niedziela, 9 sierpnia 2026

WMOC - dzień pierwszy, czyli jak nie trafić do finału A.

W sobotę zaczęła się już prawdziwa rywalizacja - kwalifikacje do sprintu. Kwalifikacje odbywały się w Przeworsku, więc rano spakowaliśmy dobytek na cały dzień i ruszyliśmy w stronę nowej przygody. Po piątkowych deszczach i chwilowym ochłodzeniu, pogoda zaczęła wracać do normy, czyli robiło się coraz cieplej. Mało kto chciał biwakować w pełnym słońcu, więc wszystkie drzewka w obrębie areny miały wielkie wzięcie, nawet jeśli dawały tylko skrawek cienia. Udało nam się rozbić obozowisko pod jednym z nich.
 
W pobliżu "naszego" drzewka.

Niektórzy woleli w pełnym słońcu.
 
Z dojściem na start to organizatorzy trochę przyszaleli - coś koło 2 km, czyli niewiele mniej niż sam bieg. A wcześniej z parkingu na arenę ponad 700 metrów. Nic się jeszcze nie zaczęło, a ja już byłam uchodzona, a do tego po piątkowym treningu i łażeniu po Rzeszowie trochę pobolewała mnie łydka. Mimo to, czekając na swój start, zrobiłam rozgrzewkę, taką z bieganiem i ćwiczeniami - trochę dla zabicia czasu i stresu, trochę z rozsądku. Wreszcie weszłam do boksów jedną stroną, a po czterech minutach wybiegłam drugą. Trochę z emocji, a trochę przez przeszkadzająca nakładkę powiększającą na kompas źle dojrzałam na mapie gdzie powinnam pobiec i wleciałam nie w tę uliczkę co trzeba. Szybko się zorientowałam i zawróciłam, ale w sprincie każda sekunda się liczy. Nie żebym miała jakieś oczekiwania typu finał A, ale obciachu to jednak nie chciałam doznać.
 
Nie w tę uliczkę!
 
Przy dwójce niewiele brakowało, a podbiłabym nie swój punkt. Dobrze, że mam już odruch sprawdzania kodów, bo mój lampion stał kilka metrów dalej. Ale przynajmniej wiedziałam już jakiego typu niespodzianki mogą się trafić po drodze.
Trójki, czwórki i piątki nie dało się spieprzyć, choćby kto chciał, bo tak były proste, a szóstkę widziałam już z daleka. Po szóstce było przejście pod drogą, pod mostkiem, prowadzące nad samą rzeczką i kiedy wyszłam po schodkach na poziom ulicy totalnie pochrzaniło mi się po której stronie rzeczki jestem i gdzie mam biec. Do tego jedna z wolontariuszek tak głośno dopingowała zawodników, że własnych myśli nie słyszałam. Oczywiście po chwili ogarnęłam sytuację, ale znowu cenny czas uciekł bezpowrotnie. A miało być tak pięknie...
  
Czy ta szóstka dobrze stała? Ślad mój i Tomka.
 
Po tych okołomostkowych opóźnieniach tak bardzo chciałam nadrobić i pobiec szybciej, że przebiegłam siódemkę. Tak po drodze nawet wydawało mi się, że mój lampion powinien być bliżej i za krzakiem, ale to ten widoczny z daleka przyciągał mnie jak magnes. Jak głupia leciałam do niego, nie patrząc nawet co podpowiada mapa. I kolejne sekundy pooooszły, nie powiem co robić.
 
Schowali mi lampion za krzakiem:-(
 
Po siódemce już nie robiłam głupot nawigacyjnych, za to zaczęły mi się kończyć siły i chwilami musiałam przechodzić do marszu, żeby nie paść ze zmęczenia. Między PK 10 a PK 12 mieliśmy fragment dzikiego buszu, z powalonymi drzewami, które trzeba było przeskakiwać (jeśli ktoś miał siły) lub przełazić mozolnie nad nimi (to ja).
Reszta punktów to już łatwizna, nie ma o czy pisać. Na dobiegu do mety zebrałam całą resztkę sił i pognałam ile fabryka dała. Przynajmniej na tym odcinku nie odbiegam od konkurencji i ten przebieg zawsze mam dobry:-)
 
 Sprintem na metę.
 
A jak miał się mój zegarek? Tomek od rana pertraktował z nim i chandryczył się o każdą godzinę poprawnego działania zmniejszając mu obciążenia, czyli redukując coraz bardziej wymagania, co od niego chcemy. W związku z tym zegarek poszedł na ugodę i zarejestrował mi trasę. Wieczorem znowu zaczął marudzić, że mu się nie chce, ale i tak byłam wdzięczna za wyrozumiałość w czasie zawodów.
Po naszych biegach nie wracaliśmy od razu do Rzeszowa, tylko zostaliśmy na ceremonii otwarcia Mistrzostw. Nie powiem, początek był nawet wzruszający, kiedy prezentowano flagi wszystkich 42 krajów, z których przyjechali uczestnicy, a potem rozbrzmiał hymn Polski. Prezentacja gospodarzy terenu (bardzo szczegółowa) oraz sponsorów już nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, ale rozumiem konieczność.
 
To dopiero połowa flag.
 
 A tak wyglądała moja mapa:
 

WMOC - dzień zerowy, czyli "atrakcja" goni "atrakcję".

Mistrzostwa Świata Weteranów w BnO tak dumnie brzmi, nie? No, może z tymi weteranami trochę słabo, ale i tak jest światowo. 
Do Rzeszowa przyjechaliśmy w czwartek po południu, z lekkimi problemami zakwaterowaliśmy się i ruszyliśmy  odebrać pakiety startowe. W hali było jeszcze w miarę spokojnie, ale nawet gdyby ruszyły tłumy, to odbiór dobrze zorganizowany, według kategorii wiekowych..
 
Odbieramy pakiety.
 
