piątek, 27 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 2, czyli zdążyć na obiad.

Po etapie pierwszym wróciłam pieszo na kwaterę, ogarnęłam się i zaległam w oczekiwaniu  na Tomka, który startował sporo po mnie, więc i wracał później. Drugi etap zaczynał się od 14.30, ja miałam trzydziestą minutę startową, a Tomek nieco późniejszą, więc tego odpoczynku między etapami było jednak niewiele. Na kolejny start znowu była spora dojściówka, ale i tak krótsza niż na pierwszy.

Tomek odprowadza mnie kawałek.

Najbardziej przed startem stresowałam się, że zapomnę włączyć zegarek, zamiast tym, czy łatwo trafię na punkty i czy nie wymięknę kondycyjnie. Ale wiecie - jak bez zegarka, to potem trzeba pobiec jeszcze raz:-)
Do pierwszego punktu postanowiłam pobiec drogami, bo było to całkiem logiczne, no i wygodne. Co prawda nie wyszłam czysto na punkt i na końcówce trochę za daleko weszłam w las, ale nie było to jakieś duże błądzenie. Dwójka była tuż obok, na górce, więc łatwa sprawa. Trójka ciut dalej, ale też bez problemów. Trochę mnie to podniosło na duchu, bo dobry początek, to... dobry początek.
Czwórka już w większej odległości. Starałam trzymać się kurczowo azymutu, do momentu, kiedy dotarłam do mokradeł i jak na mój gust okazały się zbyt mokre. Postanowiłam obejść, choć teraz myślę - co mi ta odrobina wody przeszkadzała? W każdym razie czwórka weszła.
Miedzy czwórką a piątką doznałam jakiegoś zaćmienia umysłu i ubzdurałam sobie, że punkt stoi przed drogą, a nie za nią. Patrzyłam w mapę i zupełnie tego nie widziałam. Oczywiście szukałam za wcześnie. Zastanowiło mnie dopiero, że wszyscy biegną dalej, nie zwracając uwagi na miejsce, gdzie prowadzę swoje poszukiwania, no a przecież ktoś oprócz mnie musiał mieć też ten punkt. Dla mnie jednej by chyba nie stawiali.

Efekt zaćmienia.

Do szóstki był dość długi przebieg. Początkowo poruszałam się po linii azymutu, a potem zniosło mnie w lewo. Na szczęście weszłam na rów, który w dalszej swojej części biegł bliziutko szóstki, więc uznałam to za prezent od losu i dalej ruszyłam rowem. Sprawdziło się.
Do siódemki znowu drogami, ósemka tuż przy siódemce, więc łatwa, a dziewiątkę wzięłam azymutowo-drogowo. 
 
Gdzieś na trasie.

Z dziewiątki na dziesiątkę przeleciałam przez w miarę suche mokradła i zatrzymał mnie dopiero ciek wodny, na tyle konkretny, że jednak musiałam go obejść. Do jedenastki już drogami i ścieżkami i tu można się spierać czy wybrałam dobry wariant obiegnięcia mokrego, ale najważniejsze w sumie, że skuteczny. Dwunastka to już w zasadzie tylko formalność i dobieg do mety, jak zawsze z fasonem.
Po etapie najważniejsza część dnia, czyli obiad:-) Bałam się czy Tomek zdąży, bo organizatorzy jakoś dziwnie to urządzili, że obiad był wydawany w czasie, kiedy większość zawodników była w lesie. My obydwoje zmieściliśmy się w czasie - ciekawa jestem jak inni. Po obiedzie jeszcze tylko wizyta w sklepie po słodką nagrodę za wysiłek i wreszcie odpoczynek, aż do niedzielnego etapu.
A wyniki? Cóż, znowu uplasowałam się na ostatnim miejscu, ale już bez tej przepaści między mną, a poprzedzającą zawodniczką. Czyli jest postęp.

Cała trasa.

czwartek, 26 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 1, czyli marny początek.

Bardzo chciałam pojechać nad morze. Do tego stopnia, że bez wahania zapisałam się na Wyspę O-Cup. Może gdybym wiedziała, jak mocno da mi w kość City Race, to zastanowiłabym się nad kolejna mocną dawką wrażeń w tak krótkim odstępie czasu, ale zapisy były dużo wcześniej. 
Pojechaliśmy w piątek po pracy i wieczorem zameldowaliśmy się w bazie - głównie, żeby wykupić obiady, bo to przecież najważniejsze.
 
Pamiątkowa fotka musi być.

Na sobotę planowane były dwa biegi, na szczęście o rozsądnej długości. Ale za to już dojścia na start trochę mnie oszołomiły - na każdy etap w granicach 1-2 km. Ja wiem, że to konieczne i nie kwestionuję zasadności, ale pobiadolić sobie przecież mogę. Na poranny etap Tomek nawet planował mnie podwieźć, ale rano okazało się, że mamy flaka w oponie i zamiast na start ze mną, pojechał szukać wulkanizatora. Ku mojemu zdziwieniu załatwił sprawę tak szybko, że jeszcze zdążył uwiecznić mój start.
 
Ruszam

Ponieważ start był tuż przy plaży, to przynajmniej nie było problemu ze zorientowaniem mapy (no bo morze na północy) i znalezieniem trójkąta startowego (blisko morza). I dobrze, bo mapy dostaliśmy formatu A3, a szukanie na wielkiej płachcie zawsze jest trudne.
Punkt pierwszy wyglądał na łatwy, na przedłużeniu ścieżki prowadzącej ze startu, do tego na niewielkiej górce. Faktycznie, widoczny już z daleka. 

Jedynka zaliczona.

