czwartek, 9 kwietnia 2026

Do dwóch razy sztuka czyli trening u Aleksa

Dopadł mnie katar. Katar i przyległości z tym stanem związane. A wiecie, katar bywa co najmniej denerwujący. Najpierw dokuczył mi na tyle, że „na pamięć” pojechałem do Marek na trening we środę. Trochę się zdziwiłem, że polana postojowa jakaś taka pusta. Odgrzebałem komórkę, patrzę, a tu jak wół, że trening ma być nietypowo… w czwartek… 

W czwartek katar nie odpuszczał. Powiem wręcz, że wzbierał, pęczniał i coraz bardziej dokuczał. Tym razem na polanie w Markach samochodów było w bród. Pobrałem mapę i podreptałem do lasu. W lesie sucho jak pieprz. Jeszcze brak zieleni, więc bieganie po wyschniętym poszyciu jest takie sobie. Brak takiej typowej leśnej świeżości, która zwykle towarzyszy wyprawie do lasu. 

W tle górka ze startem
Start pod górkę, po piachu. Potem nieuporządkowanym lasem w kierunku PK 1. Zniosło mnie co nieco na lewo, ale lampion był widoczny z daleka, więc udało się trafić do punktu. Za to do PK 2 trafiam idealnie. 

PK 3 na górce. Niby liczyłem ścieżki poprzeczne i nie wiem jak przebiegłem tuż obok lampionu do następnej ścieżki. Chyba kurza ślepota… Albo ten katar rzucił mi się na spostrzegawczość. 

Do PK 4 i PK 5 idealnie po kresce, pomimo, że Alex coś tam z mapy powycinał. Tu muszę dodać, że w zasięgu wzroku pojawił się jakiś konkurent w widocznym z daleka seledynowym wdzianku. Nie lubię oddechu konkurencji na plecach, więc ustawiłem azymut i szybko ruszyłem na PK 6. Mapa była wycięta na tym przebiegu, ale PK miał być gdzieś obok drogi, więc pobiegłem drogą gubiąc konkurencję z zasięgu wzroku. Pojawiły się jakieś górki, powinna być żółciutka polanka i dołek. Szukam – nie ma. Dopiero po dłuższym błąkaniu się zauważyłem, że źle ustawiłem azymut… taka pomyłka o kąt prosty… Trzeba kawał wracać… 

Wstyd mi gdy patrzę na ten przebieg...
Dalej szło lepiej. Ale niezbyt szybko, bo ciężko jednocześnie biegać i dbać o drożność dróg oddechowych… 

Zamiast na PK 8 trafiłem najpierw na PK 10 – pamiętam, że kiedyś przy jakimś bieganiu na tej mapie miałem podobnie. Jakiś taki fragment mapy, którego nie lubię;-) 

Przy właściwym już dobiegu do PK 10 znowu pojawił się seledynowy konkurent. Widać także musiał się pogubić – i to całkiem nieźle, bo mi zeszło dobre 5 dodatkowych minut na szukaniu PK 6. 

Oczywiście w lesie coraz ciemniej, ale nie warto było wyjmować już czołówki z kieszeni. Kolejne PK, już bez takich atrakcji, to ściganie się z seledynowym. Wyprzedziłem go na dobiegu do przedostatniego PK 15 – wariant drogowy okazał się szybszy niż buszowanie na azymut. 

Na dobiegu do mety dołączył pędzący niczym rakieta Mateusz – solidarnie goniliśmy go niczym charty – nie uciekł daleko, że tak powiem i metę podbiliśmy wszyscy prawie razem. 

Uff trening zaliczony, choć tempo i samopoczucie niezbyt dobrze rokuje na MP w ultralongu, które czekają mnie już w niedzielę… 


 

poniedziałek, 30 marca 2026

Extra Dystans Stołeczny

 Nadszedł koniec tegorocznego Dystansu Stołecznego. Etap 11 – extra. Znowu Karol chciał nas zadziwić „udziwnionym etapem”.  Takie połączenie miejskiego sprintu z bieganiem po zakręconych górkach i wykrotach Lasku Młocińskiego. Takie zestawienie u Karola kojarzy mi się zawsze z pewną imprezą (chyba to był Puchar Bielan), gdzie startowaliśmy w Lasku Młocińskim i po pokręceniu się dłuższą chwilę po płaskiej części lasku dostaliśmy prawie 2 km przebiegu wzdłuż DK7 do Lasku Bielańskiego, zdobywanie duuu…j skarpy, a na koniec kawałek biegu miejskiego. Ten przebieg pomiędzy laskami był zupełnie powalający….

