeważnie bywa, do wyboru były dwie opcje - w prawo lub w lewo, czy raczej w tym przypadku - bardziej w górę lub bardziej w dół mapy. Postanowiliśmy zacząć od góry i ruszyliśmy na szesnastkę, jak zresztą wiele osób. Bałam się, że temperatura wykończy mnie tak jak na Roztoczańskiej 13, ale na szczęście wiał ożywczy wietrzyk i nawet bieg nie był torturą.

  
I ruszyliśmy!

Ruiny na szesnastce wyobrażałam sobie jako takie ruiny historyczne, do zwiedzania i byłam bardzo zawiedziona kiedy na miejscu zastaliśmy kupkę całkiem współczesnych cegieł. Czyli było jak w codziennym życiu - oczekiwania mają się nijak do rzeczywistości.
Na kolejny zaplanowany punkt - szóstkę można było pójść wygodnie drogami od północy albo fragmentami ścieżek, po nie wiadomo jakim terenie, od południa. Od południa wyglądało, że jest bliżej, co oczywiście nie zawsze oznacza szybciej. Nawet nie było źle, udało się suchą nogą sforsować kanałek, a odpowiedni brzeg bagna znaleźliśmy już po jednokrotnym okrążeniu go.
Do czternastki przez większą część trasy wiodła droga, która mostkiem przeprowadziła nas przez kolejny kanał. Ambona widoczna była już z daleka.

 Ambona na PK 14
Z czternastki planowaliśmy iść na dwójkę, ale grupa z którą podbijaliśmy punkt tak nas zasugerowała rozmową o trzynastce, że odruchowo i zupełnie bezmyślnie poszliśmy na ten nieszczęsny PK 13. Kiedy zorientowaliśmy się co robimy, szkoda już było wracać. Nie pozostało nic innego jak zmodyfikować plany. Trzynastka była banalnie łatwa, w wiacie przy drodze, a do trójki, która po zmianie planów była kolejna, prowadziła wygodna droga. Punkty o nazwie „brzeg jeziora” były moimi ulubionymi, bo jak jezioro, to wiadomo - moczenie czapeczki:-)
Po trójce można było iść albo na czwórkę, albo na osiemnastkę. Ponieważ do czwórki trzeba by się przebijać na azymut, a do osiemnastki prowadziły drogi, więc wiadomo co wybraliśmy. Już nad samym jeziorem, w poszukiwaniu cypelka przedzieraliśmy się wzdłuż brzegu przez dziesiątki leżących drzew. Niezła gimnastyka.

Chyba muszę się zapisać na jakiś trening ekwilibrystyczny.

Czwórka i dziewiątka to punkty z opisem "brzeg bagna". Prawda, że zachęcające? Szukaliśmy ich w towarzystwie tysięcy komarów i much, które zresztą, jako stworzenia bardzo towarzyskie, spędziły z nami cały dzień.
PK 5 już na odprawie organizator polecał jako świetne miejsce kąpielowe. Faktycznie plaża aż kusiła, ale ograniczyłam się tylko do polewania wodą i tradycyjnego moczenia czapeczki. 


Chwila ochłody - cudowne uczucie!

Siedemnastka na skraju lasu nie nastręczała trudności, a i dojście do niej było cywilizowane.
Zebraliśmy się stamtąd żwawo, bo na horyzoncie majaczyła nam wizja sklepu. Cały czas szliśmy wzdłuż jeziora, bo od drogi, która nieco skróciłaby dystans oddzielał nas zbyt szeroki kanałek, na którym na całej długości nie było ani jednego mostka! Moczyć się nie było warto, bo jeszcze nie byliśmy nawet w połowie drogi, a poza tym woda wyglądała na głęboką. Ale w sumie do mostu nie nadłożyliśmy jakoś strasznie dużo. W sklepie od razu rzuciliśmy się do lodówki. Ja chwyciłam cytrynową lemoniadkę, co to nosiła nazwę piwa bezalkoholowego, Tomek medytował i medytował i otwierał to prawe, to lewe drzwi żeby w końcu wyłowić odpowiedni napój.
Jakie piękne chwile spędziliśmy w tym sklepie!

 Bartołty Wielkie i sklep z cudowną chłodziarką.

