Skoro rozpoczęło się FalInO, to wiadomo było, że musi być też WesolInO, bo to imprezy sprzężone, przynajmniej tak się o nich myśli. No i bach - w sobotę pojechaliśmy do Wesołej.
Trasy były przyzwoitej długości - ani za długie, ani za krótkie, więc zapisałam się na B - teoretycznie ok. 4 km. Teren znany, obiegany milion razy, więc w zasadzie bezstresowo, bo nawet jak się człowiek zgubi, to się przecież nie zgubi.
Baza zawodów była w szkole, ale start przy przedszkolu. Powinni jeszcze w okolicy wybudować jakąś placówkę oświatową, żeby i meta miała swoje miejsce:-)
Pierwszy punkt od razu na azymut, ale też od razu prowadziła do niego inostrada, mimo że startowaliśmy na początku stawki. Po drodze przegonił mnie Tomek, a ponieważ pierwszy punkt mieliśmy wspólny, to załapałam się na fotkę przy lampionie.
Dwójka na górce, jeszcze po śladach, ale już nie tak porządnie wydeptanych, więc trzeba było kontrolować przebieg śladu z kompasem. Znowu zapomniałam o stuptutach i przed punktem zaczęło mi się robić mokro i zimno w butach, a tu jeszcze dziesięć innych punktów do zaliczenia. Do trójki kawałek ścieżkami, a potem wariantem autorskim, bez inostrad na punkt. I kolejna porcja śniegu w butach.
Czwórka, piątka i szóstka na azymut - trochę po śladach, a trochę autorsko, kiedy niespodziewanie ślady ginęły, bo robiący je ludzie nagle się dematerializowali. No bo przecież nie odfruwali. Przedzieranie się przez dość grubą warstwę śniegu okazało się bardzo męczące i wyraźnie czułam każdą część nogi - od palców po pas, a nawet po szyję. Gdzieś tam po drodze dogoniłam Marysię i tak się później co chwilę spotykałyśmy.
Od szóstki do ósemki wreszcie można było pobiec ścieżkami, więc chociaż nie nabierałam nowego śniegu, tylko topiłam stary. No i kroki łatwiej stawiać kiedy cienka wierzchnia warstwa nie załamuje się przy każdym stąpnięciu.
Dziewiątka była po drugiej stronie wydmy i dotarłam do niej już na rezerwie, w tempie zawstydzającym. Od dziewiątki praktycznie szłyśmy z Marysią razem, choć wciąż udawałyśmy, że rywalizujemy. Im dalej byłyśmy, tym bardziej nie podobał mi się kierunek oraz uczestnicy biegu górskiego, biegnący po ścieżce, której nie powinno być. Maria szła obok i nic nie mówiła, to myślałam, że jednak jest OK. W końcu doświadczona osoba. Tymczasem jej też już coś nie pasowała i chyba myślała podobnie, że skoro idę, to musi być dobrze. W końcu jednak podzieliłyśmy się swoimi obawami, a kiedy zbliżyłyśmy się niemal do skrzyżowania ścieżek już wiedziałyśmy o co chodzi. Byłyśmy nie na tej odnodze wydmy, co trzeba. Kurczę, a tak dobrze się szło... Na mapie górka z punktem wyglądała na najwyższą, a w terenie na odwrót. Taki kawał drogi zrobiłyśmy niepotrzebnie, po to tylko, żeby się wracać:-(
Z pozostałymi punktami na szczęście nie miałyśmy problemów i po zgarnięciu jedenastki i dwunastki razem zameldowałyśmy się na mecie.
No, nie powiem - łatwo nie było, głównie za sprawą śniegu, który wykańczał fizycznie. A jak człowiek zmęczony, to i głupoty robi. Tego etapu nie będę rozliczać wynikiem czasowym, tylko liczbą straconych kalorii, a tu dałam z siebie wszystko.