W piątek rano, kiedy powoli zbieraliśmy się na trening, telefon od właścicielki obiektu, że musimy się wyprowadzić, bo nasz pokój ma zarezerwowany kto inny. Nastąpił overbooking i jakoś trzeba było rozwiązać ten problem. Tomek skontaktował się z bookingiem, przez który robiliśmy rezerwację i najgroźniejszym głosem zażądał natychmiastowego rozwiązania problemu, tak w try miga, bo mamy mistrzostwa świata i za chwilę wychodzimy na zawody. Nie wiem, czy to ton głosu, czy magia mistrzostw świata zadziałała, ale w efekcie z gorącej klitki z dwoma piętrowymi łóżkami i cuchnącym kiblem trafiliśmy do hotelowego luksusu z dużym pokojem, elegancką łazienką i klimatyzacją. Tak to można się mistrzostwować.
Rozwiązawszy problem zakwaterowania, w końcu ruszyliśmy na trening - samochodem, z całym dobytkiem, bo doba hotelowa w nowej miejscówce od 14-tej. 
W piątek od rana padało - niby nie bardzo i z przerwami i mieliśmy dylemat - startować, czy przeczekać? Na początek przetestowaliśmy sobie procedurę startową, minimalnie różniącą się od znanej nam z innych zawodów, a potem tak z rozpędu ruszyliśmy. Razem, bo tak.
 
Taki udawany start.
 
Wybraliśmy dłuższą wersję trasy - jakieś 2,5 km. Już przy pierwszym punkcie złapał nas deszcz, więc schowaliśmy się pod daszek, bo może zaraz przejdzie. Czas biegu nie był liczony, a w terenie stały tylko lampiony, więc przeczekiwanie nic nam nie psuło. Deszcz niestety coraz bardziej się nasilał, a chmury zasnuwały niebo po horyzont. W końcu decyzja - lecimy dalej. Trasa łatwa, choć chwilami proponowane wersje przebiegu mieliśmy rozbieżne, bo jak ja chciałam obiegać z prawej, to Tomek z lewej i odwrotnie. W terenie zdziwiły nas trochę otaśmowane niektóre skwerki, które i tak na mapie były oliwkowe. Może tak dla przypomnienia. 
Najbardziej uciążliwy był jednak brak na mapie kresek pomiędzy punktami i konieczność najpierw sprawdzania na jaki punkt mamy biec i potem szukanie, gdzie on się znajduje na mapie.
Tymczasem deszcz nasilał się z każdą chwilą. Przed punktem 109 musieliśmy znowu się zatrzymać i schronić pod drzewem, ale i drzewo wkrótce zaczęło przeciekać. 
 
Nawet zaopatrzeni w przeciwdeszcze woleli się schronić.

Ponieważ w sumie i tak byliśmy już przemoczeni do szpiku kości, postanowiliśmy ruszyć dalej. A dalej to już było oberwanie chmury i totalny armagedon. Tomek nie widział mapy, bo zalewało mu okulary, ja nie widziałam mapy, bo rozmazał mi się od deszczu tusz (no co? na mistrzostwach trzeba wyglądać) i piekły i łzawiły mi oczy. Zresztą przez ścianę deszczu pewnie i tak nic nie było widać. Jakimś totalnym cudem trafiliśmy na metę i wreszcie mogliśmy schronić się w hali. Po chwili tam gdzie staliśmy utworzyła się taka kałuża, że aż serwis sprzątający zjawił się najpierw z mopem, a potem z maszyną zbierającą wodę. Ta maszyna to nie tylko na naszą cześć - wszyscy wracający z trasy byli w takim stanie jak my.
Orientacji i biegu to tam dużo nie natrenowałam, ale przetestowałam nasiąkliwość swojego ciała i wodoodporność kompasu. Zawsze coś.
Kilka dni wcześniej, z okazji rocznicy ślubu Tomek sprezentował mi nowy zegarek do biegania, oczywiście z myślą o WMOC-u. Poustawialiśmy wszystkie parametry zgodnie z instrukcją i moim zapotrzebowaniem i przez jakiś czas zegarek chodził jak w zegarku. A potem nagle wrócił do ustawień fabrycznych, takich bez BnO. Tomek powtórzył procedurę jeszcze raz, bo może coś poszło nie tak. Zegarek powtórzył psikusa. Na to Tomek - miękki reset. Na to zegarek - bez jaj, będzie po mojemu. No to Tomek - bach: twardy reset. A zegarek - a wuj, nikt nie będzie mi mówił co i jak pokazywać. 
Póki trenujemy, możemy się tak bawić, ale co zrobić kiedy zacznie się prawdziwe bieganie, a ten wariat powie, że ma to gdzieś i nie zapisze trasy na przykład. Dobra, wiem, że mój wynik i tak nie od tego zależy, ale relacja z biegu już jakby nieco tak. Tak, że tego - trzymajcie też kciuki za zegarek:-)
 
My wybraliśmy course 1.
 

wtorek, 4 sierpnia 2026

Ultramaraton Powstańca 1944

Ultramaraton Powstańca kusił mnie już od dawna. Kusił, bo niedaleko (w Wieliszewie) i dystans ludzki bo tylko 63 km. Ale..., no zawsze są jakieś ale. 1 sierpnia to upał, 63 km po płaskim – nie ma czasu ma odpoczynek przy podchodzeniu pod górę, tylko trzeba biec i szybko nóżkami przebierać… I jeszcze data - jakoś zawsze wtedy coś było innego do roboty. 

W tym roku od 6 sierpnia zaczyna się WMOC i to od biegów sprinterskich – czyli po takim maratonie człowiek do sprintów by się średnio nadawał (z wiekiem regeneracja trwa coraz dłużej). Ale ten ultramaraton ma możliwość biegania w sztafecie. Od 2 do 7 osób. Niezawodna Barbara rozesłała wici i szukała chętnych, by zmontować ekipę sztafetową. Taki układ mi pasował – jakieś 2-3 odcinki, tak ze 20-25 km. Zgłosiłem swój akces. 