Po sklepie zaliczyliśmy stare wyrobisko na siódemce, za to w drodze na ósemkę, gdzie szliśmy na azymut, trochę nas zniosło na północ. Co chwilę drogę zagradzały nam metalowe ogrodzenia, ale co od czego odgradzały? Nie mam pojęcia.
Dziesiątka i jedenastka miały rozświetlenia i bałam się, że widocznie są trudno znajdowalne, ale nie było tak źle. No, może dziesiątka stała ciut obok właściwego miejsca, ale w kilka osób jakie zgromadziły się tam jednocześnie, udało się ją wyczesać.
Od jedenastki żyłam już nadzieją na punkt żywieniowy, ale po drodze musieliśmy jeszcze znaleźć dwunastkę. Poszukiwana ambona miała znajdować się gdzieś na końcu niebieskiego, mokrego zawijasa na mapie. Chwilę błądziliśmy, ale Tomek w końcu zlokalizował właściwe miejsce.

Już widzimy w oddali ambonę.

Wreszcie dotarliśmy do upragnionego przeze mnie punktu żywieniowego. Nie żebym nie miała co jeść po drodze, ale w biegu to mi całkowicie nie wchodzi. A na punkcie zawsze jest pretekst żeby się na chwilę zatrzymać, a nawet przysiąść. Zaopatrzenie było zacne, a wybór napitków szeroki. Wody organizatorzy zapewnili taką ilość, że nawet można było się nią polewać, co przy panujących temperaturach wręcz ratowało życie. Oczywiście nie omieszkałam skorzystać i kazałam sobie nalać do czapeczki. Do pełna!

Odpoczynek ma punkcie żywieniowym.

Miło było, ale w końcu trzeba było ruszyć dalej. Co prawda zostało nam jeszcze tylko pięć punktów do zebrania, ale kilometrów mieliśmy do pokonania dużo. Do piętnastki umiejscowionej na brzegu rzeki polecieliśmy drogami, dopiero ostatni odcinek na przełaj. Punkt wisiał po jednej stronie rzeki, nasza dalsza trasa była po drugiej stronie. Na odprawie organizator coś mówił o możliwości przeprawienia się na drugą stronę i trochę liczyliśmy na mostek. I faktycznie - można było przedostać się, tyle że w bród. To było nasze pierwsze pełnowymiarowe moczenie butów. Wreszcie! Już się obawiałam, że na metę dotrzemy jak te palanty - w ogóle nie zmoczeni:-) No a poza tym, jaka to przyjemność w gorący dzień tak się schłodzić. Prawdę mówiąc to byłam gotowa resztę dnia spędzić spacerując od brzegu do brzegu.
Z piętnastki do dwudziestki przemieszczaliśmy się asfaltem, znowu odwiedzając Bartołty Wielkie. Liczyliśmy na jakiś sklep w drugiej części miejscowości, ale chyba mają tam tylko jeden. Ból z powodu braku sklepu złagodziłam ketonalem. Przy okazji mógł mi też pomóc na plecy. Dwudziestka nie dostarczyła nam żadnych atrakcji, za to PK 21 nadrobił to z nawiązką. Punktu szukaliśmy z dużą grupą uczestników krótszej trasy. Lampion stał w małym bagienku i oczywiście mi ono wystarczyło żeby jedną nogą wpaść prawie po kolano, a drugą po kostkę.
Na kolejny punkt szliśmy już z ludźmi z trasy 25 km. Po drodze Tomek starał się zrobić na nich dobre (?) wrażenie i idąc za mną, co chwilę walił mnie to po plecach, to po głowie. W ten sposób bronił mnie przed pożarciem przez muchy i komary, a owadzi trup ścielił się gęsto.

PK 2 na górce.

Po dwójce została nam już tylko jedynka oddalona o lata świetlne. Co prawda większość trasy można było pokonać asfaltem, ale najpierw trzeba było się na niego wydostać. Myśleliśmy, że uda się wstrzelić w prześwit pomiędzy dwoma bagnami i szybko dotrzeć do drogi, ale poszliśmy za bardzo na zachód i w efekcie musieliśmy okrążyć cały wielki podmokły teren, dokładając sobie trochę odległości.  Po raz ostatni użyliśmy muggi, wypsikując ją do końca i stając się całkowicie bezbronnymi w ewentualnym kolejnym starciu z owadami. Tuż po wyjściu na asfalt spotkaliśmy Adama M., ale on leciał na czternastkę, szóstkę i szesnastkę. Czyli miał dużo więcej do zrobienia niż my. Zmotywowana, że jesteśmy lepsi od niego, starałam się biec, ale byłam już bardzo zmęczona i jak było chociaż ciut pod górę, to tylko lazłam. W końcu zeszliśmy w polną drogę, doszliśmy do mostku na kanale i już miałam przejść na drugą stronę, kiedy uświadomiłam sobie, że przez taki mostek Tomek nie przejdzie.  Jeszcze pełna nadziei spytałam:
- Przejdziesz?
- Raczej nie – powiedział oglądając pozostałości niegdyś szerokiej i wygodnej przeprawy.
Siadałam sobie przy mostku czekając na decyzję i w końcu padło dobitne:
- Nie przejdę.

