środa, 7 października 2026

Moncy model event na miarę katastrofy

 

Łężyce koło Rumii. Piątkowy wieczór, właściwie już noc. Jadę ciemną drogą do centrum zawodów: MP Nocne/Middle. Jest polana, gdzie ma być centrum zawodów, pusta, oprócz jednego małego namiociku. Wychodzi z niego przedstawiciel organizatora by wręczyć mi mapę treningową. Chłopak będzie tu chyba nocował i co chwila wydawał mapy treningowe. Fajna fucha;-)

Nawigacja na miejsce startu kieruje mnie drogą przez „zakazany teren zawodów”. Drogą leśną – niby widać tu jakieś kocie łby, ale z powodu terenu zakazanego i lasu gdzie niby  nie można wjeżdżać autem, wybieram drogę naokoło. Jak się okazuje – słusznie, bo po stronie parkingu po drugiej stronie lasu na drodze jest szlaban.

Na parkingu widać już jakąś konkurencję szykującą się do pójścia  w las. Ja zakładam buty, czołówkę i także idę na strat.

Ruszam w las. Sporo „śmiecia” na podłożu – jakieś ścięte gałęzie, paprocie – wszystko ogranicza drastycznie widoczność w nocy i utrudnia szybkie przemieszczanie się. Nie trafiam na pierwszy lampion, ale dobiegam do drogi, co jest tuż za lampionem. Wiem, że lampion powinien być w lewo, więc trochę podbiegam drogą i wpadam w las w poszukiwania dołka ze świecącym w ciemności lampion. Znajduję dopiero za drugim namierzeniem się. Oj ciężko będzie na nocnych MP!

Skupiam się na azymucie, PK 2 i PK 3 zaliczam „bezbłędnie” – azymut dobrze prowadzi, a i lampiony świecą z daleka.
Do PK 4 dłuższy przebieg. Po drodze trochę zielonego i jakieś mokre rowy. Biegnę brzegiem zielonego, przekraczam drogę, dalej kolejnym brzegiem zielonego i ... nic. Szukam górki. Tzn. jest, ale wyraźnie nie ta. Są nawet jakieś dołki, ale bez lampionu. Las gęsty, prawie nie do przebycia. Jakieś rowy z wodą, robi się grząsko. Niby jakieś takie są na zachód, ale prowadzą nie w tym kierunku co na mapie. Wracam po śladach do drogi i biegnę do zakrętu ścieżki i ambony. Po drodze widzę w lesie jakieś światła, ale w części lasu, gdzie nie powinno być żadnych lampionów. Znajduję ambonę, namierzam się… i wpadam w gęstwinę zamiast znaleźć lampion. Nie daję za wygraną – do trzech razy sztuka. Wracam do ambony i wreszcie trafiam na lampion. To była epicka walka!

Epicka walka z PK 4

Na PK 5 lecę na azymut. Znaczy zaczynam lecieć, bo teren staje się nieprzebieżny, zawalone drzewa, krzaki, choć na mapie biały las z polankami… cofam się i obchodzę od lewej. Oj jak tak będzie na nocnym, to limitu czasu zabraknie!

Dalej staram się biegać drogami. To przynosi lepsze efekty – i daje się biec  i trafiam na PK 6 bezbłędnie. Na PK 7 także trafiam, choć tu biegnę na azymut.
Przy PK 7 ktoś mnie dogania. Żyłka rywalizacji – ruszam szybko na PK 8 na azymut – zbieg z górki – bagienko, kolejna górka, znowu bagienko i powinna być górka z lampionem. Górka jest, jest nawet przełączka, a lampionu nie ma. Jestem zdezorientowany.  Idą na zachód, trafiam na jakąś drogę, po chwili odnajduje się. Coś ten mój azymut którym biegłem „przekręcił się” o kąt prosty prawie! Wreszcie mam PK 8. 

PK 8 mnie zaskoczył

Do PK 9 kontroluję azymut co kilka kroków i trafiam dobrze. PK 10 i PK 11 – ścieżkami, więc także dobrze.
Do PK 12 także drogami – sporo naokoło, ale jak mówi doświadczenie – bieganie w nocy na azymut bywa ryzykowne – szczególnie gdy na mapie jest sporo zielonego.

