sobota, 14 lipca 2018

Grillowania dzień drugi

Właściwie sobota zastała nas na etapie nocnym, ale to już opisałem. Dodam tylko, że gdy po godzinie 3-ciej poszliśmy spać , gdy już zdążyłem się nawet wyspać, obudził mnie wracający z etapów nocnych/dziennych? Boguś, który spał na sąsiednim łóżku. Ten to ma zdrowie.
My spokojnie pospaliśmy do godziny ósmej i poszliśmy w las około godziny 9-tej. Tym razem etap podwójny dzienny do TMWiM-u. Oczywiście na początek…  dojściówka;-)  Do Lucienia. Popatrzyliśmy na mapę…  a tu - świńskie ryjki…  z jednym rogiem na czole.  Świniorożce! Nie takie mapy już widzieliśmy, więc po chwilowej konsternacji, gdy przywykliśmy do świńskich ryjów,  zaczęliśmy dopasowywać co trzeba, do czego trzeba. Tak na marginesie – zdaje się, że rok wcześniej na Griilowaniu etapy TMWiM-a uraczyły nas… muszymi kupkami. Normalnie autorka lubi robić jakieś takie kontrowersyjne mapy!
Mapa ze świnkorożcami wydawała się prosta – tak na poziomie TU – pozamieniać ryjki i pamiętać, że lewa to prawa.
Pierwszy PK zaliczony

Kłody rzucane pod nogi;-)
Wprawdzie budowniczy i przyroda rzucali nam kłody pod nogi, ale początek poszedł gładko.


Komary wesoło bzykały, pokrzywy parzyły, a my ciągle do przodu. Dopiero pod koniec , przy PK 48 spotkaliśmy Joasię i Jacka, który zaliczali etapy „od drugiej strony” i wyszli sporo przed nami. To dawało pojęcie, że etap drugi będzie trudniejszy!
Jedyni spotkani na trasie

Świniorożec obserwuje nasze poczynania
Do międzyetapia, czyli sklepu doszliśmy całkiem sprawnie. Niestety, szybkość obsługi w sklepie i kolejka spowodowała, że nie dopchaliśmy się do lady i poszliśmy dalej. To znaczy aż na przystanek, gdzie w ruch poszły nożyczki i taśma klejąca.  Składanka była ciężka do ogarnięcia w pamięci, przynajmniej dla nas. Bo gdy ruszyliśmy w trasę widzieliśmy plecy Mistrza Marcina, który bez wycinania pomknął dalej. Pierwszy PK okazał się wredny,  bo teren swoje, a mapa swoje;-) Dalej szło wszystko dobrze aż do  PK 67. Następny PK 68 powinien być na samotnej górce. Fragmenty drogi mieliśmy, więc nawet podbiegliśmy. Tyle, że coś brakowało zakrętu drogi i odległości się nie zgadzały . Wreszcie górka. I młodnik czy inne takie przeszkody. Drzemy na górę, a na górze brak lampionu. I widać kolejny wierzchołek! A górka miała być samotna z jednym szczycikiem. Wracamy, krążymy, ciągle nas wyrzuca na tę samą górkę, tyle, że na różne wierzchołki (było ich trzy). Zajęło nam to dokładnie godzinę, ale punkt został znaleziony.
Poszukiwania PK 68

Czyli ciężko liczyć na dobry wynik;-(.  Oczywiście po takich poszukiwaniach nie byliśmy niczego pewni i ostatni kawałek mapy, który właściwie przeszliśmy na poprzednim etapie sprawił nam problem. Na szczęście rozpoznaliśmy PK zaliczany etap wcześniej i wszystko wróciło do normy.
Wracamy po swoich śladach
 Do bazy oczywiście biegiem by zminimalizować straty (chyba już ciężkie minuty). Czemu na Grillokach etapy TMWiM nam nie wychodzą? Nie są jakieś trudne, ale mają coś takiego, że się gubimy!

piątek, 13 lipca 2018

Wawel Cup - część trzecia: Prawoznośny kompas.

W trzeci dzień zanosiło się na to, że tylko ja będę biegać, bo Tomek wciąż cierpiał na oko i płakał rzewnymi łzami. Ale wiadomo jak to z nim jest - póki żyje, to nie odpuści. Im bliżej jego minuty startowej, tym lepiej czuło się jego oko, w końcu zdecydował, że przynajmniej się przespaceruje po trasie. Jak tak mówił, to mogłam być pewna, że pobiegnie ile sił w nogach.
Znowu mieliśmy spory rozrzut w minutach startowych: on - 77, a ja 125. Ponieważ dojściówka była dość długa - prawie półtora kilometra, odprowadziłam go tylko wzrokiem. Potem z nudów zrobiłam przegląd swojego inwentarza i ze zgrozą odkryłam, że nie mam kompasu. Faktycznie - poprzedniego dnia wyjęłam go żeby coś sprawdzić i nie włożyłam z powrotem do plecaka. Miałam co prawda porządny płytkowy (bo bez niego to nawet na zakupy nie idę), ale tak jakoś nieprofesjonalnie wygląda przy tych wszystkich nakciukowych. Organizatorzy, do których poszłam po ratunek, też zaproponowali mi płytkowy, a ja zaparłam się na ten drugi. W końcu udało mi się wyżebrać kompas od OK Sport-ów, a żeby się nie rozmyślili, od razu poleciałam na start.
Start tym razem usytuowany był w rezerwacie przyrody Góra Zborów, gdzie znajduje się też Jaskinia Głęboka.