Udało się zebrać sztafetę 3,5 osobową: Barbara i Monika ostatnio razem biegające w jakiś dziwnych maratonach, ja (nestor ekipy) i Ania, której bieganie idzie gorzej, stąd założenie dla niej tylko jednego, najkrótszego odcinka. Udało się wszystko ustalić, zapisać się, podzieliliśmy odcinki między siebie bez większych dyskusji i rękoczynów. Rozpisałem plan kto w jakim czasie ma przebiec swój odcinek (Monika 6,5 km, ja 9 km, Barbara 9 km, Monika 9 km, ja 10 km , Barbara 13, Ania i reszta ekipy co da radę ostatnie 5 km). 

Do Hymnu!

2 sierpnia, niedziela, godzina 5:30. Dzień zapowiada się upalnie. Odprawa, przemówienia, wciągnięcie flagi na maszt, hymn  i start honorowy. Taki z flagami w rękach, wśród dymów z biało czerwonych rac. Miało być 500 m, wyszedł kilometr (plus powrót). Wsiadamy do auta i jedziemy na pierwszy punkt zmian. 


Czekamy na pierwszych biegaczy – pierwszy przybiega z jakąś kolosalną przewagą nad resztą peletonu. Jak nie patrzeć, czasy zwycięzców z poprzednich lat to niewiele ponad 4 godziny! 

Na punkcie zmian uczestnicy dostają smycze (czerwone sztafety, indywidualni czarne) – po drodze będzie zbieranie potwierdzeń na punktach kontrolnych – prawie jak w biegu na orientację;-) 

Niedługo na punkt zmian przybiega Patrycja Bereznowska. Jest to nazwisko, które wszyscy biegacze ultra znają. Patrycja „od zawsze” jest twarzą tego ultramaratonu – od lat mieszka w Wieliszewie, więc to chyba oczywiste. Pati biegnie w wianuszku biegaczy, którzy mają nadzieję, że poprowadzi ich na dobry wynik;-) 

Wreszcie dociera Monika, przejmuję od niej „pałeczkę” – czyli smycz i biegnę dalej. Jest jeszcze wcześnie i temperatura dopiero się rozkręca. Wszyscy biegną szybko. Ja także staram się nie być gorszy, choć z założenia miałem truchtać. Ale żyłka rywalizacji jest, więc wyprzedzam kogo się da… To tylko 9 km z kawałkiem. 

Przebiegam przez tereny gdzie często biegałem BnO. W lesie lekka górka i piasek – poza tym dobre szutrowe lub kawałkami asfaltowe drogi. Większość w lesie. Dobiegam do punktu zmian i przekazuję kartę na smyczy Barbarze. Nadrobiłem kilka minut w stosunku do planu. Może tempo nie było zawrotne (średnia wyszła 5:30), ale pamiętajmy, że miałem truchtać. 

Chwila odpoczynku i ruszamy na kolejny punkt zmian do OSP Krubin. Po drodze podwozimy jednego biegacza, który po swoim kawałku szedł pieszo do głównej drogi, by złapać okazję do Wieliszewa. 

W OSP Krubin czeka na zawodników obsługa full wypas- choćby budka z lodami… Wreszcie dobiega Barbara i Monika rusza na swoją drugą zmianę. 

My jedziemy do Sikor – to umowna „połowa trasy”, choć obiektywnie to już kawałek za połową. 
Fajne przy takim biegu sztafetowym jest to, że na każdym punkcie zmian można obserwować jak biegnie czołówka, jak biegną inni zawodnicy. W odróżnieniu od górskich ultramaratonów wydaje mi się, że jest mniejszy rozrzut czasów pomiędzy zawodnikami. Główna grupa biegnie gdzieś w okolicy 6 min/km. 

Dobiega Monika i przejmuję pałeczkę. Dobijam do Wisły, biegnę wałem, potem dziwne zawijasy po lesie. Droga się psuje. Kawałki łąk w lesie ze słabo wykoszoną trawą (nierówno, od góry pali słońce, trzeba biec wolniej i uważać), dużo zakrętów, kilka kawałków wałem, w którym co kilkaset metrów są wyrwy i biega się dół-góra. Pomimo dobrych chęci tempo siadło. Zamiast 5:30 wyszło 5:40. Dobiegam do punktu zmian w Poddębiu. 

Po drodze na ostatni punkt zmian w Dyniolandzie ruch zatrzymują żołnierze, bo przecina drogę trasa Ultramaratonu Powstańca. Zatrzymujemy się… i kto wybiega z lasu? Nasza zawodniczka Barbara! Oczywiście głośno dopingujemy. 

W okolicach Wieliszewa jest sporo jednostek wojskowych. Trasa przebiega obok nich, i właśnie żołnierze tych jednostek obsługują wszystkie punkty historyczne, dziurkują karty startowe i ogólnie zabezpieczają imprezę. Jest także kilka punktów sołeckich, gdzie mieszkańcy poją i karmią zmęczonych biegaczy. Co jakieś 5 km (a nawet częściej) jest punkt, gdzie można się nawodnić i coś przekąsić. Można praktycznie biec „na lekko”, co najwyżej z butelką wody w ręce. 

Do punktu w Dyniolandzie zaczynają dobiegać kobiety. I o dziwo, pierwsza nie jest Patrycja, która te zawody wygrywa z założenia. Wreszcie widzimy Patrycję. Widać, że zaliczyła jakiś upadek, brudna i zabłocona. Biegnie także powoli jak na siebie. Ale nie rezygnuje, rusza dalej na ostatnie 5 km. 

Obok nas pojawiają się znajomi na rowerach - Darek i Beata. Zrobili sobie wycieczkę i postanowili odszukać naszą ekipę na trasie. Udało się na przedostatniej zmianie dopaść Barbarę. Już niedługo ma dobiec do punktu zmian. 

Czekamy na Barbarę razem z nieoczekiwanymi gośćmi

Jest Barbara. Pomimo 13 km w nogach postanawia biec do końca. Ruszamy cała naszą ekipą w kierunku mety. Prowadzi Ania, bo ona dzierży w rękach kartę startową, my ją wspieramy i dopingujemy.


 Do zaliczenia jest jeszcze jeden punkt historyczny. W samym Wieliszewie, półtora kilometra prze metą. Sęk w tym, że jest to punkt na wieży kościoła. Uświadamiamy o tym Anię, gdy dobiegamy do kościoła… 


 Dobieg do mety, medale, owacje…. 


