czwartek, 30 kwietnia 2015

Smok ma wielkie oczy.

T. sobie zasmoczył:
 
Smok ma wielkie oczy w ilości szt. 4. Wielkie i kwadratowe, a w dodatku „jedno bardziej”. Bardziej czyli zlustrowane;-) Zresztą ten smok kojarzy mi się z cybersmokiem z Cyberiady - bo każe liczyć. Wprawdzie tylko dodawać, ale bez kalkulatora do niego nie podchodź. A i tak podchodź ostrożnie, bo ten Smok przegoni Ciebie co nieco;-)
Co jeszcze wiemy o smoku:
·         Jak to każdy porządny smok, pożera on niewinne dziewice – tym razem chciał pożreć organizatorki, które jednak zręcznie  klucząc wymknęły się smoczym zębom i lekko spóźnione dotarły na start
·         Smok jest skalowalny i to fragmentami – każdy jego kawałek jest w innej skali!
·         Smok lubi kwieciście się wysławiać i zmusza uczestników do wysiłku intelektualnego przebrnięcia przez więcej niż 3 zdania opisu! I o zgrozo – zdania złożone!
·         Smok lubi bawić się lampionami. Czasem przewiesi takowy na sąsiednie drzewo, albo na drugą stronę wału. Ot, taki smok-dowcipniś
·         Smok ma długie nogi, stawia wielkie kroki i każe uczestnikom przebiegać długie odcinki pomiędzy PK
·         Punkty podwójne to to, co Smok lubi najbardziej!
·         Smok lubi być karmiony łakociami na mecie, w szczególności ciastem w odmianie ciemnej
A tak ogólnie fajnie i lekko męcząco. Wespół z D. M. udało nam się wykończyć A. M., bo dla bezpieczeństwa dłuższe przebiegi postanowiliśmy pokonać kurcgalopkiem;-). Poza pierwszym PK, po którym diametralnie zmieniliśmy kierunek i koncepcję przemieszczania się (bo właściwie przy pierwszym PK skończyliśmy sumować co warto by zebrać) i w efekcie cichaczem przemykaliśmy się obok startu (no bo wstyd tak miotać się na oczach organizatorów w jedną i drugą stronę) jakiś większych wpadek nie było.  Nie ulegliśmy podszeptom D. M. aby w PK wpisać NIK bez patrzenia na tablicę, jakoś udało nam się dotrzeć do zamaskowanej w gąszczu niby-uliczek 24-ki, która zresztą okazała się 17-stką. Nie daliśmy się skusić na PK 27, który był, a jakoby go nie było (znaczy nie wisiał na wskazanym drzewie tylko jakoś tak zauważalnie dalej). Biegiem łamaliśmy przepisy przebiegając przez ulice w niedozwolonych miejscach, nie daliśmy się skusić na stowarzysza ukrytego w krzakach przy grocie smoka Wawelskiego. Słowem bardzo pozytywna i fajna impreza intelektualno-podbiegowa przed długim weekendemJ
 

środa, 29 kwietnia 2015

Grafika rastrowa kontra grafika wektorowa.

W czwartek przed Niepoślipką wykończyłam ostatnią mapę, a przez poprzednie półtora tygodnia mapy wykańczały mnie.
Moja znajomość oomappera ograniczała się do rysowania map na podstawie podkładu i nabrałam przeświadczenia, że możliwości programu na tym się kończą. Kiedy więc T. dał mi narysowaną mapę i zarządził robienie trasy, bez chwili namysłu otworzyłam photoshopa. T. popatrzył na mnie dziwnie i niewypowiedziane pytanie zawisło między nami.
- No, pociąć chcę. Takie trzy rybki... - zaczęłam.
- Ale w photoshopie??? - T. aż cały wygiął się w wielki znak zapytania.
- A to może ja sobie wydrukuję te mapy i ręcznie powycinam, to będzie chyba najszybciej - zareplikowałam.
- Otwórz mappera!
Otworzyłam i teraz ja zmieniłam się w pytajnik.
- No i teraz rób mapę! - podsunął propozycję T.
Wpatrzyłam się zachłannie w ekran szukając w nim natchnienia. Główne okno wciąż pozostawało puste.
- Hę??? - spytałam całym swoim jestestwem.
- No, rób mapę - start, meta, PK, tytuł etapu, opis itd.
- Aha! - potwierdziłam ochoczo i zawisłam wzrokiem na jego ustach w nadziei na dalsze wskazówki.

W końcu, "wspólnym wysiłkiem rządu i społeczeństwa" udało się stworzyć jakieś zarysy zarysu mapy dla TP.
- To jest grafika wektorowa! - upominał mnie co chwila T., kiedy usiłowałam do mappera przenosić zasady photoshopowe. 
O wektorach wiem tylko, że mają kierunek i zwrot i ta wiedza jakoś nieszczególnie wydawała mi się przydatna w zaistniałej sytuacji. Program, jak dla mnie, wciąż był nieporęczny, skrajnie nieintuicyjny, mało logiczny, a chwilami wręcz złośliwy. Dodatkowym utrudnieniem okazała się moja krótka pamięć. Codziennie od nowa musiałam uczyć się  zasad działania mappera, bo po wyłączeniu komputera cała moja wiedza znikała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Kiedy wreszcie udało się skończyć pierwszą mapę, okazało się, że na drugą zostały tylko dwa dni. Postanowiłam nie bawić się już w żadne wycinanki, tylko gdzieniegdzie postawić kółeczka, bo to zaczęło mi wychodzić już całkiem nieźle. Do perfekcji doszłam w zmienianiu rozmiarów obiektów, bo loga za nic nie chciały się mieścić w przewidzianych dla nich miejscach. O przesuwaniu obiektów to już nawet nie mówię - suwałam nimi po całym obszarze ze zręcznością prestidigitatora. Symboli napowielałam setki, podkłady wstawiałam, ukrywałam, odkrywałam, usuwałam...
Wraz z drugą mapą wykluło się we mnie przekonanie, że może i daje się tym mapperem zrobić piękną mapkę, ale nożyczkami i skanerem jest znacznie, znacznie szybciej:-)

wtorek, 28 kwietnia 2015

Niewyspana Niepoślipka

Relacja T.:

