piątek, 30 grudnia 2016

Śliskie InO

- Chodź ze mną na łyżwy - namawiała mnie od jakiegoś czasu Agata (starsza córka), która niedawno zapisała się do szkółki łyżwiarskiej i chyba przygotowuje się do olimpiady. No, ale gdzie mi - starej babie - na łyżwy?! Kiedy więc w mailu od Barbary przeczytałam, że i ona szuka chętnych na ślizgawkę, poczułam się z lekka osaczona. Jakaś plaga z tymi łyżwami, czy co?
Darek zaatakował od razu z grubej rury:
"Planowane są też dla wahających się Wahaczy dwie trasy:
- Trasa Łyżwiarska dla zaawansowanych
- Rekreacyjne Łyżwy
AN - A Na deser :)
nazwy nieprzypadkowe :)"
W tym momencie do łyżew zapalił się także Tomek, miałam więc przechlapane i nie pozostało nic innego jak się zgodzić.
O umówionej godzinie byliśmy we trójkę (ja, Tomek i Agata) silni, zwarci i gotowi. To znaczy silni, zwarci i gotowi byliśmy nawet ponad godzinę wcześniej, bo jakoś wcześnie nam się przyjechało (chyba z tych emocji). Kupiliśmy bilety wstępu i czekali na resztę. Wreszcie wbiliśmy się w plastikowe, niewygodne i ohydne skorupy nazywane tutaj łyżwami i nadszedł decydujący moment - wejście na lód. Stanęłam na samym jego brzeżku, uwiesiłam się materaca przy wejściu i usiłowałam zachować pion. Obok Tomek walczył o to samo. Reszta pojechała swobodnym ślizgiem.
Podobno z łyżwami jest jak z jazdą na rowerze - nie zapomina się. Po jakichś dziesięciu latach przerwy w jeżdżeniu miałam wrażenie, że to jednak tak nie działa. Każdy krok wymagał ode mnie niemal cyrkowych akrobacji żeby nie przylgnąć do lodu całą sobą. Miałam wrażenie, że teraz to jakiś bardziej śliski ten lód robią niż dawniej. Przede mną Tomek (w pozie cokolwiek pokracznej) usiłował przemieszczać się do przodu. Żadne InO nie było nam na razie  w głowie, mimo że mapy mieliśmy pochowane gdzieś po kieszeniach.
Po dwukrotnym objechaniu toru (co zajęło nam ponad pół godziny) Tomek wyciągnął mapę i zaczął namierzać. Faktycznie na bandzie były poprzypinane małe lampioniki, trzeba było tylko wytypować te właściwe. Niby proste, ale okazało się, że  środek lodowiska był zlustrowany i po prawdzie nie do końca było jasne jak rozumieć słowo "środek", bo niby dokąd on sięga.
Część punktów była po wewnętrznej stronie toru, czyli poza naszym zasięgiem, no bo jak oddalić się od pionodajnej bandy? Na szczęście mieliśmy w zespole Agatę i ją wysyłaliśmy w niebezpieczne rejony. Ale do jednego wewnętrznego punktu odważyliśmy się jednak "podjechać" i było to niczym przebiegnięcie z zamkniętymi oczami Marszałkowskiej w godzinach szczytu - ten sam poziom emocji.
Z każdą chwilą utrzymywanie się na łyżwach szło mi coraz lepiej i jedyną glebę zaliczyłam usiłując wyhamować przy lampionie.  A kiedy już udało mi się wstać, Tomek oznajmił, że to jednak nie ten. I takie poświęcenie się zmarnowało.
Kiedy znaleźliśmy już wszystkie PK (a w zasadzie Tomek znalazł, bo ja wolałam skupić się na utrzymywaniu równowagi, a nie patrzeniu w mapę) mogliśmy oddać się całkowicie "przyjemności" jazdy. W sumie byłoby nawet nieźle gdyby to coś na nogach nie uwierało i nie wgryzało się w łydki i stopy, a najlepiej gdyby to w ogóle zdjąć. Poza tym wiem już, że następnym razem trzeba wziąć ze sobą kilo soli i woreczek piasku (jeszcze nie przetestowałam co będzie lepsze) i sypać przed sobą, to człowiek się nie poślizgnie. Zwłaszcza przed Tomkiem trzeba sypać, bo biedak chyba z pięć razy leżał na lodzie.
Nie daliśmy rady dotrwać do końca półtoragodzinnej rundy, bo nogi nienawykłe do tego rodzaju ruchu, zaczynały już się pod nami uginać. Do tego Agata zaczęła sztywnieć z zimna, co dla mnie było niepojęte, bo ja ociekałam potem z wysiłku. Kiedy w końcu wszyscy zeszli z lodu czekała nas jeszcze jedna trasa InO, już na zewnątrz lodowiska. Prawdę mówiąc nie byliśmy na to przygotowani i nie wszyscy mieli latarki, ja to nawet kurtki nie miałam, bo została w samochodzie. Chciałam zaproponować Tomkowi pójście na jeden punkt, ale zanim zdążyłam otworzyć gębę, ten już gdzieś zniknął. Zostałyśmy z Agatą bez latarki, bez ciepłych ubrań i bez kluczyka do samochodu. W akcie protestu postanowiłyśmy się odciąć od Tomka i dwoma punktami wypełniłyśmy naszą własną kartę startową, a żeby nas nie podkusiło szukać kolejnych, od razu oddałyśmy ją organizatorom.

Muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy na InO nikt mnie tak nie wyślizgał jak tym razem. Aż strach się bać, jakie jeszcze pomysły przyjdą do głowy co poniektórym osobom biorącym się za organizację ....

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Wszystkim czytelnikom życzę radosnego świętowania!
Tylko nie siedźcie przez dwa dni za stołem, sprawdźcie czy w lesie ktoś czasem nie rozwiesił lampionów:-)

piątek, 23 grudnia 2016

42. OrtInO czyli niezłe laski Mikołaja

Ja z OrtInO zrezygnowałam, ale Tomek nie:

Kolejne OrtInO. I to takie na które miałem bilet wolnego wstępu! Ale że robiłem za aprowizatora… to można powiedzieć bilet się zmarnował.  Moja Druga Połowa odmówiła udziału bo nie wiedziała, że przy starcie jest górka. Niech żałuje!
Trasa TZ wg zapowiedzi miała być prosta łatwa i przyjemna. Gdy się uwzględni noc i temperaturę w okolicach zera, to nigdy nic nie jest łatwe i przyjemne. Nawet nie pomogły główki Mikołajów patrzących na nas z mapy i to w dodatku w planie mapy. Nie pomogły także trzy niezłe laski, bo niezbyt dawało je się dopasować do tych Mikołajów. Po chwili bezowocnego wpatrywania się te laski zwątpiłem i ruszyłem na PK D, gdzieś koło startu. Tzn. wydawało mi się, że ruszyłem w dobrym kierunku, ale życie szybko to zweryfikowało. Na szczęście, po chwili walki, udało mi się dość dokładnie północ na mapie wyznaczyć – co miało przydać się w zadaniu wyznaczania azymutu. Bo kto to widział OrtInO bez zadania z azymutem i przekoszoną północą?
Przy PK D znalazłem jakąś dobrze świecąca lampę na budynku i udało mi się wreszcie dopasować te laski do Mikołajów. Jako, że osiedle ma specyficzną budowę i ciągi domów wijących się niczym węże i to w kilku rzędach, postanowiłem iść mniej optymalnie, ale za to przez jednoznaczne punkty orientacyjne z Mikołajów. PK M, PK C, PK A, PK Z i tak do PK G.  PK G okazał się o dziwo łatwo znajdowalny.  Jakiś spadek formy budowniczego? Dalej zaczęły się schody, bo był BPK. Taki przez pomyłkę budowniczego, który lampion powiesił z drugiej strony budynku, akurat ciut powyżej sławnych 2mm w skali mapy. Dalej szedłem po obrzeżu mapy zaliczając PK W,F,N,P (przy którym musiałem się wracać, bo w ciemnościach nie dojrzałem, iż zaznaczyłem go sobie jako punkt podwójny)  aż do PK B. Tu mi wyszło, że to punkt podwójny z PK R. Tak to jest, gdy ślepy patrzy na mapę po ciemku. Teraz to mi zostaje tylko wrrrrr ze złości. Do kompletu zostały mi jeszcze 2 punkty: S i H. Wiem, że byłem już wcześniej koło S, ale wolałem namierzać się z tej strony, po lasce, która pokazywała teren od punktu B do punktu S. Tyle, że przejście było zagrodzone i trzeba było iść naokoło przez białe plamy na Szwajcarce. Ale co, ja nie dałbym rady? Oczywiście dałem! Został ostatni PK H z pytaniem o motylki. W rezultacie punkt ten wyszedł koło startu, ale miałem jakąś pomroczność mroczną  i szedłem do niego z PK B jakimiś strasznymi zakosami. W międzyczasie wyznaczałem azymut z zadania.  Naniosłem sobie punkty na mapę zmierzyłem azymut i postanowiłem uwzględnić deklinację (bo północ miałem magnetyczną). Po kalkulacjach wyszło mi 220. Właściwie, to po raz pierwszy byłem pewien, że dość dokładnie zmierzyłem azymut przy tak przekoszonej północy. Dumny oddałem kartę. Moja duma rosła gdy inni oddawali kartę z jakimiś dziwnymi kątami. Niestety duma uleciała gdy w nocy pojawił się protokół.  Jeden stowarzysz (wrrrr), 9 pkt za zadanie z azymutem i 12 minut lekkich. Ciekawe kiedy mi się wreszcie uda OrtoTZ na zero przechodzić????
 

