piątek, 5 marca 2021

ZZK w Olszewnicy

Bałam się, że po sobotnich hałowych ekscesach Tomek nie będzie w stanie jechać na ZZK, ale jego niczym nie dobije. Wstał rano bardziej rześki niż ja i miał w sobie więcej energii. I dobrze, bo trasy jak na BnO były dość długie - moja 5,2 km, jego 7,3. Oczywiście nominalnie, bo zrobić można ile dusza zapragnie.
Pierwszym sprawdzianem było dojście na start z biura zawodów, bo trzeba było najpierw się umiejscowić na mapie, a potem ogarnąć w którą stronę iść. No dobra, patrzyliśmy, gdzie inni idą:-)
 
To gdzie jest ten start?
 
Uff, jest start, można lecieć.

Na jedynkę pobiegłam bardzo dobrze, tylko lampionu nie mogłam znaleźć. Poleciałam za daleko na południe, wróciłam, odbiłam na wschód, natrafiłam na rów i przynajmniej wiedziałam gdzie mniej więcej jestem. Jakoś udało mi się odbić od tego rowu i w końcu znalazłam poszukiwany dołek, przy którym zresztą w międzyczasie pojawili się inni zawodnicy.  Skradając się za nimi odnalazłam dwójkę, ale dwójka była i tak łatwa, bo na końcu rowu, który wcześniej zaliczyłam szukając jedynki. Trójka stała rzut beretem od dwójki i w sumie dopiero potem mogłam się wykazać sztuką nawigacji. Muszę się pochwalić, że biegłam (oczywiście tam gdzie nie szłam) prawie po kreskach i nigdzie mnie nie znosiło. Zupełnie nie rozumiem jak to jest, że na niektórych mapach notorycznie znosi mnie na prawo, a na niektórych nic ale to nic. Od czwórki biegłam w towarzystwie jakiejś nie znanej mi zawodniczki. Co prawda wybierałyśmy różne warianty, ale spotykałyśmy się przy PK 5 i PK 6 i raz jedna była pierwsza przy lampionie, raz druga.
Z szóstki na siódemkę był dłuuugi przebieg. Bałam się biec na azymut i planowałam część obiec drogami, nawet nadkładając. Moja współtowarzyszka chyba tak zrobiła, bo zniknęła mi z oczu przy przecince, a ja... dalej pobiegłam azymutem. Las był taki ładny, że szkoda mi było biegać drogami:-) Wyznaczałam sobie tylko kolejne punkty orientacyjne, a kawałek biegłam za Igorem przez kilkanaście sekund nawet dotrzymując mu kroku. He, he, he. Już niemal u celu zauważyłam dwa lampiony i musiałam podjąć decyzję, który będzie mój. Wybrałam ten na azymucie i faktycznie - nie zniosło mnie ani kawałek. Moja współbiegaczka obejrzała lampion i zapytała: gdzie my jesteśmy?? Okazało się, że wcale nie jest z mojej trasy, tylko tej dłuższej i domyśliłam się, że ten drugi lampion musi być jej. Nie wiem jakim cudem go nie zauważyła, ale nakierowałam gdzie trzeba i poleciałam dalej. Oczywiście spotkałyśmy się już na następnym punkcie, bo nasze trasy najwyraźniej w większej części pokrywały się ze sobą.
Przed trzynastką spotkałam Tomka, razem pobiegliśmy na czternastkę a potem to już nie byłam w stanie utrzymać tempa i zostałam w tyle.

PK 13

Zostałam w tyle, ale za to twardo trzymałam sie azymutu i kolejne punkty wchodziły bezproblemowo. Zepsuło się przy siedemnastce. Nagle zaczęło mnie znosić w prawo i tak po prawdzie to chyba wiem dlaczego - pobiegłam za kimś z trasy C i bardzo byłam zdziwiona, że siedemnastki nie ma tam, gdzie się jej spodziewałam. Musiałam wykonać stary, sprawdzony manewr - zejść do skrzyżowania i namierzyć się od niego. Pomogło. Ostatnie trzy punkty były już bezproblemowe, bo nie patrzyłam gdzie biegną inni, tylko gdzie prowadzi mnie kompas. Za ludźmi pobiegłam dopiero od ostatniego punktu, zakładając, że wszyscy biegną na metę. Owszem - biegli, tyle, że nie bardzo wiedzieli gdzie ona jest. Tym sposobem z lasu wyszłam o jedno skrzyżowanie za wcześnie i stanęłam z głupią miną nie widząc lampionu metowego. Dopiero ktoś z tłumu machnął mi ręką w kierunku mety i wtedy w oddali zauważyłam lampion. Tak się dać zrobić w konia na samej końcówce... Wstyd. Co prawda potem zauważyłam, że wiele osób szukało mety tam gdzie ja, ale to żadne pocieszenie. 
 
Nawet mi się podobają te moje przebiegi:




środa, 3 marca 2021

(nie taka) Mała Przedwiosenna Hała

Jako że ostatnio ultra-wyryp jak na lekarstwo (wszystkie się odwołały z wiadomych powodów), to szansa wystartowania przez dwa dni w 4 imprezach kusiła. Dokładniej to w trzech imprezach w sobotę i jednej w niedzielę. W sobotę zaczynając od najkrótszego WesolIno, poprzez całkiem długi Dystans Stołeczny, aż wieczorem do naprawdę długiej Przedwiosennej Hały. Niestety, w ostatniej chwili Dystans Stołeczny padł – znaczy się odwołał/przeniósł na za tydzień, czy jakoś tak. Dzięki temu udało się ogarnąć wszystko logistycznie, zassać po drodze obiad i na start Hały dotrzeć jeszcze za dnia. 

 Jakby ktoś nie pamiętał – Hała to zwykle taki produkt Jaszczuropodobny – pojawiają się lidary do dopasowania, nieoczywiste punkty, spory dystans, a każde wydanie sponsorują nietypowo okrągłe liczby. Ten sponsorowała liczba 333 (limit czasu) i 99 (limit spóźnień). Nominalna długość 13,6 km w liniach prostych, tyle że to okolice Kosewka. Takie kultowe okolice – jary, skarpa do pełzania na czworaka, super krzale, znowu jary, znowu skarpa, jeżyny… 

Patrząc historycznie, to w tych okolicach wystartowaliśmy w pierwszym InO – Nocnych Manewrach Stowarzyszy w roku 2014 – więc taki mały „powrót do przeszłości”. 

Do Pomiechówka dotarłem dobrze po godzinie 13:00 – czas, kiedy co niektórzy już wracali z trasy;-) Założenie było proste – 14 km – z błądzeniem jakieś 16, czyli ze trzy godziny i o 17stej wracam do domu. Dostałem połowę mapy, tajemniczy pakunek do plecaka z instrukcją słowną „otworzyć gdy skończy się mapa, wyłącznie na moście w Kosewku” i „poszedłem w las”. 

