piątek, 20 marca 2026

Piękna Katastrofa z Czajką w tle czyli ZAZU TOUR R3

Kolejna, trzecia już odsłona ZAZU TOUR. Jakby to powiedzieć – organizator wpuścił nas w ściek, znaczy znowu eksplorowaliśmy tereny tuż przy oczyszczalni ścieków „Czajka”. Dość chłodno. Krajobraz taki „pozimowy”: zero zieloności, wszędzie widać śmieci, które w zimę skrywał śnieg. Trasa mocno zakręcona: taki One-Man-Relay, ale bez obracania kartki. Na mapie zatrzęsienie punktów, kresek i praktycznie do wykonania dwie pętelki. 

Gotowy do startu
Strat poszedł dobrze – znaczy do PK 1 trafiłem prawie jak po sznurku (oczywiście przez lampion z PK 25, bo był prawie na azymucie). PK 2 i 3 także dobrze wchodziły. Do PK 4 zamiast obiec ścieżką przedzierałem się przez jakąś ruinkę i chaszcze – bo były na azymucie;-) 

Przebieg na PK 1 - prawie po kresce!

Po PK 7 goniłem biegacza, który mnie wyprzedził i oczywiście pobiegliśmy nie tą ścieżką. Tak to jest, gdy człowiek sugeruje się konkurencją;) 

Przebieg na PK 8 - nie należy sugerować się konkurencją!

Ogólnie jestem z siebie dumny, bo wiele przebiegów wygląda tak, jakbym widział narysowaną kreskę azymutu na ziemi i starał się po niej biec;-) 

Ale jak to w orientacji – zawsze musi być jakaś "piękna katastrofa". Jak przystało na katastrofę – ma ona nazwę PK 13. Punkt na azymut. Dość długi przebieg. Gdzieś tam po mojej lewej biegł jakiś konkurent. Nie wiem jak ustawiłem kompas, ale wydawało mi się, że biegnę dobrze. Była górka. Przełęcz. A potem po prawej widziałem jakiś prześwit pomiędzy drzewami. Tyle że bez lampionu. Szukałem i krążyłem wypatrując lampionu niczym amunicja krążąca. Opamiętałem się dopiero, gdy trafiłem na zawodników żwawo podążających do flagi z napisem META. Ustawiłem dobrze kompas i znalazłem lampion, ale co się naszukałem… 

PK13 - numer zobowiązuje!

Po tym zdarzeniu znowu pojawiły się na ziemi kreski azymutów, bo szło mi o wiele lepiej. No może poza PK 16 – na mapie ubzdurałem sobie, że biegną do PK 11/24 – niby „prawie po drodze”, ale niepotrzebnie zdobyta całkiem spora górka. 

Jeszcze PK 18 – już któryś raz nie zgadzają mi się tu ścieżki w terenie z tym co na mapie – przez chwilę szukałem kopczyka o jedną ścieżkę za wcześnie… 

PK18 - o jedną ścieżkę za daleko

Końcówka – to już dobrze znane PK i bez większych pomyłek. 

W rezultacie – czas taki sobie, ale trening zaliczony – mam nadzieję, że w zawodach rankingowych pójdzie mi znacząco lepiej;-) 

 


 

WesolInO na spokojnie.

Tydzień na regenerację po City Race mi nie wystarczył i w kolejny weekend musiałam wybrać, czy jadę na WesolInO, czy na ZAZU Tour. Wygrało WesolInO, bo bliżej no i mieliśmy opłacony cały cykl. Co prawda po niedawnym gubieniu się na WesolInO tak nie do końca byłam pewna słuszności wyboru, ale zaryzykowałam.
Przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i po drodze widzieliśmy Mateusza biegnącego niczym rącza łania (rączy jeleń?) z lasu na start, po rozwieszaniu lampionów. Jeszcze tylko ogarnął lampiony startowe i mogliśmy ruszyć.
 
Czekamy na sygnał, że już można.
 
I ruszam.
 
Już na starcie miałam dylemat jak biec na jedynkę - na azymut, czy raczej skorzystać z dróg? W wersji na azymut mogłam biec z Tomkiem, bo jego jedynka była na moim azymucie, z kolei drogami jakby wygodniej. W porę przypomniało mi się, że jeszcze regeneruję, więc trzeba wybrać wariant spokojniejszy, a nie gnanie za Tomkiem na złamanie karku. Oczywiście nie wstrzeliłam się w ścieżki dokładnie tak, jak planowałam, ale w sumie moim założeniem było dotrzeć do płotu, a potem się martwić co dalej. Tak, płot był już za jedynką, ale na tyle blisko, że warto było mieć i taki wariant.
 
W drodze na PK 1.

O dziwo, nie musiałam dochodzić do płotu bo wyszłam na jedynkę idealnie. Do piątki szło bardzo dobrze, niemal po kreskach. Do tego lampiony były powieszone w bardzo widokowy sposób i ich kolor już daleka przyciągał wzrok. Po piątce autor trasy chciał nam trochę urozmaicić zabawę i na mapie powycinał teren dookoła szóstki. Mimo, że trochę zniosło mnie w lewo, wyczaiłam punkt.

Szóstka na samotnej "wyspie".

Do siódemki dla odmiany zaczęło mnie ściągać w prawo, nie trafiłam na ścieżkę, którą planowałam wykorzystać i jeszcze spotkałam Tomka, co mnie jakoś tak zdekoncentrowało, że  miałam lekki problem ze znalezieniem lampionu. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że punkt jest na kopczyku, a nie w dołku (jak mówił opis). Ale w sumie nawet jakoś strasznie długo nie szukałam, więc dramatu nie ma.
Pozostałe punkty przeszły ulgowo, choć między siódemką a ósemką zaskoczył mnie fragment nowego ogrodzenia, które musiałam obejść. Do mety dotarłam już bez żadnych przygód, w tempie coraz bardziej spacerowym, ale za to z dobrym samopoczuciem.
 
Meta.

 A tak wygląda cały mój przebieg:
 

poniedziałek, 16 marca 2026

Warsaw City Race, czyli ostatni etap na wymuszonym luzie.

