piątek, 6 lutego 2026

WesolInO - czyli za zimno, za daleko i za ciężko.

Gdyby nie to, że na poprzednim WesolIno zapisaliśmy się na cały cykl (i oczywiście opłaciliśmy), to chyba żadna siła nie wyciągnęła by mnie do lasu na taki mróz. Poczucie obowiązku i bliska odległość od domu jednak zwyciężyły. W lesie śniegu masa, że nawet nie było gdzie zaparkować, bo drogi nie dość, że wąskie, to jeszcze odśnieżone tylko pośrodku, a z boku usypane zwały śniegu. Dobrze, że przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i gdzieś tam udało się wcisnąć samochód w mniejszą zaspę.
 
Przed biegiem.

Zimno było przeokropnie - tak, że po raz pierwszy nie przemogłam się, żeby zdjąć kurtkę i postanowiłam ruszyć na trasę w pełnym rynsztunku. Zresztą nie byłam jedyna, bo inni też woleli zachować ciepełko.
Jak na takie warunki, to trasę miałam strasznie długą i żałowałam, że nie zapisałam się na A. Ale głupio mi było zapisywać się na jakieś 2 km, zresztą przy zapisach nie przewidywałam takiej pogody.

Start.
 
Wcale nie chciało mi się nigdzie ruszać, ale przemogłam się i wystartowałam. Coś tam do pierwszego punktu było już wydeptane - tyle, żeby trafić bez kombinowania, ale nie tyle, żeby było wygodnie się przemieszczać. Usiłowałam biec, żeby się rozgrzać, ale w zapadającym się śniegu wcale nie było to łatwe. Dwójka była tuż przy jedynce, a za to do trójki prawie na miejsce dawało się dobiec ścieżkami. Gdzieś jeszcze przed trójką zaczęło mi nie być dramatycznie zimno, ale też nie mogę powiedzieć, że zrobiło się ciepło. Widocznie za wolno biegłam:-) 
Do czwórki to tak mi się ciągnęło, że już w połowie odległości zaczęłam szukać lampionu, bo wydawało mi się, że idę już wieki. Co prawda w terenie nic mi się nie zgadzało z miejscem na mapie, gdzie powinien stać punkt, ale poszukać nie zawadzi. Niestety, nic nie znalazłam, więc powędrowałam dalej. Nie dość, że szłam wariantem autorskim, to jeszcze w zasięgu wzroku żywego ducha nie było. Już mnie zaczęła z lekka rozpacz ogarniać, kiedy na horyzoncie pojawiły się żywe duchy, a przy podejściu bliżej jedną z żywin okazał się Tomek i co najważniejsze potwierdził, że punkt jest i czeka na mnie.
Kolejny raz spotkaliśmy się przy piątce. Na piątkę na szczęście spory kawał leciało się drogami i tylko końcówka na azymut. Poszło dobrze.

Hej! Hej!

Spotkanie przy piątce trochę mnie rozkojarzyło, swoje dołożyło zmęczenie i na szóstkę poszłam głupio. To, że nawet na chwilę wyszłam na właściwą drogę niczego nie zmieniło, bo zaraz z niej zeszłam. Myślałam, że jestem dalej i skręciłam na niewłaściwym skrzyżowaniu. A potem było gorzej i gorzej. Nawet fakt, że kierunek drogi był dość abstrakcyjny nie zwrócił mojej uwagi.  Co zresztą nie dziwne, bo od jakiegoś czasu weszłam w tryb przetrwania i  czynności życiowe ograniczyłam do marszu przed siebie (żeby nie zamarznąć), a myślenie wyłączyłam. W końcu dotarło do mnie, że skoro i tak nie ma szans na szóstkę, to należy iść przynajmniej w kierunku mety, czyli na północ. Dobry (albo i nie) los sprawił, że idąc tak w stronę mety natknęłam się na zakręt sieci energetycznej i zorientowałam się, gdzie jestem. Z radości aż postanowiłam wrócić się po szóstkę, co w ogólnym rozrachunku nie miało żadnego sensu.

No nic mi tu nie pasuje...