PK 13 przebieg na azymut wspomagany wyraźną rzeźbą terenu.

PK 14 powinien być prosty – zbieg z górki, wbieg na następną i powinien być lampion. Tak odczytałem z poziomnic, ale jak się okazało odczytałem błędnie. Wbiegłem na górkę, ale tam lampionu być nie mogło. Lampion był w obniżeniu pomiędzy górkami. Szukałem go całkiem długo! Tak to jest, gdy biegacz nizinny trafia w nocy na teren pagórkowaty;-)

Do PK 15 miałem pobiec drogą. Znalazłem drogę i pobiegłem. Przestałem patrzyć na mapę i był to błąd. Bo miałem z tej drogi zbiec. W efekcie PK 15 ominąłem wielkim łukiem i umknęło mi, że na nim nie byłem. Teraz wiem, że po PK 14 palec przesunął mi się po mapie i byłem pewien, że wybiegam z PK 15;-) Tam rzeczywiście miałem biec drogą, tylko że krócej. Grunt że się odnalazłem i trafiłem do PK 16.

Tradycyjnie gubię się na rzeźbie w nocy....

Zamiast 4 km zrobiłem ponad 8, zajęło mi to ponad 2 godziny… Ech, żeby lepiej poszło na zawodach niż na treningu;-)


 

 

 

wtorek, 6 października 2026

WOM w Emowie

W sobotę, zaraz po zakończeniu Chodelki odbywały się mistrzostwa Mazowsza w nocnym BnO. Byli tacy, co przybiegli na metę Chodelki, wbili w auto i pognali na nocne BnO do Wiązownej. Ja sobie wyliczyłem, że nie da się tego pogodzić ze zjedzeniem gulaszu po Rajdzie. I słusznie, bo dotarłem w okolice Wiązownej już po zamknięciu startu. Ale postanowiłem odbić sobie ten niedosyt BnO niedzielnym Middle rozgrywanym w ramach WOM (WOM to Warszawska Olimpiada Młodzieży oczywiście). 

Gotowy do startu

Mieliśmy biegać po „górze Sobotów”, jednej z najwyższych wydm w okolicach. 
Do startu niedalekie dojście. Po drodze nasłuchałem się, co działo się w nocy – ponoć było to duże wyzwanie nawigacyjne;-). Przyszła moja minuta startowa i ruszyłem. Ustawiłem azymut i pobiegłem. Przez drogę, pod górę i dalej zboczem szukając dołka na odgałęzieniu wydmy. Na mapie było naćkane poziomnic, linii przebiegu, ścieżek. W terenie jakoś średnio mi się to zgadzało. Zakładałem, że lampion lub ludzi kręcących się przy lampionie dojrzę z daleka. Niestety, nie wyszło to w praktyce. Jak widzę ze śladu: przebiegłem dalej do następnej odnogi, potem się wróciłem, przeszedłem obok lampionu nie zauważając go i dopiero znalazłem właściwy dołek. W czasie tego błąkania się przez dłuższą chwilę nie wiedziałem gdzie jestem… Nie powiem ile minut tak się błąkałem (7 minut co najmniej), ale w middlu taka wpadka załatwia to cały bieg i szansę na sensowny wynik. 

Moje błądzenie na PK 1

Dalej zaczęło iść lepiej. Znacznie lepiej. Minimalne wahnięcia przy ósemce, gdzie przebiegłem lampion ukryty za drzewem i 9-tce, gdzie zniosło mnie w prawo i zacząłem kierować się na widoczny w oddali lampion PK 10. Ale to błędy „normalne”, które zawsze się zdarzają. 

Lekkie zawahania na PK 8 i PK 9
Przegrałem ze wszystkimi moimi konkurentami, z którymi na co dzień rywalizuję. Wygrać było ciężko, bo były połączone kategorie i wiadomo Ci z M55 mają przewagę fizyczną nad tymi z M60, co w middlu jest bardzo istotne. Choć gdyby PK 1 poszedł „gładko”, łapałbym się na podium…. Ale co tam gdybać, za chwilę MP w middlu - może tam pójdzie mi lepiej;-) 


 

niedziela, 4 października 2026

Rodzinny bieg na orientację, czyli gra terenowa dla dzieci.