Przyznam się, że na ostatni etap City Race już nie miałam ochoty jechać, a moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Z łóżka ledwo się zwlekłam, a po schodach schodziłam tyłem, jęcząc przy tym żałośnie. Te dwa etapy poprzedniego dnia dobiły mnie.
Na ostatni etap znowu wróciliśmy na Pragę, a ponieważ nie udało nam się zaparkować przy mecie, podjechaliśmy na start, tam gdzie była baza pierwszego etapu.
 
W oczekiwaniu na start.

Tomek startował pół godziny przede mną, więc dopilnowałam, żeby dobrze ruszył i cierpliwie czekałam na swoją kolej.
 
Tomek wystartował.

Kiedy nadeszła moja minuta startowa, miałam już mniej więcej obcykane, w którym kierunku lecieć, ale tylko do skrzyżowania. A tam stanęłam i zablokowało mnie. Umysłowo zablokowało. Patrzyłam na mapę, wiedziałam, że to jest łatwe i... dalej nie wiedziałam gdzie biec. Ruszyłam dopiero, kiedy startująca po mnie koleżanka z kategorii minęła mnie i przebiegła przez pasy. Pognałam za nią i po chwili mnie odblokowało. No oczywiście, że tam trzeba biec. Po chwili obie miałyśmy jedynkę. Dalej nie miałam już wątpliwości, ale ponieważ jestem wolniejsza od Marioli, to jeszcze tylko przez chwilę miałam jej plecy w zasięgu wzroku zanim mi zniknęła. Kolejne punkty wchodziły dobrze, choć nie zawsze wybierałam optymalny wariant, ale trudno.  Z szóstki na siódemkę przebiegałam koło startu, a po siódemce koło naszego autka. Przed siódemką zorientowałam się, że zapomniałam włączyć zegarek. Ależ się zdenerwowałam - w końcu bez rejestracji trasy, to bieg taki trochę nieważny. Na szczęście przed siódemką nigdzie nie błądziłam, więc  dawało to możliwość uzupełnienia śladu.
W okolicach PK 10, 20, 21 pojawiły się zamknięte (taśmami i/lub kontrolerami) przejścia i trzeba było dobrze pogłówkować, którędy to najlepiej obiec. Już w drodze na dziesiątkę musiałam zmienić koncepcję i w sumie ta nowa trasa mogła być nawet w tym przypadku bardziej optymalna. Całkiem mi się ten pomysł z blokadami spodobał - fakt, że wydłużało to odległość, ale za to biegaliśmy po fajnych zaułkach, no i pokombinować trochę trzeba było.

Przez fioletowe grube krechy nie można.

Od PK 22, przez 23 i 24 to już praktycznie był dobieg do mety wzdłuż ulicy - nudny i nic nie wnoszący, a sama meta tak trochę na uboczu, no ale tam akurat był park, gdzie można było się ze wszystkim rozłożyć. Tomek już czekał na mecie i dopingował mnie na dobiegu.
 
Finisz.

Do tego ostatniego etapy podeszłam całkiem na luzie, bo i tak już nie miałam nic do stracenia, ale przede wszystkim nie miałam już sił. Jak nie miałam chęci (albo możliwości) biec, to sobie szłam i niczym się nie przejmowałam. 
Ostateczna klasyfikacja w mojej kategorii jest dość śmieszna - z 44 startujących sklasyfikowanych jest tylko 14 osób. Chociaż jak patrzę na wyniki, to we wszystkich jest podobnie. Pod tym względem to chyba dość unikatowe zawody.
 
Mój przebieg - do PK 7 odtworzony z pamięci.
 

piątek, 13 marca 2026

Warsaw City Race - Indoor - jaka piękna katastrofa!

Najbardziej wyczekiwanym etapem zawodów był dla mnie Indoor, czyli bieganie w budynku. Wcześniej trzy razy brałam udział w takiej zabawie - raz w Atlas Arenie i dwa razy na AGH. Pierwsza w życiu próba to była czarna rozpacz, zanim zrozumiałam jak to ogarnąć w przestrzeni, ale już na AGH byłam wysoko w klasyfikacji.
Po porannym biegu byłam już co prawda bardzo zmęczona, żeby nie powiedzieć wyczerpana, ale ekscytacja kolejnym etapem trzymała mnie na nogach. 
 
Trochę niewyraźna jestem po porannym wysiłku.
 
Tomek startował jakieś 10 minut przede mną, a ja z niecierpliwości nie mogłam już wytrzymać. Wreszcie nadeszła moja minuta i ruszyłam.
Punkt pierwszy w prawym dolnym rogu parteru (patrząc na mapę), tyle tylko, że nie ma do niego dostępu i trzeba obiec korytarzem caluteńki poziom. Ale spoko - da radę.  Punkt drugi na pierwszym piętrze, dla odmiany w lewym rogu. I znowu nie ma do niego bezpośredniego dojścia. Jak się tam dostać? Na parterze ta właściwa klatka schodowa jest za linią zakazu, więc trzeba wbić się gdzieś wyżej. Na pierwszym piętrze też brak do niej dostępu, na drugim to w ogóle z niczym się nie łączy. Może z trzeciego da radę? O, to ma szansę powodzenia, tylko z parteru nie można biec głównymi schodami, tylko bocznymi, przeciwległymi do tych, przy których jest punkt. Chwilę muszę ułożyć sobie plan w głowie, żeby w połowie drogi nie zapomnieć którędy biec. Jest! Udało się!
Trójka na tym samym piętrze, ale znowu nie da się do niej dostać bezpośrednio. Punkt przy głównych schodach, więc trzeba go zaatakować albo z parteru, albo z piętra wyżej. Z piętra wyżej się nie da, z kolejnego też nie - wychodzi mi, że muszę pobiec na czwarte, potem zbiec na parter, obiec pół budynku i wbiec na pierwsze. Masakra! Już na trzecim piętrze ledwo żyję, na czwarte wpełzam trzymając się ścian i trzyma mnie tylko nadzieja, że zaraz będzie w dół. Po drodze mijam ludzi biegających z obłędem w oczach i takich, którzy kiwają się nad mapą rozpaczliwie usiłując zrozumieć co dalej. W końcu trójka zaliczona i aż się boję patrzeć, gdzie jest kolejny punkt. OK, wygląda łatwo - tylko głównymi schodami piętro wyżej, jak się okazuje w auli. Piątka na czwartym piętrze. Już przy nim byłam, więc wydaje mi się, że trafię bez problemu. Na czwartym piętrze kontroler wycofuje mnie z korytarza, bo ruch dozwolony jest tylko w przeciwnym kierunku. Kurcze, nie zwróciłam na to uwagi:-( Muszę zejść na trzecie, przebiec do drugiej klatki schodowej i znowu wyjść na czwarte. Nie dam już rady! Jak babcię kocham - nie mam już siły:-( Na chwilę przysiadam, żeby odpocząć, ale trzeba ruszyć dalej. W końcu docieram do celu, ale mam dość.
PK 6 na drugim, ale wcale nie wystarczy zbiec dwa piętra z czwartego, oj nie. Ze zmęczenia już przestaję kontaktować. Zbiegam na parter, nawet już nie sprawdzając, czy to ma sens, ale na parterze najlepiej mi się myśli. Siadam na chwilę i zaczynam kombinować. Wejście na drugie piętro którąkolwiek klatką nic mi nie daje, trzeba na trzecie i potem zejść. Tylko jak się kurna dostać na to trzecie, żeby być we właściwym korytarzu??? No, nie da się! Zaraz - jednak da się. Boszszsz... ile oni tu mają klatek schodowych. Nie do zliczenia.. 
Kolejny punkt to siódemka na trzecim. Docieram na trzecie, ale nigdzie nie widzę szukanego zaułka. Czy ja na pewno jestem na trzecim? Bo przede mną aula, a aula była na drugim. Ale z drugiej strony, to ona przecież się wznosi, ale żeby aż piętro? Eeee, raczej nie, to chyba jakieś półpiętro. Czyli trzeba wyżej. Nie wiem jak wejść wyżej, więc schodzę na parter pomyśleć. Z braku koncepcji i w akcie rozpaczy i desperacji wchodzę na czwarte, żeby upewnić się, że stamtąd nigdzie sensownie nie zejdę. Schodzę, wchodzę, w końcu już nie wiem na jakim piętrze jestem. Znowu trafiam do auli. Ula będąca w ekipie organizacyjnej robi mi fotkę i wyznaję, że jej palcem po mapie nie udało się przejść nawet prostszych etapów.