 

Wbiegamy na metę
Nie zdobywamy żadnej nagrody, ale mamy satysfakcję ukończenia kolejnej fajnej imprezy. Impreza fajna, kameralna. Ale wyżywienie na punktach dobre, organizacja dobra, na koniec można zostać wymasowanym (dziewczyny oczywiście zaraz oddały się w ręce masażystów). Może kiedyś uda mi się przebiec cały dystans samodzielnie, bo czuję niedosyt oglądając zdjęcia z punktu historycznego w forcie XVIIB Twierdzy Modlin. 


 

 

sobota, 1 sierpnia 2026

Tramwajowa

Wielkimi krokami zbliża się WMOC. O dziwo, jakoś brakuje zawodów treningowych, a takowe zawsze wszyscy robili. A teraz posucha. Szczególnie w sprintach. Tylko Barbara z Anią zrobiły trening leśny. Mapa Tramwajowa, dawno już nie biegana. 

Wtorkowe, upalne popołudnie. Stolik na skraju lasu, mapa w dłoń i ruszam. 

Gotowy do startu

Do PK 1 postanowiłem górą – pewnie ciut bliżej i duża część dobrą drogą. Wszystko fajnie – dobiegam w okolice punktu, wbiegam w las (biały na mapie), a tu las taki, że ciężko się przedrzeć przez zarośla…. To co nadrobiłem bieganiem, straciłem na przedzieraniu się i szukaniu właściwego dołka. Trzeba uważać na te zieloności, bo mapa stała się kłamliwa przez te lata bez aktualizacji… 

Już na spokojnie zaliczyłem PK 2, 3 i 4. Może niezbyt szybko, bo las straszliwie zaśmiecony gałęziami i suchymi zwalonymi drzewkami. Pewno to lasy prywatne, bo LP raczej dba o swoje tereny bardziej. 

Chwilka szukania dołka przy PK 5 (myślałem, że powinien być na lewo). 

Zabawa zaczęła się przy PK 8. Pamiętam kiedyś dawno temu ścigałem się tu z Andrzejem Krochmalem i także miałem problemy ze znalezieniem jakiegoś dołka. Teraz także z kimś się ściągałem – konkurent wyraźnie zbaczał w lewo. Ja, chcąc nie chcąc, także miałem tendencję do skręcania w lewo. W efekcie wylądowaliśmy kawał na zachód od właściwego miejsca. Dodatkowo zmyliły mnie ścieżki – na śladzie widzę, że szukałem punktu przy tej lewej, a nie prawej – dopiero drugie namierzenie się jednoznacznie ustaliło moja pozycję. 

Szukałem lampionu o jedną ścieżkę na zachód....

Dalej szło dobrze… aż do 13-stki. Przybyło w lesie ścieżek i jak się okazało, szukałem punktu o jedną ścieżkę za wcześnie. Długo szukałem…. 

Byłą jeszcze jedna ścieżka którą wbiegłem w las. ta po lewej...

 To mnie zupełnie rozproszyło. To i pewnie zmęczenie, bo upał mieliśmy iście saharyjski, a już chwilę byłem na trasie. PK 14 i PK 15 w pierwszym odruchu szukałem obok właściwego miejsca, zamiast dobiec do lampionu jak po sznurku…. 

I na koniec do PK 17 … nie sprawdziłem dokładnie wskazań kompasu i pobiegłem ścieżką „naokoło”. Ale przynajmniej na metę trafiłem bezbłędnie. 

Na mecie okazało się, że nie jestem taki ostatni (ale szału nie ma, więc prognostyk przed WMOC marny). Dużo uczestników miało problem z metą i przybiegali... na start zamiast do lampionu meta. Ja zrobiłem z trasy co miała 6,7 km trasę prawie 10-cio kilometrową… 


 

 

środa, 29 lipca 2026

Trening BnO Góraszka, czyli meteopatyczny spacerek.

Jeszcze nie zdążyłam złapać oddechu po Wawel Cup, a już Tomek zaczął namawiać na kolejne, tym razem lokalne, bieganie. No to dałam się skusić na  trening w Góraszce. Jako zaawansowana meteopatka nie czułam się dobrze przy szalejącej pogodzie, a w zasadzie w ogóle się nie czułam, więc odważyłam się tylko na trasę A, czyli najkrótszą z możliwych. Do tego wcale nie zamierzałam biegać, tylko pospacerować spokojnie po lesie, tam gdzie mapa zaprowadzi.

Przywoływanie gps-a.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam - ruszyłam ze startu spacerkiem, tylko nie pomyślałam o tym, że mogę sobie jeszcze bardziej ułatwić i iść ścieżką. Na szczęście las był przebieżny, więc nie musiałam walczyć z roślinnością. Trochę mnie zniosło w prawo, ale z daleka widziałam, gdzie inni podbijają punkt, więc podeszłam sprawdzić, czy to aby nie mój  i faktycznie. Trochę mi się zrobiło wstyd, że idę pomalutku, a azymutu nie potrafię dopilnować i na dwójkę już poszłam po kresce. W międzyczasie dogoniła mnie Becia, która przeczekiwała mój start, żebym odbiegła daleko i nie plątała jej się pod nogami. A tu taki zonk. No to dalej poszłyśmy razem. Trójeczka po kresce, czwórka z lekkim zawirowaniem, bo się za bardzo zagadałyśmy. Przy piątce spotkałyśmy Tomka i to chyba była jedyna atrakcja na trasie:-)
Przed szóstką Becia nie wytrzymała mojego ślimaczego tempa i pomaszerowała żywszym krokiem coraz bardziej powiększając odległość między nami. Szóstka była na wydmie więc ja szłam tak oszczędnościowo. A do siódemki strasznie mi się dłużyło. Ciągle miałam wrażenie, że to już, a to wciąż nie. W pewnym momencie  to już byłam pewna, że przeszłam punkt i jestem za daleko. I ledwo to pomyślałam, zobaczyłam lampion. 
Mety szukali wszyscy, bo mylił nas lampion zawieszony przy biurze zawodów i jakoś automatycznie każdy tam leciał. Tymczasem meta stała sobie w dołku nieopodal. Mi i tak się udało, bo widziałam gdzie przede mną pobiegła koleżanka, ale inni lecieli do biura i byli odsyłani z powrotem w las.
Mimo, że moje tempo było nikłe, to i tak na metę dotarłam zmęczona i ledwo trzymając się na nogach. No, ale to raczej od pogody niż trasy.