Co z tego, że znalazłam szóstkę, skoro na siódemkę i tak nie trafiłam, mimo że byłam blisko, bardzo blisko. No dobra, jakoś specjalnie to się nawet nie starałam. Miałam dość, do tego zaczęłam trochę marznąć, a głowa napierniczała mnie ile wlezie, bo przecież musiałam jeszcze odpracować meteopatię. Teraz to już na serio zamierzałam dotrzeć do mety. Jedyne ustępstwo na jakie poszłam, to wzięcie dziesiątki, która stała niemal przy drodze. Po co mi ona była, to sama nie wiem.
W końcu dowlekłam się na metę i nawet ją odbiłam, żeby organizatorzy nie pomyśleli, że zaginęłam w akcji. No, ale wiadomo - nkl to żaden wynik. Najważniejsze jednak, że przeżyłam, choć chwilami nie zanosiło się na to. Niech ta zima już się skończy!!!!

Udało się wrócić.

 
A tak mi to wyszło.

czwartek, 5 lutego 2026

Orient

 

Orient – można powiedzieć już „tradycyjnie” zawitał w okolice Wiązownej. Niby do Emowa, ale mapa ta sama. Jakoś nie czuję powołania do MnO i standardowo poszedłem na BnO. Takie „klasyczne”, z perforatorami. Po niebieganym śniegu, nie tak jak w Falenicy, gdzie biega się właściwie zawsze po ścieżkach.

Dostałem mapę w dłoń i wystartowałem. Oczywiście w złym kierunku. No, może nie zupełnie złym, ale drogą oddalającą się od pierwszego PK. Nie zostało mi nic innego jak wbić się w sypki śnieg podążając we właściwym kierunku. Ze złości zamiast biec, jak przystało myślącemu orientaliście ścieżką, prułem na azymut. Prułem to może zbyt wiele powiedziane… pełzłem raczej po tym śniegu.

Do PK 2 nie za bardzo było jak dostać się ścieżkami. Niby coś na mapie było, ale widząc stan śniegu przy PK 1 sądzę, że raczej mało wydeptane. Tak więc, wydeptywałem nowy szlak do PK 2 (taki urok gdy człowiek za wcześnie zgłasza się na start). PK 4, 5, 6 i 7 ciągle po śniegu. Nieraz pojawiał się pojedynczy ślad, ale nie zawsze prowadził we właściwym kierunku. A brnięcie po śniegu jest mega męczące….

Koło PK 7 zaczęły pojawiać się inne osoby. Zawsze w towarzystwie raźniej;-)

Przy PK 9 dopadła mnie łosia rodzinka. Trzy czy cztery dorodne sztuki, chyba wypłoszone przez innych biegaczy.

Po PK 10 kawałek udało się pobiec ścieżką. Niestety – nieduży kawałek. Potem odbiłem w jakąś inostradę – tyle że taką mało szczęśliwą, bo zaprowadziła mnie trochę na manowce, w pobliże PK 3 zamiast PK 11.

Klubowy PK12
Problemy pojawiły się przez PK 15. Biegłem całkiem dobrze wydeptaną ścieżką i miałem skręcić w prawo przy górce. Skręt był ciut dalej, ale kto by się przejmował takimi niedokładnościami mapy. Gorzej że po przebiegnięciu właściwego dystansu mapa przestała się zgadzać. Jakaś ścieżka  w lewo….. Jakbym był na ścieżce bardziej na południe…. Dopada mnie Grzesiek, także zdezorientowany. Coś tu musi się dobrze nie zgadzać. Po chwili błądzenia identyfikuję swoją pozycję i znajduję PK 15. Ruszam w górę na ostatni PK. Za kolejnym już spotkanym dzisiaj dorodnym łosiem, wyraźnie przestraszonym biegającym po krzakach tłumem.

Łoś czający się przy PK15
Mam ostatni lampion – teraz byle do drogi i do mety. Rozpędzam się. Gnam uskrzydlony powiewami zimowego wiatru… Gnam, pędzę i…. przebiegam metę. Nie zauważam jej. Stopuje mnie zakręt asfaltu. Patrzę na mapę… no tak jestem za daleko. Wracam na metę kryjąc się przez wzrokiem organizatorów, bo wstyd tak metę przebiec. Niestety na mecie Ania wita mnie pytaniem „Czemu nie przybiegłeś od razu na metę, tylko gdzieś tam pognałeś?”. 


 

 

czwartek, 29 stycznia 2026

FalInO i prąd, który nie chciał zniknąć.

Skoro ostatnio było WesolInO, to teraz pora na kolejne FalIno. I tak do wiosny, jak by kto pytał. 
Tym razem nie spieszyliśmy się tak jak ostatnio i nie musieliśmy czekać na organizatora, tylko od razu można było iść w las.

