wtorek, 24 kwietnia 2018

Dwieście procent normy

A tak z innej beczki - zapisaliśmy się na Bieg Konstytucji. W sumie to namówił nas Krzysztof, a sam pięknie się wymiksował z udziału:-) W ramach przygotowań wybraliśmy się na trening organizowany co czwartek przez Aktywną Warszawę, żeby zobaczyć jak powinno się trenować oraz żeby zrobić sobie test FMS, który informuje o potencjalnym ryzyku kontuzji.
Zaczęło się od "roztruchtania" jak to określiła dziewczyna prowadząca trening. Nooo, po tym roztruchtaniu to ja już padałam na pysk, a tu okazało się, że to nawet nie była jeszcze rozgrzewka. Rozgrzewkę zrobiłam już z wywieszonym jęzorem i na rezerwie, oszukując na co drugim ćwiczeniu.  Kiedy już miałam się położyć i spokojnie sobie umrzeć, okazało się, że teraz dopiero rozpocznie się trening właściwy. Ponieważ byłam ciekawa tego treningu, to umieranie odłożyłam na później. Trening polegał na przebiegnięciu 10 razy ośmiusetmetrowego odcinka, z przerwami na dwustumetrowe odcinki truchtu. 

Tak dla przypomnienia - to co oni tam nazywają truchtem, to jest mój bieg na jakieś 80 % możliwości.  Po dwóch  odcinkach poddałam się, ale chytrze wymyśliłam, że pójdę na test, żeby nie było, że nie daję rady. Na teście trzeba było zrobić siedem ćwiczeń, z których część mi wyszła bardzo dobrze, część dobrze, a na dwóch całkiem poległam. Ostatecznie osiągnęłam wynik 17 punktów na 21 możliwych. Wynik poniżej 14 oznacza, że lepiej nie wychodzić z domu, bo człowiek się rozsypie, powyżej - nie jest źle, a im więcej punktów, tym lepiej. No to ze mną wbrew pozorom nie jest tak źle.
Gorzej jest z Tomkiem, bo osiągnął tylko 15 punktów i nie wiem, czy w ogóle puszczać go na jakieś zawody, żeby mi nie wrócił jako inwalida. Na razie co wieczór staje na "karnym jeżyku" i ćwiczy równowagę.

Po teście przebiegłam dla przyzwoitości jeszcze jedno ośmiosetmetrowe okrążenie, a potem okazało się, że to wcale nie koniec. Bo teraz mieliśmy biegać jeszcze szybciej, tylko na krótszym odcinku. Według polecenia - sto metrów na 80% możliwości. Ja to chyba musiałabym lecieć na dwieście procent, bo osiemdziesiąt, to było u mnie "roztruchtanie":-) Parę razy przeleciałam się aż do wyplucia płuc i wreszcie doczekaliśmy się rozciągania i końca treningu. Całość trwała dwie godziny.
Kurcze, my do tej pory wychodziliśmy pobiegać pół godzinki i myśleliśmy, że robimy trening, a tu się okazało, że to było tylko roztruchtanie...
Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Ciąg dalszy?

Ten ciąg dalszy to taki problematyczny, bo o etapach TU i TZ to nic nie wiem, poza tym, że się odbyły. Gdzieś tam się odbyły z dala od bazy. Jedyną wieczorną atrakcją było dla mnie wyjście na nocną trasę TP jako obstawa braci Witkowskich walczących o zwycięstwo w kategorii TD.
Pobraliśmy mapy, wyszli za próg, chłopaki rzucili na nie okiem i ... schowali do kieszeni. To znaczy starszy schował, bo młodszy to nawet czasem zerkał. Krzysiowi od razu uaktywnił się aparat mowy dzięki czemu miałam okazję sporo dowiedzieć się o grach komputerowych, tylko nie pamiętam o jakich, bo marny ze mnie słuchacz.  Punkt pierwszy chłopaki wzięli z byle czego, a portem ruszyli przed siebie. Noo, jak się nie patrzy w mapę, tylko gada, gada, gada, to tak się zdarza. Ponieważ moją rolą było pilnowanie, a nie nawigowanie poszłam za nimi nic nie mówiąc. Jakieś pół kilometra później Krzyś jednakowoż zauważył, że coś długo idziemy i układ ulic się nie zgadza. Zawróciliśmy niemal pod szkołę.
- Jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bazy - zauważył młodszy z braci w pewnym momencie i faktycznie miał rację.
Zaczęliśmy drugie podejście. Po szybkim rzucie oka na mapę, Krzyś kontynuował opowieści o grach i ... ruszył dokładnie tą samą trasą co poprzednio. Ten manewr powtórzyliśmy jeszcze raz i kiedy pomyślałam, że do rana będziemy tak chodzić postanowiłam interweniować. Zażyczyłam sobie dokładnej identyfikacji która ulica na mapie, to ta, na której stoimy, dokąd mamy dojść i którędy. Wreszcie nasza marszruta uległa zmianie, ale już po kilku krokach Krzyś znowu zapomniał gdzie i po co idziemy. Kiedy dawno minęliśmy kolejny punkt, w końcu zalęgło się w nim poczucie, że coś nie gra. Ku mojemu zdziwieniu zauważył nawet, że przeszliśmy już na drugi wycinek i jeszcze do tego wiedział gdzie jesteśmy. Jakim cudem? - zupełnie nie wiem, bo nie widziałam, żeby w ogóle używał mapy. Wreszcie chłopaki znaleźli pierwszy właściwy punkt  i w zasadzie zwycięstwo mieli już w kieszeni. Mimo to postanowili przejść cała trasę. To znaczy starszy postanowił, bo młodszy miał wątpliwości, czy da radę. Na szczęście trasa nie była długa i zanim się zorientował, że może być zmęczony, już byliśmy na ostatniej prostej. Po drodze jeszcze kilka razy musiałam interweniować w kwestii patrzenia na mapę, bo inaczej łazilibyśmy po całej Zielonce chyba do rana, ale ogólnie nie było źle. Do bazy wróciłam totalnie ogłuszona słowotokiem, który cały czas wylewał się na mnie i powiedzmy szczerze - bez knebla, to już nigdy w życiu!!!!