Moja króciutka traska.

niedziela, 26 lipca 2026

7 lat od Covida czyli Korona Mazowsza w Beniaminowie

Beniaminów – robi się taką drugą Falenicą dla warszawskich BnO;-) No dobra, teren jest ciut większy i bardziej zróżnicowany, znajdzie się jeszcze kilka dołków, gdzie nie było lampionów, ale zostaje takich już coraz mniej.
Nie zdążyłem się zapisać na drugi etap Korony Mazowsza VII i została mi tylko mapa Wkręcony;-( Tak to bywa , gdy w regulaminie nie ma podane do kiedy są zapisy aktywne… 

Gotowy do startu

Dotarłem na start. Według prognozy pod koniec biegu miało zacząć padać. Gorąco, jak to przed deszczem. Dostaję mapę, tylko 6,3 km. Idę na start i ruszam chwilkę za konkurencją Markiem (no, niby konkurencja startuje na krótszej trasie, ale tak się utarło, bo zwykle ze sobą konkurujemy). 
Do PK 1 twardo po kresce, choć może szybciej byłoby naokoło drogami przez biuro zawodów? Znajduję kopczyk z lampionem, ustawiam kompas i ruszam na PK 2. Pierwsza wtopa. Szukam górki „ najbardziej po lewej” i znajduję taką, tyle że to nie ta górka – ta którą znalazłem została zakryta przez okrąg PK i linię na PK 3. 

Dalej twardo na azymut, pomimo licznych przeszkód rzucanych pod nogi (czytaj gałęzie). PK 3 i PK 4 są na tyle charakterystyczne, że ciężko nie trafić na nie od razu. Za to do PK 5 mnie znosi w prawo i trafiam na stowarzyszony rów. Ale szybko odnajduje się na mapie i po chwili PK 5 zaliczony. 

PK 6 to mozolne przedzieranie się przez ścięte gałęzie… Zmęczony tym przedzieraniem się, do PK 7 biegnę naokoło drogami. Trafiam idealnie i szybko. 

Przy PK 8 przebiegam lampion. Może drzewo nie było tak charakterystyczne? Chyba jednak źle spojrzałem na mapę i myślałem, że biegnę drogą bardziej na południe – chyba upał zaczyna dawać mi się we znaki! 

Tragedia zaczyna rozgrywać się na PK 11. Z PK 10 przedzieram się przez zielone do drogi poprzecznej, skręcam w lewo i szukam ścieżki w prawo. Jest. Skręcam w nią, powinna mnie doprowadzić do punktu tuż po wybiegnięciu z zielonego, gdy zacznie się wzniesienie. Niby wszystko się zgadza, ale brak dołka z lampionem,. Pod nogami zwały ściętych gałęzi i nadmiarowych młodych drzewek. Szukam, krążę, w świat lecą niecenzuralne słowa, gdy demoluję swoje najnowsze skarpetki biegowe (i przy okazji goleń). Pamiętam, że kiedyś także tu gdzieś był punkt i także było szukanie… Dopiero po dłuższej chwili dochodzę, co jest nie tak: Ścieżka w którą skręciłem na mapie, nie dochodzi do głównej drogi, ta granica zielonego gdzie zaczyna się przezierność… na mapie nie istnieje, w terenie jest jeszcze jedna droga, której brak na mapie. Naokoło docieram do lampionu. 8 minut zamiast trzech? 

Szukanie PK 11

Dalej biegnie się coraz ciężej – bądź co bądź na trasie jestem już ponad 40 minut. A upał nie odpuszcza. Za to nie ma błędów – trafiam tam, gdzie założyłem i to w miarę po optymalnym wariancie. Idzie tak dobrze do PK 20. Tam szukam właściwego dołka kilka minut za długo. Chodzę w tę i we w tę i jakoś nie mogę znaleźć tego z lampionem. 

Gdy wybiegam z PK 20 w lesie robi się ciemno. Za PK 21 słyszę szum – to ściana deszczu sunie po lesie. Za PK 22 zaczyna już dobrze padać, za PK 23 ściana deszczu. Widoczność: w okularach: 1 m, bez okularów: 1m. Uważam, że okularnicy przy takim deszczu powinni mieć czas dzielony przez 2! 

Chciałbym mieć taką widoczność w deszczu...

Docieram na metę. Najbardziej z całej zabawy zapamiętam te dwa ostatnie punkty – nawigacja „na ślepo”. 


 

 

piątek, 24 lipca 2026

Wawel Cup - etap 3, czyli bieg o trzecie miejsce.