Wracając do dzisiejszego biegu – miało nie być aż takiego przebiegu – atrakcją było zaś dwukrotne przekraczanie DK7… przejściem ze światłami. Mieliśmy grzecznie oczekiwać na zielone światło, a lampiony po obu stronach przejścia zapewniały „wycięcie” czasu przekraczania ruchliwej drogi z wyników.

Gotowy do startu
Na start dotarłem wcześnie, jako jeden z pierwszych i od razu spotkałem nasza klubową ekipę. Ania startowała na krótszej tarasie , a ja razem z Barbarą poszedłem na start Chojraka. Tradycyjnie start z puszki – postanowiliśmy pobiec rekreacyjnie z pogaduszkami na trasie.

Pierwsze siedem PK w kampusie UKSW. Lampiony widoczne z daleka, zwykle na wysokości 160-180cm. Niskie osoby musiały podskakiwać by potwierdzić PK;-)

Ostatnio bieganie miejskie nawet mi wychodzi – bez żadnych wpadek dotarliśmy do DK7.

Po odczekaniu swojego, przeszliśmy do Lasku Młocińskiego. PK 9 i PK 10 - optymalny wariant drogami, takimi głównymi alejkami w tym lesie. Od PK 11 zaczęły się górki. Jako że biegliśmy rekreacyjnie, wybraliśmy wariant ścieżkowy. Ten kawałek lasu jest pokręcony i zawsze nocą człowiek zbacza tu z kierunku, nie trafia na ścieżkę i inne takie. Nas także lekko zawiodła nawigacja – o jedną dróżkę w lewo i musieliśmy na azymut wracać na właściwe ścieżki.

Staraliśmy się unikać przebiegów na azymut, ile się dało. Do PK 18 były tylko trzy przebiegi, które zrealizowaliśmy poza ścieżkami.

Po PK 18 skończyły się górki. Długi przebieg wzdłuż zakrzaczonego rowu, szukanie PK 20 w rejonach zaznaczonych na mocno zielono…

PK 21 chwilkę szukaliśmy. Ślad pokazuje, że coś azymut nam się nie zgadzał – może przez wszechobecne zieloności na mapie – widomo,w nocy na płaskim zielonym szukanie polanki 3m x 3m….

Przy PK 24 zobaczyłem, że mamy jeszcze jedną pętelkę – będziemy wracać się przez PK 26/29 i 23/27 do PK 24/30. Obserwacja ta  z lekka mnie załamała. Byliśmy już na tych punktach, więc po co biec tam jeszcze raz? Trasa długa – łącznie 7,7km, w lesie strasznie sucho – biegając czuje się „kurz” we wdychanym powietrzu. Ta ostatnia pętelka to sadyzm budowniczego i tyle.

PK 24/30
Nie pozostało nic innego jak ją przebiec.

Po lesie zostało kilka PK w mieście. Biegliśmy razem do szkoły. PK 35. Spojrzałem mapę i ruszyłem na PK 36. Oglądam się, a Barbara gdzieś zniknęła. Dobiegam do rogu gdzie powinien być lampion – nie ma nic. Patrzę uważniej na mapę…. przekręciłem ją o 180 stopni! Wstyd. Odwracam się i biegnę na ostatnie dwa PK. Na mecie Barbara pyta się, gdzie zginąłem – bo nagle zobaczyła, że mnie nie ma. Jak tu z honorem wytłumaczyć, że mi się północ z południem pomyliła?;-)

Na zakończenie jeszcze mała nagroda za wytrwałość (dla tych co startowali minimum 5 razy w tej edycji Dystansu Stołecznego) – kubek Dystansowy;-)
Jak patrzę teraz na wyniki sporo osób ma MP. Ponoć brali „stowarzysze” – przytrafiło się to także Ani na krótszej trasie – no cóż, u Karola trzeba być czujnym „do końca”;-)


 

 

Wyspa O-Cup, etap 3 - na luzie, bo i tak nic do stracenia.

W niedzielę obudziłam się połamana od sobotnich etapów, ale chyba jeszcze bardziej od niewygodnego łóżka. Ponieważ z bieganiem i tak szło mi marnie, nastawiłam się na mile spędzony czas w lesie, nawet gdybym miałam się zgubić.
Tym razem to Tomek startował wcześniej. Ponieważ mój start nie był jakoś dramatycznie później, więc poszłam razem z nim (znowu dłuuuga dojściówka) i dopilnowałam, żeby pobiegł:-) 
 
Przed startem.

Już w boksie.

