piątek, 14 czerwca 2019

Wiecznie młoda!

W ostatni weekend teoretycznie mogliśmy jechać na Mazurskie Tropy, ale byłaby to trzecia gruba impreza pod rząd, a poza tym mieliśmy rodzinne uroczystości, więc nie dało rady. Pewnie, że trochę żałowaliśmy, ale przecież nie zalegliśmy z książką i kawką na hamaku, tylko zorganizowaliśmy sobie trochę sportu bliżej miejsca zamieszkania.
W sobotę tradycyjnie zaliczyliśmy parkrun. Przy tym nieziemskim upale nawet nie myśleliśmy o żadnych rekordach - celem było przetrwanie. Starałam się jedynie, żeby mój wynik nie był zbyt haniebny, czyli żeby nie przekroczyć 30 minut. Udało się! Nawet z zapasem:-) Tomek poleciał tak, jak jest na stałe zaprogramowany - jego to nic nie rusza.
 

 Przed startem

W niedzielę wybraliśmy się wreszcie na orientację, na Warszawską Olimpiadę Młodzieży. Ja startowałam w kategorii młodzieżowej K55, a najstarsza młodzież w M85. Pamiętam jak w bardzo wczesnej młodości dziwiłam się, że według ZSMP młodzież to jest do 35-go roku życia, a tu proszę jaki postęp nastąpił - teraz młodzież jest do... skutku.
Biegaliśmy na Młocinach i na szczęście nie po lesie, tylko w cywilizacji. Na szczęście dlatego, że do lasu musiałabym ubrać długie spodnie, a w ten upał raczej myślałam tylko o tym, co z siebie zdjąć, a nie co założyć.
Trasa miała być krótka, bo tylko 2,3 km, ale za to naćkana punktami - aż 17 na takim niewielkim odcinku. Bałam się, czy w tym upale będę w ogóle w stanie myśleć, ale poszło nieźle. Sfrajerowałam się jedynie na przebiegu z czternastki na piętnastkę. Widziałam na mapie, że uliczka w którą wbiegam jest ślepa, ale założyłam, że punkt jest po mojej stronie ogrodzenia. Taka optymistka ze mnie. W połowie uliczki zawrócił mnie zawodnik, który już sprawdził naocznie, że jednak odbić się trzeba z drugiej strony, więc zrobiłam w tył zwrot i pognałam za nim. Nie, nie nakierował mnie na miejsce docelowe, bo po chwili znikł mi z oczu. Ja tak szybko nie biegam. Dalej poszło znowu bezproblemowo i po chwili ledwo żywa wpadłam na metę.

 Tak wyglądała meta, ale fotka zrobiona już po zawodach:-)

Trochę się zdziwiłam, kiedy na wydruku przeczytałam "1. place out of 1", bo w kategorii było nas aż trzy, w tym Joanna, z którą zawsze przegrywam. A jednak. Przegoniłam ją o 11 sekund:-)
Mieliśmy zaraz po biegu wracać do domu, no ale w tej sytuacji musiałam przecież zostać po przynależny mi medal. Bo to wiadomo czy się jeszcze jaki trafi? Zwłaszcza na młodzieżowej imprezie.
 
Trzy gracje.

 

wtorek, 11 czerwca 2019

Rodzinne - runda druga.

Nie mieliśmy kiedy odpocząć po DYMnO, bo już następnego dnia - w niedzielę - sami organizowaliśmy dużą imprezę: Rodzinne MnO. Bo "Rodzinne" to już nie jest mała lokalna imprezka, tylko spore przedsięwzięcie z frekwencją nieprzewidywalną, ale zbliżoną do stu osób.  Na szczęście, jak zawsze, mogliśmy liczyć na stowarzyszonych klubowiczów, którzy, pomimo że tak, jak i my brali udział w sobotnim rajdzie, dotarli do nas z odsieczą - Agnieszka, Michał i Barbara. Jedynie Darek był świeży i kwitnący, bo to poważny człowiek i nie szlaja się po bagnach jak kto głupi:-)
Nawet nie było tak źle. Rano Tomek zerwał się bladym świtem i rozstawił punkty, których przezornie nie stawialiśmy zbyt dużo, a już stowarzysze były w minimalnych i niezbędnych ilościach.
Bazę zawodów mieliśmy w Szkole Aktywności Twórczej i poza tym, że było bliziutko do lasu, to zadbano o nas w każdy możliwy sposób.
Ponieważ na każdą rundę staramy się wymyślić jakieś urozmaicenie, tym razem wymyśliłam ramkę do zdjęć. No dobra - podpatrzyłam na parkrunie, a że pomysł wydał mi się dobry, to podkradłam. Faktycznie, ramka okazała się hitem i każdy zespół zrobił sobie pamiątkową fotkę.
My też:


Mogliśmy trochę tło za ramką dopracować:-)

Tomkowa mapa dla TF B okazała się niezłym wyzwaniem i niektóre zespoły pracowicie wycinały i kleiły wycinki przed wyjściem na trasę. Podejrzewam, że pozostałe robiły to na trasie w mniej komfortowych warunkach:-) To była już trzecia wersja mapy, bo pierwsza wyszła Tomkowi taka TZ++, druga TZ, a przy trzeciej (takie TU) już nie miałam śmiałości nic mówić. Ale spokojnie - dali radę, jedni lepiej, inni ciut gorzej, ale nikt nie zaginał w akcji i wszyscy znaleźli metę.
Teraz mamy ponad dwa miesiące przerwy i na wrześniową rundę musimy wymyślić coś ekstra. Jakieś pomysły? Czekam na ciekawe propozycje.
A fotki z imprezy (jak ktoś jeszcze nie widział) można obejrzeć tutaj:
https://photos.app.goo.gl/yjqzt1VPLnvYbuqv5

piątek, 7 czerwca 2019

Nie uszło nam to na sucho! DYMnO 2019.

DYMnO od zawsze kojarzy mi się z wodą. Dwa lata temu startowałam po raz pierwszy i wodę, owszem - widziałam, ale nie zamoczyłam nawet czubka palca. W ubiegłym roku susza była taka, że zaznaczone na mapie bajora, w terenie okazywały się małymi kałużami. Mimo to, w tym roku znowu nastawiłam się na mokre przejście i nie żałowałam sobie sudokremu na stopy.
Na start jechaliśmy rano, ale to rano było bardzo, bardzo barbarzyńskie - wstać musieliśmy trochę po czwartej w nocy. Dodatkowo wcale nie zdążyłam się zregenerować po Jadze-Korze i brałam pod uwagę opcję, że nie dam rady.
Przed siódmą otrzymaliśmy mapy i parę minut na wybranie wariantu, a o siódmej ruszyliśmy.

 Grzecznie czekam na swoją kolej.

Punkty na mapie były tak rozłożone, że ciężko było wybrać jakiś logiczny wariant, bo jak by nie iść, środek mapy zawsze bruździł. Postanowiliśmy zacząć od punktu 31, czyli wariantem północnym, podczas gdy większość grupy ruszyła na południe. Przynajmniej nie mieliśmy tłoku, szczególnie, że biegliśmy raczej w końcówce stawki.
Pierwszy punkt, na rozwidleniu rowów, na zachętę był łatwiutki, z dobrym dobiegiem i dopiero ostatnie metry, kiedy musieliśmy zejść z drogi, zaczęły wprowadzać nas w atmosferę zawodów - punkt stał na podmokłej łące.
Kolejny PK, z numerkiem 34, miał być za górami, za rzekami... A nie, tylko za rzekami, a tak dokładniej rzeczką Strugą i rowami. Na pierwszych rowach zaznaczone były przepusty, a przez Strugę przechodziła droga, więc założyliśmy, że jak jest droga, to będzie i mostek. No niestety... zamiast mostku był bród. A myśmy taki kawał drogi specjalnie nadłożyli. Jeszcze przymierzaliśmy się do przejścia (na oklep) po zwalonym pniu, ale odpadała z niego kora, a pod spodem mogły być robaki, albo co, więc kategorycznie odmówiłam. To już wolałam zmoczyć nogi.

Odświeżająco i całkiem miło.

Między rzeczką, a lasem, do którego mieliśmy dotrzeć, ciągnął się łan pokrzyw, a gdzieś między nimi powinien być rów. Rów to mało powiedziane - woda stała po całości, a rów znaleźliśmy wpadając w wodę po uda. Ja to nawet zanurzyłam się z przyjemnością, bo chwilę wcześniej oblazło mnie milion ogromnych, czerwonych, kąsających mrówek.


 Znaleźliśmy rów!