Po dwóch etapach zajmowałam trzecie miejsce w swojej kategorii i w tej sytuacji etap trzeci stawał się decydujący - albo utrzymam pozycję, albo będzie jak zwykle. 
Etap trzeci choć dość długi, bo prawie 4 km, miał zaledwie 7 punktów. Czyli wszystko miało rozegrać się raczej w temacie kondycji niż nawigacji. Choć z drugiej strony, na dłuższych odległościach łatwiej pobłądzić. Tak czy siak, musiałam się spiąć, lecieć szybko i uważnie. Nie wiadomo było, czy padający od rana deszcz będzie dla mnie ułatwieniem (bo schłodzi), czy raczej utrudnieniem (bo ślisko i nieprzyjemnie). Jedno było pewne - biec trzeba.
Po raz pierwszy to ja startowałam przed Tomkiem, a ponieważ Tomek sporo później, więc na start szłam sama. Ale przynajmniej tym razem było bliżej. Przed wyjściem nie mogłam się zdecydować co na siebie włożyć (bo zimno), a przed boksem startowym, co z siebie zdjąć (bo przy bieganiu się zgrzeję). Ostatecznie zostawiłam wszystkie nadmiarowe warstwy, żeby mieć motywację do szybszych ruchów:-) 
Po poprzednich etapach pamiętałam już, że drogi i ścieżki są bardzo użyteczne, więc nie kombinowałam z azymutem i na jedynkę ruszyłam drogą. Oczywiście ostatni fragment już musiałam lasem. Mimo że przestało padać, las był mokry i już po kilku metrach można mnie było wyżymać. Ale przynajmniej się nie spociłam.
Do dwójki ruszyłam już azymutem. Niby potem można było wstrzelić się w ścieżkę i obiec, ale wydawało mi się coś za dużo tego obiegania. Bałam się tylko, czy na takiej odległości nie zgubię azymutu, a tymczasem wyszłam idealnie na punkt, lepiej niż na jedynkę. Po dwójce znowu kawałek ścieżką. Mogłam dalej, ale pomyślałam: a pitolę ścieżki! Lecę na przełaj! I tak zrobiłam. Może to i głupie było, ale skuteczne, bo znowu wyszłam dobrze. To znaczy dobrze na skałki, a w nich jeszcze trzeba było znaleźć właściwą. Na szczęście zadanie okazało się łatwe.
Czwórka to kolejna grupa skałek, litościwie nie na szczycie góry, tylko niemal u podnóża i w sumie przelot z trójki na czwórkę był całkiem w porządku.  
 
Gdzieś na trasie ustrzelił mnie "służbowy" fotograf.

Żeby nie było za lekko, to piątka już niemal na szczycie góry. Tę górę to zdobywałam i na poprzednim  etapie, tam gdzie te pokrzywy i jeżyny. Znowu władowałam się w to samo, ale tam chyba nie da się inaczej. Najbardziej bałam się, że to przedzieranie się bardzo mnie spowolni, bo poparzenie, rany kłute i szarpane to w sumie pestka. Tym razem samotna skałka była po drugiej stronie góry, chyba żeby nam się nie znudziło.
Po piątce to już właściwie luzik, bo po pierwsze z górki, a po drugie szóstka i siódemka tuż przy mecie, więc nawet nie ma ich co liczyć. Aczkolwiek znaleźć i podbić nie zawadzi:-) Przed szóstką, tak dla treningu przedarłam się przez ciemnozielone, chociaż kończyło się kawałeczek dalej i można było obejść. Ja już sama nie wiem co mam z tym ładowaniem się, tam gdzie najtrudniej. Jakoś samo mnie przyciąga i zanim się zorientuję, tkwię po uszy w krzakach.
Na mecie tym razem nikt na mnie nie czekał, więc ja poczekałam na Tomka, ale dopiero po ogarnięciu się i chwili odpoczynku.

Tomek na mecie.

Moje konkurentki ułatwiły mi zadanie utrzymania trzeciego miejsca, bo jedna złapała nkl, a druga w ogóle nie wystartowała. Fajniej byłoby wygrać w pełnej obsadzie, ale czy wtedy by się w ogóle udało? Skoro utrzymałam pozycję, to oczywiście musieliśmy zostać na dekoracji.  Zresztą Karolina (nasza współpasażerka w drodze powrotnej) wygrała swoją kategorię, więc tym bardziej musieliśmy zostać.

Na podium  

Tak sobie myślę, że jak by tak następnym razem wziąć udział tylko w etapach liczonych do klasyfikacji generalnej, to miałabym więcej sił w rezerwie, czyli większe szanse na dobry wynik. Boję się tylko, że potem bardzo bym żałowała tych nieprzebiegniętych treningów i etapów. I bądź tu mądry...

Moja trasa.
 

czwartek, 23 lipca 2026

Wawel Cup - etap 2, czyli zmęczenie kontra gen rywalizacji.

Na regenerację po pierwszym etapie nie było zbyt dużo czasu, bo drugi odbywał się już o 16-tej tego samego dnia. Zresztą nawet nie bardzo było gdzie regenerować, bo nie wracaliśmy na kwaterę, więc najwyżej mogliśmy sobie posiedzieć na krzesełkach. Obiad mieliśmy zamówiony, więc przynajmniej z tym nie było kłopotu. 
Start miał być z tego samego miejsca co rano, czyli znowu ponad kilometr dojścia. Ponieważ w tym etapie nie startowaliśmy w dużym odstępie czasu od siebie, mogliśmy na start pójść razem. I całe szczęście, bo Tomek niemal mnie tam zaciągnął, bo tak nie miałam siły iść. Dosłownie robiło mi się słabo i jakoś nie wyobrażałam sobie startu. Z tej niemocy o przygotowaniu i włączeniu zegarka przypomniałam sobie pięć sekund przed ruszeniem z boksu i o dziwo zegarek zdążył się uruchomić jeszcze przed lampionem startowym. Chyba się zorientował, że bardzo mi zależy.
W sumie to nawet dobrze, że ruszyłam taka zmarnowana, bo nie kombinowałam z azymutem, tylko po bożemu pobiegłam (czy raczej poszłam) drogą. Dopiero pod koniec, kiedy trzeba było wspiąć się na zbocze do skałki, zeszłam w las. Ledwo wlazłam na tę jedynkę i całe szczęście, że dwójka była blisko i mniej więcej na tym samym poziomie. Dwójka fajna, bo w jaskini - malutkiej, ale zawsze. I przy jedynce i przy dwójce było sporo osób, więc trochę naprowadziły mnie na właściwe miejsce, No ale przecież nie będę oczu zamykać na widok innych uczestników, c'nie?
Za trójką niemal oczy przecierałam ze zdumienia, bo przed sobą zobaczyłam najpierw Becię, a potem, w okolicach czwórki, Ulę, które startowały przede mną. No, ale jak to? To ja ledwo żywa, leząca krok za krokiem doganiam konkurencję? Coś tu chyba nie halo! Ale skoro los dał taki prezent, to grzech nie brać:-) I żeby nie było - z dwójki co prawda najpierw było w dół, ale potem znowu trzeba było się wspinać pod górę, więc łatwo z tym doganianiem nie miałam. 
Od czwórki leciałyśmy we trzy, po drodze kombinując jak ominąć teren zakreskowany jako zakazany, a nie obiec przy tym całego województwa. Znalazłyśmy sobie mały przesmyczek i pognały. To znaczy Ula pognała, ja usiłowałam nie stracić jej z oczu, a Becia z mniejszą niż moja desperacją, podążała za nami.
Piątkę wzięłyśmy niemal w biegu, bo przy drodze, a potem tą drogą na szóstkę. Z drogi po pewnym czasie należało skręcić w ścieżkę, która doprowadzała niemal na punkt. Trafiłam na ścieżkę, w którą wbiegała większość zawodników przede mną, ale widziałam, że Ula pobiegła dalej. Co robić? Komu zaufać? Ponieważ zawsze zachęcam samą siebie do korzystania z własnego rozumu, postanowiłam nie lecieć za Ulą, tylko zobaczyć co z tą ścieżką. Razem ze mną skręciła tam też Bożenka z K65 i tak od słowa do słowa wyszło mi, że to jednak nie jest właściwa ścieżka, a w ogóle to nie ma jej na mapie, bo dopiero przed chwilą została wydeptana. Ale za to była ambona, z której mogłam się namierzyć. Darłam z niej ile sił w nogach, bo mi się gen rywalizacji nagle włączył i koniecznie chciałam dogonić Ulę. Zupełnie zapomniałam, że to mało realne. Do tego chwilę mi zeszło zanim trafiłam na tę szóstkę, bo wcale nie poszło od pierwszego kopa. 
 