Trzeci etap był najdłuższy. I znowu musiałam sama sobie pilnować zegarka przy starcie, ale chyba już dochodzę w tym do wprawy, bo upilnowałam. Ruszyłam. Teren ten sam, co w etapie drugim, więc pojawiła się nadzieja, że skoro nie zginęłam poprzednio, to i teraz jakoś ogarnę.
Punkt pierwszy nie dość, że daleko, to za całą masą niebieskości - nie wiadomo: suchej, czy mokrej. Na wszelki wypadek postanowiłam obiec ścieżkami. Trochę miałam obawy, bo w pewnym momencie tych ścieżek robiło się dużo i nie byłam pewna, czy wstrzelę się we właściwą. Tak w zasadzie, to byłam pewna, że nie. Na pierwszym skrzyżowaniu spotkałam Ulę, nieco zagubioną, więc razem oglądałyśmy  mapę, aż mi w końcu przypomniała, że jednak powinnam lecieć dalej. Cały czas starałam się trzymać brzegu mokradła i dopiero na samej końcówce skróciłam sobie, dowiadując się przy tym, że wszystko jest suche jak pieprz i od razu można było iść na azymut.
Dwójka i trójka za drogą, w lesie, dość łatwe. Czwórka znowu na "mokradłach", z wariantem ścieżkowo-azymutowym. Piątka w ciul daleko, ale z dobrym drogowym dobiegiem. Na końcówce za późno weszłam w las, ale szybko zorientowałam się, gdzie jestem. Jeszcze w międzyczasie ratowałam jakieś zagubione dzieciaki, więc była okazja do zatrzymania się i odsapnięcia.
Nie wiem dlaczego do szóstki nie skorzystałam znowu z dróg, tylko przedzierałam się lasem, ale kto bogatemu zabroni? Grunt, że lampion znalazłam. Siódemka była śmiesznie łatwa, a ósemka tuż przy niej. Do siódemki biegłam za jakąś starszą kobitką, a za mną leciała jakaś z młodszej trasy. Ta z przodu zasuwała jak mały samochodzik, który nie sposób dogonić, a ta z tyłu mamrotała pod nosem: przynajmniej z dziesięć lat starsza, a nie idzie jej dogonić! I wiecie co? Nie dogoniłyśmy.
Do dziewiątki i dziesiątki znowu pobiegłam drogami z ominięciem tych niby mokradeł, a potem tylko jedenastka i meta. 
 
Usiłuję z fasonem wbiec na metę.
 
W sumie nawigacyjnie to ten etap dla mnie był najłatwiejszy, a prędkością i tak się nie przejmowałam.  Odległość trochę dała mi w kość, bo startowałam już zmęczona, więc kiedy przyjechaliśmy na zakończenie imprezy czułam się tak:

Czekamy na zakończenie imprezy.

No, nie powiem - umordowałam się trochę, ale za to w pięknych okolicznościach przyrody, z dobrą organizacją i fajnymi mapami. Trzeba tę imprezkę na stałe wpisać w kalendarz. Warto.

piątek, 27 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 2, czyli zdążyć na obiad.

Po etapie pierwszym wróciłam pieszo na kwaterę, ogarnęłam się i zaległam w oczekiwaniu  na Tomka, który startował sporo po mnie, więc i wracał później. Drugi etap zaczynał się od 14.30, ja miałam trzydziestą minutę startową, a Tomek nieco późniejszą, więc tego odpoczynku między etapami było jednak niewiele. Na kolejny start znowu była spora dojściówka, ale i tak krótsza niż na pierwszy.

Tomek odprowadza mnie kawałek.

Najbardziej przed startem stresowałam się, że zapomnę włączyć zegarek, zamiast tym, czy łatwo trafię na punkty i czy nie wymięknę kondycyjnie. Ale wiecie - jak bez zegarka, to potem trzeba pobiec jeszcze raz:-)
Do pierwszego punktu postanowiłam pobiec drogami, bo było to całkiem logiczne, no i wygodne. Co prawda nie wyszłam czysto na punkt i na końcówce trochę za daleko weszłam w las, ale nie było to jakieś duże błądzenie. Dwójka była tuż obok, na górce, więc łatwa sprawa. Trójka ciut dalej, ale też bez problemów. Trochę mnie to podniosło na duchu, bo dobry początek, to... dobry początek.
Czwórka już w większej odległości. Starałam trzymać się kurczowo azymutu, do momentu, kiedy dotarłam do mokradeł i jak na mój gust okazały się zbyt mokre. Postanowiłam obejść, choć teraz myślę - co mi ta odrobina wody przeszkadzała? W każdym razie czwórka weszła.
Miedzy czwórką a piątką doznałam jakiegoś zaćmienia umysłu i ubzdurałam sobie, że punkt stoi przed drogą, a nie za nią. Patrzyłam w mapę i zupełnie tego nie widziałam. Oczywiście szukałam za wcześnie. Zastanowiło mnie dopiero, że wszyscy biegną dalej, nie zwracając uwagi na miejsce, gdzie prowadzę swoje poszukiwania, no a przecież ktoś oprócz mnie musiał mieć też ten punkt. Dla mnie jednej by chyba nie stawiali.

