piątek, 19 lipca 2024

Wawel Cup - etap drugi, gdzie nic mi się nie podobało i zrobiłam się marudna.

Na drugi dzień zawodów zaplanowano dwa etapy - jeden ze startem o 9.00, drugi o 15.00. Ponieważ nie za bardzo opłacało się wracać po pierwszym etapie na kwaterę (szczególnie, że w bazie mieliśmy zamówiony obiad) załadowaliśmy do autka wszystko, co mogło się przydać w tak długim dniu i ruszyliśmy bladym świtem. Oczywiście żeby wyruszyć bladym świtem, trzeba było wstać jeszcze bledszym, ale daliśmy radę.
 
Koncentrujemy się przed etapem.

Ja miałam 16-tą minutę startową, a dojścia na sam start było 1,2 km i 90 metrów przewyższenia. Dla mnie oczywiście kluczowe było te 90- metrów. Upał wciąż nie odpuszczał, więc już przed startem miałam dość.

Idziemy na start.

Na szczęście przyszliśmy na tyle wcześnie, że miałam chwilę na odsapniecie, a nawet na chwilę pogaduszek. W końcu aspekt towarzyski jest równie ważny jak rywalizacja sportowa.

Czekamy na swoje minuty startowe.

I wreszcie start.

Na potrzeby filmu mknęłam niczym rącza łania.

Start był pod górę, więc skupiłam się na biegu i na mapę spojrzałam dopiero przy lampionie startowym. Coś mi się ta mapa od razu nie spodobała - na początku dwa dłuuugie przebiegi, a potem punkty nadziubdziane jeden koło drugiego.
Nic to, najpierw trzeba było rozpracować dobieg do PK 1. Postanowiłam iść do końca ścieżki, potem namierzyć się na zaznaczony wykrot i stamtąd już na punkt. Ścieżka pięła się pod górę, ja wraz z nią i kiedy dotarłam do jej końca, byłam zbyt zmęczona, żeby uważnie patrzeć na mapę, czyli mówiąc prościej - pot zalewał mi oczy. Tak patrzyłam, że machnęłam się o jedną ścieżkę i wydawało mi się, że jestem na tej po prawej, rozdwajającej się na końcu. Postanowiłam więc pójść jeszcze kawałek w lewo i namierzyć się na zielony krzyżyk. Cóż, gdybym rzeczywiście była na tej ścieżce, pewnie znalazłabym wykrot, a tak to szłam i szłam, mijałam masę powalonych drzew, aż dotarłam do polany z kopczykiem i lampionem. Wściekłam się na autora mapy, bo przecież między ścieżką a wykrotem nie powinno być polany, więc co on za mapę zrobił. Po chwili jednak zaczęło docierać do mnie, że z mapą jest wszystko w porządku, tylko ja polazłam bezsensownie. Jeszcze raz obejrzałam mapę i przy okazji dotarło do mnie, że mapa, mimo że tym razem mała, to wcale nie ma skali 1:10000, tylko 1:7500. Gdybym wiedziała to wcześniej, to pewnie zastanowiłaby mnie duża odległość, a tak to szłam sobie beztrosko. No, ale przynajmniej wiedziałam gdzie jestem i mogłam się od nowa namierzyć. Ale jakby kto myślał, że już wszystko poszło dobrze, to szybciutko mówię, że owszem - nie! Od kopczyka nie dało rady iść po kresce, bo po drodze był jeszcze jar, który postanowiłam ominąć, a kiedy zaczęłam już iść w dół zbocza, napotkana zawodniczka  powiedziała, że ona już niżej szukała i nie znalazła i trzeba patrzyć wyżej. Być może nie do końca zrozumiałam jej intencje, bo znowu porozumiewałam się mieszanką językową, ale jednak szukałyśmy za wysoko. Dopiero po chwili włączyłam własny rozum i zaczęłam szukać po swojemu, czyli zeszłam niżej i trafiłam na punkt.

To była długa przeprawa.

Przywołana do porządku przez pierwszy punkt, uważniej czytałam mapę i starałam się trzymać dobry kierunek idąc na PK 2. Oczywiście po kresce w tym terenie nie dało się iść, ale dało się iść mądrze. Jakoś nie skorzystałam z tej opcji i dodałam sobie trochę metrów pod górę. To w ogóle była trudna przeprawa, bo i jary i góry i woda. Na jary to w tym roku szczególnie uważałam i zawsze szukałam jak najłagodniejszego zejścia i wyjścia, a nie jak dawniej, kiedy pchałam się tam, gdzie jak najatrakcyjniej można można spaść lub zjechać. Coś mnie fantazja zaczyna opuszczać. No, ale w końcu przeszłam do kolejnej starszej kategorii, a to zobowiązuje.
 
PK 2.

