Zorientowana/Zorientowany
Marsze na orientację, biegi na orientację i bieganie bez powodu:-)
czwartek, 13 sierpnia 2026
WMOC - dzień czwarty, czyli kwalifikacje na jednej nodze.
wtorek, 11 sierpnia 2026
WMOC - dzień trzeci (odpoczynku) - czyli trening w lesie.
Zegarek Renaty zdechł z głodu. Całą noc jak szalony się restartował i wracał do „safe mode”, znowu się restartował i znowu wracał do „Safe mode”… aż wyczerpał całą cała zgromadzoną w baterii energię i zdechł. Ładowanie nie pomogło bo znowu się restartował. Zresztą Renaty nóżka także nie czuła się najlepiej, więc ten zegarek do szczęścia nie był niezbędny..
Dzień odpoczynku, czyli Forest Model Event. Dzień - zapowiadał się ciężko, bo wróciły upały. W bazie wydarzenia parking na 60 aut, a chętnych kilka tysięcy – organizator zrobił serwis, gdzie informował o zajętości parkingu: o 8:00 było zajęte 0%, o 9:00 jak wyruszaliśmy także było zajęte 0:00, a jak tylko wyjechaliśmy z Rzeszowa wskaźnik zajętości skoczył do 90%. Nawigacja zaświeciła się na czerwono, bo na trasie czekał korek… przy parkingu. Ale z trasy ciężko już zawrócić, więc jechaliśmy dalej.
Na miejscu – bałagan. Na parkingu auta zaparkowane na 2 miejscach, nikt nie pilnuje, nie kieruje do wolnych miejsc, wszyscy krążą wokoło i szukają miejsca, gdzie można stanąć. Nam się fartem udaje już przy drugiej nawrotce zaparkować.
Renata kuśtykając poszła w kierunku biura treningu (w sukience i z mapą w garści, że może jednak pójdzie na jakiś punkt do lasu), a ja w stylu alpejskim zdobyłem pobliski najwyższy szczyt gdzie umiejscowiony był lampion startu.
W lesie tłok. Przy starcie grupa różnojęzycznych orientalistów deliberująca na temat, czy lampion stoi dobrze, czy las na mapie przedstawiony jest właściwie i czy w ogóle wyjść na trasę. Bo do PK 1 widać sznureczek maszerujących ludzi. Trzon tego tłumu to kategoria 80+ lub wycieczki rodzinne, więc z bieganiem ciężko. Staram się obiec bokiem, ale im dalej od lampionu startu, tłum formuje się w coraz szerszą tyralierę. No cóż, to także dobra metoda – czesanie lasu tyralierą w poszukiwaniu lampionu;-)
Lampiony było całkiem łatwo znaleźć, bo zawsze stała tam grupka ludzi dyskutująca o czymś, z mapami w dłoni, pokazująca palcami różne charakterystyczne elementy terenu wokół punktów.
Aby wyrwać się z tłumu postanawiam pobiec innym wariantem - na PK 116 zamiast na PK 104. Troszkę samotności w lesie. Oczywiście przy punkcie znowu tłok. Wariantem autorskim biegnę trochę pod prąd. Jest ciut lepiej, bo do najdalszych PK docierają tylko ci młodzi (szybsi) weterani.
Im bliżej mety, tłum gęstnieje. Przechodzę do marszu, bo nie daje się biec w sznureczku maszerujących ludzi.
![]() |
| Dobieg do mety specjalnie z boku, by wyszło zdjęcie;-) |
Na mecie czeka Renata. Jak się okazało, nie poszła w las, bo się zagadała ze znajomymi. Może i lepiej - będzie miała więcej siły na jutrzejszą walkę w kwalifikacjach – może ciut nóżka się naprawi?
A sam trening… no cóż porażka. Gdyby był pomiar czasu, jakieś rozgraniczenie pomiędzy tymi, którzy chcą choć potruchtać, od tych co tylko spacerują, miałby sens. Przy ponad 2 tysiącach chętnych zapraszanych na godziny poranne, bo potem będzie upał - do tego potrzeba minimum nadzoru – choćby lampion mety – został otoczony piknikującymi osobami i ciężko było do niego dotrzeć.