Dwójka niedaleko, nic specjalnego w sumie. Ruszyłam na azymut, minęłam ścieżkę, wspięłam się na zbocze, a potem coraz bardziej odbijałam w lewo, nie zauważyłam trzech ścieżek, przeszłam przez drogę, której nie powinnam przekraczać, znalazłam punkt z innej trasy i... wciąż się nie zorientowałam, że jestem już za daleko. Tak sobie jeszcze chwilę pochodziłam po okolicy i wróciłam do drogi. Ponieważ wciąż nie miałam pomysłu co dalej, to postanowiłam sprawdzić, czy droga prowadzi do skrzyżowania. Prowadziła. Podobnie jak  cztery inne ścieżki w pobliżu.  Po chwili wahania założyłam, że jednak jestem na tej największej i od skrzyżowania namierzyłam się na dwójkę. Teraz azymutu trzymałam się już kurczowo i w końcu natrafiłam na właściwy lampion. Uffff.
 
Niby łatwo, a trudno.

Po dwójce wróciłam do skrzyżowania, które ocaliło mi życie i z niego namierzyłam się na trójkę, licząc że skrzyżowanie znowu przyniesie mi szczęście. Najpierw natrafiłam na punkt z innej trasy, a potem, ku swojemu zdziwieniu, na czwórkę. Serio? Znowu się nie udało? Kurczę, w żaden sposób nie mogłam się odnaleźć w tym zwariowanym terenie. U nas mamy płasko, płasko, małe wgłębienie, lekkie wzniesienie, płasko, płasko, maleńka górka, więc tych górek nie sposób przeoczyć, łatwo je ogarnąć wzrokiem  i kierować się tym widokiem. Tu zaś górki (i obniżenia pomiędzy nimi) były dup, dup, dup - jedna za drugą, tak że tego nie ogarniesz i nie policzysz, bo już koło piętnastej się gubisz, a przed tobą jeszcze ze sto. Azymuty też jakieś inne mają, niby lecę według kompasu, a i tak trafiam obok. Skoro jednak znalazłam się przy czwórce, a trójka była tuż obok, to i tak w sumie miałam szczęście, bo mogłam wyjść nie wiadomo gdzie. Tak więc znalazłam trójkę i wróciłam do czwórki, o dziwo nie gubiąc się po drodze.

Przy PK 4. I co dalej?

Za czwórką nastąpiła lekka zmiana krajobrazu i pojawiły się podłuuuużne wzniesienia i obniżenia. Z tym już jakoś łatwiej mi się współpracowało i po chwili miałam zaliczoną piątkę.
Szóstka daleko, już na terenach podmokłych ale przynajmniej niemal na miejsce można było dostać się drogami. Poszło łatwo. Do siódemki było bliziutko, tyle tylko, że przez bagienko. Tak się zasugerowałam tym niebieskim na mapie, że starannie je obeszłam, mimo że widziałam inne osoby biegnące na wprost, bo bagienko było suchutkie. A zresztą nawet gdyby było trochę mokre, to co?

PK 8

Z ósemki odruchowo pobiegłam za innymi zawodnikami, prosto w stronę rowu i miałam szczęście, że ktoś litościwie ułożył tam kilka bali, po których dało się przejść. Wtedy dokładniej obejrzałam mapę i skierowałam się jednak w stronę drogi, bo natężenie niebieskiego na mapie wzrastało. Do dziesiątki i jedenastki korzystałam już z wszystkich dostępnych dróg i ścieżek, co i tak jakoś specjalnie nie podkręciło mojego tempa. Dopiero na dobiegu do mety nieco się sprężyłam, chociaż i tak nie miało to żadnego znaczenia.
Wynik - cóż, haniebny. I wcale nie chodzi mi o to, że ostatnie miejsce, bo może być ostatnie  i bardzo ostatnie. Moja strata do poprzedzającej mnie zawodniczki uplasowała mnie na tym baaardzo ostatnim.

Cała trasa.

środa, 25 marca 2026

Do 10-ciu razy sztuka czyli Dystans Stołeczny nr 10

Dystans Stołeczny - odsłona nr 10. Znów Karol wymyślił nietypową formułę: taki „One Man Relay” z przerwą pośrodku. Ta przerwa to przebieg obowiązkowy ponad 400 m drogą bez pomiaru czasu, a właściwie z czasem „wyciętym” w wynikach. Jak nietypowo to należało spróbować. A żeby zabawa była lepsza, to oczywiście start nocny;-) 

Gdy przyjechałem na start Karol biegał jeszcze po lesie i rozwieszał lampiony. Podziwiam Karola, że mu się chce w pojedynkę robić tyle biegów, rozwieszać te lampiony, a potem je zbierać późną nocą… 

Wreszcie organizator wrócił z lasu i dostałem mapę. Poszedłem na start i poleciałem w ciemną noc. Starty zawsze są najtrudniejsze – mapa jeszcze nie ułożyła się w ręku, kierunki także się jeszcze nie ustabilizowały…. Oczywiście pobiegłem „w kierunku” lampionu, o ile pojęcie „w kierunku” oznacza odchylenie nie większe niż +- 45 stopni;-) Gdy po długich poszukiwaniach znalazłem lampion, okazało się, że nie przeszedłem procedury startu. Nie było daleko więc wróciłem i ruszyłem raz jeszcze od nowa na trasę… Tym razem kierunek był już dokładniejszy;-) 

Start, który zaliczyłem dwa razy...
Gdzieś koło trójki okazało się, że biegnę z kimś równolegle na mojej trasie. Widać nie odczekałem na starcie odpowiednio długo – bywa i tak, gdy startuje się z puszki. 

Przy PK 4 coś mi się nie zgadzał teren. Zacząłem krygować swój bieg bardziej na północ – szukając „końca górki”. Może niewiele, ale straciłem kilkadziesiąt sekund, zanim odbiłem się od rozwidlenia ścieżek we właściwym kierunku – tam gdzie stał lampion. Konkurent z którym się ścigałem także przestrzelił ten PK, ale z drugiej strony – jak podbijałem punkt, zmierzał do niego z południa. 