Oczywiście, że chłopaki wygrali swoją kategorię!

piątek, 20 kwietnia 2018

Ja tego nie ogarnę!

Wcale nie chciałam łączyć Niepoślipki z Rodzinnymi, ale najpierw namawiał mnie na to Tomek, potem nasz burmistrz, więc uległam, bo co było robić, kiedy siła złego na jednego. Początkowo to nie chciałam w trosce o tych uczestników, którzy planowali wystartować w jednych i drugich zawodach, a kiedy uświadomiłam sobie, że JA TEGO NIE OGARNĘ, to już martwiłam się tylko o siebie.
Na początku zapisy szły powoli i nawet nas to trochę stresowało, więc oplakatowaliśmy każdy słup i tablicę w okolicy i... zaczęło się. Jeszcze przy pięćdziesięciu osobach na Rodzinne cieszyłam się z frekwencji, przy sześćdziesięciu wciąż byłam opanowana, przy siedemdziesięciu zaczął łapać mnie stres, a przy osiemdziesięciu wpadłam w panikę, no bo przecież JA TEGO NIE OGARNĘ .
Na głowie miałam nie tylko Rodzinne, ale i pewne działania na rzecz Niepoślipki. W końcu
Niepoślipka to nasze (moje i Tomka) wspólne dziecko, a dzieci się nie porzuca. Na pomoc Tomka nie miałam co liczyć, bo on i tak nie wyrabiał na zakrętach, w odwodzie pozostali Stowarzysze, choć dla nich to Niepoślipka była priorytetem.


Nie obeszło się bez drobnych potknięć - a to mapy zostały wydrukowane nie w tej wersji co trzeba i meta zamieniła się miejscem ze startem, a to zawodnicy z niepoślipkowej trasy TP  dotarli na metę zanim nam przez myśl przeszło, że trzeba by ją już zorganizować, a to trasa do przebycia z wózkiem okazała się mocno ekstremalna.

Dwie opcje: albo po błocie, albo przez barierkę:-)

Na koniec powstał dylemat jak rozdysponować pudło upominków, kiedy pierwszych miejsc jest cała masa, a wypadałoby też coś przewidzieć dla drugich i trzecich, no a pudło nie jest z gumy. Najsprawiedliwsze wydało mi się losowanie, bo w końcu każdy się natrudził na trasie, więc każdy powinien mieć szansę na nagrodę. Chyba wyszło nieźle.
A potem to już mogłam się skupić na Niepoślipce.

c. d. może n.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Bez wódki nie razbieriosz

Niepoślipka, Niepoślipka i po Niepoślipce. Jak by się to ciągnęło jeszcze dłużej, to chyba wpadłabym w alkoholizm. Bo tak: najpierw mapy - weź i zrób mapę na trzeźwo, jak nie pamiętasz działania oomappera, teren ci się nie zgadza z mapą, nie masz pomysłu na pogodzenie kategorii TT z TF, a mają być na jednej trasie, kierownik zawodów pyta co chwilę czy już gotowe, a ty w lesie (dosłownie i w przenośni).
A do tego medale. Medale gotowe jak są tanie, to są na ogół obrzydliwie brzydkie, a jak są ładne, to są obrzydliwie drogie. Poza tym ostatnio zrobił się trend medali hand made, więc i my nie mogliśmy przecież być gorsi. Z miesiąc przed Nieposlipką wymyśliliśmy, że zrobimy ceramiczne. I co? I okazało się, że miesiąc na ich wykonanie to za mało, bo procedura jest długotrwała, a do pieca do wypalania jest kolejka. Odpuściliśmy. Na drugi rzut poszła modelina. Zamówiliśmy stempel do odbijania wzorku i już po pierwszej reklamacji nadawał się do użytku. Po dwóch tygodniach testów,  butelce nalewki i wielu kieliszkach wina osiągnęliśmy w miarę zadowalający rezultat. Tyle tylko, że skończył się nam wolny czas i nie było kiedy zająć się produkcją. W końcu trzy dni przed imprezą, przy pomocy ćwiartki naleweczki naprodukowałam trochę tych medali, Tomek je wypalił i dzień przed godziną "zero" wziął się za malowanie. Bałam się, że nie wyschną, bo prototypy malowane pierwszą zakupioną farbą schną do dziś.