Kolejne punkty były już rozmieszczone bliziutko siebie, więc upilnowanie kierunku było łatwe. Chociaż tyle, bo fizycznie umordowałam się strasznie, a tego dnia nie wzięłam ze sobą wody i na żaden wodopój nie natrafiłam (nie wiem czy były). Niby teren był bogaty w wodę, ale wolałam ją stosować raczej zewnętrznie. Kiedy więc dotarłam do mety, pierwszą myślą było - pić! Pić, ale co? Na mecie nie było ani kropli wody. A od mety do bazy  dzieliły mnie aż 2 kilometry! Wiecie, ja w ogóle nie ogarniam idei robienia dojścia lub zejścia o długości etapu. No, nie ogarniam i już. Rozumiem, że nie da się wszystkiego zrobić dokoła bazy, ale 2 kilometry? I to dla starszych kategorii?
Powoli zaczęłam noga za nogą wlec się w stronę bazy, przysiadając co chwilę z braku sił. Gdzieś kawałek za połową dystansu w końcu objawili się organizatorzy z wodą. Rychło w czas, jak ja już z pięć razy wyzionęłam ducha.
W bazie okazało się, że z metą jest totalna afera, bo najszybsi zawodnicy na mecie nie zastali stacji  i nie mogli się odbić. Stacja leżała sobie przy wodopoju na zejściu do mety i nikomu nie przyszło do głowy, żeby ją zanieść na właściwe miejsce. Mi w ogóle od razu wydało się dziwne, że na tak dużej i poważnej imprezie meta jest "nieludzka", czyli bez obsługi, ale jak widać komuś przyszło to do głowy. Ciekawa byłam jak rozwiążą problem mety i bałam się unieważnienia etapu. Tyle wysiłku poszłoby na marne.
Jakoś ten etap słabo wyszedł - nie podobała mi się mapa (czy raczej trasa, bo mapa jako mapa była OK), długie dojście i zejście, brak wody i perspektywa anulowania etapu. Nie, nie zakładam złej woli organizatorów - czasem tak po prostu się dzieje, że kumuluje się kilka rzeczy i słabo to wychodzi. Ale z drugiej strony zakładam, że ten etap wyczerpał już limit nieszczęść i teraz będzie tylko lepiej.

Cała trasa.

środa, 17 lipca 2024

Wawel Cup - etap pierwszy, czyli pod górę w tempie konwersacyjnym.

Jak co roku pierwszy etap rywalizacji przewidziano na popołudnie, żeby wszyscy zdążyli dojechać. Tym sposobem mogliśmy się wyspać, a potem zrobić małą wycieczkę objazdową po dawno nie widzianych cerkwiach. Żar lał się z nieba od samego rana, więc o żadnych spacerach nawet nie myśleliśmy.
Odwiedziliśmy Blechnarkę, Hańczową, Skwirtne i Kwiatoń, a na Uście Gorlickie zabrakło nam czasu. W Kwiatoniu spotkaliśmy Paprochy i o włos rozminęliśmy się z Hanią.

 
Kocham takie widoki.

 Ikonostas w Kwiatoniu.
 
W drodze powrotnej wstąpiliśmy na obiad do baru "U Tomasza", gdzie spotkaliśmy Ulę - moją konkurentkę z kategorii oraz innych orientantów. Już o 13.30 ruszyliśmy do bazy zawodów zająć dobrą miejscówkę i rozejrzeć się w sytuacji. Mieliśmy nadzieję na zakup jakiś portek biegackich, ale nie było ani pół kramika z ciuchami. Może w następny dzień będą?
 
W bazie zawodów na tle mety.
 
W tym roku bardzo fajnie ułożyli nam minuty startowe, bo żadnego dnia nie musieliśmy na siebie długo czekać i na ogół startowaliśmy we wczesnych minutach. Pierwszego dnia ja miałam dziesiątą, a Tomek dwunastą. Do startu trzeba było dojść 1,1 km, ale po asfalcie i w dół, więc nawet mimo upału jakoś dało radę, choć przyjemne to nie było. Tomek tym razem nie wziął kamerki (to znaczy wziął, ale nie znalazł w czeluści plecaka) i na jedynym zdjęciu z okolic startu jestem w tle. Ale zawsze to coś.