Zdjęcie akurat nie z dnia zawodów, ale właśnie stąd startowaliśmy.

W końcu nadeszła i moja minuta startowa, chwyciłam mapę w garść i ruszyłam. Od miejsca realnego startu, do trójkącika na mapie było jakieś sto metrów i był to czas na skonstatowanie, że do pierwszego punktu jest w pińdziu daleko, a do tego pod górę, W sumie tak jakby nie nowość, a jednak wciąż zaskakuje. Ustawiłam sobie azymut i parłam przed siebie. Tak parłam, parłam aż zobaczyłam lampion. Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że wylądowałam przy punkcie drugim. Nooo, nieźle mnie zniosło. Namierzyłam się więc z dwójki na jedynkę, za to z powrotem miałam łatwiej, bo już wiedziałam gdzie. Jedynka, dwójka i trójka były w dużym skupisku skałek i znalezienie tych trzech punktów zabrało mi raptem niecałe dwadzieścia minut. W porównaniu do trzydziestki dwójki z pierwszego etapu, to leciałam jak błyskawica :-)
Czwórka była w dołku przy rowie, więc łatwizna, bo na takiej rzeźbie często biegam i chodzę. Do piątki znowu było daleeko, za to przynajmniej w większości po w miarę płaskim. Oczywiście nie zawracałam sobie głowy szukaniem dróg, tylko poszłam znowu szlakiem św, Azymuta. U celu kolejny raz zdziwko mnie chapło, bo wylądowałam na szóstce. Najwyraźniej pożyczony kompas, poza tym, że długo się stabilizował, to znosił jeszcze w prawo. Cóż było robić - poszłam z szóstki po piątkę i z powrotem, ale za to czas na szóstkę mam rewelacyjny:-) Jak na moje możliwości oczywiście.
Siódemka, ósemka i dziewiątka weszły dość łatwo. Wiedziałam już, że muszę korygować wskazania kompasu, trafiałam więc bez większych problemów. A że powolutku... Toż starsza pani jestem. Wiem - inne starsze leciały dużo szybciej, ale tak krawiec kraje, jak mu materii staje.
Z dziewiątki na dziesiątkę postanowiłam złamać azymutową zasadę i pobiec drogą. Na drodze spotkałam zaś sporą ekipę podążającą na ten sam punkt i jak można było domniemywać na dwa ostatnie także. Głupio mi było tak zostawać w tyle, biegłam więc w ich tempie i dzięki temu mam bardzo dobrą końcówkę:-) A już finisz, na którym dopingował mnie Tomek, to miałam wręcz rewelacyjny. Na filmie co prawda wygląda to jakbym sunęła ostatkiem sił, ale w moim odczuciu prułam jak mały messerschmitt.

Ostatni punkt!

Po takim wysiłku koniecznie trzeba było wzmocnić nadwątlone siły, udaliśmy się więc do odkrytego dzień wcześniej baru. Tak wygląda naleśnikowa ekstaza:


 Po tych wszystkich atrakcjach Tomek znowu przypomniał sobie, że boli go oko, więc czym prędzej wróciliśmy na kwaterę, aby mógł zalec w łożu boleści. Ale myślę, ze tak naprawdę to chciał skumulować siły na kolejny etap.


C. D. N.

czwartek, 12 lipca 2018

Wawel Cup - część druga: Kiedy etap w oczy kole.

W drugim dniu zawodów baza imprezy wciąż w Podlesicach, a do startu tym razem tylko 1,4 km. Meta wyjątkowo także wyprowadzona poza bazę, a idąc na start można było ją sobie obejrzeć. Dostaliśmy dość abstrakcyjne minuty startowe, bo ja czterdziestą, a Tomek sto osiemdziesiątą trzecią. Jednak małżeństwom powinni dawać jakieś zbliżone, bo tak to dwie osoby mają zdezorganizowany cały dzień.
Tomek odprowadził mnie na start, dopilnował żebym wystartowała, ale potem wrócił jeszcze do bazy odczekać te swoje dwie godziny.