Gotowi do startu.

Dostaliśmy tę samą minutę startową, więc na pierwszy punkt ruszyliśmy razem. Razem, to znaczy Tomek gnał pierwszy, a ja usiłowałam nadążyć za nim. Jedynka była w lasku przed szkołą, tuż koło drogi i można było biec na pamięć, bez patrzenia w mapę.

PK 1.

Usiłowałam dowiedzieć się od Tomka na jaki punkt biegnie po jedynce, ale tak mi odpowiedział, że dalej nie wiedziałam, więc podjęłam pierwszą własną, strategiczna decyzję i ruszyłam na trójkę. Jak się potem okazało Tomek też pobiegł na trójkę, tylko mniej naokoło niż ja. Ale w sumie ile on tam zyskał? Metr, dwa, może pięć?
Po trójce wzięłam ósemkę i czwórkę na wydmie i na chwilę mnie zastopowało. Bo jak lepiej? Wziąć 5, 6 i 7, czy raczej 6, 2, 7 , a może 6, 7, 2? Zdecydowałam się biec na piątkę - bo... tak. Teoretycznie było prosto, ale mi i tak udało się skopać sprawę. Jakieś zaćmienie mnie dopadło i kiedy wybiegłam na ulicę przy budynkach, poleciałam w lewo, zamiast w lewszo (czyli jeszcze bardziej w lewo). Przez chwilę nie potrafiłam w żaden sposób pogodzić tego, co mam na mapie, z tym co widzę przed sobą i tak stałam jak głupia gapiąc się na linię energetyczną, której nie powinno tam być. W końcu uznałam, że skoro wciąż jest i nie znika od mojego gapienia się, to najwidoczniej ja nie jestem tam, gdzie myślę, że jestem. I to była słuszna konkluzja, która w efekcie doprowadziła do słusznych czynów i docelowo trafienia na piątkę.

Coś się nie zgadza...
 
Skoro wzięłam piątkę, to automatycznie dwójka wypadała z gry, bo była najdalej, a potrzebowałam jeszcze tylko dwóch punktów. Czyli została szóstka na wydmie i siódemka po drodze na metę. Poszły łatwo, a najtrudniejszym elementem było nie dać się zadeptać biegaczom górskim przy przecinaniu ich trasy:-)
Na Tomka, który oczywiście pobiegł na wszystkie dwadzieścia punktów, czekałam na tyle długo, że dałam się skusić na ciastko w bufecie, ale na najmniejsze, żeby nie było. Ale i tak uważam, że bufet powinien być zakazany.
Moja króciutka trasa.
 

piątek, 23 stycznia 2026

WesolInO, czyli jak się głupio zgubić w znanym terenie.

Skoro rozpoczęło się FalInO, to wiadomo było, że musi być też WesolInO, bo to imprezy sprzężone, przynajmniej tak się o nich myśli.  No i bach - w sobotę pojechaliśmy do Wesołej.
 
Przed startem.

Trasy były przyzwoitej długości - ani za długie, ani za krótkie, więc zapisałam się na B - teoretycznie ok. 4 km. Teren znany, obiegany milion razy, więc w zasadzie bezstresowo, bo nawet jak się człowiek zgubi, to się przecież nie zgubi. 
Baza zawodów była w szkole, ale start przy przedszkolu. Powinni jeszcze w okolicy wybudować jakąś placówkę oświatową, żeby i meta miała swoje miejsce:-)

Start.

Pierwszy punkt od razu na azymut, ale też od razu prowadziła do niego inostrada, mimo że startowaliśmy na początku stawki. Po drodze przegonił mnie Tomek, a ponieważ pierwszy punkt mieliśmy wspólny, to załapałam się na fotkę przy lampionie.

