sobota, 30 maja 2026

Jaga-Kora X i 100km w nogach

Maj oznacza wyjazd w Beskid Niski i błąkanie się po górach na trasach Ultramartonu Jaga-Kora. To taka świecka tradycja, która właśnie obchodzi u mnie dziewiąte urodziny. Dziewiąte, bo gdybym był na pierwszej edycji tego wydarzenia, byłyby to urodziny dziesiąte.

Na Jadze-Korze zaczynałem od trasy Kurier (40km), która startował z Moszczańca, potem próbowałem różnych wariantów  40, 42, 46, 70 i 100km. Te 100km (czyli Orzeł) to próbowałem dwa razy i dwa razy nie ukończyłem. Pierwszy raz – chciałem za szybko i zszedłem po 66-tym km z powodu kontuzji kolana. Drugi raz trwało to krócej - tylko 33 km, ale tu wystartowałem już z zapaleniem rozcięgna i było to do przewidzenia.

Zostało mi policzyć się z setką, tym bardziej, że organizator zapowiedział, że na X edycji Jagi-Kory 100-kilometrowy Orzeł będzie rozgrywany po raz ostatni. W bonusie nie wydłużył trasy co do km, ale „dorzucił” górę Cergową. Cergowa to góra bardzo widowiskowa – każdy kto jechał przez Duklę, na pewno zwrócił na nią uwagę – góruje nad miastem niczym Giewont nad Zakopanem, a jej stromość nie pasuje do łagodnych stoków Beskidu Niskiego – przypomina jakieś urwiska, pionowe skalne ściany….

Wycieczka szlakiem kurierskim Jaga-Kora

Jak zwykle z Renatą przyjechaliśmy w Beskid Niski tydzień wcześniej. Już od wielu lat pomagamy w organizacji imprezy – znakujemy trasę, Renata obsługuje sekretariat i robi hałas w Chałupie Elektryków. Co do znakowania trasy – to na jednej z tegorocznych relacji po imprezie przeczytałem pozytywne zdziwienie jakiejś uczestniczki, że to pierwszy bieg górski, gdzie oznaczenia nie tylko dobrze prowadzą, ale wręcz pokazują jak ominąć co większe kałuże!
Zbocza Jawornika - to będzie końcówka trasy biegu

W tym roku znakowaliśmy dłuższy odcinek niż zwykle, ale było nas więcej – oprócz nas były jeszcze dwie Stowarzyszone klubowiczki, które także załapały bakcyla wolontariatu. Był także czas, by przebiec Parkrun w Rymanowie-Zdroju, znalazł się czas by z Barbarą przebiec próbnie nowy nocny odcinek: z Rymanowa przez Cergową do Dukli, trochę poszwendać się po górach, zrobić alternatywne Strasznie Fajne Marszobiegi;-)

Bania Szklarska - rok temu przebiegała tędy trasa 17km

Sobotni parkrun - deszczowy i kameralny

Mokro to i salamandry wyszły na spacer
Cergowa w tle. Będziemy ją zdobywali o świcie w czasie biegu

Podbieg na szczyt Cergowej - pola czosnku niedźwiedziego

 
Najwyższy wodospad w Beskidzie Niskim- Wisłoczek

Cerkwisko na zbiegu z Wołtuszowej to będzie końcówka trasy biegu

Słynne Beskidzie Błoto (SBB) do biegu zdąży podeschnąć

Jak w góry to tylko z reklamówką:-) (znaleziona po drodze zbierałem do niej śmieci ze szlaku)

Znakowanie

Gdy znakowaliśmy ślady niedźwiedzia były na trasie

Znakowanie - gdzieś nad Wisłoczkiem

Znakowanie - Polany Surowiczne

Znakowanie - potok Surowiczny

Góra Polańska

Znakowanie - Niedaleko Jawornika

Znakowanie - nie tylko taśmami;-)

Nadszedł piątek. Zaczęła się praca w sekretariacie. Nasza Klubowa ekipa rozrosła się do 6-ciu osób. Klubowo – wypożyczyliśmy buty. A bo czemu nie - skoro można? Jakieś najnowsze modele ASICS – Trabucco 14, czy jakoś tak. Wypożyczyliśmy dwie pary na 100 km i dwie pary na bieg 42km. Testowanie butów na biegach górskich ostatnio jest popularne. Zwykle na buty rzucają się ludzie biegający krótsze dystanse, ale dwa lata temu pożyczyłem buty na 40 km i dały radę! Zakładałem, że pewno zmienię je po nocy (nocny odcinek ma więcej błota).