Efekt zaćmienia.

Do szóstki był dość długi przebieg. Początkowo poruszałam się po linii azymutu, a potem zniosło mnie w lewo. Na szczęście weszłam na rów, który w dalszej swojej części biegł bliziutko szóstki, więc uznałam to za prezent od losu i dalej ruszyłam rowem. Sprawdziło się.
Do siódemki znowu drogami, ósemka tuż przy siódemce, więc łatwa, a dziewiątkę wzięłam azymutowo-drogowo. 
 
Gdzieś na trasie.

Z dziewiątki na dziesiątkę przeleciałam przez w miarę suche mokradła i zatrzymał mnie dopiero ciek wodny, na tyle konkretny, że jednak musiałam go obejść. Do jedenastki już drogami i ścieżkami i tu można się spierać czy wybrałam dobry wariant obiegnięcia mokrego, ale najważniejsze w sumie, że skuteczny. Dwunastka to już w zasadzie tylko formalność i dobieg do mety, jak zawsze z fasonem.
Po etapie najważniejsza część dnia, czyli obiad:-) Bałam się czy Tomek zdąży, bo organizatorzy jakoś dziwnie to urządzili, że obiad był wydawany w czasie, kiedy większość zawodników była w lesie. My obydwoje zmieściliśmy się w czasie - ciekawa jestem jak inni. Po obiedzie jeszcze tylko wizyta w sklepie po słodką nagrodę za wysiłek i wreszcie odpoczynek, aż do niedzielnego etapu.
A wyniki? Cóż, znowu uplasowałam się na ostatnim miejscu, ale już bez tej przepaści między mną, a poprzedzającą zawodniczką. Czyli jest postęp.

Cała trasa.

czwartek, 26 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 1, czyli marny początek.

Bardzo chciałam pojechać nad morze. Do tego stopnia, że bez wahania zapisałam się na Wyspę O-Cup. Może gdybym wiedziała, jak mocno da mi w kość City Race, to zastanowiłabym się nad kolejna mocną dawką wrażeń w tak krótkim odstępie czasu, ale zapisy były dużo wcześniej. 
Pojechaliśmy w piątek po pracy i wieczorem zameldowaliśmy się w bazie - głównie, żeby wykupić obiady, bo to przecież najważniejsze.
 
Pamiątkowa fotka musi być.

Na sobotę planowane były dwa biegi, na szczęście o rozsądnej długości. Ale za to już dojścia na start trochę mnie oszołomiły - na każdy etap w granicach 1-2 km. Ja wiem, że to konieczne i nie kwestionuję zasadności, ale pobiadolić sobie przecież mogę. Na poranny etap Tomek nawet planował mnie podwieźć, ale rano okazało się, że mamy flaka w oponie i zamiast na start ze mną, pojechał szukać wulkanizatora. Ku mojemu zdziwieniu załatwił sprawę tak szybko, że jeszcze zdążył uwiecznić mój start.
 
Ruszam

Ponieważ start był tuż przy plaży, to przynajmniej nie było problemu ze zorientowaniem mapy (no bo morze na północy) i znalezieniem trójkąta startowego (blisko morza). I dobrze, bo mapy dostaliśmy formatu A3, a szukanie na wielkiej płachcie zawsze jest trudne.
Punkt pierwszy wyglądał na łatwy, na przedłużeniu ścieżki prowadzącej ze startu, do tego na niewielkiej górce. Faktycznie, widoczny już z daleka. 

Jedynka zaliczona.

Dwójka niedaleko, nic specjalnego w sumie. Ruszyłam na azymut, minęłam ścieżkę, wspięłam się na zbocze, a potem coraz bardziej odbijałam w lewo, nie zauważyłam trzech ścieżek, przeszłam przez drogę, której nie powinnam przekraczać, znalazłam punkt z innej trasy i... wciąż się nie zorientowałam, że jestem już za daleko. Tak sobie jeszcze chwilę pochodziłam po okolicy i wróciłam do drogi. Ponieważ wciąż nie miałam pomysłu co dalej, to postanowiłam sprawdzić, czy droga prowadzi do skrzyżowania. Prowadziła. Podobnie jak  cztery inne ścieżki w pobliżu.  Po chwili wahania założyłam, że jednak jestem na tej największej i od skrzyżowania namierzyłam się na dwójkę. Teraz azymutu trzymałam się już kurczowo i w końcu natrafiłam na właściwy lampion. Uffff.
 