PK 1

Dwójka na górce, jeszcze po śladach, ale już nie tak porządnie wydeptanych, więc trzeba było kontrolować przebieg śladu z kompasem. Znowu zapomniałam o stuptutach i przed punktem zaczęło mi się robić mokro i zimno w butach, a tu jeszcze dziesięć innych punktów do zaliczenia. Do trójki kawałek ścieżkami, a potem wariantem autorskim, bez inostrad na punkt. I kolejna porcja śniegu w butach.
Czwórka, piątka i szóstka na azymut - trochę po śladach, a trochę autorsko, kiedy niespodziewanie ślady ginęły, bo robiący je ludzie nagle się dematerializowali.  No bo przecież nie odfruwali. Przedzieranie się przez dość grubą warstwę śniegu okazało się bardzo męczące i wyraźnie czułam każdą część nogi - od palców po pas, a nawet po szyję. Gdzieś tam po drodze dogoniłam Marysię i tak się później co chwilę spotykałyśmy.
Od szóstki do ósemki wreszcie można było pobiec ścieżkami, więc chociaż nie nabierałam nowego śniegu, tylko topiłam stary. No i kroki łatwiej stawiać kiedy cienka wierzchnia warstwa nie załamuje się przy każdym stąpnięciu.
Dziewiątka była po drugiej stronie wydmy i dotarłam do niej już na rezerwie, w tempie zawstydzającym. Od dziewiątki praktycznie szłyśmy z Marysią razem, choć wciąż udawałyśmy, że rywalizujemy. Im dalej byłyśmy, tym bardziej nie podobał mi się kierunek oraz uczestnicy biegu górskiego, biegnący po ścieżce, której nie powinno być. Maria szła obok i nic nie mówiła, to myślałam, że jednak jest OK. W końcu doświadczona osoba. Tymczasem jej też już coś nie pasowała i chyba myślała podobnie, że skoro idę, to musi być dobrze. W końcu jednak podzieliłyśmy się swoimi obawami, a kiedy zbliżyłyśmy się niemal do skrzyżowania ścieżek już wiedziałyśmy o co chodzi. Byłyśmy nie na tej odnodze wydmy, co trzeba. Kurczę, a tak dobrze się szło... Na mapie górka z punktem wyglądała na najwyższą, a w terenie na odwrót. Taki kawał drogi zrobiłyśmy niepotrzebnie, po to tylko, żeby się wracać:-(

Do dziesiątki naokoło.

Z pozostałymi punktami na szczęście nie miałyśmy problemów i po zgarnięciu jedenastki i dwunastki razem zameldowałyśmy się na mecie.
 
Meta.

No, nie powiem - łatwo nie było, głównie za sprawą śniegu, który wykańczał fizycznie. A jak człowiek zmęczony, to i głupoty robi. Tego etapu nie będę rozliczać wynikiem czasowym, tylko liczbą straconych kalorii, a tu dałam z siebie wszystko.


 Cała trasa.

piątek, 16 stycznia 2026

Szampański bieg o 3 miejsce w Sulejówku

Mamy dużo śniegu, to narciarze wymyślili sobie zawody na orientację w Sulejówku. Na szczęście biegacze trzymali rękę na pulsie i obok tras narciarskich pojawiły się także biegowe. Żeby było ciekawiej, tym razem premiowane miało być trzecie miejsce, a nie pierwsze, jak normalnie.  To już trochę zwiększało moje szanse, a podwyższyłam je jeszcze zapisując się na trasę A, czyli najkrótszą. No ale umówmy się, jeśli trasa B ma ponad 5 km, to to już naprawdę nie dla mnie. Nawet minuty startowe były, jak na poważnych zawodach. W efekcie nie mogliśmy wystartować z Tomkiem razem, tylko ja jakieś 25 minut po nim. I jeszcze sama musiałam pilnować włączenia zegarka, a to mi przychodzi ciężko.
 
Tomek na starcie.

Trasa krótka, osiem punktów do zaliczenia, teren znany - wydawało się, że nic nie może pójść źle. I słusznie - wydawało się. Już na jedynkę nie mogłam trafić, a przecież miało być tak prosto - do końca zabudowań drogą, a potem na azymut (bo przegapiłam ścieżkę w prawo). Szłam, szłam, szłam (biegać po śniegu było ciężko), a lampionu ni widu, ni słychu. W końcu jakiś zamajaczył na horyzoncie - niestety - nie mój. Ale przynajmniej się zlokalizowałam i namierzyłam. I znowu szłam, szłam i nic. Lampionu nie było. Spotkałam Gosię startującą po mnie, potem Konrada i każde z nas miało już na koncie przynajmniej jedno przeszukanie terenu. Wreszcie wspólnym wysiłkiem z Gosią namierzyłyśmy lampion niemal niewystający z dołka, a jak potem zobaczyłam na śladzie, dwa razy przeszłam kilka metrów od niego. Tak się zakamuflował skubaniec.

Gdzie ten dołek?