Wchodzimy do boksu startowego (Fot.: J.Kijak)

Mapy dla mojej kategorii miały być w skali 1:7500, ale nie spodziewałam się, że będą to tak duże płachty. W sumie można ich było użyć jako parasola w razie deszczu, który prognozy obiecywały, ale pogoda ignorowała.
Na początek najważniejsze było szybko znaleźć pierwszy punkt, bo jak to się nie udaje, to człowiek od razu traci motywację do dalszej walki. Nie żebym się na jakąś walkę nastawiała, raczej na przetrwanie i nawet nie planowałam biegać, bo i tak bym nie dała rady. Na szczęście  z jedynką poszło dobrze, bo jak już sforsowałam nieduży strumyk i parę metrów podejścia, to potem było po poziomnicy. Między jedynką a dwójką był już normalny jar, choć jeszcze nie tak duży jak późniejsze. Mimo to nie brałam go na azymut, tylko poszukałam miejsca z najłagodniejszym zejściem. Nawet udało mi się potem złapać dobry kierunek i bezproblemowo trafiłam gdzie trzeba. 
Do trojki było pod górę, męcząco i jeszcze tuż przed punktem zeszłam z azymutu i niepotrzebnie wylazłam na drogę. Blisko trójki był punkt wodopojowy, ale ja miałam własną wodę, która trochę mnie spowalniała (bo nie umiem pić idąc), ale za to ratowała życie.

PK 3

Czwórka była nawet spoko, ale piątka to już droga przez mękę - pod górę i trzy jary po drodze. Widziałam kilka wyczynowych dupozjazdów z lądowaniem  na dnie jaru, czyli w wodzie, z czego najbardziej widowiskowy zaprezentowała jakaś weteranka, na oko starsza ode mnie. Ma kobieta fantazję!
Za ostatnim jarem wspinałam się razem z jakąś dziewczyną i było śmiesznie, bo ja do siebie mamrotałam po polsku, ona do siebie chyba po węgiersku (lub czymś równie egzotycznym), ja do niej po angielsku (na miarę swoich możliwości), a ona do mnie po czesku czy słowacku myśląc chyba, że to polski. Ale dogadałyśmy się. Zresztą długo nie pokonwersowałyśmy, bo ja musiałam przysiadać na co drugim zwalonym drzewie, żeby odpocząć, a ona parła w górę bez przystanków.
Kolejne punkty były już mniej wyczynowe, ale i tak dały mi nieźle popalić. Na metę dotarłam już  z czerwoną kontrolką rezerwy, ale dotarłam. Ufff.  I nawet dwie osoby z kategorii wyprzedziłam, choć nie wiem jakim cudem. Ale fakt się liczy:-)
W trakcie etapu poza zaliczaniem swoich punktów, robiłam za biuro informacji. Cała masa dzieciaków co chwilę pytała mnie o drogę i gdzie są. Najwyraźniej sprawiałam wrażenie osoby, której nigdzie się nie spieszy i spokojnie można ją zatrzymać. Znowu najczęściej były to jakieś egzotycznie brzmiące pytania, ale pokazać palcem na mapie umiem w każdym języku.

Tuż za metą.

W nagrodę za trudy etapu pozwoliłam sobie na pyszny serniczek z porzeczkami i to był nawet chyba lepszy wybór niż wata cukrowa. A na koniec jeszcze pamiątkowa fota pod flagami:
 
Poważne międzynarodowe zawody.

 
Mój przebieg, czy raczej przemarsz, a chwilami przeczołg.
 
Na kwaterze okazało się, że kolejni współlokatorzy w domku, to oczywiście także "nasi", więc zrobiło się jeszcze bardziej orientalistycznie. I to lubię.

sobota, 13 lipca 2024

Zaczynamy Wawel Cup 2024 - na rozgrzewkę Model Event.

W tym roku Wawel Cup zamiast tradycyjnych pięciu dni, miał tylko cztery (ale pięć etapów) plus Model Event dzień wcześniej. Do Wysowej przyjechaliśmy we środę. Zamieszkaliśmy w uroczym domeczku u przemiłego gospodarza, a ledwo się rozgościliśmy podjechał kolejny samochód, z którego wysiadł dawno nie widziany Piotrek Glinka. Zostały jeszcze dwa wolne pokoje i zastanawialiśmy się, czy też zakwaterują tu "nasi".

Domek w górach. (Lokowanie produktu, bo fajny i polecam:-))
Balkon na piętrze jest "nasz".

Na trening można było wybrać się już od 15-tej, ale postanowiliśmy przeczekać piekielny upał i pojechać trochę później. W zamian zrobiliśmy sobie wycieczkę gastronomiczną na mały obiad.
Czas biegł, upał nie odpuszczał, więc bez względu na wzgląd, przed siedemnastą ruszyliśmy we trójkę  w stronę Doliny Łopacińskiego.
Ponieważ najkrótsza trasa była przewidziana raczej dla dzieci, nie pozostało mi nic innego jak wybrać się na średnią. Niby niecałe 3 km i przewyższenie 90 metrów, ale trochę bałam się, że zużyję wszystkie siły na trening i na zawody zostanę z niczym. Tomek oczywiście wybrał trasę najdłuższą, ale on zawsze taki chojrak.

Start.
 