Niby łatwo, a trudno.

Po dwójce wróciłam do skrzyżowania, które ocaliło mi życie i z niego namierzyłam się na trójkę, licząc że skrzyżowanie znowu przyniesie mi szczęście. Najpierw natrafiłam na punkt z innej trasy, a potem, ku swojemu zdziwieniu, na czwórkę. Serio? Znowu się nie udało? Kurczę, w żaden sposób nie mogłam się odnaleźć w tym zwariowanym terenie. U nas mamy płasko, płasko, małe wgłębienie, lekkie wzniesienie, płasko, płasko, maleńka górka, więc tych górek nie sposób przeoczyć, łatwo je ogarnąć wzrokiem  i kierować się tym widokiem. Tu zaś górki (i obniżenia pomiędzy nimi) były dup, dup, dup - jedna za drugą, tak że tego nie ogarniesz i nie policzysz, bo już koło piętnastej się gubisz, a przed tobą jeszcze ze sto. Azymuty też jakieś inne mają, niby lecę według kompasu, a i tak trafiam obok. Skoro jednak znalazłam się przy czwórce, a trójka była tuż obok, to i tak w sumie miałam szczęście, bo mogłam wyjść nie wiadomo gdzie. Tak więc znalazłam trójkę i wróciłam do czwórki, o dziwo nie gubiąc się po drodze.

Przy PK 4. I co dalej?

Za czwórką nastąpiła lekka zmiana krajobrazu i pojawiły się podłuuuużne wzniesienia i obniżenia. Z tym już jakoś łatwiej mi się współpracowało i po chwili miałam zaliczoną piątkę.
Szóstka daleko, już na terenach podmokłych ale przynajmniej niemal na miejsce można było dostać się drogami. Poszło łatwo. Do siódemki było bliziutko, tyle tylko, że przez bagienko. Tak się zasugerowałam tym niebieskim na mapie, że starannie je obeszłam, mimo że widziałam inne osoby biegnące na wprost, bo bagienko było suchutkie. A zresztą nawet gdyby było trochę mokre, to co?

PK 8

Z ósemki odruchowo pobiegłam za innymi zawodnikami, prosto w stronę rowu i miałam szczęście, że ktoś litościwie ułożył tam kilka bali, po których dało się przejść. Wtedy dokładniej obejrzałam mapę i skierowałam się jednak w stronę drogi, bo natężenie niebieskiego na mapie wzrastało. Do dziesiątki i jedenastki korzystałam już z wszystkich dostępnych dróg i ścieżek, co i tak jakoś specjalnie nie podkręciło mojego tempa. Dopiero na dobiegu do mety nieco się sprężyłam, chociaż i tak nie miało to żadnego znaczenia.
Wynik - cóż, haniebny. I wcale nie chodzi mi o to, że ostatnie miejsce, bo może być ostatnie  i bardzo ostatnie. Moja strata do poprzedzającej mnie zawodniczki uplasowała mnie na tym baaardzo ostatnim.

Cała trasa.

środa, 25 marca 2026

Do 10-ciu razy sztuka czyli Dystans Stołeczny nr 10

Dystans Stołeczny - odsłona nr 10. Znów Karol wymyślił nietypową formułę: taki „One Man Relay” z przerwą pośrodku. Ta przerwa to przebieg obowiązkowy ponad 400 m drogą bez pomiaru czasu, a właściwie z czasem „wyciętym” w wynikach. Jak nietypowo to należało spróbować. A żeby zabawa była lepsza, to oczywiście start nocny;-) 

Gdy przyjechałem na start Karol biegał jeszcze po lesie i rozwieszał lampiony. Podziwiam Karola, że mu się chce w pojedynkę robić tyle biegów, rozwieszać te lampiony, a potem je zbierać późną nocą… 

Wreszcie organizator wrócił z lasu i dostałem mapę. Poszedłem na start i poleciałem w ciemną noc. Starty zawsze są najtrudniejsze – mapa jeszcze nie ułożyła się w ręku, kierunki także się jeszcze nie ustabilizowały…. Oczywiście pobiegłem „w kierunku” lampionu, o ile pojęcie „w kierunku” oznacza odchylenie nie większe niż +- 45 stopni;-) Gdy po długich poszukiwaniach znalazłem lampion, okazało się, że nie przeszedłem procedury startu. Nie było daleko więc wróciłem i ruszyłem raz jeszcze od nowa na trasę… Tym razem kierunek był już dokładniejszy;-) 

Start, który zaliczyłem dwa razy...
Gdzieś koło trójki okazało się, że biegnę z kimś równolegle na mojej trasie. Widać nie odczekałem na starcie odpowiednio długo – bywa i tak, gdy startuje się z puszki. 