Niepoślipki w tym roku były dość pechowe. Moja Druga Połowa, w ostatniej chwili załapała wirusa przenoszonego drogą kropelkową (lub inną podobnie pokrętną) pomiędzy sympatykami InO. Nie chwaląc się – załapała go ode mnie, a ja na „Do źródeł Nilu” od P.R. U mnie nie było gorączki, ale i tak po raz pierwszy od lat 14 zmusiłem panie w rejestracji ośrodka zdrowia do odkurzenia mojej karty pacjenta…  Na Niepoślipkę idealnie zdrowy nie byłem, ale i tak było znacznie lepiej niż na Szybkim Mózgu, gdzie dobiegłem ostatkiem sił.
Niewyspany (co chwila budziło mnie czyjeś chrapanie) o piątej rano powlokłem się rozstawiać lampiony. Te najdalsze mieliśmy rozstawić dzień wcześniej, ale jakoś nie wyszło…
Jak okazuje się, o 5 rano czasem ciężko jest znaleźć właściwe punkty nawet ze wzorcówką. Pomiar azymutu pod linią wysokiego napięcia i oczywiście trafiłem nie tam gdzie trzeba… Jako że rozkładanie tras było ułożone na dwie osoby – bezsensownie miotałem się góra dół, obsługując dwie równoległe linie lampionów. Liczyłem że zrobię to max w 2 godziny, a tu dawno minęła ósma, a ja dalej w lesie i Glinianek nie widać…. Nawet troszkę podbiegałem, ale jakoś nie szło w ciepłym polarze i rękami pełnymi lampionów. Dobrze, że MDP dobudziła się o ósmej i uruchomiła procedury ratunkowe.
Wreszcie dotarłem na Glinianki. Co za idiota wymyślił stawienie lampionów w takich chaszczach!  A tak to moja trasa! No cóż może nie idiota….
Zapas czasu się kurczył. Znalazłem jeszcze górkę, która ubyła (w stosunki do mapy robionej w zimę). Dobrze, że D.M. dojechał wcześniej, jak miał zaplanowane i z rowerem. Zostawiłem mu ostatnie lampiony „dróżkowe” w okolicach startu i pognałem do domu pakować się na wyjazd. Oczywiście starsze dziecko jeszcze w rozsypce, a czas wyjeżdżać , by dojechać na zaplanowaną 10-tą. Zostawiam ją – niech dojedzie drugą turą z zaopatrzeniem.
Na miejscu już dojechała rowerowa grupa Stowarzyszy (mają zdrowie tyle pedałować – mi by się nie chciało) i jakoś poszło. Stolik, sekretariat, mapy, instrukcje. Mieliśmy wszystko zaplanowane i rozdzielone,  a tu trzeba improwizować, na szybko instruować co i jak wydawać i inne takie.  Jeszcze Młodsza Pociecha, która nie potrafiła sobie poradzić ze zszywaczem i wieszaniem plakatów. A tu na horyzoncie TŁUM. Pierwsi oczywiście przybyli początkujący. Od razu tłok przy stoliku, bo trzeba każdemu wszystko tłumaczyć.  Z D. M. uwijamy się, wtykamy instrukcje, tłumaczymy, A. N. rejestruje, a starsza latorośl, która dotarła na miejsce, biega z aparatem i pyta się ojca jak ten aparat obsłużyć….
Zjawia się Burmistrz z workiem pluszaków dla najmłodszych. Wszyscy przytupują by ruszyć na trasy, a kolejka do sekretariatu jak była, tak jest. Odwołujemy oficjalne przemówienia i postanawiamy ruszać wcześniej niż planowaliśmy. Mapy pod pachę i odciągamy tych już zapisanych pod napis START.  Chyba godzinę trwało wypuszczanie na trasy – najdłużej schodziło D. M. z TF-ami, którym trzy razy tłumaczył, o co chodzi.
Uff, chwilka odpoczynku. Czas rozwiesić lampiony na BnO – udaje mi się to wetknąć D. M. z rowerem. Pojawiają się jeszcze jakieś niedobitki chętne do startu, wreszcie wyrusza na trasę A. N., która dzielnie pracowała w sekretariacie. I już do mety dobiegają pierwsi rozradowani TF-owie. A aprowizacja jeszcze nie dojechała (liczyliśmy że wrócą o dobre pół godziny później). Znowu szybkie telefony. D. M. ciągle rozstawia BnO, więc próbuję sprawdzać karty TF, ale na bieżąco nie idzie, bo coraz większy tłum wpada na metę pierwszego etapu. Przybywa catering – to na chwilę zajmie uczestników. Ale już pierwsi chcą lecieć na drugi etap…. I co tu mówić, tak w kółko: odebrać kartę, wpisać czas, wydać nową… Wraca zdyszany D. M. i zabiera się porządnie za sprawdzanie TF – chcemy wręczyć dyplomy, jak wszyscy wrócą z trasy.
Gdzieś tam w międzyczasie zdarza się nieszczęście – zegar zalicza upadek i... wyłącza się! Dzięki uczestnikom, którzy akurat wrócili, a odnotowali na mapie godzinę wyjścia udaje się ustalić jaka powinna być godzina na zegarze. Zapisuję te wyliczenia skwapliwie. Na szczęście zapisuję, bo okazuje się, że jednak mamy 9 minut przesunięcia – będzie trzeba skorygować przy sprawdzaniu!
Dalej już bez większych sensacji. Gotowy byłem zwalać wszelakie błędy mapy/rozstawienia na chorą MDP (widomo chorych się nie bije), ale pretensji było mało. TZ wykryły 2 BPKi – i rzeczywiście, inaczej miałem na mapie i na wzorcówce. Co niektórzy narzekali na krzaki (co za idiota stawił lampiony w krzakach?? Aaa, to ja z rana, ale przez sen chyba). Na szczęście TZ-tom daje się wzorcówkę i Oni wszystko wiedzą, co i jak;-).
Pierwszy etap TP (dłuższy) wykończył kondycyjnie kilka zespołów i poddali drugi. Drugi etap TZ wykończył zaprzyjaźniony zespół G. A. + P. R., ale cóż, trzeba za wirusa jakoś się odwdzięczyć;-). Właściwie cieszy mnie, że najlepsi trochę się pogubili, choć przewidywałem, że będzie ciut lepiej, ale jak zwykle przesadziłem troszkę. Dobrze, że TU i TP i TF było dokładnie tak jak trzeba.
Gdzieś tam koło 15-tej zjawiły się TF-y, a że karty podliczone udało się rozdać pierwsze dyplomy dla zwycięzców.
Na koniec niemordowani pobiegli na BnO – okazało się, że tubylcom spodobały się lampiony i dwa zniknęły z trasy (były tam alternatywne płaskie). Niezawodny D. M. wsiadł na rower i jeden z lampionów wydarł siłą z torby jakiegoś wędkarza;-)
Z imprezy szczególnie w pamięć zapadły:
·         Uśmiechnięte twarze najmłodszych uczestników, gdy dostawali pluszaki z wielkiego wora
·         Superman lekko biegający po trawie
·         Bohaterski tatuś startujący w TU z dwójką dzieci – jednym w wózku, a drugim w nosidełku i w dodatku bezbłędnie znajdujący wszystkie PK!
Na koniec zebranie tych najbardziej widokowych lampionów (D. M. jak zwykle rowerkiem pojechał zbierać biegowe) i późny powrót do domu, by wreszcie coś zjeść i oceniać karty startowe. Dużo ich nie sprawdziłem, bo „padłem”. Zresztą dopadł mnie kolejny etap infekcji – zapalenie spojówek – więc chwilkę z tym liczeniem zeszło jeszcze w niedzielę
Teraz czas odpocząć i „pouczestniczyć” w kolejnej imprezie jako szary  uczestnik! Nawet taka trasa na 25km jest mniej męcząca niż organizacja Niepoślipki:-)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

II InO z Niepoślipką - trzyaktówka. Gatunek literacki - dramat.