Do pierwszego punktu mieliśmy wygodny dobieg drogą i tylko na końcówkę trzeba było wejść w las. Punkt stał w dołku za strumykiem, ale dojście do niego okazało się dość karkołomne. (Po kilku etapach już nie wydaje mi się takie, ale na początku owszem). Przed strumykiem dogonił mnie Tomek, bo mieliśmy początek trasy taki sam i dzięki temu mogę pokazać jak forsowałam ten mini jar.
 
W sumie niewielka rzeczka w nie za dużym zagłębieniu.
 
 

Wlazłam.
I stojąc przy PK 1 namierzam się na kolejny punkt.
 
Do dwójki poszłam po kresce, ale tu teren jeszcze był w miarę przyjazny i nie wymuszał żadnych kombinacji. Trójka stała na mokradłach powstałych z połączonych sił trzech strumyków, a ja zaplanowałam sobie, że nie pobrudzę bucików, bo będę wyglądać niewyjściowo na pierwszym etapie. Co ja się tam nakombinowałam jak to zrobić... Efekt taki sobie. 
Czwórka i piątka weszły dość dobrze. Z piątki namierzyłam się na najbliższy punkt i dopiero uszedłszy kawałek, zorientowałam się, że to dwójka, a nie szóstka. Na szczęście dwójka leżała niemal na azymucie na szóstkę, więc poza chwilą strachu nie było żadnych konsekwencji. Tutaj było już coraz bardziej stromo i dodatkowo co chwilę musiałam omijać różne przeszkody, przez co ślad jest mocno zygzakowaty. Na tym podejściu musiałam kilkakrotnie zatrzymywać się, opierać o drzewo i mieć nadzieję, że jeszcze kilka kroków będę w stanie zrobić. Niby w lesie nie było tak upalnie jak na otwartej przestrzeni, ale miłego chłodu też nie dało się odczuć. No i ta góra...
Siódemka była najdalej wysuniętym punktem i stała dość daleko od szóstki. Do tego stała w głębokim jarze do którego trzeba było zejść, a potem wyjść z niego. Niby nie takie rzeczy my ze szwagrem, ale... Coraz bliższa wizja zarżnięcia się na treningu skłoniła mnie do zastanowienia się, czy ja na pewno chcę iść do tej siódemki.W wyniku wewnętrznych konsultacji doszłam do konsensusu - chcę iść, ale nie pójdę, bo mi jeszcze życie miłe. Jeszcze z rozpędu (mentalnego, nie fizycznego) przeszłam parę metrów na wschód, ale potem (z bólem serca) skręciłam w stronę ósemki. 
Ósemka stała między dwoma strumieniami (tym od siódemki i  drugim dołączającym) i przy kompletnym braku sił do wspinaczki - przerażająco  wysoko. Jak dobrze, że odpuściłam siódemkę, bo te dwa punkty chyba by mnie załatwiły. 
Dziewiątka na ciągu dalszym strumyka. Zaczęłam iść wzdłuż niego, potem zmieniłam koncepcję, bo strumyk trochę wił się meandrami, a ja chciałam po prostej. Wyszło mi tak średnio, bo co prawda bez wicia, ale zniosło mnie i ciut naokoło poszłam. Ale co tam - grunt, że trafiłam gdzie trzeba.
Dziewiątka była ostatnim punktem, a potem już noga za nogą wlokłam się do mety. Jeszcze na widok kamery poderwałam się do lotu, ale tak nisko i powoli jak w kawale o pilocie i matce.

Upragniona meta.
 
I wspólna fota.
 
Tak wyglądała moja trasa.
 
Po treningu i oporządzeniu się podjechaliśmy do biura zawodów odebrać numery startowe i bloczki obiadowe i zobaczyć gdzie będziemy parkować następnego dnia. A jeszcze później zaliczyliśmy wieczorny spacer po Parku Zdrojowym i to już było dla mnie o jedną wyprawę za daleko, szczególnie, że powrót był pod górkę. 
Oj, nie będą lekkie te zawody, nie będą.

sobota, 6 lipca 2024

Korona Mazowsza czyli Popowo z porażką zapisaną w gwiazdach.

O ile w Nieporęcie dokuczał mi tylko jeden pośladek i jedno udo, to już przed kolejnymi zawodami czułam oba pośladki. Ale, ale... Nie będzie d..a mną rządzić! Może biegać się nie da, ale wziąć udział zawsze można. I oczywiście pojechałam do Popowa na Koronę Mazowsza.
Pierwszy raz Popowo poszło mi fatalnie, drugi raz bardzo dobrze (oczywiście mowa o części nawigacyjnej, nie biegowej), więc teraz znowu wypadało trochę się pogubić. Ale co tam - będzie, co będzie.

Gotowi do startu.
 