Dalej szło o wiele lepiej. Chwilami jakbym widział kreski wyrysowane w terenie;-) 

Dopiero PK 8 minimalnie przestrzeliłem szukając muldy na górce w młodniku. Ale bez przesady – wiedziałem, że mam szukać lampionu bardziej na lewo;-) 

Przy PK 9 dogoniłem Sylwię. Biegła za mną do PK 10. PK 10 przestrzeliłem zupełnie. Źle odczytałem mapę i szukałem lampionu nie na tym końcu zielonego lasu. W moim wieku wzrok już nie ten i w nocy nieraz oglądany na mapie rysunek się zbytnio generalizuje;-) Pocieszam się, że Sylwia młodszymi oczami także miała problem z tym PK 10;-) 

Aby nie było zbyt prosto, do następnego PK ruszyłem ścieżką, zamiast przedzierać się przez krzaki – myślałem, że nie ma jej na mapie, ale potem okazało się, iż niezbyt uważnie spojrzałem na kompas – ścieżka na mapie była, tylko w kierunku nie do końca mi pasującym… Niestety, przedzieranie przez krzaki mnie nie ominęło… 

Coś mi z tym wyznaczanie azymutów zaczęło się psuć, bo zamiast na PK 12 trafiłem na drogę asfaltową, którą dojeżdżałem do startu. Nie ufałem kompasowi i na następny PK 13 trzymałem się dróg, zamiast ciąć na krechę. 

Do PK 14 nie dawało się dobiec drogami, został azymut. Znalazłem jakieś dołki, górkę z dołkami, ale lampionu ani śladu. W nocy wystarczy kilka zakrętów i człowiek nie jest w stanie dokładnie wskazać gdzie jest na mapie. Co chwila znajdowałem górki i dołki bez lampionów. Po czterech minutach błąkania się po lesie wreszcie trafiłem na lampion. Jak pokazuje ślad – azymut którym biegłem nie kłamał – znalazłem pierwsze dołki i zamiast trzymać się dalej azymutu pognałem w bok w kierunku górki, gdzie był dołki, ale nieoznaczone na mapie. 

Kolejny PK 15 – podobny scenariusz – miała być karpa w białym lesie. Las nie był biały, przebieżność i widoczność marna (jałowce), znowu odbiłem z azymutu tuż przed punktem. Na szczęście szybko odmierzyłem się od ścieżki, więc strata czasowa nie była tak duża. 

Jeszcze dwa PK i koniec pierwszego podetapu – chwila na spokojny, regeneracyjny bieg na 400 m. 

Druga strona mapy – drugie rozdanie. PK 20 – wszedł. PK 21 – znowu nie trafiłem. Coś mnie dzisiaj znosi w lewo, po raz kolejny! Świadomy tego „znosu” nawigowałem ostrożniej i lepiej trafiałem w punkty. Minimalne zawahanie przy PK 27, poza tym dobrze. Dumny jestem z przebiegu PK 27-28 – jakbym widział azymut w terenie;-) 

Wreszcie meta!

W efekcie zajmuję 6-ste miejsce. To chyba mój najlepszy rezultat w Dystansie Stołeczny. Oczywiście długość trasy i środek tygodnia trochę wpłynęły na frekwencje na Chojraku, ale moim powodem do dumy jest to, że wyprzedziłem wszystkich konkurentów, z którymi zwykle rywalizuję. I to pomimo kilku większych błędów na jakieś 6 minut! 


 

 

piątek, 20 marca 2026

Piękna Katastrofa z Czajką w tle czyli ZAZU TOUR R3

Kolejna, trzecia już odsłona ZAZU TOUR. Jakby to powiedzieć – organizator wpuścił nas w ściek, znaczy znowu eksplorowaliśmy tereny tuż przy oczyszczalni ścieków „Czajka”. Dość chłodno. Krajobraz taki „pozimowy”: zero zieloności, wszędzie widać śmieci, które w zimę skrywał śnieg. Trasa mocno zakręcona: taki One-Man-Relay, ale bez obracania kartki. Na mapie zatrzęsienie punktów, kresek i praktycznie do wykonania dwie pętelki. 

Gotowy do startu
Strat poszedł dobrze – znaczy do PK 1 trafiłem prawie jak po sznurku (oczywiście przez lampion z PK 25, bo był prawie na azymucie). PK 2 i 3 także dobrze wchodziły. Do PK 4 zamiast obiec ścieżką przedzierałem się przez jakąś ruinkę i chaszcze – bo były na azymucie;-) 

Przebieg na PK 1 - prawie po kresce!

Po PK 7 goniłem biegacza, który mnie wyprzedził i oczywiście pobiegliśmy nie tą ścieżką. Tak to jest, gdy człowiek sugeruje się konkurencją;) 

Przebieg na PK 8 - nie należy sugerować się konkurencją!

Ogólnie jestem z siebie dumny, bo wiele przebiegów wygląda tak, jakbym widział narysowaną kreskę azymutu na ziemi i starał się po niej biec;-) 

Ale jak to w orientacji – zawsze musi być jakaś "piękna katastrofa". Jak przystało na katastrofę – ma ona nazwę PK 13. Punkt na azymut. Dość długi przebieg. Gdzieś tam po mojej lewej biegł jakiś konkurent. Nie wiem jak ustawiłem kompas, ale wydawało mi się, że biegnę dobrze. Była górka. Przełęcz. A potem po prawej widziałem jakiś prześwit pomiędzy drzewami. Tyle że bez lampionu. Szukałem i krążyłem wypatrując lampionu niczym amunicja krążąca. Opamiętałem się dopiero, gdy trafiłem na zawodników żwawo podążających do flagi z napisem META. Ustawiłem dobrze kompas i znalazłem lampion, ale co się naszukałem… 

PK13 - numer zobowiązuje!

Po tym zdarzeniu znowu pojawiły się na ziemi kreski azymutów, bo szło mi o wiele lepiej. No może poza PK 16 – na mapie ubzdurałem sobie, że biegną do PK 11/24 – niby „prawie po drodze”, ale niepotrzebnie zdobyta całkiem spora górka. 

Jeszcze PK 18 – już któryś raz nie zgadzają mi się tu ścieżki w terenie z tym co na mapie – przez chwilę szukałem kopczyka o jedną ścieżkę za wcześnie… 

PK18 - o jedną ścieżkę za daleko

Końcówka – to już dobrze znane PK i bez większych pomyłek. 