Mostek okazał się nie do przejścia.

Przez chwilę myśleliśmy o opcji – ja przechodzę, Tomek leci naokoło, ale zaraz zaczął mnie odwodzić od tego pomysłu, bo deska wąska, a ja się ledwo trzymam na nogach, bo woda na pewno głęboka i jak wpadnę, to się utopię, bo to, bo tamto. Czułam się jak Iwona, księżniczka Burgunda, której tak długo wmawiano, że się udławi ością, aż w końcu się udławiła. Ja też już w pewnym momencie tak byłam zasugerowana, że na pewno wpadnę do kanałku, że wolałam odpuścić. Mieliśmy dwa wyjścia – wrócić do asfaltu i wstrzelić się w kolejną drogę z kolejnym mostkiem, albo próbować iść do tego mostku wzdłuż kanału. Chyba obydwoje doznaliśmy totalnego zaćmienia umysłu, bo postanowiliśmy iść na przełaj. Jakbyśmy nie mieli przed oczami mapy, gdzie wyraźnie widać było, że nasz pomysł z góry skazany jest na niepowodzenie.  Początek nawet zapowiadał się nieźle, bo udało się bez problemów sforsować mały kanałek dochodzący do głównego, a przedzieranie się przez roślinność wyższą od człowieka przywoływało fantazje o amazońskiej dżungli i wycinaniu sobie drogi maczetą.  Czyli przygoda i świetna zabawa. Ale wiadomo – miłe złego początki. Zabawa szybko się skończyła, a zaczęła walka o przetrwanie. Przynajmniej w moim przypadku. Po kilkudziesięciu minutach błąkania się po mokradłach byłam niemal nieprzytomna ze zmęczenia, potykałam się niemal co krok i przysięgam – gdyby nie stada much i komarów atakujących każdy zbyt wolno uciekający obiekt, to położyłabym się tam, gdzie stałam i żadna siła nie zmusiłaby mnie do zrobienia choćby jednego maleńkiego kroku. Chyba Tomek musiałby wzywać posiłki żeby mnie wywlec z tych szuwarów. Pożarcie żywcem przez owady wydawało mi się jednak mało romantyczną śmiercią, a nawet wręcz nieestetyczną, szłam więc jak automat za głosem Tomka, bo przecież przez te chaszcze nie było go nawet widać. Po ponad godzinie w końcu wyszliśmy najpierw na łąkę z niziutką trawą, raptem po pas, potem na drogę, w końcu na asfalt. Musiałam marnie wyglądać, bo Tomek chciał dzwonić po transport dla mnie. No ale taki obciach? W życiu! Postanowiłam jakoś doczołgać się do mety, już olewając ten jeden punkt. Kiedy jednak zjadłam coś słodkiego, popiłam mieszanką piwa (bezalkoholowego, żeby nie było) z izotonikiem, a pod nogami poczułam równy grunt, powoli w tyle głowy zaczęła kiełkować  myśl, że może by tak jednak tę jedynkę to wziąć. Wyszło nam, że do końca limitu powinniśmy się wyrobić, nawet snując się ospale, a wynik i tak już mieliśmy skaszaniony, więc nie było się gdzie spieszyć.  Już przy samym punkcie trochę się pogubiliśmy, bo ze zmęczenia Tomek już nie panował nad kierunkami świata, a ja w ogóle zgubiłam moją mapę gdzieś na bagnach i w całkiem straciłam kontakt z orientacją.
Na metę zdążyliśmy tuż przed końcem limitu, a niesieni dopingiem tych, którzy przybyli już wcześniej, nawet  podbiegliśmy kilkanaście ostatnich metrów, żeby zrobić dobre wrażenie:-)

 Upragniony widok!

Na mecie czekała (o, cudowni organizatorzy!) niegdyś zimna (ale co tam) butelka piwa i obiad. Dołożyłam do tego jeszcze swój sok pomidorowy i po pół godzinie od powrotu byłam najedzona i napita po kokardę. Tylko wykąpać się nie mogłam, bo mój hart ducha poległ na wieść o lodowatej wodzie w kranach. Jeszcze poczekaliśmy na dekorację zwycięzców, żeby zobaczyć jak wygląda czołówka i sporo przed północą ruszyliśmy w drogę powrotną.

wtorek, 5 czerwca 2018

Jak na Roztoczańskiej 13 nie zajęłam drugiego miejsca

Ponieważ piątek oboje mieliśmy wolne, więc do Kraśnika wyjechaliśmy dużo za wcześnie, ale ostatecznie wzywała nas przygoda i nie mogliśmy się oprzeć temu wezwaniu. Za to mieliśmy czas żeby już na miejscu zrobić na spokojnie zakupy oraz spotkać się z niepoślipkowym kuzynostwem.