Start z dołka na górce i od razu kłody pod nogi i to dosłownie, co widać na fotce poniżej.

Start!
 
Pierwszy punkt był blisko i nie wyglądał na skomplikowany, tyle tylko, że lampion był niezauważalny dla osoby nadchodzącej od startu. Spokojnie przeszłam obok dołka, nawet zaglądając do niego i poszłam dalej. Po jakimś czasie spojrzałam za siebie i dopiero wtedy dojrzałam kolorową szmatkę. Ufff... udało się.
Nie wiem jakim cudem przeszłam dwójkę, bo przecież musiałam zauważyć ścieżkę, której nie powinnam przekraczać. A jednak... Na szczęście było się skąd namierzyć i wszystko skończyło się dobrze. Ale skoro już dwa pierwsze punkty nie chciały wchodzić, to co będzie dalej?

PK 2

Sprężyłam się i trzy kolejne zaliczyłam bezbłędnie. A potem kompas przestał ze mną współpracować. Szłam jak mi pokazywał i byłam coraz bardziej na prawo. Z punktem rozminęłam się w sporej odległości, doszłam do drogi (więc przynajmniej wiedziałam, że jestem za daleko) i zawróciłam. To, że zawróciłam oczywiście wcale nie znaczyło, że poszłam od razu we właściwe miejsce i znalazłam lampion. Bynajmniej. Zaliczyłam jeszcze pętelkę po okolicy zanim los uznał, że dość mnie już doświadczył i można poluzować.

Oporny PK 6

Do siódemki szłam dziwnie, ale skutecznie. Zresztą trudno by było przeoczyć jeziorko, nawet jeśli bardzo, bardzo wyschło. No to nie przeoczyłam. Ósemka i dziewiątka poszły też dobrze, a potem znowu poniosło mnie w prawo, hen, hen za punkt. Jak by nie wystarczyło, że miałam problemy z chodzeniem (nie wspominając o bieganiu), to jeszcze kompas pokazywał swoje, mapa swoje, a teren jeszcze coś innego. Normalnie plaga niepowodzeń.

Za dużo tych wykrotów.
 
Przed jedenastką spotkałam Tomka  i byłam pewna, że czeka specjalnie na mnie, że już skończył swój bieg i chce mi zrobić fotki metowe. Zupełnie umknął mi fakt, że do mety to mam jeszcze oprócz jedenastki trzy kolejne punkty. Kurcze, oprócz rwy, niewspółpracującego kompasu i mapy to jeszcze jakieś zaburzenia umysłowe mi się doczepiły.

Tak ładnie pozowałam myśląc, że to już końcówka.

Na szczęście wszystkie niedyspozycje (oprócz fizycznych) nagle przeszły mi jak ręką odjął i kolejne trzy punkty zdobyłam w rewelacyjnie dobrym (pod względem nawigacji) stylu. Na metę też traflam po kresce.
I nie można tak było cały czas? No, ale skoro teraz była kolej na Popowo z porażką, to w sumie nie miałam na to wpływu. Co zapisane w gwiazdach, to zapisane. Za to następne Popowo powinno być dla mnie rewelacyjne. Tylko ile będę na nie czekać?

Moja trasa - wzloty i upadki.

wtorek, 2 lipca 2024

Trening KOS z poślizgiem, kaniami i rwą.

Latem, kiedy odbywają się różne poważne imprezy wyższych rang, zdarzają się weekendy bez BnO w najbliższej okolicy. No, serio. Ale zawsze można wtedy liczyć na KOS Azymut, który stara się zapełnić takie luki. I tym razem też zorganizowali niedzielny trening w przedostatnią niedzielę czerwca. Wyjechaliśmy dość wcześnie, żeby wystartować na samym początku i jakież było nasze zdziwienie, kiedy na miejscu nie zastaliśmy niczego - ani organizatorów, ani uczestników. 
- Nie dzisiaj? Nie tutaj? - zadawaliśmy sobie pytania. 
Tomek od razu odpalił internety i okazało się, że start przesunięto o pół godziny. Ufff. Po chwili zaczęli pojawiać się inni amatorzy biegania, a także przedstawiciel organizatora, czy raczej organizatorki treningu, której przytrafiło się zaspać i z organizacją była jeszcze w lesie. Tak dokładnie to z lampionami była w lesie, żeby je rozwiesić. W sumie przeciągnęło się to do godziny, ale pogoda była przepiękna, w samochodzie mieliśmy wygodne krzesełko, wokół miłe towarzystwo i jeszcze w bonusie dostałam kilka pięknych, wielkich kani na obiad.
 
Czekamy.

Pani zamawiała kanie?
 
W końcu organizatorka się znalazła, biuro zawodów ruszyło i można było startować.