![]() |
| Lampion mety |
Część ludzi rozkładała się na dłuższy piknik, a 60 miejsc na parkingu… to naprawdę nie jest dużo. Ponoć i transport zorganizowany na trening kulał – na WMOC startuje spora grupa prawdziwych weteranów – wiadomo, że w wieku lat 80 rzadko kto biega jak 35-latek i przejazd zatłoczonym autobusem bez miejsca siedzącego także może być dużym wyzwaniem…
WMOC - dzień drugi, czyli życie to nie je bajka...
niedziela, 9 sierpnia 2026
WMOC - dzień pierwszy, czyli jak nie trafić do finału A.
WMOC - dzień zerowy, czyli "atrakcja" goni "atrakcję".
Ponieważ w sumie i tak byliśmy już przemoczeni do szpiku kości, postanowiliśmy ruszyć dalej. A dalej to już było oberwanie chmury i totalny armagedon. Tomek nie widział mapy, bo zalewało mu okulary, ja nie widziałam mapy, bo rozmazał mi się od deszczu tusz (no co? na mistrzostwach trzeba wyglądać) i piekły i łzawiły mi oczy. Zresztą przez ścianę deszczu pewnie i tak nic nie było widać. Jakimś totalnym cudem trafiliśmy na metę i wreszcie mogliśmy schronić się w hali. Po chwili tam gdzie staliśmy utworzyła się taka kałuża, że aż serwis sprzątający zjawił się najpierw z mopem, a potem z maszyną zbierającą wodę. Ta maszyna to nie tylko na naszą cześć - wszyscy wracający z trasy byli w takim stanie jak my.
wtorek, 4 sierpnia 2026
Ultramaraton Powstańca 1944
Ultramaraton Powstańca kusił mnie już od dawna. Kusił, bo niedaleko (w Wieliszewie) i dystans ludzki bo tylko 63 km. Ale..., no zawsze są jakieś ale. 1 sierpnia to upał, 63 km po płaskim – nie ma czasu ma odpoczynek przy podchodzeniu pod górę, tylko trzeba biec i szybko nóżkami przebierać… I jeszcze data - jakoś zawsze wtedy coś było innego do roboty.
W tym roku od 6 sierpnia zaczyna się WMOC i to od biegów sprinterskich – czyli po takim maratonie człowiek do sprintów by się średnio nadawał (z wiekiem regeneracja trwa coraz dłużej). Ale ten ultramaraton ma możliwość biegania w sztafecie. Od 2 do 7 osób. Niezawodna Barbara rozesłała wici i szukała chętnych, by zmontować ekipę sztafetową. Taki układ mi pasował – jakieś 2-3 odcinki, tak ze 20-25 km. Zgłosiłem swój akces.
Udało się zebrać sztafetę 3,5 osobową: Barbara i Monika ostatnio razem biegające w jakiś dziwnych maratonach, ja (nestor ekipy) i Ania, której bieganie idzie gorzej, stąd założenie dla niej tylko jednego, najkrótszego odcinka. Udało się wszystko ustalić, zapisać się, podzieliliśmy odcinki między siebie bez większych dyskusji i rękoczynów. Rozpisałem plan kto w jakim czasie ma przebiec swój odcinek (Monika 6,5 km, ja 9 km, Barbara 9 km, Monika 9 km, ja 10 km , Barbara 13, Ania i reszta ekipy co da radę ostatnie 5 km).
![]() |
| Do Hymnu! |
2 sierpnia, niedziela, godzina 5:30. Dzień zapowiada się upalnie. Odprawa, przemówienia, wciągnięcie flagi na maszt, hymn i start honorowy. Taki z flagami w rękach, wśród dymów z biało czerwonych rac. Miało być 500 m, wyszedł kilometr (plus powrót). Wsiadamy do auta i jedziemy na pierwszy punkt zmian.
Czekamy na pierwszych biegaczy – pierwszy przybiega z jakąś kolosalną przewagą nad resztą peletonu. Jak nie patrzeć, czasy zwycięzców z poprzednich lat to niewiele ponad 4 godziny!