Z tymi bidonami wyglądam jak rewolwerowiec.
Tym razem poza pierwszym punktem nie było na mapie takich wielkich skał jak poprzedniego dnia, ale poziomnice trochę straszyły swoją gęstością. Mimo to ruszyłam biegiem i biegłam póki mnie było ze startu widać:-) Zresztą pierwsze metry były po płaskim. Litościwie do samej skały prowadziła dość porządna droga i nie trzeba było zaczynać od chaszczowania. Jakoś dolazłam do skały, ale gdzie w takim wielkim bloku skalnym znaleźć jaskinię z lampionem???  Łaziłam dookoła i coraz bardziej sytuacja zaczynała mi przypominać przygodę z lampionem 32 z poprzedniego dnia. W końcu po dziesięciu minutach rozpaczliwych poszukiwań znalazłam co trzeba, ale konkurencja startująca po mnie dogoniła mnie na odejściu od punktu. No dobra - i tak by mnie dogoniła, bo Joanna jest lepsza i w orientacji i w nogach. Do kolejnego punktu leciałyśmy równolegle, a trójki szukałyśmy już razem. Potem mogłam zobaczyć tylko kurz spod jej butów:-) Czwórka i piątka były łatwe. Łatwe - to znaczy,  że skały były na tyle duże żeby je z daleka wypatrzyć, a na tyle małe, żeby je w miarę szybko przeszukać, no bo przecież z mapy jeszcze nie potrafię wyczytać jak najdokładniej i najszybciej trafić na odpowiednie miejsce. Szóstka dla odmiany była schowana w jarze. Jak to dobrze, że ostatnio na pięćdziesiątkach i na Hale trochę połaziłam po jarach, bo przynajmniej ogarniałam jak się te powyginane poziomnice mają do rzeczywistości. Do punktu trafiłam od pierwszego kopa. Taak, chyba wolę jary niż skałki - lepiej wchodzą.
Kolejne trzy punkty niestety znowu były skaliste i na siódemce straciłam ponad siedem minut, a na ósemce ponad osiem. No dobra, na ósemce to głównie dlatego, że pod górę, a ja pod górę zawsze umieram. Nawet polewanie głowy wodą (jak dobrze, że wzięłam te bidony) nie za bardzo pomagało. Że też organizatorzy jeszcze nam te upały dali w pakiecie. Co za ludzie!?
 Ostatni punkt - dziesiąty - to jak zwykle formalność mająca naprowadzić na metę i w sumie to już leci się całym pędem za innymi, bo wszyscy mają ten sam:-)
Na mecie nikt na mnie nie czekał, choć trochę się łudziłam, że może Tomek jednak będzie. Spotkałam go w drodze do bazy - dopiero szedł na swój start.
W bazie zdążyłam umyć się, przebrać, zjeść obiad, a do powrotu Tomka wciąż zostawało duuużo czasu. W końcu wzięłam kocyk, plecak z niezbędnymi rzeczami, butelkę piwa i wróciłam na metę, żeby tam sobie poleżakować. Powitałam na mecie Krzysztofa, który wrócił zdegustowany, bo mu się na jednym punkcie strony świata obróciły o 180 stopni, poobserwowałam w jak różny sposób ludzie reagują na metę, powygrzewałam się w słonku i tak zrelaksowana, w tym błogostanie mało nie przegapiłam powrotu Tomka, ale w ostatniej chwili zdążyłam złapać kamerkę.

 Finish!

Wrócił z trasy lekko nadwyrężony - z dziurą w ręce i patykiem w oku. To znaczy tego patyka do mety nie doniósł, ale coś go po drodze dziabnęło w oko. Normalnie rany jak z wojny, a nie rekreacji.  Potem odstaliśmy w długaśnej kolejce w barze, bo chyba wszyscy naraz przyszli coś zjeść. Dostaliśmy nasz klubowy numerek - 44 i zastanawialiśmy się skąd pani wiedziała, że trzeba nam taki dać :-)

 Stowarzysze - Koło nr 44

Mimo późnej minuty startowej Tomka, został nam jeszcze spory kawałek dnia do zagospodarowania, postanowiliśmy więc zobaczyć zamki w Bobolicach i Mirowie, gdzie czwartego i piątego dnia miała się przenieść baza zawodów. Już w czasie jazdy Tomkowi zaczęło dokuczać poturbowane oko i musieliśmy się zmienić za kierownicą, bo na ślepo ciężko jechać.

 Do zamku można było podejść pod taką skałą albo jak ktoś wolał, normalnie drogą. My oczywiście wybraliśmy efektowniejszy wariant.


Na tym kamyczku co chwilę ktoś sobie robił pamiątkową fotkę. To ja też!

Tomek coraz bardziej cierpiał na patyk w oku, odmawiał patrzenia i obficie lał łzy. Zrobiłam parę fotek tych pięknych zameczków, żeby sobie obejrzał kiedy już mu wzrok wróci.


Zamek w Bobolicach

 Zamek w Mirowie

Wróciliśmy na kwaterę dość szybko, bo samej to mi się nie chciało zwiedzać, a Tomek odmówił. Z okiem było coraz gorzej i w końcu postanowiliśmy szukać pomocy specjalisty. Internety wysłały nas do Zawiercia, do szpitala powiatowego. Nastawiliśmy się na kilkugodzinną przygodę z naszą służbą zdrowia, a tymczasem już po jakichś dwóch godzinach wyszliśmy z receptami i zapewnieniem, że za dwa dni oko będzie jak nowe.

Szpital Powiatowy w Zawierciu. 