Byliśmy początkiem września  na takiej śmiesznej imprezce i aż do dzisiaj zastanawiałam się, czy o niej pisać. Bo to zaczęło się od informacji, że w Zielonce OKiS organizuje bieg na orientację, ale im bardziej zagłębialiśmy się w temat, tym mniej było tam BnO, a więcej gry terenowej. Ciekawość wzięła górę i zapisaliśmy się. Ponieważ drużyny musiały liczyć minimum trzy osoby, skaperowaliśmy starszą córkę i jak się później okazało - słusznie, bo wszyscy byli z dziećmi. No, może nie takimi po trzydziestce, ale dziecko to dziecko.
W dniu zawodów o umówionej porze stawiliśmy się w miejscu zbliżonym do podanego w regulaminie, bo dokładnie tam, gdzie podano, to nie wolno było wejść, bo to na terenie wojskowym. Nic to - grunt, że udało się wystartować. 
 
Przed startem.
 
Do znalezienia było 6 punktów kontrolnych oraz 3 czy 4 dodatkowe (bonusowe). Na punktach należało wykonać zadanie i muszę przyznać, że niektóre z nich były całkiem życiowe jak na przykład zbudowanie filtru do wody, rozpalenie ognia (to już przy mecie), czy przypomnienie sobie zasad udzielania pierwszej pomocy. Musieliśmy też odszyfrować wiadomość i wypełnić odczytane zadanie, napisać krótki wierszyk, a nawet wspiąć się na drzewo po słoiczek miodu.
 
PK 3
 
Rozpalenie ogniska okazało się najtrudniejsze:-)

Do punktów bonusowych teoretycznie miały odsyłać podane azymuty i odległości, ale jeden kierował w tak abstrakcyjnym kierunku, że nawet nie próbowaliśmy tam iść, na jeden trafiliśmy przypadkiem, inny wywiódł nas na manowce. Organizatorzy chyba od razu nie byli pewni tych azymutów, bo już na starcie powiedzieli, gdzie mniej więcej znajdziemy te bonusy. Tak nachalnie zresztą ich nie szukaliśmy, bo nie planowaliśmy wygrać, zostawiając tę atrakcję zespołom z dziećmi niepełnoletnimi.
Na metę dotarliśmy jako pierwszy zespół i dłuuugo czekaliśmy na resztę. W sumie na planowane ognisko z kiełbaskami nie zamierzaliśmy zostawać, ale byliśmy ciekawi jak inne zespoły poradzą sobie z rozpalaniem ognia. 
Podsumowując: z biegiem na orientację zabawa niewiele miała wspólnego, ale bawiliśmy się świetnie i nawet zastanawiam się, czy gry terenowe to nie jest moje powołanie?

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

WMOC - dzień siódmy, czyli krótki long z kąpielą błotną w pakiecie.

Ostatni bieg - finał longu. Ten long taki dość krótki, ciut ponad 3 km. Nastawiałam się na jakieś 4 - 5 km, choć pewnie Tomek podawał mi wcześniej parametry i nie powinnam być zaskoczona. W każdym razie mile się zdziwiłam. Dojście na start też króciutkie - dla mnie, bo dla Tomka trochę dłuższe. Tym razem postanowiłam nie fatygować medyków do mojej nogi, tylko sama ją natarłam obficie maścią i zabandażowałam odzyskiem z poprzedniego dnia. Poza tym już trochę przywykłam do kuśtykania i przekonałam się, że jakoś daję radę.
 
W bazie zawodów.
 