W rezultacie – czas taki sobie, ale trening zaliczony – mam nadzieję, że w zawodach rankingowych pójdzie mi znacząco lepiej;-) 

 


 

WesolInO na spokojnie.

Tydzień na regenerację po City Race mi nie wystarczył i w kolejny weekend musiałam wybrać, czy jadę na WesolInO, czy na ZAZU Tour. Wygrało WesolInO, bo bliżej no i mieliśmy opłacony cały cykl. Co prawda po niedawnym gubieniu się na WesolInO tak nie do końca byłam pewna słuszności wyboru, ale zaryzykowałam.
Przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i po drodze widzieliśmy Mateusza biegnącego niczym rącza łania (rączy jeleń?) z lasu na start, po rozwieszaniu lampionów. Jeszcze tylko ogarnął lampiony startowe i mogliśmy ruszyć.
 
Czekamy na sygnał, że już można.
 
I ruszam.
 
Już na starcie miałam dylemat jak biec na jedynkę - na azymut, czy raczej skorzystać z dróg? W wersji na azymut mogłam biec z Tomkiem, bo jego jedynka była na moim azymucie, z kolei drogami jakby wygodniej. W porę przypomniało mi się, że jeszcze regeneruję, więc trzeba wybrać wariant spokojniejszy, a nie gnanie za Tomkiem na złamanie karku. Oczywiście nie wstrzeliłam się w ścieżki dokładnie tak, jak planowałam, ale w sumie moim założeniem było dotrzeć do płotu, a potem się martwić co dalej. Tak, płot był już za jedynką, ale na tyle blisko, że warto było mieć i taki wariant.
 
W drodze na PK 1.

O dziwo, nie musiałam dochodzić do płotu bo wyszłam na jedynkę idealnie. Do piątki szło bardzo dobrze, niemal po kreskach. Do tego lampiony były powieszone w bardzo widokowy sposób i ich kolor już daleka przyciągał wzrok. Po piątce autor trasy chciał nam trochę urozmaicić zabawę i na mapie powycinał teren dookoła szóstki. Mimo, że trochę zniosło mnie w lewo, wyczaiłam punkt.

Szóstka na samotnej "wyspie".

Do siódemki dla odmiany zaczęło mnie ściągać w prawo, nie trafiłam na ścieżkę, którą planowałam wykorzystać i jeszcze spotkałam Tomka, co mnie jakoś tak zdekoncentrowało, że  miałam lekki problem ze znalezieniem lampionu. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że punkt jest na kopczyku, a nie w dołku (jak mówił opis). Ale w sumie nawet jakoś strasznie długo nie szukałam, więc dramatu nie ma.
Pozostałe punkty przeszły ulgowo, choć między siódemką a ósemką zaskoczył mnie fragment nowego ogrodzenia, które musiałam obejść. Do mety dotarłam już bez żadnych przygód, w tempie coraz bardziej spacerowym, ale za to z dobrym samopoczuciem.
 
Meta.

 A tak wygląda cały mój przebieg:
 

poniedziałek, 16 marca 2026

Warsaw City Race, czyli ostatni etap na wymuszonym luzie.

Przyznam się, że na ostatni etap City Race już nie miałam ochoty jechać, a moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Z łóżka ledwo się zwlekłam, a po schodach schodziłam tyłem, jęcząc przy tym żałośnie. Te dwa etapy poprzedniego dnia dobiły mnie.
Na ostatni etap znowu wróciliśmy na Pragę, a ponieważ nie udało nam się zaparkować przy mecie, podjechaliśmy na start, tam gdzie była baza pierwszego etapu.
 
W oczekiwaniu na start.

Tomek startował pół godziny przede mną, więc dopilnowałam, żeby dobrze ruszył i cierpliwie czekałam na swoją kolej.
 
Tomek wystartował.

Kiedy nadeszła moja minuta startowa, miałam już mniej więcej obcykane, w którym kierunku lecieć, ale tylko do skrzyżowania. A tam stanęłam i zablokowało mnie. Umysłowo zablokowało. Patrzyłam na mapę, wiedziałam, że to jest łatwe i... dalej nie wiedziałam gdzie biec. Ruszyłam dopiero, kiedy startująca po mnie koleżanka z kategorii minęła mnie i przebiegła przez pasy. Pognałam za nią i po chwili mnie odblokowało. No oczywiście, że tam trzeba biec. Po chwili obie miałyśmy jedynkę. Dalej nie miałam już wątpliwości, ale ponieważ jestem wolniejsza od Marioli, to jeszcze tylko przez chwilę miałam jej plecy w zasięgu wzroku zanim mi zniknęła. Kolejne punkty wchodziły dobrze, choć nie zawsze wybierałam optymalny wariant, ale trudno.  Z szóstki na siódemkę przebiegałam koło startu, a po siódemce koło naszego autka. Przed siódemką zorientowałam się, że zapomniałam włączyć zegarek. Ależ się zdenerwowałam - w końcu bez rejestracji trasy, to bieg taki trochę nieważny. Na szczęście przed siódemką nigdzie nie błądziłam, więc  dawało to możliwość uzupełnienia śladu.
W okolicach PK 10, 20, 21 pojawiły się zamknięte (taśmami i/lub kontrolerami) przejścia i trzeba było dobrze pogłówkować, którędy to najlepiej obiec. Już w drodze na dziesiątkę musiałam zmienić koncepcję i w sumie ta nowa trasa mogła być nawet w tym przypadku bardziej optymalna. Całkiem mi się ten pomysł z blokadami spodobał - fakt, że wydłużało to odległość, ale za to biegaliśmy po fajnych zaułkach, no i pokombinować trochę trzeba było.

Przez fioletowe grube krechy nie można.

Od PK 22, przez 23 i 24 to już praktycznie był dobieg do mety wzdłuż ulicy - nudny i nic nie wnoszący, a sama meta tak trochę na uboczu, no ale tam akurat był park, gdzie można było się ze wszystkim rozłożyć. Tomek już czekał na mecie i dopingował mnie na dobiegu.
 