 Reszta  dnia minęła nam na zakraplaniu oka i planowaniu kolejnego dnia z uwzględnieniem niemożności startu przez Tomka. Tłumacząc na polski - Tomek wyjaśniał mi jak trafić do bazy zawodów i nie zgubić się jeszcze przed startem :-)

C. D. N.

Mięsożerna Babcia, mięsożerne Wnuczki i nie taki straszny Stwór Zębaty!

Noc pierwsza. Nauczeni doświadczeniem wybraliśmy na nią etap podwójny. Bo wiadomo - na początku sił jest więcej. Barbara wydająca mapy uświadomiła nas o dojściówce. Takiej 4,5 km!
Wzięliśmy mapy, zaświeciliśmy czołówki i wyruszyliśmy. Za bramą mała konsternacja: zgodnie z ustną zapowiedzią start ma być zaznaczony na bramie ośrodka  - nie patrząc w mapę dokładnie ruszyliśmy w lewo, ale przyjrzałem się dokładniej trójkącikowi startu i…. wynikałoby, że mapa jest przekręcona o 180 stopni. Udało mi się przekonać Renatę, że tak właśnie jest (ona po ciemku nie patrzy na takie szczegóły na mapie) i zawróciliśmy by iść w prawo. Przemaszerowaliśmy przed bramą ośrodka idąc w kierunku Lucienia. Jednak coś nam się nie zgadzało - mianowicie domki letniskowe, które mamy po lewej ręce. Po przejściu kilkuset metrów jednak doszliśmy do wniosku, że to tylko symbol startu obsunął się z bramy, wiec zawróciliśmy. W ten sposób do dojściówki dodaliśmy co najmniej jeden dodatkowy kilometr:-)
Na starcie właściwego etapu powitała nas Babcia z wnuczętami. Taka mięsożerna, co nieco przypominająca rosiczkę. Szybko udało się znaleźć wspólne punkty na mapie i ruszyliśmy ostrożnie w stronę pierwszego PK, by mapę wyskalować. Mapa składała się w dość skomplikowany sposób, więc po pierwszym PK jedyna  słuszna decyzja – nożyczki i taśma w dłoń. Szybko pocięliśmy, skleiliśmy i poszliśmy na kolejny PK  z wycinka babciowego. Potem mieliśmy przejść na  wycinek z wnuczętami. Odmierzyliśmy odległość i zaczęliśmy szukać poprzecznego rowu z PK 170. Jest jakieś obniżenie, ale rowek raczej symboliczny. I to bez lampionu. Odległość się zgadza, skrzyżowanie, przecinki także. Czeszemy las, by znaleźć inne elementy charakterystyczne – dołki. Niestety, żadnych dziur w ziemi nie ma. Jedyny lampion w okolicy to skrzyżowanie przecinek. Zjawia się ekipa krakowska, podbija go i idzie tam, gdzie nie powinno być innych punktów. Rozszerzamy teren czesania i sprawdzamy okoliczne kwartały lasu. Coś przestają się zgadzać drogi. Wracamy do znanego skrzyżowania, przyglądamy się naszej wyklejance i … znajdujemy inną możliwość dopasowania drugiego wnuczka. Wystarczy go przekręcić do góry nogami! Teraz wyjaśnia się dziwny kierunek marszu konkurencji i niestety okazuje się, że przeszliśmy obok kilku PK. Zostaje podkasać kiecę i przebiec podbić to, co przeoczone!
Nasz autorski układ Wnuczków na Babci. Ten przekręcony wnuczek na wierzchu;-)

Przy dobrze sklejonej i wyskalowanej mapie znalezienie właściwych PK to łatwizna. Pod koniec trasy na jednym ze skrzyżowań trafiamy na piknik. Z daleka poznajemy Przemka, który rozłożył kocyk, jedzenie i zrobił sobie majówkę w świetle czołówki. No tak, pewnie chce zrobić wszystkie etapy bez przerwy – kiedyś trzeba coś zjeść;-)
Przy ostatnich PK spotkamy tramwaj wrocławski. Nie wiem co to za przyjemność szukać PK tak liczną grupą – cała satysfakcja to samodzielnie rozkminić zagadki stawiane przez budowniczego! Może gdyby etap był jakiś strasznie trudny i niezrozumiały, a tak… po prostu wstyd się tramwaić!
Zamieniamy kartki na te z drugiego etapu. Coś jakiś zbyt prosty się wydaje. Taki najwyżej na poziomie TU i to niezbyt wyrafinowanym! Szybko dopasowujemy co trzeba i bez wycinania idziemy na pierwsze  PK przy starcie. Dziwna prostość mapy i opis „TO:14PK” przy 15 punktach na mapie zastanawia. Może jakaś pomyłka? Wyciągamy telefon i budzimy budowniczego (podał numer na mapie to niech nie narzeka teraz!) Trafiamy na pewne trudności z zasięgiem, drugi telefon jednak daje rade i po długim dzwonieniu słyszymy zaspany głos Darka. Potwierdza, że mamy zebrać 14 PK i że jest błąd na mapie. Nie wnikamy jaki.
W ferworze telefonów do budowniczego przeoczamy jeden punkt. Nie chce nam się wracać, a że jest nadmiar, możemy sobie na to pozwolić. Przy PK 184 trafiamy na BePeKa. Znaczy jest dołek (nawet dwa jak być powinny), a lampionu brak. W żadnym z dołków nie ma, choć kilkaset metrów wcześniej lampionów kilka było. Szukamy, czeszemy, odmierzamy i wreszcie wpisujemy BePeKa.  Czasu coraz mniej, więc lecimy „na zęby”. Podbiegamy. Chodzi o zęby stworka z mapy – polustrowane i pozamieniane miejscami. Intryguje nas zadanie „PK 191 – jaki to gatunek pomnika?” Obstawiamy że pewnie dąb. Okazuje się jednak, że to okazała sosna!
PK 191 - pomnik gatunku "sosna"