Przed startem
 
Start mieliśmy tuż za naszym miejscem postoju, przy drodze. Tradycyjnie ja pierwsza, po mnie Tomek. Ponieważ moja rwa kulszowa wciąż mocno się trzymała, nawet nie planowałam biegać, co najwyżej iść energicznie.
 
 Od razu w krzaki.
 
Ze startu ruszyłam po kresce, bo w sumie innego wyjścia nie było - żadnej drogi w pożądanym kierunku. Kreska doprowadziła mnie też do PK 2, a trójkę zaszłam od lewej, ale skutecznie. Czwórka znowu po kresce, a piątka za torami, więc wystarczyło iść w kierunku torów nie przejmując się za bardzo kreską i kompasem. Może nawet ciut za bardzo się nie przejmowałam, bo sporo zniosło mnie w lewo, szczególnie, że starałam się izolować od innych biegaczy, a ci bardziej trzymali się kreski. 
Za torami piątka i szóstka weszły gładko. Szóstka to chyba nie stała we właściwym dołku i namierzając się z niego nie weszłam na kreskę. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo do siódemki było daleko, a po drodze masa charakterystycznych miejsc do namierzania się.
Lekki problemik pojawił się przy dziewiątce. Z ósemki szłam po lewej stronie kreski, a im bliżej dziewiątki, tym bardziej mnie znosiło, aż doszłam do drogi za punktem. Dobrze, że ktoś tam jeszcze szukał, to było raźniej.
Do dziesiątki bardzo pilnowałam azymutu. Za mną niczym tajemniczy Don Pedro podążał Tomek i przy dziesiątce mnie wyprzedził. 
 
Tuż za PK 10.
 
Jedenastka daleko, znowu po pierwszej stronie torów. Bezproblemowo, jeśli nie liczyć znaczącego ubytku sił i chęci położenia się zamiast iść dalej. Do dwunastki miało być blisko i łatwo, a wyszło daleko i ze zdziwieniem. Ponieważ byłam już zmęczona, więc postanowiłam iść po ścieżkach, a nie na azymut. I to był wielki błąd. Ścieżki nie znalazłam, a kiedy zorientowałam się, że coś za długo jej nie ma, byłam już przy drodze. Musiałam wracać kawał drogi i jedyną satysfakcją było to, że i ze dwie inne osoby zrobiły to samo. Tomek zaś zarzeka się, że ścieżka była. No jak była, jak nie było? Nawet po dojściu już do dwunastki sprawdzałam dlaczego nie udało mi się trafić od razu i od drugiej strony też ścieżki nie znalazłam. No, chyba, że ona pojawia się i znika w zależności kto nadchodzi.

Do dwunastki naokoło.
 
Dwunastka była ostatnim punktem, należało jeszcze tylko dotrzeć do mety. Wlokłam się krok za krokiem, a prawa noga zostawała gdzieś w tyle. Kiedy w końcu wyszłam na otwartą przestrzeń i zobaczyłam gdzie jest meta, to aż mnie osłabiło. Widzieć na mapie, a widzieć na żywo to jednak różnica. Meta była na piaszczystej górze, a ja dodatkowo szłam na nią najmniej optymalnym wariantem. Tomek dopingował mnie i poganiał, żebym nie dała się wyprzedzić konkurencji, ale moim jedynym marzeniem było dojść i siąść i całą konkurencję miałam w głębokim poważaniu. Oczywiście, że dałam się wyprzedzić i wcale nie cierpiałam z tego powodu, bo do cierpienia miałam inne.

 Wreszcie meta!
 
Ledwo dolazłam do biura zawodów, a potem już woda i ciastka podnosiły mnie na duchu i ciele. Te bolesne zawody nie są dobrym prognostykiem przed zbliżającym się Wawel Cup-em.  No, ale zobaczymy jak będzie dalej.

Raz lepiej, raz gorzej.
 

poniedziałek, 1 lipca 2024

Rowerem, ale pieszo

Kiedyś, chyba raz, pojechałem na RJnO rowerem. Ale do RJnO potrzeba nie tylko rower – bez mapnika to nie jest jazda, a ja mapnika nie posiadam! 

Tym razem zawzięcie na kolejną rundę rowerowego Wszechpucharu (nazywanego skromnie Intergalaktycznym), a przy okazji Grand Prix Dzielnicy Wawer bardzo zapraszał Janek. Wysyłał e-maile, kusił…. Trochę daleko - 20 km w jedną stronę (rowerem), by pokonać rowerem trasę ok. 10km i wrócić (kolejne 20 km rowerem). Ale… można było startować i bez roweru! A co tam i tak miałem zamiar w sobotę pobiegać minimum 10 km, więc pojechałem (autem, a nie rowerem oczywiście) na te rowerowe zawody;-) 

We Wszchpucharze każdy dostaje imienny numer startowy na cały cykl
 
Pogoda upalna, teren to lasek w Michalinie ze znaną Górką Śmieciową, długości tras jak pisałem do jakiś 10km (dla rowerów). Przed zawodami, z rana/ w nocy ulewa. I to taka z tych większych. Gdy przyjechałem organizatorzy na wszelki wypadek rozbijali namiot, choć wg prognoz padać już nie miało. 