Wytrzeszczaki to kuzyni Niepoślipki :-)

W bazie oprócz organizatorów powitali nas jedynie dzik i lis, ale do wieczora parę osób przyjechało, łącznie z Chrumkającą Ciemnością. Warunki do spania byłyby luksusowe, bo na sali gimnastycznej mogliśmy skorzystać z mięciutkich materacy, niestety - upał panował nieziemski i ciężko było zasnąć w takich warunkach.

Powitała nas taka ekipa.

W sobotę rano w bazie zrobiło się tłoczno, bo przybyła cała reszta uczestników. O ósmej dostaliśmy mapy, a pół godziny później wywieziono nas autokarem w siną dal i porzucono w lesie.

 Na starcie.

Mój optymizm co do tych zawodów był mocno ujemny. Strasznie nie pasowała mi pogoda. Przy panujących temperaturach to ja umieram nawet siedząc i gdzie mi tam do szybkiego marszu, czy biegania? Tymczasem Tomek początkowo hurraoptymistycznie wybrał do zaliczenia punkty oddalające nas od mety, czyli 92, 68, 93, 58 itd. Na szczęście jeszcze przed wymarszem przyszło opamiętanie i stanęło na tym, że 92 i 68 odpuszczamy. Postanowiliśmy zacząć od 58, podobnie jak wielu innych uczestników. Początkowo ruszyliśmy za wszystkimi (biegiem!), ale przecież nie będziemy tak latać kupą, więc jak najszybciej się dało, skręciliśmy w boczną drogę. I to okazało się naszym błędem, wielkim błędem. Oczywistym jest, że ścieżki na mapie niezupełnie zgadzały się z aktualnymi, w związku z czym rowu zaczęliśmy szukać nie w tym miejscu co trzeba. Co gorsza w okolicy były różne rowy i czuliśmy się zobowiązani do przeczesania każdego z nich. Podczas tej czynności dogoniła nas Chrumkajaca Ciemność (chodzą, nie biegają), która również w pewnym momencie postanowiła iść na skróty i podobnie jak my wylądowała nie wiadomo gdzie. Na wspólnym szukaniu rowu spędziliśmy 30 minut!

Może tam?

Rozstaliśmy się z Chrumkajacymi i pobiegliśmy (!) dalej, na 93. Początkowo szło nieźle, nawet wyszliśmy na skrzyżowanie, tylko lampionu nigdzie nie było. Rozświetlenie podpowiedziało nam, że skrzyżowanie będzie w sąsiedztwie jakiejś sporej dziury w ziemi i nie powiem - wyczailiśmy dziurę, obok ścieżkę, tylko dla odmiany ścieżka nie chciała się z niczym skrzyżować w rozsądnej odległości od dziury. Znowu dogoniła nas Chrumkająca Ciemność, podobnie jak my bezskutecznie przeczesująca teren. Na kolejnym wspólnym szukaniu punktu spędziliśmy znowu pół godziny.
Tym sposobem mieliśmy już godzinę w plecy, a zaliczone raptem dwa punkty. Pożegnaliśmy Chrumkających gorzko-ironicznym "do zobaczenia na następnym punkcie" i pobiegliśmy dalej.

PK 93

Punkt 81 na szczęście nie zatrzymał nas na dłużej, bo inaczej chyba byśmy się już załamali. Zgodnie z obietnicą stał przy ogrodzeniu i nie było problemu ze znalezieniem go. Nabraliśmy nadziei, że nie spotkamy się kolejny raz z Chrumkającą Ciemnością:-) I nie dlatego, że coś do nich mamy!
Do 77 wiodła prosta, elegancka droga, co niestety było równoznaczne z tym, że musimy pokonać ją biegiem. Tymczasem robiło się coraz bardziej gorąco, duszno i parno. Biegłam sapiąc jak mała lokomotywa i czułam, że nic dobrego z tego nie będzie.

PK 77 zaliczony!

 Jeszcze walczyłam, jeszcze się nie poddawałam i na hasło: biegniemy? zerwałam się do lotu. I to był mój ostatni taki spontaniczny zryw, bo mi się woda w chłodnicy zagotowała (wiem już, co czuje samochód w takiej sytuacji), gęba zrobiła się czerwona jak burak, łapałam oddech jak ryba wyciągnięta z wody, a nogi przestały nieść.
- Dość! Więcej nie biegnę, bo się przegrzałam - zakomunikowałam i zwolniłam do marszu. Najchętniej padłabym na pysk w jakąś kałużę, tyle, że pod nogami był tylko suchy jak pieprz piach. Mimo kryzysu punkt 94 udało się zdobyć.