Hałobus jako baza
Mapa wydawała się prosta – kilka PK w okolicach wyraźnie wyznaczonych przecinkami, lidary raczej oczywiste do dopasowania i zero morderczych skarp i jarów! Pierwsze trzy punkty opisowe w tym pomnik z kawałkiem samolotu, który kojarzę z naszej pierwszej imprezy InO. Szło fajnie, szybko, choć drogi były co nieco oblodzone. Pierwszy wycinek do dopasowania – oczywisty – wszystko się zgadza, jest dół, pełno śladów tylko jakoś lampionu nie widać. Niczym Indianin, na czworaka sprawdzając ślady widoczne w podłożu, nagle dostrzegam lampion – ukryty prawie w „dziupli”. Tu zacząłem się cieszyć, że jednak udało się wystartować za dnia- znalezienie go w nocy byłoby większym wyzwaniem! 


 Mam zdobyte 4 PK, czas 21 minut, ponad 2,5km. Dobrze idzie! 

Dalej drogą prosto jak strzelił. Ciut zwalniam, bo robi się mokro, a szkoda od razu za bardzo się moczyć. Jest poprzeczna droga asfaltowa, powinienem pójść dalej na wskroś ale… coś mi się ta droga nie podoba. Ma inny kierunek!!!. Patrzę na mapę, myślę… czyżbym wyszedł gdzie indziej? Bardziej na południe? Jeśli droga, którą szedłem miała zły kierunek? Niby sprawdzałem ale…. Może ostatni PK to był jednak stowarzysz? Typuję gdzie jestem i lecę asfaltem pół kilometra na północ, aż asfalt nabiera właściwy kierunek. No, prawie słuszny, ale jest jakaś droga w lewo i w prawo jak być powinna. Skręcam w prawo, znajduje jakąś drogę, która zaraz zanika (strasznie ten teren się pozmieniał w stosunku do mapy - myślę) dochodzę do torów i widzę, że tory zaczają skręcać. Czyli już jestem przy PK 9, choć miało być dalej. Idę od torów na azymut, szukam charakterystycznych elementów z lidaru, ale trafiam na lampion i dziurę w ziemi. Dziura jest przy PK 10 – miał to być następny wycinek! Obszukuję dziurę dokładnie, jak nic - PK 10 i trzy lampiony do wyboru. Nie wyznaczyłem sobie skali mapy, więc muszę wybrać właściwy „na oko”, tylko po ukształtowaniu terenu – wybieram japońca;-) 

Trafienie do kolejnego wycinka z PK 9 to już formalność. Przy okazji odkrywam w czym tkwił problem: droga oznaczona na mapie jako utwardzona (asfalt?) zmieniła przebieg – teraz auta jeżdżą przez to, co na mapie oznaczone jest jako ścieżka! Grunt że lampiony znalezione, choć trochę pokrążyłem po okolicy i straciłem czasu na rozmyślania nad mapą. 

Tak krążyłem po PK5
 

Nie dowierzając mapie poleciałem dalej. Znowu asfaltem, którego nie ma na mapie. Aż do wycinka z punktem G. Jak mówi sama nazwa, punkt G zawsze sprawia trudności. Tym razem punkt G zaznaczony na szczycie jakiegoś bunkra. Oczywiście wczołgałem się na górę i szukałem lampionu. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że literki oznaczają punkty opisowe. Doczytałem, że chodzi o liczenie wnęk z symbolami. Musiałem zejść i szukać tych wnęk. Jak to wnęki, były w środku. Czyli najpierw wejście do środka. Jest. Wchodzę – ciemno. Trzeba wyjąć latarkę. Świecę i rozglądam się – wnęka koło wnęki, a w każdej jakiś symbol – taki przypominający pisma dalekowschodnie. Czy chodzi o wszystkie wnęki, czy tylko te w pomieszczeniu zaznaczonym kropką? Liczę je jeden raz, potem drugi, trzeci. Wyszło mi ich 19. Podobno było 20 ale ja tylu nie znalazłem. Może w jakiejś wnęce było kilka znaków? Choć skoro znaki są nieznane, nie wiem czy dwa kolory w jednej wnęce to dwa znaki, czy kreski znaków muszą się stykać? Zresztą pytanie poniżej pasa – bez latarki nie miałbym szans w ogóle zbliżyć się do poprawnego wyniku. I na tyle nieprecyzyjne, że nie wiadomo co liczyć;-) Na pocieszenie fakt, że same umocnienia urokliwe;-) A samo liczenie – 20 minut;-) 

Znajdź tu te 20 punktów G...

 Kolejny wycinek – kolejny bunkier. Jeszcze ładniejszy. Znowu liczenie „wąskich okienek strzelniczych w całym obiekcie”. Problem w tym, że w środku jakaś zakrapiana imprezka. Brzęk tłuczonego szkła, jakieś podniesione głosy. Skoro jakieś otwory strzelnicze są przy wejściu mogą być i dalej w środku, ale wolę nie sprawdzać – ja jestem jeden, a ich kilku i w jakichś bojowych nastrojach. Wpisuję to co znalazłem z zewnątrz i spadam liczyć betonowe stanowiska strzelnicze. 

Ten bunkier obchodzę z daleka

 Opuszczam umocnienia i na azymut idę dalej do PK 2. Niestety, zaczynają się krzaki. Na szczęście dalej drogą – a wręcz szlakiem pieszym. Nawet spotykam jakichś turystów idących z naprzeciwka! 

Po PK 3 ruszam biegiem na azymut w kierunku przedostatniego wycinka. Biegnę sobie biegnę i nagle łup… wpadam w ogrodzenie jakiejś uprawy leśnej. Dobrze, że teren nie pozwalał na rozwinięcie jakiejś zawrotnej prędkości… 

Okrążam płoty drogami, liczę drogi w lewo i skręcam w drugą. Przyspieszam. Coś daleko i teren nie zgadza się z poszukiwanym lidarem. Ale na drodze są jakieś ślady „naszych”. Wreszcie docieram do asfaltu, choć jakoś „za daleko”. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w mapę dociera do mnie, że ta „utwardzana droga na mapie” to wcale nie asfalt, tylko taka leśna dróżka którą przecinałem wcześniej, tego asfaltu przy którym jestem w ogóle nie ma na mapie, a w dodatku nie spojrzałem na kompas i poleciałem drogą, którą na mapie wziąłem za siatkę kilometrową… Słowem dwa kilometry extra… Nic, lecę tam gdzie trzeba i znajduję to co trzeba. 

 

Tak bywa gdy człowiek nie patrzy na kompas...