 Z powodu pominiętego na początku punktu musimy krążyć nieoptymalnie. Wreszcie zaliczamy ostatni punkt i zostaje zejściówka. Mamy ponad 2 km do mety (pewnie 2,5 km z miejsca gdzie jesteśmy) i jakieś 16-17 minut. Niebo powoli jaśnieje, a my truchtamy do mety. Jak pokaże GPS zrobiliśmy dzisiaj ponad 30 km, więc nie biegniemy tempem olimpijskim. Niestety, spóźniamy się o dwie minuty;-( Wszystko przez ten źle narysowany start na dojściówce!
Nasz nieoptymalny ślad coś ponad 23 km;-)
C.D.N.

wtorek, 10 lipca 2018

Wawel Cup - część pierwsza: Zdradzieckie 32 i Szlak św. Azymuta.

Po Grillokach mieliśmy tylko dzień na odpoczynek, opranie się, przepakowanie i już we wtorek ruszyliśmy na kolejną imprezę – pięciodniowy Wawel Cup. Po dziewięćdziesięciokilometrowych Grillokach wydawało nam się, że jeden krótki bieg dziennie to będzie relaks i wypoczynek, a jedynym problemem wydawał nam się brak doświadczenia w poruszaniu się w tak specyficznym terenie jak skałki.
Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu się, wybraliśmy się do biura zawodów po odbiór pakietów startowych, a potem na trening, bo organizatorzy przygotowali w lesie kilka lampionów, żeby można było poćwiczyć.



Ja ćwiczyłam przede wszystkim obsługę kompasu, bo Tomek kupił mi taki biegacki nakciukowy żebym nie wyglądała przy innych zawodnikach jak ostatnia sierota, co to nawet fachowego kompasu nie ma. Najpierw kompas totalnie mi przeszkadzał we wszystkim, ale jak już ogarnęłam do czego służą jego poszczególne części i tajemnicze linie i jak go trzymać do kupy z mapą, to okazało się, że to całkiem fajny wynalazek.
Trenowaliśmy na mapie „Morsko”, gdzie przygotowano 8 lampionów, a trasa miała coś koło trzech  km. Wydawało nam się, że mykniemy to raz dwa, a tymczasem cała zabawa zajęła nam prawie półtorej godziny. No, ale ten kompas…


 Usiłuję ogarnąć jednocześnie kompas i mapę.

Następnego dnia start mieliśmy mieć dopiero po południu, więc rankiem zerwaliśmy się z łóżka i pojechaliśmy do Złotego Potoku na drugi trening. Niby poprzedniego dnia umawialiśmy się, że pójdziemy osobno (to znaczy Tomek pobiegnie, a ja potruchtam), ale Tomek najwyraźniej bał się zostawić mnie na pastwę nowego kompasu i obcego terenu. Trochę słuszności miał, bo orientowanie się pośród skałek było dla mnie zupełną nowością. Przyzwyczajona jestem chodzić na azymut po linii prostej, a tu trzeba było co chwilę coś omijać. I przy tym omijaniu od razu traciłam orientację. Z bieganiem góra dół i do tego chwilami po skałkach też nam za bardzo nie szło. To znaczy szło – w dosłownym rozumieniu słowa :-)
W drodze powrotnej na kwaterę jeszcze zaliczyliśmy fragment Skał Rzędkowickich, gdzie miał być rozegrany jeden z etapów. Ależ tam jest pięknie!

 Z każdej skałki zwisał jakiś wspinacz, więc Tomek też chciał zobaczyć jak to jest z tą wspinaczką.

Ja wolałam pozować na tle.

Cóż, po treningu raczej nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona do swoich startów w zawodach, ale na wypisanie się z imprezy było już za późno.
We środę biuro zawodów przeniosło się ze szkoły w Kroczycach do Podlesic. Fajnie wygląda takie orientackie miasteczko. Spotkaliśmy masę znajomych z całego kraju, zaliczyliśmy wszystkie sklepiki żeby zapoznać się z najnowszymi trendami modowymi i zrobiliśmy ogólne rozpoznanie terenu.

Ponad dwadzieścia flag - z tylu krajów przyjechali zawodnicy!