Numery startowe odebrane - mi trafił się "klubowy" numer 44
Buty wypożyczone różne wzory i kolory
Ania i Renata wydają pakiery w sekretariacie do północy


Chwila odpoczynku i zaczynamy start o godzinie 00:01 z Jaślisk. 

 

Wywożą nas na start...

Na 100 km startuję ja i Barbara. Dojazd autokarem , przemówienia, odliczanie i biegniemy. Kawałek asfaltem, potem w drogę polną, powoli pod górę. Wszyscy biegną tempem parkrunowym. Czołówka to pewno poniżej 4m/km. W pewnym momencie mówię „dość”. Zostało jeszcze 99 km, podbieg coraz stromszy – muszę mieć siły na te kilometry. Przechodzę do marszu, by wyrównać oddech. Coraz więcej osób  zwalnia. Początek to zawsze robi się „w  tłumie” - widzisz światełka przed sobą, za sobą. Co chwila słychać niecenzuralne słowa, jak ktoś wpadnie w jakieś błoto lub zaplącze się w leżące na ziemi gałęzie. Ja gdzieś przed Ostrą także mam bliski kontakt z podłożem – efekt: krwawy ślad na kolanach i na dłoni. Na szczęście po ciemku nie widać, czy zostawiam krwawe ślady za sobą;-)



Nocka idzie dobrze. Nie rozpędzam się, bo ile razy można rozbijać kolana? Dopiero gdy jestem w Stasianie przypominam sobie, że punkt żywieniowy będzie za Piotrusiem, ale temperatura jest w sam raz i picie tak bardzo nie schodzi z camelbaka.

Wreszcie punkt żywieniowy i ruszamy na Cergową. Na szczycie zaczyna się rozjaśniać. Bardzo niefajny zbieg z Cergowej – jeszcze jest ciemno, więc mało widać, bardzo stromo, korzenie…. Nikt tu nie zbiega – wszyscy trzymając się pazurami ziemi ostrożnie pełzną w dół. Dobrze że wcześniej przebiegłem ten kawałek – widziałem czego się spodziewać.

Przymiarki i wschód słońca


Za Cergową poluje na nas fotograf. To tradycyjne miejsca i czas. Kulminacją dla pracy fotografa są Przymiarki, gdzie słońce już jest wyraźnie na horyzontem. Szkoda, że nie ma morza mgieł - ale dla samego biegania to i lepiej – jest w miarę sucho i błoto nie lepi się do butów.

Rymanów Zdrój - 33km

Rymanów – czas dobry. Miałem biec z Barbarą, ale ta wyrwała na początku (tam gdzie ja przeszedłem do marszu) i pewno jest ze 20 minut przede mną. Szybki przepak i ruszam dalej. Nie zmieniam butów – te wypożyczone sprawują się całkiem dobrze. Wiem, że ASISCy nie lubią błota – mają wtedy zerową przyczepność, ale jest w miarę sucho, więc nie jest to problemem. Dobrze amortyzują – człowiek czuje się trochę jak w kapciach (wypożyczyłem model większy o pół rozmiaru – może dlatego). Podeszwa jest dość gruba i zapiętki nie trzymają dobrze, więc na nierównym noga jest mocno niestabilna – ale najgorsze było w  nocy – dzienny odcinek jest równiejszy i w dzień lepiej widać gdzie można postawić bezpiecznie nogę.

Wyruszam z przepaku w towarzystwie Kasi. 