Do siódemki biegłam, mimo że pod górę i zupełnie zapomniałam, że nie mam już sił. Ósemka trochę mnie spowolniła, bo obrałam bzdurny wariant, przez pola pokrzyw i jeżyn. Co chwilę jakiś pęd łapał mnie za nogi, a ręce miałam poparzone od pokrzyw mojej wysokości. No, nieźle się wpakowałam. Na mapie nie wyglądało to tak źle, jak w terenie i to mnie troszeczkę usprawiedliwia. Ale niewiele. Ósemka była ostatnim punktem skałkowym i ostatnim z tych bardziej wyczynowych. 
Do dziewiątki na azymut, przez szczyt, na drugą stronę góry. A po drodze pod nogami poziomki. Aż żal było biec dalej. Ostatnie dwa punkty to już łatwe, obiegane i bez historii i na koniec meta.

Jeszcze kogoś wyprzedzić!

Wyniki etapu nieco mnie zaskoczyły, ale pozytywnie. Zajęłam, drugie miejsce za Ulą (czyli słusznie usiłowałam ją gonić), a dwie konkurentki zaliczyły nkl, co wyeliminowało je z klasyfikacji generalnej. No to w sumie taka ostatnia nie będę na tym Wawelu:-)
 
Moja trasa.

wtorek, 21 lipca 2026

Wawel Cup - etap 1, czyli cud przetrwania.

Po tych wszystkich treningach i prologach nadszedł wreszcie czas na najważniejszą część zawodów. W sobotę rano zaczynały się etapy liczone do klasyfikacji generalnej. Minuta zerowa o godz. 10.00. Tomek startował zaraz na początku, ja jakieś pół godziny po nim. Ponieważ dojścia było aż 1300 metrów, to bałam się, że już to mnie załatwi, zwłaszcza, że było gorąco i do tego byłam niewyspana po nocnym bieganiu i emocjach po nim niepozwalających mi zasnąć. No i na śniadanie bałam się spóźnić, więc spałam czujnie:-)

Rano flagi jeszcze leżały na trawie, ale tak lepiej wygląda.

Etap niby krótki, bo niecałe 3 km, ale za to z dużymi przewyższeniami, czyli tym, co mnie najbardziej boli. Na start szłam sama, bo nie chciało mi się w lesie sterczeć pół godziny i wolałam posiedzieć w bazie.
Już od boksu startowego zaczęło się źle, bo pod górę. A tu jeszcze w biegu trzeba mapę przeczytać, znaleźć trójkącik i podjąć decyzję jaką strategię obrać. Oczywiście odruchowo wybrałam azymut i od lampionu startowego zamiast kawałek pobiec drogą, jak wszyscy inni, ja oczywiście wlazłam w krzaki i przedzierałam się obok ścieżki. Niby dużo tego nie było, ale żeby tak głupio zaczynać... Na szczęście pomimo głupiego początku, na jedynkę trafiłam bez problemu, za to zasapana, bo pod górę. Dwójka luzik, bo ciut w dół, a trójka to pierwszy punkt skałkowy. Znowu pod górę, ale nawigacyjnie łatwo. Skałka nieduża, to łatwo trafić, bo w tych dużych to często mam problemy. Za to głupio próbowałam od niego odejść, bo w przeciwnym kierunku niż następny punkt. Ale kiedy już to ogarnęłam, wpadłam na genialny (jak na mnie) pomysł, żeby na czwórkę nie iść azymutem przez szczyt, tylko poziomnicą i zaoszczędzić sobie wspinaczki.  Jaka ja byłam dumna z tego pomysłu:-) 
Do piątki dałam radę, a spod niej lawirowałam między skałkami i jakimś takim dziwnym zawijasem wychodziłam. Ale nie zgubiłam się. Szóstka stała już pośród dużych skał i nie udało mi się wbić "na skróty", tylko obeszłam naokoło, a i odchodziłam w kierunku odwrotnym od zamierzonego, ale ukształtowanie terenu jakoś nie zachęciło mnie to pójścia po prostej. Przy szóstce spotkałam Becię. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo startowała kilka minut po mnie, a ona do biegania niewyrywna, więc znaczyło to ni mniej, ni więcej, że ja wlokę się niemiłosiernie. Tak mnie te kombinacje z wchodzeniem i wychodzeniem z szóstki zmęczyły, że zaczęłam bezmyślnie iść za Becią, nawet już nie patrząc za bardzo w mapę. Od siódemki to już oficjalnie szłyśmy razem. Ósemka na szczęście była w dół, nawet bym powiedziała, że niepotrzebnie tak ostro w dół, bo niewygodnie się schodzi, ale i tak wolę to niż odwrotnie. Na dziewiątkę nie trafiłyśmy przeze mnie. Zamiast lekko wspinać się między skałkami, ja luzacko prowadziłam coraz niżej i niżej, bo tak mi było wygodnie. Becia coś tam próbowała protestować, ale zanim przyznałam jej rację już było po ptakach i wylądowałyśmy na ścieżce kawałek za punktem. Tam dopytałyśmy się, gdzie ta dziewiątka, chociaż i tak byśmy się namierzyły. Ale fajnie mieć potwierdzenie, że punkt jest i czeka na nas. Wracałam do tej dziewiątki niemal ze łzami w oczach, bo już nie miałam siły.