Pogłoski o mojej śmierci okazały się przedwczesne, niesprawdzone i nieprawdziwe i moja nieobecność na Niepoślipce bynajmniej nie uchroni Was od relacji.

Piątkowy wieczór.
Zbliża się noc, a wzorcówki w lesie, moja mniej, T, bardziej. W końcu rozkładamy lampiony na stole i pracowicie kredeczkami wpisujemy oznaczenia. (Zimno - ubieram polar.) Wreszcie pierwsze etapy mamy zrobione. (Zimno - ubieram kurtkę.) T. czyta kolejne kody, a ja wołam (albo i nie):
- Mój ci on!
(Zimno - owijam się szalikiem.) Zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością i pomijam coraz więcej lampionów. Musimy do nich wracać, T. też zaczyna się mylić.
Późną nocą wreszcie kończymy. Gorączka przedimprezowa osiąga apogeum (trochę ponad 38 stopni).

Noc z piątku na sobotę.
Godzina pierwsza - T. chrapie przeraźliwie. Nie mam sumienia go budzić, bo za chwilę będzie wstawał rozwieszać lampiony - podział na jego i moje poszedł w zapomnienie.
Godzina druga - T. sapie. Nie mam sumienia go niczym walnąć, no bo lampiony. Rozmyślam, jak sam ogarnie to wszystko.
Godzina trzecia - T. śpi spokojnie, ale ja nie mogę. Kto zorganizuje punkt gastronomiczny? Jak się facet za to weźmie, to wytruje połowę zawodników, bo sałatki trzeba prosto z lodówki dowozić, a kiedy on ma to robić???
Godzina czwarta - T. beztrosko sobie śpi, a ja się wciąż martwię. Trudno - rano zrobię alert rodzinie bliższej i dalszej - najwyżej mnie zabiją.
Godzina piąta - T. zrywa się do lasu, ja śpię jak zabita zmęczona obmyślaniem planu ewakuacyjnego.

Sobota rano.
Budzik dzwoni o ósmej. Z duszą na ramieniu idę budzić Z. - może wstanie i pomoże... Uffff, wstaje.
Z duszą na drugim ramieniu idę budzić trudniejszy przypadek - A. Zgodnie z przewidywaniami nie wstaje i jest totalnie nieprzytomna.
Czekam do przyzwoitszej godziny i o dziewiątej dzwonię do siostry z dramatycznym okrzykiem:
- Ratunku!!!!
Ratunek przybywa. W efekcie problem dwóch ciast, dokończenia sałatki, zorganizowania punktu żywieniowego, wielokrotny transport czegotamtrzeba udaje mi się rozwiązać. I to nie wstając z łóżka! Jeszcze śniadanie dostaję pod nos. Inna sprawa, że nie bardzo jestem w stanie je przełknąć, bo w gardle tkwi mi skrzyżowanie jeża z drutem kolczastym.

T. dzwoni kilkakrotnie z informacją co gdzie już powiesił i co ja jeszcze mam załatwić.  Dociera D.M. i pomaga w rozwieszaniu lampionów. No, przynajmniej trasy będą wisieć.
W końcu T. wpada na chwilę do domu - wygląda jak siedem nieszczęść: spocony, zgoniony, brudny i głodny. No ale przecież nie ma czasu przysiąść na chwilę.
Gdzieś w okolicach dziesiątej słyszę pod oknami jakieś stowarzyszone głosy. Ekipa rowerowa przybywa z odsieczą. Tak jakby jesteśmy uratowani, już oni sobie poradzą ze wszystkim. Dwoma samochodami T. i siostra wywożą całe imprezowe oprzyrządowanie i Z. na Glinianki, po chwili raportują, że jest OK.
Ostatkiem sił piszę elaborat pt. "Procedura tworzenia i eksploatacji punktu żywieniowego", zostawiam dla siostry w widokowym miejscu i zapadam się w niebyt...

Co było potem, to już tylko Wy wiecie.

niedziela, 26 kwietnia 2015

czwartek, 23 kwietnia 2015

Szybki Mózg

Prawie siłą T. oderwał mnie od ostatniej niepoślipkowej mapy na sobotnią imprezę, bo Szybki Mózg i Szybki Mózg. Mój mózg był już wyjałowiony po walce z oomapperem (nierównej walce - dodam), miałam więc lekkie obawy jak też ja sobie dam radę??? Zwłaszcza, że tym razem postanowiliśmy przetestować nowoutworzoną kategorię - odważni. W końcu tacy początkujący to już nie jesteśmy.
Na starcie masa znajomych, w tym G.A., którą ostatnio usilnie (i jak widać skutecznie) namawialiśmy do biegów.
Kiedy tylko pierwsi zawodnicy ruszyli, stanęliśmy blisko linii startowej i patrzyli, w którą stronę polecą. Pierwsza osoba z naszej trasy pobiegła w lewo, druga w prawo, a trzecia prosto. Jak to? Gubią się już na starcie?? Taka trudna trasa??
Przerażona weszłam do zagródki startowej, clear, check, mapa w garść i pooooszli!
Faktycznie - do pierwszego punktu można było biec albo w prawo, albo w lewo, bo trzeba było okrążyć blok stojący tuż za startem. Pierwsza strategiczna decyzja - biorę go z lewej! Potem z powrotem przed blok, dwa razy w prawo i jest kolejny. Do trójki trzeba przez ulicę - samochody jeżdżą, inni lecą bez względu na pasy czy czerwone światło. Ja jako praworządny obywatel grzeczniutko pobiegłam na pasy i spokojnie poczekałam na zielone. Co mają mnie rozjeżdżać?
Na ostatnim zakręcie zobaczyłam dużego Paprocha przeskakującego murek i odruchowo też wskoczyłam na niego. (Na murek, nie na Paprocha.) Zapomniałam tylko porównać długości naszych nóg i niewiele brakowało, a wylądowałabym na plecach przed murkiem. Utrzymałam się wyłącznie siłą woli po czym opadłam na właściwą stronę murka. Szybkie pipnięcie, w tył zwrot i już alejką, a nie po murkach z powrotem. Znowu przez ulicę i znowu czerwone światło. Bohatersko przeczekałam, chociaż inni biegli nie patrząc co się dzieje dookoła. Czwórka w podwórku - jednym wejściem wpadłam, drugim wypadłam i po piątkę, a tu niespodzianka - piątka w rogu boiska, z którego startowaliśmy. Ponieważ teren już opatrzony, więc na szóstkę bez zatrzymywania się (no, może tyle ile trzeba na złapanie oddechu). Do szóstki daaaleeekoooo. Przebiec tego nie sposób, więc końcówka już trochę marszem i w końcu ją dopadłam.
Kolejne trzy punkty za Trasą Łazienkowską. Za innymi pobiegłam na kładkę, zadowolona, że znowu nie utknę na czerwonym. Siódemkę zdjęłam łatwo, a do ósemki w grupie, bo chyba kilka tras miało tu swoje punkty. Dziewiątka bliziutko, a do dziesiątki znowu trzeba było się przedrzeć przez Trasę. Na szczęście dało się górą. Jedenastka i dwunastka to właściwie formalność, zresztą cała trasa okazała się łatwa i nie udało mi się zgubić.
Na mecie czekał już T., który wystartował po mnie, ale za to skończył przede mną:-) Czas na oko osiągnęłam taki sobie, ale bynajmniej nie jakiś haniebny. Usiłowaliśmy wydedukować coś z otrzymanych wydruków, ale tym razem były jakieś inne. Nie wynikało z nich nic, a jeżeli już coś, to bardzo dziwne. W końcu gremialnie ustaliliśmy, że chyba organizatorom rozkalibrowały się zegary startowe i musimy poczekać na oficjalne wyniki.
Wyniki oficjalne też pojawiły się jakieś dziwne. Ci z pierwszych miejsc bili rekordy świata w biegach, nasze czasy też były jakieś abstrakcyjne. Po chwili zaczęły się korekty, widać organizatorzy zaczęli je uprawdopodabniać:-) Ostatecznie T. zajął jedenaste, a ja trzydzieste pierwsze miejsce na pięćdziesięciu trzech biegaczy i trzech nieklasyfikowanych.
Za miesiąc planuję być w pierwszej dwudziestce, jeśli się nie zgubię oczywiście:-)