Został ostatni wycinek, w znanym mi miejscu z treningów ZZK –na górce pełnej jeżyn. Na szczęście łatwo tam dotrzeć drogami. No, prawie na miejsce, bo ostatnie 200m to walka z kolcami;-) 

Jest wreszcie most w Kosewku. 15 km i trzy godziny. Niby wszystko znalazłem, tylko że to… połowa trasy! Otwieram drugą mapę. Tu ciut trudniej dopasować wycinki, ale udaje się. Pierwszy PK 17 w dobrze znanym z ZZK jarze. Tam na treningach zawsze był PK;-) Zwykle przedzierałem się tam jak głupi górą na czworaka, ale postanowiłem tym razem zaatakować od dołu. Nie wiem co lepsze, bo krzaki naprawdę są w tym miejscu nieprzebieżne! Gdy podrapany dotarłem do wąwozu, widzę lampion, zerkam na mapę – zgadza się, spisuję, wykreślam wycinek jako zaliczony i ruszam dalej w górę wąwozu. Wiem, że na górze jest ścieżka i na kolejny wycinek lepiej zejść z góry. Tym razem udaje się zaliczyć oba lampiony całkiem sprawnie. 

Dalej w/g mapy powinna być jakaś ścieżka na dole skarpy. Idę więc. Trafiam na jakiś zagrodzony teren prywatny (ośrodek), ale zagrodzony zgodnie z przepisami. Można przejść brzegiem rzeki. Oczywiście ośrodek pusty, ale idę czujnie, bo zawsze mogą wypaść jakieś psy czy inne zwierzęta hodowlane… 

Kolejny wycinek. PK 14 – trzeba się wczołgać na górę. Udaje się. PK 15 zostawiam na powrót - trzeba iść na kolejny wycinek bardziej na północ. Coś mi się nie zgadza. Czemu ten wycinek mam już wykreślony??? Krótka analiza i wiem – wykreśliłem go gdy brałem 17-stkę, bo obydwa jary podobne! Zresztą chyba wpisując PK 11 patrzyłem na zły wycinek, bo wziąłem stowarzysza, który stał w miejscu takim względem głównego wąwozu jak PK 11;-) A najgorsze jest to, że tam gdzie jest PK 17 jest także PK 18! Chyba powinienem się wrócić! 

Lecę więc na 11-tkę – miejsce także znane z ZZK. I od 11-tki na skróty wracam się na pierwszy wycinek. Kolejne prawie 3 km extra;-) I właśnie zapadła ciemność, czyli czas na latarkę. Może nie pisałem, ale jak do tej pory wszystkie lampiony są „ukryte” – schowane po najbardziej nieoczywistej stronie drzewa i przez to zawieszone często nie w najbardziej oczywistym miejscu przy wskazanym obiekcie. Zobaczymy jak to będzie nocą… 

PK 15 znajduję na szczęście bez problemu (ale wolniej, bo po krzakach w nocy w jarze idzie znacznie wolniej). 

Za to z PK 16 zaczyna się zabawa. Przedzieram się po ciemku przez wszystkie zarośnięte wąwozy, aż jednoznacznie stwierdzam, który jest właściwy. „Tylko” 20 minut. Wracam na drogę – śnieg/woda zamarzła i robi się nieprzyjemnie ślisko. Zostały tylko jeden prosty punkt na górce i jeden wycinek przy mecie, tak ze 2,5 km. Znajduję właściwą przecinkę, podbiegam rozglądając się za PK 20. Staram się mierzyć odległość krokami, nie jestem pewien skali, ale nagle coś się nie zgadza. Jakieś spore skrzyżowanie, szlak pieszy skręca w lewo, a taki skręt miał być znacznie dalej. Może coś przebiegłem? Na mapie nic takiego nie ma! Trochę się wracam i wchodzę w las szukać górki. Coś znajduję, ale lampionu nie ma. Przechodzę górkę do końca – za blisko zabudowań, czyli jednak właściwa górka jest dalej. Tu już na azymut odnajduję właściwe wybrzuszenie terenu i lampion. Za dnia widziałbym co trzeba z drogi, a tak dodatkowy kilometr błądzenia. Na przyszłość trzeba zacząć od skali mapy, a nie zgadywać:-) 

Ostatni wycinek. To już teren parku w Pomiechówku. Jest dół z lampionem. Jeszcze pytanie o rybki. Wcześniej dopada mnie telefon małżonki zaniepokojonej moją przedłużającą się nieobecnością. Bo to z planowanych 200 minut i 15 km zrobiło się prawie 330 minut i 26 km! Szkoda tylko tych lekko bezsensownych pytań na liczenie(gdy jest czegoś więcej niż 5, to naprawdę ciężko się liczy!) i tej pomyłki przy PK 17, gdzie spojrzałem na zły wycinek. Ale za to pochwała organizacyjna za przesmaczne Hałowe jabłka. Dla tych jabłek warto było się dać sponiewierać w tych jarach;-)

WesolInO 2 z missing pointem:-(

WesolInO przybliża się nam do domu. Druga runda została zaplanowana nie w tradycyjnym miejscu, tylko na Groszówce. Jeśli organizator zrobi kolejne przybliżenia (czego mu życzę), to runda ósma powinna odbyć się w moim ogródku. Tylko czy WesolInO ma tyle rund?
Skoro impreza blisko, to wiadomo, że Agata jedzie z nami, więc na starcie stawiliśmy się we trójkę.

Za piękne zdjęcie dziękuję Andrzejowi.
 
 
Ostry start.
 
Ruszyłam pierwsza, ale tuż za mną leciała Agata usiłując naciągnąć mnie na konwersację, czy aby na pewno nie mamy wspólnego pierwszego punktu. No, nie miałyśmy, ale nieco się zdekoncentrowałam  i do jedynki pobiegłam trochę naokoło. Nie żebym dużo nadłożyła, ale nie lubię nie trafiać już na samym początku. Na szczęście dwójka i trójka były łatwe, blisko i z daleka widać było lampiony. Usiłowałam nadrobić stracone na jedynce sekundy i gnałam ile sił w nogach. Nie był to chyba najlepszy pomysł, bo na trójkę już mogłam tylko iść sapiąc i dysząc. I jeszcze do tego ciut mnie zniosło w prawo. Na szczęście byłam w terenie odkrytym i wystarczyło się dobrze rozejrzeć żeby skorygować kurs.
Od piątki zaczęło się bieganie po wydmie. punkty stały raz po jednej stronie, raz po drugiej. Z szóstki na siódemkę szło (bo przecież nie biegło pod górę) mi się wyjątkowo ciężko. Ale może to i lepiej, że poruszałam się powoli, bo okolica była prześliczna i aż milo było porozglądać się dookoła. Całkiem wiosenna aura wręcz zachęcała do wolnych spacerów.
Do czternastki szło idealnie. Trafiałam z punktu na punkt bezproblemowo, a że powoli? Nigdzie mi się nie spieszyło, bo Dystans Stołeczny, co to miał być kolo południa, odwołał się, więc miałam duuużo czasu.
 