Punkt na skrzyżowaniu.

 Po dziewięćdziesiątce czwórce zaczęliśmy zbliżać się do cywilizacji i przed nami pojawiły się pierwsze zabudowania.  Od razu się ożywiłam, bo to oznaczało studnię lub szlauf i możliwość zmoczenia czapeczki. Moczenie czapeczki przybiera w moim przypadku różną postać, czasem dość egzotyczną, ale tym razem tylko wpadłam na podwórko z okrzykiem: wooody!!!, pognałam za gospodynią do budynku gospodarczego, nalałam do czapki wody po brzeg i nałożyłam na głowę. Ufff, co za ulga! Jaki miły chłodek!
- A co tu tak co chwilę ktoś biegnie z plecakiem i papierami w garści? - odpytała gospodyni, więc krótko jeszcze musiałam zeznać, co to jest ta cała orientacja i że wbrew pozorom, to wcale nie wariaci biegają, tylko chwilami całkiem normalni i poważni ludzie.
Po ochłodzeniu się od razu nabrałam animuszu i ostro ruszyłam dalej. Nawet biegiem. Niestety, już dobiegając do skraju lasu, na jakiejś bruździe coś mi pyknęło w kostce i przy każdym kroku czułam jakby szpilka wbijała mi się w staw. Popsikałam nogę ketonalem w spraju, ale najwyraźniej moja wiara w jego skuteczność jest zbyt mała, bo nie poczułam większej różnicy. Iść się niby dało, truchtać trochę też, ale nie wiadomo jak długo.

Odpadnie mi ta noga, czy nie odpadnie?

W sumie to i tak nie miałam innego wyjścia jak iść dalej, bo do bazy jakoś wrócić musiałam.
PK 57 dostarczył nam (i pozostałym uczestnikom) mnóstwa raczej negatywnych wrażeń. W miejscu, gdzie spodziewaliśmy się lampionu zastaliśmy Grzegorza z Małgosią czeszących las listek po listku, a po chwili z krzaków powyłazili też inni poszukiwacze.

 Gdzie jest ten jar???

Niestety, było tak, jak w Kubusiu Puchatku - im bardziej zaglądaliśmy, tym bardziej punktu nie było. Straciliśmy tam kolejne pół godziny, żeby dowiedzieć się, że punkt stoi chyba z pół kilometra dalej niż mówi mapa. Kierując się wskazówkami szczęśliwców, którzy dotarli tam przed nami, w końcu znaleźliśmy lampion.
Ponieważ i moja noga i moja wydolność były z lekka podupadłe, postanowiliśmy rozdzielić się - Tomek miał pójść trasą ambitniejszą, ja jak najkrótszą. Ostatnim punktem, który zdobyliśmy razem był PK 82, czyli grab. Żadne z nas nie miało pojęcia jak wygląda grab, ale łudziliśmy się, że przynajmniej będzie albo jakoś bardzo inny w wyglądzie, albo chociaż w rozmiarze. Tymczasem okazało się, że lampion wisiał na najzwyklejszym, niczym nie wyróżniającym się drzewku.

 Ja grab, ja grab. Wisła, jak mnie słyszysz?

Na punkcie 82 nakręciliśmy ostatni wspólny filmik, Tomek pomachał mi i poooszedł. Chyba na PK 76. Ja tymczasem wróciłam na skraj lasu i tym skrajem podążałam do Marynopola. Teoretycznie brzegiem lasu wiodła ścieżka, ale praktycznie był to pas pokrzyw sięgających do pasa. Po chwili nogi piekły mnie jak przypalane na ruszcie, ale tłumaczyłam sobie, że to tak dla zdrowotności. Już po kilkunastu metrach okazało się, że pokrzywy to mały pikuś - zaczęło grzmieć i straszyć burzą. Burzy to ja akurat trochę się boję, szczególnie sama i do tego mając do wyboru tylko schronienie się w lesie albo na pagórku, przez który musiałam przejść. Nerwowo zaczęłam rozglądać się za jakimś zagłębieniem terenu, gdzie mogłabym paść w razie piorunobicia, przypominałam sobie wszelkie znane zasady, mity i zabobony dotyczące zachowania się w czasie burzy i usiłowałam wydłubać z nich jakieś rozsądne rozwiązanie. Najrozsądniejsze wydało mi się szybkie dotarcie do wsi i w najgorszym przypadku wdarcie się komuś do domu. Mimo braku tchu przyspieszyłam i gnałam przed siebie. Burza jakoś rozeszła się po kościach, a ja dotarłszy do asfaltu musiałam przysiąść na moment na przystanku autobusowym żeby opanować zadyszkę i roztrzęsienie. Przy okazji zjadłam batona, zapiłam izotonikiem i świat od razu wydał mi się przyjaźniejszy. Punkt 69 miał stać w lasku. Jak zobaczyłam ten lasek, to od razu przypomniał mi się kawał:
- Józek, podobno wczoraj napadli cię w lesie i pobili?
- Oj, taki tam las - trzy drzewa na krzyż!
No, to tu też były trzy drzewa na krzyż, ale przynajmniej lampionu nie trzeba było szukać. Wychodząc z lasku spotkałam Grzegorza i Małgosię i korzystając z obecności istot ludzkich, poprosiłam o cyknięcie fotki - w końcu dokumentacja musi być.