A ominiemy sobie dziewiątkę...

Od dziewiątki to już ciągnęłam na rezerwie i ledwie dolazłam na dziesiątkę. Na szczęście do jedenastki już było w dół. Przy jedenastce na odejściu robiłam jakieś dziwne manewry, chyba ze zmęczenia, bo nie widzę i nie pamiętam żadnego innego powodu. Z jedenastki to kawałek biegłyśmy nawet asfaltem, żeby potem wdrapać się na ostatnią górkę do PK 12. Dobrze, że ostatnia, ale wolałabym żeby jej w ogóle nie było. Jeszcze tylko trzynastka i wyznakowany dobieg do mety. Wykrzesałam resztkę sił, żeby efektownie wbiec na metę, ale i tak miałam świadomość, że etap poszedł słabo.
 
Faktycznie wygląda jak bym biegła.

O dziwo, wcale nie byłam ostatnia w wynikach, ale szóste miejsce na osiem zawodniczek, to też żadna rewelacja. I tak najważniejsze, że przeżyłam, bo na trasie wcale nie byłam pewna, że tak się stanie.

Moja trasa.

piątek, 17 lipca 2026

Wawel Cup i nocny prolog, który wcale nie był taki straszny.

Po Model Evencie mieliśmy czas na chwilę odpoczynku, obiad i wizytę w biurze zawodów. Odebraliśmy numery startowe i nie oparliśmy się pokusie zakupienia kolejnych wawelcupowych koszulek. Nie nadążamy już używać wszystkich, ale te znowu były przecudnej urody, więc jak nie kupić. Jedyny problem, że rozmiarówka strasznie zaniżona i nawet L-ka trochę opina się na mnie. Większych nie było, więc nie pozostaje nic innego jak schudnąć.
 
Koszulka przecudnej urody.

Nocny Prolog zaczynał się dopiero o 21.30, czyli w porze, kiedy ja zazwyczaj wędruję już do łóżka, a nie do lasu. Do tego okazało się, że z naszej wesołej gromadki tylko my zdecydowaliśmy się na udział, więc podczas gdy my szykowaliśmy się do biegania, reszta szykowała się do imprezowania. Nie ma na świecie sprawiedliwości:-( Nie lubię biegać nocnych zawodów, bo zawsze boję się, że zginę w ciemnym lesie, samiuteńka, a cała leśna fauna i flora tylko czeka żeby mnie pożreć lub przynajmniej uszkodzić.
 
Z mapą w garści czekam na sygnał startu.

Start był masowy. Tym razem był dość chaotyczny, bo każdy stawał, gdzie chciał, zamiast jak dawniej kategoriami, co wprowadziłoby trochę ładu. Bieganie w tłumie nie jest tym co lubimy, więc ustawiliśmy się skromniutko z tyłu. Na sygnał wszyscy rozwinęli mapy i ruszyli.
 
Nawet się załapałam na fotkę, co prawda plecami, ale zawsze.

Od startu cały czas sobie w myślach powtarzałam, żeby nie lecieć za innymi, tylko kierować się mapą, kompasem i własnym rozumem.
Nasza trasa (czyli weteranów starszych) miała ciut ponad 3 km, ale za to aż 24 punkty. Początek to same kopczyki i trochę się bałam, że przy tej gęstości punktów łatwo będzie trafić na nie swój kopczyk, więc kurczowo trzymałam się azymutu. Tak kurczowo, że  na pierwszy punkt pobiegłam idealnie po kresce. Potem ciut poluzowałam, ale dalej szło idealnie. Aż do szóstki punkty były blisko siebie i wszystkie na zboczu, więc było trochę góra - dół. Po chwili już wiedziałam, że ubrałam się dużo za ciepło:-( 
Siódemka była ostatnim kopczykowym punktem, ale sporo oddalonym od wcześniejszych. Udało się trafić bezbłędnie. Od siódemki znowu gęściej, ale już nie na kopczykach (poza PK10) tylko na muldach.  
Już po kilku pierwszych punktach zorientowałam się, że razem z Ulą T. mamy ten sam wariant trasy i trochę mnie to zbiło z tropu. Biegamy w podobnym tempie, nawigujemy podobnie, więc szanse, że jakoś się rozłączymy w lesie, malały z każdą chwilą. Co chwilę jedna z nas próbowała zgubić tę drugą, ale nie dało rady. Punkty były zbyt łatwe, żeby którakolwiek się zgubiła, gonić do utraty tchu też żadna nie zamierzała, a i odpuścić i specjalnie zostać w tyle też nie. Psuło to trochę zabawę, no ale taki urok startów masowych. Są i zalety - nie bałam się, że jestem sama w ciemnym lesie, bo dookoła kłębił się tłum, a i las nie był zbyt ciemny, rozświetlony wieloma czołówkami.
Do PK 21 szło gładko, a przy 21 na moment się zawiesiłam, bo zapomniałam z jakiego przybiegłam i czy na pewno ten mam podbić. Oczywiście Ula była w pobliżu, więc podpowiedziała, ale czas potrzebny mi na ogarnięcie tego umysłem, dał jej szansę na szybkie oddalenie się i w efekcie dotarcie do mety przede mną. Zresztą i tak na PK 22 nie wyszłam dobrze od razu, bo rozkojarzenie po 21 jeszcze działało. Ale co tam. I tak było dużo fajniej niż przypuszczałam.

Na mecie czekał Tomek i dopingował.

Mój wariant trasy.