Zorientowana/Zorientowany
Marsze na orientację, biegi na orientację i bieganie bez powodu:-)
piątek, 27 marca 2026
Wyspa O-Cup, etap 2, czyli zdążyć na obiad.
czwartek, 26 marca 2026
Wyspa O-Cup, etap 1, czyli marny początek.
Na sobotę planowane były dwa biegi, na szczęście o rozsądnej długości. Ale za to już dojścia na start trochę mnie oszołomiły - na każdy etap w granicach 1-2 km. Ja wiem, że to konieczne i nie kwestionuję zasadności, ale pobiadolić sobie przecież mogę. Na poranny etap Tomek nawet planował mnie podwieźć, ale rano okazało się, że mamy flaka w oponie i zamiast na start ze mną, pojechał szukać wulkanizatora. Ku mojemu zdziwieniu załatwił sprawę tak szybko, że jeszcze zdążył uwiecznić mój start.
środa, 25 marca 2026
Do 10-ciu razy sztuka czyli Dystans Stołeczny nr 10
Dystans Stołeczny - odsłona nr 10. Znów Karol wymyślił nietypową formułę: taki „One Man Relay” z przerwą pośrodku. Ta przerwa to przebieg obowiązkowy ponad 400 m drogą bez pomiaru czasu, a właściwie z czasem „wyciętym” w wynikach. Jak nietypowo to należało spróbować. A żeby zabawa była lepsza, to oczywiście start nocny;-)
Gdy przyjechałem na start Karol biegał jeszcze po lesie i rozwieszał lampiony. Podziwiam Karola, że mu się chce w pojedynkę robić tyle biegów, rozwieszać te lampiony, a potem je zbierać późną nocą…
Wreszcie organizator wrócił z lasu i dostałem mapę. Poszedłem na start i poleciałem w ciemną noc. Starty zawsze są najtrudniejsze – mapa jeszcze nie ułożyła się w ręku, kierunki także się jeszcze nie ustabilizowały…. Oczywiście pobiegłem „w kierunku” lampionu, o ile pojęcie „w kierunku” oznacza odchylenie nie większe niż +- 45 stopni;-) Gdy po długich poszukiwaniach znalazłem lampion, okazało się, że nie przeszedłem procedury startu. Nie było daleko więc wróciłem i ruszyłem raz jeszcze od nowa na trasę… Tym razem kierunek był już dokładniejszy;-)
![]() |
| Start, który zaliczyłem dwa razy... |
Przy PK 4 coś mi się nie zgadzał teren. Zacząłem krygować swój bieg bardziej na północ – szukając „końca górki”. Może niewiele, ale straciłem kilkadziesiąt sekund, zanim odbiłem się od rozwidlenia ścieżek we właściwym kierunku – tam gdzie stał lampion. Konkurent z którym się ścigałem także przestrzelił ten PK, ale z drugiej strony – jak podbijałem punkt, zmierzał do niego z południa.
Dalej szło o wiele lepiej. Chwilami jakbym widział kreski wyrysowane w terenie;-)
Dopiero PK 8 minimalnie przestrzeliłem szukając muldy na górce w młodniku. Ale bez przesady – wiedziałem, że mam szukać lampionu bardziej na lewo;-)
Przy PK 9 dogoniłem Sylwię. Biegła za mną do PK 10. PK 10 przestrzeliłem zupełnie. Źle odczytałem mapę i szukałem lampionu nie na tym końcu zielonego lasu. W moim wieku wzrok już nie ten i w nocy nieraz oglądany na mapie rysunek się zbytnio generalizuje;-) Pocieszam się, że Sylwia młodszymi oczami także miała problem z tym PK 10;-)
Aby nie było zbyt prosto, do następnego PK ruszyłem ścieżką, zamiast przedzierać się przez krzaki – myślałem, że nie ma jej na mapie, ale potem okazało się, iż niezbyt uważnie spojrzałem na kompas – ścieżka na mapie była, tylko w kierunku nie do końca mi pasującym… Niestety, przedzieranie przez krzaki mnie nie ominęło…
Coś mi z tym wyznaczanie azymutów zaczęło się psuć, bo zamiast na PK 12 trafiłem na drogę asfaltową, którą dojeżdżałem do startu. Nie ufałem kompasowi i na następny PK 13 trzymałem się dróg, zamiast ciąć na krechę.