Sto czterdziesty szósty pobyt na auli.

Rozmawiamy chwilę i nagle spływa na mnie oświecenie. Przecież siódemka musi być w auli, z boku, w korytarzyku. Rzucam się w tamtą stronę, żeby czym prędzej sprawdzić swoje podejrzenia. Jest! A ja jak głupia latałam po całym budynku, góra - dół, dół- góra, a przy punkcie byłam z dziesięć razy w międzyczasie.
Do ósemki wiem jak biec, tylko nie mam już siły, bo znowu trzeba zejść na parter i wspiąć się na  drugie piętro. Idę powoli, z najwyższą niechęcią. Jakoś ta zabawa przestaje mnie bawić.
Kolejny punkt jest w sąsiednim budynku. Trzeba wyjść na zewnątrz, a ja jestem w krótkim rękawku i totalnie spocona. Szczękam zębami przebiegając niewielki odcinek i już mam w głowie wizję zapalenia płuc, suchot i influenzy. Główka pracuje... Staję w drzwiach wejściowych i kompletnie nie wiem co dalej. Nie umiem się wbić w ten budynek. Już kompletnie nie myślę i ledwo trzymam się na nogach. W końcu dociera do mnie, że wystarczy pobiec w prawo, w lewo, na kręcone schody, piętro w górę i do końca w lewo. Ufff, udało się. Tylko jak teraz do dziesiątki? I czy ja na pewno chcę do niej iść? Bo w sumie to nie wiem jak się tam dostać i nawet nie chce mi się myśleć. Z dziewiątki wracam na parter i jeszcze nie wiem, co zrobię dalej. Patrzę na mapę i nagle wiem jak do dziesiątki - schodami przy wejściu na drugie, zmienić klatkę schodową i nią na trzecie. Mam dziesiątkę.
Jedenastka na -1. Schodzę klatką schodową, ale to nie tędy. Jakoś nie widzę innej możliwości dostania się niżej, bo w podziemiu dwa skrzydła budynku w żaden sposób nie łączą się ze sobą. Czuję totalną bezsilność i normalnie chce mi się płakać. Patrzę na zegarek i widzę, że właśnie kończy mi się limit czasu i bez względu co zrobię i tak nie będę klasyfikowana. Czyli pora zwijać manatki. Kiedy wychodzę z budynku, dwie dziewczyny zbiegają zewnętrznym chodniczkiem w dół. Już bardziej z ciekawości lecę za nimi i nagle zatrzymujemy się przy jedenastce. Z mapy niespecjalnie wynika, że trzeba było biec po zewnętrzu, na poziomie zerowym nie ma zaznaczonego żadnego zejścia w dół. Ale w sumie nie ma to już żadnego znaczenia. Idę na metę trzęsąc się z zimna, zmęczenia i wściekłości i nawet nie mam siły podbiec, żeby się rozgrzać. 
 
"Zeszłam, bo już mnie szlag trafił"
 
Pokonałam chyba z milion pięter, a przecież przed południem przebiegłam/przeszłam dziewięć kilometrów. Serio? Dwa aż tak ciężkie etapy dla kategorii weterańskiej? Chyba kogoś trochę poniosło. Ja bym wprowadziła zakaz budowy tras weterańskich (zwłaszcza dla weteranów starszych) dla osób przed czterdziestką. Bo dwudziestolatkom wydaje się, że jak oni dadzą radę to i pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-, siedemdziesięciolatek też da rade. No, nie da. Zresztą wyniki mówią same za siebie - połowa osób nie ukończyła etapu, albo nie zmieściła się w czasie. Coś wyraźnie poszło nie tak.
Pomimo całego wku..u, który miotał mną jeszcze ze trzy dni, doceniam pracę, zaangażowanie, chęci i starania organizatorów, bo w przygotowanie etapu i całej imprezy włożyli dużo trudu, czasu, serca, zapału. Czasem coś nie pyknie - ot, nauczka na przyszłość. Tylko szkoda etapu:-( Mogło być tak pięknie.

Niestety, w Indoor-ach  ślady to jeden wielki chaos, więc nie ma.

środa, 11 marca 2026

Warsaw City Race - etap 2, czyli upiorna skarpa wiślana.