czwartek, 16 kwietnia 2015

28. OrtInO

Zamiast na OrtInO to wolałabym raczej do łóżka, bo biomet wyraźnie niekorzystny, ale słowo się rzekło, trzeba iść. Znowu postanowiłam się wyemancypować i nie iść z T. Bo T. - wiadomo - znowu zapisał się na nieludzką trasę, a ja programowo takie bojkotuję.
Umówiłam się z Leśnymi Dziadami, że mnie przez ulice będą przeprowadzać i ruszyliśmy razem. I co się okazało? Dziad nie lepszy od T., bo też raz zerknie w mapę i już idzie, zanim człowiek się rozejrzy gdzie jest. Dobrze, że Baba (Leśna) normalna i jak przyzwoita kobieta chwilę musi w mapę popatrzyć.
Trasa dramatycznie trudna nie była, w końcu to TU, ale pogłówkować jednak należało, że nie wspomnę o wpatrywaniu się w dość ciemną ortofotomapę.
Pierwszy punkcik (F) zaraz przy starcie, ale wisiał nie na tym drzewku co sobie upatrzyliśmy. Niby się mieścił bez problemu w tych osławionych dwóch milimetrach, ale jednak zniesmaczyło nas to na początek. Do kolejnego punktu poszliśmy mocno naokoło, bo przyjęliśmy założenie, że od drugiej strony jest ogrodzenie. Oczywiście było od pierwszej, ale jakoś kanałami przedarliśmy się gdzie trzeba.
Jedną mapę przeznaczyliśmy na zginanie i przykładanie, co nawet było poręczniejsze od cięcia i udało się przejść na kolejny wycinek. A potem okazało się, że Leśny Dziad zna trochę teren i do mapy patrzyliśmy już głównie dla uszczegóławiania miejsc zwisu lampionów. Nawet proponowałyśmy Dziadowi, że poczekamy w jakieś przytulnej knajpce, a on obleci teren z kartami i spisze co trzeba, ale jakiś taki nieużyty się okazał:-(
Nie udało nam się znaleźć jednej kredki i jednego lampionu. O ile co do kredki byliśmy pewni jej braku, to z lampionem sprawa miała się inaczej. W punkcie B coś tam wisiało w krzakach, ale krzaki były nie na tym rogu budynku, co powinny być. Na mecie autor zarzekał się, że powiesił na właściwych krzakach i ja mu wierzę. Na pewno przyszli jacyś wredni ogrodnicy , wykopali roślinność i przesadzili na drugi róg. Podobno ktoś nawet widział faceta ze szpadlem podejrzanie kręcącego się w tamtych okolicach.
Ustalanie właściwego miejsca pobytu lampionu zajęło nam chwilę czasu i wpędziło nas w lekkie minuty. Do tego jeszcze z zadaniem nie wstrzeliliśmy się idealnie, co i nie dziwne, skoro położenie punktów między którymi mierzyliśmy odległość, ustaliliśmy na oko, metodą demokratycznego głosowania. Tym to sposobem nie udało nam się wygrać, ale przynajmniej miło spędziliśmy czas.
Tymczasem na mecie zaczęło robić się coraz luźniej. I jeszcze luźniej. W końcu D. M. poszedł zbierać lampiony, a T. nie było widać po horyzont. Zaczęłam się coraz bardziej niepokoić, bo oczywiście kluczyki od samochodu były w jego plecaku. Zresztą, nawet gdyby były w moim, to i tak nie trafiłabym stamtąd sama do domu. T. był mi potrzebny. W końcu wrócił uszczęśliwiając nie tylko mnie, ale i organizatorów, którzy w końcu też mogli wrócić do domów.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Lampionada II

Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki po powrocie z Kolbuszowej, a tu już trzeba było wstawać do Mińska, bo Lampionada czeka. Na pierwszą rundę nie pojechałam, bo padłam po "Krokusach",  byłam więc bardzo ciekawa tej nowej imprezy.
Start zlokalizowano w pobliżu najstarszej sosny świata. To znaczy Polski. Swoją drogą niesamowicie jestem ciekawa kto miał tyle czasu, żeby zrobić inwentaryzację wszystkich sosen w kraju i określić ich wiek.
Startować mieliśmy w kategorii TZ, ale poprzednio mapa była prościutka, więc się specjalnie nie stresowałam. Organizator wcisnął nam dwie karty startowe i od razu wiedziałam, że całą uwagę zaprzątnie mi pilnowanie mojej. 
Mapa typowo biegowa, ale dla urozmaicenia połowę punktów trzeba było sobie wyznaczyć samodzielnie, zgodnie z podanymi azymutami i odległościami. Przycupnęliśmy więc przy drodze, pomierzyli, wykreślili i nawet na obydwu mapach wyszły nam niemal te same miejsca.
Przebieżność lasu - marzenie! Przy dobrym wzroku można by listki policzyć na drzewie stojącym kilometr dalej. A przynajmniej tak mi się wydawało porównując las kolbuszowski i ten.
Ruszyliśmy na jedynkę. Po drodze uświadomiliśmy sobie, że musimy przejść niemal przy piętnastce, więc warto ją zgarnąć. Może i nieregulaminowo, ale za to jak praktycznie:-) Oba punkty znaleźliśmy bez problemów, a tuż obok w gratisie stała jeszcze dwójka. Na trójkę daleko - ponad 500 metrów. Na takiej odległości łatwo zejść z azymutu, ale idąc na dwa kompasy mogliśmy się wzajemnie korygować. Udało się i trójka nasza! Teren powoli zaczynał się zmieniać i pod nogami pojawiła się nadprogramowa roślinność, ale gdzie jej tam było to jeżyn z poprzedniej imprezy! Czwórkę autor mapy umieścił w dołkowym zagłębiu - normalnie dołek na dołku. I jak znaleźć ten właściwy? A jednak; w jednym z nich czerwienił się lampion.
Z czwórki na piątkę ruszyliśmy już bardziej drogami, bo ta roślinność... Piątki nigdzie nie było.Sczesaliśmy kilka hektarów, w końcu przyuważyłam, w które miejsce idzie najwięcej osób. Faktycznie, stał tam punkt, ale nam nie pasował do obliczeń. Miałam ochotę go podbić, bo dla mnie przesunięcie tak do pół kilometra, to żadna różnica, T. jednak (dla zasady) gardłował:
- Bepek! Bepek!
Męża należy wspierać i solidaryzować się z nim, więc pożegnałam się z lampionem i wpisałam tego bepeka. Oczywiście następny punkt stał w innym miejscu niż wynikało z naszych pomiarów i chociaż spodziewaliśmy się gdzie jest, zasady nie pozwoliły nam się nawet do niego zbliżyć. To znaczy, mi by pozwoliły, ale wspierałam i solidaryzowałam się.
Punkty od siedem do trzynaście były naniesione przez budowniczego trasy, więc już zgodnie z mapą - to drogą, to przełajem - ruszyliśmy po nie. Przy dwunastce autor nie pomyślał o powieszeniu lampionu, a z opisu na mapie wynikało, że jednak powinien być.Wpisaliśmy więc zadanie, które było do zrobienia oraz kolejnego bepeka. A niech ma!
Czternastka prościutka i już mieliśmy lecieć na metę, ale zorientowaliśmy się, że umknęła nam gdzieś jedenastka. Była nam zupełnie nie po drodze, ale żal zostawić, więc spięliśmy się i potruchtali po nią.
Potem już tylko na metę, bo wiadomo - trzeba bić autora! T. bił i bił, aż żal było patrzeć. Jak już spełnił swoją powinność i przykry obowiązek mieliśmy za sobą, można było z autorem przyjacielsko pogadać. Obiecaliśmy zjawić się na kolejnej, trzeciej rundzie i odbić sobie niepowodzenie w drugiej.
Sosno! Wkrótce znowu przybywamy!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Do źródeł Nilu - cz. 3

Ranek przywitał nas uporczywym dzwonieniem budzika. Dzwonił, dzwonił i dzwonił, a właściciel spał jak zabity. Kiedy już wszyscy podnieśli się do pionu (co oczywiście nie znaczy, że się obudzili), rozeszła się elektryzująca wieść:
- Są wyniki!
Pierwszy etap wygrali P. R. i M. G., my byliśmy trzeci. Za to drugi my wygraliśmy, a oni zajęli czwarte miejsce. Po dwóch etapach dzieliła nas różnica tylko jednego punktu przeliczeniowego.
Od razu zaczęliśmy przymierzać się do pucharu:


Po śniadaniu znowu zostaliśmy wywiezieni autobusem w las, tym razem jakiś odleglejszy.
Etap trzeci powinien nazywać się "Zemsta tejota", bo zbudował go młody człowiek, który na Nocnych Manewrach poległ na naszym etapie.
Kiedy tylko zobaczyłam mapę, wiedziałam, że nie jest dobrze. Mikroskopijne wycinki ortofotomapy, których zawartość przypominała rzęsę wodną na brudnej wodzie, nie wzbudziły mojego zachwytu. Do tego mapa zubożona i 19 PK w 105 minut.
Pierwszy punkt znaleźliśmy bez problemu, ale z pierwszymi tak na ogół bywa. Do drugiego ruszyliśmy ściśle odmierzając odległość i od razu wyszliśmy na lampion. I na drugi, trzeci, czwarty.... Na mapie to oszczędzają, a w lampionach jacy rozrzutni. Po dopasowaniu dwójki nadeszła pora na puste kółeczko, które trzeba było czymś zapełnić. Żaden wycinek nie pasował, choć z drugiej strony na upartego każdy można było wcisnąć, biorąc pod uwagę zubożenie mapy. Postanowiliśmy więc najpierw znaleźć PK 3 i od niego próbować wejść na kółeczko. Trójka powinna być na zakręcie cieku wodnego. Rowy, owszem, były - tyle, że żaden nie zakręcał, a i odległości wychodziły w naturze inne niż na mapie. Po kilku godzinach czesania postanowiliśmy wejść na najbliższą górkę i rozejrzeć się po okolicy. Na górce miał być też PK 8. Jakoś nawet niespecjalnie nas zdziwiło, że na mapie górka ma jeden wierzchołek, a w rzeczywistości dwa. Lampiony oczywiście na obydwu i dodatkowo kilka innych na przypadkowych drzewach:-) 
Po siódemkę T. pobiegł sam; ja powoli odcinałam się od uczestnictwa w tym dziwnym etapie. Jeszcze tylko czternastką byłam zainteresowana, bo jako jedyna była identyfikowalna na mapie. Po czternastce T. doprowadził nas do szóstki, a potem kolejna zabawa z dopasowywaniem kółeczka. Znaleziony punkt wbiliśmy jako jedenastkę, choć równie dobrze mogła to być dwunastka, trzynastka, czy dziewiętnastka. Albo dowolny inny. Potem przez pole jeżyn i pełne wody rowy przebiliśmy się na piątkę. Po piątce znowu nieszczęsne kółeczko. Uwierzyłam T. na słowo, że znaleziony PK to siedemnastka. Czwórka, jako jedna z nielicznych zgadzała się z rzeczywistością realną i mapową. Myślę, że to jakieś niedopatrzenie autora po prostu.
Czas dawno nam się już skończył, a my wciąż byliśmy w lesie - dosłownie i w przenośni. Postanowiliśmy kierować się w stronę mety, a co napotkamy po drodze losowo przypisywać do numeru punktu. Była to chyba najrozsądniejsza metoda na zwalczenie tego etapu i gdybyśmy od razu tak robili, to efekt dopasowania byłby taki sam, a zaoszczędzilibyśmy sobie ciężkich minut. Ostatni znaleziony lampion wyglądał tak:


Wobec niemożności odczytania kodu, że nie wspomnę o jego wpisaniu, odnotowaliśmy bepeka i pognaliśmy na metę bić autora.
T. bił - jak przystało na prawdziwego faceta - ja w tym czasie topiłam smutki w wodzie z sokiem i zajadałam porażkę drożdżówkami.
Zachęcona przez autora ostatniego etapu, że jego trasa jest  krótka, łatwa, lekka i przyjemna poderwałam się z ławki i ochoczo pobrałam mapę. 
Stara, a głupia! 
Po roku chodzenia powinnam już wiedzieć, że jak ktoś obiecuje lekko, łatwo i przyjemnie, to trzeba wiać i nie oglądać się za siebie.
Jak tylko spojrzałam na mapę, od razu przed oczami stanęło mi widmo WIMnO-a. Do tego widmo całe było zlustrowane. I żeby nie było za łatwo, jakaś obłąkańcza kolejność potwierdzeń. Że mapa pozbawiona części treści, to już autor napisał chyba z czystej złośliwości, bo gołym okiem było widać, że niewiele widać:-(
Od razu zacięłam się w sobie i wycofałam na z góry upatrzone pozycje w swoim wewnętrznym świecie. Jako przykładna żona oczywiście nie mogłam nie pójść w las, ale nie zamierzałam przykładać ręki do tego szaleństwa. No, może tak odrobinkę, gdy mi się zachce.
W efekcie T. prowadził, ja szłam za nim i na komendę czesałam zadany teren. Po kilku punktach, gdy akurat byliśmy przy drodze, nadjechał autor etapu i natrętnie usiłował zajrzeć w naszą kartę startową, że niby puste miejsca zostawiamy. Normalnie chciał nas zastraszyć, ale T., świeżo po kursach, zasypał go paragrafami i zanim człowiek ochłonął, czmychnęliśmy w las.
Fakt, że nie zaginęliśmy w tym lesie, to jedynie zasługa T. - ja ani przez moment nie wiedziałam gdzie i po co jestem:-) Tak sobie myślę, że z tymi dżenderami to coś jest nie tak, bo teoretycznie powinnam równie dobrze orientować się w terenie co T., czy każdy inny facet, a tu chała. No bo popatrzcie - wśród orientalistów, jak by nie patrzeć, prawie sami mężczyźni.
Na metę doszłam już na rezerwie i było mi wszystko jedno. W każdej dziedzinie. Chciałam zjeść, położyć się i spać. Moje marzenia spełniły się tylko w części kulinarnej, bo po obiedzie musieliśmy się spakować i ruszyć w drogę powrotną. Sypialną miejscówkę z tyłu samochodu zaklepał sobie P. R., mi przypadła rola budzenia kierowcy gdyby zasnął. Powrót trochę przypominał ten z Nocnych Manewrów, choć aż tak dramatycznie jak wtedy, nie było.

Mimo nieprzyjaznego terenu (jeżyny, róże, rowy, jeżyny, tereny podmokłe, róże, rowy, jeżyny), wybrakowanych map, przegranego haniebnie trzeciego etapu i nie najlepszego czwartego, w sumie bawiliśmy się dobrze. A przynajmniej intensywnie. Organizatorzy okazali się przesympatycznymi ludźmi i tak sobie myślę, że salamandrowe imprezy wejdą na stałe do naszego kalendarza.



niedziela, 12 kwietnia 2015

Do źródeł Nilu - cz. 2

Posileni bigosem, nie zwlekając zbyt długo, ruszyliśmy na etap drugi. Ze zgrozą przeczytałam, że etap ma aż 5 km, bo my zwykle robimy prawie dwa razy tyle, ile trasa wynosi nominalnie. Na zawody przyjechałam już z dwoma zarwanymi nocami i miałam obawy, czy przetrwam ten etap.
Nie dość, że trzeba było wpasować pięć kół w odpowiednie miejsce (co może i nie jest wielkim wyczynem), to autor mapy dla zmylenia przeciwnika pozamieniał oznaczenia i na przykład wykombinował, że tory to asfalt, asfalt to rzeczki, drogi to prąd w drutach, a grzebień to ścieżki. Co i rusz dałam się potem na to nabierać. Dodatkowo, podobnie jak i w poprzednim etapie, mapa została częściowo zubożona. W tej Kolbuszowej to muszą być jakoś bardzo oszczędni - z każdej mapy coś podbierają i pewnie jak im się uzbiera odpowiednia ilość poziomnic, dróg, cieków wodnych i innych elementów to mogą sobie zrobić dodatkową mapę i dodatkową imprezę. Może by i u nas to wypróbować, bo chyba jesteśmy zbyt rozrzutni i wszystko co mamy ładujemy w jedną mapę.
Ruszyliśmy. Punkt pierwszy wychodził nam jak nic na samochodzie jednego z organizatorów, stojącym na środku skrzyżowania. Zaczęliśmy oględziny, ale nie, nie było. Kierowca znudzony kolejną już pewnie grupą kręcącą się dokoła autka, od razu pokazał nam gdzie punkt wisi, żebyśmy sobie wreszcie poszli.
Kolejny PK powinien stać na następnym skrzyżowaniu. Już z daleka widzieliśmy wielkie czesanie i dziwiliśmy się, że ktoś prostego punktu nie może znaleźć. Dołączyliśmy do fryzjerów, ale i my nie odnieśliśmy sukcesu. Jak się okazało na mecie, lampion zaginął w tajemniczych okolicznościach.
Nadeszła pora na pierwsze kółeczko. Po dojściu na miejsce okazało się, że nasz pierwotny typ nie konweniuje, szybko więc zrewidowaliśmy poglądy i zgarnęli PK 5. Z niego ruszyliśmy na siódemkę, by potem zaatakować dziewiątkę. Od siódemki spora grupa namierzała się na rzeczoną dziewiątkę, dołączyliśmy więc do rozentuzjazmowanego tłumu. Tłum parł w zarośla. T. poszedł przodem, ja za nim. Po chwili T. zniknął w ciemnościach, a ja utknęłam na ścieżce trzymana za nogi przez jeżyny, a za kark przez pnącą różę. Każda próba wyswobodzenia się tylko pogarszała sytuację. W końcu zaapelowałam do niecierpliwiących się za moimi plecami młodzieńców:
- Panowie, albo mnie uwolnicie, albo nikt więcej tędy nie przejdzie!
Poskutkowało. Wyswobodzona zrobiłam jeszcze kilkanaście kroków naprzód i natknęłam się na wracającego T.
- Nie przejdziemy! Wracamy! - zakomenderował.
Kiedy wreszcie udało nam się wydostać na przyjaźniejszy grunt, wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy - ociekająca krwią, w poszarpanym ubraniu, z obłędem w oczach. Tak się nawet zastanawiam, czy nie wystąpić do organizatorów o odszkodowanie za utratę mienia (całkiem porządne portki i nowa kurtka nadają się już tylko do ... lasu), zdrowia (a jeszcze bardziej urody), no i te straty moralne... Bo morale podupadło mi tak bardzo, że chciałam już zrezygnować z tego etapu. I tak bym pewnie zrobiła, gdybym tylko wiedziała jak wrócić szybko i bezstratnie do bazy.
W czasie, kiedy lizaliśmy rany i szacowali straty, reszta uczestników "zabawy" gdzieś się zdematerializowała i zostaliśmy sami. Postanowiliśmy szukać innej drogi i przebić się do szosy. Weszliśmy w nieco mniejsze zarośla i po chwili natknęliśmy się na jakiś płot. Ruszyliśmy wzdłuż niego. Odniosłam wrażenie, że nawet T. nie bardzo wie gdzie iść i wobec braku perspektyw powodzenia misji, postanowiłam rzecz całą potraktować jako przygodę, co to będę kiedyś wnukom opowiadać. Zarzuciłam więc nawet zaglądanie do mapy, kompas schowałam do kieszeni i beztrosko pomaszerowałam za T. Po kilkunastu (a obawiam się, że i więcej) minutach, po zatoczeniu kółka znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. T. stwierdził, że skoro do drogi się nie da, to spróbujemy w stronę rzeczki. Las oczywiście starał się nas nie dopuścić do niej, ale parliśmy naprzód znacząc ślad wędrówki własną krwią. W końcu udało się! Znalezienie lampionu to już był pikuś przy tym wszystkim.
Kilka kolejnych punktów budowniczy litościwie postawił przy asfalcie, mogliśmy więc dojść do siebie po strasznych  przeżyciach. Sielanka trwała do następnego kółeczka. Dopasować udało się co prawda od razu, ale znalezienie, to już była wyższa szkoła jazdy. Nie wzięliśmy pod uwagę oszczędności autora trasy, który wrysował tylko kawałki rowów z wodą, resztę pewnie chowając na inną imprezę. Dodatkowo dwa z trzech PK były japońcami, a jeszcze dodatkowo jakiś dowcipniś jednego z nich całkiem przysypał trawą. Na szczęście T. posiada nadprzyrodzone zdolności odnajdywania nieodnajdywalnych lampionów i raz dwa uporał się z zadaniem. Raz dwa jak wiadomo trwa tak z pół godziny albo i lepiej.
Pozostałe punkty stały już przy drogach, więc nie ma o czym opowiadać, bo nie stanowiły żadnego wyzwania. Na mecie (tym razem nie stowarzyszonej) czekał autobus i po niedługim czasie już byliśmy w bazie.
Jeszcze tylko szybka "kąpiel" i wreszcie mogłam zaszyć się w śpiwór, by do szybkiego (niestety) końca nocy słuchać rozentuzjazmowanej młodzieży szalejącej na korytarzach (nie dziwię im się, w ich wieku też tak robiłam) oraz pochrapywania współspaczy.