Do PK 14 nie dawało się dobiec drogami, został azymut. Znalazłem jakieś dołki, górkę z dołkami, ale lampionu ani śladu. W nocy wystarczy kilka zakrętów i człowiek nie jest w stanie dokładnie wskazać gdzie jest na mapie. Co chwila znajdowałem górki i dołki bez lampionów. Po czterech minutach błąkania się po lesie wreszcie trafiłem na lampion. Jak pokazuje ślad – azymut którym biegłem nie kłamał – znalazłem pierwsze dołki i zamiast trzymać się dalej azymutu pognałem w bok w kierunku górki, gdzie był dołki, ale nieoznaczone na mapie.
Kolejny PK 15 – podobny scenariusz – miała być karpa w białym lesie. Las nie był biały, przebieżność i widoczność marna (jałowce), znowu odbiłem z azymutu tuż przed punktem. Na szczęście szybko odmierzyłem się od ścieżki, więc strata czasowa nie była tak duża.
Jeszcze dwa PK i koniec pierwszego podetapu – chwila na spokojny, regeneracyjny bieg na 400 m.
Druga strona mapy – drugie rozdanie. PK 20 – wszedł. PK 21 – znowu nie trafiłem. Coś mnie dzisiaj znosi w lewo, po raz kolejny! Świadomy tego „znosu” nawigowałem ostrożniej i lepiej trafiałem w punkty. Minimalne zawahanie przy PK 27, poza tym dobrze. Dumny jestem z przebiegu PK 27-28 – jakbym widział azymut w terenie;-)
![]() |
| Wreszcie meta! |
W efekcie zajmuję 6-ste miejsce. To chyba mój najlepszy rezultat w Dystansie Stołeczny. Oczywiście długość trasy i środek tygodnia trochę wpłynęły na frekwencje na Chojraku, ale moim powodem do dumy jest to, że wyprzedziłem wszystkich konkurentów, z którymi zwykle rywalizuję. I to pomimo kilku większych błędów na jakieś 6 minut!
piątek, 20 marca 2026
Piękna Katastrofa z Czajką w tle czyli ZAZU TOUR R3
Kolejna, trzecia już odsłona ZAZU TOUR. Jakby to powiedzieć – organizator wpuścił nas w ściek, znaczy znowu eksplorowaliśmy tereny tuż przy oczyszczalni ścieków „Czajka”. Dość chłodno. Krajobraz taki „pozimowy”: zero zieloności, wszędzie widać śmieci, które w zimę skrywał śnieg. Trasa mocno zakręcona: taki One-Man-Relay, ale bez obracania kartki. Na mapie zatrzęsienie punktów, kresek i praktycznie do wykonania dwie pętelki.
![]() |
| Gotowy do startu |
![]() |
| Przebieg na PK 1 - prawie po kresce! |
Po PK 7 goniłem biegacza, który mnie wyprzedził i oczywiście pobiegliśmy nie tą ścieżką. Tak to jest, gdy człowiek sugeruje się konkurencją;)
![]() |
| Przebieg na PK 8 - nie należy sugerować się konkurencją! |
Ogólnie jestem z siebie dumny, bo wiele przebiegów wygląda tak, jakbym widział narysowaną kreskę azymutu na ziemi i starał się po niej biec;-)
Ale jak to w orientacji – zawsze musi być jakaś "piękna katastrofa". Jak przystało na katastrofę – ma ona nazwę PK 13. Punkt na azymut. Dość długi przebieg. Gdzieś tam po mojej lewej biegł jakiś konkurent. Nie wiem jak ustawiłem kompas, ale wydawało mi się, że biegnę dobrze. Była górka. Przełęcz. A potem po prawej widziałem jakiś prześwit pomiędzy drzewami. Tyle że bez lampionu. Szukałem i krążyłem wypatrując lampionu niczym amunicja krążąca. Opamiętałem się dopiero, gdy trafiłem na zawodników żwawo podążających do flagi z napisem META. Ustawiłem dobrze kompas i znalazłem lampion, ale co się naszukałem…
![]() |
| PK13 - numer zobowiązuje! |
Po tym zdarzeniu znowu pojawiły się na ziemi kreski azymutów, bo szło mi o wiele lepiej. No może poza PK 16 – na mapie ubzdurałem sobie, że biegną do PK 11/24 – niby „prawie po drodze”, ale niepotrzebnie zdobyta całkiem spora górka.