Na dwójkę w pierwszym odruchu chciałam lecieć azymutem, ale Gosia wyperswadowała mi ten pomysł. Chociaż gdybym nie wstrzeliła się w ścieżkę, to pewnie przedzierałabym się na przełaj.
Trójka wydawała się łatwa, no bo znaleźć miejsce przy linii wysokiego napięcia z jednej strony i ogrodzeniem z drugiej, do tego na ścieżce, to żadna fantazja. A jednak... Zmyliła mnie dodatkowa wydeptana ścieżka wzdłuż linii i szukałam za wcześnie. Razem ze mną Becia, która też dała się nabrać na ten sam motyw. Dopiero po chwili doszła do nas Gosia i rozwiązała zagadkę punktu trzeciego.

Niby łatwo, a trudno.

Czwórka i piątka były w terenie zabudowanym, więc tu już trudno było nie trafić, zresztą od trójki szłyśmy razem z Gosią. Potem w zasadzie też, choć na szóstkę, pod górkę zostałam sporo w tyle, ale nadrobiłam potem. Na metę gnałam z ósemki jak nawiedzona, żeby zminimalizować straty z jedynki i trójki, bo zupełnie zapomniałam, że tym razem gra nie toczy się o pierwsze miejsce. W efekcie początkowego opóźnienia i końcowego przyspieszenia wstrzeliłam się idealnie na trzecią pozycję i wcale od razu nie załapałam, że tym sposobem WYGRAŁAM ZAWODY.

A w nagrodę był szampan.

Tomek nie zdążył na moją dekorację, a sam nie postarał się o trzecie miejsce. Będę musiała podzielić się z nim moim szampanem.

Razem po zawodach.
 
Mój ślad.

środa, 14 stycznia 2026

FalInO, czyli powrót na wydmę.

Wreszcie wróciło bieganie po falenickiej wydmie. W ubiegłym roku teren był zamknięty z powodu mistrzostw rowerowych i snuliśmy się tylko gdzieś po obrzeżach lasu. W końcu świat wrócił do normy. Z tej radości i niecierpliwości przyjechaliśmy tak wcześnie, że organizator był jeszcze w lesie i musieliśmy czekać. 
Tym razem już pamiętałam żeby ubrać stuptuty, chociaż i tak baza w szkole dawała możliwość czekania w cieple. Ale po co ma mi się zimno wsypywać do butów?

Ja już gotowa do startu.

Tradycyjnie ja wybrałam trasę krótką, a Tomek najdłuższą, a ponieważ na FalInO biega się w formule scorelaufu, to potencjalnie mogliśmy nawet biec razem przez część trasy. Ale tylko potencjalnie, bo ja sobie truchtam, a Tomek pędzi.
Pierwszy problem to oczywiście konieczność wybrania 7 z 20 punktów. No, nie da się. Zacząć od jedynki, czy od siódemki? Brać punkty z północnej części mapy, czy raczej wschodniej? I w jakiej kolejności? W końcu zdecydowałam się zacząć od jedynki i oczywiście pobiegłam do niej mało optymalnie, choć przecież już dojeżdżając do szkoły widzieliśmy, gdzie wisi lampion. Tomek pobiegł lepiej i już czekał przy punkcie, chociaż ruszył chwilę po mnie.

PK 1 zaliczony.

Po jedynce znowu decyzja: co dalej? W pierwszej chwili wybrałam dwójkę, ale po drodze mi się odwidziało i skręciłam w stronę jedenastki. Niby wiedziałam, gdzie stoi punkt, ale i tak się zdziwiłam, gdy znalazłam się pod swoim domem. To znaczy domem, w którym kiedyś mieszkaliśmy. W pierwszym odruchu chciałam wyjść na ulicę i pooglądać, czy coś się zmieniło, ale przypomniałam sobie, że biegamy na czas i odpuściłam. Kolejna trudna decyzja - na trzynastkę i dwunastkę, czy raczej dziewiątka? W końcu postanowiłam kierować się raczej w stronę wydmy, bo skoro tyle za nią tęskniłam, to trzeba ją nawiedzić czym prędzej. Tak więc po dziewiątce wspięłam się po czwórkę i po przeliczeniu punktów wyszło mi, że najlepiej będzie wziąć jeszcze dwójkę, trójkę i siódemkę. Tak też zrobiłam. Po siódemce już była tylko meta i czułam lekki niedosyt - tak ze dwa punkty więcej by się przydały do pełni satysfakcji. Z kolei następna co do trudności trasa miała już 14 punktów i więcej kilometrów (za dużo dla mnie), a tu jeszcze trzeba było zachować siły na przeżycie reszty dnia.
Baza w szkole ma dużą przewagę nad bazą w lesie - nie dość, że ciepło, to jeszcze bufet zaopatrzony w różne smakołyki. Czekając na Tomka wciągnęłam sałatkę, ale ciasta już nie zdążyłam, bo za wcześnie wrócił. Nadrobię na kolejnej rundzie:-)

Na pożegnanie Falenicy wspólna fotka.
 