Na punkcie zmian uczestnicy dostają smycze (czerwone sztafety, indywidualni czarne) – po drodze będzie zbieranie potwierdzeń na punktach kontrolnych – prawie jak w biegu na orientację;-)
Niedługo na punkt zmian przybiega Patrycja Bereznowska. Jest to nazwisko, które wszyscy biegacze ultra znają. Patrycja „od zawsze” jest twarzą tego ultramaratonu – od lat mieszka w Wieliszewie, więc to chyba oczywiste. Pati biegnie w wianuszku biegaczy, którzy mają nadzieję, że poprowadzi ich na dobry wynik;-)
Wreszcie dociera Monika, przejmuję od niej „pałeczkę” – czyli smycz i biegnę dalej. Jest jeszcze wcześnie i temperatura dopiero się rozkręca. Wszyscy biegną szybko. Ja także staram się nie być gorszy, choć z założenia miałem truchtać. Ale żyłka rywalizacji jest, więc wyprzedzam kogo się da… To tylko 9 km z kawałkiem.
Przebiegam przez tereny gdzie często biegałem BnO. W lesie lekka górka i piasek – poza tym dobre szutrowe lub kawałkami asfaltowe drogi. Większość w lesie. Dobiegam do punktu zmian i przekazuję kartę na smyczy Barbarze. Nadrobiłem kilka minut w stosunku do planu. Może tempo nie było zawrotne (średnia wyszła 5:30), ale pamiętajmy, że miałem truchtać.
Chwila odpoczynku i ruszamy na kolejny punkt zmian do OSP Krubin. Po drodze podwozimy jednego biegacza, który po swoim kawałku szedł pieszo do głównej drogi, by złapać okazję do Wieliszewa.
W OSP Krubin czeka na zawodników obsługa full wypas- choćby budka z lodami… Wreszcie dobiega Barbara i Monika rusza na swoją drugą zmianę.
My jedziemy do Sikor – to umowna „połowa trasy”, choć obiektywnie to już kawałek za połową.
Fajne przy takim biegu sztafetowym jest to, że na każdym punkcie zmian można obserwować jak biegnie czołówka, jak biegną inni zawodnicy. W odróżnieniu od górskich ultramaratonów wydaje mi się, że jest mniejszy rozrzut czasów pomiędzy zawodnikami. Główna grupa biegnie gdzieś w okolicy 6 min/km.
Dobiega Monika i przejmuję pałeczkę. Dobijam do Wisły, biegnę wałem, potem dziwne zawijasy po lesie. Droga się psuje. Kawałki łąk w lesie ze słabo wykoszoną trawą (nierówno, od góry pali słońce, trzeba biec wolniej i uważać), dużo zakrętów, kilka kawałków wałem, w którym co kilkaset metrów są wyrwy i biega się dół-góra. Pomimo dobrych chęci tempo siadło. Zamiast 5:30 wyszło 5:40. Dobiegam do punktu zmian w Poddębiu.
Po drodze na ostatni punkt zmian w Dyniolandzie ruch zatrzymują żołnierze, bo przecina drogę trasa Ultramaratonu Powstańca. Zatrzymujemy się… i kto wybiega z lasu? Nasza zawodniczka Barbara! Oczywiście głośno dopingujemy.
W okolicach Wieliszewa jest sporo jednostek wojskowych. Trasa przebiega obok nich, i właśnie żołnierze tych jednostek obsługują wszystkie punkty historyczne, dziurkują karty startowe i ogólnie zabezpieczają imprezę. Jest także kilka punktów sołeckich, gdzie mieszkańcy poją i karmią zmęczonych biegaczy. Co jakieś 5 km (a nawet częściej) jest punkt, gdzie można się nawodnić i coś przekąsić. Można praktycznie biec „na lekko”, co najwyżej z butelką wody w ręce.
Do punktu w Dyniolandzie zaczynają dobiegać kobiety. I o dziwo, pierwsza nie jest Patrycja, która te zawody wygrywa z założenia. Wreszcie widzimy Patrycję. Widać, że zaliczyła jakiś upadek, brudna i zabłocona. Biegnie także powoli jak na siebie. Ale nie rezygnuje, rusza dalej na ostatnie 5 km.
Obok nas pojawiają się znajomi na rowerach - Darek i Beata. Zrobili sobie wycieczkę i postanowili odszukać naszą ekipę na trasie. Udało się na przedostatniej zmianie dopaść Barbarę. Już niedługo ma dobiec do punktu zmian.