Szczęśliwickie choinki

Choino w tym roku było jakieś pechowe. Najpierw, w jakimś dziwnym odruchu solidarności z Tomkiem zapisałam się na TZ, potem wysiadając już z samochodu na miejscu startu, zorientowałam się, że zapomniałam wziąć pierniczków, specjalnie upieczonych na tę okazję, a na koniec dowiedzieliśmy się, że Paweł (autor trasy TZ) nie dojedzie, bo rozbił po drodze samochód. Na szczęście Paweł osobiście jakoś szczególnie nie ucierpiał (uff), ciast i innych smakołyków inni uczestnicy dostarczyli pod dostatkiem, a trasę jakoś udało się przebyć.
Na początku za nic nie mogłam połączyć choinkowych wycinków ze sobą, mimo, że jakoś powinny się łączyć, a przynajmniej tak głosił opis. Na szczęście Tomek mniej więcej po ich zawartości wiedział gdzie to jest w terenie, bo podczas jednaj z imprez poznał okolice baaardzo dogłębnie zgubiwszy się na amen. Poza tym tuż przed nami szedł Adam z Anią, więc w najgorszym przypadku zawsze mogliśmy patrzyć co oni robią.
Szłam  za Tomkiem, Tomek szedł za nimi i nawet początkowo niespecjalnie dociekałam dlaczego w tę stronę, a nie w tamtą. Kiedy nasze zespoły w którymś momencie poszły każdy w inną stronę, zaczęłam zaglądać w mapę i trochę kontrolować co robimy. W końcu i na mnie spłynęło natchnienie i udało mi się chyba ze trzy choinki dopasować, więc tak całkiem na sępa nie szłam. W sumie największy problem mieliśmy z wycinkiem  z punktem R, który według naszych dopasowań wypadał pod koniec trasy. W typowanym miejscu zastaliśmy Anię i Adama twierdzących, że nic się nie zgadza i że to musi być gdzie indziej. I faktycznie, ten jeden jedyny wycinek źle dopasowaliśmy. Ogólnie nie wyrobiliśmy się w limicie i wcisnęli nam jednego stowarzysza, co do którego ja mam wątpliwości, ale że ogólnie wynik nie jest dla mnie istotny, więc się nie awanturuję.
A na mecie już czekały na nas przepyszne śledziki (mniam, mniam - przepis poproszę!), ciasta przeróżnej maści, owoce - jednym słowem uczta. Ponieważ bazę mieliśmy w ośrodku narciarskim (Górka Szczęśliwicka), więc wszyscy narciarze z zazdrością zaglądali na nasz stolik:-)
I w taki sposób pożegnałam się z tegorocznym sezonem, bo na OrtInO już się nie planowałam wybierać.

wtorek, 20 grudnia 2016

UrodzInO

Rosną mi zaległości, ale nie nadążam z życiem. Z nadejściem zimy ruszam się wolniej, przysypiam i przestaję ogarniać.
W sobotę Tomek robił UrodzInO. Wtrąciłam się jedynie z ciastem, do mapy się nie mieszałam. Produkował, produkował, a potem pokazał. Próbowałam ugryźć to z prawej, to z lewej, to środkiem. Niby teren znany mi, obszar niewielki, ale za nic nie wiedziałam jak to poskładać do kupy. W końcu poddałam się, szczęśliwa, że nie muszę z tą mapą iść w teren. Zamiast lekkiej, rozrywkowej trasy urodzinowej wyszło mu solidne TZ. Rekordziści siedzieli nad mapą na starcie chyba ze czterdzieści minut zanim ruszyli. Ale byli też i tacy, jak Pani Prezes, która popatrzyła, poszła, zebrała, wróciła i dała się nabrać tylko na jednego stowarzysza. I tak należało robić - iść, a nie siedzieć, bo zimno było jak w lodówce i ruszać się trzeba było. Ja żeby nie przymarznąć do sekretariatu uskuteczniałam wbiegi na górkę, ale i tak nieźle zmarzłam.
Zawody wygrał oczywiście Marcin K., bo gdzie się pojawi, tam wygrywa:-)
A po zawodach, już w domu zrobiliśmy dla chętnych dogrywkę, ale już bez map, bo po co się męczyć.
Podobno są już jakieś plany na przyszłoroczne UrodzInO, ale nic nie mówię, bo może to ma być niespodzianka.

piątek, 16 grudnia 2016

Wiosna zimą czyli Majaczki Magdalenki

 Tomek pojechał trochę pomajaczyć, a ja do garów..... Tort na jutro upiekłam!


Można napisać, że już tradycyjnie Magdzie coś się obsuwa. I to poważnie - bo z wiosny na zimę. Ale nie ginie! Majaczki rozpoczęły mały zimowy stowarzyszony maraton InO. Moja Druga Połowa odmówiła uczestnictwa w części imprez (po tej górce na Moczydle widzę, że zapisuje się tylko na górskie InO czyli np. ChoInO!), więc pojechałem sam. Musiałem pojechać, bo zostałem zobligowany do dostarczenia termosu pełnego gorącej herbaty. Herbatę przygotować to pikuś. Dojechać autem do centrum także pikuś. Ale zaparkować…. Po 20 minutach krążenia w korku zaparkowałem o milę od startu. Termos w rękę i pognałem na ul. Nowogrodzką. Rzutem na taśmę zdążyłem i zastałem jeszcze organizatorkę z DM i Panią Prezes. Jak mi to już wchodzi w nawyk, uratowałem naszą Prezes, bo jak zwykle nie miała latarki. Nawet takiej z rozładowanymi bateriami!
Dostaliśmy mapę i poszliśmy w miasto. Oczywiście mapa mocno przeterminowana, tak coś ponad 80 lat. Początek wydawał się prosty. Ulice się zgadzały, nawet działki z budynkami także. Udało się dopasować zdjęcia, bo lampionu żadnego nie spotkaliśmy. Schody zaczęły się przy ul. Pięknej. Miejsce jest, a lampionu nie ma i niczego ze zdjęcia także nie ma! Wokół krąży Ania z Kaziem i także niczego nie mają. Ale że mamy nadmiar punktów na mapie, postanawiamy iść w okolice PKiNu. Pierwszy punkt za Alejami, przy wyjściu z podziemi B. kojarzy, więc potwierdzenie to formalność. Kolejny PK gdzieś koło drugiego budynku dworca W-wa Śródmieście wypada. Obstawiamy neon. Ale coś nie tak.  I jakby w złym miejscu. Odpuszczamy i idziemy na PK6. Tu jest charakterystyczna śruba pod Muzeum Techniki. Czyli jednak piątka jest gdzieś obok budynku dworca – postanawiamy wrócić na koniec do niej. Kolejne punkty na mapie z roku 1935 zaznaczone są na ulicach, których nie ma. Wychodzi nam, że na rogu PKiNu gdzieś koło Teatru Dramatycznego. Jedno zdjęcie znajdujemy, ale na nasze wyczucie nie dokładnie w środku kółka. Punkt powinien być gdzieś koło wejścia do Teatru, najlepiej na tablicy z plakatami. Ale nie ma. Jest jedno zdjęcie z logo teatru, ale nie ma go na plakatach. Nawet wchodzimy do  foyer, ale nic nie znajdujemy. Dołącza się do szukania Zuza S. Idziemy na trójkę – tu coś mamy – neon! Wprawdzie nie świeci, ale dokładnie do zdjęcia pasuje. Domyślamy się, że może coś się autorowi omskło i do PK 3 przypisujemy zdjęcie z plakatem od strony Alei Jerozolimskich – pewnie mieści się w 2mm. Zostaje nam jeden PK do znalezienia. Wracamy na PK 6. Niestety nic tam nie ma. Zostają alternatywne PK przy Świętokrzyskiej. Znajdujemy nazwę byłej ulicy ze zdjęcia – ja stawiam że to PK 2. Ale znajdujemy ławeczki ze zdjęcia nie z tej strony co być powinny i trochę jakby przesunięte. Czyżby to jednak był PK 1? Nie wiem nawet co Pani Prezes na kartę wpisuje. Mocno spóźnieni idziemy na metę. ”Aby dotrzeć na metę należy wejść lub wjechać po schodach”. My wchodzimy. Załapujemy się na resztki ciasta, herbatę, którą z narażeniem życia przyniosłem na start, wymieniamy się fantami na jutrzejsze UrodzInO i po dłuższej chwili Magda ogłasza koniec imprezy.
W domu oczywiście siadam do GoogleEarth i porównuję mapę z tym co znaleźliśmy. Jak nic PK 6 i PK 4 BePeki (bo w miejscu dobrym szukaliśmy), a PK 2 było po mojemu!  Ławeczki to był stowarzysz! Ale cóż, nie szliśmy na wynik, więc zostaje nam spokojnie poczekać na podliczenie wyników. Pewnie do przyszłego roku!

czwartek, 15 grudnia 2016

Warszawa Nocą czyli ludzie się błocą.