Taki wariant wybrałam.
 

sobota, 10 stycznia 2026

Dystans Stołeczny i znikający ludzie.

W poniedziałek odpoczywałam po niedzielnych kontaktach z UFO, ale już we wtorek znowu pojechaliśmy biegać, tym razem w okolice Beniaminowa. Choć moja trasa była dość długa, to punktów  jak na lekarstwo - zaledwie 11. No, ale inny organizator niż w niedzielę, to i inna koncepcja.  W sumie przy jedenastu punktach trudniej coś głupiego zrobić niż przy ponad dwudziestu:-)

Gotowi do startu

Na początek Tomek chciał mnie wyprowadzić w las, zamiast na start, ale nie dałam się, bo najważniejsze to dobrze zacząć. A początek od razu był azymutowy i trzeba było się skoncentrować. Jeszcze na starcie chwilę przeczekiwałam zawodniczkę przede mną, żeby nie sugerować się jej widokiem i wreszcie ruszyłam.

Start.

Biegło się dobrze. Już od startu w lesie były dziesiątki inostrad, więc postanowiłam trochę skorzystać. Zauważyłam, że co chwilę na mojej trasie pojawiał się pojedynczy ślad, ale tak idealny z moim azymutem, jakbym to ja sama przed sobą biegła. Normalnie to ludzie coś tam omijają, lecą mniej więcej, a potem korygują, a ja prę naprzód bez względu co mam na drodze. No i ten ktoś też tak biegł. Powiem, że dość dziwne uczucie. Ale żeby tylko to było dziwne? Te różne inostrady -  mniejsze, większe, czy wręcz pojedyncze ślady, co jakiś czas nagle ucinały się, kończyły w miejscu i dalej już był tylko gładki śnieg. No to co się działo z tymi biegaczami? Czy w całym lesie nagle zaczęli znikać ludzie? A jeśli ja też zniknę i będzie jak w niedzielę? Że nagle pojawiam się nie wiadomo skąd? Na szczęście tym razem nic mnie nie porwało i szczęśliwie, a co najważniejsze bezbłędnie przebiegłam całą trasę. No dobra - przebyłam, bo z tym bieganiem to raczej nie przesadzałam. Tyle, żeby było mi ciepło, szczególnie, że do butów nasypało mi się mnóstwo śniegu (znowu nie wzięłam stuptutów) i w butach mi chlupotało. No i teraz nadeszło najgorsze - czekanie na Tomka. Czekanie w zimnym samochodzie, w przemoczonych butach. Czekanie ponad godzinę! Już prędzej bym myślała, że katastrofa nastąpi gdzieś na trasie, ale żeby na mecie??? Niby mogłam odpalić samochód i się grzać, ale moje ekologiczne sumienie mi nie pozwoliło. Następnym razem muszę pamiętać o stuptutach i butach na przebranie. Koniecznie!

Moja trasa.

czwartek, 8 stycznia 2026

ZZK w Legionowie, czyli UFO lub amnezja.

Zaczął się kolejny rok - koniec z opierniczaniem się. Czwartego stycznia wybraliśmy się na ZZK do Legionowa. Zimno, śnieżnie, na drogach ślisko - no, nie ukrywam, że nie chciało się wyjść z ciepłego łóżeczka, ale poświąteczne kalorie pogroziły mi palcem i wstałam.
Moja trasa miała mieć ok. 4 km, ale napchana była punktami na bogato - aż 22.  Była jeszcze wersja bez dróg, ale w takie hardkory to już nie szłam. Nawet Tomek wziął sobie wersję z drogami, ale za to 6 km.
 
Przed startem.
 
Po obejrzeniu mapy miałam takie mieszane uczucia - wydawało mi się, że może być trudno, no i tak baaaardzo mi się nie chciało. Tomek mnie dopingował jak mógł i w końcu wystartowałam.
 
No to lecę.
 