Przy PK 4 coś mi się nie zgadzał teren. Zacząłem krygować swój bieg bardziej na północ – szukając „końca górki”. Może niewiele, ale straciłem kilkadziesiąt sekund, zanim odbiłem się od rozwidlenia ścieżek we właściwym kierunku – tam gdzie stał lampion. Konkurent z którym się ścigałem także przestrzelił ten PK, ale z drugiej strony – jak podbijałem punkt, zmierzał do niego z południa. 

Dalej szło o wiele lepiej. Chwilami jakbym widział kreski wyrysowane w terenie;-) 

Dopiero PK 8 minimalnie przestrzeliłem szukając muldy na górce w młodniku. Ale bez przesady – wiedziałem, że mam szukać lampionu bardziej na lewo;-) 

Przy PK 9 dogoniłem Sylwię. Biegła za mną do PK 10. PK 10 przestrzeliłem zupełnie. Źle odczytałem mapę i szukałem lampionu nie na tym końcu zielonego lasu. W moim wieku wzrok już nie ten i w nocy nieraz oglądany na mapie rysunek się zbytnio generalizuje;-) Pocieszam się, że Sylwia młodszymi oczami także miała problem z tym PK 10;-) 

Aby nie było zbyt prosto, do następnego PK ruszyłem ścieżką, zamiast przedzierać się przez krzaki – myślałem, że nie ma jej na mapie, ale potem okazało się, iż niezbyt uważnie spojrzałem na kompas – ścieżka na mapie była, tylko w kierunku nie do końca mi pasującym… Niestety, przedzieranie przez krzaki mnie nie ominęło… 

Coś mi z tym wyznaczanie azymutów zaczęło się psuć, bo zamiast na PK 12 trafiłem na drogę asfaltową, którą dojeżdżałem do startu. Nie ufałem kompasowi i na następny PK 13 trzymałem się dróg, zamiast ciąć na krechę. 

Do PK 14 nie dawało się dobiec drogami, został azymut. Znalazłem jakieś dołki, górkę z dołkami, ale lampionu ani śladu. W nocy wystarczy kilka zakrętów i człowiek nie jest w stanie dokładnie wskazać gdzie jest na mapie. Co chwila znajdowałem górki i dołki bez lampionów. Po czterech minutach błąkania się po lesie wreszcie trafiłem na lampion. Jak pokazuje ślad – azymut którym biegłem nie kłamał – znalazłem pierwsze dołki i zamiast trzymać się dalej azymutu pognałem w bok w kierunku górki, gdzie był dołki, ale nieoznaczone na mapie. 

Kolejny PK 15 – podobny scenariusz – miała być karpa w białym lesie. Las nie był biały, przebieżność i widoczność marna (jałowce), znowu odbiłem z azymutu tuż przed punktem. Na szczęście szybko odmierzyłem się od ścieżki, więc strata czasowa nie była tak duża. 

Jeszcze dwa PK i koniec pierwszego podetapu – chwila na spokojny, regeneracyjny bieg na 400 m. 

Druga strona mapy – drugie rozdanie. PK 20 – wszedł. PK 21 – znowu nie trafiłem. Coś mnie dzisiaj znosi w lewo, po raz kolejny! Świadomy tego „znosu” nawigowałem ostrożniej i lepiej trafiałem w punkty. Minimalne zawahanie przy PK 27, poza tym dobrze. Dumny jestem z przebiegu PK 27-28 – jakbym widział azymut w terenie;-) 

Wreszcie meta!

W efekcie zajmuję 6-ste miejsce. To chyba mój najlepszy rezultat w Dystansie Stołeczny. Oczywiście długość trasy i środek tygodnia trochę wpłynęły na frekwencje na Chojraku, ale moim powodem do dumy jest to, że wyprzedziłem wszystkich konkurentów, z którymi zwykle rywalizuję. I to pomimo kilku większych błędów na jakieś 6 minut! 


 

 

piątek, 20 marca 2026

Piękna Katastrofa z Czajką w tle czyli ZAZU TOUR R3

Kolejna, trzecia już odsłona ZAZU TOUR. Jakby to powiedzieć – organizator wpuścił nas w ściek, znaczy znowu eksplorowaliśmy tereny tuż przy oczyszczalni ścieków „Czajka”. Dość chłodno. Krajobraz taki „pozimowy”: zero zieloności, wszędzie widać śmieci, które w zimę skrywał śnieg. Trasa mocno zakręcona: taki One-Man-Relay, ale bez obracania kartki. Na mapie zatrzęsienie punktów, kresek i praktycznie do wykonania dwie pętelki. 