Moje miejsce startu przewidziane było dla najstarszych kategorii, przy czym moja kategoria była w tej grupie najmłodsza. To niesamowite ile osób i w jakiej kondycji startowało wśród osób 60-100 lat. Wychodzi na to, że jak dobrze pójdzie, to jeszcze jakieś 35 lat mogę pobiegać:-)
Start był z górki, ścieżką do drogi. Pierwszy punkt był w jarze za drogą, a w zasadzie w odnodze jaru. Trafiłam bez problemu, przy okazji naprowadzając na punkt inną zawodniczkę, która szukała za wcześnie. Dwójka już nieco dalej. Nie upierałam się przy azymucie, bo pierwszym celem było dotrzeć do wodopoju na drodze i dopiero od niego namierzyć się dalej. Miałam nadzieję, że te wodopoje faktycznie postawili w miejscach zaznaczonych na mapie, a nie jak im wyszło, bo wtedy nici z namierzania się. Najwyraźniej stał dobrze, bo na dwójkę trafiłam. Z wody też przy okazji skorzystałam.
Trójka i czwórka weszły gładko mimo powyginanego terenu, ale starałam się kurczowo trzymać kreski i schodzić z niej tylko jak już koniecznie coś trzeba obejść. Do piątki strasznie mi się dłużyło. Azymutu pilnowałam tak pi razy oko, bo i tak musiałam zejść niemal na dno jaru, zresztą miałam przeczucie, że jakoś to będzie. I faktycznie jakoś było, zwłaszcza że przy punkcie kręciło się chyba z kilkanaście osób przychodzących i odchodzących od punktu. Zaraz za punktem, przy przejściu przez rzeczkę (a zasadzie przez bagienko) zrobił się zator, bo każdy kombinował jak najbardziej bezstratnie pokonać ten odcinek. Ja chciałam być taka bardzo hop do przodu, więc ominęłam kilka osób i pewnie stanęłam na kępce, która wydała mi się stabilna. No więc dokładnie tak - wydała mi się. Wpadłam w błocko po kolano. Odruchowo chciałam się wspomóc drugą nogą i teraz obydwoma tkwiłam w bagienku powyżej kolan.  Nie powiem, troszeczkę się przestraszyłam, ale tylko troszeczkę, bo wokół był tłum ludzi, więc miałam nadzieję, że jednak ktoś w razie czego mi pomoże. Powoli wyciągnęłam ręce i chwyciłam się jakiejś roślinności i centymetr po centymetrze wyciągałam nogi z brei. Udało się. Nogi miałam ciężkie od błota a tu trzeba było wspiąć się w górę do drogi. Planowałam wyjść w byle którym miejscu i rozejrzeć się za wodopojami, ale tak się złożyło, że wyszłam dokładnie na pierwszy z nich. Oczywiście skorzystałam. Także dla opłukania rąk z błota. Na PK 6 namierzyłam się z drugiego wodopoju, bo był bliżej punktu i choć po drodze było dużo zielonego, spokojnie wyszłam na lampion. Teraz czekał mnie najdłuższy przelot, najpierw pod górę, potem w dół. W drodze pod górę zagadnęła mnie jakaś Holenderka i żaliła się, że ona nie ma siły pod górę, bo u nich wszędzie płasko. Pocieszyłam ją, że na Mazowszu też jest płasko i też mam ten sam problem. Tak po prawdzie to na siódemkę mogłam pójść logiczniej (jak większość), czyli drogami niemal pod sam punkt. Fakt - trochę naokoło, ale na pewno szybciej i wygodniej niż po krzakach, jak ja. Do tego w tych krzaczorach nieopatrznie zepsutą nogą stanęłam na pieńku i znowu mięśnie tak mi się spięły, że gwiazdy zobaczyłam. Noga na szczęście coraz bardziej nawykła do urazów i coraz szybciej ból odpuszcza. Ale i tak musiałam znacząco zwolnić. Na szczęście teraz było już blisko, w dół i nawigacyjnie łatwo. Reszta trasy to w praktyce powrót do bazy, bez żadnego wydziwiania, ot - jakieś punkty po drodze być musiały. Mimo bolącej nogi starałam się przyspieszać, a na metę wręcz wbiec. Miałam nadzieję, że Tomek już będzie, a tymczasem przybiegł kilka minut po mnie. Co on tam nawyczyniał na swojej trasie, to w głowie się nie mieści. Zupełnie jakby zapomniał kompasu. No, szkoda gadać. To już lepiej popatrzcie na mój ślad, bo taki bardziej ogarnięty:-)

Ostatni etap w moim wykonaniu.

niedziela, 23 sierpnia 2026

WMOC - dzień szósty, czyli orientacyjne świry.

