czwartek, 28 września 2017

Szybki BPK.

BPK-i rosną w siłę i budzą coraz większe zainteresowanie - wczoraj dołączył do nas OK Sport! i Darek M. Z pół godziny zajęło namówienie darkowego telefonu do współpracy i całe konsylium deliberowało nad nim, ale udało się.
Ponieważ w poniedziałek, na naszych przydomowych treningach, udało mi się przebiec (nie przetruchtać!) cztery kilometry, postanowiłam podjąć wyzwanie i spróbować dorównać w biegu Tomkowi. Po ostatnim BPK-u coś tam mówił, że pobiegniemy na którymś treningu razem, no to pobiegliśmy. Nooo, nie było łatwo. Pogubiłam się już przed pierwszym punktem, bo wydawało mi się, że biegnę tak szybko, że to musi być już, ale nie było i Tomek musiał wywabiać mnie z krzaków. Potem, chcąc za nim nadążyć, zupełnie nie miałam kiedy patrzeć w mapę, a w biegu nie potrafię, bo potykam się wtedy o własne nogi. Tym sposobem Tomek miał częste odpoczynki, ja zaś gnałam niemal bez przerw. Po jakimś czasie stwierdziłam, że jednak wolałabym wiedzieć gdzie i po co biegnę i ... miał jeszcze dłuższe przerwy, bo dobiegał na punkt i czekał aż ja się odpipam i ogarnę mapę. Jak kolejny punkt był blisko, to jeszcze z pół drogi byłam w stanie zapamiętać, jak był daleko - po chwili znowu nie wiedziałam gdzie lecieć. Poza tym co chwila zapominałam z którego punktu , na który biegnę. Na następnym treningu będziemy musieli potrenować kciukowanie.
W drugiej połowie trasy doszłam do krawędzi i teraz już wiem dlaczego niektórzy biegacze wymiotują w trakcie albo po biegu. Ja co prawda obiadu nie oddałam, ale prawie usiadłam na ziemi i Tomek w krótkich żołnierskich słowach musiał stawiać mnie do pionu. Bo podobno nie wolno siadać, tylko najwyżej zwolnić. No to zwolniłam - aż do marszu. Ale wiadomo - jak się baba uprze, to nie ma rady - po chwili znowu biegłam ile fabryka dała. I wiecie? O ile w poniedziałek wytwarzały mi się same choleriny, to wczoraj było też trochę endorfin:-).
Tomkowego wyniku nie bierzcie na poważcie, bo to jest w sumie mój wynik, ale ostatecznie to tylko zabawa, a nie jakieś śmiertelnie poważne zawody.
Muszę przyznać, że mój telefon sprawował się genialnie w porównaniu z innymi - pipał kiedy trzeba było pipać i nic nie musiałam przepychać ręcznie. Niektórzy mieli z tym problemy i spędzali długie minuty na punktach chodząc tam i z powrotem, albo wduszali palcem. Mi w sumie było obojętnie czy pipnie, czy nie, bo co za różnica skoro byłam na punkcie i wiem o tym.
W końcu biegnę dla siebie, a nie dla aplikacji.

poniedziałek, 25 września 2017

Metrem

Już myślałam, że piątkowy wieczór spędzę na błogim lenistwie, ale nie. Nic z tego. Chała. Darek zepsuł mi plany wymyślając InOTRInO. Że z okazji Dnia bez Samochodu będziemy się wozić metrem. No, ale do tego metra i tak musieliśmy dojechać samochodem, zwłaszcza, że zamówił u nas termos herbaty i tłuczenie się komunikacją miejską z naszego zadupia nie wchodziło w rachubę.
Z bliżej nieznanych mi przyczyn Tomek umyślił sobie, że impreza będzie się rozgrywać w obrębie stacji metra, bez wychodzenia na powierzchnię, w związku z czym nie wziął nawet nic od deszczu, a oboje nie wzięliśmy czołówek. Kiedy więc pobraliśmy mapy, nastąpiła lekka konsternacja - wynikało z nich, że na kolejnych stacjach trzeba będzie jednak wychodzić na powierzchnię i do tego błąkać się gdzieś po rozległej okolicy.
Utknęliśmy już na pierwszej stacji i dłuugo nie mogliśmy dopasować wycinka. Staliśmy pod latarnią (bo bez czołówek) i gapili się w mapę. Mi wycinek podpowiedział Mariusz, Tomek sam dopasował. Przez kilka pierwszych stacji spotykaliśmy co krok kogoś z mapą, dopiero później stawka się rozciągnęła i zostaliśmy sami.  Tak dla ułatwienia Darek załatwił z zarządem metra, że na każdej stacji powiesili mapkę okolic, dzięki czemu można było jakoś dopasować wycinki - w suchym i jasnym miejscu. Na zewnątrz byłoby znacznie trudniej. Z Tomkiem podzieliliśmy się obowiązkami - od doprowadzał na miejsce, ja dopasowywałam fotkę. I jedno i drugie bez czołówek było niezłym wyzwaniem, więc jeden stowarzysz i jeden opis uważam za sukces (mogło być więcej). Mam tylko jedno zastrzeżenie - niby trasa miała być do wożenia tyłka metrem (i na to się nastawiłam), a nabiegaliśmy się jak na zwykłych zawodach! Są też i plusy - wreszcie poznałam większość stacji metra i teraz w razie czego będę umiała się nim poruszać:-)

piątek, 22 września 2017

Szybki (i długi) Mózg

Po wakacjach wrócił Szybki Mózg i we środę odbyła się czwarta odsłona cyklu. Tym razem mieliśmy blisko, bo po naszej stronie Wisły, w związku z czym na start wpadłam minutę przed godziną "0", przy czym miałam pierwszą minutę startową. Jak to orientaliści - pogubiliśmy się w wąskich uliczkach przy próbie parkowania, Tomek mnie wysadził, żebym szybko poleciała, ale wysadził w złym miejscu. Na szczęście wrócił po mnie i dowiózł gdzie trzeba, ale czas leciał. Tak więc na trasę wybiegłam zupełnie nieprzygotowana mentalnie i duchowo. Na szczęście byłam już ubrana, z czołówką i kompasem w garści.
Wyjątkowo szybko znalazłam znaczek startu i poleciałam. Jedynka i dwójka proste, ale już w drodze na trójkę coś mi się pokićkało i byłam pewna, że biegnę na czwórkę. Za ch....ę teren nie chciał mi się zgodzić, postanowiłam więc cofnąć się do poprzedniego punktu i zacząć namierzanie od nowa. W połowie drogi uzmysłowiłam sobie, że biegłam dobrze, tylko na trójkę, a nie czwórkę, no ale strata czasowa już się zrobiła. A wiadomo, że jak się zrobi, to potem już tylko się nawarstwia.
Kolejny problem nastąpił między szóstką a siódemką - trzeba było przebiec kładką nad jezdnią i wstrzelić się we właściwą ścieżkę. Teoretycznie to jest łatwe, ale jak dla mnie to zdecydowanie nie podczas biegu, bo nie mam wtedy czasu patrzeć dookoła . Na szczęście biegł przede mną jakiś ogarnięty (lub tamtejszy) dzieciak i "przeprowadził" mnie przez kładkę i przejście pod jezdnią, prawie pod punkt. Na ósemkę nie spieszyłam się, bo po pierwsze musiałam odpocząć po schodach, po drugie czujnie wstrzelić się między bloki, a to najlepiej mi wychodzi na spokojnie.
Z dziesiątki na jedenastkę można było wyzionąć ducha - powrót przez kładkę (a więc schody), a potem dłuuuugo wzdłuż płotu. Co gorsza, potem powrót wzdłuż tego samego płotu, żeby dobiec do dwunastki. Dałam radę i biegłam (truchtałam) niemal całą drogę, ale za to do trzynastki odległej od dwunastki o rzut beretem szłam (tak - szłam) półtorej minuty.
Czternastka była nad jeziorkiem - daleeeeko. Z pomiędzy bloków wyszłam jeszcze statecznym krokiem, ale potem puściłam się biegiem. Zaliczałam po kolei wszystkie kałuże i bajora błotne, a potem mokrą trawę. Jak zobaczyłam, że piętnastka jest po drugiej stronie jeziorka i trzeba je obiec dokoła, to aż stanęłam, żeby pomyśleć, czy aby na pewno tego chcę. Bo może lepiej wrócić do bazy bez kompletu punktów? Ale, zapłacone, to trzeba lecieć - skarciłam się w duchu i pobiegłam w mokrą ciemność (nie mylić z Chrumkajacą Ciemnością). Jak ta piętnastka była daleko! I jeszcze bym ją przebiegła, ale swoją obecnością naprowadzili mnie na nią starsi panowie, też szukający tego punktu. Po piętnastce pocieszałam się, że już z górki - jeszcze tylko dwa punkty i meta. Na metę to już wiadomo - za tłumem, więc nawet nie musiałam patrzeć w mapę. Sczytałam wyniki i nawet nie byłam taka ostatnia - "8-e miejsce na 9 zawodników" :-) Może następnym razem będzie lepiej....

środa, 20 września 2017

Heeelp!!!!