Głębokie
Podbiegamy sobie tak razem do punktu żywieniowego w Puławach. Pogoda – aż za fajna. Zaczyna się robić ciepło. 

Nad Puławami
Wkraczam na odcinek, który znakowałem. Po zbiegu do Darowa zacznie się to, czego nie znoszę. Płaski (prawie płaski) asfalt. Jest to kilometr 50+. Na tym etapie biega mi się ciężko. W dół – jakoś idzie, ale po płaskim bieg nie jest szybszy niż szybki marsz z kijami. Pod górę, nawet malutką znacznie szybciej się idzie niż biegnie… a biegniemy w kierunku głównego wododziału, więc w efekcie jest zawsze „pod górę”.

Punkt żywieniowy w Moszczańcu. Przede mną najdłuższy fragment trasy bez punktów żywieniowych. I w największym upale. Jednolite monotonne podejście na Kanasiówke. Prawie 6 km ciągle pod górę. I akurat zaczyna mnie męczyć układ trawienny – wczorajsza kolacja, która powoli dociera do końca swojej długiej drogi w człowieku….

Zbieg w kierunku Woli Wyżnej i znowu asfalt. Może asfalt to za dużo powiedziane, ale coś co kiedyś było asfaltem – małe górki i dołki i tak dobre naście kilometrów w pełnym słońcu. Nogi do biegu nie niosą. Męczarnia…

Wreszcie po 80-tym kilometrze „chopek” i droga do Chałupy. Niby znowu asfalt, ale tylko 4 km, sporo w dół i z daleka słychać bębnienie Renaty;-)
80 km to takie miejsce selekcji. Doganiam i przeganiam dziewczynę, która wyprzedzała mnie na 30-tym kilometrze, biegnąć niczym łania. Teraz idzie powłócząc nogami i mówi, że schodzi z trasy w Chałupie. Próbuję ją namówić, by biegła dalej, ale stawia opór.

Ekipa Chałupowa

Tak na punkcie bawiła się Renata

W chałupie Renata i kociołek. Mało jem biegając, ale ten kociołek postawił mnie na nogi.

A tak wyglądałem ja po ponad 80-ciu kilometrach

Polańska – taki morderczy akcent na koniec. Najstromsze i jedno  z największych podejść na trasie. Kogoś tu doganiam, ktoś dogania mnie, robi się mały tramwaj na podejściu. Na zbiegu wyrywam do przodu. O dziwo, do tej pory żadnych skurczy zmęczeniowych, a  być powinny, bo wszystkie zbiegi robiłem asekuracyjnie, co strasznie męczy czwórki. A tu nic. Dobrze znam trasę, wiem ile do mety, po prostu wiem, że mogę przyspieszyć.

Raczej to ja wyprzedzam, niż mnie wyprzedzają. Wołtuszowa. Ostatni zbieg. Wyprzedzam dziewczynę, z którą mijałem się przez całą trasę. Stosowała ona dziwną technikę: na każdym punkcie żywieniowym czekał na nią suport: masaż, zmiana butów, itp. Taki full wypas. Spędzała tam więcej czasu niż inni, a potem wybiegała i bardzo szybko wszystkich wyprzedzała. Tu już niestety dopadł ją dystans i ledwo idzie, choć do mety ze dwa kilometry. I zauważam, że ma przy pasie taką papierową czapeczkę urodzinową. Okazuje się, że ma urodziny – życzę jej wszystkiego najlepszego i lecę na metę.

Uff meta i blacha za przebiegnięcie 100km
Nikogo w zasięgu wzroku, więc się nie ścigam. Na mecie czekają Barbara i Ania. Barbara przybiegła dłuższą chwilę wcześniej – analiza międzyczasów pokaże później, że na ostatnim odcinku sporo do niej odrobiłem. Niestety, na mecie akurat nie ma firmowego fotografa, Renata jeszcze nie wróciła z Chałupy - więc nie mam zdjęcia jak wbiegam na metę;-) Ale setka odczarowana.