Finisz.

Do tego ostatniego etapy podeszłam całkiem na luzie, bo i tak już nie miałam nic do stracenia, ale przede wszystkim nie miałam już sił. Jak nie miałam chęci (albo możliwości) biec, to sobie szłam i niczym się nie przejmowałam. 
Ostateczna klasyfikacja w mojej kategorii jest dość śmieszna - z 44 startujących sklasyfikowanych jest tylko 14 osób. Chociaż jak patrzę na wyniki, to we wszystkich jest podobnie. Pod tym względem to chyba dość unikatowe zawody.
 
Mój przebieg - do PK 7 odtworzony z pamięci.
 

piątek, 13 marca 2026

Warsaw City Race - Indoor - jaka piękna katastrofa!

Najbardziej wyczekiwanym etapem zawodów był dla mnie Indoor, czyli bieganie w budynku. Wcześniej trzy razy brałam udział w takiej zabawie - raz w Atlas Arenie i dwa razy na AGH. Pierwsza w życiu próba to była czarna rozpacz, zanim zrozumiałam jak to ogarnąć w przestrzeni, ale już na AGH byłam wysoko w klasyfikacji.
Po porannym biegu byłam już co prawda bardzo zmęczona, żeby nie powiedzieć wyczerpana, ale ekscytacja kolejnym etapem trzymała mnie na nogach. 
 
Trochę niewyraźna jestem po porannym wysiłku.
 
Tomek startował jakieś 10 minut przede mną, a ja z niecierpliwości nie mogłam już wytrzymać. Wreszcie nadeszła moja minuta i ruszyłam.
Punkt pierwszy w prawym dolnym rogu parteru (patrząc na mapę), tyle tylko, że nie ma do niego dostępu i trzeba obiec korytarzem caluteńki poziom. Ale spoko - da radę.  Punkt drugi na pierwszym piętrze, dla odmiany w lewym rogu. I znowu nie ma do niego bezpośredniego dojścia. Jak się tam dostać? Na parterze ta właściwa klatka schodowa jest za linią zakazu, więc trzeba wbić się gdzieś wyżej. Na pierwszym piętrze też brak do niej dostępu, na drugim to w ogóle z niczym się nie łączy. Może z trzeciego da radę? O, to ma szansę powodzenia, tylko z parteru nie można biec głównymi schodami, tylko bocznymi, przeciwległymi do tych, przy których jest punkt. Chwilę muszę ułożyć sobie plan w głowie, żeby w połowie drogi nie zapomnieć którędy biec. Jest! Udało się!
Trójka na tym samym piętrze, ale znowu nie da się do niej dostać bezpośrednio. Punkt przy głównych schodach, więc trzeba go zaatakować albo z parteru, albo z piętra wyżej. Z piętra wyżej się nie da, z kolejnego też nie - wychodzi mi, że muszę pobiec na czwarte, potem zbiec na parter, obiec pół budynku i wbiec na pierwsze. Masakra! Już na trzecim piętrze ledwo żyję, na czwarte wpełzam trzymając się ścian i trzyma mnie tylko nadzieja, że zaraz będzie w dół. Po drodze mijam ludzi biegających z obłędem w oczach i takich, którzy kiwają się nad mapą rozpaczliwie usiłując zrozumieć co dalej. W końcu trójka zaliczona i aż się boję patrzeć, gdzie jest kolejny punkt. OK, wygląda łatwo - tylko głównymi schodami piętro wyżej, jak się okazuje w auli. Piątka na czwartym piętrze. Już przy nim byłam, więc wydaje mi się, że trafię bez problemu. Na czwartym piętrze kontroler wycofuje mnie z korytarza, bo ruch dozwolony jest tylko w przeciwnym kierunku. Kurcze, nie zwróciłam na to uwagi:-( Muszę zejść na trzecie, przebiec do drugiej klatki schodowej i znowu wyjść na czwarte. Nie dam już rady! Jak babcię kocham - nie mam już siły:-( Na chwilę przysiadam, żeby odpocząć, ale trzeba ruszyć dalej. W końcu docieram do celu, ale mam dość.
PK 6 na drugim, ale wcale nie wystarczy zbiec dwa piętra z czwartego, oj nie. Ze zmęczenia już przestaję kontaktować. Zbiegam na parter, nawet już nie sprawdzając, czy to ma sens, ale na parterze najlepiej mi się myśli. Siadam na chwilę i zaczynam kombinować. Wejście na drugie piętro którąkolwiek klatką nic mi nie daje, trzeba na trzecie i potem zejść. Tylko jak się kurna dostać na to trzecie, żeby być we właściwym korytarzu??? No, nie da się! Zaraz - jednak da się. Boszszsz... ile oni tu mają klatek schodowych. Nie do zliczenia.. 
Kolejny punkt to siódemka na trzecim. Docieram na trzecie, ale nigdzie nie widzę szukanego zaułka. Czy ja na pewno jestem na trzecim? Bo przede mną aula, a aula była na drugim. Ale z drugiej strony, to ona przecież się wznosi, ale żeby aż piętro? Eeee, raczej nie, to chyba jakieś półpiętro. Czyli trzeba wyżej. Nie wiem jak wejść wyżej, więc schodzę na parter pomyśleć. Z braku koncepcji i w akcie rozpaczy i desperacji wchodzę na czwarte, żeby upewnić się, że stamtąd nigdzie sensownie nie zejdę. Schodzę, wchodzę, w końcu już nie wiem na jakim piętrze jestem. Znowu trafiam do auli. Ula będąca w ekipie organizacyjnej robi mi fotkę i wyznaję, że jej palcem po mapie nie udało się przejść nawet prostszych etapów.

Sto czterdziesty szósty pobyt na auli.