Pierwszy etap zaczynał się o godzinie 15-tej ze startu masowego. To znaczy akurat nasze kategorie zaczynały o 15.10, bo wszystkich tak dosłownie na raz nie dałoby się puścić, więc były dziesięciominutowe odstępy pomiędzy kolejnymi grupami. Na sam start trzeba było podejść ponad dwa kilometry, do tego w żarze lejącym się z nieba. Tym sposobem już na dzień dobry byłam wykończona.
Na linii startu zastaliśmy porozkładane na ziemi mapy opatrzone numerkami i trzeba było znaleźć swój numerek i stanąć przy mapie. O odpowiedniej porze, po odliczeniu od dziesięciu do zera, każdy chwycił swoją mapę i ruszył. Wszyscy zaczęli od wspinaczki pod górę, ja też, a w międzyczasie ogarniałam mapę.
- No dobra, poziomnice nie są tak naćkane jak w dalszej części mapy, a na szczycie mało skałek – dam radę – przekonywałam sama siebie.
Tak gdzieś w połowie podejścia zaczęłam umierać, a na szczycie już nie żyłam. Pocieszałam się, że koło mnie trup ścielił się gęsto, bo moja kategoria wiekowa chyba już się za bardzo nie nadaje do takiej wspinaczki. Punkt podbiłam lecąc za innymi, tylko kod sobie sprawdziłam, bo niekoniecznie każdy musiał mieć to samo. Dwójka litościwie była w dół i blisko, więc nie odstawałam za grupą. Trójka miała być punktem potrójnym z szóstką i dziewiątką. Z dwójki zeszliśmy na dół jedynie po to, żeby zaraz potem rozpocząć ostrą wspinaczkę pod górę. Nasz punkt miał być między dwoma największymi skałami. Wydawało się to proste, bo przecież największych skał nie da się przeoczyć. Jeśli wydawało mi się, że umarłam na pierwszym podejściu, to na tym dodatkowo własnoręcznie wykopałam sobie grób, zakopałam się w nim i jeszcze pomnik marmurowy wniosłam i ustawiłam. Na szczycie zastanawiałam się co zrobić w pierwszej kolejności – zemdleć, czy zrzygać się? A kiedy cudem udało się uniknąć i jednego i drugiego, rozejrzałam się dookoła i zaczęłam pojmować w czym tkwił haczyk. Skały były za duże. Na tyle za duże, że nie wiadomo było przy której się jest, gdzie jest druga i gdzie jest miedzy nimi luka na lampion. Ludzie biegali dookoła z obłędem w oczach, a każda napotkana osoba pytała – trzydzieści dwa? Oprócz trzydzieści dwa, drugim najczęściej wykrzykiwanym słowem było „k..wa”, a słyszane obce słowa wypowiadane w podobnej intonacji musiały być emocjonalnym odpowiednikiem naszej poczciwej krzywizny :-) Jedna z zawodniczek podsumowała - mogli dać tylko ten jeden punkt i zrobiłby całe zawody!
Podłączyłam się pod Joannę w nadziei, że bardziej doświadczona, to wie gdzie iść, ale wybrała tak karkołomne przejście przez skały, że strach mnie w końcu obleciał i zeszłam poziom niżej. Błąkałam się to tu, to tam, podłączając się pod różne zawodniczki, ale i one nie bardzo wiedziały jak ugryźć tę trzydziestkę dwójkę. Wreszcie znalazłam! Niestety, moja radość była mocno przedwczesna, bo chociaż widziałam lampion, to bez skręcenia karku nie dawało się zejść do niego. Jak nic, trzeba było obiec skałę naokoło. Biegłam, biegłam i biegłam (to znaczy szłam, ale biegłam lepiej wygląda) a skała nie miała końca. Byłam już zrozpaczona, bo wyglądało na to, że zostanę w tym miejscu już do końca świata. Kilka razy zawracałam, kręciłam się w kółko, to schodziłam niżej, to wspinałam się na górę, bo może z góry coś widać, to leciałam za kimś, kto wyglądał, że wie dokąd dąży. W końcu przyuważyłam miejsce, z którego oddala się dużo szczęśliwych zawodników, a kiedy zbliżyłam się bardziej zobaczyłam szczelinę między skałami, z której spływało niemal nieziemskie światło, a kilometry powyżej mnie (a przynajmniej tak mi się zdawało, że kilometry) czerwienił się lampion. Był to niewątpliwie najpiękniejszy widok, jaki ujrzałam tego dnia. Dotarcie do tego widoku z poprzedniego punktu zabrało mi raptem pół godziny, choć mi wydawało się, że całą wieczność.
Z punktu czwartego niewiele pamiętam poza tym, że było wreszcie w dół. Najwyraźniej musiał wejść gładko. Skoro do czwórki było w dół, to niestety utraconą wysokość należało odzyskać i do piątki musiałam się znowu wdrapywać na górę. O dziwo, punkt nie był na skale i może dlatego znalazłam go bez problemu. Za to po piątce znowu następował lampion z ulubionym kodem 32. Tym razem trafiłam do niego od razu, tyle tylko, że znowu od dupy strony. Dla pewności jeszcze raz sprawdziłam czy nie da się do niego jakoś zejść, ale tylko najtwardsi faceci skakali te kilka metrów w dół. Nawet nie patrzyłam czy zostawała z nich krwawa miazga, czy tylko łamali kończyny. Z poprzedniego pobytu w tym miejscu pamiętałam, w którym kierunku należy obiegać skałę, więc w końcu udało się zdobyć PK 6.
PK 7 i 8 były w tak dużym skupisku skał, że mapa w tym miejscu była cała czarna i nawet nie było widać, gdzie kończy się jedna skała, a gdzie zaczyna następna. Darłam równo na azymut, omijając jedynie to, czego nie dało się sforsować wprost. Ku własnemu zdziwieniu wyszłam dokładnie na siódemkę. Z siódemki na ósemkę szłam tak mniej więcej w dobrym kierunku, a życzliwi ludzie idący z naprzeciwka sami z siebie informowali mnie, że idę na kod 33. Prawdę mówiąc nie bardzo dało się iść gdzie indziej, bo dostępna była tylko jedna ścieżka. Ludzie szli przede mną, za mną, a każdy idący z naprzeciwka upewniał nas, że dobrze idziemy. Z ósemki na dziewiątkę nie dało się iść po prostej, bo musiałam okrążyć skałę i kiedy przy tym okrążaniu już mi się wydawało, że zgubiłam trop, nagle spotkałam Tomka. Z obłędem w oczach szukał kodu 33, a za wskazanie drogi (mniej więcej, bo przecież już nie bardzo wiedziałam gdzie jestem) wykierował mnie na moje 32, czyli dziewiątkę.
Po dziewiątce zaczęliśmy się powoli przemieszczać w stronę mety.  Dziesiątka była już pojedynczą skałką, więc zawsze to mniejszy problem niż przy dużym skupisku, dlatego w porównaniu do poprzednich punktów, to był pikuś. Co prawda dziesiątka usadowiła się na zboczu sąsiedniej góry i jeszcze w drodze na nią trzeba było pokonać wąwóz, ale po punktach 3-9 nic mi już nie było straszne.
Po podbiciu dziesiątki ustawiłam azymut i ruszyłam. Oczywiście przez największe krzale i zarośla. Co prawda mapa informowała o lesie przebieżnym, ale najwyraźniej w tych okolicach definicja przebieżności jest jakaś inna. Co z tego, że w pobliżu były ścieżki prowadzące w okolice następnego punktu? U mnie azymut – rzecz święta. Tym sposobem spory kawał trasy pokonałam szlakiem świętego Azymuta i nie dość, że przez coraz bardziej gęsty las, to jeszcze pod górę. W końcu jednak poszłam po rozum do głowy i napotkawszy jakąś drogę skwapliwie z niej skorzystałam. Jedenastkę w sporym dole znalazłam bez problemów, zresztą zanim ja tam dotarłam, do punktu była już wydeptana inostrada. Dwunastka na nosku też weszła bez problemu, choć znowu po prostej przez gąszcz, a trzynastka, dla odmiany, znowu była na skałce. Pojedynczej, więc trudno byłoby nie znaleźć, ale za to zaszłam ją od złej strony (kto by się tam przejmował opisami) i musiałam obejść dookoła, przy czym część tego dookoła była nie tylko w poziomie. Do czternastki to już leciałam za wszystkimi, pełnym pędem, a potem jeszcze przyspieszyłam, żeby jakoś to wyglądało na mecie.