 Między PK 12 a PK 13
 
Z czternastki na piętnastkę poleciałam drogą, chociaż miałam wątpliwości czy może aby nie powinnam biec jakoś naokoło, bo linia łącząca oba punkty biegła fantazyjnie gdzieś w bok, załamując się dwukrotnie. Tuż przed piętnastką zeszłam ze ścieżki w las, spotkałam jakiegoś zawodnika oddającego się od miejsca na moim azymucie, podeszłam tam, nic nie znalazłam i stwierdziłam, że najwyraźniej to nie tu. Jakiś dzieciak przedzierał się w kierunku południowym i bezmyślnie ruszyłam za nic. Po jakimś czasie zobaczyłam lampion. Okoliczności przyrody dookoła niego wydały mi się znajome, ale ponieważ na trasie były punkty podwójne, więc nie patrząc na mapę uznałam, że to jeden z nich. Podbiłam, ustawiłam azymut na szesnastkę i ruszyłam. Wszystko wydawało mi się dziwnie znajome, układ górek, ścieżka, takie jakieś daja vu. Zlekceważyłam to uczucie tłumacząc sobie, że wszystkie drzewa i wszystkie górki są do siebie podobne. Cóż, podobieństwa domniemanego PK 16 do PK 7 już nie mogłam zlekceważyć:-) Ale żeby aż tak mnie zniosło? I do tego w lewo?
 
 Byłam tuż przy piętnastce i nie zauważyłam lampionu.
 
Skoro jakimś cudem znalazłam się na siódemce, to nie pozostało nic innego jak namierzyć się na szesnastkę i lecieć dalej. Tak też zrobiłam.
Z szesnastki na siedemnastkę był najdłuższy przebieg, ale większość dało się zrobić ścieżkami i drogami. Siedemnastka stała w terenie rowiastym. Nawet zaryzykowałam i jeden z nich przeskoczyłam, pilnując tylko nogi, żeby nie została gdzieś z tyłu, bo skakanie po rowach z października boleśnie odczuwam do dzisiaj.
Przy osiemnastce czekał na mnie Tomek, który już wcześniej zakończył swój bieg i najwyraźniej dłużyło mu się oczekiwanie na mnie. Dzięki temu mam udokumentowane podbijanie ostatniego punktu.

Ostatni - PK 18.

Jeszcze tylko dobieg do mety z desperacką próbą nie wpadnięcia na Mariusza, który akurat przy lampionie metowym uskuteczniał sesję fotograficzną i już można było odsapnąć.

Meta!
 
Podczas gdy ja się rozciągałam, Tomek poszedł sczytać mojego czipa. I co się okazało? Missing point! Nie podbita piętnastka. I tyle wysiłku na nic:-( No dobra, może nie na nic, bo dobrze się bawiłam, ale jednak szkoda. 
Aż do momentu obejrzenia śladu nie mogłam pojąć jak to się stało, że nie podbiłam piętnastki, kiedy pamiętałam, że podbijam. Okazało się, że zamiast PK 15 podbiłam PK 6 i słowo honoru, że to był jedyny na całej trasie przypadek, że nie sprawdziłam kodu na lampionie. A na mapę to patrzyłam chyba jak jakaś ślepa, że widziałam PK 6 jako punkt podwójny. Cóż, sama sobie jestem winna i mam nauczkę na przyszłość.

piątek, 26 lutego 2021

Dystans Stołeczny 12 - w środku tygodnia, w środku nocy.

Co z tego, że ja kocham Dystans Stołeczny, jak Dystans nie kocha mnie i znowu zrobili mi imprezę nocną, a przecież wiadomo, że ja nocnych nie lubię i boję się. Ale z kolei siedzieć w domu jak oni tam biegają? No, nie da rady. Jedyne co mogłam zrobić to  przepisać się na niższą kategorię, żeby było krócej i jak się potem okazało, wiele osób wpadło na ten sam pomysł. Kategoria MANIAC była tym razem mocno obsadzona:-)
Jakoś tak nam się wcześnie wyjechało i dotarliśmy jako pierwsi uczestnicy, a organizatorzy byli jeszcze w lesie. Dopiero po chwili parking zaczął się zaludniać. Startowaliśmy też jako pierwsi.

Mapę trzeba dobrze obejrzeć.

Tak niespecjalnie mi się spieszyło w ten ciemny las i Tomek musiał mnie niemal siłą wypchnąć. Pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam nie tą drogą co trzeba. Droga coraz bardziej odchylała mi się od azymutu i w końcu musiałam coś z tym zrobić. No to zmieniłam drogę na właściwą. Ponieważ już kawałek ubiegłam, nie bardzo wiedziałam, czy minęłam już na właściwej jakieś skrzyżowanie, a było to ważne, bo na trzecim miałam skręcić w lewo. Trzecie skrzyżowanie wybrałam więc na oko i zaczęłam szukać jedynki. Teren nawet mi się chwilami zgadzał, o ile po ciemku cokolwiek może się zgadzać albo nie, tylko lampionu jakoś nie mogłam znaleźć. W końcu stwierdziłam, że chyba jednak nie weszłam w trzecie skrzyżowanie i nie ma innego wyjścia jak wrócić na start i liczyć drogi od nowa.  A skoro już wróciłam taki kawał drogi i zmitrężyłam tyle czasu, to na pocieszenie odbiłam sobie jeszcze raz start i w ogóle zaczęłam od nowa. W międzyczasie wystartowało już sporo osób i w lesie nie czułam się tak bardzo samotna. Liczenie skrzyżować i pilnowanie azymutu doprowadziło mnie w to samo miejsce co pierwsza próba, tylko tym razem do lampionu namierzyłam się już od skrzyżowania, a nie na oko z drogi i po chwili wypatrzyłam lampion. Uffff, jaka ulga.W oddali widziałam światełka przemieszczające się po wyznaczonym przeze mnie azymucie na dwójkę, więc tak łypałam jednym okiem na kompas, drugim na światełka i tym sposobem dotarłam we właściwe miejsce. Światełek trzymałam się kurczowo w drodze na trójkę, a kawałeczek przed czwórką gdzieś mi zniknęły. Ponieważ niestety większą uwagę skupiłam na światełkach, a nie kompasie, więc oczywiście trochę mnie zniosło i nie mogłam znaleźć karmnika. Na szczęście "moje" światełka też go chwilę szukały i znowu się spotkaliśmy.
Piątkę, szóstkę i siódemkę wzięłam "na sępa", ale coraz trudniej było mi poruszać się w narzuconym przez poprzedzającą mnie grupę tempie. Przed ósemką zniknęli mi gdzieś w gęstwinie, zostałam całkiem sama nie do końca wiedząc gdzie jestem. To akurat niedługo się wyjaśniło, kiedy błąkając się to tu to tam, natrafiłam na wielką dziurę, którą udało mi się zidentyfikować na mapie. Niewiele mi z tego przyszło, bo na lampion i tak nie mogłam natrafić. Tak sobie łaziłam po krzakach łudząc się, że może jednak los będzie łaskawy i ześle jakiś trop i faktycznie był łaskawy- zesłał mi kolejnych zawodników, którzy po kolei podbiegali w jedno miejsce. Tam musiał być lampion!