Do bazy po etapach dziennych dotarliśmy za wcześnie. Znaczy się za wcześnie na żurek było i miałam dylemat - dożywić się, czy doczekać. Doczekałam. Doczekałam także powrotu Tomka, choć długo mu zeszło, a potem wszyscy doczekaliśmy się wyników etapów dziennych. Wyniki okazały się dość kontrowersyjne - naszpikowane wpisami PM, ZM, BPK. Okazało się, że organizatorzy posiedli jakiś genialny program do sprawdzania kart startowych, tylko nie przeczytali mu "Zasad punktacji i współzawodnictwa na Turystycznych Imprezach na Orientację PTTK". Nastąpiła chwilowa konsternacja, a potem chyba poszli mu czytać, bo kolejna wywieszona wersja wyników już usatysfakcjonowała większość oczekujących. Jak to zwykle bywa - nie wszystkich. Także i my z Darkiem mieliśmy wątpliwości co do naszej czwórki z etapu pierwszego - w terenie lampionu nie było, a my za wpis BPK dostaliśmy mylniaka. Nam to w sumie nie stanowiło, ale nasi juniorzy mieli tę samą sytuację, a wiadomo - oni walczyli o punkty dla drużyny. W końcu odbyła się wizja lokalna w obecności zainteresowanych stron i w jej efekcie poprawiono wyniki.
Na etap nocny znowu wywożono nas w siną dal, ale wracaliśmy już bezpośrednio do bazy. Znaczy się - nie mogło być daleko. Ponieważ Beatę opuścił partner z etapów dziennych, a samej nieprzyjemnie iść nocą w ciemny las, uprosiliśmy  dyrekcję imprezy żeby puścili nas we trójkę. Ostatecznie startowaliśmy poza drużyną, a o wynik "konkurowaliśmy" tylko między sobą. Tak dla ścisłości, to właściwie wybieraliśmy się na nocny spacer, bo miejsce na pudle w naszej kategorii zapewniał sam start:-)
Mapa w pierwszej chwili mnie skonsternowała. Wyglądała jak narysowana ołówkiem i aż popatrzyłam kto ma takie zdolności rysunkowe.  Najbliższy startu punkt był umiejscowiony za dość ruchliwą szosą i wyglądał nieskomplikowanie - kawałek prosto, potem w lewo w pierwszą ścieżkę i na zakręcie. Tyle tylko, że nie wiadomo było ile prosto, a ścieżek żadnych nie znaleźliśmy, zwłaszcza w lewo, bo w prawo, to nawet coś było. Kiedy doszliśmy już tak daleko, że dalej nie miało sensu, Darek zarządził odwrót na start. Budowniczy tego etapu był (w odróżnieniu od budowniczego etapów dziennych) rozmowny, pomocny i miły i wyjaśnił, że mapa to lidar, ścieżka to rów, a skala to 1:10000. Teraz to mogliśmy iść. I poszlibyśmy, gdyby Beata nie zauważyła, że w tę samą stronę ruszają TM-y i TJ-ty. W tę samą, czyli za ruchliwą drogę. Podejrzewam, że oczami wyobraźni zobaczyła gęsto ścielący się pod samochodami trup powierzonej jej młodzieży, a siebie w więzieniu i natychmiast podniosła raban. Coś tam ustalała z organizatorami, a my z Darkiem, nie wiedząc jeszcze wtedy co się dzieje, nerwowo przywoływaliśmy ją do porządku. W końcu ruszyliśmy. Poszukiwany przez nas rów nie był widoczny z drogi, bo kończył się wcześniej i przesłaniała go ściana roślinności. A jaką roślinność mają w okolicznych lasach, to przekonaliśmy się już podczas wcześniejszych etapów. No, nic. Jakoś rów znaleźliśmy, jego zakręt też i nawet lampion. Potem przebiliśmy się do asfaltu, zgarnęli łatwą siódemkę i poszli po równie łatwą ósemkę. Dziewiątki nie pamiętam kiedy braliśmy, ale na pewno jej nie przepuściliśmy. Reszta punktów z górnej części mapy była już postawiona poza zasięgiem dróg, na rowach i wałach. Dolną częścią mapy jeszcze wtedy się nie martwiliśmy. Do poszukiwań dziesiątki rozsypaliśmy się w tyralierę - Darek szedł jednym wałem, Beata drugim, a ja środkiem wypatrywałam początku trzeciego. Bardzo dobra metoda, bo zwieńczona sukcesem. Jedenastka była już mniej jednoznaczna, ale coś tam znaleźliśmy, a ja z Beatą uparłyśmy się, że to bardzo dobry lampion jest. Darek jak zwykle wybrzydzał, bo lubi mieć odmienne zdanie:-) Na dwunastkę i trzynastkę stojące stosunkowo blisko siebie przedzieraliśmy się przez jeżyny i pokrzywy. Jakie oni tam mają wypasione pokrzywy! Cudowne po prostu! Darek, przecierający szlak, całą drogę utrwalał sobie nowe słownictwo, które zapoznał na pierwszym etapie dziennym i było to jak najbardziej uzasadnione. W końcu doszliśmy do płotu, na którym miała wisieć dwunastka, poszłam więc po nią, a Beata z Darkiem mieli w tym czasie zlokalizować trzynastkę.
Mieliśmy w końcu komplet punktów z północnej części mapy, została nam jeszcze czternastka, piętnastka i 4 grzybki na południe od drogi, przy której mieściły się ośrodki wypoczynkowe. Po analizie mapy postanowiliśmy pójść na wschód drogą, skręcić w prawo w drogę za ośrodkami, a po dojściu do drogi poprzecznej namierzyć się na azymut. Teoria była piękna. Pierwsze zdziwko chapnęło nas po zejściu z głównej drogi, bo ta poprzeczna okazała się być rowem. Dobra - rów - może być i rów. Grunt, że w dobrym kierunku. Pokrzywy przy rowie okazały się jeszcze dorodniejsze od poprzednich. Drugie zdziwko chapnęło nas, gdy doszliśmy do drogi poprzecznej, która okazała się być jeszcze większym rowem. Konsternacja całkowita nastąpiła kiedy zajrzeliśmy do tego rowu - była w nim woda! Wyobrażacie to sobie? W rowie była woda! Żeby dojść do któregokolwiek grzybka, rów trzeba było pokonać. Udało się to niemal suchą nogą, o ile ktokolwiek z nas do tej pory w ogóle posiadał na sobie coś suchego. Zrobiliśmy może ze trzy kroki po drugiej stronie rowu po czymś, co wydawało nam się namiastką ścieżki (jak się bardzo chce coś zobaczyć, to człowiek sobie to wyobrazi) i stanęliśmy zatrzymani kłębowiskiem roślinności. Gdyby u mnie w ogródku cokolwiek chciało tak rosnąć, jak im te pokrzywy w lesie ... Postaliśmy, pomedytowali i uznawszy, że na etap wyszliśmy dla przyjemności, a skoro przyjemność się skończyła, to pora wracać do bazy. Chcieliśmy jeszcze tylko wziąć PK 14, bo był po drodze. To znaczy byłby po drodze, gdyby w okolicy była jakakolwiek droga.  Usiłowaliśmy przemieszczać się wzdłuż ogrodzenia ośrodka i nawet wyszliśmy na teren wolny od jeżyn i pokrzyw porośnięty zachęcająco wyglądającą trawką. Nooo, tak to można iść. Trawka kończyła się po kilkunastu metrach i znów zastąpiły ją pokrzywy. Jak się hoduje takie wielkie pokrzywy? Jak by dobrze pokombinować, to biznes życia można na nich zrobić! Stanęliśmy bezradnie - z jednej strony rów z wodą, a za nim ogrodzony ośrodek, z drugiej ściana pokrzyw i innych chaszczy, po bokach to samo. Ani w przód, ani w tył. Czysta rozpacz. Beata stanęła twarzą do ośrodka i zawołała:
- Heeeelp!!!!
Dołączyłam do niej w wersji dla rodaków:
- Ratunku!!!!!
Darek nawoływał:
- Halo! Halo!
Ponieważ pora była dość późna i nie chcieliśmy robić zbyt dużego rabanu, nasze pokrzykiwania były więc takie na pół gwizdka, ale za to coraz bardziej rozpaczliwe.
- Heeelp!!!!
- Ratunku!!!!
- Jest tam kto??!!
W końcu odezwał się jakiś męski głos:
- Co się dzieje?
Darek od razu rozpoczął tyradę o tym jak to nas wygoniono w ciemną noc samych do lasu dając takie dziwne mapy i co my teraz mamy zrobić - ratować nas trzeba! Człowiek - okazało się - wiedział co to impreza na orientację, więc nie był specjalnie zdziwiony naszą sytuacją. Litościwie zgodził się przepuścić nas przez teren ośrodka do drogi. Jeśli spełnią się wszystkie życzenia, które słaliśmy mu w myślach i werbalnie, to będzie chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W drodze do bazy spotkaliśmy młodych ludzi najwyraźniej idących przetestowanym przez nas przed chwilą wariantem, więc z całych sił odradzaliśmy im to. Ale młodzi swoje wiedzą, nie posłuchali. Potem spotkaliśmy Izę z Pawłem, ale i oni chyba tak nie do końca wierzyli w nasze ostrzeżenia.
W bazie Darek od razu spytał autora o intencje wpuszczania uczestników nocą w tak abstrakcyjny teren i co się okazało? Autor założył, że wszyscy pójdą wymyślonym przez niego wariantem, a nie jakimiś własnymi. Toż wiadomo przecież, że po uczestnikach należy spodziewać się każdej abstrakcji i na punkt mogą nadejść z każdej, nawet najmniej przewidywanej strony. Nam wydawało się dziwnym wracanie na metę po zrobieniu północnej części trasy, żeby dopiero stamtąd iść na południową część i raczej staraliśmy się drogę skracać, a nie wydłużać.
Cudowne ocalenie uczciłam w bazie butelką piwa i kiełbaską z grilla.
Niedzielny poranek powitał nas znowu deszczem, zakończenie przesuwało się i przesuwało, komisja odwoławcza rozpatrywała kolejne protesty, część osób zrezygnowała z czekania i wyjechała. W końcu jednak zaczęto wołać na zakończenie. Nasze dwie drużyny zajęło odpowiednio piąte i ósme miejsce, co w stosunku do DMP-ów sprzed dwóch lat (w ubiegłym roku sami organizowaliśmy) jest postępem i ilościowym i jakościowym:-) Ja i Darek zajęliśmy oczywiście pierwsze miejsce w naszej kategorii, co bardzo mnie rozbawiło, no bo kto by się spodziewał? Przy tak licznej konkurencji stanąć na podium... Ale ostatecznie wiek weterański też musi mieć jakieś zalety.


Muszę przyznać, że to były jedne z bardziej nerwowych zawodów, na jakich byłam - kilka protestów, sporo zastrzeżeń do sędziowania, a i pogoda pewnie wpływała na stan emocji. Jestem pełna podziwu dla Agnieszki, że podjęła się organizacji tak dużej i trudnej imprezy, że udało się zapewnić nam nie tylko bazę, ale i całodzienne wyżywienie (mniam, mniam), busik na każdy etap, masę sponsorów. No dobra - z pogodą się nie popisali i sędziowanie trochę kulało, ale w sumie to, co na zawodach mnie wkurzało, w tej chwili już mnie tylko śmieszy i jest świetnym materiałem do opowieści snutych wnukom w długie zimowe wieczory. (Nie, wnuków jeszcze nie mam!)

A to (prawie) cała nasza ekipa. Fot. ze strony Organizatora.

wtorek, 19 września 2017

Zapiski kierownika drużyny (cz.2)

Sobota po obiedzie
Powoli pojawiają się pierwsze wyniki. Kajakarze idą wszyscy łeb w łeb. Nasze TM-y - tak jak się spodziewaliśmy - walczyły na trasie o przeżycie, ale wróciły zadowolone i to się liczy. No, może poza jednym incydentem - jedna z dziewczyn się źle poczuła. Wymagała pomocy. Okazało się, że na mapie nie ma żadnego telefonu kontaktowego do organizatorów! Dzwonienie do nauczyciela czy kierownika drużyny buszującego po jeżynach nie zawsze jest skuteczne. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale robiąc mapy – szczególnie dla młodzieży - pamiętajmy o telefonie ratunkowym do kogoś, kto jest na stracie czy w bazie „pod zasięgiem” – zawsze można złamać nogę, wpaść do jakiejś dziury i nie być w stanie samodzielnie się z tego wykaraskać! „Uśmiałem się” argumentacją organizatorów „nie podajemy telefonów na mapie, bo mapy idą potem w świat i potem znają nasz telefon i miewamy z tego powodu nieprzyjemności, musieliśmy kiedyś zmienić numer”.
Pojawiły się wkrótce wyniki pierwszych etapów TJ i TS, a potem wyniki TR. Iza z Pawłem poszli całkiem dobrze i byli w  czołówce TJ-tów. Naszego zespołu w wynikach TS E1 nie było – pewnie dlatego, że dotarliśmy na metę ostatni. W wynikach zadziwiała mnogość PM, BPK  i zmian. Wkrótce okazało się, że karty sprawdzał jakiś program, który błędnie interpretował punkty podwójne zaliczając zmianę i wpisując BPK-a. No cóż, technika bywa zawodna. Tłum zaniepokojonych uczestników oblegał domek organizatorów i co chwila pojawiały się nowe zaktualizowane wersje wyników. Niknęły z nich zmiany, ale zostawały ciągle PM-ki. Okazało się, że organizator, a może bardziej budowniczy tras, każdy lampion nawet na podobnej formie terenu odległy więcej niż 5 mm od PK traktuje jako PM. Jak za czasów prehistorycznych, a nie obecnych regulacji. A nawet jeszcze rygorystyczniej – na naszym etapie pierwszym  za punkty na mapie pomocniczej (w skali ok. 1:37 000) ludzie dostawali mylniaki za potwierdzenie lampionu w odległości 50 m od właściwego PK (łatwo przeliczyć, że wg regulaminu 5mm, gdzie wszystkie lampiony MUSZĄ być traktowane jako stowarzysze, to ponad 180 m!). Coś tam chyba udało się autorowi trasy przetłumaczyć, bo kilka mylniaków w wynikach ubyło, ale dalej były takie, które mylniakami być nie mogły (np. te dotyczące PK 13 na etapie 1).
Na mapę główną (warstwicówkę) nałożony jest wycinek z mapy dodatkowej z zaznaczonym PK 13 (małe kółko) i okręgiem 5mm, gdzie każdy lampion MUSI być PS, a nie PM! Więc dla czego mamy PM w PK 13?
Naszych wyników ciągle nie było, więc ciężko było mi się do tego odnieść. Także wzorcówki, które zawisły niewiele mówiły: są standardy oznaczania PS i PM (zresztą wymagane bezwzględnie na imprezach klasy mistrzowskiej), a tu tego nie było, tylko czyste kody.
Trochę zamieszania wprowadziły wyniki TR. Autor coś tam przekombinował stawiając punkty i okazało się, że jest więcej prawidłowych punktów niż myślał. Ale z tego co widziałem, sprawa została szybko załatwiona. Pojawiły się wyniki etapu drugiego – nam i naszym TJ-tom poszło znośnie. Drugie TS tu poległy.  W międzyczasie pojawiły się wyniki TW – Darek zaraz zgłosił zastrzeżenie co do jednego punktu. Jako, że TW szło na trasie TJ, było to istotne, bo uznanie zastrzeżenia znacząco poprawiało wynik Izy i Pawła. Zaraz ekipa pojechała sprawdzać rozlokowanie lampionu. Oczywiście Darek miał rację!
Naszych wyników z etapu pierwszego ciągle nie było;-(