Na pierwszej rundzie Warszawy Nocą nie byłam, bo zebranie w szkole, na trzeciej pewnie też nie będę, bo znowu zebranie (klasa maturalna, to wypada się pokazać) więc w zasadzie mój udział w imprezie można sprowadzić do czystej rekreacji, bo o współzawodnictwie w cyklu nie ma mowy. Z tą rekreacją to też dyskusyjna sprawa, bo jak wczoraj w deszczu i zimnie zbierałam się do wyjścia, to raczej myślałam o biegu jako wymyślnej torturze, a nie rozrywce. Ale zapłacone (i to za cztery rundy), to jechać trzeba. Ba, nawet pomyślałam sobie, że należy czas wykorzystać do maksimum i od razu planowałam nigdzie się nie spieszyć.
Start był masowy. Z góry założywszy, że Tomek ma pewnie inną mapę, nawet nie próbowałam za nim biec. W zasadzie za nikim nie próbowałam, bo najpierw szukałam na mapie startu, a potem już nikogo nie było w zasięgu wzroku. Pierwszy punkt był stosunkowo daleko (jak na pierwszy, mający zachęcić), ale między budynkami łatwo się namierzać, więc bez problemu. Drugi, dla odmiany, był jeszcze dalej. A nie dość, że daleeeko, to jeszcze w parku i od razu wiedziałam, że trudno będzie trafić. Na początek namierzyłam górkę, a potem jakoś to miało być. Było tak, że po chwili błąkania się znalazłam trójkę. Przynajmniej wiedziałam gdzie jestem. Na azymut do dwójki nie dało się - nie dość, że krzaki co kawałek, to jeszcze góra, dół (zwłaszcza jak się błądzi), a teren śliski i podstępny. Szłam więc spacerkiem i wypatrywałam skupisk świateł. Stara, niezawodna metoda sprawdziła się i tym razem - punkt zaliczony. Gdyby ktoś myślał, że pamiętałam gdzie jest punkt trzeci, z którego przyszłam na dwójkę, to się myli. Grubo się myli. Pamiętałam mniej więcej (raczej mniej) sam kierunek, ale wiedziałam, że nad głową miałam górkę. Obeszłam więc podnóże górki i jakoś znalazłam. Czwórka była dość blisko dwójki, a z kolei piątka była punktem wielokrotnym z dwójką (między innymi).  Wcale mi to nie ułatwiło, bo nawet wchodząc kilka razy na ten sam punkt, dla mnie jest to zawsze pierwszy raz - po zejściu z punktu robię reset pamięci.
W drodze na szóstkę spotkałam Tomka. Dla niego to już był chyba czternasty punkt, więc jak widać - zgodnie z założeniami - wcale się nie spieszyłam. Moja siódemka najwyraźniej pokrywała się z jego piętnastką, bo wciąż miałam go przed sobą i ewidentnie biegł tam gdzie i ja. Aż do jedenastki było łatwo, bo wróciliśmy na teren zabudowany i wystarczyło liczyć budynki, żeby trafić gdzie trzeba. Nawet pozwoliłam sobie na drobną przebieżkę, bo po chodnikach dobrze się leciało i nie było zbyt ślisko. Z jedenastki długi przebieg do multipunktu i znowu miałam problem z trafieniem od razu. W akcie desperacji próbowałam nawet iść na azymut nie zważając na kolejne żywopłoty i znowu pomogły mi światełka innych uczestników. Dobrze, że przy tym punkcie cały czas się ktoś kręcił.
Trzynastkę w dołku , o dziwo, wyhaczyłam od razu, ale metodą azymutową, więc wyszłam stamtąd z lekka podrapana i poczochrana. Czternastka na schodach, więc zachowawczo poleciałam alejką na której miały się zacząć. Trochę naokoło, ale skutecznie. Do piętnastki też planowałam kulturalnie po trotuarze, ale złamałam się i poleciałam na skróty. W efekcie tych skrótów piętnastkę zachodziłam od góry. Już pierwszy krok w jej kierunku uzmysłowił mi, że łatwo nie będzie. Pode mną była jedna wielka błotna zjeżdżalnia. Przezornie od razu usiadłam na zadku, odepchnęłam się i zaczęłam zjeżdżać w kierunku upragnionego punktu.  Wszelkie próby wyhamowania przy stojaku - piętami, pazurami, zębami - nie dały żadnych efektów, pojechałam więc dalej, a w głowie tłukła mi się nie wiadomo skąd przywołana fraza: masa razy przyspieszenie, pomiń siłę tarcia. Jako, że moja znajomość fizyki jest zerowa, pewnie sensu większego w tym nie było, ale tarcie to na pewno pominęłam, bo zjeżdżałam gładko i szybko. Wyhamowałam przy ulicy (ku uciesze przechodniów) i rozpoczęłam wędrówkę pod górę. Pierwsza próba uświadomiła mi, że na pewno nie wejdę w pozycji homo erectus, ruszyłam więc na czterech, że niby taka homo faber jestem. Niestety, zręczności starczyło mi tak gdzieś do połowy wysokości i znowu zjechałam na dół. Przy kolejnej próbie wiedziałam już że należy zachować twarz i w razie czego odwracać się d..y stroną do gleby. Trzecia próba zakończyła się sukcesem. Tuż pod stojakiem wbiłam się w glebę wszystkim co ze mnie wystawało, przygięłam stojak jedną ręką i jakimś cudem zdążyłam wetknąć palucha z czipem zanim odpadłam od góry i kolejny raz zjechałam na dół. Uffff. Na mapie szesnastka wyglądała podobnie do piętnastki, ale w zasadzie było mi wszystko jedno - brudniejsza i tak już nie mogłam być. Punkt okazał się jednak dużo przyjaźniejszy, a jedynym problemem była ubłocona mapa, na której już niewiele było widać. Na siedemnastkę (punkt wielokrotny) trafiłam już za drugim podejściem i bez wspomagania światełkami, bo na trasie od jakiegoś czasu nikogo już nie spotykałam. Widok dwóch osobników na osiemnastce wzruszył mnie (że taka ostatnia to nie jestem), ale szybko okazało się, że całą trójką jesteśmy ostatnie siroty, bo organizatorzy zebrali już trasę i choćbyśmy nie wiem ile czesali, to nic nie znajdziemy. Chłopaki łudzili się, że może to jednak jeszcze nie ten moment i polecieli na dziewiętnastkę, a ja tak z rozpędu za nimi, zamiast krótszą drogą do bazy. W ferworze walki to już się nawet nie myśli.
W bazie Tomek wyglądał już na lekko zaniepokojonego moją nieobecnością i najwyraźniej ucieszył go mój powrót. Mój wygląd zaś ucieszył wszystkich:
Ponieważ życie jest jedną wielką przygodą, tuż za rogiem czyhały na nas kolejne atrakcje. Zaproponowaliśmy podwózkę Barbarze i Bartkowi i ruszyliśmy do samochodu. Ale żeby tam kto jeszcze pamiętał gdzie ten samochód zostawiliśmy. Nawet z mapą w garści chwilę włóczyliśmy się po osiedlu oglądając kolejne uliczki i czekając czy Tomek przypomni sobie, czy nie. W końcu znaleźliśmy nasze maleństwo, Tomek zrobił pstryk pilotem i ... nic. Nic się nie stało. Nie pipnęło, drzwi się nie otworzyły. Naciskał i naciskał guziczek i nic i nic i nic. Chyba Bartek doradził żeby otworzyć kluczykiem, co oczywiście wywołało protest autka - zawyło i zajęczało. Tomek pipał i pipał próbując jakoś przerwać alarm, my w tym czasie ładowaliśmy się do środka. Niestety, wyglądało na to, że do domu będziemy musieli wrócić pociągiem. Niezła perspektywa, wziąwszy pod uwagę nasze zmagania z wielką górą. Na szczęście jakimś cudem udało się uciszyć wyjca, odpalić silnik i ruszyć.
Byliśmy uratowani.