Drugi dzień City Race zapowiadał się ekscytująco i jednocześnie męcząco - dwa wymagające etapy i oba gwarantujące świetną zabawę. A przynajmniej tak to wyglądało w zapowiedziach. 
Rano mieliśmy biegać po warszawskiej Starówce i okolicach i tak trochę poczułam ulgę, że zagraniczni zawodnicy zobaczą bardziej reprezentacyjną stronę stolicy niż Pragę, aczkolwiek Praga też swój unikalny urok ma. No, taki bardziej unikalny.
Trasy długie - u weteranów od 4 - 9 km. W moich superweterankach aż 7 km z hakiem. Już się zastanawiałam czy brać termos z herbatą i kanapki na drogę. Ponieważ rano było dość zimno, a potem temperatura szybko się podniosła, okazało się, że jestem ubrana trochę za ciepło, ale nie mam się w co przebrać. Tomek znalazł rozwiązanie i ubrał mnie w swoją kamizelkę. Trochę za duża, ale za to miałam pewność, że nie zginę, bo łatwo mnie zauważyć.
 
Nie za zimno, nie za ciepło.
 
Baza zawodów znajdowała się na Skwerze Karoliny Lanckorońskiej, między Wisłą a Rynkiem Starego Miasta. Położenie tuż przy skarpie dawało gwarancję wybiegania sporych przewyższeń:-) W oczekiwaniu na start obejrzeliśmy sobie metę, dwa punkty oraz udzieliliśmy instruktażu początkującemu biegaczowi.
 
Dwa seledynki.

W końcu nadeszła moja minuta startowa. Przygotowałam czip i zegarek i po pipnięciu zegara złapałam wielką płachtę mapy i ruszyłam. Daleko nie ubiegłam, bo za nic nie mogłam na mapie zlokalizować startu, a bez tego ani rusz. Zresztą nie ja jedna, bo niemal każdy odbiegał kawałek, a potem stał i lampił się w mapę.
 
I pognała.... kilka metrów.

 W końcu udało mi się znaleźć PK 3 i cofając się od niego, trafiłam na trójkącik startowy. Początek trasy i od razu schody - trzeba było wbiec na skarpę. Oczywiście wbiegnięcie było poza moim zasięgiem, bo chyba serce by mi stanęło, ale weszłam dość rześko na górę. Żeby nie było za łatwo, z końca schodów nie było bezpośredniego przejścia do jedynki, tylko trzeba było jeszcze obiec ciąg budynków i wbiec za nie. Nie wiem dlaczego, ale nie wbiegłam za budynki, tylko poleciałam za zawodnikami z innych tras i w efekcie znalazłam się na swojej czternastce. Jakieś totalne zaćmienie umysłowe, bo przecież żadnych cudów tam po drodze nie było, żeby nie można trafić. Poczułam się z lekka oszołomiona, skonfundowana i zła na siebie. Taka strata czasowa na dzień dobry:-(
Dwójka przy Pomniku Małego Powstańca, fajny przebieg międzymurzem, aczkolwiek nieco stresujący, bo nie byłam pewna, czy wydostanę się z tego międzymurza. Bo niby mapa wielka, w skali 1:5000, ale dla mnie to i tak szczegóły mało widoczne. Chyba pora zainwestować w okulary do biegania, albo przynajmniej lupę.
Trójka bliska i łatwa, czwórka tylko łatwa. Piątka na mapie blisko czwórki, ale bez dojścia i znowu trzeba było inteligentnie obiec. Szóstka to jeden z punktów przy bazie, który wcześniej sobie obejrzeliśmy. Chyba z piątki mogłam optymalniej do niego pobiec, ale bo to jest czas się zastanowić, kiedy w głowie tłucze się jedna myśl: biec! biec! biec! Ponieważ szóstka stała na dole skarpy i zbiegałam do niej schodami, to czekało mnie pokonanie tych samych schodów, ale w odwrotnym kierunku - tym gorszym. 
Siódemka była dość daleko, ale dobieg nie był skomplikowany. Podobnie ósemka - daleko, ale nawigacyjnie łatwo. Dziewiątka i dziesiątka na Bulwarach Wiślanych. Znowu nic skomplikowanego (chociaż parę budynków trzeba było obiec), ale za to strasznie daleko. Przy dziewiątce załapałam się na fotkę. Stoję niczym ofiara losu, ale wbrew pozorom wiedziałam, co dalej robić, tylko potrzebowałam chwili oddechu.
 
Przy PK 9.

Po dziesiątce kolejny raz czekały mnie schody na skarpę. Ponieważ byłam już trochę zmęczona (czyli padałam na twarz), więc co parę schodków zatrzymywałam się i przewieszałam przez poręcz. W połowie schodów na ławeczce siedział Jacenty i zachęcał, żeby razem z nim popatrzyć na biegających.
- Ale ja jestem na trasie - zaoponowałam i bezcenne zobaczyć jego minę. No bo kto by się spodziewał, że osoba wisząca sobie dłuższą chwilę na poręczy jednocześnie biegnie? 
Do jedenastki dotarłam ledwo żywa i już nawet nie udawałam, że biegam. Dwunastka tuż obok, tylko pomiędzy mur do obiegnięcia, więc z tuż obok zrobiła się odległość. Trzynastka w zaułku i trzeba było czujnie, żeby się nie sfrajerować, a potem czternastka, od której zaczęłam etap. Przynajmniej wiedziałam gdzie jest i jak do niej dotrzeć. Piętnastka spoko, choć po drodze schodki, a szesnastkę wcześniej już widziałam, bo była blisko trzynastki i przebiegałam koło niej. Siedemnastka blisko i ulgowo, a potem długi przebieg na osiemnastkę i niewiele krótszy na dziewiętnastkę. Dla młodych szybkobiegaczy to może i fajne, ale dla weteranek pod koniec trasy, to już mam mieszane uczucia. W każdym razie niezbyt życzliwie myślałam o autorze trasy. Moim zdaniem spokojnie cała trasa mogłaby być krótsza o jakieś 1,5 - 2 km.
Do dwudziestki trzeba było biec czujnie, bo w zaułku, ale w sumie to ja już nawet nie biegłam, więc miałam czas na dokładne śledzenie mapy. Został jeszcze tylko długi przebieg do ostatniego punktu bezlitośnie ustawionego na górce i już meta. Nawet coś tam przyspieszyłam przed metą, bardziej dla widowiska niż ogólnego wyniku.
 