Wieczór
Na etapy nocne mieli nas wywieźć, a etap ma zakończyć się w bazie. Może wreszcie będzie mniej jeżyn! Pojechaliśmy. Zostaliśmy wysadzeni w środku lasu. Deszcz rozpadał się na całego. Wreszcie dostaliśmy mapę i ruszyliśmy. Pierwszy problem - brak skali. Gdzieś na prawo od drogi czekały nas w lesie PK 1, 2 i 3, tyle że w miejscach na tyle niecharakterystycznych, że bez skali nie do znalezienia. Trzeba jak nic przejść kawał drogi, by skalę wyznaczyć. Postanowiliśmy iść do PK 5. Wyszło ze 700m. Jest zakręt drogi, rozwidlenie, rowy obok, nawet rów poprzeczny. Tyle, że nie ma lampionu. Chodzimy, szukamy właściwie prawie wszystko się zgadza. No, może jedynie duża dziura pojawia się zbyt wcześnie. Zajęło nam to 40 minut zanim dostrzegliśmy dołki na wycinkach. Poszliśmy na północ, a nie na południe! Zgroza. Wracamy, cichaczem przemykając się obok startu, bo wstyd. Idziemy w drugą stronę i znajdujemy PK 4. Także dobre kilkaset metrów. Szczerze mówiąc znowu nie wiem jaki cel przyświecał budowniczemu – gdyby dał coś, na co można by się namierzyć i zacząć od PK 1, a tak niezależnie czy najpierw szukamy PK 4, czy skrzyżowania w bok na asfalcie trzeba z kilometr przejść bez sensu. Ale to ten „nowy budowniczy,” więc takie „błędy” się wybacza;-)
Uzbrojeni w skalę wracamy po PK 1. Wchodzimy w las i szukamy maleńkiego kopczyka przy wale (bądź rowku). Wałów znajdujemy bez liku (na wycinku raczej ich nie mamy), zaś kopczyka ani widu, ani słychu. Po długiej chwili udaje się go namierzyć. Wiemy, że z drogami do kolejnych PK cienko, więc idziemy na azymut. Znaczy, przedzieramy się … oczywiście przez jeżyny i szukamy kolejnych wałów. Coś obrodziły te wały w terenie, zupełnie jak jeżyny! 40 minut w plecy na starcie, więc nie czeszemy zbyt dokładnie i wbijamy lampiony z pierwszych pasujących miejsc, bez sprawdzania czy to na pewno dobre punkty. Wreszcie wydobywamy się na drogę w okolicach PK 4. PK 5 to miła odmiana, bo można dotrzeć drogą, Nawet jeszcze kawałek w kierunku grzybka C. Pierwsze dopasowanie – udaje się. I znowu mozolnie na azymut w poszukiwaniu kolejnego grzybka D. Tu spotykamy jakiś spory tramwaj TS-owy. Ruszamy innym wariantem w kierunku następnego grzybka, ale to wyraźnie tramwaj pospieszny i wkrótce nas dopędza. Tu źle dopasowujemy fragment i przez chwilę szukamy nie tego co trzeba. Dalej jeżyny w wersji premium. Zaliczam glebę, gdy łapią mnie za nogi, ale podnoszę się. Spotykamy surrealistyczny słupek działowy w środku krzaków. Zastanawiam się, czy nie wracać do bazy, bo czas nam się skończył. Przemek twierdzi, że mu się podoba taka extremalna przygoda (bardziej męcząca niż setki na które na namiętnie biega) i idziemy na wszystko. Właściwie to wszystko jedno, więc idziemy. I dalej brniemy na azymut. Jeszcze dwa grzybki i wreszcie wychodzimy na drogę. Można podbiec. Dwa punkty to formalność. I długi dobieg do ostatniego grzybka już niedaleko mety. Przebiegamy drogę prowadzącą na „korzonek” grzybka i zamiast wrócić lecimy na azymut. Nie wiem jak nazwać te jeżyny, skoro wersja premium już była.  Takie nowe powiedzenie ciśnie się na usta „są jeżyny – jest zabawa”. I rów z wodą, a za nim płot jakichś działek. Przejścia między płotem a rowem z wodą praktycznie nie ma. Trafiamy na sterty skoszonej trawy i podesty wysypane żwirkiem, a także plamę jakiegoś nieprzyjemnie pachnącego „nawozu” (oczywiście pochodzenia organicznego), która wymyka się spod nóg i Przemek organoleptycznie ma okazję sprawdzić jakość tego produktu. Słowem hardcore. A w oddali (nie takiej dalekiej) niesie wiatr rytmy Disco Polo z dyskoteki tuż obok bazy. Wreszcie znajdujemy punkt i biegiem do bazy.
W bazie szybka kiełbaska z grilla. O, wiszą nasze wyniki z E 1! Jakieś bezsensowne PM-ki  - wspomniany wcześniej PK 13. Idę poawanturować się do domku organizatorów – by sprawdzili karty poprawnie, a nie według jakichś nieregulaminowych zasad. Teraz już wiem – uprawnienia PInO budowniczego etapów dziennych i Sędziego Głównego pochodzą sprzed wielu lat. O Ile budowniczy jest jeszcze czynnym Przodownikiem, to Sędzia główny uprawnienia utracił – znaczy nie ma styczności z InO. I obydwoje jak widać nie śledzą zmian regulaminowych. Nie wiem czy to był dobry wybór organizatorów – Agnieszka lub Adam na pewno by takich baboli nie popełniali! A ciężko dyskutować z kimś, kto nie ma pojęcia o czym mówi, więc nie liczyłem na jakąś większą korektę wyników. Choć świerzbi mnie ręka by napisać paszkwila do KInO – oni teoretycznie mogą skorygować wyniki, a mam wrażenie, że by trochę to przetasowało w klasyfikacjach końcowych.

Noc.
Noc jak noc. Mało spania bo uda i kolana rozorane jeżynami i poparzone pokrzywami nie dają zasnąć. I muzyka w oddali „A Ona tańczy dla mnie…”.

Niedzielny poranek
Oczywiście przywitał nas deszcz. Wyników etapu nocnego nie widać (a szkoda) tylko jakieś podsumowanie drużynowe. Podobno były, ale przespałem. I Sędzia główny wołający kapitanów na zebranie komisji odwoławczej. Protest dotyczący trasy rowerowej. Bezzasadny, bo wnioskujący chciał potraktowania punktów wyznaczanych wg zasad dokładnie opisanych jak LOP-kę (a to nie była LOP-ka). Jednomyślnie protest odrzucony. Po śniadaniu kolejne zebranie komisji. Tym razem  zamiast jednej drużyny – sztafeta. Uzasadnienie zupełnie bezsensowne. Znowu jawna sprzeczność z regulaminem i protest odrzucony. Co chwila jeszcze jakieś korekty wyników. Ja ciągle czekam, by zobaczyć swoje z etapu nocnego. Nie doczekałem się. Mamy wreszcie zakończenie. Drużynowo 5 i 8 miejsce. O włos od czwartego. Może warto było się więcej awanturować? Iza z Pawłem na TJ/TU miejsce trzecie. Rowery zdominowali Barbara z Darkiem. W weteranach bezkonkurencyjni Darek z Renatą, a Beata druga. I jeszcze jesteśmy drudzy w MiniInO.
Warszawa 4 czyli drużyna inetregionalna

Stowarzyszona Warszawa


Zamiast podsumowania
Wrażenia – mieszane. Na pewno widać zaangażowanie organizatorów. A sukienka Agnieszki to zupełny odlot! Brakowało mi inetgracji – nie wszyscy zmieściliśmy się w bazie, nawet integracja w obrębie drużyny była ciężka. Pogoda była jaka była, za to nikogo winić nie można. Grunt, że nie przeszkodziła kajakarzom i rowerzystom. Trasy niepiesze nie zgłaszały większych uwag do tras, znaczy było dobrze. Duży niesmak zostaje po sędziowaniu i budowniczym etapów dziennych. I oczywiście jeżyny – rozumiem, że pobliskie lasy są jakie są, ale warto pochodzić po lesie przed budową trasy i pomyśleć jak będzie uczestnik szedł z punktu na punkt. I nie przesadzać z wpuszczaniem go w maliny:-)
Na koniec nie mogło zabraknąć pamiątkowej fotki w  deszczu całego składu

Którędy do mety?!

Na mecie, po pierwszym etapie  kompulsywnie wciągnęłam wielką drożdżówkę, na którą wcale nie miałam ochoty, szczególnie, że wybrałam z makiem (nie lubię), bo stres miesza w głowie człowiekowi. Potem czekaliśmy aż zbierze się pełen autobus ludzi, żeby przejechać na start drugiego etapu. Taki busik wynajęty na cały dzień to fajna sprawa.
Mapę dostaliśmy jakąś taką brudną, jakby wpadła komuś w popiół. Wszystkie takie były (a tezetów nawet bardziej), więc nie protestowaliśmy uznawszy, że to taka konwencja. Opis był dość długi i znudził mi się po pierwszym zdaniu. Nie wiem czy Darek doczytał o co chodzi, ja w każdym razie dopiero wczoraj dowiedziałam się po co było to ciemne :-)
Skalę mapy można było teoretycznie dokładnie obliczyć, bo były ku temu mocne przesłanki, ale nie mieliśmy długiej linijki i nic z tego nie wyszło.  Skalowaliśmy się więc tradycyjnie liczeniem kroków na wyznaczonym odcinku. Od pierwszego rzutu oka dopasowałam trzy wycinki, z czego dwa nawet dobrze, jak się potem okazało i poszliśmy empirycznie przekonać się gdzie jest reszta. Ze startu ruszyliśmy asfaltem, za naszymi juniorami. Ja byłam gotowa całą trasę iść za nimi, bo dobrzy są, ale Darek w pewnym momencie stwierdził, że coś za długo idziemy tym asfaltem (kurna, za jeżynami się stęsknił ???) i zarządził wejście w las. Na szczęście zaatakowaliśmy leśną drogę, a nie ścianę roślinności. Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a nasz azymut twierdził, że od jakiegoś czasu zamiast zbliżać się do różowej gwiazdki (gdzie mieliśmy dotrzeć), to oddalamy się od niej. Wróciliśmy na bezpieczny asfalt i kompas od razu pochwalił naszą decyzję.  Dopiero następna droga, za zawijasem asfaltu okazała się słuszna i doprowadziła nas w upragnione miejsce. Typowałam, że gwiazdka będzie skrywać  PK 7, tymczasem okazało się, że to PK 10 i 11. Ósemka była łatwa. PK 2 stał na „niewiadomoczym”, zaznaczony pośrodku burej plamy. Na miejscu okazało się, że dodatkowo był dobrze schowany na zwalonym drzewie, ale jak my doszliśmy, wiodła już do niego wydeptana ścieżka. Darek twierdził, że lampion powinien wisieć na innej grupie drzew, ale ja na mapie nie widziałam żadnej różnicy w ciemności plamy, więc też i drzew nie byłam w stanie zlokalizować.
Trójka i siódemka wyleciały mi z pamięci (mam bardzo krótkotrwałą), ale jak patrzę w mapę to trójka ewidentnie była na poziomnicy. Nawet chyba widziałam w terenie tę poziomnicę, taka brązowa była. Przy czwórce Darek znowu zaczął grymasić, że mu nie pasuje.  Ja w pierwszym odruchu wskazałam sosnę, z której ostatecznie wzięliśmy punkt, ale zrobiliśmy to dopiero po obleceniu terenu w promieniu co najmniej kilometra i zaliczeniu wcześniej szóstki.  Trochę czasu nam zajęło bieganie między punktami, ale trudno, przynajmniej drożdżówkę spaliłam. Piątka była banalna, dziewiątka bezproblemowa, a w ogóle do większości punktów spokojnie dochodziliśmy drogami, nie to co na poprzednim etapie.
Wszystko szło nieźle aż do ostatniego PK. Ostatni też wszedł gładko i dopiero wtedy zaczęły się schody. Meta zaznaczona była w sporej odległości od ostatniego punktu, już poza mapą, na czystej białej kartce. Przed sobą mieliśmy pole kukurydzy, po prawej pola, po lewej autostradę. Kompas informował, że meta wypada jakoś między prawą, a lewą jezdnią. Wściekli postanowiliśmy zadzwonić do autora mapy z pytaniem, czy faktycznie mamy się wdzierać między samochody, ale obejrzeliśmy całą mapę i nie znaleźliśmy alarmowego numeru telefonu. Mało tego, autor nawet się nie ujawnił. Za to był bogaty wykaz sponsorów. Ale też bez numerów telefonów:-(
Zaryzykowaliśmy wariant w lewo, nastawiając się, że być może będziemy musieli wracać, jeśli meta będzie jednak po drugiej stronie autostrady.  Już z pewnej odległości zobaczyliśmy dach busika, a w końcu i metę. Było do niej dojście i z lewa i z prawa i z nawprosta z kukurydzy. Jeszcze tylko poczekaliśmy na zapełnienie pojazdu i wreszcie można było jechać na obiecany żurek.


c. d. n.