![]() |
| Czekamy na Barbarę razem z nieoczekiwanymi gośćmi |
Jest Barbara. Pomimo 13 km w nogach postanawia biec do końca. Ruszamy cała naszą ekipą w kierunku mety. Prowadzi Ania, bo ona dzierży w rękach kartę startową, my ją wspieramy i dopingujemy.
Do zaliczenia jest jeszcze jeden punkt historyczny. W samym Wieliszewie, półtora kilometra prze metą. Sęk w tym, że jest to punkt na wieży kościoła. Uświadamiamy o tym Anię, gdy dobiegamy do kościoła…
Dobieg do mety, medale, owacje….
![]() |
| Wbiegamy na metę |
sobota, 1 sierpnia 2026
Tramwajowa
Wielkimi krokami zbliża się WMOC. O dziwo, jakoś brakuje zawodów treningowych, a takowe zawsze wszyscy robili. A teraz posucha. Szczególnie w sprintach. Tylko Barbara z Anią zrobiły trening leśny. Mapa Tramwajowa, dawno już nie biegana.
Wtorkowe, upalne popołudnie. Stolik na skraju lasu, mapa w dłoń i ruszam.
![]() |
| Gotowy do startu |
Do PK 1 postanowiłem górą – pewnie ciut bliżej i duża część dobrą drogą. Wszystko fajnie – dobiegam w okolice punktu, wbiegam w las (biały na mapie), a tu las taki, że ciężko się przedrzeć przez zarośla…. To co nadrobiłem bieganiem, straciłem na przedzieraniu się i szukaniu właściwego dołka. Trzeba uważać na te zieloności, bo mapa stała się kłamliwa przez te lata bez aktualizacji…
Już na spokojnie zaliczyłem PK 2, 3 i 4. Może niezbyt szybko, bo las straszliwie zaśmiecony gałęziami i suchymi zwalonymi drzewkami. Pewno to lasy prywatne, bo LP raczej dba o swoje tereny bardziej.
Chwilka szukania dołka przy PK 5 (myślałem, że powinien być na lewo).
Zabawa zaczęła się przy PK 8. Pamiętam kiedyś dawno temu ścigałem się tu z Andrzejem Krochmalem i także miałem problemy ze znalezieniem jakiegoś dołka. Teraz także z kimś się ściągałem – konkurent wyraźnie zbaczał w lewo. Ja, chcąc nie chcąc, także miałem tendencję do skręcania w lewo. W efekcie wylądowaliśmy kawał na zachód od właściwego miejsca. Dodatkowo zmyliły mnie ścieżki – na śladzie widzę, że szukałem punktu przy tej lewej, a nie prawej – dopiero drugie namierzenie się jednoznacznie ustaliło moja pozycję.
![]() |
| Szukałem lampionu o jedną ścieżkę na zachód.... |
Dalej szło dobrze… aż do 13-stki. Przybyło w lesie ścieżek i jak się okazało, szukałem punktu o jedną ścieżkę za wcześnie. Długo szukałem….
![]() |
| Byłą jeszcze jedna ścieżka którą wbiegłem w las. ta po lewej... |
To mnie zupełnie rozproszyło. To i pewnie zmęczenie, bo upał mieliśmy iście saharyjski, a już chwilę byłem na trasie. PK 14 i PK 15 w pierwszym odruchu szukałem obok właściwego miejsca, zamiast dobiec do lampionu jak po sznurku….
I na koniec do PK 17 … nie sprawdziłem dokładnie wskazań kompasu i pobiegłem ścieżką „naokoło”. Ale przynajmniej na metę trafiłem bezbłędnie.
Na mecie okazało się, że nie jestem taki ostatni (ale szału nie ma, więc prognostyk przed WMOC marny). Dużo uczestników miało problem z metą i przybiegali... na start zamiast do lampionu meta. Ja zrobiłem z trasy co miała 6,7 km trasę prawie 10-cio kilometrową…
środa, 29 lipca 2026
Trening BnO Góraszka, czyli meteopatyczny spacerek.
niedziela, 26 lipca 2026
7 lat od Covida czyli Korona Mazowsza w Beniaminowie
Beniaminów – robi się taką drugą Falenicą dla warszawskich BnO;-) No dobra, teren jest ciut większy i bardziej zróżnicowany, znajdzie się jeszcze kilka dołków, gdzie nie było lampionów, ale zostaje takich już coraz mniej.