 
PK 8

Na dziewiątkę trafiłam cudem, choć nie tak od razu, ale za to od najtrudniejszej strony, bo nie zwykłam ułatwiać sobie trasy. Dziesiątka była dość łatwa, a potem znowu poleciałam za człowiekiem napotkanym na dziesiątce. Przed samą jedenastką był już lekki tłum, który razem przemieścił się do kolejnego punktu. Jeszcze do trzynastki udało mi się utrzymać tempo grupy, a potem odpadłam. Ostatnie cztery punkty zdobywałam samiuteńka, bo chyba większość wróciła już na metę. Jeszcze jakieś pojedyncze światełka pojawiały się w oddali, co i tak dodawało mi otuchy, choć niespecjalnie pomagało. Prawdę mówiąc to nie wiem jakim cudem natrafiłam na te lampiony, ale jak widać cuda się zdarzają:-) Z ostatniego punktu przedarłam się już do drogi i szłam wzdłuż barierek wypatrując mety. Tak trochę spodziewałam się tam Tomka czekającego ze zniecierpliwieniem, a tymczasem okazało się, że dotarłam do celu pierwsza. Cóż, jemu też nie poszło jakoś rewelacyjnie.

Wreszcie na mecie
 
Jak ja się cieszę, że dni już robią się coraz dłuższe - jeszcze chwila i żaden organizator nie da rady wyciąć mi numeru z nocnym bieganiem o osiemnastej:-)
A poniżej mój żałosny przebieg. Na tych ostatnich punktach też byłam, tylko mój zegarek chciał mi dorównać w wyczynach i też się pogubić, to przynajmniej zgubił satelitę, czy czym on się tam namierza.
 

 

środa, 24 lutego 2021

Nie taki Orient straszny, jak na mapie wygląda.

Do TREPowych imprez mam mocno ambiwalentny stosunek. Bo niby wszystko jest jak należy, nie odbiegają standardem od innych imprez, obiektywnie są super, to jak coś ma mi kompletnie nie wyjść, to na pewno właśnie u nich. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Na Orient jechałam więc z przekonaniem, że na pewno się nie uda, ale odpuszczać nie zamierzałam.
 
 Gotowi na wszystko.
 
Mapa nie spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Na formacie A4 część z punktami kontrolnymi zajmowała  malutki obszar, a na reszcie panoszyły się napisy, loga, ozdobniki i fragment mapy poza terenem zawodów, nie wiem po kiego czorta dołączony. W efekcie mapka w skali 1:10000 gęsto usiana punktami stanowiła plątaninę poziomnic, ścieżek, kółeczek i linii między nimi. Oryginalna mapa tworzona była w skali 1:5000. I komu to przeszkadzało???? Dobra, wiem, że to ja jestem ślepota i inni pewnie wszystko super widzieli, ale mimo wszystko ten stosunek mapy do ozdobników na kartce jakiś dziwny wyszedł.

 I poszła w las.
 
Udało się na mapie znaleźć start i pierwszy punkt, nie pozostało więc nic innego jak ruszyć w trasę. Pierwsze kilkadziesiąt kroków biegłam, ale ponieważ wciąż było pod górę, więc w końcu nie dałam rady i już szłam, ale starałam się przynajmniej iść raźnym krokiem. Dobrze, że prawie do samego punktu prowadziła ścieżka.
 
 PK 1

Na dwójkę azymut wskazał mi jakieś krzaki, stałam więc i gapiłam się na mapę kombinując jak by to zrobić inaczej, aż mnie Tomek musiał zmobilizować do ruszenia się z miejsca. Akurat spod jedynki ruszała kilkuosobowa grupa, więc dołączyłam do orszaku, oczywiście pilnując gdzie tłum podąża, bo niekoniecznie wszyscy musieli iść tam, gdzie ja. 
Między dwójką a trójką na mapie zaznaczony był podmokły obszar, a ponieważ organizator mówił, że tam gdzie na mapie niebiesko, tam w terenie mokro, pracowicie obeszłam więc mokradło, a już w domu dowiedziałam się, że Tomek przeszedł na skróty i było spoko.
 Przy czwórce miałam drobne nieporozumienie z mapą, bo sądziłam, że idę brzegiem jeziorka, a tymczasem lazłam przez jego środek (wcale nie było tak dramatycznie mokro) szukając wyniesionego cypelka z punktem. W końcu zastanowiło mnie, że wszyscy inni zawodnicy znikają mi z pola widzenia w jednym, konkretnym miejscu i aż poszłam sprawdzić dlaczego. Cóż, może dlatego, że tam stał PK4?
Do dziewiątki szło nad wyraz dobrze, a potem, w gmatwaninie ścieżek przed dziesiątką, pokićkały mi się kierunki i w ogóle to myślałam, że jestem na innej drodze niż byłam. Uratowało mnie dopiero ogrodzenie, które zidentyfikowałam na mapie.
Reszta trasy poszła dobrze. Oczywiście, że korzystałam z inostrad (no bo w końcu na tym polega orientacja zimą) oraz pleców poprzedzających mnie osób (starannie wybierając te plecy, które biegły w słusznym kierunku).
Ogólnie było znacznie lepiej niż się nastawiałam, pominąwszy oczywiście trudny dla mnie teren, bo zmachałam się jak koń na westernie. Na przebiegu między piątką a szóstką, który był odcinkiem specjalnym z premią górską dla najlepszej/go góralki i górala, nawet nie próbowałam walczyć, tylko spokojnie maszerowałam ścieżkami ile się dało. Ciekawa jestem - kto wygrał?
 

 

wtorek, 23 lutego 2021

WesolInO i zaginiona czternastka.

WesolInO kocham trochę inaczej niż Dystans Stołeczny. Chyba bardziej interesownie, bo kocham za coś. Za to, że jest blisko domu; za to, że zawsze w tym samym miejscu i nawet jak się pogubię to nie jest to stresujące; za to, że jest baza w szkole, a ja lubię odrobinę luksusu i wreszcie za to, że w razie czego umiem samodzielnie dojechać:-). Bardzo ucieszyłam się, że wreszcie impreza rusza i od razu postanowiłam iść na całość, czyli zapisać się na trasę C.