Zapiski kierownika drużyny (cz.1)

W ramach wstępu
Rok temu nie mieliśmy drużyny na DMP-ach. Bo sami je organizowaliśmy. Ale na tegoroczne drużynę mieć wypadało. Wici rozpuszczone na stowarzyszonej liście dyskusyjnej dały pierwsze zgłoszenia chętnych. Na mnie - jako posiadacza biletu bezpłatnego wstępu na imprezę - padło ogarnięcie tej drużyny. Jak zwykle najtrudniej jest z młodzieżą. Szczególnie termin zgłoszeń, który upływał jeszcze w sierpniu utrudniał kontakt z gimnazjalistami.  Niezawodna Beata i jej SKKT 101 dał nam wsparcie, choć do ostatniej chwili krystalizował się skład drużyny. W efekcie dostaliśmy dwa zespoły TM i połówkę TJ. Ale należy tu wspomnieć o Izie, która w ostatnich czasach przebojem wdarła się do InO i pomimo wieku zaliczającego ją spokojnie do TM-ów, z sukcesami zmaga się z trasami TU. W ten sposób dostaliśmy właściwie pierwszy od dłuższego czasu zespół TJ mogący walczyć o wysokie miejsca. Specyfika DMP-ów i konstrukcji drużyn przy naszych dwóch zespołach TM wymusiły  konieczność utworzenia drugiej drużyny naszego środowiska. No bo jak logicznie wytłumaczyć sytuację, gdy gimnazjaliści jadą na Drużynowe Mistrzostwa Polski, pokonują tę samą trasę co koledzy z drugiego zespołu, a w uzysku przywożą nie 5 tylko 3 lub 4 punkty do odznaki InO za etap (a są  oni na etapie intensywnego zbierania punkcików na kolejne odznaki)? Jest to bardzo zniechęcające! A wystarczyłoby pozwolić na maksymalny skład drużyn określony w regulaminie (czyli 12 zespołów, po dwa zespołu w TS/TU/TM), i do klasyfikacji drużynowej liczyć wyniki najlepszego zespołu z danej kategorii!
Grunt, że udało się utworzyć drugą drużynę, wprawdzie niepełną, ale startującą już w klasyfikacji mistrzowskiej. Udało się także uzyskać „wspomaganie” w postaci zespołu TJ z Łętowni, który dołączył do drużyny w ostatniej chwili. Zabrakło tylko zespołu TK.
Tyle w ramach przydługiego wstępu.

Piątek
Ważne, że na czas dotarliśmy na miejsce (oczywiście w podgrupach). I tu zaczęły się problemy. Na początek logistyczno-organizacyjno-noclegowe. Baza imprezy dysponowała niewielkim zapleczem noclegowym. Zbyt małym by pomieścić wszystkich uczestników. Nieszczęśliwy dla naszych perypetii z młodzieżą i dokompletowywaniem drugiej drużyny termin zgłoszeń spowodował, że zabrakło nam z 10 miejsc noclegowych w domkach. Alternatywą była możliwość noclegu w namiocie, ale po niedawnych zdarzeniach w Borach Tucholskich rodzice młodzieży postawili twardy warunek – żadnych namiotów. Udało mi się, po wielu perypetiach i odpytaniu organizatorów o możliwości noclegowe obok, dodzwonić do położonego „tuż za płotem” ośrodka „Kolejarz” i zarezerwować brakujące dwa domki. Oczywiście dopytałem się czy to Kolejarz i ul. Sosnowa. Cena ciut wyższa niż w bazie, ale akceptowalna. Gdy na miejscu znalazłem ów DW Kolejarz, okazało się, że… tam nie ma domków. Znaczy są, ale wykupione przez osoby prywatne, a sam ośrodek to jakaś ruina w stanie likwidacji. Znowu chwytam za telefon i okazuje się… że chodziło o inną lokalizację, prawie kilometr od bazy. Ten sam numer (4) tyko zamiast ulicy Sosnowej zrobiła się ulica Słoneczna (niby pierwsza litera ta sama). Z duszą na ramieniu wraz z grupą młodzieży poszedłem szukać ulicy Słonecznej i charakterystycznego „Najwyższego słupa energetycznego”. Domki się znalazły, nawet w ciut lepszym standardzie niż w bazie, ale kilometrowa odległość wykluczała integrację środowiska. Szkoda.

Sobota rano
Sobota przywitała nas deszczem. Może nie jakimś ulewnym, ale z nieba ciągle coś padało. Wiadomo, mokra trawa i po chwili będzie wszystko mokre. Zapowiadało się niefajnie, szczególnie dla etapów kajakowych, choć z drugiej strony wiadomo że oni będą mieli mokro od spodu.
Nas wywieźli w jakiś las (a konkretniej na skraj pola), gdzie musieliśmy swoje odstać czekając na minutę startową. Ja startowałem z Przemkiem na TS-ie, ale razem z nami czekały obie drużyny TJ, także te, które dojechały wcześniejszym kursem busika.  Widzieliśmy, że poprzednicy po pobraniu map kierują się w stronę lasu majaczącego na horyzoncie. Wreszcie przyszła nasza kolej. Mapa – wyglądała niegroźnie – warstwicówka i znany numer z „zagięciem mapy” skutecznie gmatwający obraz całości. Do tego „mapka ratunkowa” mocno nieświeża (początek XX wieku) w skali bliskiej 1:40000 jak się okazało  z trzema punktami do znalezienia.
Na początek niedokładnie ustawiliśmy mapę (lustro trochę myli) i zamiast  trafić na PK 1 przeszliśmy niewielki lasek „na przestrzał”. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – dzięki temu mieliśmy dobry ogląd sytuacji i wiedzieliśmy gdzie szukać PK 1-3. Po chwili trafiliśmy na idące z naprzeciwka zespoły wracające z PK 1, 2 i 3, w tym naszego drugiego TS-a. Podpowiedzieli nam, iż kopczyk na PK 2 jest wątpliwy i mało charakterystyczny i szukajcie go przy „śladach zwierząt”. Poszliśmy dalej starając się dopasowywać mapę do terenu i usiłując unikać bliższego kontaktu z pokrzywami atakującymi nas ze wszystkich stron. Spotkaliśmy lampion w okolicach spodziewanego PK 2, ale coś nam nie pasowało. W efekcie dotarliśmy do wałów na których powinien być PK 1. W międzyczasie przebieżność lasu gwałtownie spadała. Las wprawdzie nie był zbyt gęsty, ale głębokie bruzdy jak to w nowych nasadzeniach, kolczaste jeżyny i róże stanowczo hamowały nasze tempo przemieszczania się. Na PK 2 i PK 3 poszliśmy na azymut. No cóż – do tej pory sądziłem, że Lampionada (zwana po cichu Jeżynadą) była imprezą ekstremalną. Ale zacząłem rewidować swoje poglądy. Właściwie to poszycie mi je rewidowało, a konkretne (krwawe) ślady tej rewizji zostawiało na udach i kolanach.
Do PK 4 kawałek dało się podejść drogą. Przemek podbiegł wpisać 13-stkę (z tej starej mapy), a ja poszedłem szukać PK 4. Niestety, drogę zagrodziły mi płoty. Znalazłem wreszcie jakieś rowki i jeden jedyny lampion – nie dałbym sobie uciąć ręki, że stał on na właściwym rowku. Nie wiem co za sens jest wybierać lokalizację PK w miejscach tak niejednoznacznych?
Postanowiliśmy dalej chodzić na azymut. Niestety na drodze na PK 5 wyrósł nam kolejny płot. Obchodząc go naokoło drogą łatwo się wkręcić, co i nam się zdarzyło.  Coś źle wyliczyliśmy odległość i wyszło nam, że PK będzie „po lewej strony drogi, na górce”. Górka była, kształt mniej więcej się zgadzał i był lampion. Wpisaliśmy kod. Dalej na azymut w dół, na wschód do PK 12. Powinien być wałek po ok 100 m. Wałek jest. Na jego prawym końcu szukamy lampionu. Lampionu brak. Przeczesujemy teren wokoło. Badamy wszelkie krzaki pełne jeżyn. Co chwila z moich ust padają niecenzuralne słowa. Ani śladu lampionu. Szukamy innych elementów charakterystycznych, ale tu coś przestaje się zgadzać. Po dobrej pół godzinie poszukiwań dociera do nas, że to nie ta górka – powinna być ta po drugiej stronie drogi! Teraz idzie łatwo (oczywiście uwzględniając jeżyny). Problem w tym, że czas podstawowy się skończył, a my mamy tylko 8 PK z 15! Odpuszczamy PK 10, lecimy na PK 9 i PK 8. Potem znajdujemy drogę – powinien być na niej PK 15 ze „starej mapy”. Pewnie drogi się pozmieniały od tego czasu, więc bierzemy coś, co wcale nie jest na rozwidleniu przecinek, ale na pewno gdzieś w okolicach wskazanych na mapie. Znowu nie kumem podejścia autora strasy – wg definicji PK powinien być na obiekcie charakterystycznym w terenie zaznaczonym na mapie, a tu co innego na mapie i co innego w terenie. Zerkam na mapę – autor ma bardzo porządny numer legitymacji PInO 23 – to zobowiązuje i nie powinien robić takich dziecięcych pomyłek! Czas się coraz bardziej kończy. Przedzieramy się na PK 7. Potem biegiem w kierunku mety – na szczęście drogą – jeszcze zahaczamy o PK 11. Bez 2 PK i w 10-ciu ciężkich minutach wpadamy na metę jako ostatni zespół. Zastajemy przytupująca obsługę mety, jakąś resztkę bułek i brak wody. Dobrze, że mam w zapasie troszkę wody. Wsiadamy w auto i zostajemy dowiezieni na start drugiego etapu.
Wrażenia z etapu pierwszego? Wygląda jakby autor wyznaczył punkty palcem na mapie nie będąc w terenie. Wiadomo, że na warstwicówce chodzi się na azymut. Co za sens jest wymyślać taką mapę w terenie nieprzebieżnym, a wręcz groźnym dla zdrowia uczestnika? MnO to nie jest żadna impreza ekstremalna! Może większy limit czasu pozwoliłby próbować obchodzić najniebezpieczniejsze miejsca, ale tu naprawdę nie było na to czasu – trzeba było pruć naprzód, nie zważając na to, że leje się krew. Jestem zdziwiony, że tak doświadczony autor wymyślił coś takiego, a sędzia główny nie sprawdził tras.
Etap drugi przywitał nas całkiem intensywnymi opadami deszczu. Dostaliśmy mapę czy właściwie produkt mapopodobny – w postaci obrazu lidarowego pokrycia roślinnością. Czarnobiały. Co tu dużo mówić - o czytelność dość umiarkowanej. Na szczęście były „rozjaśnienia” do dopasowania, ale kilka PK było zaznaczonych na głównej mapie i szczerze mówiąc, na sporej części z nich nie dostrzegałem co miały wskazywać środki okręgów. Ot choćby PK 9 – środek okręgu wskazywał „charakterystyczny obiekt w terenie” w postaci… różowego ramienia gwiazdki oznaczającego miejsce dopasowania wycinka. Hmm, już sobie wyobrażam grubą różową linię w lesie:-) Zaraz poszukałem kto takie dziwa wymyślił. Ale widać autor wstydził się tego co zrobił, bo na mapie się nie podpisał. A w/g regulaminu (konkretnie obowiązków organizatora imprez rangi PP i MP) obowiązkowe jest zamieszczenie tej informacji na mapie! Nie pamiętałem z rozpiski kto jest autorem poszczególnych etapów, ale jednym z autorów miał być ktoś bez większego doświadczenia i wtedy stawiałem na niego. Mocno zdziwiłem się potem, gdy sprawdziłem, że autorem był PInO nr 23 – ten sam co etapu pierwszego. Taka seria wpadek jest po prostu u kogoś doświadczonego karygodna!
Na mapie zastanawiały jeszcze dwa wycinki z punktem o tym samym numerze 6. Na starcie nikt nie chciał nic wyjaśnić, mówiąc że okaże się w terenie. Dobra, poszliśmy. Pierwszy wycinek powinien być niedaleko. Odmierzyliśmy – gwiazdka oznaczająca środek wycinka jest w tym miejscu. Na wszelki wypadek sprawdziłem – ta różowa gwiazdka w terenie nie istnie (tak odnośnie czekającego nas PK 9). Wycinak dopasowaliśmy bez problemu. Wszystko się zgadza. Tylko, że nie ma żadnego lampionu! Jeszcze raz czytamy opis mapy „ w potwierdzeniu należy podać oznaczenie punktu z mapy oraz kod z chorągiewki punktu kontrolnego znajdującego się w terenie”. Hmm, co to są te „chorągiewki”? Może należy szukać czegoś innego niż lampion? Jeszcze raz przeszukujemy teren  - bezskutecznie. BPK-a można wpisać zawsze, ale ta podwójna szóstka daje do myślenie. Na pewno wpis BPK byłby do obronienia jak i wpisanie dwóch punktów o oznaczeniu 6, choć po tych dziwnych zapisach i licznych błędach na mapie, podejrzewamy autora o jakąś złośliwość i chęć wstawiania PM za wpisanie BPK-a w tym miejscu (a po co się kłócić z kimś niedouczonym, skoro możemy ten PK pominąć?). Bo z drugiej strony regulamin InO nie dopuszcza sytuacji świadomego stawiania BPK-a przez autora!
Idziemy na kolejną gwiazdkę. Przedzieramy się znowu przez jeżyny zamiast iść wygodną drogą. Jadąc na zawody w pobliżu bazy widzieliśmy przepiękne lasy, przebieżne, fajne, a nas tu ciągają po jakiś chaszczach. Dochodzimy do kolejnej gwiazdki i trafiamy na młodnik. Gęsty i oczywiście pełny jeżyn. Gdzieś w tym młodniku jest kilkanaście dziur w ziemi i jedna z nich to ta właściwa. Ciekawe czy autor wie, że do takiego młodnika nie można wchodzić (uprawa leśna o wysokości poniżej 4 m)? Jest to karalne! Zastanawiamy się czy tak nie postąpić – napisać „uprawa leśna – zakaz wejścia” – punkt jest bezsensowny. Musimy zadeptać hektar uprawy by znaleźć właściwy dołek! Nic.
Bądź tu mądry i znajdź właściwy dołek w młodniku!
Decydujemy się czesać. Płot na środku nie ułatwia sprawy. Znajdujemy 3 lampiony i losowo wpisuję ten który wydaje mi się najlepszy. Podejrzewam, że budowniczy i tak stawiał te lampiony sam nie będąc pewny, który dołek jest właściwy. Zniesmaczeni idziemy dalej. Kolejna gwiazdka to dwie duże dziury w ziemi. Normalny punkt. Nawet taki „zbyt prosty” w porównaniu do poprzednich. I właściwie bez chodzenia po jeżynach! Przed nami wspominana na wstępie dziewiątka. Na początku dopasowujemy zły fragment, ale po kolejnym wejściu w młodnik (uprawę leśną), oczywiście pełnym jeżyn, weryfikujemy przypisanie wycinka. Zostaje teraz nieszczęsna 9-tka. Jako, że nie wiadomo co wskazuje okrąg, szukamy lampionu gdzieś na SE od PK 8. Wychodzi nam z tego duży dół.
PK 10 jak widać znajduje się na łące. Jakaś niewyraźna plamka. Wygląda na jakieś drzewo, ostatnie w szeregu. Przeczesujemy łąkę i zarośla na środku. Lampion jest, ale nie na ostatnim drzewie tylko skitrany niczym japoniec na jakimś powalonym konarze. Znowu pomyłka w wieszaniu lampionu? Bo zgodnie  z regulaminem lampion ma być „DOBRZE WIDOCZNY”  i w miejscu charakterystycznym, a nie ukryty gdzieś obok. Ręce i nogi opadają po prostu. Dawno nie spotkałem tak zepsutej trasy i braku myślenia u budowniczego;-(
Kolejny PK 3 znowu w młodniku, zaś „druga szóstka” ciężka do wyczajenia. Końcówka trasy raczej oczywista, podbiegamy. Przed nami ostatnia zagwozdka - meta. Gdzieś poza mapą , na białym. Analiza mapy i ogląd w terenie pokazuje, że meta jest gdzieś… na środku autostrady, albo na jej brzegu! Wiadomo, że autostrady nie daje się przejść w dowolnym miejscu. Konsternacja. Na granicy mapy widać przelot pod autostradą. Szybka decyzja - z lewej, czy z prawej? Bo jeśli przy mecie nie ma przejścia to czeka nas kilkaset metrów powrotu, a lekkie minuty zaczynają się kończyć. Meta wydaje się bardziej po lewej stronie, więc ryzykujemy (po prawej drogę na wprost zagradza nam pole kukurydzy). Okazuje się, że to dobra decyzją. Mamy przebieżną łąkę aż do mety… ukrytej w przelocie pod autostradą. Uff zdążyliśmy!
Teraz prawie godzina czekanie na powrót ostatnich zawodników (a nie chcą wrócić z trasy) aż wreszcie autokar zabiera nas bez nich do bazy na zasłużony ”żurek”.
Wrażenia z etapu – bardzo negatywne. Znowu jakby autor nie widział terenu przed wymyśleniem trasy, łamanie wszelakich przepisów i zasad. Gdy dowiedziałem się kto jest autorem – no cóż, może jednak powinno odbierać się uprawnienia PInO osobom, które na nie nie zasługują. Albo co najmniej po czymś takim kierować na kurs i egzamin sprawdzający. Takie trasy to po prostu kompromitacja na imprezie rangi Mistrzostw Polski:-(
Ciepły żurek poprawia humor (tu bardzo duży PLUS dla organizatorów – to chyba pierwsza impreza na której jestem z tak wypasionym wyżywieniem: śniadaniem, obiadem, kolacją! All Inclusive!).
Dobra – czas opatrzeć rany na nogach, zmienić ubranie na suche i poczekać na wyniki.