Metunia kochana!
 
Wiedziałam, że parę razy pobiegłam nieoptymalnie, ale żeby z siedmiu kilometrów zrobić aż dziewięć? Nawet z czternastką zamiast jedynki? Chyba trochę przesadziłam. O dziwo, i tak mi się udało prześcignąć dziesięć osób. Rekordzistka "biegła" prawie trzy godziny. Ona to dopiero musiała być wykończona!
 
Niektóre odcinki  biegałam tam i z powrotem, aż całe czerwone.
 

wtorek, 10 marca 2026

Warsaw City Race, czyli wieczór w Koneserze.

City Race nadszedł nagle i niespodziewanie. To znaczy - niby spodziewanie, bo Tomek co jakiś czas przypominał, że się zbliża, ale nie sądziłam, że zbliża się tak szybko. W piątek po pracy zdążyłam tylko wpaść do domu, przebrać się i niemal w biegu wrzucić coś do żołądka i już trzeba było jechać. To już nawet nie ze względu na start, tylko żeby znaleźć jakieś miejsce parkingowe w pobliżu bazy. W końcu na zawody zapisało się ponad 700 osób. Miejscówkę znaleźliśmy dogodną, a byliśmy na tyle wcześnie, że organizatorzy dopiero kończyli rozstawianie bazy. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy obejrzeć miejsce startu i nabyć w Żabce słodkie kalorie, które miały mnie zmotywować do szybkiego biegu.
 
Festiwal głupich min, czyli nudzimy się.
 
Pierwszy z czterech etapów zawodów rozgrywał się na Pradze w okolicy Centrum Koneser. Moje poprzednie doświadczenia z biegania po Pradze, zwłaszcza wieczorem, wywoływały lekką obawę ze względu na element miejscowy, ale przypomniałam sobie, że nas jest więcej:-) Dużo więcej.
Tomek startował jako pierwszy, więc odprowadziłam go, dopilnowałam, żeby pobiegł i wróciłam do bazy czekać na swoją kolej.
 
Tomek gotowy do startu.

Ponieważ odstęp między naszymi startami był spory, to Tomek zdążył wrócić, zanim ja ruszyłam. A ruszałam tak:
 
Start!
 
Czekając tak długo na swój start zdążyłam przyuważyć, gdzie najczęściej biegną zawodnicy po wystartowaniu i założyłam, że i moja jedynka tam będzie. I faktycznie przeczucie mnie nie myliło - za blok, kawałek prosto i na rogu ogrodzenia. Z tej radości zaliczenia pierwszego punktu nie przyjrzałam się dokładnie mapie i zamiast na dwójkę pobiec najkrótszą trasą, to ja pobiegłam najwygodniejszą. Inna sprawa, że po ciemku i bez okularów to ja na mapie niewiele widzę i połowę zgaduję. W miejskich biegach zawsze boję się, że nie zauważę jakiś zakazanych albo fizycznie niemożliwych do pokonania przejść i będę musiała się wracać. To już lepiej od razu pobiec naokoło. Trójka, czwórka i piątka w zasadzie optymalnie i bez problemów, ale z piątki odbiegłam już głupio. Niby niewiele nadłożyłam, ale jak to mówią: ziarnko do ziarnka...
Przy ósemce nie popatrzyłam na piktogram informujący, że lampion jest na dole i oczywiście szukałam na  poziomie bloku zamiast pod kładka.Ale oczywiście szybko zorientowałam się w czym problem.
Między trzynastką a czternastką przebiegaliśmy przez teren Konesera i miałam dylemat: biec przez środek, czy bardziej opłotkami? Większość biegaczy leciała środkiem, więc dołączyłam do nich i na szczęście biegliśmy na ten sam punkt. Powoli ze zmęczenia moja błyskotliwość jakby zanikała i coraz częściej patrzyłam co robią inni, choć to bywa ryzykowne. Przy piętnastce jacyś dociekliwi spacerowicze zaczęli mnie odpytywać co to za impreza z tym bieganiem i w efekcie straciłam wątek. Stałam przy tej piętnastce i nie wiedziałam co dalej. Nagle mapa przestała mi pasować do otoczenia i przez chwilę nie mogłam pojąć co się dzieje. W końcu ruszyłam ulicą mając cały czas wrażenie, że biegnę jakoś bardzo naokoło i że pierwotnie planowałam inaczej. Najważniejsze jednak, że do szesnastki w końcu trafiłam.
Zostały mi jeszcze trzy punkty, a sił prawie nic. Do tego do siedemnastki pobiegłam raczej nieoptymalnie, a przecież teraz liczył się każdy metr. Osiemnastka i dziewiętnastka były bez kombinowania, takie na nadrobienie szybkością, ale u mnie szybkość już się wyczerpała. Jeszcze coś tam próbowałam się sprężyć na dobiegu do mety, a potem padłam.
 
Szybki finisz.
 
I szybkie zejście.
 
Jak nie lubię nocnego biegania, tak ten etap całkiem mi się podobał. Taki nie za trudny, ale i nie za łatwy. Wynik może i niespecjalny, ale gdzie mi tam do czołówki, tym bardziej tak obficie reprezentowanej. Grunt, że zabawa przednia.


Moje mniej i bardziej optymalne przebiegi. GPS trochę wariuje w mieście.
 

sobota, 7 marca 2026

Dystans Stołeczny w Popowie

Po sobotnim WesolInO aż mi było głupio jechać w niedzielę do Popowa i pokazywać się ludziom na oczy. No, ale pojechałam. Tomek po drodze wypominał mi jak kilka lat temu w Popowie zamiast 9 km zrobiłam 18 i nie wiem czy chciał mnie tym dobić, czy co. Jakoś po WesolInO nie bardzo mnie to wspomnienie śmieszyło.
Pogoda była bardziej wiosenna niż dzień wcześniej i w lesie już praktycznie nie było śniegu. Niektórzy tak się przejęli tą wiosną, że biegali w krótkich rękawkach. Brrrrr.

Start.

W drodze do pierwszego punktu dogonił mnie Tomek bo biegł pi razy drzwi w podobnym kierunku i dzięki temu mam fotkę z jedynką. Trochę miałam problem z utrzymaniem azymutu na końcówce dobiegu, bo omijałam leżące gałęzie i miałam silny opór przed walką z nimi. Ale wciąż dobrze wiedziałam, gdzie chcę się dostać.