Jestem drugi w swojej kategorii wiekowej. Patrzę na międzyczasy – do zwycięstwa zabrakło mi 5 minut! W chałupie do zwycięzcy traciłem ponad 45 minut! Jeden szybszy zbieg i bym zwyciężył….

Jeszcze podium i będzie można odpocząć;-)

Szybki obiad i wskakuję na podium, bo akurat jest dekoracja długich dystansów.
Szkoda, że za rok ma nie być setki… tylko jakieś sprinterskie dystanse rzędu 50 km…. 

Buty z wypożyczalni - dały rade na 100km. Pęcherzyk wyszedł dzień później ale taki niegroźny;-) 
Buty - polecam - wygodne niczym domowe bambosze;-)


środa, 20 maja 2026

Pre MP Long tuż pod domem

Trening w Zielonce, więc wstyd na nim nie być. Renata była w tym czasie na wyjeździe, ale w zastępstwie poszła Agata. Planowałem w ramach rozgrzewki dobiec z domu, ale po 600 m Agata odmówiła współpracy i musieliśmy przejść do marszu. 

Na odcinku od stacji PKP do pomnika Harcerzy z naprzeciwka minął nas jeden z organizatorów z naręczem lampionów w rękach. Czyli start będzie opóźniony, bo lampiony jeszcze się wieszają. I rzeczywiście tak się okazało, gdy dotarliśmy do bazy. 

Chwila oczekiwania i ruszyliśmy w las. Ja i Agata mieliśmy ten sam pierwszy PK. Dobieg asfaltem i wbicie się w mniej przyjemny w tej okolicy las. Ciężko się zgubić we „własnym lesie”, więc poszło bez problemów. Tu się rozdzieliliśmy – ja ruszyłem na północ, Agata na południe. 

Wariant drogowy – jest on szybszy niż przedzieranie się przez niezbyt przyjazny w tej okolicy las. Dobiegłem do właściwiej drogi, skręciłem w lewo i zaraz jeszcze raz w lewo, by dobiec do lampionu. Po chwili miałem odbić w prawo, by trafić we właściwe miejsce. Droga się rozdzieliła, odbiłem w prawo, biegnę odpowiedni dystans, jest po prawej obniżenie, ale lampionu nie widać. Jako że jest to świeże pogorzelisko sprzed kilku dni gdzie spłonęło poszycie, widoczność jest dobra i ciężko lampion przeoczyć. Kręcę się tu i tam zdezorientowany. Zdesperowany ruszam w kierunku górki by stamtąd się namierzyć i… znajduję lampion. Jak się okazuje przegapiłem to ostatnie odgałęzienie w prawo, nie kontrolowałem kierunku kompasem i szukałem lampionu zadecydowanie za daleko na południe przy innej ścieżce… 

Moje błądzenie na PK2

Ruszam dalej, po drodze ratuję Mariusza, który się co nieco zagubił. Docieram do przejścia pod wiaduktem. I tu wita mnie dym. Gdzieś pali się las. Dym szybko się rozwiewa i ciężko powiedzieć gdzie się pali. 

Biegnę do PK 5 trasą gdzie nieraz ćwiczę podbiegi Granią Misia, droga dziwne rozjeżdżona ciężkim sprzętem. Z górki dostrzegam migające światełka wozów straży pożarnej – gdzieś w okolicy PK 6. Na razie lecę na PK 5 - dołek w środku niczego. Znajduję go bezbłędnie i wracam na Grań Misia. Lekko obiegam teren okupowany przez strażaków i znajduje lampion PK 6. Jest cały, to nie on się pali! Wracam także naokoło na grzbiet wydmy. Na wydmie czeka na mnie łoś. Biedactwo wypłoszone pożarem ze swojej ostoi na torfowisku Natura 2000. Łoś swojski, stoi spokojnie o metr od ścieżki – biegnę sobie dalej do PK 7. 