Ten jeszcze sobie dosycha.

Druga farba okazała się bardziej szybkoschnąca i w momencie wręczania medali, były tylko odrobinkę lepkie:-) W piątkowe popołudnie odebraliśmy wklejki do medali i wstążeczki, a łączenie tego w całość zostawiliśmy na noc poprzedzającą zakończenie imprezy. Tak żeby było troszkę adrenaliny, bo a nuż nie zdążymy...
Chciałam tę formę do medali wykorzystać jeszcze do ciastek i zrobić takie z Niepoślipeczką, ale miałam wybór - upiec ciastka, albo wykąpać się i uczesać. Nooo, dla kobiety to był dramatyczny wybór: pokazać zdolności kulinarne, czy podkreślić urodę. Uznałam, że moje zdolności kulinarne większość osób już zna, a mojej urody to jeszcze nikt nie widział, więc padło na urodę. Cóż, lepszy efekt byłby jednak gdybym upiekła ciastka... I nawet napić się już nie mogłam, bo za chwilę zaczynała się impreza, co dla mnie oznaczało tysiąc pińćset kursów samochodem.
Ale ja to sobie kiedyś odbiję....

c. d. n.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Zapomniany "Oswój Smoka"

Zapitalamy przy "Niepoślipce" jak małe samochodziki i nawet nie ma kiedy napisać relacji z oswajania smoka.
Goniliśmy bestię nad Wisłą, na Siekierkach, głównie po krzakach. Znowu się nie udało, chyba dlatego, że nazbieraliśmy masę stowarzyszy. Chyba cofamy się w rozwoju:-) Biegaliśmy chaotycznie z jednego krańca terenu zawodów w drugi, a potem z powrotem, czyli nie ma się czym chwalić.
Spuśćmy więc litościwie zasłonę milczenia na tę imprezę....
O, tak biegaliśmy:


piątek, 6 kwietnia 2018

Święta rozleniwiają

Święta rozleniwiają. Wiadomo, że gwałtownie zmienia się wtedy obwód w pasie, a ubrania dziwnie się kurczą. Pamiętam jak wybrałem się na swoje pierwsze AnIno czyli lanoponiedziałkową imprezę kilka lat temu. Byłem zdziwiony, że w święta taki tłum ludzi orientuje się w lesie. Teraz mamy  lanoponiedziałkowy Gambit, więc także należało się wybrać, by stracić kilka kalorii. Niestety, Moja Druga Połowa „wymiękła”. Owszem miała „mocne argumenty”, że niby to musiała przygotować poniedziałkowe obżarstwo dla rodziny, która nas nawiedzała, ale myślę, że główną przyczyną było załamanie pogody. Ranek powitał nas deszczowy, wietrzny i niezbyt ciepły. Z pewną niechęcią zwlokłem się z łóżka, ubrałem i wybrałem do Michalina. Po drodze natknąłem się na policyjną blokadę i zatrzymywanie nielicznych pojazdów  do  świątecznej kontroli, zapewne w ramach akcji „Policyjne Jaja” czy jakoś tak. Zmarznięty stróż prawa machnął na mnie lizakiem i się zatrzymałem. Niespiesznie podszedł do auta. Popatrzył, poprosił o dokumenty. Ja już gotowałem się do świątecznego dmuchania, ale stróż prawa wykazał się wysokim wskaźnikiem domyślności i zapytał z lekkim  przerażeniem: „Na zawody? Jakie?” Nie wiem czy zrozumiał coś z mojego tłumaczenia o orientacji, tylko pokiwał ze zdziwieniem głową, coś mruknął o fatalnej pogodzie i machnął ręką bym jechał dalej.
Na miejscu już kłębił się tłum znajomych. Nie zdążyłem dojść do biura, gdy rzuciły się na mnie panny (szt. 1) z butelką wody. No cóż, kiedyś to się właśnie panny polewało, a nie żonatych panów w poważnym wieku. Ale cóż, mamy teraz gender;-)
Przyszedł czas, dostałem mapę i „pobiegłem” na trasę. Pobiegłem, bo biegiem traci się więcej kalorii, a poza tym obiecałem małżonce, że wrócę wspomagać ją w działaniach przygotowawczych do przyjęcia gości. Na mapie nie było opisu co i jak poprzekształcano, a  z tłumaczenia autora zrozumiałem, że pierścienie zamieniły się miejscami, przeskalowały i poobracały. Nic, zobaczmy. Pierwszy pierścień wyglądał na niezmieniony. No, może mapa mało aktualna, ale to pikuś. Mam pierwszy PK. Drugi pierścień podobnie. To jakieś podejrzane się wydaje, ale punkt był tam, gdzie trzeba. Na pewno trzeci pierścień musi być już zamieniony, bo nie wpasował się w otaczającą go mapę. Niby dotyka do zabudowań…  więc może tylko przekręcony? Idę, szukam i nic! Dobra, lecę dalej - mam czas i mogę tu wrócić biegiem. Kolejny pierścień… i znowu teren nijak się z niczym nie zgadza i w naturze brak jakichkolwiek lampionów. Zniechęcony biegnę do hałdy po wysypisku śmieci – znam ją sprzed roku i tu dopasowuje się dobrze pierścień z ortofotomapą.
Góra śmieci to było nie lada wyzwanie - na rozmokniętej glinie zjeżdżały nawet moje buty z agresywnym bieżnikiem!
I kolejny mały pierścień z PK 12 także jest na swoim miejscu. No, może trochę źle odwzorowane są młodniki, ale nie ma żadnych stowarzyszy tam gdzie szukałem pierwotnie. Szukam chwilę PK 8, bo ortofotomapa jest tu mało czytelna. Odkrywam, że jak nic, do tego miejsca pasuje także jeden z innych pierścieni. Nie zgadza mi się to z koncepcją przekształceń którą usłyszałem na starcie! Z krzaków wypada Leszek. Odpytuję go czy dobrze zrozumiałem koncepcję przekształceń i okazuje się, że myślałem źle. Pierścienie mogą być „gdziekolwiek”. To zmienia postać rzeczy, bo w  miejscu, w którym jestem, nakładają się 3 pierścienie, a ostatni bez problemu wpasowuję tam, gdzie być powinien. Zostaje mi troszkę się wrócić, podbić co trzeba i lecieć na ostatnie punkty. Zagwozdkę mam dopiero przy ostatnim PK 11. Na mapie jest on zaznaczony w miejscu, gdzie do drogi dochodzi jakaś ścieżka, na tajemniczym czarnym obiekcie. Obiekt ten przypomina trochę przepust. W terenie są dwa lampiony – jeden przy ścieżce (jakby ciut za blisko) i drugi przy jakiejś odnodze ścieżki, ale przy zasypanym dole/rowie i czymś, co wygląda na przepust. Niby trochę za daleko, ale to czarne na mapie musi coś oznaczać! Stawiam na przepust. Jak się potem okazuje to wcale nie był przepust tylko…. ostatnia literka „i” nazwy ulicy! Słowem „przegrywam”, a szkoda bo etap był łatwy.
Jest jeszcze w miarę wczesna godzina, więc decyduję się na BnO. Na wszelki wypadek najkrótszy dystans, bo oczami wyobraźni widzę Żoną z wałkiem czekającą w drzwiach na spóźnionego męża…
Niestety, okazuje się, iż święta zeżarły całą moja kondycję. Biegnę niczym mucha w smole. Podbijanie karty trwa godzinami, pewnie ze zmęczenia. Na dodatek z ostatniego PK odbiegam w złym kierunku. Wstyd. Owszem wygrywam kategorię, ale nie jestem zadowolony z biegu. Muszę porządnie potrenować. Tym bardziej, że zapisałem się na prawdziwy maraton. Właściwie ultramaraton, taki po górach i z punktami ITRA. I jak nic muszę zmieścić się w limicie czasu, ale na razie to marnie wygląda;-(