Na trening przed ostatnim biegiem umówiliśmy się z Kamilem, organizatorem biegów ultra, bo chciał wreszcie zobaczyć co to jest ta nasza orientacja. Ja planowałam tylko rzucić okiem na teren, bez biegania, czy nawet łażenia, ale na wszelki wypadek ubrałam się "do lasu" i wzięłam wszystkie niezbędne akcesoria. Kamil był nieco mniej "leśny", a przynajmniej mniej krzakowy, a akcesoria zapewnił mu Tomek.
 
Kamil już gotowy, my w tle szykujemy się dopiero.
 
Niby organizatorzy przygotowali różne warianty trasy, ale my postanowiliśmy iść na żywioł i brać jak leci, aż nam się znudzi. Ja zakładałam wariant minimum, czyli ze dwa, może trzy punkty i powrót, Tomek wariant maksimum, czyli wszystko, a Kamil wariant - ile czas pozwoli. Zakładając, że ja pójdę powoli, a chłopaki pobiegną, od razu ruszyłam na pierwszy punkt, a Tomek przeprowadzał szkolenie z kompasu dla Kamila. Pierwszy punkt w jarze, od razu na azymut, choć na upartego można by i drogą, ale w końcu chciałam poznać teren. Z jedynki na szóstkę, piątkę, dwójkę, czwórkę, trójkę i... znalazłam się na końcu mapy. A miały być dwa, trzy punkty. Jakoś tak łatwo szło.
 
Na trasie.
 
W międzyczasie spotykałam chłopaków, ale zasadniczo szłam w swoim tempie.  Przez czwórkę zostałam za nimi w tyle, bo czekałam aż podejdą, a oni tylko popatrzyli na lampion z drugiej strony jaru i odpuścili zejście na dół. W sumie się nie dziwię, bo Kamil miał buty bardziej ścieżkowe niż przełajowe. Dogoniłam ich w drodze na dwunastkę, którą podbijaliśmy już razem. Jeszcze wspólnie pobiegliśmy na ósemkę, a potem każde ruszyło w swoja stronę - Kamil do domu, bo czas mu się skończył, Tomek zaliczyć wszystkie punkty, a ja tak spacerowo powłóczyć się po lesie, nie przejmując się już lampionami. Może trochę za bardzo się nie przejmowałam, bo chwilami całkiem nie wiedziałam gdzie jestem.  Najważniejsze, że metę znalazłam.
 
Też na trasie.
 
Na trasie Kamil dość szybko zorientował się, że krótkie spodenki na BnO w lesie, to nie jest najlepszy pomysł, a znajomość wszystkich ścieżek w przydomowym lesie niczego nie gwarantuje przy bieganiu (chodzeniu) na azymut. A całą zabawę podsumował słowami: "Ja myślałem że organizatorzy biegów ultra mają głupie pomysły. Zmieniam zdanie - Ci od biegów na orientację to dopiero świry". No, coś w tym chyba jest:-)
 
 
Moje czerwone, chłopaków niebieskie.

sobota, 15 sierpnia 2026

WMOC - dzień piąty, czyli przedwczesne zaćmienie słońca.

Po kwalifikacjach wiedziałam już, że z jedną nóżką bardziej da się biegać i z telefonem też da się biegać. Czyli spoko. Dodatkowo moja trasa miała być o 1,5 km krótsza niż w kwalifikacjach, a dojście na start tylko 800 metrów. No pełen luzik.
 
Pozytywnie nastawieni.
 
Przed startem znowu poszłam do miłych panów medyków na odczynianie nogi i tym razem dla urozmaicenia najpierw rozmasowali, potem namaścili, zabandażowali i jeszcze popsikali. I znowu zapomnieli splunąć przez lewe ramię.
 
I jeszcze popsikam...
 