Dalej idzie bez większych przygód. Wracam do lasu bardziej przebieżnego. Odkrywam jedną ścieżkę, która mi zniknęła z mapy. W oddali widzę jakiegoś rywal i staram się go dogonić. Okazuje się, że to Michał. Ścigamy się do ostatniego PK. Przeganiam go na dobiegu do mety. 

Zaliczone dłuższe wybieganie – jeszcze powrót do domu – w sumie ok 14 km. Po drodze do domu jeszcze bliskie spotkanie z dzikiem – zwierz chrumknął i odbiegł w krzaki. Widział, że go nie ścigam, to pasł się dalej spokojnie. 


 

 

sobota, 16 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 3, czyli nuda, bo wszystko idzie dobrze.

Trzeci etap rozgrywany był w tych samych okolicach co drugi i miał idealną dla mnie długość - 3 km. Niestety, po zawaleniu dwóch pierwszych etapów motywacja z lekka mi spadła, bo co bym nie zrobiła, to i tak nie łapałam się już do klasyfikacji generalnej. Stwierdziłam więc, że po prostu będę cieszyć się biegiem, nie wymagając od siebie zbyt wiele. 

W bazie zawodów.

Tym razem Tomek startował duużo wcześniej niż ja, więc nawet na start nie szliśmy razem. Nie dość tego, to jeszcze startowałam jako ostatnia z mojej kategorii. Taka kompletna sirota. Trochę bałam się, że bez przypominajki zapomnę włączyć zegarek, ale jakoś udało mi się pamiętać. Za to zapomniałam opiśnika i musiałam użyć taśmy klejącej, co wiąże się z przymusową depilacją. Z pozytywów (żeby nie było, że tylko marudzę) -  znalazłam się na fotce z boksu startowego, bo organizatorzy coś tam cykali. 
 
Zaraz startuję.
 
Zaczęłam dobrze - najpierw mała górka z PK 1, potem drzewo na skraju terenu otwartego, czyli łatwa dwójka. Od dwójki mogłam odbiec mądrzej - na otwarte zamiast w gęstwinę, ale jak się z tej gęstwinki już wydobyłam, to dalej poszło dobrze. Gdzieś przed czwórką wypatrzyłam przed sobą Ulę. Trochę mnie to zdziwiło, bo powinna być przynajmniej ze dwa punkty dalej i nawet przez moment cieszyłam się, że to ja taka szybka jestem. No, nie jestem - to Ula miała problemy nawigacyjne i po czwórce rączo wyrwała do przodu. Jeszcze mignęła mi przed piątką, co mnie totalnie zmyliło w poszukiwaniach, bo zamiast pójść na kompas, to poszłam "na Ulę". Dodatkowo nie zauważyłam na mapie, że rów ciągnie się dalej i koniecznie chciałam znaleźć lampion na jego końcu, zamiast bardziej na południe. Chwilę straciłam na tym punkcie, ale trudno.
 
Z piątką wyszło tak średnio.
 
Za to do szóstki pobiegłam po kresce. Kolejne punkciory szły równie dobrze jak szóstka, mimo że jakoś szczególnie się nie starałam - ot, tyle żeby się nie zgubić za bardzo. I z tym bieganiem to też raczej nie przesadzałam, w końcu obiecywałam sobie przed startem, że będzie na luzie. Ale przed metą troszkę się sprężyłam, bo Tomek tak dopingował i uwieczniał, że szkoda było nie biec.
 
Meta.

W efekcie padłam i nie miałam siły wstać. A tu z mety jeszcze trzeba było podejść kawałek do bazy.

Nie wstanę.

W bazie zaś przebieg trzeba było przedyskutować w zaprzyjaźnionym gronie i zobaczyć jak która biegła.

A ja pobiegłam tędy...

Ponieważ Tomek w generalce załapał się na podium, musieliśmy zostać do końca zawodów, żeby mógł odebrać medal. Srebrny medal.
 
Tomek na "podium".
 

Moja trasa.

środa, 13 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 2, czyli "co ja to ostatnio podbiłam?"