 Z drugiej strony lasek też się tak szybko kończył.

Kolejnym z moich zaplanowanych punktów był 65 - łatwiutki, bo przy samym asfalcie. Zresztą z daleka widać było porzucone przy drodze rowery, więc ich właściciele musieli buszować gdzieś w pobliżu. Tak z  połowę drogi do punktu to nawet przebiegłam, bo niespodziewanie okazało się, że moja kostka woli trucht niż szybki marsz i jakoś mniej wtedy kłuje.

 Punkt w wyrobisku.

Do PK 46 można było iść dalej asfaltem albo polną drogą, co odległościowo było porównywalne (może asfalt miał lekką przewagę), ale ja miałam już tak dość twardego pod stopami, że wolałam "drogą pylistą, drogą polną..." Niespecjalnie spieszyłam się, bo mnie ciężkie powietrze zatykało i kiedy ponownie wyszłam na asfalt, w oddali zobaczyłam plecy Grzegorza i Małgosi, którzy idąc asfaltem wyprzedzili mnie. Dogoniłam ich na skraju lasku i razem szukaliśmy skrzyżowania ścieżek.
Potem należało podjąć ważką decyzję - iść na 33, czy na 74. Do ostatniego rozwidlenia miałam dylemat, na który punkt iść, ale w końcu zdecydowałam się na 74. Jakoś wydawało mi się, że tym wariantem będzie bliżej do mety, a jak najszybsza meta była moim upragnionym celem.
Zaczął dopadać mnie lekki kryzys, zwolniłam więc trochę. Zresztą punkt na skraju lasu wydawał się łatwiutki, toteż zakładałam, że nie stracę tam dużo czasu.

 Na skraju lasku - brzmiał opis kolejnego punktu.

Dobrze powiedziane - na skraju, ale osobiście wolałabym żeby była podpowiedź: na wschodnim skraju, na północno-zachodnim skraju itd. Oczywiście, że poszukiwania rozpoczęłam od dokładnie przeciwległego skraju niż ten z lampionem. Mało tego - przeszłam obok lampionu o jakieś pięć metrów i nie zauważyłam go i dopiero drugi obchód wszystkich skrajów lasu (już w towarzystwie tłumu przybyłych w międzyczasie poszukiwaczy) przyniósł oczekiwany rezultat.
Na PK 79 pobiegliśmy sporą grupą pieszo-rowerową.  To znaczy rowerzyści pojechali, bo co mieli biec. Punkt opisany był: skrzyżowanie u góry i faktycznie trzeba się było wdrapać na skarpę.

Wspinaczka.

Po podbiciu punktu grupa podzieliła się na idących na 63 oraz idących na 78. Ja zgodnie z wcześniejszymi założeniami ruszyłam w kierunku 78. Uszłam kawałek, nie spodobał mi się kierunek drogi, wróciłam, weszłam w drugą drogę, ale ta nie spodobała mi się jeszcze bardziej. Podobnie nie spodobała się dwóm innym zawodnikom, bo gdy ja w nią wchodziłam, oni już zawracali.  Problem z wyborem ścieżki był dobrym pretekstem do nawiązania nici porozumienia i wspólnie ustaliliśmy, że idziemy moją pierwotną ścieżką i albo doprowadzi nas na 63, albo na 78 - innej opcji nie braliśmy pod uwagę. Po chwili droga nabrała pożądanego przez nas kierunku i doprowadziła w okolice PK 78, co to miał się znajdować nad wykrotem. Ze zdziwieniem skonstatowałam, że jedyna w grupie wiem co to wykrot, ale może w ich środowiskach wykrot nie jest nadużywany. U nas na Mazowszu jak wszędzie jest płasko i nudno, to wykroty są miłym urozmaiceniem tras. Znaleźć ten wykrot nie było wcale tak łatwo. To znaczy wykrotów to ja znalazłam ze trzy, ale żaden nie był ozdobiony lampionem. Do poszukiwań dołączały kolejne osoby - piesi i rowerzyści. Z takim tłumem wykrot nie miał żadnych szans.
Po wykrocie poszliśmy na czereśnie. Nie - nie na opędy, tylko punkt miał być na czereśni. Poszliśmy w liczbie mnogiej, bo już gdzieś od PK 74 co chwilę mijaliśmy się z kolegą X (no, nie zapytałam jak ma na imię - kolego! - przyznaj się!), aż w końcu zaczęliśmy iść razem.