Rozmawiamy chwilę i nagle spływa na mnie oświecenie. Przecież siódemka musi być w auli, z boku, w korytarzyku. Rzucam się w tamtą stronę, żeby czym prędzej sprawdzić swoje podejrzenia. Jest! A ja jak głupia latałam po całym budynku, góra - dół, dół- góra, a przy punkcie byłam z dziesięć razy w międzyczasie.
Do ósemki wiem jak biec, tylko nie mam już siły, bo znowu trzeba zejść na parter i wspiąć się na  drugie piętro. Idę powoli, z najwyższą niechęcią. Jakoś ta zabawa przestaje mnie bawić.
Kolejny punkt jest w sąsiednim budynku. Trzeba wyjść na zewnątrz, a ja jestem w krótkim rękawku i totalnie spocona. Szczękam zębami przebiegając niewielki odcinek i już mam w głowie wizję zapalenia płuc, suchot i influenzy. Główka pracuje... Staję w drzwiach wejściowych i kompletnie nie wiem co dalej. Nie umiem się wbić w ten budynek. Już kompletnie nie myślę i ledwo trzymam się na nogach. W końcu dociera do mnie, że wystarczy pobiec w prawo, w lewo, na kręcone schody, piętro w górę i do końca w lewo. Ufff, udało się. Tylko jak teraz do dziesiątki? I czy ja na pewno chcę do niej iść? Bo w sumie to nie wiem jak się tam dostać i nawet nie chce mi się myśleć. Z dziewiątki wracam na parter i jeszcze nie wiem, co zrobię dalej. Patrzę na mapę i nagle wiem jak do dziesiątki - schodami przy wejściu na drugie, zmienić klatkę schodową i nią na trzecie. Mam dziesiątkę.
Jedenastka na -1. Schodzę klatką schodową, ale to nie tędy. Jakoś nie widzę innej możliwości dostania się niżej, bo w podziemiu dwa skrzydła budynku w żaden sposób nie łączą się ze sobą. Czuję totalną bezsilność i normalnie chce mi się płakać. Patrzę na zegarek i widzę, że właśnie kończy mi się limit czasu i bez względu co zrobię i tak nie będę klasyfikowana. Czyli pora zwijać manatki. Kiedy wychodzę z budynku, dwie dziewczyny zbiegają zewnętrznym chodniczkiem w dół. Już bardziej z ciekawości lecę za nimi i nagle zatrzymujemy się przy jedenastce. Z mapy niespecjalnie wynika, że trzeba było biec po zewnętrzu, na poziomie zerowym nie ma zaznaczonego żadnego zejścia w dół. Ale w sumie nie ma to już żadnego znaczenia. Idę na metę trzęsąc się z zimna, zmęczenia i wściekłości i nawet nie mam siły podbiec, żeby się rozgrzać. 
 
"Zeszłam, bo już mnie szlag trafił"
 
Pokonałam chyba z milion pięter, a przecież przed południem przebiegłam/przeszłam dziewięć kilometrów. Serio? Dwa aż tak ciężkie etapy dla kategorii weterańskiej? Chyba kogoś trochę poniosło. Ja bym wprowadziła zakaz budowy tras weterańskich (zwłaszcza dla weteranów starszych) dla osób przed czterdziestką. Bo dwudziestolatkom wydaje się, że jak oni dadzą radę to i pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-, siedemdziesięciolatek też da rade. No, nie da. Zresztą wyniki mówią same za siebie - połowa osób nie ukończyła etapu, albo nie zmieściła się w czasie. Coś wyraźnie poszło nie tak.
Pomimo całego wku..u, który miotał mną jeszcze ze trzy dni, doceniam pracę, zaangażowanie, chęci i starania organizatorów, bo w przygotowanie etapu i całej imprezy włożyli dużo trudu, czasu, serca, zapału. Czasem coś nie pyknie - ot, nauczka na przyszłość. Tylko szkoda etapu:-( Mogło być tak pięknie.

Niestety, w Indoor-ach  ślady to jeden wielki chaos, więc nie ma.

środa, 11 marca 2026

Warsaw City Race - etap 2, czyli upiorna skarpa wiślana.

Drugi dzień City Race zapowiadał się ekscytująco i jednocześnie męcząco - dwa wymagające etapy i oba gwarantujące świetną zabawę. A przynajmniej tak to wyglądało w zapowiedziach. 
Rano mieliśmy biegać po warszawskiej Starówce i okolicach i tak trochę poczułam ulgę, że zagraniczni zawodnicy zobaczą bardziej reprezentacyjną stronę stolicy niż Pragę, aczkolwiek Praga też swój unikalny urok ma. No, taki bardziej unikalny.
Trasy długie - u weteranów od 4 - 9 km. W moich superweterankach aż 7 km z hakiem. Już się zastanawiałam czy brać termos z herbatą i kanapki na drogę. Ponieważ rano było dość zimno, a potem temperatura szybko się podniosła, okazało się, że jestem ubrana trochę za ciepło, ale nie mam się w co przebrać. Tomek znalazł rozwiązanie i ubrał mnie w swoją kamizelkę. Trochę za duża, ale za to miałam pewność, że nie zginę, bo łatwo mnie zauważyć.
 
Nie za zimno, nie za ciepło.
 
Baza zawodów znajdowała się na Skwerze Karoliny Lanckorońskiej, między Wisłą a Rynkiem Starego Miasta. Położenie tuż przy skarpie dawało gwarancję wybiegania sporych przewyższeń:-) W oczekiwaniu na start obejrzeliśmy sobie metę, dwa punkty oraz udzieliliśmy instruktażu początkującemu biegaczowi.
 
Dwa seledynki.

W końcu nadeszła moja minuta startowa. Przygotowałam czip i zegarek i po pipnięciu zegara złapałam wielką płachtę mapy i ruszyłam. Daleko nie ubiegłam, bo za nic nie mogłam na mapie zlokalizować startu, a bez tego ani rusz. Zresztą nie ja jedna, bo niemal każdy odbiegał kawałek, a potem stał i lampił się w mapę.
 
I pognała.... kilka metrów.