wtorek, 13 grudnia 2016

Zlotowy i odlotowy Nikiszowiec

Zlot, zlot i po zlocie. Za krótko to trwało, tak z tydzień by się przydał. Wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero w piątek koło 19-tej, a chwilę się jedzie. Co prawda w pociągu jechało nas coś z dziesięć osób z Warszawy, ale nie o wszystkich wiedziałam i nie do wszystkich dało się dojść, bo byliśmy rozsiani w różnych wagonach,  a w przejściach tłok. Tak więc szybko okazało się, że InO w pociągu odpada. Poznajdywaliśmy się dopiero  w Katowicach na peronie. Całą drogę baliśmy się z Tomkiem, że czeka nas kilkukilometrowy spacer do bazy, a tu okazało się, że jest możliwość załapania się na samochód, co to go sobie zamówiły siostry M. w komplecie z kierowcą - koleżanką lokalną. Dominika - dziękujemy za podwózkę!
Noclegi mieliśmy w pełnym luksusie, rzadko spotykanym na inockich imprezach, czyli w hotelu. Wrzuciliśmy nasze plecaki do pokoju i od razu ruszyliśmy na mini InO po najbliższej okolicy. Mapa jak mapa, ale opis był po śląsku i musieliśmy tłumaczyć sobie na nasze. I jeszcze zadanie specjalne - wytłumaczyć co to jest Altreich. Z opisu wynikało, że to coś, czym można się mocno narazić tubylcom, więc z duszą na ramieniu i pewną nieśmiałością, w pełnej gotowości do ucieczki zapytaliśmy o to uczestników konkurencyjnej imprezy w hotelu, którzy właśnie szykowali się do odjazdu. I okazało się, że Altreich to Sosnowiec. Zagadnięci panowie chcieli nas co prawda uprowadzić na swoją imprezę, ale byli całkiem pokojowo nastawieni. Samo Ino było krótkie, po okolicznych krzakach, z hasłem układającym się z kodów spisanych z lampionów. Tym sposobem, nawet nie znajdując źle rozstawionego PK 9 wiedzieliśmy co wpisać w kratkę:-)
Po zaliczeniu pierwszego punktu programu od razu rzuciliśmy się w wir życia towarzyskiego - najpierw lecie Tomka G. ze zdjęciami z wakacyjnej wyprawy, potem drobna stowarzyszona imprezka, a potem już nie miałam siły na nic więcej i tylko łóżeczko. Fakt jednakowoż był taki, że nie mieliśmy gdzie spotkać się w większej grupie, bo po prostu nie było przewidzianej żadnej większej sali do naszej dyspozycji.
Rano wstawało mi się ciężko, ale przecież śniadania nie mogłam odpuścić. A po śniadaniu wyruszaliśmy na trasę krajoznawczą po Nikiszowcu. Nikiszowiec znałam ze zdjęć, bo wśród fotografów jest popularny, to czasem się widuje, ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. (Tak dla jasności, to nie miałam żadnych oczekiwań, poza tym żeby nie zmarznąć i nie zmęczyć się.) No więc Nikiszowiec jest piękny, stylowy, unikalny, tajemniczy, romantyczny i faktycznie bardzo fotogeniczny. Mogłabym tam mieszkać, gdyby nie było tak daleko.

Po trasie krajoznawczej czekała nas niezwykła (jak dla mnie) atrakcja - zwiedzanie kopalni węgla. Że zwiedza się kopalnię soli, to wiedziałam, ale jakoś nigdy nawet nie pomyślałam, że można wejść do węglowej. Po dwunastej organizatorzy zapakowali nas do autokaru i pojechaliśmy. Ponieważ mieliśmy zwiedzać w trzech grupach, zjeżdżających na dół w odstępach czasu, zapisaliśmy się do ostatniej (razem z siostrami, Aniami i Pawłem) i poszliśmy na miasto. Tak dokładnie to mieliśmy iść do sklepu, ale widok stacji benzynowej z hot-dogami przyciągnął nas jak magnes. Hot-dog był pyszny, ale szybko pożałowałam, że go zjadłam. Zjazd do kopalni wyrobem windopodobnym okazał się przeżyciem traumatycznym zarówno dla mojego żołądka, jak i dla mojej psychiki. Nie wiem co bardziej ucierpiało, ale chyba psychika, bo hot-doga udało się zatrzymać.
Kochani - kopalnia to nie jest miejsce dla ludzi! Ciemno (jak się zgasi światło), ciasno, brudno, pyliście, głośno i tony węgla, kamieni i ziemi nad głową. A jak by tak to wszystko runęło?? Trasa była długa i pod koniec czułam się już jak Łysek z pokładu Idy, czy jakiś górnik (robiący na przodku) po całej szychcie. Kopalnia to zdecydowanie nie jest miejsce dla mnie! Z ulgą wyjechałam na powierzchnię i powiedziałam sobie - nigdy więcej!
Po obiedzie miało odbyć się otwarte zebranie Komisji Imprez na Orientację, pełna gala, wręczanie honorowców i nowych uprawnień i w ogóle. Był tylko drobny problem - nie było gdzie się podziać z tymi atrakcjami. W jadalni trwała konkurencyjna impreza, w drugiej sali również, a więcej sal nie było. Organizatorzy i zarząd kombinowali, kombinowali i w końcu postanowiono, że będziemy przekrzykiwać konkurencyjną imprezę. Niestety, okazało się, że mamy na to mniejsze szanse, bo konkurencja była już pod wpływem i bez hamulców, my jeszcze nie - pełna kultura i bon ton. Poza wszystkim oni też zapłacili za wynajem sali, więc mieli prawo się bawić. Po trudnej części oficjalnej postanowiono ciąg dalszy przełożyć "na potem" licząc na wykruszenie się sąsiedniej ekipy. Atmosfera zrobiła się ciut nerwowa, ale ostatecznie po prawie dwóch godzinach ciąg dalszy zebrania odbył się bez przeszkód, zarząd się sprawozdał, podyskutowano o wszystkich ważnych i nieważnych sprawach po czym grzecznie rozeszliśmy się do łóżek.
W niedzielę każdy wyjeżdżał o innej porze i nie było nadziei na wesoły pociąg. Za to wszyscy z warszawskiej ekipy mieli w planach dwa trina po Katowicach. Jako pierwsze ruszyło prezesostwo, potem my, na końcu siostry z przyległościami. Znowu udało nam się załapać na podwózkę - tym razem zlitował się nad nami Darek i podrzucił nas na cmentarz. Nie żebyśmy tak źle po imprezie wyglądali, na cmentarzu były trzy punkty kontrolne. Na trasie trin oczywiście spotkaliśmy obie nasze stowarzyszone ekipy, pomachaliśmy sobie i każdy poszedł w swoją stronę. Okazało się, że z trinami wyrobiliśmy się jeszcze przed pierwszym pociągiem, niestety procedura zmiany biletów trwa długo, a aż tyle czasu nie mieliśmy. W efekcie do odjazdu naszego plątaliśmy się po centrum handlowym przyległym do dworca. Zawsze lepsze to, niż zimna ulica.
Zbyt szybko cała impreza przeleciała i teraz nie pozostaje nic innego jak czekać na zlot przyszłoroczny. Organizatorzy - nie zapomnijcie dopilnować sali do integracji!!!

czwartek, 8 grudnia 2016

Mazowiecki Zlot

Tegoroczny zlot mnie trochę zawiódł. Nie żebym miała coś do trasy, bo ta akurat była jak najbardziej ok, ale summa summarum to wcale się nigdzie wszyscy nie zgromadziliśmy żeby siąść, pogadać, po prostu pobyć razem. Kawiarnia w której umiejscowiono metę była tak mała, że większość po oddaniu karty startowej rozglądała się dookoła i stwierdziwszy, że nie ma miejsc wychodziła.
I po zlocie:-(
Zostali tylko ci, którzy i tak się regularnie spotykają, z tym że część siedziała w środku, a część stała na zewnątrz:-) No dobra, to meta była na zewnątrz, ale dlatego, że się nie mieściła w środku. W przyszłym roku może by jakiś stadion wynająć albo co?
Za to przed "zlotem" załapaliśmy się na kawałek nasiadówki MKInO. Już na schodach usłyszeliśmy perorującego Darka M. i po wejściu do sali ujrzeliśmy go u szczytu stołu i nawet przez moment pomyśleliśmy, że jakieś wcześniejsze wybory były i załapał się na przewodniczącego, ale nie.
Wyspowiadaliśmy się z naszych planowanych imprez, przyznali nam przyzwoite rangi i przyjęli terminy. Dobre MKInO.
A jak już każdy powiedział, co miał do powiedzenia, wreszcie ruszyliśmy na trasę. Ponieważ spotkaliśmy się prawie na Starym Mieście, więc trasa była na stałych punktach, z czego połowa to zdjęcia do dopasowania. A żeby nie było za łatwo, zdjęcia były sprzed wojny. Staraliśmy się uwinąć z trasą szybko, bo za ciepło nie było, ale wcale nie wszędzie udało nam się dopasować fotki i musieliśmy zmienić koncepcję wyboru punktów. Całe szczęście, że było ich więcej niż mieliśmy zebrać, więc było w czym wybierać. Poza wszystkim to trasa wiodła w miłych okolicznościach  może nie przyrody, ale architektury, pominąwszy drobne fragmenty współczesnej barbarzyńskiej zabudowy.
Towarzysko może mało się wyżyliśmy, ale orientalistycznie w normie. Ja to chyba już w ogóle wyczerpałam swój limit orientalizmu na ten rok, bo wcale mnie nie ciągnie na kolejne imprezy, a tych - jak na złość - namnożyło się w grudniu bez liku. Ale w grudniu to ja mam większe parcie na miotłę i ścierkę. I tego się będę trzymać.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

50-tka z 18-stką


Kolejna pięćdziesiątka Tomka:
50-tka z 18-stką
Kolejna 50-tka aby uzbierać założone „pół litra”. Pierwsza „zimowa”. Choć kalendarzowej zimy jeszcze nie ma, to u mnie za oknem śnieg. Niestety, okazało się, że to jakaś lokalna anomalia, co uświadomił organizator pokazując „smaczki” z rozstawiania PK, gdzie zamiast śniegu było zielono i mokro.