Świeżo zawiązany zespół idzie na czereśnie:-)

Drzew czereśniowych było do wyboru, do koloru, a co jedno to w większych chaszczach i pokrzywach. Każde szukało według własnego planu, ja oczywiście nie poszłam na łatwiznę i wlazłam tam, gdzie rosły największe zarośla. Poszukiwane drzewo było, co łatwo przewidzieć, najlepiej dostępne z drogi. Kolega X, który wcześniej znalazł lampion pomaszerował dalej, uznając mnie najwyraźniej za zaginioną w akcji.
Już w trakcie mojego buszowania w pokrzywach zaczął padać deszcz, zagrzmiało, błysnęło, a kiedy wyszłam w końcu na drogę zaczęła się porządna ulewa. Jakie to było odświeżające! Jakie przyjemne! Na myśli mam oczywiście deszcz, a nie błyskawice i grzmoty, bo za tymi nie przepadam. Po chwili byłam kompletnie przemoczona, ale czułam, że wstępują we mnie nowe siły. Przyspieszyłam i wkrótce dogoniłam mojego towarzysza niedoli.

Droga bardzo szybko zamieniła się w rzekę.

Punkt 61 był łatwy i szybko go załatwiliśmy, za to ja byłam już tak zakręcona, że na karcie startowej zamiast wpisać kod z lampionu zaczęłam wpisywać numer punktu. Poza tym moja karta startowa chciwie chłonęła wodę, równie spragniona ochłody jak ja.

To już przedostatni punkt.

Żeby dojść z PK 61 na PK 41 najrozsądniej było dojść do asfaltu, ale wtedy trzeba by się kawałek wracać. Nie chciało nam się i postanowiliśmy iść dalej przed siebie. W końcu każda droga gdzieś prowadzi. Nie powiem - nawet doprowadziła nas do miasta, ale w którym miejscu wyszliśmy - żadne z nas nie wiedziało. Na rozświetleniu wypatrzyłam coś, co dla mnie ewidentnie wyglądało jak amfiteatr, a kiedy po odpytaniu tubylców okazało się, że owszem, mają amfiteatr na stanie - byliśmy już w domu. Od amfiteatru do kółeczka z punktem na rozświetleniu był rzut beretem. Oczywiście to wcale nie znaczy, że znalezienie pniaka było łatwe. To znaczy pniaków znalazłam ze dwadzieścia, kolega pewnie drugie tyle, bo szukaliśmy każde po swojej stronie ścieżki, a lampionu ani jednego. W pewnym momencie teren przeszukiwało chyba z kilkanaście osób, a kto znalazł? Dzieciak, który wszedł na pierwszą z brzegu skarpę, a mapy pewnie nawet na oczy nie oglądał. Gdzie tu sprawiedliwość na tym świecie? Oczywiście wszyscy skorzystali z radosnego okrzyku: tu wisi lampion!
Czas skurczył nam się dość niebezpiecznie, a do mety było jeszcze ze trzy kilometry. Wszyscy rzucili się biegiem, nerwowo spoglądając na zegarki. Gdyby nie zmęczenie, to te trzy kilometry w moment by się zrobiło, ale jak człowiek już wraca na rezerwie... To była prawdziwa droga przez mękę. Bardzo chciałam zmieścić się w limicie, ale coraz bardziej zostawałam w tyle za wszystkimi. Zabrakło mi jakieś pół minuty i dwa punkty poszły się paść. Trudno.

Wreszcie można usiąść.

W bazie nie zdążyłam się nawet umyć, a już zaczęli wołać na obiad. Tradycyjnego na tej imprezie dzika nie mogłam odpuścić, szczególnie, że żyję już ponad pół wieku na tym świecie, a jakoś nie miałam okazji spróbować dziczyzny. Nooo, nie powiem - dobre było, ale i tak pierogi ruskie były najlepsze - po prostu rewelacja.