c.d.n.

poniedziałek, 18 września 2017

I po co mi to było????

Uczciwie przyznam, że na DMP-y nie chciało mi się jechać, ale ponieważ oboje z Tomkiem mieliśmy bilety wstępu, więc głupio by było nie skorzystać. Za to wymiksowałam się ze startu w drużynie i lajtowo zapisałam się na trasę weterańską. A co? Swoje lata już mam.
Tradycyjnie wyjechaliśmy dość wcześnie, żeby po drodze zaliczyć jakieś trino, ale trino było w Spale, a w Spale to ja spałam. Co prawda szturchana przez Tomka na moment martwą podniosłam powiekę, ale zaraz mi opadła i tym sposobem trino nam się wściekło.  Była jeszcze opcja kolejnych trzech w Częstochowie, ale po wpakowaniu się w korki spowodowane robotami drogowymi uznaliśmy, że mamy za mało czasu. Nawet na jedzenie się nie zatrzymywaliśmy. Chyba pierwszy raz w życiu zrezygnowaliśmy z tylu tradycyjnych elementów wyjazdu.
W bazie okazało się, że młodociana część drużyny wcale nie będzie mieszkać tuż za płotem, jak było pierwotnie mówione, tylko w pieron daleko, że nogami nie warto iść. Tomek, jako kapitan drużyny cały wieczór spędził na rozlokowywaniu ich, a ja na czekaniu w sumie na nie wiem co. Potem chwilę posiedzieliśmy w stowarzyszonym gronie i dość wcześnie poszliśmy spać. W końcu następnego dnia miało się dziać!
Po śniadaniu (organizatorzy wykazali się i zapewnili posiłki na każdą porę dnia) wywieziono nas nie wiadomo gdzie, dano mapę i wysłano w teren. Obejrzeliśmy z Darkiem mapę – plątanina warstwic przecinających się wzajemnie pod niemożliwymi kątami, trochę żółtych i zielonych plam i opis, z którego niewiele zrozumieliśmy. Ja na ogół z opisów niewiele rozumiem, więc żadna nowość, ale Darek czasem coś łapie, a tym razem – nic, zero, null. Usiłował więc odpytać autora co ten miał na myśli, ale został odprawiony z kwitkiem.  W sposób skutecznie zniechęcający do dalszego nagabywania. A Darka niełatwo zniechęcić!  Znowu obejrzeliśmy mapę, przeczytali i jak nic wcześniej nie wiedzieliśmy, tak stan naszej wiedzy pozostał bez zmian. Mapa miała być zagięta wzdłuż południka, ale wzdłuż którego? - za nic nie mogliśmy wymyślić. Nie było też wiadomo czy punkty naniesione są na warstwę spodnią, wierzchnią czy i tu i tu. Za to wiedzieliśmy co oznacza białe, żółte oraz zielone paćki. Niedużo, ale zawsze coś :-)
Od mety wiodła droga prowadząca do lasu i wszyscy szli w tamtą stronę, więc i my poszliśmy. I słusznie, bo po chwili po prawej stronie pokazały się wały, takie jak na naszej mapie. Zaliczyliśmy trójkę. Czwórka była łatwa (nawigacyjnie, bo dojścia broniły jeżyny), tyle tylko, że jej nie było. Była odległość, był koniec kolejnego wału, byli czeszący zawodnicy – tylko lampionu brakowało. Ewidentny BPK.
Powoli zaczęliśmy ogarniać mapę i wychodziło, że punkty są na jednej warstwie, a druga to zwykła przeszkadzajka.  Wychodząc z tego założenia postanowiliśmy na piątkę pójść na azymut. Łatwo nie było, bo las nieprzyjazny, jak nie jeżyny, to pokrzywy, ale jakoś daliśmy radę. Z mapy nie udało nam się wywnioskować na czym punkt stoi, szukaliśmy więc na oślep. Niestety – bezskutecznie. Zaczęliśmy wątpić w naszą teorię punktów na jednej warstwie, postanowiliśmy zejść do drogi i zobaczyć co z szóstką.  Piątkę uratował nam mój pęcherz, bo za potrzebą udałam się dokładnie pod drzewo z lampionem. Szóstkę wzięliśmy tę, co wszyscy brali, bo nie byliśmy pewni, które maziaje są z której warstwy i na czym tak stuprocentowo ma być punkt. Przy szóstce byliśmy już zdegustowani  całokształtem  (mapa, deszcz, jeżyny, pokrzywy) do tego stopnia, że siódemkę postanowiliśmy odpuścić i iść od razu na ósemkę.

 Gdzieś po drodze spotkaliśmy Chrumkająca Ciemność.
 Darek zarządził, że idziemy drogą na południe i staramy się trafić na ósemkę. Było to o tyle nieskomplikowane, że ósemka była na górce, a górkę na ogół łatwo wypatrzeć. Wypatrzeć, a dotrzeć na miejsce nie jest tożsame i po zejściu z drogi znowu wpadliśmy w kłębowisko jeżyn.  Najgorsze jednak było dopiero przed nami. Odcinek między ósemką a dziesiątką znacząco wzbogacił słownictwo Darka, bo chociaż sporą część życia spędził w wojsku, to twierdzi, że niektórych słów nauczył się dopiero ode mnie.
- A żeby piiii, piiiiii to piiiiii w piiii!!!!!
- Po co piiii ten piiiii piii tutaj piiii!!!
- A żeby to piiii, piiii, piiii!!!!!
A potem było jeszcze gorzej. W pewnym momencie Darek poszedł bardziej w prawo, ja bardziej w lewo (bo każde swoim azymutem i każde inaczej omijało jeżynową dżunglę) i drogę przegrodziło mi ogrodzenie.  Usiłowałam się wycofać, potem pójść wzdłuż ogrodzenia, a potem to już tylko w ogóle ruszyć z miejsca w którąkolwiek stronę. Stałam niczym pierdoła stulecia, a jeżyny trzymały mnie za nogi, ręce, włosy, usiłowały wydłubać oczy, wiły się dookoła, dusiły, raniły, szarpały, oplatały całe ciało. Darek nawoływał mnie zza ogrodzenia (jakim cudem udało mu się tam przedrzeć???) a ja ze łzami wściekłości w oczach powtarzałam: piiii, piiii, piiii, piiii, piiii… !!!!!!!!!! Człowiek dużo czyta, to się i wysłowić potrafi w każdych okolicznościach. Wkurzała mnie tylko myśl, że po powrocie do domu będę musiała usta wyszorować domestosem, bo choć dama powinna znać wiele związków frazeologicznych, to nie wszystkich powinna używać publicznie.

Po kilkunastu minutach szarpania się w pułapce, jakoś udało mi się dotrzeć do końca ogrodzenia i z jeżyn wyszłam w pole traw wyższych ode mnie. Gdzieś w tych trawach miała być dziesiątka. Nawet na mapie nie bardzo miałam jak sprawdzić gdzie jej szukać, bo mapa solidnie ucierpiała w nierównym starciu z roślinnością. Na dołek z lampionem natknął się Darek.
Miałam dość. Najchętniej wróciłabym bezpośrednio na metę, bo całkowicie przestało mnie to wszystko bawić, ale dziewiątka podwójna z jedynką były tak blisko, że szkoda było je pominąć.  Stały w jednej z odnóg wieloczłonowego jaru. Jakiż ten jar miał potencjał! I jak bardzo został niewykorzystany :-(
Kiedy i jak wzięliśmy jedenastkę (i czy w ogóle wzięliśmy) nie mam pojęcia, bo szczątki swojej mapy spakowałam do woreczka i już tylko szłam za Darkiem. Dwójka gdzieś tam była blisko mety, na którą szczęśliwie udało się nam w końcu dotrzeć.
Na mecie Darek chciał podyskutować z autorem mapy, ale znowu został potraktowany odmownie, więc dał spokój. Zresztą co tu dyskutować … Pomysł na mapę może i był dobry, tylko na litość – nie w tym terenie! Robienie mapy wymuszającej chodzenie na azymut w totalnie nieprzebieżnym lesie to kompletna pomyłka. Nigdy więcej! W życiu!
c. d. n.