Ale może po kolei. 50-tka to Wilga Orient. Zachwalana przez Ewę jako „nietypowa” 50-tka, bo z całym multum PK. Organizator podawał że ma być ich 38, a po odebraniu pakietu startowego, okazało się, że licząc gdzieś zgubił kilka i jest ich 42. Prawie jak na MnO – punkt co kilometr z haczykiem! Zachęcona tymi licznymi PK zebrała nas się całkiem spora ekipa: Pani Prezes, Przemek (liderujący na setki), Mateusz, który dołączył prawie że w ostatniej chwili, poza tym Ewa z Januszem i Zawsze Ostatni na trasę TP-25. Tak, że jadąc tam i z powrotem mieliśmy nadkomplet w samochodzie (nadkomplet to oczywiście długie nogi Przemka!)
Małe wyjaśnienie o co chodzi z tą 18-stka. Akurat taki fajny numer startowy dostała Pani Prezes, a że z założenia chodźmy/podbiegamy razem….

Pojechaliśmy w sobotę, bo impreza w nietypowym niedzielnym terminie. Po skompletowaniu załogi… oczywiście zgubiliśmy się. Zagapiłem się na rozjeździe i pojechałem S2… tyle, że w przeciwną stronę. Jako orientaliści wyciągnęliśmy papierowy atlas i zaczęliśmy główkować jak by tu wrócić na właściwą drogę. Wyszło nam z mapy, że trzeba odbić gdzieś w prawo. Jakaś ładna DK więc odbijamy. Ale cóż, droga za chwilę straciła swoja asfaltową nawierzchnię i poprowadziła w ciemny las.  Zostało nam włączyć nawigację… która nie szukała jakiś skrótów tylko kazała nam zawrócić i tyle. Rozumiem zabłądzić gdzieś w nieznanym terenie przy dojeździe do bazy imprezy, ale na drodze ekspresowej, która dobrze znamy???? Dalej już bez przeszkód (tzn. z przeszkodami w postaci bramek na autostradzie) dotarliśmy do bazy. Trochę pogaduszek, przygotowań i spać.

Rankiem, chwilę po 6-tej ktoś brutalnie zapalił światło. No cóż trzeba się zbierać. Za oknem mróz, więc ubieramy się na cebulkę o ilości warstw odwrotnie proporcjonalnej do planowanego czasu pokonania trasy. U mnie trochę tych warstw wyszło. Dostajemy mapy. Mniej niż zapowiadano. Organizator zmęczonym głosem opowiada coś o trasie, ale i tak nie słychać nic w drugim rzędzie. Po objerzeniu map planujemy: idziemy w moją ulubioną lewą stronę - na początek zrobić BnO i wracać przez punkty z mapy ogólnej – zawsze mniej ich po ciemku zostanie. Chyba większość uczestników także woli chodzić w lewo. Początek fajny. Punkty stoją gdzie trzeba. Nawet znajdujemy jeden lampion extra z jakiejś starej imprezy. Zostawiamy jeden PK z pierwszej mapy BnO na powrót. Gdzieś tam w międzyczasie zaliczamy PK 38, by mieć mniej na koniec. Od drugiego PK zaczynamy podbiegać, tak że reszta „chodzących” niknie nam z zasięgu wzroku.  Koło 17-tki spotykamy ekipę biegaczy z TP-25. Tak do połowy zwodnicy z 25-ki będą się pojawiali i znikali.  Naszych praktycznie nie spotykamy aż do ostatnich punktów. Początek idzie dobrze, średni czas na punkt sugeruje, że może pobijemy nasz rekord na tym dystansie.
Druga mapa BnO „Wielonek”. Inna skala. Trudniejsza, mniej dokładna. Pierwsze oznaki zmęczenia bo zaczynają się błędy. Co chwila spotykamy naszego konkurenta, który z sylwetki i sposobu poruszania się do złudzenia przypomina nam znanego z naszego podwórka K. Spotykamy go w dziwnych sytuacjach – z punktu udaje się w jakimś dziwnym kierunku (przeciwnym do kolejnego PK) i odnajduje się przy następnym lampionie!
Źle namierzamy się na PK 4, potem na PK 6. Chyba dopada nas pierwsze zmęczenie. Przy ósemce spotykamy „Zawsze ostatnich” – ma kto nam zrobić zdjęcie przy PK!


Koło PK 12 spotykamy Przemka. Widać idzie „pod prąd”.
 Ilościowo (co do PK) jesteśmy w połowie trasy, a czas koło 4 godzin. Myśleliśmy, że o tej godzinie to będzie on już na mecie (lub prawie na mecie) i w dodatku jakoś tak wolno pod górę podchodzi. Dziwne. 
Wprawdzie na trasie nie ma naszego ulubionego PK G, ale jest za to „pechowa 13”. Długo przedzieramy się przez krzaki zanim natrafiamy na lampion!
Za 14-stką mamy namiastkę cywilizacji. Pani Prezes postanawia włączyć telefon. Znaczy włączyć dzwonki – bo jak nie patrzeć akurat dzisiaj ma imieniny. Pomijając te nieodebrane do tej pory połączenia i smsy z życzeniami oczywiście telefon zaraz się rozdzwania. Nie ma wybacz – trzeba odebrać. Przedzieramy się mokrą ścieżką między stawami, co chwila zagłębiając się któraś nogą w grząski grunt, a telefon dzwoni i dzwoni. Taki „podsłuchany” fragment rozmowy przy przeprawie przez chybotliwy mostek: „ nie, nie ma mnie w domu, jestem właśnie na spacerze w lesie”. Pewnie to już 25 kilometr spaceru;-)

Koniec map BnO. Przed nami kawałek asfaltem i chyba najdłuższy przebieg.  PK 48 – bardzo fajny. I zagwozdka: nieprzeskoczna rzeczka, a za nią praktycznie widać PK 47. Już wcześniej oglądając mapę założyliśmy, że było to zbyt pięknie gdyby dawało się przejść suchą nogą i że trzeba lecieć do mostku zaznaczonego przy PK 31. Lecimy. Jest grobla, wdać górkę z PK 31 i jest rzeczka. Całkiem głęboka i szeroka. A mostek…. No cóż, pół pnia (i to zaczynający się z drugiej strony) złamanego na środku rzeczki. Widać jakieś ślady „naszych” widać ambitni wiedząc o barku prysznica w bazie postanowili załatwić ablucje na trasie, ale jakoś nie odczuwamy przyjemności chodząc w mokrych butach po lekkim mrozie. Lecimy naokoło. Do PK 47 próbujemy na azymut. Tu B. zaczyna rzucać mocne słowa jak brodzimy w jakimś błocko-cieku. Pomimo heroicznego pokonania bagniska wróciliśmy na poczciwy asfalt i z tamtej strony szukaliśmy kolejnego PK. I tu się zaczyna. Dwa cieki, bagnisko i kolejny PK za tym ciekiem. Bagnisko wydaje się przebieżne, ale tylko wydaje. Po chwili wycofujemy się i cofamy szukając możliwości przeskoczenia cieku. Jest jakaś niby kłoda. Udaje się w miarę sucho przekroczyć ciek. Uff. Zaczynamy rozumieć czemu Przemkowi tyle czasu zajęły te punkty! Chwila szukania skarpy z PK 46.  I przyjemna „sucha odmiana” przez kolejne 2 punkty.  Zaletą imprez z dużą ilością PK jest możliwość zaliczenia „klubowego” PK nr 44!

Przed nami grupa 3 PK najbardziej wysunięta na wschód. Tak gdzieś powinien dopaść nas zmrok. Wybieramy odpowiednią drogę „na skróty”, idziemy… a przed nami płot. Las mało przebieżny. Decydujemy się okrążyć i trochę na azymut iść do „Wału Szweckiego” (pisownia oryginalna). Bardzo kolczaste te przedzieranie się wzdłuż płotu. Musimy nieciekawe wyglądać, bo na nasz widok spokojnie
  pasący się dzik z przerażeniem próbuje uciec. Najpierw w panice próbuje przebić się przez płot (ale płot solidny wytrzymuje), a potem z dzikim kwikiem odbiega w drugą stronę.
Idziemy do PK 43. Jest. I to ten PK, który reklamował wcześniej organizator. Na środku rozlewiska a nie na „zakręcie rowu” jak głosi opis. Od naszej strony jest nawet zrobione dojście do lampionu z przerzuconych przez wodę gałęzi. Uruchamiamy nasze cyrkowe umiejętności i mamy lampion. Jeszcze wrócić na suchy ląd, przeprawić się przez ciek i idziemy na ostatni PK z tej trójki. Włączamy czołówki, bo robi się ciemno. Tu okazuje się, że B. ma nie swoją czołówkę. I jakieś słabe baterie i brak zapasowych. Na razie świeci… do czasu. Las daje nam do wiwatu: powalone drzewa i to nie jakieś malizny – nie da się górą, trzeba okrążać, a że ich cała masa to to ciężkie zadanie. Szczególnie w świetle latarek,
 gdy lekka mgła istotnie ogranicza ich zasięg. Dochodzimy do łąki gdzie powinien być PK 41 - mostek. Widzimy latarki. To kobieca konkurencja z TP-50 (bo zapisały się 3 panie – niby miejsce na podium pewne dla Pani Prezes, ale które…), która bezowocnie szuka PK. Wyznaczamy nasz azymut i idziemy w tą stronę. Jest grobla ze starą drogą, przelot nad ciekiem, nie ma lampionu. Rozpraszamy się szukając dalej. Wreszcie jest „mostek” trzy patyki nad ciekiem bez widocznej drogi. Chyba autorowi coś się omsknął ten lampion. Dalej gdzieś na azymut do drogi przez niebyt suchy i przebieżny las. Jest droga.  Znajdujemy przecinkę/skrót na południe i skręcamy, a konkurencja idzie dalej prosto do asfaltu. Dochodzimy do właściwej drogi – szerokiej wygodnej można podbiec. Konkurencja (wyraźnie biegająca) myślała, że odsadzi nas asfaltem ale nie dali rady;-).
Czołówka B. prawie nie świeci. Przyświecam ile mogę partnerce pod nogi, wygrzebuję rezerwowe „bździdło”, bo po całym dniu drogi lekko rozmarzły i robi się ślisko. I wszędzie dziki, więc gdy droga nie jest porządnie utwardzona znaczy się bywa rozryta przez dziki. Konkurencja ma lepsze światło i biegiem się wyrywa do przodu.
Przed nami
  jeszcze tylko 5 PK do mety. Najbliższy PK 39 „charakterystyczne obniżenie” – dość abstrakcyjny punkt. Dziura w ziemi o średnicy ze 300m, zarośnięta, a w niej cała masa mniejszych dziur, skarp itp. Gdzieś w tej dziurze lampion płaski, bez odblasków, od południowej strony drzewa. Za dnia może do sensownego zlokalizowana, ale w nocy… akurat trafiamy na niego przypadkiem „od pierwszego kopa”. Tyle, że tak wybrana i opisana lokalizacja przeczy idei „szukania miejsc charakterystycznych” a sprowadza się do „szukania lampionu”. A wystarczyło by postawić lampion w jakiś rogu wyrobiska i to sensownie opisać. Na szczęście to jeden z nielicznych tak niefajnych PK na tej trasie;-)