 W końcu udało mi się znaleźć PK 3 i cofając się od niego, trafiłam na trójkącik startowy. Początek trasy i od razu schody - trzeba było wbiec na skarpę. Oczywiście wbiegnięcie było poza moim zasięgiem, bo chyba serce by mi stanęło, ale weszłam dość rześko na górę. Żeby nie było za łatwo, z końca schodów nie było bezpośredniego przejścia do jedynki, tylko trzeba było jeszcze obiec ciąg budynków i wbiec za nie. Nie wiem dlaczego, ale nie wbiegłam za budynki, tylko poleciałam za zawodnikami z innych tras i w efekcie znalazłam się na swojej czternastce. Jakieś totalne zaćmienie umysłowe, bo przecież żadnych cudów tam po drodze nie było, żeby nie można trafić. Poczułam się z lekka oszołomiona, skonfundowana i zła na siebie. Taka strata czasowa na dzień dobry:-(
Dwójka przy Pomniku Małego Powstańca, fajny przebieg międzymurzem, aczkolwiek nieco stresujący, bo nie byłam pewna, czy wydostanę się z tego międzymurza. Bo niby mapa wielka, w skali 1:5000, ale dla mnie to i tak szczegóły mało widoczne. Chyba pora zainwestować w okulary do biegania, albo przynajmniej lupę.
Trójka bliska i łatwa, czwórka tylko łatwa. Piątka na mapie blisko czwórki, ale bez dojścia i znowu trzeba było inteligentnie obiec. Szóstka to jeden z punktów przy bazie, który wcześniej sobie obejrzeliśmy. Chyba z piątki mogłam optymalniej do niego pobiec, ale bo to jest czas się zastanowić, kiedy w głowie tłucze się jedna myśl: biec! biec! biec! Ponieważ szóstka stała na dole skarpy i zbiegałam do niej schodami, to czekało mnie pokonanie tych samych schodów, ale w odwrotnym kierunku - tym gorszym. 
Siódemka była dość daleko, ale dobieg nie był skomplikowany. Podobnie ósemka - daleko, ale nawigacyjnie łatwo. Dziewiątka i dziesiątka na Bulwarach Wiślanych. Znowu nic skomplikowanego (chociaż parę budynków trzeba było obiec), ale za to strasznie daleko. Przy dziewiątce załapałam się na fotkę. Stoję niczym ofiara losu, ale wbrew pozorom wiedziałam, co dalej robić, tylko potrzebowałam chwili oddechu.
 
Przy PK 9.

Po dziesiątce kolejny raz czekały mnie schody na skarpę. Ponieważ byłam już trochę zmęczona (czyli padałam na twarz), więc co parę schodków zatrzymywałam się i przewieszałam przez poręcz. W połowie schodów na ławeczce siedział Jacenty i zachęcał, żeby razem z nim popatrzyć na biegających.
- Ale ja jestem na trasie - zaoponowałam i bezcenne zobaczyć jego minę. No bo kto by się spodziewał, że osoba wisząca sobie dłuższą chwilę na poręczy jednocześnie biegnie? 
Do jedenastki dotarłam ledwo żywa i już nawet nie udawałam, że biegam. Dwunastka tuż obok, tylko pomiędzy mur do obiegnięcia, więc z tuż obok zrobiła się odległość. Trzynastka w zaułku i trzeba było czujnie, żeby się nie sfrajerować, a potem czternastka, od której zaczęłam etap. Przynajmniej wiedziałam gdzie jest i jak do niej dotrzeć. Piętnastka spoko, choć po drodze schodki, a szesnastkę wcześniej już widziałam, bo była blisko trzynastki i przebiegałam koło niej. Siedemnastka blisko i ulgowo, a potem długi przebieg na osiemnastkę i niewiele krótszy na dziewiętnastkę. Dla młodych szybkobiegaczy to może i fajne, ale dla weteranek pod koniec trasy, to już mam mieszane uczucia. W każdym razie niezbyt życzliwie myślałam o autorze trasy. Moim zdaniem spokojnie cała trasa mogłaby być krótsza o jakieś 1,5 - 2 km.
Do dwudziestki trzeba było biec czujnie, bo w zaułku, ale w sumie to ja już nawet nie biegłam, więc miałam czas na dokładne śledzenie mapy. Został jeszcze tylko długi przebieg do ostatniego punktu bezlitośnie ustawionego na górce i już meta. Nawet coś tam przyspieszyłam przed metą, bardziej dla widowiska niż ogólnego wyniku.
 
Metunia kochana!
 
Wiedziałam, że parę razy pobiegłam nieoptymalnie, ale żeby z siedmiu kilometrów zrobić aż dziewięć? Nawet z czternastką zamiast jedynki? Chyba trochę przesadziłam. O dziwo, i tak mi się udało prześcignąć dziesięć osób. Rekordzistka "biegła" prawie trzy godziny. Ona to dopiero musiała być wykończona!
 
Niektóre odcinki  biegałam tam i z powrotem, aż całe czerwone.
 

wtorek, 10 marca 2026

Warsaw City Race, czyli wieczór w Koneserze.

City Race nadszedł nagle i niespodziewanie. To znaczy - niby spodziewanie, bo Tomek co jakiś czas przypominał, że się zbliża, ale nie sądziłam, że zbliża się tak szybko. W piątek po pracy zdążyłam tylko wpaść do domu, przebrać się i niemal w biegu wrzucić coś do żołądka i już trzeba było jechać. To już nawet nie ze względu na start, tylko żeby znaleźć jakieś miejsce parkingowe w pobliżu bazy. W końcu na zawody zapisało się ponad 700 osób. Miejscówkę znaleźliśmy dogodną, a byliśmy na tyle wcześnie, że organizatorzy dopiero kończyli rozstawianie bazy. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy obejrzeć miejsce startu i nabyć w Żabce słodkie kalorie, które miały mnie zmotywować do szybkiego biegu.
 
Festiwal głupich min, czyli nudzimy się.
 