Na szybko do Łodzi

Od czasu do czasu zdarza mi się odwiedzić zawody BnO w jakimś innym regionie. Łódź jest na tyle blisko, że już chyba dwa, czy trzy razy zawędrowałem na Łódź Park Tour. Jakiś miesiąc temu padło hasło na grupie Stowarzyszy  – a może pojedziemy do Łodzi? Czemu nie!  Zaczęliśmy szukać tanich biletów (kiedyś udało nam się za złotówkę, czy jakoś tak kupić), ale okazało się, że wyprawa taka kosztuje znacznie powyżej 20 zł od osoby. Szybka kalkulacji i wyszło, że autem przy 3 osobach wyjdzie tyle samo, o ile nie taniej, a wiadomo wygodniej. W sumie zapisała się nas trójka (czwartkowy wyjazd ok. godziny 14 nie wszystkim pasuje).
Mi dodatkowo na czwartek rano wypadła współorganizacja BnO dla ekipy managerów z Decathlonu. Budowa trasy, obsługa i te sprawy. Na szczęście było to robione dla zupełnych „amatorów”, by pokazać im czym różni się bieg na orientacje od normalnego biegu. A my dobrze wiemy czym to się różni – na początku to szukamy głównie punktów i to znacznie dłużej niż przebiegamy pomiędzy nimi. Co niektórym (czytaj - autorowi) to szukanie PK wchodzi w nawyk i pomimo pewnego doświadczenia „uwielbiam” miotać się bezładnie w poszukiwaniu oczywistego lampionu;-)
W każdym razie poranna impreza się udała, wszyscy wrócili (no, niekoniecznie w planowanym czasie) i wyraźnie mieli o czym dyskutować (znaczy przy którym PK najfajniej się zgubić).
Na szybko przepakowałem auto i wyruszyłem po resztę łódzkiej ekipy. Jadąc dostałem SMS-a, że Ania wypadła – zbiła okulary (i to już te zapasowe), nie da rady ich naprawić, a bez nich nie dość, że nie dojrzy mapy, to rozbije się na pierwszym płocie czy murze. Pojechaliśmy więc tylko we dwójkę z Barbarą.
Udało się wyjechać przed popołudniowymi korkami i mieliśmy ok. godziny na zrobienie brakującego nam do kompletu TRInO po Łodzi. TRInO dość długie, ale punkty pogrupowane w skupiska i dzięki temu udało się je zaliczyć wariantem zmotoryzowano-pieszym. Najfajniejszym punktem był niewątpliwie cmentarz żydowski – drugi co do wielkości w Europie! Robi wrażenie!
Potem biegusiem na start. Baza pod gołym niebem (znaczy namiotem), a tu z góry coś zaczyna kropić. I wiać. Robi się coraz chłodniej. Niby zgodnie z prognozą pogody, ale to zawsze nieprzyjemnie biegać po zmroku w deszczu i na ziemnie.
Barbara pobiegła pierwsza. Ja pod koniec profesjonalistów. Jak patrzyłem na listę startową, byłem stanowczo najstarszym profesjonalistą. Na tyle odstawałem wiekowo od innych, że dziewczyna na starcie dwa razy pytała, czy na pewno startuję na tej trasie. Wystartowałem. Pierwsze PK łatwe do znalezienia. A na Łódź park Tour nie jest z tym łatwo. W odróżnieniu od sprintów UNTS tu dystanse są krótkie, ale jest bardzo dużo punktów. Często blisko, ale trzeba dobrze i szybko czytać mapę, bo lampiony bywają sprytnie „pochowane”, a liczne płoty utrudniają nieraz przebiegi. Często samo dojście na mapie gdzie jest następny PK zajmuje więcej czasu niż sam dobieg na miejsce.
Przy PK 3 dognał mnie jakiś szybkobiegacz startujący za mną (znaczy wcale tak szybko mapy nie czytam, jak myślałem). Wyraźnie na mojej trasie więc lecę za nim na kolejne 2 punkty. Potem on pognał w siną dal, a ja poleciałem szukać PK 6. Teraz wiem, że dłuższa drogą. I oczywiście przebiegłem bramę o której myślałem, wbiegłem następną i straciłem kontakt z rzeczywistością. Długo błąkałem się zanim znalazłem lampion (jak mówi wydruk tak ze 3 minuty zamiast jednej).
Po PK 7 był długi przebieg. Bezpiecznie ulicą. Próba skrętu za blisko. Ale udało się, choć znowu problemy ze znalezieniem lampionu. Teraz błądzenie wśród domków Księżego Młyna, w ciemnościach, po nierównych kocich łbach i oczywiście wśród licznych zakamarków. Do tego lampiony tak sprytnie ukryte, że stojąc 3 m od niego bez zerknięcia w opis lampion nie do zobaczenia, bo schowany we wnęce czy za drzewem. Tu ścigałem się z jakimś uczestnikiem i go w końcu zostawiłem z tyłu (no cóż moja strata przy PK 6 pewnie będzie decydująca, bo naprawdę długo się tam błąkałem). Wreszcie końcówka: PK 20 w okolicach zaparkowanego auta (widziałem go przed startem), potem 22 za budynkiem, 22 ukryty sprytnie na dole schodów z fotografem próbującym mnie oślepić.
Błysk i zawodnik oślepiony;-) (zdjęcie zapożyczone z galerii zawodów)
Potem szybko do mety. Uff. Idę sczytać chipa, a tu NKL! Pominąłem PK 23 tuż obok mety (na zagięciu mapy), pewnie oślepiony błyskiem flesza. Szkoda, bo spełniłbym plan i nie byłbym ostatni (pomimo tej ewidentnej wpadki z PK 6)! A tak musze kiedyś znowu przyjechać do Łodzi i się „odegrać”!

czwartek, 14 września 2017

Puchar Bielan po ZPK-u

Zaczynają się powakacyjne cykliczne biegi i wczoraj byliśmy na Pucharze Bielan. Tak wszyscy mówią, że przed biegiem trzeba zrobić rozgrzewkę, no to w ramach tej rozgrzewki postanowiliśmy przetestować nowego zetpeka w Parku Kaskada. Malutkie toto, z każdego PK widać kilka innych, ale przez te małe odległości można niepostrzeżenie przebiec swój punkt. W sumie to można robić tam mocno zakręcone trasy. My pobiegliśmy sobie rozrywkowo, kolejność ustalając w trakcie biegu, jak nam pasowało, byle obejrzeć wszystkie słupki. Przy PK 44 zrobiliśmy tradycyjne klubowe zdjęcie, tylko 44 mało się załapało.
ZPK był fajny, ale tempo, które rosło z każdym kolejnym słupkiem trochę mnie nadwyrężyło (no trudno, cienias jestem) i jak doszło do zawodów, wciąż byłam bez sił.
Start był około 400 metrów od bazy, więc mieliśmy jeszcze dodatkowy gratis do naszej rozgrzewki. Tomek miał pierwszą minutę startową, ja drugą, więc cały czas pilnowaliśmy sobie tego startu i dobrze, bo nie wywoływali kto ma wchodzić do boksu, a ten, kto kierował się zegarem startowym, miał trzy minuty w plecy na starcie. Pipnęło, złapałam mapę, ubiegłam kilkanaście kroków, żeby nie przeszkadzać tym co startowali po mnie i... nigdzie nie mogłam znaleźć znaczka startu. Wypatrzyłam PK 6 i od niego, po kreskach, cofałam się do startu. Chwilę mi zeszło, bo PK 6 i start były w przeciwległych krańcach mapy. Potem było już lepiej, przynajmniej nawigacyjnie, bo tak poza tym to zaraz się zasapałam i tak trochę biegłam, trochę szłam. Na PK 10 coś mnie zakręciło i mimo podpowiedzi usłużnych tambylców, poleciałam nie w tę stronę co trzeba. Daleko nie uleciałam, bo przestało się zgadzać, więc zawróciłam tam, gdzie mnie próbowali wykierować. Potem jeszcze od trzynastki odbiegłam w przeciwną stronę niż trzeba, ale rozproszyli mnie fotoreporterzy, bo chciałam im pokazać, że i z przodu i z tyłu wyglądam równie dobrze:-) Końcówkę trasy to już praktycznie przeszłam i tylko od ostatniego PK do mety ścigałam się z Marzeną. Wiadomo kto wygrał.
A na mecie szlag trafił wszystkie z trudem spalone kalorie, bo wredni organizatorzy wyłożyli takie pyszności - ciastka, mnóstwo ciastek - i nie mogłam się oprzeć. Żeby chociaż pilnowali, czy ktoś nie zżera za dużo....



środa, 13 września 2017

Finał Rodzinnych MnO


Rodzinne dostarczyły nam emocji, głównie zanim się zaczęły. Jakieś dwa tygodnie przed imprezą okazało się, że pozwolenie na wejście do lasu tym razem nie będzie takie łatwe do zdobycia, bo od ostatniej imprezy na tym terenie zmieniły się i przepisy i ludzie na stanowiskach. Wydawało się, że zgodę musi wydać co najmniej minister od wojska, więc poruszyliśmy niebo i ziemię, żeby tę zgodę uzyskać. Obeszło się bez ministra i ostateczny papier podpisaliśmy dwa dni przed terminem imprezy. Nie chcieliśmy zmieniać lokalizacji (co było najłatwiejszym wyjściem z sytuacji), bo Darek M. przygotował prototyp fajnej mapy, której nie dawało się zrealizować byle gdzie. Do tego wszystkiego, ja jestem (jak wiadomo) d..a nie organizator i wciąż miałam wrażenie, że wszystko rozłazi mi się w szwach. No bo jak ogarnąć na raz kilka czy kilkanaście spraw? Dla mnie kosmos.
Ostatecznie mapy zostały wspólnym przemysłem zrealizowane, w bólach urodziła się wzorcówka,  zakupy zrobiłam, nawet lampiony udało się jako tako rozwiesić, chociaż z darkowymi mieliśmy problem, bo to zawsze dziwne rzeczy wychodzą jak stawia ktoś inny niż autor trasy. Ale spoko, kiedy dotarł do Zielonki, to pojechał w teren i poprzestawiał sobie po swojemu. Za to jednego mojego Tomek źle powiesił, ale trudno - zdarza się.
Już na samą imprezę przybyli na odsiecz Barbara z Darkiem W., chociaż z Barbary pożytek był dyskusyjny - przyjechała prosto z Mordownika i faktycznie wyglądała na zmordowaną. Za to Darek W. dwoił się i troił, żeby to za nią nadrobić. Frekwencja duża, bo pogoda dopisała, więc było co robić i w sekretariacie i na starcie, a jak uczestnicy zaczęli wracać z trasy, to już nie wiadomo było w co ręce włożyć. Na szczęście każdy swoje włożył w to na czym się najlepiej zna i tym sposobem Darek M. liczył wyniki swojej trasy, Darek W. liczył wyniki mojej trasy, Tomek najpierw obsługiwał BnO, potem liczył wyniki ogólne, Barbara (jak już trochę odżyła) przejęła BnO od Tomka, a ja odbierałam karty startowe od powracających zespołów i usiłowałam ogarnąć kto wrócił, a kto zaginął w akcji.
Potem, ku uciesze zwłaszcza dzieci, zrobiłam wystawkę nagród i muszę powiedzieć, że pryzma na stole prezentowała się całkiem na bogato:-) W końcu nadszedł najgorszy moment, kiedy trzeba było przemówić ludzkim głosem, a tego, ani ja, ani Tomek nie znosimy. Męczyliśmy się jak Piekarski na mękach, ale jakoś udało się i ogłosić wyniki, rozdać nagrody i przeżyć.
I powiem Wam, że pomimo tego stresu, jaki jest za każdym razem, to w przyszłym roku znowu planujemy kolejną edycję.

niedziela, 10 września 2017

Jaka piękna katastrofa!