PK 36 „róg lasu”. Idziemy na niego od północy.  Mapa średnio się zgadza. W gęstym lesie tłum światełek. Z krzaków wypada jakiś zawodnik pytając czy mamy PK 36. Okazuje się, że nikt go nie może znaleźć. Dołączmy do grupy. Wg nas szukają za blisko, idziemy dalej. Polana/łąka róg lasu jest ale bez lampionu. Na mapie to bardziej na jakiś rów wygląda niż róg lasu. Jest wreszcie wielka łąka. Dalej niż się spodziewaliśmy. Jest róg, róg lasu i lampion. Dalej idziemy z Ewą i Januszem. Oni pominęli kilka „mokrych PK” ale niestety łąka którą idziemy daje im namiastkę tego co ominęliJ. Konkurencja się odrywa i biegnie do mety „po złoto”. Jeszcze PK 35 – wredny na noc (do wyczesania) gdzie wszyscy się tramwają i na metę.

Niestety naszego rekordu nie poprawiliśmy, ciągle jest 10 godzin z dużym hakiem, ok 52 km, a „umoczyliśmy” na tych „mokrych” PK;-). Pani Prezes dostała medal za 2-gie miejsce, Przemek za 3-cie, a mnie ominęła nagrodą dla „najwolniejszego zawodnika”, czyli wszystko przede mną:-) I oczywiście dostaliśmy po butelce trunku imprezowego! Niestety, nie dane jeszcze było mi go skosztować, bo po medalacji w auto i do domu.


czwartek, 1 grudnia 2016

Brak słów

Napisz relację i napisz relację - jęczy Tomek od wczoraj, a o czym tu pisać, jak wszystko poszło nie tak. Najpierw nie mogliśmy dojechać. Tkwiliśmy w koszmarnym korku, nawigacja nie mogła złapać GPS-a, a potem tak nas wykierowała, że musieliśmy pół Warszawy objechać żeby zawrócić tam, gdzie źle skręciliśmy.  W końcu jakoś dotarliśmy. Darek cierpliwie czekał, a w międzyczasie przygarnął do zespołu Anię. W momencie kiedy wystartowaliśmy rozszalała się śnieżyca. W połączeniu ze światłem czołówki dawało to widoczność zerową. Ja i tak z zasady nic nie widzę na ortofotomapie, bo nigdy nie mam przy sobie okularów, więc gdybym nie dostała mapy ostateczny efekt byłby ten sam. Dodatkowo mapa była zlustrowana, poszatkowana i poobracana. Tego już było za wiele.  Wściekłam się i stawiłam bierny opór. To znaczy nie patrzyłam w mapę i szłam bezmyślnie za Darkiem i Anią. 
Na początku, jak zaczynałam startować z Darkiem to cały czas byłam czujna, pilnowałam gdzie jesteśmy i dokąd iść, bo to wcale nie byłam pewna, czy mnie gdzieś nie zostawi wpół trasy, albo sam się pogubi i nie będzie wiadomo co robić. Teraz już wiem, że ogarnia mapy całkiem dobrze i nie dość, że mnie nie zostawia na pastwę losu, to nawet dba o mnie - nosi mi batoniki, wyciąga z rowów i wciąga na górki. No to nie pilnowałam mapy, bo po co.
Na drugim PK spotkaliśmy Wojtka a potem Leśne Dziady i kawałek szliśmy mocną grupą. Śnieg na widok naszych zjednoczonych sił wycofał się chyłkiem. Nawet ukradkiem zerknęłam na mapę, ale i tak nie wiedziałam gdzie aktualnie jesteśmy i jak iść dalej. W drodze na N pogubiliśmy się, bo kto by przypuszczał, że cmentarze są dwa, jeden obok drugiego - totalnie wbrew logice. Poszliśmy więc do główniejszej drogi, bo w cywilizacji to w razie czego i języka można zasięgnąć. Przy G mniej więcej ogarnęłam sytuację i nie czułam się całkiem nieświadoma, ale i tak tezety podpowiedzieli nam, że punkt na który patrzymy, to ten właściwy. Przy M znowu stowarzyszyliśmy się z Wojtkiem i Leśnymi Dziadami i wspólnym wysiłkiem zlokalizowaliśmy się. Pod koniec Darek stracił czujność, Ania szła na luzaka, a ja w biernym oporze i żeby trafić na metę śledziliśmy Dziady. Dobrze chodzą, to i doprowadzili.
Na koniec nawet postanowiliśmy zrobić zadania, chociaż zupełnie nie wiedzieliśmy jak. Zadanie drugie wpisaliśmy na oko, a pierwsze metodą wyciągnięcia średniej z trzech losowo podanych azymutów. Tak jakby nie trafiliśmy. Szkoda.
Na mecie ciasto, letnia herbata i ani śladu Tomka. Zdążyłam już zmarznąć kiedy wreszcie się pojawił i ... oznajmił. że jeszcze nie jedziemy, bo czekamy na Przemka. Tak się dziwnie złożyło, że Przemek przyszedł ostatni. Już nawet nic nie mówiłam bo mi mówienie przymarzło, tylko czekałam pokornie coraz mniej czując ręce i nogi. Tomek z Przemkiem umówili się, że się umówią mailowo na wyjazd i zupełnie nie wiem po co czekaliśmy, bo mogli od razu zaocznie się umawiać. Ale kto to za nimi trafi.
Z imprezy wyciągnęłam następujące wnioski:
- jak jest zimno, to nie należy iść na InO,
- jak jest ortofotomapa, to albo należy brać okulary, albo nie iść na InO,
- jak jest zimno i ortofotomapa należy zabarykadować się w domu, nie odbierać telefonów, nie otwierać drzwi.