niedziela, 1 kwietnia 2018

Przedświateczny spacer z mapą

Święta nadeszły, a tu jeszcze "z mapą na spacer" zaległy czeka na opisanie. Tym razem zapisałam się na trasę nienormalną, bo ostatnio normalna była taka krótka, że w ogóle nie opłaciło mi się przyjeżdżać na zawody. Startowałam w dwudziestej czwartej minucie, a tuż przede mną leciał Paweł. Tomek jakieś dziesięć minut przed nami. W swej naiwności planowałam, że będę się trzymać Pawła, ale przez minutę dzielącą nasze starty, zdążył mi zniknąć z oczu. Na szczęście trasa nie okazała się przesadnie trudna, trzeba było tylko dobrze liczyć bloki i osiedlowe uliczki. Co mi się przypomniało, że trzeba się spieszyć (bo na trasie nienormalnej to taka lepsza konkurencja startuje), przyspieszałam niemal do granic możliwości i prułam przed siebie z całych sił. Wydawało mi się więc, że wynik powinnam mieć całkiem porządny, a tu po ogłoszeniu wyników okazało się, że tradycyjnie jestem na szarym końcu. A dodatkowo w ogóle nie zostałam sklasyfikowana, bo podbiłam nie ten punkt co trzeba.
Wszystko rozegrało się na PK 26.Wybiegłam z dwudziestki piątki, minęłam plac zabaw, dopadłam bloku i zaczęłam okrążać go wzdłuż ogrodzonego zielonego terenu, szukając stojaka z czipem. Wlazłam między jakieś krzaczory, czy żywopłoty i nic. Jakiś metalowy pręt wbity w pasującym miejscu znalazłam, ale bez stacji i odblasku. Czyżby ktoś ukradł? Odsunęłam się nieco od ogrodzenia żeby spojrzeć z szerszej perspektywy i wtedy zauważyłam odblask i stację - w zupełnie abstrakcyjnym miejscu. Stowarzyszy przecież nie ma, więc to musi być właściwy - pomyślałam. Widocznie ktoś źle rozstawił, ostatecznie czasem się zdarza. Niestety, najwyraźniej musiałam pomylić bloki i szukać przy sąsiednim, chociaż w tamtym momencie dałabym sobie głowę uciąć, że szukam tam, gdzie trzeba. Na metę wpadłam w dobrym nastroju:

... i dopiero sczytywanie czipa mi go zepsuło. Chociaż też tak nie do końca, bo co sobie pobiegałam, to moje. I nikt mi tego nie odbierze!
I tego się trzymam.
Kurczowo:-)
O, tyle sobie wybiegałam:


wtorek, 27 marca 2018

Aleksandrowskie ABC

Na poprzednim treningu ABC pogubiłam się totalnie, a na mecie opierniczyłam organizatorów za ich oraz za nie ich "przewinienia" na wszystkich imprezach, gdzie mi słabo poszło, toteż miałam lekkie opory przed kolejnym treningiem OK!Sport-u. Przekonała mnie lokalizacja - prawie Falenica, a tam raczej się nie gubię:-)
Dobrze, że organizatorzy przewidzieli zmianę czasu i nie zrobili startu jakimś bladym świtem o 9-tej na przykład, tylko o całkiem ludzkiej godzinie. Tomek oczywiście wybrał trasę najdłuższą, ja zdeklarowałam się na średnią, która i tak była długa, bo ponad 7 km. Już kilka dni przed imprezą zastanawialiśmy się co znaczy "system hand-ident", który zapowiadali organizatorzy. Przekonałam się o tym już na pierwszym punkcie - zamiast lampionu na krzaku zawiązana była zielona taśma, na której dyndał dziurkacz, taki do robienia ozdobnych dziurek w różnych kształtach.  Ładnie to potem na karcie startowej wyglądało, ale niektóre dziurkacze były oporne i czasem stałam i stałam na punkcie i nie miałam siły w rękach, żeby go potwierdzić.
Od drugiego punktu zaczynały się tereny podmokłe, a przynajmniej mapa była w tym miejscu prawie cała niebieska. Wybiegając na trasę przypadkiem usłyszałam jak organizatorzy komuś mówili, że jest sucho, postanowiłam więc zaryzykować i lecieć na azymut. Ostatecznie marne 7 kilometrów można i w mokrych butach przebiec. Na szczęście faktycznie bagienka powysychały, nie musiałam więc zawracać sobie głowy obieganiem ich i pilnowaniem ścieżek. Bo ścieżki to albo mi się mylą, albo w terenie jest ich więcej lub mniej niż na mapie.
Trochę bałam się jak poznajduję te wszystkie punkty pozaznaczane na różnych maleńkich popierdółkach typu: mikrogórka, przełączka między mikrogórkami, bliżej nieokreślone miejsce między ścieżką, a poziomnicą, mikroobniżenie terenu, jakiś wypustek poziomnicy, co to nigdy nie wiem, co to oznacza w terenie. Na szczęście mój kompas sprawował się przyzwoicie, pokazywał prawdę i tylko prawdę i naprowadzał niemal w liniach prostych na punkt, albo przynajmniej w jego bliską okolicę. Do tego biegło mi się dobrze, aczkolwiek nie pod każdą górkę dałam radę - czasem przechodziłam do marszu. Niby te górki takie mikre, a jednak...
Na metę przybiegłam przed Tomkiem, chociaż na ogół nawet jeśli on biegnie na dłuższym dystansie, to i tak czeka na mnie. Trochę mnie to zdziwiło, ale pomyślałam sobie:
- Genialna jestem i tyle, pewnie jakąś życiówkę zrobiłam!
Moja "życiówka" dała mi piętnaste miejsce na dwadzieścia pięć startujących osób, z czego pięć nie wzięło wszystkich punktów. Ale i tak jestem bardzo zadowolona z imprezki, a nawet i z wyniku. Ostatecznie nie jestem taka ostatnia:-)
A tak biegałam:


piątek, 23 marca 2018

Helikopterem na OrtInO

Coś dawno nie byliśmy na normalnych porządnych marszach. Jakoś tak się nie składało, bo albo jakieś BePeKi, albo GeoBePeki, albo maratony, albo normalne BnO. Nastał i czas na OrtInO. 54. OrtInO. Z tego co na szybko policzyłem, to dla mnie okrągła 33 impreza z tego cyklu!
OrtInO zawędrowało na Powiśle, tam gdzie był start Zlotu Mazowieckiego Aktywu InO i trasa, która nie doczekała się do tej pory wyników! Na szczęście z OrtInO wyniki zwykle pojawiają się sprawniej;-)
Na start zdążyłem przed czasem, razem z pierwszymi uczestnikami, którzy szukali miejsca, gdzie by ten start zorganizować. Organizatorzy przybyli prawie równocześnie z nami. Czekając na Moją Drugą Połowę postanowiłem zasunąć kurtkę, bo wiadomo jaką to wiosnę mamy tego roku. Niestety – zamek błyskawiczny mojego ulubionego ciucha wydał cichy jęk i odmówił współpracy. Tak po prawdzie to chyba się obraził i poszedł sobie w świat. Zostałem więc w rozpiętym ubraniu i miałem zacząć już szczękać zębami z zimna, gdy dotarła Renata. Szybko załatwiliśmy formalności i ruszyliśmy w trasę, by nie marznąć. Jako że dostaliśmy mapę w formacie obrusu, chwilę zajęła walka z niesfornym papierem, by jakoś to ułożyć w sposób umożliwiający zapoznanie się z treścią. Treść… no cóż, była jakaś oporna. Jakoś wszyscy stali z dziwnymi minami nad swoimi mapami, a na ich twarzach malowała się co najmniej bezradność. Próbowaliśmy grupowo odpytać autora „co miał na myśli”. Tłumaczył coś, ale nie powiem by to tłumaczenie dużo nam powiedziało. Może poza jednym, że mniejszy labirynt jest bez przekształceń. Nie zostało nic innego jak zaliczyć PK z tego mniejszego labiryntu. Wprawdzie wystarczyło zaliczyć ich 6, ale skoro to był jedyny jako taki przejrzysty kawałek mapy, poszliśmy także na te najdalsze. W jednej chwili przeżyliśmy chwilę grozy, gdy w okolicy Pałacu Prezydenckiego rzucił się na nas uzbrojony funkcjonariusz BOR z karabinem w dłoni krzycząc STOP! Zamarliśmy w pół  kroku, ja wychowany na przygodach Janka Kosa i Hansa Klosa odruchowo zacząłem podnosić do góry ręce. Z plecaczkami, w czołówkach i z wielkimi powiewającymi mapami w dłoniach wyglądaliśmy jednak co najmniej podejrzanie! Na szczęście okazało się, że to rutynowe zatrzymanie ruchu na wyjazd jakiejś rządowej limuzyny. Uff, odetchnąłem i poszliśmy dalej.
Mały labirynt zaliczyliśmy bez problemu. Niestety brakowało jeszcze masy PK. Na dużym labiryncie zauważyłem wjazdy do tunelu. Gdzie jest tunel - wiadomo, tyle, że na mapie coś za dużo tych wjazdów było. Nic, poszliśmy czesać. W ten sposób udało się zidentyfikować wszystkie PK nad Wisłą. Doszliśmy do północnego końca mapy. Postanowiliśmy iść po obrysie obrazka, bo tam powinny być gdzieś dalsze „rogi” labiryntu. Nawet udało się znaleźć lampiony tam, gdzie być powinny. Obskoczyliśmy tak wszystkie fragmenty, które  udało nam się połączyć. Został jeszcze do zaliczenia dopasowany koło mety wycinek z PK 25, ale brakowało nam jeszcze jednego. Rzutem na taśmę dopasowaliśmy PK 18 przy Muzeum Chopina. Udało się zebrać komplet, choć lekko po czasie. Gdybyśmy się pospieszyli… a tak 3-cie miejsce przegraliśmy o minutę! Za to z trasy wyszedł nam ładny helikopter;-)

wtorek, 20 marca 2018

Proszę państwa, oto miś. (RDS - Cz. 2)

Dobrze, że w sobotę start był dopiero o dziewiątej, bo ja potrzebuję snu jak niemowlak, a przecież wiadomo, że nie położyliśmy się od razu po przyjeździe. Trzeba było przynajmniej plecaki przygotować na wymarsz - czyli woda wzmocniona izotonikiem i magnezem, zestaw batonów i różnych przegryzek, buffy, rękawiczki, zapasowe skarpety, wiatrówka i najważniejsze - dzwoneczek na niedźwiedzia. Bo wiecie, Hubertowi tak zależało na podniesieniu atrakcyjności imprezy, że kazał leśniczemu budzić niedźwiedzia. Że to taka atrakcja regionalna. A dzwoneczek miał podpowiadać misiowi, gdzie ma nas szukać. W końcu las duży i moglibyśmy się rozminąć.
W sobotni poranek największym dylematem było: w co się ubrać, żeby nie było ani za zimno, ani za ciepło. Sprawdzaliśmy prognozy pogody, co chwilę któreś wychodziło na zewnątrz doświadczyć warunków na żywym organizmie, a i tak wciąż mieliśmy wątpliwości.
W końcu coś tam na grzbiet wciągnęliśmy i nie było czasu więcej się zastanawiać, bo nadeszła pora odprawy i rozdania map.

Wszyscy słuchają w skupieniu.

Potem wyszliśmy przed szkołę, wspólnie odliczyliśmy do zera i ... pooooszli ....
Biegniemy na czele stawki! Przynajmniej przez pierwszą minutę:-)

 Postanowiliśmy zacząć od PK o numerku 17, czyli początek prawie cały asfaltowy. I od razu lekko pod górkę. Niby spodziewałam się, że po równym nie będzie, ale człowiek to się łudzi do ostatniej chwili.  Zanim doszliśmy do punktu zdjęłam spod buffa kominiarkę, a rękawiczki schowalam do kieszeni. Bylam spocona i najchętniej zdjęłabym jeszcze jakąś warstwę spod softshella. I co było tak panikować z tym zimnem? 
Nasz kolejny punkt to jedynka - malownicza wieża, oczywiście na szczycie góry. Czyli najpierw trzeba było zleźć z poprzedniej górki i wejść na kolejną. Dałam radę i warto było. Nawet przez myśl przemknęło mi, że fajnie byłoby wdrapać się na wieżę i rozejrzeć się dookoła, ale szkoda było czasu, a poza tym jak tam na górze musiało piź... znaczy się wiać bardzo musiało.