 
Ekipa w składzie....

Na starcie (bo bazę w szkole tym razem ominęliśmy) zastaliśmy grupę przytupujących nogami orientantów i... nic więcej. Organizator w lesie. Stwierdziliśmy, że pewnie się zgubił, ale postanowiliśmy jednak poczekać. W końcu organizator wrócił i mogliśmy ruszyć na trasy. Moja miała nominalnie 6,3 km i 24 punkty. Trochę dużo.

Start!

Ruszyłam wygodnie drogą, potem kawałek ścieżką, ciut na przełaj i pierwszy punkt był mój. Na dwójkę - przełaj, droga, ścieżka, jest. A potem ustawiłam sobie kompas odwrotnie i zamiast na trójkę, ruszyłam w dokładnie przeciwnym kierunku. Doszłam do ścieżki i za nic nie chciał mi się zgodzić jej kierunek. Bo i dziwne byłoby gdyby się zgodził. Dopiero wtedy mnie olśniło, że zgodnie z normami matematycznymi kierunek to może i mam dobry, ale zwrot to na pewno nie. Zawróciłam do dwójki i namierzyłam się już prawidłowo.

 
 A ta ścieżka tu skąd???

Po tym błędzie skupiłam się już bardziej na tym co robię i od razu poszło lepiej. Początkowo szlaki azymutowe musiałam wydeptywać sobie sama, bo chyba startowałam jako pierwsza w mojej kategorii, ale bez problemu dałam radę. Z czasem zaczęły pojawiać się małe inostradki, potem i duże i to było wielkie ułatwienie dla mnie. I wcale nie chodzi mi o nawigację, tylko dużo wygodniej leci się po udeptanym śniegu, niż po nieudeptanym, który zapada się pod nogami i strasznie męczy. A przecież dodatkowo trasa prowadziła po wydmie, przy czym niemal każdy punkt stal po jej przeciwnej stronie.
Do trzynastki szło dobrze. Podbiłam punkt i ustawiłam azymut na kółeczko podpisane 10/14. Wszystko się zgadzało - droga, rów, lampion, tylko kod jakiś taki inny. Przy punkcie spotkałam Anię, która była na innej trasie, więc pomyślałam, że ten lampion jest jej, a mój będzie kawałek dalej, bo ma być przecież na końcu rowu, a nie w jego trakcie. No niestety, na końcu rowu nic nie było. Na wszelki wypadek przeszukałam teren w różnych kierunkach, wróciłam do drogi, znowu się namierzyłam, znowu wylądowałam przy tym samym lampionie i dopiero wtedy zauważyłam, że po drugiej stronie kółeczko oznaczające punkt jest podpisane 6/15. A niech to szlag trafi! Mój właściwy punkt był całkiem gdzie indziej. Jak ja nie lubię podpisywania punktów kilometr od kółeczka!! Wrrr!!!

 
Szukaj wiatru w polu...

Strasznie byłam zdegustowana po tej czternastce i całe szczęście, że reszta trasy poszła mi dobrze, bo inaczej na metę chyba wpadłabym gryząc i plując jadem. Po czternastce zaliczyłam jeszcze dziesięć punktów, więc złość zdążyła wyparować i dzięki temu organizator ocalił życie:-) Na metę dotarłam ledwo żywa bo przez to błądzenie zrobiłam prawie osiem kilometrów, zahaczając o rekord długości czasu przebywania na trasie - godzina i czterdzieści kilka minut. Akurat na czas wpłynęło też marne tempo przemieszczania się i jedynie pociesza mnie dobry przelicznik opłaty w stosunku do czasu trwania zabawy. Ten zresztą zawsze mam dobry:-)

Ufff, koniec!

Nie chcecie wiedzieć jak na drugi dzień bolały mnie nogi, w każdym razie posiadanie schodów w domu uznałam za duży, duży błąd. Ale cóż - bieganie po wydmach musi boleć.

piątek, 19 lutego 2021

ZZK - Szkółka Skierdy

W niedzielę bałam się czy w ogóle wstanę z łóżka po sobotnim szaleństwie, ale o dziwo - dało radę. Tym razem dystans miał być mniejszy - raptem 4 km z drobnym hakiem i jedyne marne 12 punktów.
W bazie zawodów spotkaliśmy dawno nie widzianą Chrumkającą Ciemność i aż sobie musiałam cyknąć z nimi fotkę. Takie czasy, że nie wiadomo kiedy okazja się powtórzy:-)
 
 Gotowi na wszystko.
 
 Przed startem, przy pobieraniu map, dowiedzieliśmy się, że jeden z punktów stoi trochę inaczej, bo organizatorów zaskoczył płot, który zjawił się znikąd i bałam się, że jak całą uwagę skupię na pamiętaniu o tym, to nie ogarnę reszty trasy.  Zupełnie niepotrzebnie się martwiłam - zanim doszliśmy na start, już zapomniałam o przesuniętej dziewiątce:-)
 
 Ładnie wyznakowane dojście na start.
 
Jeszcze check i  lecę.

Startowaliśmy jako jedni z pierwszych, więc wiedziałam, że nie mam co liczyć na wydeptane ścieżki, a przynajmniej nie na początku. Do pierwszego punktu i tak biegło się szeroką przecinką i dopiero końcówka na azymut. Poszło jak po maśle, podobnie dwójka.
Z trójką miałam lekki problem. Ruszyłam na azymut, ale szybko mi przeszło i jak najszybciej skierowałam się do przecinki, żeby chociaż kawałek mieć wygodnie. Niestety, trójka stała tak, że jak by nie kombinować to i tak większość trasy leciała na przełaj. Od skrzyżowania ruszyłam więc azymutem i szybko natrafiłam na ścieżkę. Jeszcze nie była to inostrada, ale widać było, że kilka osób tędy szło. Sprawdziłam z kompasem - kierunek pasował idealnie, więc ruszyłam. No niestety, skoro mi kierunek pasował idealnie, to znaczyło po prostu, że znosi mnie w prawo. Tak znosiło, znosiło aż w końcu przestało mi się to podobać, bo punkt powinien już być, a teren się nie zgadzał. Podeszłam jeszcze kawałek i zobaczyłam jakiegoś zawodnika wpatrzonego w mapę. Okazało się, że szuka tego samego punktu i też mu się coś nie zgadza. Wspólnym wysiłkiem ustaliliśmy, że jesteśmy jedno wzniesienie za bardzo na południe. I faktycznie - lampion stał na zboczu sąsiedniej wypukłości.
Kolejne punkty były już bez niespodzianek. Po pierwsze dlatego, że doprowadzały do nich coraz szersze inostrady, po drugie pilnowałam znoszenia w prawo, po trzecie na niektóre dawało się lecieć drogami.
 