c. d. n.
P. S.
Nasze rany:

 .
.
.
.
.
.
.
.
Uwaga! Drastyczne zdjęcia!
.
.
.
.
.
.
Oglądasz na własną odpowiedzialność!
.
.
.
.
.
 

Do źródeł Nilu - cz. 1

Strasznie daleko z Warszawy do tego Nilu, postanowiłam więc skorzystać z okazji i na tylnym siedzeniu odespać konferencyjne balety. P. R., który zabrał się z nami, zabawiał T. rozmową, ja miałam więc wolne.
Do bazy w Kolbuszowej dotarliśmy późno, ale zdążyłam jeszcze zamienić szpilki na buty sportowe, a żakiet na kurtkę. Ledwo się rozgościliśmy w bazie, a już wołali do autobusu, który miał nas zawieźć na start.
Etap pierwszy nie wyglądał groźnie na pierwszy rzut oka - trzy fragmenty do połączenia w całość, z czego jeden zlustrowany. Nie takie rzeczy my ze szwagrem ...
Ze startu udało się wyjść w dobrym kierunku, jedynkę znaleźliśmy bez problemu, aczkolwiek w większej dziurze niż wynikało z mapy, ale kto by się tam czepiał wielkości dziury. Do dwójki w pierwszym odruchu chcieliśmy iść azymutem, ale lokalna roślinność szybko zniechęciła nas do tego. Grzecznie wróciliśmy na drogę i staraliśmy się jak najdłużej trzymać ścieżek. Z dwójki na trójkę też bezpiecznie ścieżkami, ale już na czwórkę musieliśmy wejść między drzewa. Dało radę. Punkt znaleźliśmy łatwo, tyle tylko, że brakowało przy nim dołka. Ponieważ nie mieliśmy przenośnego, nie pozostało nic innego jak czesanie okolicy. Oprócz nas czesało jeszcze kilka osób, ale jakoś szybko się zniechęcili. Nasz trud został nagrodzony dorodnym punktem w dołku.
Piątka i szóstka były dość łatwe, ale dopiero przy szóstce skojarzyliśmy, że piątka i jedenastka to to samo. T. litościwie nie kazał mi się wracać, tylko sam pobiegł podbić brakujący punkt.
Nadeszła pora na lopkę. Jakoś z góry założyliśmy, że będzie szła drogą i chwilę nam zajęło przekonanie się, że niekoniecznie. Jednak dla pewności, resztę trasy T. szedł nasypem przy rowie, a ja drogą biegnącą wzdłuż rowu.  Mimo tych zabezpieczeń, wciąż mieliśmy wrażenie, że jak na lopkę, to jednak lampiony są za mało widokowo powieszone. T. musiał poczuć się tym jakoś zawstydzony, bo przy którymś z kolei PK na lopce nagle zapadł się pod ziemię. Tak prawie do pasa. Z trudem udało mu się wygrzebać i po sprawdzeniu, że wciąż jest szczęśliwym posiadaczem czterech sprawnych kończyn, ruszyliśmy dalej.
Przy ostatnim lopkowym punkcie mieliśmy wątpliwości - należy on jeszcze do lopki, czy już nie? Ponieważ nie chciało nam się wracać do początku lopki, a wciąż brakowało nam na niej jednego punktu, uznaliśmy, że w najgorszym przypadku będziemy mieć stowarzysza. Trudno.
Im bliżej dziewiątki, tym teren robił się bardziej podmokły i grząski. Dodatkowo zaczepno-obronna roślinność nie chciała dopuścić nas do celu. Zaczęłam wymiękać, ale T. jak zawsze twardo parł do celu i oczywiście go osiągnął.
Po dziewiątce zeszliśmy do asfaltu i aż miałam go ochotę ucałować (ten asfalt), bo wreszcie poczułam bezpieczny grunt pod nogami. Kolejne punkty były już łatwe, bo tylko robiliśmy po nie krótkie wypady z głównej drogi. Nawet udało nam się pamiętać, że jeden punkt jest podwójny.
Wreszcie zobaczyliśmy metę. Pełni entuzjazmu dopadliśmy stolika i co się okazało????
Trafiliśmy na metę stowarzyszoną!!! Nasza była kawałek dalej - niepozorna i ukryta w samochodzie.
Punkt regeneracji organizmów żywych był już wspólny, a na nim bigos, chleb, herbata. Co prawda przeżyliśmy chwilę grozy, bo tuż przed nami ktoś dokopał się do dna gara z bigosem i widmo głodu zajrzało nam w oczy. Na szczęście organizatorzy szybko podstawili nowy, pełny gar i mogliśmy najeść się do wypęku.
c. d. n.

sobota, 11 kwietnia 2015

Między Hiltonem, a źródłami Nilu.