PK 1.

Tak w ogóle, to zupełnie zapomniałam jak piękny teren jest w Popowie i co chwilę  zastygałam w zachwycie nad tym, co widzę. I to pomimo, że wciąż było buro - jak to w końcówce zimy.
Punkty na trasie były wybitnie azymutowe i nawet nie było co się rozglądać za ścieżkami. I w sumie dobrze, bo mnie nie myliły. Azymut to azymut. A pilnowałam się go wyjątkowo dokładnie i aż się zdziwiłam oglądając potem swój przebieg - taki wręcz wzorcowy. Takie odkupienie poprzedniego dnia.
Początkowo poruszałam się dość wolno, ale kiedy gdzieś przed piątką dogoniłam Józefa, włączyła mi się żyłka rywalizacji i za nic nie chciałam zostać w tyle, szczególnie że nie wiedziałam ile minut przede mną wystartował. W efekcie gnałam w górnym zasięgu swoich możliwości. Ale opłaciło się, bo w końcu zajęłam jakieś przyzwoite miejsce. Tym sposobem wesolinska plama na honorze została ciut zmyta i znowu mogę ludziom patrzeć w oczy:-)
 
Wreszcie przyzwoity przebieg.

piątek, 6 marca 2026

WesolInO z dużą dawką wstydu.

Dwa tygodnie nie biegałam, więc na WesolInO miałam już wielką chrapkę, choć sił mało. Do tego trasy akurat trafiły się dość długie, a głupio mi było zapisywać się na najłatwiejszą. Ale w ostateczności zawsze można jakieś punkty pominąć (choć żal).
Pogoda taka wiosenno-zimowa, bo niby dość ciepło, a na drogach i ścieżkach warstwa lodu, że bez kolców ani rusz. Ja akurat nie mam kolców, więc zostawała mi wersja ani rusz.
 
Przed startem.

Przez ten lód wcale nie tak łatwo było dostać się do lampionu startowego, a na pewno trzeba było to robić bardzo ostrożnie.

Podbijam start.

I ruszam na lodową taflę.
 
Do pierwszego punktu prowadziły ścieżki - oblodzone, bo oblodzone, ale dające stuprocentową pewność trafienia. Bardziej szłam niż biegłam - to po lodzie, to po krzakach skrajem lasu. Najważniejsze, że skutecznie. Do dwójki podobna sytuacja i dopiero od ostatniego skrzyżowania kawałeczek na azymut. To był naprawdę kawałeczek, a mnie i tak potrafiło znieść w prawo tak, że wylądowałam na sąsiedniej ścieżce. Jakoś znalazłam lampion, bo teren, ograniczony trzema ścieżkami, nie był zbyt duży do przeczesania.
Z trójką poniosło mnie już znacznie bardziej. Zaczęłam po kresce, ale im dalej w las, tym bardziej schodziłam z azymutu - tym razem, dla odmiany, w lewo. No bo skoro poprzednio znosiło mnie na prawo, to przecież trzeba korygować. Trzeba, ale nie aż tak...  Kiedy doszłam do ścieżki za punktem, zawróciłam i nawet trafiłam na azymut oraz inną zawodniczkę szukającą tego samego punktu. Nie szukałyśmy razem, bo każda miała inną koncepcję, ale ja miałam mniej szczęścia. Albo umiejętności, bo kiedy pokazała mi mniej więcej gdzie iść, to i tak rozminęłam się z punktem. Niby wiedziałam, że na wschód od rowu, ale totalnie zmyliła mnie wielka karpa. Nie była zaznaczona na mapie, za to w jej miejscu był narysowany symbol dołka. Z punktem. No, nie przyszło mi do głowy, że karpa = dołek i starannie ją omijałam. Zresztą dołek był raczej symboliczny, a wszystkie w pobliżu były znacznie większe, choć nie zaznaczone na mapie. W końcu całkowitym przypadkiem przeszłam na tyle blisko, żeby zauważyć lampion. Ale żeby takie zmyłki robić ludziom na mapie to nieładnie.

Poszukiwania trójki.

Taka już byłam zdenerwowana tą trójką, że na czwórkę też poszłam źle, ale na szczęście szybko się ogarnęłam i dało radę. 
Do piątki postanowiłam iść drogą. Na azymut doszłam do skrzyżowania i ruszyłam na południe. Minęłam pierwsze skrzyżowanie, drugie, potem miały być dwie ścieżki w lewo, dwa kopczyki i tam trzeba było zejść w las. Niby wszystko się zgadzało i jednocześnie nic się nie zgadzało. W sumie w każdym lesie można dopasować coś do mapy i ja usilnie to robiłam, choć byłam w zupełnie innym miejscu. Na ostatnim skrzyżowaniu weszłam nie w tę drogę co trzeba (jakim cudem??!!) i znacząco oddaliłam się od punktu. W końcu już zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem, a głupio mi było pytać innych zawodników, no bo w takim łatwym i obieganym lesie się zgubić... Im głupiej mi się było spytać, tym głupiej łaziłam drogą tam i z powrotem, oczekując naiwnie, że przy powtarzaniu tej samej trasy osiągnę inny rezultat. W końcu osiągnęłam najwyższy stopień desperacji i postanowiłam wracać na metę. Tylko jeden malutki problemik - gdzie jest meta? Uznałam, że idąc na zachód albo natrafię na ogrodzenie, albo na asfalt, a w drugim przypadku to już i do bazy zawodów trafię. Los to bywa jednak przewrotny - nie natrafiłam ani na ogrodzenie, ani na asfalt, tylko na .... poszukiwany punkt. Wyszłam dokładnie na lampion i aż oczy przecierałam nie mogąc uwierzyć w ten cud. Jeśli piątka stoi w tym miejscu, to gdzie ja do licha byłam? - zadawałam sobie pytanie. Wiedziałam tylko jedna - byłam daleko, nieprzyzwoicie daleko od właściwego miejsca.
 
Co ja tutaj robię?
 