Jeszcze PK 18 – już któryś raz nie zgadzają mi się tu ścieżki w terenie z tym co na mapie – przez chwilę szukałem kopczyka o jedną ścieżkę za wcześnie…
![]() |
| PK18 - o jedną ścieżkę za daleko |
Końcówka – to już dobrze znane PK i bez większych pomyłek.
W rezultacie – czas taki sobie, ale trening zaliczony – mam nadzieję, że w zawodach rankingowych pójdzie mi znacząco lepiej;-)
WesolInO na spokojnie.
Do siódemki dla odmiany zaczęło mnie ściągać w prawo, nie trafiłam na ścieżkę, którą planowałam wykorzystać i jeszcze spotkałam Tomka, co mnie jakoś tak zdekoncentrowało, że miałam lekki problem ze znalezieniem lampionu. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że punkt jest na kopczyku, a nie w dołku (jak mówił opis). Ale w sumie nawet jakoś strasznie długo nie szukałam, więc dramatu nie ma.
poniedziałek, 16 marca 2026
Warsaw City Race, czyli ostatni etap na wymuszonym luzie.
Tomek startował pół godziny przede mną, więc dopilnowałam, żeby dobrze ruszył i cierpliwie czekałam na swoją kolej.
Kiedy nadeszła moja minuta startowa, miałam już mniej więcej obcykane, w którym kierunku lecieć, ale tylko do skrzyżowania. A tam stanęłam i zablokowało mnie. Umysłowo zablokowało. Patrzyłam na mapę, wiedziałam, że to jest łatwe i... dalej nie wiedziałam gdzie biec. Ruszyłam dopiero, kiedy startująca po mnie koleżanka z kategorii minęła mnie i przebiegła przez pasy. Pognałam za nią i po chwili mnie odblokowało. No oczywiście, że tam trzeba biec. Po chwili obie miałyśmy jedynkę. Dalej nie miałam już wątpliwości, ale ponieważ jestem wolniejsza od Marioli, to jeszcze tylko przez chwilę miałam jej plecy w zasięgu wzroku zanim mi zniknęła. Kolejne punkty wchodziły dobrze, choć nie zawsze wybierałam optymalny wariant, ale trudno. Z szóstki na siódemkę przebiegałam koło startu, a po siódemce koło naszego autka. Przed siódemką zorientowałam się, że zapomniałam włączyć zegarek. Ależ się zdenerwowałam - w końcu bez rejestracji trasy, to bieg taki trochę nieważny. Na szczęście przed siódemką nigdzie nie błądziłam, więc dawało to możliwość uzupełnienia śladu.
Od PK 22, przez 23 i 24 to już praktycznie był dobieg do mety wzdłuż ulicy - nudny i nic nie wnoszący, a sama meta tak trochę na uboczu, no ale tam akurat był park, gdzie można było się ze wszystkim rozłożyć. Tomek już czekał na mecie i dopingował mnie na dobiegu.
piątek, 13 marca 2026
Warsaw City Race - Indoor - jaka piękna katastrofa!
środa, 11 marca 2026
Warsaw City Race - etap 2, czyli upiorna skarpa wiślana.
W końcu nadeszła moja minuta startowa. Przygotowałam czip i zegarek i po pipnięciu zegara złapałam wielką płachtę mapy i ruszyłam. Daleko nie ubiegłam, bo za nic nie mogłam na mapie zlokalizować startu, a bez tego ani rusz. Zresztą nie ja jedna, bo niemal każdy odbiegał kawałek, a potem stał i lampił się w mapę.
wtorek, 10 marca 2026
Warsaw City Race, czyli wieczór w Koneserze.
Ponieważ odstęp między naszymi startami był spory, to Tomek zdążył wrócić, zanim ja ruszyłam. A ruszałam tak:
sobota, 7 marca 2026
Dystans Stołeczny w Popowie
Tak w ogóle, to zupełnie zapomniałam jak piękny teren jest w Popowie i co chwilę zastygałam w zachwycie nad tym, co widzę. I to pomimo, że wciąż było buro - jak to w końcówce zimy.















,%20D%C5%82uga,%20Tomasz%20%C5%81aski.png)






