 Między PK 5 a PK 6
 
Okolice szóstki wydały mi się dziwnie znajome i po chwili przypomniałam sobie jak na którychś zawodach trzy razy namierzałam się tam na punkt od krzyża i za nic nie mogłam go znaleźć. Może dlatego, że źle stał.
Przed dziewiątką, o dziwo, przypomniałam sobie, że punkt ma stać trochę inaczej niż zaznaczono na mapie. Chyba widok płotu mi o tym przypomniał. Na przedostatniej prostej, w oddali, zauważyłam maszerującą Marzenę i zdobyłam się na zryw, żeby ją dogonić. Jakoś musiałam się motywować, bo pod koniec trasy tempo mi coraz bardziej spadało.
Dojście do jedenastki od strony drogi zagradzał wał gałęzi, karp czy co to tam było. Oczywiście zamiast obejść z którejś strony (nic przecież nie ciągnie się w nieskończoność) musiałam przedrzeć się przez przeszkodę tam gdzie pokazywał azymut. Nie byłam jedyna z takim pomysłem, więc może to miało sens? Od jedenastki usiłowałam dorównać kroku Dorocie i Tosi, ale chociaż robiłam co w mojej mocy, nie dałam rady kondycyjnie. Ale to na pewno wina sobotniego przetrenowania! :-)))
A tak wygląda mój przebieg. Chyba całkiem spoko.


wtorek, 16 lutego 2021

Dystans Stołeczny 11 - odwzajemnione uczucie?

BKS Wataha - doceniam, doceniam. Fantastycznie zareagowaliście na moje wyznania miłosne dotyczące Dystansu Stołecznego i rozumiem, że chcieliście mnie uszczęśliwić na maksa, ale czy jednak troszkę, tak ociupinkę, odrobineczkę nie przesadziliście? No bo aż 38 punktów i prawie 7 km dla wkręconych? Jak na starcie zobaczyłam same opisy, to już mi skóra ścierpła, a o mapie to już wolę nie mówić. Niby wiedziałam na co się piszę, ale inaczej się to widzi w domu, a inaczej w lesie.

Moje na szczęście to zielone, Tomek dostał to dłuższe.

Na domiar złego w sobotę w pogodzie zaczęły się różne przetasowania z ocieplaniem i wzrostem ciśnienia na czele, więc jak przystało na meteopatkę, czułam się fatalnie. Nawet brałam pod uwagę możliwość skrócenia trasy, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
 
Przed startem.

Pierwsze dwa punkty mieliśmy z Tomkiem te same, bliziutko od startu, tylko azymut wskazywał akurat największe krzaki. Tuż przede mną ruszył Przemek, więc ja szybciutko myk, myk, po jego śladach. W te krzaczory oczywiście.

No to start!

Po chwili dogonił mnie Tomek i razem, tropem Przemka podążaliśmy na te wspólne punkty. Potem nasze drogi się rozeszły. 
 
Pierwszy punkt zdobyty.
 
 Ponieważ startowaliśmy w miarę na początku stawki, więc na pierwsze punkty nie było jeszcze wydeptanych inostrad, a przynajmniej nie były one jednoznaczne i wyraźne.  Z każdym kolejnym punktem jednak było coraz lepiej pod tym względem, bo przecież kto chciał, to mnie wyprzedzał i torował mi drogę. Poczciwe ludziska:-)
Zauważyłam, że gdybym kierowała się wyłącznie azymutem, to za każdym razem znosiło by mnie w prawo. Wykoncypowałam więc sobie, że będę wybierać te wydeptane ścieżki, które są trochę w lewo w stosunku do tego, jak ja bym poszła. Sprawdziło się. Oczywiście patrzyłam też na rzeźbę, bo jednak tak na 100% to ja nikomu nie wierzę i wolę trzymać rękę na pulsie.
Przy jedenastce musiałam podjąć decyzję - idę na całą trasę, czy wracam przez 35, 36, 37 i 38. Ponieważ trochę się już rozkręciłam, a zimne, leśne powietrze postawiło mnie do pionu, postanowiłam zaliczyć całość. Tak na luzie, bez spiny, trochę idąc, trochę biegnąc - czyli w sumie, tak jak zawsze:-)
Siedemnastka i osiemnastka, mimo że znane z innych zawodów, znowu zrobiły na mnie wrażenie. O ile z siedemnastką nie miałam problemów, to na osiemnastkę nie mogłam się jakoś wdrapać, mimo kolców, a na dół zjechałam na tyłku, kiedy grunt nagle usunął mi się spod nóg. Dużo tego zjazdu nie było na szczęście, bo zaraz złapałam się jakiejś roślinności. Tomek miał tam mniej szczęścia, bo co prawda strat w ludziach nie zaliczył, ale w sprzęcie już tak - zgubił kolce z obu nóg.
Przy PK 30 spotkałam Tomka - dla niego był to już czterdziesty drugi punkt!
 
PK 30
 
Punkty na mapie rozmieszczone były bardzo gęsto, więc cały czas trzeba było zachowywać czujność i pilnować, żeby któregoś nie przeoczyć. Dobrze, że potem już były inostrady jak Marszałkowska i że szybko wypracowałam patent na wybór właściwej, bo pilnowania mapy, kierunku i kolejności punktów to już bym chyba nie ogarnęła. Inostradę zgubiłam dopiero po PK35. Oczywiście od razu zniosło mnie w prawo i kiedy sobie przypomniałam o tej dolegliwości, to zaczęłam szukać bardziej w lewo, aż w końcu znalazłam. Potem już lepiej pilnowałam ścieżek, zresztą nagle pojawili się inni zawodnicy, bo meta była tuż tuż i lecieliśmy już w kupie. No nie powiem - łatwo się biega po czyichś śladach, ale już trochę tęsknię za możliwością wyboru własnych wariantów. Jest wtedy więcej emocji, bo albo się trafi, albo nie. Po śladach to wiadomo.
Na mecie, w biurze zawodów czekała połowa tomkowych kolców, a żeby mieć komplet, od organizatorów dostał drugie, które mieli zdobyczne z jakiś poprzednich zawodów. Tym sposobem wyszedł na swoje.
Ja w sumie też wyszłam na swoje, bo zaliczyłam całą trasę, nie zamęczyłam się na śmierć i mam satysfakcję, że dałam radę.