Pierwszy z czterech etapów zawodów rozgrywał się na Pradze w okolicy Centrum Koneser. Moje poprzednie doświadczenia z biegania po Pradze, zwłaszcza wieczorem, wywoływały lekką obawę ze względu na element miejscowy, ale przypomniałam sobie, że nas jest więcej:-) Dużo więcej.
Tomek startował jako pierwszy, więc odprowadziłam go, dopilnowałam, żeby pobiegł i wróciłam do bazy czekać na swoją kolej.
 
Tomek gotowy do startu.

Ponieważ odstęp między naszymi startami był spory, to Tomek zdążył wrócić, zanim ja ruszyłam. A ruszałam tak:
 
Start!
 
Czekając tak długo na swój start zdążyłam przyuważyć, gdzie najczęściej biegną zawodnicy po wystartowaniu i założyłam, że i moja jedynka tam będzie. I faktycznie przeczucie mnie nie myliło - za blok, kawałek prosto i na rogu ogrodzenia. Z tej radości zaliczenia pierwszego punktu nie przyjrzałam się dokładnie mapie i zamiast na dwójkę pobiec najkrótszą trasą, to ja pobiegłam najwygodniejszą. Inna sprawa, że po ciemku i bez okularów to ja na mapie niewiele widzę i połowę zgaduję. W miejskich biegach zawsze boję się, że nie zauważę jakiś zakazanych albo fizycznie niemożliwych do pokonania przejść i będę musiała się wracać. To już lepiej od razu pobiec naokoło. Trójka, czwórka i piątka w zasadzie optymalnie i bez problemów, ale z piątki odbiegłam już głupio. Niby niewiele nadłożyłam, ale jak to mówią: ziarnko do ziarnka...
Przy ósemce nie popatrzyłam na piktogram informujący, że lampion jest na dole i oczywiście szukałam na  poziomie bloku zamiast pod kładka.Ale oczywiście szybko zorientowałam się w czym problem.
Między trzynastką a czternastką przebiegaliśmy przez teren Konesera i miałam dylemat: biec przez środek, czy bardziej opłotkami? Większość biegaczy leciała środkiem, więc dołączyłam do nich i na szczęście biegliśmy na ten sam punkt. Powoli ze zmęczenia moja błyskotliwość jakby zanikała i coraz częściej patrzyłam co robią inni, choć to bywa ryzykowne. Przy piętnastce jacyś dociekliwi spacerowicze zaczęli mnie odpytywać co to za impreza z tym bieganiem i w efekcie straciłam wątek. Stałam przy tej piętnastce i nie wiedziałam co dalej. Nagle mapa przestała mi pasować do otoczenia i przez chwilę nie mogłam pojąć co się dzieje. W końcu ruszyłam ulicą mając cały czas wrażenie, że biegnę jakoś bardzo naokoło i że pierwotnie planowałam inaczej. Najważniejsze jednak, że do szesnastki w końcu trafiłam.
Zostały mi jeszcze trzy punkty, a sił prawie nic. Do tego do siedemnastki pobiegłam raczej nieoptymalnie, a przecież teraz liczył się każdy metr. Osiemnastka i dziewiętnastka były bez kombinowania, takie na nadrobienie szybkością, ale u mnie szybkość już się wyczerpała. Jeszcze coś tam próbowałam się sprężyć na dobiegu do mety, a potem padłam.
 
Szybki finisz.
 
I szybkie zejście.
 
Jak nie lubię nocnego biegania, tak ten etap całkiem mi się podobał. Taki nie za trudny, ale i nie za łatwy. Wynik może i niespecjalny, ale gdzie mi tam do czołówki, tym bardziej tak obficie reprezentowanej. Grunt, że zabawa przednia.


Moje mniej i bardziej optymalne przebiegi. GPS trochę wariuje w mieście.
 

sobota, 7 marca 2026

Dystans Stołeczny w Popowie

Po sobotnim WesolInO aż mi było głupio jechać w niedzielę do Popowa i pokazywać się ludziom na oczy. No, ale pojechałam. Tomek po drodze wypominał mi jak kilka lat temu w Popowie zamiast 9 km zrobiłam 18 i nie wiem czy chciał mnie tym dobić, czy co. Jakoś po WesolInO nie bardzo mnie to wspomnienie śmieszyło.
Pogoda była bardziej wiosenna niż dzień wcześniej i w lesie już praktycznie nie było śniegu. Niektórzy tak się przejęli tą wiosną, że biegali w krótkich rękawkach. Brrrrr.

Start.

W drodze do pierwszego punktu dogonił mnie Tomek bo biegł pi razy drzwi w podobnym kierunku i dzięki temu mam fotkę z jedynką. Trochę miałam problem z utrzymaniem azymutu na końcówce dobiegu, bo omijałam leżące gałęzie i miałam silny opór przed walką z nimi. Ale wciąż dobrze wiedziałam, gdzie chcę się dostać.

PK 1.

Tak w ogóle, to zupełnie zapomniałam jak piękny teren jest w Popowie i co chwilę  zastygałam w zachwycie nad tym, co widzę. I to pomimo, że wciąż było buro - jak to w końcówce zimy.
Punkty na trasie były wybitnie azymutowe i nawet nie było co się rozglądać za ścieżkami. I w sumie dobrze, bo mnie nie myliły. Azymut to azymut. A pilnowałam się go wyjątkowo dokładnie i aż się zdziwiłam oglądając potem swój przebieg - taki wręcz wzorcowy. Takie odkupienie poprzedniego dnia.
Początkowo poruszałam się dość wolno, ale kiedy gdzieś przed piątką dogoniłam Józefa, włączyła mi się żyłka rywalizacji i za nic nie chciałam zostać w tyle, szczególnie że nie wiedziałam ile minut przede mną wystartował. W efekcie gnałam w górnym zasięgu swoich możliwości. Ale opłaciło się, bo w końcu zajęłam jakieś przyzwoite miejsce. Tym sposobem wesolinska plama na honorze została ciut zmyta i znowu mogę ludziom patrzeć w oczy:-)
 
Wreszcie przyzwoity przebieg.