 Dzik wszamany, my szczęśliwi.

Do szczęście brakowało mi tylko piwa, a okazało się, że sklep jest tuż za płotem. Nie omieszkałam skorzystać. W bazie tymczasem zaczęła się dekoracja zwycięzców. Tomek kręcił filmiki do swojej relacji, ja zaszyłam się z puszką w końcu sali. Z moim marnym wynikiem na nic nie liczyłam. Zdziwiłam się więc ogromnie kiedy Tomek i organizatorzy zaczęli mnie wołać, a potem obdarowywać cegłą, że niby zajęłam drugie miejsce. Próbowałam protestować, ale kto by mnie tam słuchał. Poza tym w życiu wyznaję zasadę - dają, to biorę, biją, to uciekam. Dopiero kiedy po całym zakończeniu poszliśmy do organizatora żeby sfotografować sobie na pamiątkę nasze karty startowe, wyjaśniło się skąd ta moja cegła. Organizator przyjął założenie, że szłam razem z Tomkiem i mamy taką samą ilość punktów. Po przeliczeniu moich zdobyczy punktowych, okazało się, że należy mi się czwarte miejsce i cegłę mam nielegalnie. Na szczęście nie zażądano zwrotu cegły, bo mieli nadmiarowe i tym sposobem mam miłą pamiątkę, a miejsce sobie przerobię na czwarte. 
Natomiast mam apel do legalnej zajmowczyni drugiego miejsca - u mnie znajdują się przynależne Ci fanty - płyta "Tadek- Niewygodna prawda", biały kubeczek z czerwonym napisem "Kraśnicki malinowy powiat", krem błyskawicznie odmładzający (ale tylko facetów) oraz dwie puszki napoju dającego poweru i odblaski. W jaki sposób mogę Ci je przekazać? A jeśli nie jesteś zainteresowana przekazaniem, to kremem wysmaruję Tomka, do kubeczka naleję mu napoju, włączę płytę i niech się chłop relaksuje:-)

Moja nielegalna cegła. Kiedyś zapracuję sobie na legalną:-)

Jeśli doczytała(e)ś do końca - pochwal się tym w komentarzu. Dla wytrwałych przewidziana nagroda - okruszek cegły:-)

czwartek, 31 maja 2018

Tortecavolini

Ostatnia impreza OTTInO była jednocześnie imprezą urodzinową Darka. Nie mogło więc na mapie zabraknąć ciastka i filiżanki kawy - jak przyjęcie, to przyjęcie:-) Oczywiście wszystko było przesunięte, zmniejszone, przekształcone, ale tak groźnie było tylko w opisie, bo w rzeczywistości dawało się to nawet ogarnąć. Mnie ciągle myliły te dorysowane elementy, czyli na przykład fragment rysunku ciastka brałam za ścieżkę, bo tak to wyglądało. Nie powiem, takie dorysowywanki zawsze mnie wkurzają, bo zasłaniają istotną treść, a jak ktoś do tego jest ślepy, to ma mocno pod górkę.
Zaczęliśmy od PK A, który był na granicy lidaru i mapy BnO, w związku z czym nic nie widziałam i byłam skłonna brać pierwszy widoczny lampion, ale Tomek był czujny i mam nadzieję, że wzięliśmy co trzeba.

 Nasz pierwszy punkt - taki jakiś malutki ten lampionik.

PK B mieliśmy już namierzony, bo natknęliśmy się na niego idąc na start. Kilka kolejnych punktów było w miłej płaskiej okolicy, a potem zaczęła się "mordercza skarpa" znana nam już z innych imprez. W międzyczasie utworzył się nam piękny tramwaj, w porywach składający się z sześciu   osób i czasem do punktu trzeba było stać w kolejce.

Ale oblężenie!

Wspinaczka na skarpę chwilami sprawiała wrażenie udziału w rajdzie przygodowym, czy jakimś runmageddonie, bo po drodze trzeba było pokonywać różne przeszkody. Podobnie było z punktami na starym stadionie.

Jedna z przeszkód.

Duch rywalizacji bynajmniej nie unosił się nad uczestnikami, szliśmy kupą, czasem tylko zmieniając się na prowadzeniu wycieczki.

Praca zespołowa.

Natknęliśmy się też na lampion o kodzie 44 i stowarzyszona część grupy zaliczyła obowiązkowego selfika.

Nie widać, ale tam naprawdę jest 44.

Pod koniec wycieczki spotkaliśmy silną grupę Pięciu Paprochów, a potem z PK F to już szybciutko na metę, bo przecież mieliśmy cały tydzień niedoczasu.

Meta! Meta! Czaas!