 Kolejka do sczytania czipów. (Fot. ze strony Organizatora)
 
W biurze zawodów sczytałam czipa i z przerażeniem przeczytałam: Brak: 9 kod 32. No ale jak to brak??? Przecież trzy razy podbijałam ten nieszczęsny 32 i za każdym razem pisnęło i zaświeciło. Tyle wysiłku na nic? Kiedy tylko Tomek wrócił ze swojej trasy, poskarżyłam się na niesprawiedliwość losu, a ten natychmiast poleciał bić organizatorów, bo co to za porządki, żeby nie zaliczono podbitego punktu. Dopiero potem okazało się, że mam wszystkie punkty, a jedynie biegłam na innej wersji mapy niż wczytano do komputera. Uffff. Szkoda byłoby zaczynać od nieklasyfikowanego etapu.

 Kilka metrów przed linią mety. (Fot. ze strony Organizatora)
 
To co to ja głupiego sobie myślałam o tych krótkich, pojedynczych etapach każdego dnia? Że jakiś relaks i wypoczynek? Cha, cha, cha, cha.... Trasę 4,8 km zrobiłam w dwie i pół godziny, zmachałam się jak Nasza Szkapa albo Łysek z pokładu Idy, padałam na pysk, wszystko mnie bolało i gdyby ktoś kazał mi pobiec jeszcze drugi etap, to bez względu na konsekwencje - zabiłabym!