Szota tym razem sobie odpuściłam, ale prochy łyknęłam i żwawo (w porównaniu do poprzedniego dnia) pomaszerowałam na start.
Do lampionu startowego od ostatniego boksu było aż 130 metrów, ale spożytkowałam je na przetestowanie nogi i znalezienie trójkąta na mapie. Do jedynki ruszyłam już biegiem. Niestety, z wrażenia, że da się biec, nawet nie sprawdziłam jak będzie najoptymalniej, tylko pomknęłam przed siebie. Zamiast wbiegać na zbocze mogłam polecieć kawałek drogą do skrzyżowania i stamtąd po poziomnicy  do punktu. Ale trudno. Do dwójki była tylko jedna możliwość - na azymut, więc tak zrobiłam. Po dwójce trochę zwolniłam, ale za to poszłam idealnie po kresce i wyszłam prosto na lampion. Czwórka bez problemów, a do piątki wykorzystałam wszystkie dostępne drogi i wyszedł taki nawigacyjnie luzacki odcinek. Nie dla wszystkich jednak okolica była łatwa nawigacyjnie, bo widziałam jak po zakreskowanym na fioletowo polu, błąka się jakaś zawodniczka i uparcie czegoś szuka. Aż mi jej żal było, bo wiedziałam, że nie znajdzie.
Po czwartym punkcie zrobiło się na trasie już całkiem płasko i znowu miałam takie Mazowsze - łatwe i przewidywalne. Nawigacyjnie szło świetnie, a i noga dawała pobiec, tam gdzie teren pozwalał. W okolicach dziesiątki (nie pamiętam - przed, czy po) mało nie wpadłam na jakiegoś osiemdziesięciolatka, który przechodził przede mną, ale nagle zatrzymał się, pewnie żeby popatrzeć na mapę. Bardzo chciałam uniknąć tego zderzenia, bo ani dla mnie, ani dla niego pewnie nie skończyłoby się dobrze, więc uskoczyłam na konar leżącego drzewa, niestety tą bolącą nogą. Jak mi się łydka spięła, jak mnie prąd przeszył, jak zobaczyłam przed czasem zaćmienie słońca... I tyle biegania:-( Dalej jakoś pokuśtykałam klnąc w myślach na czym świat stoi. Jeszcze na dobiegu do mety próbowałam przyspieszyć, ale znowu wyszedł jakiś taki koślawy kujawiak.
Na mecie zdziwiłam się podwójnie - po pierwsze, że nie ma jeszcze Tomka, a według moich obliczeń powinien być, a po drugie, że mimo nogi przegoniłam masę osób w swoim finale. A gdybym tak jeszcze nie musiała unikać zderzenia, to ho, ho, ho jaki wynik bym wykręciła:-) I tak to był chyba mój najlepszy występ na mistrzostwach do tej pory.
 
Tak biegałam.

czwartek, 13 sierpnia 2026

WMOC - dzień czwarty, czyli kwalifikacje na jednej nodze.

Rezygnacja z treningu nie wpłynęła znacząco na stan mojej nogi, czyli bolało jak bolało i każdy krok był wyzwaniem. Nie wiedziałam, czy kwalifikacje są warunkiem niezbędnym, żeby wystąpić w finale B (bo w A to wiadomo), więc koniecznie chciałam wziąć w nich udział. Zresztą nawet gdyby nie, to i tak nie planowałam siedzieć w hotelu, czy nawet w bazie zawodów. Tymczasem już samego dojścia na start było 3 km i to chyba najdłuższa dojściówka z jaką się kiedykolwiek spotkałam. Znaczy - widziałam dłuższe, ale wtedy był przewidziany transport - tutaj nie. 
Zegarek, z którym Tomek poszedł na ostre starcie, całkowicie odmówił współpracy (za co zostanie karnie odesłany skąd przybył), a ja miałam pobiec z telefonem, żeby jakoś tę trasę nagrać. W sumie to nawet dobrze, bo gdybym nie była w stanie wrócić, to jest jak wezwać pomoc.
Z zegarkiem nic nie mogłam zrobić, ale z nogą już tak. Natarłam ją maścią, łyknęłam szota magnezowego (a dla zrównoważenia magnezu i potasu zapiłam sokiem pomidorowym), do tego prochy przeciwbólowe i tak przygotowana pomaszerowałam do punktu medycznego, żeby medycy jeszcze coś dołożyli, jak się da. Dołożyli drugą porcję maści, mrożące psikadło w podwójnej dawce, dobre słowo i tylko zapomnieli splunąć trzy razy przez lewe ramię. Ale trudno - i tak poczułam się zmotywowana.
Na start wyszłam prawie dwie godziny wcześniej, żeby powoli sobie dokuśtykać i mieć jeszcze czas na odpoczynek. Dobrze, że były przygotowane pieńki dla tych, którzy potrzebowali chwilę posiedzieć przez podróżą:-)
 