Na szczęście początek był łatwiutki, bo od razu leśną drogą, równoległą do asfaltu, potem w prawo i zaraz jedynka. Do dwójki od razu poleciałam azymutem, choć można było sobie ułatwić, ale w sumie niewielka różnica. Gdzieś między drugim a czwartym punktem (nie pamiętam dokładnie) spotkałam Hanię i miałam wrażenie, że to ja ją dogoniłam. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej byłyśmy już skazane na siebie, bo tempo miałyśmy zbliżone, a wariantów dobiegu do punktów znowu nie tak dużo. Jak byśmy nie kombinowały, to raz jedna, raz druga była pierwsza na punkcie. Mnie takie bieganie okropnie dekoncentruje, bo podświadomie część odpowiedzialności za wybór trasy zrzucam na tę drugą osobę, nawet jeśli tego bardzo nie chcę. 
Oprócz tego, że biegałyśmy praktycznie we dwie, to jeszcze prowadziły nas inostrady, no bo śnieg. Na inostrady już się nauczyłam uważać i nie korzystam z nich tak bezrefleksyjnie. Już mi się zdarzyło dotrzeć na inny punkt niż planowany, więc teraz zawsze kontroluję, czy inostrada idzie po moim azymucie - jak nie to ją porzucam.
Przy PK 13 nie działała stacja bazowa i nie można było się odbić, więc ustaliłyśmy z Hanią, że jak by co (choć ponoć organizator o tym wiedział) to widziałyśmy się wzajemnie i zaświadczymy. Z trzynastki ruszyłam za Hanią, a następne moje wspomnienie to leśna droga, na której znalazłam się znikąd, na dodatek nie wiedząc skąd dokąd mam biec. Nie wiem czy mnie UFO porwało w tym lesie i nagle zwróciło, czy jakaś totalna amnezja mnie dopadła, ale wrażenie było przerażające. Widziałam oddalające się plecy Hani, ale miałam wrażenie, że powinnam biec w dokładnie przeciwnym kierunku. Stałam, rozglądałam się dookoła i usiłowałam sobie przypomnieć co ostatnio podbijałam. Miałam wrażenie, że powinnam biec na piętnastkę, ale czy na pewno? Po chwili minął mnie Bartek biegnący w tę samą stronę, gdzie i Hania. Więc może jednak tam? Gdzie by nie biegli oboje, to w razie czego wolę być z ludźmi niż sama - pomyślałam i pognałam za nimi. Podbiłam szesnastkę i zakładając, że najwyżej będę miałam nkl-kę trzymałam się już kurczowo Hani. Przy dwudziestce byłam przekonana, że wcale, ale to wcale i na 100 procent nie byłam na siedemnastce, ale co tam. Byle do mety. Z tego wszystkiego już nie miałam siły trzymać się mojej "przewodniczki", ale jakoś na metę jednak trafiłam. Przy sczytywaniu czipa - niespodzianka! Mam podbite wszystkie punkty! Jak to się stało?  Nie wiem. Czy zrobiłam to na autopilocie, czy jednak jakieś pozaziemskie siły zadziałały, czy co? Tak że uważajcie w lesie na UFO, uważajcie.

Jednak wszędzie byłam:-)
 

piątek, 2 stycznia 2026

Dystans Stołeczny 2

Jeszcze dobrze nie ochłonęłam po pierwszym Dystansie Stołeczny, a już w niedzielę jechaliśmy na jego drugi etap. Tym razem organizator zaciągnął nas aż do Kamiona Podgórnego, czyli tak daleko, że dłużej jechaliśmy w jedną stronę, niż biegałam. Sensu w tym za dużo może i nie było, ale miałam tyle kalorii do stracenia po świętach, że nawet się nie namyślałam. Było dużo krzyku, że nowa mapa, a okazało się, że już na niej biegałam. Ale w sumie to nie ma znaczenia. Trasy znowu dość długie i znowu skromniutko wybrałam trasę "maniak".
Pierwszym wyzwaniem było znalezienie startu. Tak mniej więcej wiedzieliśmy gdzie, zresztą poszliśmy za innymi zawodnikami, ale i tak skręciliśmy w niewłaściwą ścieżkę. No, niezły początek. Start był przy kolejnej ścieżce - znaleźliśmy.

 Start.

Tak sobie myślę - co by tu napisać dalej, ale jest jeden problem: aż do PK 11 nic się ciekawego nie działo. No dobra, między PK 3, a PK 4 spotkałam Tomka, ale to w sumie żadna sensacja, bo spotykam go niemal na każdej trasie.
 