Cudowne odnalezienie piątki oczywiście zmieniło moje plany i zamiast na metę pomaszerowałam na szóstkę. Tym razem zrezygnowałam ze ścieżek i wolałam pilnować azymutu. Pomimo znoszenia, na ogół i tak lepiej na tym wychodzę.
Los uznał, że wystarczająco już mnie doświadczył na tych zawodach i łaskawie pozwolił mi na bezproblemowe pokonanie reszty trasy. Chwilami nawet odważyłam się wrócić na ścieżki, bo tak praktycznie to już od dziewiątki do niemal samego końca.
Z mety nie chciało mi się wracać oblodzoną droga, poszłam wiec do asfaltu i wygodnie wróciłam do bazy. A tam dowiedziałam się, że Tomek czeka na mnie na mecie. No trudno - niech czeka. Nie ma opcji żebym szła tam taki kawał drogi.  W końcu poprosiłam Michała żeby wydzwonił Tomka do bazy, ale ten w międzyczasie sprawdził w wynikach, że już się sczytałam i wracał. Trochę głupio było mi się przyznać do tak skandalicznego zabłądzenia, ale wyniki i tak były bezlitosne - mój czas był bardziej niż żałosny. W sumie do tej pory mi wstyd.
 
Zapis wstydu.
 

czwartek, 5 marca 2026

Ruda nocą czyli DS E8

Wielkimi krokami zbliża się Warsaw City Race, a ja od dawien dawna nie biegałem po mieście. A to w czasie jednego Dystansu Stołecznego było załamanie pogody i nie dawało się dotrzeć, w czasie drugiego coś wypadło itd. Wreszcie udało mi się dotrzeć na etap ósmy na osiedlu Ruda. Jak pamiętam, gdzieś tu były pierwsze edycje pucharu Bielan i gdzieś tu po raz pierwszy skręciłem kostkę ;-)

Docieram do szkoły wcześnie, ale flaga już wisi

Na start przybyłem na tyle wcześnie, że parking przy szkole był zajęty przez pracowników i musiałem zaparkować gdzieś w plątaninie okolicznych uliczek. Ale przy szkole już czekała flaga, wisiał lampion a w środku działało biuro. Jako jeden z pierwszych pobrałem mapę i ruszyłem na start przy szkolnym płocie. I to ruszyłem w dobrym towarzystwie, bo w bazie spotkałem Barbarę. Będzie się z kim ścigać;-)

Panie przodem, więc dałem Barbarze z minutę forów i ruszyłem. Śnieg właśnie stopniał, a trawniki były raczej polami błota albo pokrytymi lodem kałużami, ale gnałem na azymut całkiem sprawnie. Gdzieś przed PK 2 wyprzedziłem Barbarę, która biegła do PK 1 zachowawczo chodnikami. Nawet jakoś szło to bieganie nocą. Przynajmniej nawigacyjnie. Bo to co traciłem na punkcie szukając w ciemnościach gdzie jestem i gdzie mam dalej pobiec, powodowało że Barbara zwykle mnie doganiała. Chyba wzięła się na ambicję, bo biegła coraz szybciej. 

Z PK 4 do PK 5 trzeba było obiec duży zagrodzony teren. Tu zyskałem sporą przewagę, ale do chwili, gdy za tym ogrodzonym terenem skręciłem w zły chodnik. I zostałem dogoniony, a nawet na chwilę przegoniony. Barbara jest dobrą nawigatorką, więc przez chwilę biegłem na ogonie, tak do PK 8. Dopiero dłuższy przebieg do PK 9 pozwolił mi zdobyć przewagę, której nie oddałem już do końca biegu. 

Kolejne punkty to były stanowczo dłuższe przebiegi. Oddalałem się od Barbary. Innych biegaczy jeszcze nie było widać – taki urok startowania na początku stawki. 

Nie mogłem znaleźć PK 22. Przebiegłem tuż obok i nie zauważyłem! 

Za punktem 23 pojawiła się jakaś inna konkurencja. 

Teraz najważniejsze – obrót mapy. Ten etap Dystansu Stołecznego był wyjątkowy – mapa miała dwie strony – strona pierwsza 24 PK na standardowej mapie 1:4000. Ostatni PK 24 na bramie do szkoły, obracamy tu mapę i na drugiej stronie jest kolejne 16 punktów kontrolnych, ale na mapie 1:1000. Żeby było trudniej – nie ma w opisach numerów na lampionach, a lampionów jest zdecydowanie więcej i to w odległościach „nieprzepisowych” - nieraz wręcz 2-3 metry od siebie. Stacje mają wyłączoną funkcję AiR, by niepotrzebnie nie podbijać lampionów przy których się przebiega. I jeszcze smaczek – za każdy „nadmiarowy” lampion na tej mapie – karne minuty! 

Z duszą na ramieniu ruszam na teren szkoły. Ten co dobiegał ze mną do PK 24 pobiegł szukać innego lampionu – czyli jest z innej trasy. 

Mój PK 25 na drugim końcu szkoły. Obiegam łukiem naokoło, bo nie jestem pewien, czy mogę skakać przez coś oznaczone jako wał skalny? W każdym razie ciut grubsza czarną linią…. 

Na takiej mapie trzeba chwile pomyśleć zanim się pobiegnie, pomyśleć zanim się podbije lampion, bo tuż obok błyska inny lampion… 

Idzie w miarę dobrze, tylko lampion PK 39 przebiegam widząc inny lampion kilka metrów dalej. 

Na mecie, myśląc że poszło mi całkiem dobrze...

Wreszcie dobiegam do mety. Barbara niedługo po mnie. Idziemy się sczytać i…. MP. Oboje złapaliśmy się na PK 8. Wzięliśmy lampion, który był jedną kępkę krzaków wcześniej. I wiem kto jest winny – wtedy biegłem akurat za Barbarą, wierząc w jej umiejętności nawigacyjne…. Ale nie tylko my mieliśmy MP. Na 29 osób startujących na trasie Chojrak komplet PK miało …. 13 osób! Mniej niż połowa! Sporo osób poległo na PK 8, ale dużo poległo także na drugiej stronie mapy. Był tu „motylek” i spora część pominęła PK 30-35. Miny oglądających swoje wydruki z niedowierzaniem – bezcenne;-) Należy mieć nadzieję, że wyczerpałem swój limit MP na najbliższy okres;-) 


 

 

niedziela, 22 lutego 2026

Rogaining czy nie rogaining - Oto jest pytanie

Rogaining to chyba to, co lubię najbardziej. Choć ostatnio rozpętała się dyskusja, czy jak biegniesz sam, to jest to rogaining? Najbardziej spodobał mi się głos Mateusza: 
Nie ma błędu w nazewnictwie. Niedawno był Tłusty Czwartek, więc każdy może powiedzieć: biegło nas dwóch - ja i mój brzuch:-)

Jak zwał tak zwał – E7 Dystansu Stołecznego miał formę rogainingu. Dla Chojraka był to rogaining tylko 2 godzinny, choć może przy tak niskiej temperaturze to całkiem dobry wartość, bo pozwala nie zamarznąć organizatorom na mecie. 