Drugi dzień GPM odbywał się już w lesie - klasyk z 25 punktami na dystansie 4,7 km. Oczywiście dotyczy mojej kategorii. Z jednej strony super, że na łonie natury, ale z drugiej las daje jednak wyższą szansę popełnienia różnorakich głupot. Nie żebym planowała, zdecydowanie wystarczył mi wyczyn pierwszego dnia.
Tym razem startowaliśmy z Tomkiem w odstępie kilku minut, więc i na metę spodziewaliśmy się przybyć w zbliżonym czasie. Tymczasem oczekując na rozpoczęcie etapu robiliśmy głupie miny do obiektywu:-)
 
Czekanie wyzwala dziwne zachowania.

Na sam start trzeba było kawałek podejść, więc od razu była rozgrzewka, bo taką normalną to się można za bardzo zmęczyć, więc nie robię.
 
W boksie startowym.

Pierwsze punkty rozłożone były na obrzeżach wielkiej łąki, czy tam nieużytków (a może i użytków), więc nie dało się zabłądzić, bo wszystko było widać na przestrzał.
Czwórka, piątka, szóstka i siódemka to karpy, których w lesie było zatrzęsienie, ale jakoś udało mi się od razu trafiać na właściwe. Kolejne punkty to charakterystyczne drzewa, znowu przebieg przez łąkę i kolejne kilka karp. Gdzieś po drodze spotkałam Dorotę i żeby dotrzymać jej kroku (co gwarantowało lepszy wynik) gnałam jak szalona, choć niekoniecznie tymi samymi wariantami. W okolicach PK 9 i PK 10  swoim sokolim wzrokiem wypatrzył mnie Tomek, ale nie miałam czasu zatrzymywać się na sesję zdjęciową:-)
 
Koło PK 9

 

I okolice PK 10.

Do PK 17 szło świetnie - biegło mi się dobrze, jak na moje możliwości dość szybko, niemal bezbłędnie, głownie na azymut. A po siedemnastce nastąpił dramat. Odbiegłam od punktu i w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nie pamiętam ani z jakiego punktu biegnę, ani na jaki. Totalna pustka w głowie. Coś mi tam kołatał się kod 80, co wskazywałoby na dziewiętnastkę, ale dlaczego? W końcu wypatrzyłam Dorotę, a ponieważ jeszcze chwilę temu razem podbijałyśmy jakiś punkt, miałam nadzieję, że podpowie mi, co powinnam teraz brać. Dorota stwierdziła, że ostatnio brała osiemnastkę i nawet pokazała mi ją, bo lampion stał stosunkowo niedaleko przy drodze, a teraz szuka dziewiętnastki.  W mojej głowie zabrzmiało to jak: brałaś osiemnastkę, idź z Dorotą na dziewiętnastkę. A przy tym wszystkim miałam świadomość, że pokazywanego punku wcale, ale to wcale nie podbijałam. Ale ten kod 80 jakoś tak mnie wabił. W końcu podbiłyśmy dziewiętnastkę i pognały dalej.

Ale gdzie ja jestem?

Kolejne punkty wpadały łatwo i szybko, choć im bliżej mety tym dalej zostawałam w tyle za Dorotą. Ale i tak miałam poczucie odwalenia solidnej roboty. Dumna z siebie wzięłam do ręki wydruk z wynikiem i... wszystko zdechło. Jak wół widniało, że jednak nie podbiłam PK 18 i w związku z tym mam nkl-kę.

Na dobiegu dałam z siebie wszystko.

Teraz z nostalgią wspominam czasy kart startowych i perforatorów, gdzie w każdej chwili można było sobie sprawdzić, gdzie już się było, a gdzie nie. Najwyższy czas wymyślić takie czipy, które będą pokazywały jakie punkty ma się już podbite. Ludzie latają w kosmos, a takiej prostej rzeczy nie da się skonstruować???? A może już są takie, tylko ja nie wiem? Dajcie znać jeśli ktoś widział coś takiego.

Cała długa trasa.