Kolejny punkt to 22 - nad brzegiem stawu. Pełen luzik - najpierw z górki na pazurki do Kramarzówki, a potem ... znowu pod górę. Ale za to drogą, jaka by ona nie była. I znowu na dół, aż drogę zagrodził nam strumień. Do punktu było naprawdę bliziutko, tylko jak sforsować wodę bez zamoczenia się? Znaleźliśmy jakiś "mostek" najwyraźniej bobrowego autorstwa, ale Tomek popatrzył i kategorycznie powiedział:
- Ja nie przejdę!
Dobrze, że to nie ja pierwsza przymierzyłam się do przeprawy, bo pewnie bym przeszła i w efekcie ja byłabym po jednej stronie wody, a Tomek po drugiej.

Nie przejdę!

Ruszyliśmy więc brzegiem strumienia do drogi, przeszliśmy porządnym mostkiem i na punkt nadeszliśmy od zachodu. Na polu, tuż przy punkcie stał las kolorowych strachów na ... niedźwiedzie? Oczywiście poświęciliśmy chwilkę na małą sesję fotograficzną.
Strachy były bardzo malownicze.

Na kolejny PK - 16 postanowiliśmy iść drogą, bo bardziej po płaskim. Przy moim tempie włażenia pod górę bardziej opłaca się dłużej po równym, niż "krócej", ale pod górę. Szło dobrze, pominąwszy oczywiście oblodzenie drogi i rozpaczliwe próby utrzymania zarówno równowagi, jak i tempa. Z mapy wynikało, że droga doprowadzi nas na samo miejsce docelowe, a tymczasem ... Tymczasem doszliśmy do strumienia i znowu stanęliśmy przed dylematem - jak przejść? Na mapie wszystko wyglądało cacy - droga przechodzi przez strumień i leci dalej, a w terenie droga rozwidlała się na kilka odnóg, z których żadna nie prowadziła w potrzebnym nam kierunku, no i nie przechodziła przez strumień. A przynajmniej my nie znaleźliśmy takiej jej wersji. Kilkuosobowa grupa przeprawiła się przez wodę, ale w miejscu, w którym dla odmiany ja stanowczo zakomunikowałam:
- Tędy nie przejdę!
Tak ogólnie to lubię przechodzić przez wodę i nawet mieć potem mokro w butach (czy to już się leczy?), ale nie przy takiej pogodzie!
Zanim znaleźliśmy przeprawę, którą oboje byliśmy w stanie zaakceptować, straciliśmy nad tym pitolonym strumykiem prawie pół godziny. Potem wystarczyło już tylko wejść na górę i znaleźć triangul. Tomek pokazał mi dwie wieże na pioruńsko (jak dla mnie) wysokiej górze i powiedział:
- O, tam musimy dojść.
- O, kuffa! - pomyślałam.
- Spoko, dam radę! - powiedziałam.

No i dałam radę!

Do piątki było bardzo przyjemnie, bo cały czas w dół i do tego drogą, a punkt stał w jarze, a nie jakimś tam zagłębieniu terenu - no co to za terminologia?! 
Między piątką, a czwórką dopadł mnie kryzys. Czułam się jakbym miała za sobą ze czterdzieści kilometrów, a nie marne dwadzieścia pięć. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie wymiksować się z dalszej trasy i nie wrócić sobie do cieplutkiej, bezpiecznej bazy, tylko nie miałam jak tego dyplomatycznie zrobić. Tomek pewnie poczułby się w obowiązku wrócić razem ze mną i tym sposobem zepsułabym mu zabawę, a gdyby pozwolił mi iść samej, z kolei ja poczułabym się opuszczona i zostawiona na pastwę losu. Poza tym zbliżaliśmy się do strefy występowania niedźwiedzia i skoro Hubert zadał sobie trud zorganizowania tej atrakcji, to szkoda było by odpuszczać.

Lezę ostatkiem sił.

Przed czwórką musiałam jednak zrobić dłuższy postój - zjeść kanapkę i napić się gorącej kawy. W ogóle całe szczęście, że wzięłam termos, bo okazało się, że na izotonik nie mam co liczyć - napój zamarzł mi na długości całej rurki i już gdzieś od trzeciego punktu nosiłam go jedynie jako bezużyteczny balast. Tomek był sprytniejszy i za każdym razem wydmuchiwał z rurki wodę i nie miało mu co zamarzać. Kiedy więc chciało mi się pić (na ogół nie chciało się, ale rozum wołał, żeby jednak) musiałam korzystać z jego zasobnika.
Na trójkę można było iść krócej - lasem albo naokoło - asfaltem. Asfaltem było bardziej po płaskim, więc wiadomo co wybraliśmy. Poza tym leśne drogi w większości były absolutnie nieprzebieżne - rozjeżdżone przez traktory, zalane wodą, a potem przymrożone z lekka.

Kogoś dziwi, że wolimy asfalt?

Już gdzieś od piątki Tomek uaktywnił nasz dzwoneczek na niedźwiedzia i pobrzękiwał nim przy każdym kroku. Wystarczyło parę minut żeby zaczął mnie szlag trafiać na to brzęczenie, a jak dopiero musiał się wku... wściec niedźwiedź jak przez kilka godzin po terenie łaziło mu stado brzęczących ludzi.

Proszę państwa, oto miś.