Przeczekawszy uzbrojenie bazy startowej w zadaszenie pobrałem mapę i ruszyłem. Dostałem mapę „ze wszystkimi punktami”, ot taki scorelauf i do tego dwie karty startowe. Dwie karty, bo na mapie numeracja PK zaczynała się od 1, a kończyła na 39. Dystans – bliżej nieznany, bo najdłuższe trasy rowerowe miały tylko część z PK obecnych na mapie, a długości scorelaufu nikt nie mierzył. 

Z zapałem ruszyłem na wschód do PK 26, potem PK 27. Odbiegając od niego w kierunku PK 7 zorientowałem się, że przeoczyłem punkt w samym rogu mapy (PK 38). Teraz wracać się po niego to dodatkowy kilometr;-( A mogłem go zaliczyć jako pierwszy, bo był „prawie po drodze”. Popatrzyłem uważniej na mapę i wyszło mi, że mogę go zaliczyć jako ostatni PK - może będzie ciut bliżej, niż gdybym zrobił to teraz. 

Pobiegłem dalej. 

Bieganie na mapie rowerowej, gdzie lampiony są przy drogach, nie daje wielu możliwości wykazania się przedzieraniem przez krzaki na azymut. Drogą biegnie się szybko, punkty nie są w miejscach super charakterystycznych, więc lepiej nabiegać drogą niż na azymut, bo potem nie zawsze widomo czy lampion będzie na prawo, czy na lewo. 

Gdzieś tak od PK 9 zaczęli pojawiać się rowerzyści. Na mapie punkty stały „stadami”, często na sąsiednich drogach. Wyraźnie jeden z nich był na sprint, a drugi na etap middle. Dzięki temu mniej więcej na co drugim PK pojawiali się rowerzyści, bo pierwszy wystartował sprint. Czasami dawało się przebiec „na skróty”, ale były to króciutkie przebiegi. 

Pierwsze mini problemy pojawiły się przy PK 24. Troszkę zniosło mnie w prawo i przymierzałem się do szukania lampionu na sąsiedniej ścieżce. Większą wpadką okazał się PK 11 – tu mnie wyraźnie zniosło (znowu w lewo), nie zauważyłem ścieżki i chwilę miotałem się w poszukiwaniu właściwej ścieżki i lampionu. Tak bywa gdy człowiek przyzwyczaił się do biegania drogami;-) 

PK 30 to długie (rowerowe) przebiegi. Lampion stał przy ulicy, ale na moje oko w zupełnie innym miejscu niż na mapie. Dobrze, że nie było skrótu, bo wtedy jego znalezienie byłoby trudne. 

Końcówka „zachęcała” do azymutów. Niestety, coś mi te azymuty nie wychodziły. Długie szukanie PK 2 – najpierw zniosło mnie tu wyraźnie w prawo na sąsiednie skrzyżowanie, a że lampiony 2 i 28 zamieniły się miejscami, po znalezieniu PK 2 (w miejscu PK 28) zacząłem szukać PK 28 na północ. Chwilę zajęło mi ogarniecie się w plątaninie ścieżek, zanim znalazłem brakujący lampion. 

Przy PK 36 (koło startomety) zaczęło podać. W efekcie PK 1 szukałem dość nieporadnie i długo. Z PK 1 zaś zamiast wybiec na ulicę trafiłem na płot, który mnie zdezorientował i cofnąłem się prawie do startomety;-( 

Zostały dwa ostatnie PK: PK 14 i ten zapomniany na starcie PK 38. Oba przy głównej drodze. Z nieba - ulewa. I to taka naprawdę dobra ulewa. Czekałem na grad, choć chyba przeszedł bokiem. Ale widoczność (w okularach) ujemna, pot spłukiwany strugami deszczu z czoła zalewa oczy (wiadomo jakie to nieprzyjemne), a ja biegnę skrajem uczęszczanej ulicy, po kałużach mkną oślepione deszczem  samochody… 

Ja, deszcz, namiot i rowerzyści

Ale znalazłem co trzeba i na metę dobiegłem, gdy opad zaczynał słabnąć. No, może bardziej właściwe było by określenie „dopłynąłem”. Nieliczni, którzy wrócili, tłoczyli się pod namiotem niczym zmokłe kury, a Janek nawet nie chciał oglądać przemoczonych kart (wysiadły pisaki którymi na karcie notował czas mety). Zatopione rowery leżały w okolicznych kałużach…. Słowem fajowo;-) 

 
Ostatnie krople deszczu

W gruncie rzeczy, można powiedzieć, że byłem na zawodach rowerów wodnych na piechotę i nawet mi się spodobało;-) Następna runda po wakacjach i może się wybiorę, skoro dostałem na starcie imienny numer startowy;-) 

Już po deszczu - zostało tylko morze śródlądowe

Organizator chyba przewidział powódź bo zapewnił Ratownika;-)

 


 

wtorek, 25 czerwca 2024

Szybki Mózg na jednaj nodze.