Po czterodniowym zesłaniu na konferencję nie zdążyłam nawet zajrzeć do domu, tylko na trasie przesiadłam się z auta służbowego do naszego i pojechaliśmy do Kolbuszowej przyjrzeć się bliżej źródłom Nilu.
Jeszcze we czwartek jadłam kolację w Hiltonie, a w piątek już bigos w środku lasu. Właściwą osobą na właściwym miejscu czułam się zdecydowanie w tej drugiej sytuacji.
Relacja z okołobigosowych wydarzeń już wkrótce, jak tylko złapię drugi oddech i dopieszczę zaniedbane potomstwo.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

GAMBIT 2015

Jakoś udało nam się oderwać od wielkanocnego stołu i mimo niezbyt zachęcającej pogody pojechaliśmy zobaczyć tę nową imprezę. Wszystko wyglądało normalnie - wiata, jajka, deszcz, karty startowe, znajomi  - normalnie do momentu otrzymania mapy.
Na "mapie" parę dróg na krzyż, jakieś żarówki, lasery, północ po skosie i dziwna skala, a do tego 2 (słownie: dwie) strony objaśnień. Niby organizatorzy w komunikacie technicznym napisali, że będziemy "grać" w chromatron, ale nie potraktowałam tego jako poważnego ostrzeżenia.
Im bardziej czytałam opis, tym mniej rozumiałam. Zawsze byłam dumna z tego, że umiem czytać ze zrozumieniem, a tu organizatorzy wykazali mi, jak bardzo się myliłam. Pocieszało mnie jedynie to, że nie tylko ja stałam z głupią miną. W ogóle już po przeczytaniu słów: żarówka, laser, zwierciadło włączył mi się sygnał alarmowy - coś tu trąci fizyką. Zgiń, przepadnij siło nieczysta!
W końcu T. wykoncypował jak zacząć i ruszyliśmy. Dołączył do nas D. M., bo samemu jakoś straszno się mierzyć z tym chromatronem, a w kupie wiadomo - raźniej.
T. doprowadził do pierwszego zwierciadła i tam zrobiliśmy burzę mózgów, co dalej. To znaczy T. i D. mózgów, ja burzę. A tak dokładniej to burzyłam się wewnętrznie przeciwko psuciu mi świąt jakimiś nierozwiązywalnymi łamigłówkami. W końcu ustaliłam sama z sobą - z marszu przyjemności nie będzie, ale za to można spalić trochę kalorii. Tak się pocieszając ruszyłam za chłopakami, którzy niby to wiedzieli gdzie i po co idą. Zebraliśmy dwie "żarówki", co to je można było znaleźć i bez zwierciadła, czy innych takich oraz jeden laser. Po drodze konsultowaliśmy się z kim się tylko dało i każdemu wychodziło, że zadanie jest nie do rozwiązania. Błąd w matriksie albo co.
W międzyczasie zaczęło się rozpogadzać, więc tym bardziej traktowałam Gambita jako świąteczny spacer, a nie zawody. T. i D. twardo myśleli - patrzyli w te mapy, patrzyli, coś tam kreślili, kombinowali, a efekt był taki sam jak z mojego relaksu. W międzyczasie D. z tego myślenia to aż zgubił kartę startową (no bo nie miał czasu myśleć o niej) i musiał się wracać, T. zaś zostawił mnie na środku ścieżki i poszedł czesać las. Z naprzeciwka nadeszła konkurencja - A. P. z żoną.
- I jak? Macie? - zagaił.
Pokręciłam przecząco głową i telepatycznie przekazałam wprost do jego mózgu (i sumienia):
- Powiedz: gdzie jest drugie i trzecie zwierciadło? Gdzie jest zwierciadło? Gdzie jest zwierciadło?
Okazało się, że jestem całkiem niezła w tej telepatii, bo A. bez namysłu przyłożył palec w odpowiednie miejsce mapy i powiedział:
- Tu!
Rzeczywiście to musiało być TU. Na dodatek, kiedy już się o tym wiedziało, było to całkiem naturalne i chyba byliśmy całkowicie zaćmieni, że nie wymyśliliśmy tak prostej rzeczy.
Oczywiście okazało się, że do jednego ze zwierciadeł trzeba się wrócić i do spory kawałek. Ruszyliśmy biegiem, bo wiadomo - czas nie z gumy. Do kolejnego zwierciadła w przeciwległy kraniec mapy, znowu podbiegając, w końcu panowie porzucili mnie w lesie i pognali przeglądać się w tym lustereczku. Ja tam miałam swoje w plecaczku, więc ich nawet nie goniłam. Usiłowałam zrobić zadanie, żeby mieć jakiś wkład w ten etap, ale przecież nie pamiętałam, w którym kwadracie laser był czerwony, a w którym stało charakterystyczne drzewo. Uzyskawszy te informacje od powracających, szybko przyłożyłam kompas do mapy i coś tam w przybliżeniu policzyłam. T. i D. pracowicie kreślili linijkami, mierzyli kątomierzami i w końcu wyliczyli - o 1 stopień inaczej niż ja. Ale za to jak profesjonalnie!
W końcu dopadliśmy mety i to nawet nie z jakimś dramatycznym czasem i ...po zabawie, czas do domu, bo stół czeka.
A jak myślicie? Jak T. spędził popołudnie?
Oczywiście, że grając w chromatron!

czwartek, 2 kwietnia 2015

Świąteczne TRInO

T. to ma w głowie tylko InO i InO. Święta idą, w domu bałagan, a ten chce punktów kontrolnych szukać zamiast wziąć się za porządki. Żeby wilk był syty i owca cała wręczyłam mu nowe TRInO, szmatę, domestos i inne takie, wyznaczyłam limit czasu i ... zrobiłam sobie kawę.
Polecam sposób, bardzo polecam!



środa, 1 kwietnia 2015

Jak zostałam OInO-kiem.

Zdałam!
Każdy egzaminator brał upatrzoną ofiarę w jakiś odległy kąt sali i tam poddawał torturom przesłuchania. Mnie na swoją ofiarę wybrała B.S. Nawet się ucieszyłam, bo jej dobrze z oczu patrzyło. I rzeczywiście - lampą po oczach nie świeciła, boków nie przypalała, nie zrywała paznokci, nie podtapiała. I to nawet jeśli bredziłam jak Piekarski na mękach! Po prostu ludzkie panisko! Coś tam musiałam wiedzieć, bo nie z nią takie numery, żeby kompletnie zielonych przepuścić, ale dałam się zagiąć parę razy. Ale na rzeczach, których na kursie nie było, o! A, że sobie nie doczytałam... Bo to człowiek ma czas. Przy sędziowaniu utknęłam na zadaniach. Tak jak ich nie zauważam jako uczestnik, tak samo nie zauważyłam jako sędzia. Zupełnie nie wiem dlaczego jestem taka zadanioodporna:-(  Chyba sobie muszę w telefonie ustawić przypominanie o zadaniach:-)
W każdym razie, teraz to ja jestem OInOk całą gębą i proszę do mnie mówić: OInOczko!