Nie mogłem się powstrzymać przed pożyczeniem sobie tytułu od Huberta. 
Zaczęło się niewinnie. Od „sprintu” czyli E1 „City Race” UNTS CUP 2017.  Najpierw organizatorzy połączyli kategorię (a byłem prawie na podium, bo na oficjalnych listach zgłoszonych w M50 były 4 osoby) dodając nas do młodszych zawodników. Jakoś to przebolałem. Ubrałem na bieg odpowiednią koszulkę  - mam taką z napisem City Run - i poszedłem na start. Startowałem w jednej minucie z Igorem (M35). Pierwszy punkt ten sam, wiadomo ja dobiegam drugi. Igor odbiega w dziwną stronę i przed kolejnym PK mnie przegania. I sytuacja się powtarza – spotykam Igora co chwila na trasie.
Co tu dużo mówić – bieg w miarę – biegłem w miarę szybko, nie robiłem większych baboli, no dobra zerkałem uważnie na mapę, by nie pobiec w przeciwną stronę, a wiadomo jak przystało na niedowidzącego okularnika wtedy troszkę zwalniam, by nie zginać śmiercią tragiczną.
Wynik - 28:07 i 9-te miejsce. Lepiej brzmi 4 w M50 gdyby podzielić zawodników właściwie;-) Ale wygrałem z konkurencją, która zawsze mnie wyprzedzała;-)
Teraz czas na katastrofę czyli bieg nocny średniodystansowy. Teren znany z ZPK-ów, ale nowa mapa (poprzednia bazowała na mapie rowerowej – więc różnica znaczna). I bieg z GPS-em. Dostałem specjalną kamizelkę i pudełko, co mi na niebiesko błyskało na plecach (pewnie gdybym się zgubił na dobre). Także połączone kategorie i „odmłodzony” startowałem w M45. Tym razem założyłem moją „pierwszą” koszulkę w jakiej stosowałem do orientacji. Starą, ale idealną na wieczór. Tak myślałem przed startem.
Nocne starty masowe mają swój urok. Mapa pod nogą, światła latarek, odliczanie i bieg za tłumem. Jak zwykle pobiegłem za tłumem. Jacyś spacerowicze, gdy zobaczyli tłum wypadający z bramy , a potem rzucający się największe krzaki komentowali „ci to nie biegają jakoś tak normalnie”. No bo nie biegamy. Rzuciłem się za niewielkim tłumem w krzaki. I oczywiście zapomniałem, że tam jest młodnik. Ale nie fason zawracać, więc pognałem przed siebie osłaniając oczy. Nie miałem czasu zanalizować mapy, zauważyłem tylko, że pierwszy PK jest daleko, prawie na drugim końcu lasu.  Dopiero po wybiegnięciu z gęstwiny popatrzyłem na mapę, ale już przebiegłem skrót i musiałem lecieć lekko naokoło, by znowu nie ładować się w młodnik. Dobiegając do PK 1 skojarzyłem, że lampion stoi obok mojego ulubionego słupka ZPK – ale nowa mapa teren, który jest porośnięty bajecznymi trawami przedstawia jako miejsce podmokłe.  Do dwójki także szło dość dobrze. Ale chcąc uciec konkurencji (a przy starcie masowym to zawsze jest konkurencja wokoło) niedokładnie obróciłem mapę i trafiłem „ o jedną dróżkę za daleko”.  I kilka minut straty. Może i lepiej, bo konkurencja nie deptała po piętach, więc od razu zaczęło iść lepiej. Jak patrzę na międzyczasy to zacząłem odrabiać straty. Aż do przelotu na PK 10. Na PK 10 drogami było bardzo naokoło, więc pobiegłem „na azymut”. Las mało przebieżny, ale przy odrobinie dobrej woli i niemałym wysiłku dało się poruszać całkiem sprawnie. Miałem dojść do poprzecznej drogi, a chwilę potem powinien być punkt. Wreszcie dotarłem do drogi. Zerkam na mapę by sprawdzić gdzie wyszedłem z krzaków, a tu mi się coś kierunek tej drogi nie zgadza. Gdzie mnie zniosło? Zwykle mam odchył w prawo, więc sprawdzam po lewej. Jest skrzyżowanie, ale nie ten kierunek drogi poprzecznej i coś się nie zgadza. Może jednak w drugą stronę? Miotam się tu i tam i nic mi nie pasuje. Obracam mapą, potrząsam kompasem (może się zaciął? albo GPS go zakłóca?). Z mapy wynika mi, że na tych odcinkach w prawo i w lewo powinienem trafić na dający się jednoznacznie zidentyfikować fragment drogi, a tu nic. Ciemny las, wokół żadnych światełek… Człowiek sam się zapętla w wymyślaniu gdzie jest. Pojawia się jakieś światełko. Zawodnik z innej trasy także jakiś lekko niezdecydowany. Dopytuję się gdzie jesteśmy. Wskazuje drogę przy następnym punkcie. Niemożliwe, że tu dobiegłem i nie zauważyłem poprzecznej porządnej drogi. Ale teren się zgadza! Więc cofam się do poprzedniego PK. Gdy już dobiegam w jego pobliże i przyglądam się opisowi EUREKA. Ja ten punkt mam podbity! Przez kilkanaście długich minut patrzyłem nie na ten fragment mapy – miałem lecieć na PK 10, a patrzyłem i przyrównywałem teren do drogi podobnej, ale przed PK 9.  W tył zwrot i po własnych śladach wracam (a właściwie biegnę w kierunku PK 10). Teraz to już formalność. Z naprzeciwka jakieś światełka innych tras. Uciekam im. Mądry po szkodzie nie odrywam kciuka od mapy, by znowu nie walnąć babola.
Nadmiarowe kilometry sponsoruje PK10
Znowu „skracam” przez młodnik.  Gdzieś tam dobijam do światełek biegnących przede mną. Zbliżam się, ale nie przeganiam. Docieram na metę po ponad 98 minutach. Zaraz za Marcinem Krasuskim (wcale nie biegł znacznie szybciej ode mnie na finiszu). Trasa miała nominalnie 6,4 km, a GPS na plecach zmierzył prawie 11. Prawie tyle co trasa M21, którą biegł Marcin - gdybym w niej startował, nie miałbym wielkiej straty do niego! A tak, ostatnie miejsce - normalnie wstyd. Ale za to mam teorię czemu mi tak poszło. Przez koszulkę. Starowałem w niej na początku – widomo wtedy nie idzie. Potem gdy startowałem w innych, było lepiej. Ostatnio założyłem ją na Abentojrę i od razu kiepski wynik. Teraz na biegu nocnym. Chyba czas bym wymienił garderobę!

City Race

Po biegowej środzie i czwartku, w piątek daliśmy odpocząć nogom. Ale tylko po to, żeby w sobotę z nowymi siłami pobiec w UNTS CUP. Ja zapisałam się tylko na bieg dzienny po mieście, Tomek na dzienny i nocny leśny. Biegaliśmy na Cyplu Czerniakowskim, a baza była w Monta Beach Volley Club - plaża, piasek, palmy, leżaczki i te sprawy.... Aż się nie chciało iść biegać.
Start był aż 800 metrów od bazy, chyba po to żebyśmy po drodze zapomnieli o tych luksusach pod palmami:-) Ja miałam odległą 24-tą minutę startową więc ekspediowałam na trasę wszystkich znajomych, to znaczy odprowadzałam ich wzrokiem.
W końcu i ja pobiegłam. Startu na mapie nie znalazłam, ale widziałam gdzie wszyscy przede mną biegli, więc pognałam też w tę stronę. Już drugi napotkany lampion miał poszukiwany przeze mnie kod, więc byłam zlokalizowana.  Kolejne punkty wchodziły jak po maśle. Aż do PK 13. Nie wiem jak popatrzyłam na mapę, że zamiast prostej drogi ulicą i za blok uparłam się zaliczyć wszystkie zaułki osiedla, a najlepiej te zakończone ogrodzeniem. Kiedy zorientowałam się, że w ten sposób nie dam rady, postanowiłam najść na punkt od drugiej strony, obiegając przy tym (zupełnie niepotrzebnie) cały kwartał. W końcu jakoś trafiłam, a stratę czasu miałam ogromną. I jak tu nie wierzyć w pechową trzynastkę?
Potem było już bezproblemowo, za to coraz mniej sił. A schody nad samą wodą dały mi porządnie w kość - rozmiar chyba dla wielkoluda, takie w sumie bardziej platformy. Ostatni odcinek do mety starałam się pokonać z fasonem i biegłam ile sił, a Tomek poganiał, żeby szybciej. Ostatecznie zajęłam trzecie miejsce. Czyli podium. No dobra, w swojej kategorii wiekowej. Ok, nie było nas dużo w tej kategorii, ale miejsce to miejsce i nie ma co być bardziej dociekliwym. Prawda? Na ogłoszeniu wyników nie zostaliśmy, ale wieczorem Tomek przywiózł mi dyplom.

sobota, 9 września 2017

BPK, BnO, deszcz i wiatr

Tyle się dzieje w orientacji, że nie nadążam sprawozdawać. Po mokrym bieganiu ww środę nastąpiło nie mniej mokre bieganie w czwartek, tym razem na BPK-ach. Przetestowana niedawno formuła biegania z aplikacją i szukania niczego w określonych miejscach bardzo się spodobała, więc zorganizowano pierwszy oficjalny "Stowarzyszony trening BPK#01". Zapisało się sporo osób, ale na start dotarło tylko dziesięć i tym co nie dotarli, ja się wcale nie dziwię - kropiło, padało, rzucało żabami, szarpało, huczało, targało i co kto chce. A do tego trasa była pioruńsko długa - prawie 6 km. I 36 PK. Przy normalnej pogodzie to nawet bym się ucieszyła, że tyle tego dobrego, ale przy zastanej...
Na start spóźniliśmy się, bo Tomkowi pomyliły się godziny, a żeby było śmieszniej, my mieliśmy mapy. Korzystając z tej okoliczności, jeszcze w samochodzie wklepałam w nasze komórki te wszystkie hasła i ściągnęłam trasę i mapę. Dzięki temu na nic nie musiałam czekać i mogłam szybko wybiec. A przynajmniej wydawało mi się, że ostro ruszę ze startu. Start pipnął i ruszyłam na PK 1.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Znalazłam górkę, wlazłam na nią, a tu żadnego pipania - nic, zero, null. Wróciłam na start poskarżyć się, że nie działa. W trakcie dostawania dobrych rad uprzytomniłam sobie, że wcale nie byłam na PK 1, tylko na PK 30 i co mi tam miało pipać, jak nie jego kolej. Wycofałam się więc rakiem i pomaszerowałam na PK 1. Piiip odbył się jak należy.
Dwójka pipała na stoku Kopy Cwila, a potem musiałam obiec to górzysko, bo nie chciało mi się wdrapywać na szczyt. Trójkę pamiętałam z jakiś innych zawodów (marszowych), a przed piątką dogoniłam Basię, co nie było specjalnym wyczynem, bo tym razem nie biegała, tylko kroczyła majestatycznie.


Szóstkę brałyśmy już we trzy, bo dołączyła do nas Zuza, podobnie siódemkę. Na ósemkę już przyspieszyłam, bo psia pogoda, a punktów dużo i trzeba się spieszyć. Obiegnięcie osiedla nie było żadnym wyczynem nawigacyjnym, a bloki dawały trochę osłony od wiatru. Najgorsze zaczęło się po PK 12 - potok, stawy, trawy, otwarta przestrzeń, deszcz, wiatr. Gdzieś tam po drodze spotkałam Tomka i oczywiście na jego widok przyspieszyłam w nadziei przyłączenia się, ale gdzie tam - poleciał, ino śmignęło. Chciałabym choć raz w życiu pobiec sobie z nim na jakimś bno, ale jestem bez szans:-( Z takimi miernotami to on nie biega:-(
Przy PK 19 nie pipnęło. Albo nie usłyszałam w tych porywach wiatru, albo nie trafiłam. Przyjęłam wariant drugi, zaczęłam więc kombinować i po chwili już nie miałam pojęcia przy której kępce drzew się znajduję. Odpuściłam i poleciałam do dwudziestki. Pipnęło. Z dwudziestki planowałam oczywiście lecieć na 21, ale nagle coś we mnie pękło, motywacja runęła, chęci spłynęły ze strugami deszczu, a na ich miejsce pojawił się ten, no... nie będę się już wyrażała. Zrobiłam w tył zwrot, kierunek meta - marsz! No bo czy ja doszczętnie oszalałam, żeby w takich warunkach robić taką długa trasę??? Drugi dzień pod rząd??? W życiu!
Myślałam, że na mecie zastanę już Tomka i szybko pojedziemy do domu schnąć i rozgrzewać się, a na mecie zastałam pustkę. Upchnęłam się więc pod drzewo, gdzie było trochę zaciszniej i telefonicznie sprawdziłam gdzie jest mój połówek. Twierdził, że niedaleko. Po chwili na metę dotarła Ula, Zuza, Przemek i kolejne osoby, w tym Tomek. Jeszcze tylko zrobiliśmy pamiątkową fotkę i odwożąc po drodze Karolinę wróciliśmy do suchego, ciepłego, przytulnego domku.

czwartek, 7 września 2017

Człowiek nie wielbłąd....