Pobiegaliśmy w lesie, więc można było wrócić do miasta na kolejny Szybki Mózg. Tym razem biegaliśmy na Mokotowie na mapie  Sielce Północ, z bazą w jednym z budynków Uniwersytetu. O dziwo, udało nam się zaparkować dość blisko, choć spodziewaliśmy się problemów.

 
Przed bazą zawodów.

Start był z ulicy kawałek dalej. Ponieważ byliśmy przed czasem, chwilę czekaliśmy na godzinę "zero". A potem powstał dylemat - odbijać się w punkcie wydawania map, czy dopiero przy lampionie startowym? Ja na wszelki wypadek postanowiłam  pipnąć w obu miejscach.  Odbiłam się pierwszym pipnięciem i pooooleeeciałam....

Pierwszy krok na trasie.

No dobra - nigdzie nie poleciałam. Między mapą a lampionem startowym trafiła mnie rwa kulszowa, prawa noga mi odpadła i zaczęłam mieć wątpliwości, czy od razu zawrócić, czy próbować walczyć. Ponieważ ja waleczna kobita jestem (czasami), więc zaczęłam udawać, że nic, ale to nic mnie nie boli i powoli zmierzałam do PK 1. 
Z każdym kolejnym punktem było jednak coraz gorzej i tylko patrzyłam jak cała konkurencja startująca po mnie, śmiga zostawiając mnie z tyłu. Powoli wypracowałam sobie mało bolesny sposób poruszania się - krok dostawny. Może głupio to wyglądało, ale spokojnie udało mi się przebyć całą trasę. Dobrze, że nawigacyjnie było łatwo, bez żadnych pułapek, więc przynajmniej umysłowo nie musiałam się wysilać. Tradycyjnie Tomek czekał na mecie i bezskutecznie dopingował mnie do biegu. Ale jak się nie da, to się nie da.

Na mecie już tylko na jednej nodze

Oboje już po biegu.

Tak mi się trochę zmarnował ten Szybki Mózg, a tu na kolejny etap trzeba będzie poczekać aż do września. Teraz to już tylko będzie chyba bieganie po lasach. Tylko jak biegać, kiedy boli?

Taka łatwa traska.

sobota, 22 czerwca 2024

Korona Mazowsza - Dąbkowizna.

Na kolejne bieganie (po przerwie na chodzenie) wróciliśmy do lasu na mapę Dąbkowizna. Jak wysiadłam z samochodu, to moją pierwszą myślą było: tu już się gubiłam! A gubiłam się na WOM-ie, całkiem niedawno.
Ja właśnie w taki sposób rozpoznaję miejsca. Jak się nie gubiłam, to nie mam żadnych skojarzeń.
 
Hurrra! Idziemy biegać!

Szybko załatwiliśmy formalności, mapy w garść i ruszyliśmy w stronę startu.

Czynności okołostartowe.

I start.

Punkt pierwszy i drugi mieliśmy z Tomkiem wspólny i choć ruszyłam pierwsza, szybko mnie dogonił. Po trójce, gdzie nasze lampiony stały blisko siebie, nasze drogi się rozeszły i to nawet nie z powodu  różnicy w punktach, bo ta była niewielka, co różnicy tempa, a ta już była znacząca.
 
 PK 3

Poza tym, że  trochę było w górę, trochę w dół (bo wydma) żadnych innych urozmaiceń trasy nie doznałam. Nie udało mi się zgubić, więc pod względem przygodowym było słabo. Jeszcze słabiej było pod względem tempa, ale to już norma, więc nie ma czego roztrząsać. Nie wiem jakim cudem udało mi się wyprzedzić aż sześć osób, ale miło mi, że pozwoliły mi na to.
Za to przebiegi między punktami mam śliczne - po kresce lub z drobnymi odchyłkami, jak trzeba było coś niesprzyjającego ominąć.
Na metę udało mi się wrócić przed Tomkiem i nażreć się ciastek jak nie widział. Bo on to ostatnio tak jakby ogranicza (albo też żre konspiracyjnie). Ale pobiegane, to i rozgrzeszone:-)

Oboje na mecie.


Moje śliczne przebiegi.