Przebiegi pewnie takie same jak u wszystkich:-)

piątek, 12 lutego 2021

Fatalne zauroczenie, czyli dlaczego pojechałam na DS 10

Po powrocie z Chotomowa wykąpałam się, zjadłam i padłam. Tomek obudził mnie późnym popołudniem i od razu przywalił z grubej rury, że pora się zbierać. Hola, hola! Przecież za oknem ciemno i lodowato, to gdzie się zbierać? Po co? No tak, ale to Dystans Stołeczny.... Jak już się publicznie przyznałam, że kocham tę imprezę, to przecież jej teraz nie zdradzę z ciepłym łóżkiem. No i co było robić? Musiałam wstać i pojechać. Całe szczęście, że etap był po mieście i dość krótki.
Ubrałam na siebie wszystko co tam miałam w szafie, no bo zimno, na buty kolce, bo ślisko i tylko o czołówce nie pamiętałam, ale Tomek na szczęście był czujny. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, ze zdziwieniem skonstatowałam, że wszystkie chodniki są idealnie odśnieżone i posypane, wiec zapadła decyzja - zdejmujemy kolce. Już przy pierwszym punkcie zastanawiałam się czy to na pewno było dobre posunięcie. O ile chodniki były w stanie idealnym, to park stanowił jedno wielkie lodowisko. 
Do jedynki to jeszcze dawało się w miarę spokojnie podejść po trawniku, ale już do dwójki bałam się lecieć po prostej i wolałam  alejką. Do dziesiątki punkty stały miedzy blokami, więc biegało się dobrze. Dwunastka stała na środku lodowiska (czyli parku) więc znowu kombinowałam jak ją zajść alejkami, które choć nie idealne, to jednak dawały jakieś szanse na bezpieczne dotarcie. Udało się. 
Między dwunastką a trzynastką rozciągała się idealna gładź. No dobra, może nie była idealnie równa, ale chodzić to się po tym i tak nie dawało. Nie wiem dlaczego obiegnięcie tej pułapki wydawało mi się za długie, a może zadziałał przykład innych zawodników, w każdym razie postanowiłam przejść po lodzie. Trzymałam się wszystkiego czego się dało, a że przede wszystkim (a właściwie jedynie) było to powietrze, więc wielkiego oparcia raczej nie miałam. Pokonanie tego krótkiego odcinka zajęło mi chyba tyle czasu, że obiec zdążyłabym ze trzy razy. W końcu jednak złapałam grunt pod nogami. Ale jak ja się rozgrzałam podczas tej przeprawy! Byłam gotowa ściągnąć z siebie z połowę warstw.
Reszta punktów znowu stała między blokami z dobrze utrzymanymi chodnikami, więc nie było problemu. Jedynie do szesnastki, jeszcze na obrzeżach parku trzeba było podejść czujnie.
Na krótkiej, ale naszpikowanej dwudziestoma dwoma punktami trasie, z 2,8 km udało mi się zrobić 3,9 km, no ale nie dawało się na krechę - albo przeszkadzały budynki, albo lądolód.
Dwa biegi jednego dnia trochę dały mi do wiwatu, ale nie żałuję. Czasem trzeba się sponiewierać.

Chwilami GPS łapał tak sobie - naprawdę byłam na wszystkich punktach:-)

czwartek, 11 lutego 2021

Mroźny ZZK w Chotomowie

W niedziele zaserwowaliśmy sobie podwójną dawkę BnO - rano ZZK, a wieczorem Dystans Stołeczny. Trochę się bałam jak to wytrzymam, bo zrobiło się jeszcze zimniej niż w sobotę, ale podjęłam wyzwanie. Na poranny bieg ubrałam ciepłą czapkę, najgrubszego buffa na szyję, dwie pary rękawiczek, no i oczywiście tym razem pamiętałam o kolcach. I całe szczęście, bo już parking wyglądał tak: 
 
 
Bez kolców ani rusz.
 
Na parkingu spotkaliśmy Anię, która po kilku miesiącach leczenia kontuzji wreszcie zjawiła się na zawodach i razem ruszyliśmy na start.

 
Mimo kolców niełatwo było utrzymać równowagę.
 

 
Jeszcze pamiątkowa fotka.
 

Przygotowanie sprzętu...
 

 I niczym rącza łania pognałam w las...
 
No dobra, z tym pognaniem był lekki problem, bo od razu zaczęły się krzaki, które skutecznie ograniczyły tempo, usiłując za wszelką cenę pozbawić mnie oczu. Poza tym w biegu trudno się rozmawia, a z Anią nie widziałyśmy się tak długo...
Pierwsze dwa punkty miałyśmy te same, więc trzymałyśmy się razem. Oba były blisko mety, łatwe do znalezienia. Potem musiałyśmy się już rozstać. Na trójkę ruszyłam ścieżkami, choć początkowo nie mogłam się zdecydować czy biec najpierw na zachód, a potem na południe, czy najpierw na południe, a potem na zachód. Druga opcja zwyciężyła. Wydawałoby się, że marne nakładki na buty, kupione za grosze w owadzim sklepie, nie dadzą rady oblodzonym ścieżkom, a jednak. Biegło się dobrze, czułam, że trzymam się podłoża i nie stresowałam się, że zaraz wygrzmocę.
Czwórka, piątka i szóstka były w zakolu wydmy i żeby się do nich dostać trzeba było wleźć na górę i zleźć na dół, ale że to początek trasy to jeszcze dałam radę zrobić to sprawnie.
Siódemka i ósemka znowu za grzbietem, ale tym razem niższym. Nawigacyjnie nieustannie łatwizna.  I praktycznie tak już było do końca - raz jedna strona wydmy, raz druga, potem zmieniła się wydma, prawie wszędzie bieganie na azymut, punkty łatwe (albo mi tak dobrze szla nawigacja) -czyli praktycznie nuuuda.  Ponieważ trasa była dość długa, to od tego ganiania w górę i w dół (no wiem, dla innych to żadne przewyższenia) już w połowie drogi byłam wykończona, a przecież musiałam zostawić sobie jeszcze jakieś siły na wieczór. Niestety, zwolnić za bardzo nie można było, bo od razu robiło się zimno. 
Gdzieś od PK 16 w stronę mety biegła już cała grupa, więc trzymałam się ich wzrokiem, sprawdzając tylko czy aby na pewno lecą na te same punkty co ja. Na ostatniej prostej do mety jeszcze zdobyłam się na zryw, oczywiście na taki, na jaki można sobie pozwolić na lodzie:-)
Nigdzie nie udało mi się zgubić, żadne atrakcje mnie nie spotkały i nawet zajęłam przyzwoite piętnaste miejsce na ponad trzydziestkę zawodników. Kurcze, najwyraźniej coś poszło nie tak:-) To chyba ten mróz tak mnie zmobilizował do jak najkrótszego przebywania na trasie. Co prawda nadłożyłam jeden kilometr w stosunku do dystansu nominalnego, ale na pięciu kilometrach to jak na mnie wcale nie dużo.
Tomek przybiegł niedługo po mnie (nawet nie zdążyłam konspiracyjnie zjeść mrożonego ciastka) i czym prędzej (nawet nie rozciągając się) ruszyliśmy do domu, żeby zdążyć odpocząć przed wieczornym bieganiem.