"Spacer z mapą" zapowiadał się deszczowo i po ciemku, czyli tak sobie. Ale dla prawdziwego orientalisty to przecież żadna przeszkoda:-) Tomek tradycyjnie zapisał się do nienormalnych, ja wciąż jeszcze twierdzę, że jestem normalna.
Mapa tym razem była dwustronna i najpierw biegło się jedną stronę, potem przekładka i drugą. Dzięki temu nie trzeba było użerać się z płachtą A3.
Najpierw wystartowali masowo nienormalni, potem my. Normalnych było dużo mniej i chyba źle to świadczy o kondycji psychicznej społeczeństwa.
Mimo, że mapę dostaliśmy wcześniej i można było sobie ją dokładnie pooglądać i zaplanować trasę, to ja oczywiście już po dwóch krokach zapomniałam gdzie chciałam biec i do tego zgubiłam miejsce startu na mapie. W związku z tym pobiegłam za wszystkimi zakładając, że autorom mapy nie chciało się robić wariantów i każdy ma to samo. Najgorsze, że wyprzedził mnie kto tylko chciał i bałam się, że za chwilę nie będę miała za kim biec (wszyscy znikali w ciemności) i jednak trzeba będzie zacząć posługiwać się mapą. Na szczęście Beata okazała się równie szybką zawodniczką jak ja, więc nie byłam tak kompletnie sama. Cały czas do pierwszego punktu miałam wrażenie, że mapa jest w lustrzanym odbiciu, bo mi się strony świata nie zgadzały, ale oczywiście na BnO tak być nie mogło. Od PK 1 strony wróciły na swoje miejsce i dalej już było normalnie, czyli adekwatnie do trasy:-).
PK 2 chciałam wziąć od góry, ale jak zobaczyłam stromość skarpy i błoto na niej, to jednak nadłożyłam drogi i pobiegłam na schody. W zasadzie pobiegłyśmy z Beatą, bo stwierdziłyśmy - co się będziemy męczyć indywidualnie, jak możemy zespołowo, szczególnie, że i tak byłyśmy na szarym końcu stawki. Do PK 3 pobiegłyśmy dwoma wariantami, bo jakoś nie mogłyśmy dojść, po której stronie ogrodzenia będzie punkt. Tym sposobem zawsze któraś miała być po stronie słusznej i wspomóc koleżankę w podbijaniu. Okazało się, że każdy wariant był dobry, bo u celu była otwarta furtka, w ogóle nie zaznaczona na mapie. Koło czwórki już przebiegaliśmy w drodze na jedynkę, więc wiadomo było gdzie jest, a piątka miała być ostatnim punktem na pierwszej stronie mapy. Beata pognała przodem, ale dogoniłam ją na punkcie, mimo że zaczęłam szukać trochę za nisko, sugerując się Mariuszem nurkującym w krzakach.
Już po pierwszej stronie mapy miałam serdecznie dość - bolały mnie nogi niezregenerowane jeszcze po pięćdziesiątce, a i cały człowiek jakoś odmawiał posłuszeństwa.
Na dalszą część trasy pobiegliśmy już praktycznie we trójkę, bo dołączył się do nas Mariusz. Jedynka była formalnością, a do dwójki było makabrycznie (jak dla mnie) daleko. Trochę biegłam, więcej szłam, a po drodze zastanawiałyśmy się głośno, czy łatwo będzie zejść do punktu, bo miał być w dole, w fosie (czy co to tam było). Przechodzący pan z pieskiem podpowiedział nam:
- Tam jest dobre zejście!
Zejście faktycznie było rewelacyjne - ostro w dół po błocie. Beata kategorycznie oświadczyła, że ona nie schodzi, bo ma lęk wysokości, wzięłam więc od niej pipacza, dałam kompas i mapę do potrzymania i usiłowałam jakoś dostać się na dół. Jeśli chodzi o szybkość dotarcia na dół, to faktycznie zejście było dobre, bo szybkie. Już po pierwszym kroku klapnęłam na tyłek i zjechałam parę metrów w dół. Usiłowałam jeszcze zachować godność i podnieść się do pionu, zaliczyłam więc drugie klapnięcie. I już byłam u celu. Na górę wyszłam już na czterech kończynach, pal licho godność. Podczas gdy ja taplałam się w błocie, Beata obczaiła kolejny punkt, więc rzuciła hasło: za mną i poleciała. Po drodze zaczęło mi coś ciemnieć w oczach i nogi zaczęły się jakby uginać, ale jeszcze zebrałam się w sobie i doszłam do trójki, a nawet czwórki i piątki, bo wszystkie były bliziutko siebie. Potem już przestałam nadążać. Beata z Mariuszem pobiegli, a ja chwytając się drzew, krzaków i wszelakiej infrastruktury miejskiej walczyłam o zachowanie pionu. Gdybym do fosy wpadła na głowę, to jeszcze moje zasłabnięcie miałoby jakieś wytłumaczenie, ale miękkie klapnięcie na tyłek nie mogło być powodem. Chwilę postałam sobie zbierając siły i ruszyłam, już spacerkiem, na szóstkę. Na siódemkę już miałam problem z trafieniem, bo myślenie coraz bardziej mi się wyłączało. Całą uwagę miałam skupioną na tym żeby nie paść, więc na analizę mapy brakło mi szarych komórek. Wlazłam w jakąś abstrakcyjną dziurę po schodkach w dół przy samej bramie do nie wiem czego, wylazłam, cofnęłam się, w krótkim przebłysku władz umysłowych zorientowałam się gdzie jestem i gdzie mam iść i w końcu znalazłam te siódemkę. Do ósemki myślałam, że już nigdy nie trafię. Tym niemniej w ogóle nie przyszło mi do głowy, że powinnam odpuścić i najkrótszą drogą wrócić do bazy. Jakoś zakodowało mi się, że jak nie przejdę po kolei przez wszystkie punkty, to nie trafię na metę. Czysta abstrakcja.  Między siódemką, a ósemką kręciłam się kółko jak pies za własnym ogonem i zupełnie nie wiedziałam co zrobić. Gdybym miała telefon, to najpewniej zadzwoniłabym do Tomka żeby mnie znalazł. Zupełnie nie umiałam ogarnąć sytuacji. Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby kogokolwiek zapytać jak dojść na Wojska Polskiego. Po punktach i po punktach, jak by nie było innej opcji. W końcu jakoś się ogarnęłam i znalazłam tę ósemkę, ale należy to chyba traktować w kategorii cudu.  Do mety dowlekłam się ostatkiem sił i wtedy dopiero uprzytomniłam sobie dlaczego mi tak odcięło zasilanie i rozum - przez cały dzień wypiłam tylko dwie filiżanki kawy i nic więcej. Najnormalniej w świecie się odwodniłam.  Na mecie rzuciłam się na picie i od razu poczułam się lepiej. Do tej pory tak nie do końca wierzyłam w skutki odwodnienia, co to czytałam o nich w różnej mniej lub bardziej fachowej literaturze, a jednak. Człowiek nie wielbłąd, pić musi. Wodę. Nawet w czasie deszczu!



wtorek, 5 września 2017

Onkobieg

Po Abentojrze wróciliśmy do domu jeszcze w sobotę. Bo w niedzielę czekała mnie kolejna atrakcja w postaci Onkobiegu.
Teoretycznie po większej wyrypie należy się rozruszać, ale czy od razu należy startować w takim regularnym biegu? Do tej pory zdarzyło mi się raczej przed 50-tką zaliczyć 25-tkę, ale nie odwrotnie. Na szczęście formuła Onkobiegu nie jest bardzo rygorystyczna – mamy godzinę i im więcej kółeczek przebiegniemy, tym lepiej. Jak sugeruje sama nazwa – bieg charytatywny – za każdą rozpoczętą pętelkę w tym czasie sponsor coś tam wpłaca i ogólnie zbiera się całkiem pokaźna sumka wspierająca osoby walczące z rakiem.
Inicjatorką naszego występu była tradycyjnie Pani Prezes, która już w Onkobiegu kiedyś uczestniczyła. Rozpuściła wici w Klubie i zapisało się nas łącznie 5 osób. Moja Druga Połowa przewidująco bieg sobie odpuściła (i słusznie, bo nie wiem czy by doszła na start;-)
Rano dostałem smsa od Barbary, czy nie mógłbym jej zabrać jadąc na start. Ucieszyłem się, bo na Ursynowie zawsze się gubię, a tak będę miał sprawną nawigację! Gdy podjechałem na parking, zrozumiałem czemu pojawił się ten poranny sms – Barbara kulejąc kuśtykała do samochodu. Widać ten wczorajszy bąbelek to całkiem poważna sprawa.
Na starcie powitała nas długaśna kolejka po odbiór pakietów startowych.  O dziwo, do zapisów na miejscu czekało tylko kilka osób, a po odbiór pakietów „zamówionych przez internet” wężyk niknący gdzieś za horyzontem. Nie pozostało nam nic innego jak ustawić się grzecznie w kolejce. Za chwilę przybyła reszta naszej grupy, więc czas oczekiwania upływał nam całkiem miło. W pewnej chwili wolontariusze rozdzielili kolejkę w/g numerów startowych – ja wybrałem sobie numerek 1907 i okazało się, że do stanowiska 1800-2000 kolejka jest minimalna! Dostałem za chwilkę koszulkę i numerek startowy.
Tłum na placu startowym gęstniał, ze sceny płynęły „tłuste” i skoczne dźwięki (o ile pamiętam przygrywał zespół o krzepiącej nazwie „Pączki w tłuszczu” i przeplatał disco polo z metalem), potem przemówienia i cała „oficjalna” część imprezy. Ustawiliśmy się przezornie w miarę blisko bramki startowej i niestety nie mając bezpośredniego wglądu na scenę, wspólną rozgrzewkę robiliśmy trochę „na ślepo” obserwując co robię sąsiedzi (niestety, każdy robił coś innego;-)


W ramach rozgrzewki
Wreszcie bieg ruszył, trochę tak po cichu, bez wystrzału czy innego spektakularnego sygnału. Pierwsze metry to powolny marsz i przepychanie się w tłumie.  Co do taktyki – postanowiłem pobiec z Anią i Zuzanną – Ania miała konkretny cel: przez godzinę zrobić chyba 7 okrążeń (rozpocząć siódme). Barbara z Moniką celowały raczej  w osiąg „by przeżyć”, co całkowicie rozumiem. Ja sam nie wiedziałem ile dam rade przetruchtać po wczorajszych 60 km, ale ambicja nie pozwoliła mi zakładać, że będę gdzieś tam w ogonie.
Chwilę po stracie - przeciskam się gdzieś tam na drugim planie
Gdy udało się przejść do truchtu przyspieszyłem, by odrobić dystans stracony na starcie. Dziewczyny były tuż za mną. O dziwo, nawet dawało się biec. Pierwsze okrążenie zajęło nam niecałe 9 minut (dystans leciutko powyżej 1500m). Na rękę trafiła pierwsza frotka. Było coraz lepiej – tłum się rozciągnął, nie trzeba było się przepychać.  Ciągle biegliśmy naszą trójką mniej więcej w tempie 9 minut na okrążenie. Gdzieś tam po trzecim okrążeniu dziewczyny zaczęły lekko tracić na tempie, zagapiłem się i zniknęły mi z oczu. No cóż, będę biegł sam, bo zatrzymywać się nie fason. Przyspieszyłem. W zasięgu wzroku miałem biegacza z psem, który torował sobie drogę krzycząc „lewa wolna”. Oj po takim biegu to musi gardło boleć Ale ogólnie widać było sporo zmęczonych osób lub zapatrzonych w swoje komórki, które nieświadomie szły po lewej stronie blokując tych szybszych. Ja opanowałem metodę wyprzedania po prawej przeciskając się gdzieś przy krawężniku. Rozpocząłem 7 okrążenie. Do końca czasu zostało mniej niż standardowe „9 minut” i okazało się, że spokojnie mogę przebiec pętelkę poniżej 6-ciu minut! Normalnie „wiatr we włosach”! Ostatnią ósmą pętelkę pobiegłem już spokojniej.
Dziewczyny już czekały na mecie i zrobiły odpowiednio 7 lub 5 kółek. Pamiątkowe selfie i pora do domu – ciekawe czy jutro będę mógł się ruszać;-)
Oczywiście zaraz usiadłem do statystyk – do tej pory najdłuższy dystans który przebiegłem jednym cięgiem to było 6,6 km. A tu dałem rade ponad 12km! Kalkulator mówi mi, że wyszło jakoś tak  średnio 5,5 minuty na kilometr! Nie myślałem, że potrafię przebiec dychę poniżej godziny! I to jeszcze zaraz po 50-tce! Chyba będę musiał spróbować wystartować w regularnej dyszce!

PS. Jutro już jest i nie mam problemów z poruszaniem się!