poniedziałek, 28 listopada 2016

InO u Piotra

InO u Piotra to już ostatnie zawody w TMWiM, więc bez zmiłuj - być trzeba. Nie żeby mi się jakoś specjalnie chciało, bo uważam, że o tej porze roku wychodzenie z domu, to jakieś zboczenie i patologia, ale mus to mus.
Tradycyjnie szłam na TU z Darkiem, Tomek tezetował.
Etap pierwszy (to znaczy nasz pierwszy, bo nazywał się drugi) jakiś taki podejrzanie łatwy się wydawał. Co prawda na trójce utknęliśmy na chwilkę, bo nigdzie nie było lampionu, ale zdecydowaliśmy się wbić bepeka i poszliśmy dalej. Szło dobrze, a przynajmniej taką mamy nadzieję, że nie nałapaliśmy stowarzyszy. Coś tam w drugiej połowie (13?, 14?) źle stało, więc kolejny bepek. Najgorsze było to, że robiło się coraz zimniej i zimniej, człowiek marzł, nigdzie nie było niebieskich budek (czy innej formy potrzebnego przybytku), a park nie dość, że w środku miasta, to pełen jakichś dziwnych ludzi z latarkami. Oj, trzeba się było pomysłowością wykazać. W limicie czasu zmieściliśmy się spokojnie, na mecie zjedliśmy pączki z herbatą i myśląc, że kolejny etap będzie tak samo łatwy poprosiliśmy o mapy.
Tjaaa... Mapa była z 1936 roku. Mapa katastralna, a jak dla mnie to nawet katastrofalna. Wychodziło, że wszystko trzeba robić na azymuty i odległości. Co prawda druga strona kartki zapełniona była mnóstwem wycinków z aktualnej mapy biegowej, z tym, że były tam i punkty właściwe i stowarzysze.  Do wyboru, do koloru.
Już na pierwszy PK niezbyt dało się iść na azymut, bo na drodze stanęła Kopa Cwila, więc musieliśmy ją obejść. Niby można było przejść przez nią, ale po co? Udało się nam dopasować wycinek i jakoś punkt znaleźliśmy. Rozochoceni ruszyliśmy na kolejny - tym razem posiłkując się kompasem i licząc dwukroki. Znaleźliśmy. Gdzie jest lopka to wiedzieliśmy bez mapy, bo przed startem było powiedziane, że ma nas przeprowadzić przez jezdnię, więc od razu poszliśmy na pasy. Na trójce znowu udało się dopasować wycinek, co nas ustrzegło przed wzięciem stowarzysza.  Czwórka poszła, piątka z lekkimi oporami. Azymut i odległości nawet jako tako działały. Im dalej, tym większe problemy mieliśmy z dopasowywaniem wycinków, w końcu uznaliśmy, że nie są nam do niczego potrzebne i szkoda tracić na nie czas. Utknęliśmy na trzynastce (jednak coś jest na rzeczy z jej felernością). Kompas i odległość wskazywały nam środek jeziorka. Był tam nawet podest w jego głąb, ale lampionu ani śladu. W końcu, zdegustowani, spisaliśmy najbliższy znaleziony lampion i teraz powstała zagwozdka, jak namierzyć się na czternastkę. Po pierwsze nie wiedzieliśmy, czy mamy stowarzysza, czy jakimś cudem dobrą trzynastkę, po drugie - na azymut nie dało się iść, bo musieliśmy rzeczkę przekroczyć mostkiem, co stał kawałek dalej. Poszliśmy więc na oko. Na oko, to wiadomo - chłop w szpitalu umarł. Za nic nie szło znaleźć tej czternastki tak, żeby być pewnym, że to faktycznie ona. Poczułam się oszukana, rozczarowana i - co bardziej dokuczliwe - zmarznięta. Pozwoliłam więc Darkowi wykazywać się do woli, sama ograniczyłam się do liczenia odległości, bo i tak mi w nawyk weszło.  I kiedy już byliśmy dobrze za połową trasy, nastąpiło olśnienie - po co my się tak męczymy z tą mapą, jak wystarczyło ją nałożyć na tę z poprzedniego etapu, przeszpilkować punkty i namierzać się według tamtej. Totalne zaćmienie umysłowe.
Samą końcówkę trasy Darek znał już na pamięć, bo na któregoś "Smoka" stawiał tam punkty, więc szedł jak po swoje, a ja wlekłam się za nim szczękając zębami i marząc o powrocie do domu. Na mecie, o dziwo, czekał już na mnie Tomek, więc mogliśmy szybko się ewakuować porywając ze sobą Agatę, bo mieszka po drodze.
Bardzo jestem ciekawa wyników, zwłaszcza tego drugiego etapu. Będą, czy nie będą abstrakcyjne?

wtorek, 22 listopada 2016

Do mety!

Wygnał mnie ten mój chłop od ciepłego ogniska w mokrą, ciemną noc i jeszcze próbował poganiać. Co za podły los...
Na szczęście nie zaczęło się całkiem źle - punkt dziesiąty był elegancko postawiony na skrzyżowaniu, w niedalekiej odległości od ogniska, chyba żeby uczestników nastroić optymistycznie do drugiej części trasy. Za to jedenasty był za górami, za lasami, za dolinami - taki bardziej baśniowy. W związku z tą odległością powoli zaczęłam przechodzić w tryb "zombi" i jeszcze tylko padający deszcz utrzymywał mój kontakt z rzeczywistością. Zaczynałam potykać się o własne nogi, że już nie wspomnę o przeszkodach terenowych, ale twardo szłam naprzód. Tyle, że coraz mniejszą  uwagę zwracałam na otoczenie, że już o szukaniu punktów nie wspomnę. Tomek twierdzi, że na jedenastce był tłum, ale jakoś tego mój podsypiający mózg nie zarejestrował. Podobno mieliśmy też jakieś kłopoty z PK B, ale jedyne co pamiętam z wycinka, to nasyp kolejowy, który okazał się drogą, a nawet wręcz jakby leśną autostradą. Szło się wygodnie, bez potknięć i nawet zwiększyłam tempo. W okolicy dwunastki Tomek ustawił mnie pod drzewem (żeby na mnie nie padało - widzicie jaki troskliwy?), a sam poszedł przedzierać się przez rzeczkę, bo oczywiście punkt stał złośliwie po jej drugiej stronie.
Droga z dwunastki na trzynastkę na mapie wyglądała pięknie, tylko w terenie nagle skończyła się płotem i znowu musieliśmy iść na azymut po bezdrożach i wądołach.  Tym razem Tomek postawił mnie koło lampionu, a sam poszedł sprawdzić, czy nie ma w okolicy lepszego. Faktycznie - był.
Od trzynastki powtarzałam sobie w myślach:
- Byle do asfaltu, byle do asfaltu, byle do asfaltu.
Co prawda nie wiem w czym ten asfalt miał mi pomóc w środku nocy, bo w dzień to może jeszcze złapałabym jakąś okazję. Zgubiliśmy się parę metrów od tego wyczekiwanego asfaltu, bo tłumaczenie zabłąkanym uczestnikom trasy tatrzańskiej gdzie są, zdekoncentrowało nas. Uratował nas przejeżdżający samochód. Przejechał, zasygnalizował gdzie jest droga i pojechał w siną dal. Beze mnie:-( Na szczęście do czternastki było w miarę łatwo, nienajgorszą drogą i bez krzalowania.  Na piętnastkę prosto, jak w pysk strzelił, bez sensacji.
Od piętnastki myślałam już tylko o coraz bliższej mecie i w zasadzie ta myśl podtrzymywała mnie na duchu i ciele. Oczywiście nie znaczy to, że nagle miałam siły do wyczesywania punktów, ale coraz mniej opóźniałam marsz - niczym szkapa dorożkarska, co zmęczona po całym dniu, czując dom zaczyna przyspieszać.
Ostatni wycinek, a w zasadzie PK D sprawił trochę kłopotów. Nie tylko nam, ale i kilku innym zespołom, które od jakiegoś czasu kręciły się w zasięgu wzroku. Tamci odpuścili i świadomie wzięli stowarzysza, Tomek nie popuścił i wrócił kawał drogi po właściwy.  Ja pilnowałam ścieżki żeby ktoś nie ukradł. PK E był formalnością, a po nim ostatni, najostatniejszy PK 16. Oczywiście nie zawracałam sobie nim głowy, bo Tomek i tak miał spore towarzystwo,  więc co miałam robić sztuczny tłok. Poszłam w stronę mety, a kiedy Tomek dobił do mnie - UWAGA! - POBIEGLIŚMY na metę. Nie żeby nam to coś dało w ostatecznym rozrachunku, ale za to mieliśmy mocne wejście.
W bazie od razu rzuciłam się do żłobu, bo stracone kalorie trzeba uzupełnić, a potem wykrzesałam jeszcze trochę sił na kąpiel.
Jak to ostatnio na zawodach zwykle bywa, zadbano także o kontakt z kotem - co prawda tym razem nie organizatorzy, a uczestnicy, ale w ostatecznym rozrachunku kot był. Nawet zapowiadało się, że pojedzie z nami do Warszawy, bo koleżanka córki chciała go wziąć, ale rodzina stawiła opór. Przez krótką chwilę i ja pomyślałam, że dwa, a trzy koty to nie różnica, ale moja rozhisteryzowana kotka przegryzłaby tętnicę temu maleństwu, gdyby wkroczyło na jej teren.
 Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, a tu już padło hasło:
- Pobudka! Zaraz zakończenie. Ponieważ tym razem nie załapaliśmy się na podium, miałam mniejszą motywację do wstawania, poza tym organizm stawiał opór.
 Pierwsze miejsce zajął nasz zaprzyjaźniony zespół i nawet nie mamy im tego za złe, bo ich lubimy.  Drugie pierwsze miejsce zajęli koledzy Zbigniew i Piotr.  Ciągle nam się gdzieś kręcą po imprezach albo w postaci Rodziny z Teresina, albo indywidualnie i wciąż zajmują nam te lepsze pozycje. No, może w zeszłym roku my mieliśmy lepszą lokatę, ale na punkty przegraliśmy z nimi.
A taki kolega Jacek B. Zajął trzecie miejsce (de facto drugie), a gdzie się nauczył tak chodzić? Cały rok trenował na naszych trasach familijnych pod pozorem, że niby z dzieckiem, a tak naprawdę szlifował formę na Manewry.Już my mu w przyszłej edycji przyszykujemy takie mapy, że ze startu nie wyjdzie:-)
A może w przyszłym roku wszyscy pójdą sobie na Himalajską i będziemy mieć spokój? Chociaż Tomek też się czai na wyższy poziom. Eh, życie...
A tak serio - życzę wszystkim konkurentom zdrowia i kondycji, bo ściganie się z samym sobą nie jest tak fajne jak ściganie się z nimi.