Gotowy do startu
Strat poszedł dobrze – znaczy do PK 1 trafiłem prawie jak po sznurku (oczywiście przez lampion z PK 25, bo był prawie na azymucie). PK 2 i 3 także dobrze wchodziły. Do PK 4 zamiast obiec ścieżką przedzierałem się przez jakąś ruinkę i chaszcze – bo były na azymucie;-) 

Przebieg na PK 1 - prawie po kresce!

Po PK 7 goniłem biegacza, który mnie wyprzedził i oczywiście pobiegliśmy nie tą ścieżką. Tak to jest, gdy człowiek sugeruje się konkurencją;) 

Przebieg na PK 8 - nie należy sugerować się konkurencją!

Ogólnie jestem z siebie dumny, bo wiele przebiegów wygląda tak, jakbym widział narysowaną kreskę azymutu na ziemi i starał się po niej biec;-) 

Ale jak to w orientacji – zawsze musi być jakaś "piękna katastrofa". Jak przystało na katastrofę – ma ona nazwę PK 13. Punkt na azymut. Dość długi przebieg. Gdzieś tam po mojej lewej biegł jakiś konkurent. Nie wiem jak ustawiłem kompas, ale wydawało mi się, że biegnę dobrze. Była górka. Przełęcz. A potem po prawej widziałem jakiś prześwit pomiędzy drzewami. Tyle że bez lampionu. Szukałem i krążyłem wypatrując lampionu niczym amunicja krążąca. Opamiętałem się dopiero, gdy trafiłem na zawodników żwawo podążających do flagi z napisem META. Ustawiłem dobrze kompas i znalazłem lampion, ale co się naszukałem… 

PK13 - numer zobowiązuje!

Po tym zdarzeniu znowu pojawiły się na ziemi kreski azymutów, bo szło mi o wiele lepiej. No może poza PK 16 – na mapie ubzdurałem sobie, że biegną do PK 11/24 – niby „prawie po drodze”, ale niepotrzebnie zdobyta całkiem spora górka. 

Jeszcze PK 18 – już któryś raz nie zgadzają mi się tu ścieżki w terenie z tym co na mapie – przez chwilę szukałem kopczyka o jedną ścieżkę za wcześnie… 

PK18 - o jedną ścieżkę za daleko

Końcówka – to już dobrze znane PK i bez większych pomyłek. 

W rezultacie – czas taki sobie, ale trening zaliczony – mam nadzieję, że w zawodach rankingowych pójdzie mi znacząco lepiej;-) 

 


 

WesolInO na spokojnie.

Tydzień na regenerację po City Race mi nie wystarczył i w kolejny weekend musiałam wybrać, czy jadę na WesolInO, czy na ZAZU Tour. Wygrało WesolInO, bo bliżej no i mieliśmy opłacony cały cykl. Co prawda po niedawnym gubieniu się na WesolInO tak nie do końca byłam pewna słuszności wyboru, ale zaryzykowałam.
Przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i po drodze widzieliśmy Mateusza biegnącego niczym rącza łania (rączy jeleń?) z lasu na start, po rozwieszaniu lampionów. Jeszcze tylko ogarnął lampiony startowe i mogliśmy ruszyć.
 
Czekamy na sygnał, że już można.
 
I ruszam.
 
Już na starcie miałam dylemat jak biec na jedynkę - na azymut, czy raczej skorzystać z dróg? W wersji na azymut mogłam biec z Tomkiem, bo jego jedynka była na moim azymucie, z kolei drogami jakby wygodniej. W porę przypomniało mi się, że jeszcze regeneruję, więc trzeba wybrać wariant spokojniejszy, a nie gnanie za Tomkiem na złamanie karku. Oczywiście nie wstrzeliłam się w ścieżki dokładnie tak, jak planowałam, ale w sumie moim założeniem było dotrzeć do płotu, a potem się martwić co dalej. Tak, płot był już za jedynką, ale na tyle blisko, że warto było mieć i taki wariant.
 
W drodze na PK 1.

O dziwo, nie musiałam dochodzić do płotu bo wyszłam na jedynkę idealnie. Do piątki szło bardzo dobrze, niemal po kreskach. Do tego lampiony były powieszone w bardzo widokowy sposób i ich kolor już daleka przyciągał wzrok. Po piątce autor trasy chciał nam trochę urozmaicić zabawę i na mapie powycinał teren dookoła szóstki. Mimo, że trochę zniosło mnie w lewo, wyczaiłam punkt.