C. D. N.

niedziela, 8 lipca 2018

6 Grillowanie Kosmatych Inoków - dzień pierwszy

Spieszyliśmy się na Grillowanie bardzo, bo to jedna z naszych ulubionych imprez i nawet wzięłam pół dnia urlopu żeby było szybciej. W tym roku planowałam zdobyć Kichę, więc z etapami trzeba było się sprężać.  Po przyjeździe do bazy wrzuciliśmy bagaże do domku, przebraliśmy się i od razu poprosiliśmy o mapy.

 Nasz domek

Teoretycznie w etapach można było wybierać jak w ulęgałkach, ale praktycznie zaproponowano nam konkretny etap. My tam wybredni nie jesteśmy, więc wzięliśmy co dawali.  Pierwszym zaskoczeniem była dojściówka. Ja rozumiem pół kilometra, kilometr dojściówki, ale prawie cztery?! Co prawda te cztery wychodziły  tam i z powrotem, ale jednak to w zasadzie dodatkowy etap. Dojściówka szybko jednak zeszła na plan dalszy, kiedy zobaczyliśmy mapę właściwą. Już tytuł („Mouskorek omiśniak”) sugerował autora, więc spodziewać można było się wszystkiego, bo te środki co on bierze, to dają niesamowite efekty.
Dojściówka jak dojściówka – banalna, bo w sumie miała tylko doprowadzić na start etapu.  Jedyną atrakcją był łabądek na PK C. No dobra – jeszcze jezioro w pobliżu bazy, ale to mogliśmy zobaczyć i bez dojściówki.

 Łabądek na drugim brzegu - niestety nie widać :-(

Po drodze usiłowaliśmy zrozumieć coś z opisu etapu zasadniczego i w sumie to był nasz błąd. Bez czytania opisu byłoby dużo, dużo łatwiej. Wycinki były wklęśnięte, uwypuklone, rozciągnięte, zlustrowane – dla każdego coś miłego. Trochę mnie zdziwiło, że ta sama mapa była też dla trasy TO, a w regulaminie jak wół było napisane, że TO jest na poziomie TT/TU.  Ale jak się później okazało, trasa faktycznie była na poziomie TU i tylko opis na poziomie mocno zaawansowanego TZ :-)
Pierwsze dwa punkty mieliśmy na wycinku startowym, więc nie było problemu, ale potem musieliśmy już coś dopasować. Wiedzieliśmy, że musimy dopasować jedno z małych kółek, coś z zielonego stwora i coś z dużej kuli – a przynajmniej tak nam wychodziło. To, że PK 26 pokrywa się z PK 36 rzucało się w oczy, ale, że jest to punkt potrójny z PK 32 do kompletu, to trochę mnie zaskoczyło. Szczególnie, że dopasowanie tego PK 32 nie było takie jednoznaczne. Mamy nadzieję, że dobrze to sobie wykoncypowaliśmy. Wychodziło nam, że kolejny punkt będzie dla odmiany tylko podwójny (25 i 35) i ja dałabym się nabrać na tę podwójność, ale Tomek zachował czujność i wypatrzył, że jeden to skrzyżowanie rowów, a drugi skrzyżowanie dróg, tyle, że położone bardzo blisko siebie. Punkt 35 mimo wszystko okazał się podwójny, tyle, że z PK 33. Nie od razu zorientowaliśmy się w tej kombinacji i musieliśmy się wracać. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
W drodze na 34 spotkaliśmy ekipę krakowską, z lekka jakby zdezorientowaną, bo najwyraźniej przeszli już punkt idąc wariantem przeciwnym do naszego. Razem więc dotarliśmy do 34, który znowu okazał się podwójny (34/28). Karta startowa zapełniała nam się błyskawicznie tymi punktami wielokrotnymi i było to całkiem miłe.
Począwszy od PK 28 cztery kolejne punkty mieliśmy na jednym wycinku, więc było dość łatwo, nawet jeśli wycinek był porozciągany jak stary sweter. Przy PK 29 pomachaliśmy napotkanej ekipie z Rumii. Ponieważ na mapie mieliśmy więcej punktów niż trzeba było zebrać, bez żalu odpuściliśmy sobie PK 23, bo mimo, że byliśmy blisko niego, jakoś się nam nie chciał rzucić w oczy. Jego strata. PK 27 i 24 to już była formalność. Zadanie – kolor szlaku – wpisaliśmy już z dojściówki, ale wcale nie było sprecyzowane, gdzie ten szlak miał przebiegać, więc praktycznie mogliśmy wpisać całkiem dowolny.


Nasz ostatni punkt na trasie.

W bazie, po oddaniu karty startowej, ochoczo podjęliśmy czynności nawiązujące do nazwy imprezy, czyli rozpaliliśmy grilla i dołączyliśmy do innych grillujących inoków. Przed etapami nocnymi musieliśmy uzupełnić stracone na etapie kalorie i zregenerować nadwątlone siły.

C. D. N.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Zgrillowana

Ponieważ po Grillowych dojściówkach totalnie zeszłam, a przed nami jeszcze Wawel Cup, więc na relację trzeba będzie chwilę poczekać. Ale obiecuję - napiszę, a i filmik spreparujemy.

Jak Grillowanie, to grillowanie!