Teraz nastąpi laurka dla Organizatorów:

Jesteście Wspaniali!
Jesteście Wielcy! (nie odchudzajcie się!)
Jesteście Perfekcyjni! (macie jakieś praktyki u zegarmistrza?)
Jesteście Tytanami Pracy! (zorganizowanie imprezy na tyle osób, to nie lada wyzwanie)

I bądźcie tacy zawsze!

poniedziałek, 21 listopada 2016

Byle do stop-czasu!

Nocne Manewry od Przewodników to jedna z moich dwóch ulubionych imprez i zawsze czekam na nie z niecierpliwością. Wreszcie nadszedł Ten Dzień. Zaczęliśmy od porządnego wyspania się, tak aż do odleżyn. Przez te parę chwil do południa nie przemęczaliśmy się, żeby zachować siły na noc, potem obiad, bo energia się przyda i wreszcie zaczęliśmy pakować się do samochodu. Jechaliśmy w dwie ekipy - ja z Tomkiem i połowa córek ze swoimi koleżankami.
Tak się nam wydawało, że w miarę wcześnie wyjeżdżamy, a dotarliśmy już w trakcie odprawy. Zdążyliśmy usłyszeć końcówkę komunikatów, ale ostatecznie nie byliśmy debiutantami, więc wszystko wiedzieliśmy. Hala sportowa zaskoczyła nas rozłożonymi na podłodze materacami i w obliczu takiego luksusu wynieśliśmy z powrotem nasze materacyki i karimaty.
Gdybyśmy wtedy wiedzieli jak twarde są te materace, nie popełnilibyśmy tego błędu. Organizatorzy wystawili też dziesiątki skrzynek z jabłkami oraz setki napojów energetycznych, które należało braść i wykorzystywać. Pełna dbałość o klienta:-)
Do startu mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc na spokojnie odebraliśmy wszystkie fanty powygrywane w konkursach, śliczne manewrowe buffy, przywitaliśmy się z licznymi znajomymi i oszacowaliśmy konkurencję. Ponieważ w tym roku zrobiono tylko jedną trasę Alpejską, wiedzieliśmy od razu, że może być ciężko o podium. Podsłuchałam fajną rozmowę, gdy ktoś tłumaczył drugiej osobie:
- Na Alpejskiej zgromadziły się same sławy.
Ja tam więcej "sław" widziałam na Himalajskiej, ale zależy od definicji.
Mieliśmy dopiero 90-tą minutę startową, a kilka minut przed nami startował zaprzyjaźniony zespół (i jednocześnie najgroźniejsza konkurencja) - Adam, Ania i Paweł. Ania nawet zastanawiała się, czy nie przepisać się do nas, bo nadążenie za chłopakami wymaga żelaznej kondycji, ale ostatecznie serce kazało jej zostać z nimi.
Manewrowe mapy zawsze robią ludzi w konia. Na pierwszy rzut oka wyglądają niegroźnie - całkowicie pełna mapa z kilkoma wycinkami o banalnym stopniu dopasowalności. Co może być w tym skomplikowanego? Ale wiadomo - diabeł tkwi w szczegółach. Tymi szczegółami są: brak kolorów pozwalających odróżnić co jest czym, aktualność mapy (jakiś wczesny trzecirzęd), skala (prawie atlas Polski) i punkty na niczym. O ile te trzy pierwsze rozumiem, to za nic nie mogę zgodzić się z tym czwartym - punkt ma być w miejscu charakterystycznym i basta! Niektóre były, nie powiem, ale sporo było takich, że wrrrr.
W wyznaczonej minucie ruszyliśmy. Od razu było wiadomo, że ze względu na aktualność mapy trzeba dokładnie mierzyć odległości. Pracowicie więc, już od startu, liczyliśmy parokroki, dzięki czemu nie nadzialiśmy się na stowarzysza już na pierwszym PK, gdzie większość ekip biła punkt na skrzyżowaniu, które na mapie nawet nie było zaznaczone. Dwójka była równie zdradliwa i widzieliśmy biegaczy  biorących to, co stało na widoku. Tomek poszedł namierzać się od skrzyżowania, ja pracowicie czesałam teren i znaleźliśmy nieco ukryty lampion w pięknym dole.
PK 3 nie bardzo wiadomo było na czym stoi, bo wprawdzie jakieś znaczki na mapie były, ale akurat przez środek  kółeczka przechodził południk i zasłaniał. Drogi prowadzące na punkt nie zgadzały się z tymi na mapie, ale daliśmy radę i trafiliśmy na bagienko z lampionem na kłodzie. Jak się potem okazało, był to stowarzysz. Zmyliła nas wycinka drzew, która zdemolowała drogi i sprowadziła nas z przecinki na manowce. Za mało czujni byliśmy:-)
Po trójce nadszedł czas na pierwszy wycinek z PK C. Ponieważ namierzaliśmy się ze stowarzysza, oczywiście nie trafiliśmy na właściwą ścieżkę i w efekcie wprawdzie znaleźliśmy się na  dużej drodze, ale nie w tym miejscu gdzie chcieliśmy. Ponieważ tak na sto procent nie byliśmy pewni, w którym miejscu drogi jesteśmy, woleliśmy pójść trochę (ponad kilometr dodatkowy - ładne trochę) naokoło, ale głównym traktem. Zawsze to większa szansa, że przez te trzydzieści z okładem lat główne drogi zachowały swój przebieg. Na wycinku spędziliśmy chyba z godzinę, ułaziliśmy się jak głupi, wyczesaliśmy wszystkie garbki między obniżeniami, nakombinowali z nakładaniem wycinka na mapę pod światło i w końcu doczytaliśmy, że "pionek leży zawsze dokładnie na środku pola". Zawsze powtarzamy, że mapę trzeba przeczytać dziesięć razy ze zrozumieniem, a potem jeszcze raz, a tym razem nie zastosowaliśmy się do własnych światłych rad:-( Kiedy już wiedzieliśmy jakie jest ułożenie pionka, wystarczyło odmierzyć linijką odległości i od razu było wiadomo gdzie szukać. Strasznie szkoda mi było tego straconego czasu, bo żeby go nadrobić należało w dalszej części trasy przyspieszyć, a ja jeszcze nie do końca się zregenerowałam po nocnych mistrzostwach w Krakowie.
W kółeczku oznaczającym PK 4 były jakieś czarne kropeczki, ale co one mogły oznaczać - nie mam pojęcia. Mogły to być kamienie, kopczyki albo jeszcze inne niewiadomoco. Ponieważ nie wiedzieliśmy czego szukać, nasz stowarzysz jest w pełni usprawiedliwiony:-)
PK 5 stał konkretnie, na granicy kultur i krzalowaliśmy do niego przez wszystko najgorsze, co było w okolicy, żeby na końcu zorientować się, że prowadzi tam wygodna droga. Ale my nie idziemy na łatwiznę!
Znowu nadeszła kolej na następny wycinek, teraz z PK A. Ja tam widziałam jedynie plątaninę poziomnic i w nocy, bez okularów nie byłam w stanie określić czego szukamy. Zresztą szukaniem i tak zajmował się Tomek, moim głównym zadaniem było dojść do mety i nie odmówić wcześniej współpracy:-)
Do szóstki poszliśmy na azymut, bo z drogami w tej okolicy było cienko - przynajmniej z tymi wrysowanymi w mapę. To przejście trochę mnie wykończyło, bo ciągłe uważanie gdzie stawia się nogi oraz walka z roślinnością i zdradliwymi dołkami jest wyczerpująca.  W pierwszym odruchu wbiliśmy stowarzysza, chociaż ostrzegałam Tomka, że konkurencja wzięła co innego (jak to warto czasem podsłuchiwać rozmowy konkurencji). Na szczęście Tomek sprawdza każdy punkt  i zrobił "dobrą zmianę".
Z szóstki na siódemkę było daleko. Tak daleko, że zaczęłam zastanawiać się dlaczego właściwie ja tak lubię tę imprezę i czy na pewno wciąż jest moją ulubioną. I jak to fajnie byłoby leżeć w ciepłym łóżku z okładem z kotów zamiast włóczyć się po lesie i cierpieć. Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Tomek prowadził, ja tylko starałam się wciąż widzieć jego światełko przed sobą. Droga nagle skończyła się i pozostało nam krzalowanie. Przy życiu trzymała mnie myśl o bliskim punkcie dziewiątym, na którym czekało ognisko, kiełbaski i czas na odpoczynek.
PK 8 obejrzałam sobie z drogi, to znaczy kierunek, w którym należało go szukać i wolno poszłam w stronę upragnionej dziewiątki. Tomek został czesać i niestety najwyraźniej brak mojego towarzystwa mu zaszkodził i zgarnął stowarzysza. A czesał naprawdę długo. Stałam pod tą dziewiątką, kolejne zespoły przychodziły, a jego nie było i nie było.
Stop-czas właściwie mi się zmarnował - kiełbasa okazała się niedopieczona, a jedynie lekko zagrzana i zwęglona z wierzchu, im bardziej siedziałam, tym bardziej wyłaziło ze mnie zmęczenie, Tomek stał nade mną jak kat nad duszą i namawiał do szybszego odpoczywania, a na dokładkę kiedy postanowiliśmy ruszyć dalej, zaczęło porządnie padać.

c. d. n.