Szóstka na samotnej "wyspie".

Do siódemki dla odmiany zaczęło mnie ściągać w prawo, nie trafiłam na ścieżkę, którą planowałam wykorzystać i jeszcze spotkałam Tomka, co mnie jakoś tak zdekoncentrowało, że  miałam lekki problem ze znalezieniem lampionu. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że punkt jest na kopczyku, a nie w dołku (jak mówił opis). Ale w sumie nawet jakoś strasznie długo nie szukałam, więc dramatu nie ma.
Pozostałe punkty przeszły ulgowo, choć między siódemką a ósemką zaskoczył mnie fragment nowego ogrodzenia, które musiałam obejść. Do mety dotarłam już bez żadnych przygód, w tempie coraz bardziej spacerowym, ale za to z dobrym samopoczuciem.
 
Meta.

 A tak wygląda cały mój przebieg:
 

poniedziałek, 16 marca 2026

Warsaw City Race, czyli ostatni etap na wymuszonym luzie.

Przyznam się, że na ostatni etap City Race już nie miałam ochoty jechać, a moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Z łóżka ledwo się zwlekłam, a po schodach schodziłam tyłem, jęcząc przy tym żałośnie. Te dwa etapy poprzedniego dnia dobiły mnie.
Na ostatni etap znowu wróciliśmy na Pragę, a ponieważ nie udało nam się zaparkować przy mecie, podjechaliśmy na start, tam gdzie była baza pierwszego etapu.
 
W oczekiwaniu na start.

Tomek startował pół godziny przede mną, więc dopilnowałam, żeby dobrze ruszył i cierpliwie czekałam na swoją kolej.
 
Tomek wystartował.

Kiedy nadeszła moja minuta startowa, miałam już mniej więcej obcykane, w którym kierunku lecieć, ale tylko do skrzyżowania. A tam stanęłam i zablokowało mnie. Umysłowo zablokowało. Patrzyłam na mapę, wiedziałam, że to jest łatwe i... dalej nie wiedziałam gdzie biec. Ruszyłam dopiero, kiedy startująca po mnie koleżanka z kategorii minęła mnie i przebiegła przez pasy. Pognałam za nią i po chwili mnie odblokowało. No oczywiście, że tam trzeba biec. Po chwili obie miałyśmy jedynkę. Dalej nie miałam już wątpliwości, ale ponieważ jestem wolniejsza od Marioli, to jeszcze tylko przez chwilę miałam jej plecy w zasięgu wzroku zanim mi zniknęła. Kolejne punkty wchodziły dobrze, choć nie zawsze wybierałam optymalny wariant, ale trudno.  Z szóstki na siódemkę przebiegałam koło startu, a po siódemce koło naszego autka. Przed siódemką zorientowałam się, że zapomniałam włączyć zegarek. Ależ się zdenerwowałam - w końcu bez rejestracji trasy, to bieg taki trochę nieważny. Na szczęście przed siódemką nigdzie nie błądziłam, więc  dawało to możliwość uzupełnienia śladu.
W okolicach PK 10, 20, 21 pojawiły się zamknięte (taśmami i/lub kontrolerami) przejścia i trzeba było dobrze pogłówkować, którędy to najlepiej obiec. Już w drodze na dziesiątkę musiałam zmienić koncepcję i w sumie ta nowa trasa mogła być nawet w tym przypadku bardziej optymalna. Całkiem mi się ten pomysł z blokadami spodobał - fakt, że wydłużało to odległość, ale za to biegaliśmy po fajnych zaułkach, no i pokombinować trochę trzeba było.

Przez fioletowe grube krechy nie można.

Od PK 22, przez 23 i 24 to już praktycznie był dobieg do mety wzdłuż ulicy - nudny i nic nie wnoszący, a sama meta tak trochę na uboczu, no ale tam akurat był park, gdzie można było się ze wszystkim rozłożyć. Tomek już czekał na mecie i dopingował mnie na dobiegu.
 
Finisz.

Do tego ostatniego etapy podeszłam całkiem na luzie, bo i tak już nie miałam nic do stracenia, ale przede wszystkim nie miałam już sił. Jak nie miałam chęci (albo możliwości) biec, to sobie szłam i niczym się nie przejmowałam. 
Ostateczna klasyfikacja w mojej kategorii jest dość śmieszna - z 44 startujących sklasyfikowanych jest tylko 14 osób. Chociaż jak patrzę na wyniki, to we wszystkich jest podobnie. Pod tym względem to chyba dość unikatowe zawody.
 
Mój przebieg - do PK 7 odtworzony z pamięci.