Całkiem niezła miejscówka.
 
W końcu nadszedł czas startu. Najpierw ostrożnie, powoli pod pretekstem czytania mapy, trochę ścieżką, a potem zamiast do drogi, to chaszczami. Cała ja. Na tej drodze, do której nie dotarłam, przegoniła mnie Ula, która startowała minutę po mnie. I tak by mnie przegoniła, więc w sumie wszystko jedno gdzie. Potem obie namierzyłyśmy się ze skrzyżowania, ja oczywiście odpowiednio później. Jedynka zaliczona.
Do dwójki ruszyłam już odważniej - las przebieżny, podłoże miękkie, płasko. Zaczęłam iść szybciej - noga nie zaprotestowała. Nawigacyjnie - łatwizna. Trochę takie nasze Mazowsze z mikrorzeźbą, do czego jestem przyzwyczajona. Spróbowałam po trochu podbiegać. Powiem więcej - lepiej mi się biegło niż szło. Chyba wszystkie podjęte przed biegiem środki zaradcze zaczęły działać na 100%. Tylko tego splunięcia przez lewe ramię  ciut zabrakło na przebiegu PK 5 - PK 6. Nie żebym nie wiedziała jak trafić, tylko miałam problem z decyzją - co uszłam kawałek, to inna opcja wydawała mi się lepsza i zmieniałam trasę. W efekcie trochę czasu straciłam na kombinowaniu i trochę nadłożyłam drogi, ale przynajmniej skorzystałam z wodopoju.
 
Od zielonego (tego z prawej) do wodopoju głupiej się nie dało:-)
 
Z szóstki na siódemkę po ścieżkach żeby nie pchać się w zielone, za to z siódemki zamiast od razu po prostej do ścieżki to przedzierałam się przez krzaczory, no bo azymut. Srymut-azymut. Ósemka i dziewiątka bez problemów, a do dziesiątki nawet trochę się rozpędziłam, bo teren dobry do biegania.  Górę, za która stała jedenastka, postanowiłam obejść, bo trochę postraszyły mnie gęste poziomnice i konieczność wspinaczki na jednej nodze, ale teraz myślę, że dałabym radę. Ale przepadło. Zresztą i tak celem dnia było dotarcie na metę, a nie robienie wyniku.
 
Może nawet trochę za bardzo naokoło było.
 
Ponieważ noga nie protestowała, a wiedziałam, że końcówkę w razie czego zrobię na czworaka, na dobiegu do mety zaczęłam ścigać się z jakimś osiemdziesięciolatkiem.  Ot, tak dla fantazji. W życiu nie przypuszczałam, że wygrana z kimś tyle starszym może dać jakąkolwiek satysfakcję. Ale jednak on miał dwie nogi, ja tak z półtora.
 
Kuśtyk, kuśtyk...
 
Krokiem dostawnym do mety.
 
Za linią mety i miejscem sczytywania czipów czekał już Tomek z krzesełkiem i napojami chłodzącymi, więc przynajmniej od razu mogłam odpocząć.
 
Pobiegowy relaks.
 
Nie wiem jak to się stało, ale mimo nogi wcale nie byłam ostatnia i wyprzedziłam dwie zawodniczki. A bałam się, że w ogóle nie ukończę biegu.
 
Moja trasa i mój ślad.