Nie zdążyłem się zapisać na drugi etap Korony Mazowsza VII i została mi tylko mapa Wkręcony;-( Tak to bywa , gdy w regulaminie nie ma podane do kiedy są zapisy aktywne…
![]() |
| Gotowy do startu |
Dotarłem na start. Według prognozy pod koniec biegu miało zacząć padać. Gorąco, jak to przed deszczem. Dostaję mapę, tylko 6,3 km. Idę na start i ruszam chwilkę za konkurencją Markiem (no, niby konkurencja startuje na krótszej trasie, ale tak się utarło, bo zwykle ze sobą konkurujemy).
Do PK 1 twardo po kresce, choć może szybciej byłoby naokoło drogami przez biuro zawodów? Znajduję kopczyk z lampionem, ustawiam kompas i ruszam na PK 2. Pierwsza wtopa. Szukam górki „ najbardziej po lewej” i znajduję taką, tyle że to nie ta górka – ta którą znalazłem została zakryta przez okrąg PK i linię na PK 3.
Dalej twardo na azymut, pomimo licznych przeszkód rzucanych pod nogi (czytaj gałęzie). PK 3 i PK 4 są na tyle charakterystyczne, że ciężko nie trafić na nie od razu. Za to do PK 5 mnie znosi w prawo i trafiam na stowarzyszony rów. Ale szybko odnajduje się na mapie i po chwili PK 5 zaliczony.
PK 6 to mozolne przedzieranie się przez ścięte gałęzie… Zmęczony tym przedzieraniem się, do PK 7 biegnę naokoło drogami. Trafiam idealnie i szybko.
Przy PK 8 przebiegam lampion. Może drzewo nie było tak charakterystyczne? Chyba jednak źle spojrzałem na mapę i myślałem, że biegnę drogą bardziej na południe – chyba upał zaczyna dawać mi się we znaki!
Tragedia zaczyna rozgrywać się na PK 11. Z PK 10 przedzieram się przez zielone do drogi poprzecznej, skręcam w lewo i szukam ścieżki w prawo. Jest. Skręcam w nią, powinna mnie doprowadzić do punktu tuż po wybiegnięciu z zielonego, gdy zacznie się wzniesienie. Niby wszystko się zgadza, ale brak dołka z lampionem,. Pod nogami zwały ściętych gałęzi i nadmiarowych młodych drzewek. Szukam, krążę, w świat lecą niecenzuralne słowa, gdy demoluję swoje najnowsze skarpetki biegowe (i przy okazji goleń). Pamiętam, że kiedyś także tu gdzieś był punkt i także było szukanie… Dopiero po dłuższej chwili dochodzę, co jest nie tak: Ścieżka w którą skręciłem na mapie, nie dochodzi do głównej drogi, ta granica zielonego gdzie zaczyna się przezierność… na mapie nie istnieje, w terenie jest jeszcze jedna droga, której brak na mapie. Naokoło docieram do lampionu. 8 minut zamiast trzech?
![]() |
| Szukanie PK 11 |
Dalej biegnie się coraz ciężej – bądź co bądź na trasie jestem już ponad 40 minut. A upał nie odpuszcza. Za to nie ma błędów – trafiam tam, gdzie założyłem i to w miarę po optymalnym wariancie. Idzie tak dobrze do PK 20. Tam szukam właściwego dołka kilka minut za długo. Chodzę w tę i we w tę i jakoś nie mogę znaleźć tego z lampionem.
Gdy wybiegam z PK 20 w lesie robi się ciemno. Za PK 21 słyszę szum – to ściana deszczu sunie po lesie. Za PK 22 zaczyna już dobrze padać, za PK 23 ściana deszczu. Widoczność: w okularach: 1 m, bez okularów: 1m. Uważam, że okularnicy przy takim deszczu powinni mieć czas dzielony przez 2!
![]() |
| Chciałbym mieć taką widoczność w deszczu... |
Docieram na metę. Najbardziej z całej zabawy zapamiętam te dwa ostatnie punkty – nawigacja „na ślepo”.











