 Między PK 3 a PK 4

Trasa była tak łatwa, że leciałam z punktu na punkt i jak bym potrafiła szybko biegać, to pewnie bym nawet wygrała:-) Dopiero przy PK 11, już po podbiciu go, pobiegłam w dokładnie przeciwnym kierunku niż planowałam. A tak mi się jakoś kompas źle przyłożył do mapy. Wyhamowała mnie dopiero linia wysokiego napięcia, której zdecydowanie nie powinno być. Swoją drogą - ciekawe jak długo jeszcze biegłabym, gdyby jej nie było, zanim ogarnęłabym, że coś nie gra?
 
 Na dwunastkę w przeciwnym kierunku.

Reszta trasy, czyli dwunastka i trzynastka poszły już normalnie. Mimo, że (poza odejściem z jedenastki) tak dobrze mi się nawigowało, to wynik taki sobie - eh, to bieganie. No, ale najważniejsze, że kilka kalorii zostało w lesie. 
 
Po biegu.
 
Trasa.

czwartek, 1 stycznia 2026

Dystans Stołeczny 1

Od Nocnych Manewrów jakoś nie po drodze było mi z orientacją - i chodzoną, i bieganą. Nie żebym nie chciała, tylko czas mi się tak dziwnie skondensował, że na nic go nie starczało. Wreszcie w drugi dzień Świąt odpuściło i pojechaliśmy na Dystans Stołeczny w Dąbkowiźnie. Ja tak skromniutko na trasę "maniak", ale też trasy były wyjątkowo długie i bałam się, że na dłuższej nie dam rady.
 
Przed startem.

I w las!

Pierwszy punkt mieliśmy z Tomkiem ten sam i choć ja wystartowałam pierwsza, to i tak mnie wyprzedził. Ale dobra, na początku nie ma się co spieszyć, trzeba powoli dostosować się do realiów, zasymilować z lasem, zaaklimatyzować, ogarnąć mapę i kompas. Pośpiech to tylko przy łapaniu pcheł jest wskazany.

PK 1.

Po jedynce ruszyłam już z większą pewnością, zwłaszcza, że teren nie był nowy i kilka razy już tu biegałam. Dwójka i trójka były na tyle charakterystyczne, że nie miałam obaw, ale przy czwórce już byłam bardziej czujna, dzięki czemu wyszłam idealnie na punkt.  Lampiony zresztą nie były jakoś poukrywane i w sumie już z daleka świeciły kolorem, więc  i tak wystarczyło wyjść mniej więcej w okolicę i rozejrzeć się. Do piątki nie udało mi się biec po kresce, tym niemiej nie miałam żadnych problemów z namierzeniem jej.

Gdzieś na trasie kolejne spotkanie z Tomkiem.

Duża część drogi do szóstki prowadziła ścieżkami, co było fajnie luksusowe, choć tak ogólnie na przebieżność lasu nie można było złego słowa powiedzieć. Siódemka i ósemka bez problemów, a do dziewiątki zachciało mi się naokoło drogami, bo na azymucie były górki. No, ja wiem, że to takie górki - nie górki, ale jednak. W sumie i tak mnie nie ominęły, ale po przeleceniu się drogami miałam do nich już inne nastawienie psychiczne.
Od dziewiątki już się nie oddalałam od mety, a wręcz zbliżałam (co prawda trochę zakosami) i to było bardzo motywujące.  Nie żebym była zdemotywowana, co to, to nie. Ale zawsze lepiej zbliżać się do celu, niż się od niego oddalać.
Kiedy już się zaczynałam cieszyć, że tak dobrze mi poszło - w miarę sprawnie biegowo i całkiem sprawnie nawigacyjnie, to oczywiście musiało się spierniczyć. I to na ostatnim punkcie. Za nic nie mogłam namierzyć trzynastki. Wiedziałam, że musi być gdzieś w okolicy, którą przeszukuję, ale przeszukiwania wcale nie ułatwiały pościnane drzewa i gałęzie, które zakrywały wszystko. Patrząc z górki w dół nie udało się, więc na nawrocie zrobiłam odwrotnie - poszłam dołem, patrząc nieco w górę. Pomogło i po chwili z kompletem punktów stanęłam na mecie. Jeszcze tylko oczekiwanie na Tomka umilone tajnym termosem organizatora i można było wracać do domu, do kolejnego świątecznego obiadu.

Mój przebieg.