Mapy pod butem, Agnieszka robi za mistrzynię drugiego planu;-)

Czas start, dostaliśmy mapy formatu A3 w skali 1:12500, 42 PK do wyboru. W tym nawet jeden PK o wartości 10! Rzut oka na mapę – PK 100 za daleko, a wokoło pustka w lampionach – wariant dobry tylko dla wytrawnego biegacza. Na lewo od startu – dużo PK koło siebie, niby o małej wadze, ale niewielki dystans – idealne na zakończenie, gdy zostało trochę czasu i dobiera się na powrocie lampiony do podbicia wg dostępnego czasu. Czyli decyzja: kierunek północ i ruchem odwrotnym do kierunku ruchu wskazówek zegara… 

Ze startu wypadłem na lodowisko (czyli drogę dojazdową) i czym prędzej za jakimś biegaczem skręciłem w boczną drogę. Jak to przy startach masowych mało patrzyłem w mapę, bardziej gdzie kto biegnie. Nie wiem czemu tu ktoś skręcił – droga prowadziła dokładnie pomiędzy dwoma lampionami, a nie w kierunku któregoś z nich. No cóż, zostało brnąć przez śnieg (raczej kopny), by dotrzeć do pierwszego lampionu (PK 31). 

PK 38, 39 wydeptanym już z lekka śladem, trochę ścieżką, trochę na azymut. Bieganie na azymut niezbyt szło – po kilkuset metrach człowiek nie miał już siły podnosić nóg i przebijać się przez warstwę chrupiącego śniegu. 

PK 37, 65, 80 – zawsze ktoś był w zasięgu wzroku, przebiegi głównie drogami. Do PK 80 – na skróty, po lodzie przez Jezioro Zapadliska. Zawsze marzyłem, by przebiec to jeziorko „na skróty” i wreszcie się udało. Może niezbyt dokładnie nawigowałem, ale wreszcie trafiłem w pobliże PK 71. 

Bunkier. Wokół kłębi się mały tłumek orientalistów. Patrzę na opis PK: budynek i jakaś kropka w półkwadracie. Budynek jest – więc szukamy. Wejście do bunkra - lampionu nie ma. Gdzieś dalej w ciemności pali się jakaś świeczka. To chyba nie tu. Ale może na górze? Tam są jakieś „kominy”. Wbiegam na górę i szukam (inni także szukają) - także nic nie ma. Ale jest drugie wejście do bunkra. To MUSI być tu. Ale przy wejściu nie ma. Ktoś na początku grupy brnie dalej w ciemności. Wpada w jakąś dziurę (środek to jakaś dziura przy brzegach niewielkie gzymsiki, śliskie od lodu, ciemność). Wreszcie okrzyk JEST! Lampion wisi dokładnie w środku bunkra tam gdzie wcześniej widziałam świeczkę. Od pierwszego wejścia można było dojść wygodnie, bez wpadania w dziury, ale człowiek nie pomyślał. 

PK 71 w bunkrze - zdjęcie organizatora

 Lecę dalej. Drogi coraz mniej wydeptanie. PK 53, potem kolejne jeziorko „po lodzie” i PK 72. 

Dłuższy przebieg. Na granicy zasięgu wzroku jakiś konkurent. Biegnę za nim, tak trochę „na tramwaj”. Jak się okazuje, jest to chyba mój największy błąd. Nieuwaga. „Tuż obok” był PK 92. Z 400-500 m więcej, po drogach. Nie zauważyłem i pobiegłem od razu na PK 73. 

PK 82 chwilkę szukałem. Obiegając Parów Karski spotykam grupę biegnących z naprzeciwka Wkręconych. 

Pomiędzy PK 57 i 54 zaczynają się w pełni oblodzone drogi. Biegnie się trudno. Przez chwilę waham się, czy biec na PK 91 czy na PK 54. Nie – biorąc PK 91 zbyt dużo będę musiał pomijać na nawrocie i pewno będę w niedoczasie. Nie warto – zostaje PK 54, a potem ślizganie się do PK 81. Nie są to chyba zbyt popularne punkty – do lampionów prowadzą wręcz pojedyncze ślady. 

Na zegarku mam 1:08, czyli zostało 52 minuty na powrót. Muszę zaliczyć klubowy PK 44, a dalej na Parów Karski po wartościowy PK 67. Niestety, droga się psuje, tylko ślady zwierząt na niewyraźnej przecince. Teraz patrząc na mapę, myślę, że mogłem wybrać inną kolejność i po lodzie pokonać Parów Karski wcześniej, zaliczyć PK 67 przez PK 57. Ale rogaining to wyższa matematyka, nie tylko liczenie kilometrów, ale uwzględnianie jakości drogi, zmęczenia…. 

Przed PK 67 widziałem jakąś dziewczynę. Taką bardziej szybkobiegaczkę. Punkt miał być na końcu pomostu… tyle że pomost był bardzo „teoretyczny”. Bez lodu trzeba by ten koniec pomostu zdobywać po pas w wodzie – zostały z niego słupki i jakaś deseczka „pływająca” po lodzie. Dziewczę przede mną przebiegło tą niepozorną konstrukcją ukrytą w trzcinach wyraźnie szukając widocznego z dala pomostu. 

PK67

PK 74, 61. Zostało 28 minut. I kolejna „zła decyzja”. Skusił PK o wadze 5 i 4 … gdybym pobiegł na północ, to na mniejszym dystansie zamiast 12 pp zebrałbym ich 14 lub nawet 17. W rogainingu nie należy w pełni sugerować się wagami lecz szybko sumować wartości punktów. Boleśnie odczuli to ci, co połakomili się na PK100 – na dystansie ok. 3 km zebrali 17 pp (PK 70,100), a w środku mapy, czy na zachodzie na takim dystansie można było zebrać blisko 30 pp.