PK 3 ukryty był pod mostkiem i od razu przypomniało nam się jak na jakiejś innej imprezie, gdzie lampion był schowany głęboko pod konkretnym, dużym mostem nie miał kto wejść podbić punktu, bo ja mam klaustrofobię, a Tomek miał uszkodzoną nogę i nie mógł jej zginać. Tu jednak sytuacja była prosta i łatwa.

PK 3

"Drzewo na szczycie" na PK 2 było widać z oddali i końcówkę doszliśmy już na skróty. Skróty były pełne bruzd, które z wierzchu były zmarznięte, ale w środku zdarzały się miękkie i trzeba było wykonywać różne akrobacje ekwilibrystyczne, żeby utrzymać równowagę. Także psychiczną.
PK 21 to dla odmiany było samotne drzewo i chociaż nie na szczycie, to jednak trochę trzeba było podejść w górę. Na tym etapie każdy metr w górę był już dla mnie wyzwaniem. Co gorsza, dwudziestka jedynka była tak blisko bazy, że aż się prosiło żeby nie iść dalej i na rozwidleniu dróg pójść w lewo zamiast w prawo. To już było tak blisko, że wcale, ale to wcale nie czułabym się porzucona gdyby Tomek chciał iść sam dalej. Z drugiej strony - zostały nam jeszcze tylko trzy łatwe punkty i szkoda by było ich nie zgarnąć. Limit czasu był tak duży, że nawet czołgając się dałabym radę. Po zażyciu dopingu w postaci ketonalu postanowiłam nie poddawać się. A na czterdziestym czwartym kilometrze zrobiliśmy sobie tradycyjnego selfika. Gdybym się poddała, nie miałabym takiej pamiątki.

Wcale mi już nie było do śmiechu, ale do fotki trzeba.

W drodze do "cerkwi z tyłu" z daleka widzieliśmy Sławka z kolegą (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to on) i dogoniliśmy ich przy cerkwi. Dalej ruszyliśmy razem. My byliśmy jednak w tej lepszej sytuacji, że poza cerkwią nam zostały jeszcze tylko dwa PK, a im trzy. Cerkiew pewnie była ładna i zabytkowa, ale już nie miałam siły żeby ją obejść naokoło i obejrzeć.

Cerkiew św. Dymitra

Idąc na dziewiętnastkę znowu niebezpiecznie zbliżyliśmy się do bazy, ale dałam radę, szczególnie, że znieczulenie już działało. Cerkwi w Hawłowicach w ogóle nie pamiętam, być może dawka znieczulenia była zbyt duża, ale najprawdopodobniej szłam już na autopilocie nie zwracając uwagi na otoczenie. Ja nie tylko szłam, ja nawet biegłam i to tak szybko, że zostawiliśmy w tyle naszych towarzyszy.
Do osiemnastki dotarliśmy już po ciemku, a dodatkowo punkt był źle postawiony, więc chwilę zeszło nam zanim go znaleźliśmy. Pozostało jeszcze tylko wrócić do bazy. Nie chciało nam się cofać do drogi, którą przyszliśmy, bo choć niedaleko, to jednak w przeciwnym kierunku do dalszego marszu, postanowiliśmy więc sforsować pola uprawne (czyli głownie bruzdy) i wyjść do asfaltu lecącego szczytem pagórka. To był nieduży odcinek, ale tak dał nam w kość... Przede wszystkim pioruńsko wiało, a nie ochraniał nas nawet ani jeden krzaczek, po drugie - podłoże mocno niewygodne do chodzenie, a po trzecie - pod górę. Wietrzysko chciało nam łby pourywać, a żeby móc oddychać musiałam zasłaniać twarz mapą. W końcu jednak dotarliśmy do drogi, a potem do bazy. Oczywiście nie pobiegliśmy najkrótszą drogą, ale też jakoś specjalnie dużo nie nadłożyliśmy. Bo też w tych miejskich uliczkach to się pogubić można - nie to co w lesie:-)

W końcu na mecie!

Dobrze, że od razu planowaliśmy zostać do niedzieli, więc mogłam nie spiesząc się odreagować wysiłek. Najpierw poszliśmy na obiad, potem długa, gorąca kąpiel i wreszcie pozycja horyzontalna.  W tej horyzontalnej to tak cały czas nie wytrzymałam, bo emocje trochę mnie nosiły po bazie. W końcu trzeba było obejrzeć wyniki, porównać czasy, pogadać.
W niedzielę odbyło się zakończenie imprezy, na którym odebrałam statuetkę za zajęcie pierwszego miejsca w kategorii kobiet-weteranek. Powiedzmy szczerze - nie miałam większych trudności ze zdobyciem jej, bo byłam jedyna w tej grupie wiekowej. Gdyby Ewa nie musiała zrezygnować z wyjazdu pewnie musiałabym zadowolić się drugim miejscem.:-) A w ogólnej klasyfikacji kobiet byłam mniej więcej w połowie stawki, więc nie jest źle. 

Pierwsza weteranka imprezy:-)

Powrót do Warszawy nie był już tak atrakcyjny jak dojazd na imprezę i zdecydowanie krótszy. Za to ból odnóży krocznych trwa do dziś, a widok schodów wywołuje we mnie lekką panikę.
Tak jak na RDS-ie to już się dawno nie sponiewierałam!