Ponieważ kolejny punkt miał być na górce przynajmniej mieliśmy pewność, że będzie sucho. Namierzyliśmy się starannie i po chwili dotarliśmy do lekkiego wzniesienia. Ucieszyłam się, że górka jest mała, bo po Jadze Korze mam lekki uraz do przewyższeń. Wszystko było pięknie oprócz tego, że nigdzie nie było ani śladu lampionu. Przeczesaliśmy górkę od prawa do lewa, z góry na dół, po przekątnej, a potem to samo tylko w przeciwnych kierunkach. Lampionu nie było. Okazało się, że owszem - namierzyliśmy się bardzo dokładnie, tylko nie z tej drogi co myśleliśmy. Nasza górka była bardziej na północ i niestety, była znacznie wyższa niż te nędzne pagóreczki, które tak ochoczo czesaliśmy. Historia z górką wyrwała nam z wyniku aż 70 minut. Ale trzeba przyznać, że w czesaniu byliśmy bardzo konsekwentni i nie poddawaliśmy się po pierwszych niepowodzeniach:-)))
Między 34 a 39 mieliśmy na mapie zaznaczony sklep, ale uznaliśmy, że na przyjemności to jeszcze za wcześnie. 39 na muldzie weszło bez większych problemów.
Po 39 postanowiliśmy przejść się środkiem mapy i zgarnąć kilka tych środkowych punktów, co to ni przypiął, ni przyłatał. Wiązało się to z ponownym przekroczeniem Strugi, ale ustalając marszrutę jakoś nie braliśmy tego pod uwagę. Zresztą - skoro w jedną stronę udało się przejść, to i w drugą musi. Punkt 40-ty stał na granicy lasu, tylko Tomek nie chciał mi uwierzyć, że ta granica jest rzeczywiście na drugim brzegu. A Struga to nie jest proszę Was taka normalna rzeczka, co to ma wodę, potem brzegi, a potem sucho. Nie, ona ma wodę głęboką, wodę płytką, podmokłość, chaszczory mokre (z nadreprezentacją pokrzyw), chaszczory suche i dopiero potem normalna reszta. Co z tego, że najgłębsze udało nam się przejść po żeremiu, kiedy i tak łażąc po standardowo mokrym nasiąknęliśmy od dołu.
Z 40-stki polecieliśmy na 36, bezsensownie omijając 35, który tym sposobem został nam na powrót. PK 41 na ogrodzeniu nie dostarczył nam żadnych wrażeń, za to kiedy go minęliśmy, spotkaliśmy mordercę. Mroczny mężczyzna wysiadł z samochodu w środku lasu, otworzył bagażnik i wyjął z niego... wielką siekierę i piłę mechaniczną, niewątpliwie planując jakąś drobną masakrę. Na szczęście sprzęt nie był jeszcze gotowy do użycia i chyba tylko dzięki temu udało nam się ujść z życiem. Ufff.
PK 45 na końcu szerokiego rowu wodnego był łatwy. Schody, czy raczej stopnie (wodne) zaczęły się tuż za punktem. Chcieliśmy pójść prosto na północ (bo tak było najkrócej), ale okazało się, że Struga w tym miejscu jest szeroko rozlana i dość głęboka.Z mapy wynikało, że na zachód jest trochę węziej, ale okazało się, że bynajmniej - nie płycej. Spróbowaliśmy jeszcze bardziej na zachód i jedyną odmianą było mniej wciągającego mułu na dnie. Dobre i to. Gdyby woda była czysta, to ta przeprawa byłaby całkiem przyjemna, bo w ciepły dzień miło się ochłodzić. Niestety, na powierzchni pływały jakieś syfy i bałam się, że natychmiast po wyjściu dostaniemy parchów.

W najgłębszym miejscu sięgało mi prawie po pas.


Zaraz przypomniała mi się "Szanta ekologiczna" zespołu Watersztagi:

Płynęła sobie plama ropy wolno w dół rzeki.
- Hurra, dziewczyno ma! Płyną se ścieki!
I weszła do niej dziewczyna, ciemna blondyna.
- Hurra, dziewczyno ma! Płyną se ścieki!

   Płyną ścieki w dół rzeki, płyną ścieki, hej!
   - Hurra, dziewczyno ma! Płyną se ścieki!

Ażeby zażyć ochłody wlazła do wody.
W wodzie płyną wirusy, wyszły jej włosy.

  W rzekę weszła dziewczyna,
  Wyszła ruina!


Przez 44, 43 i 47 przemknęliśmy rączo i bezstratnie w czasie. Podziwialiśmy przepiękne okoliczności przyrody, bo od punktu 47 szliśmy szeroką łąką porośniętą jakimiś żółto kwitnącymi krzaczkami. Normalnie - sielanka. A po sielance nastąpił zamach na nasze życie. Zauważcie - kolejny już! Szliśmy sobie spokojnie przecinką, a tu nagle, niemal przed nosem, na drogę runęło drzewo. Trafiliśmy na ścinkę i na wszelki wypadek zagrożony teren obeszliśmy wielkim łukiem. I znowu udało się uciec kostusze spod kosy!
PK 48 zaczęliśmy szukać trochę za wcześnie. Coś na tej imprezie nie mieliśmy szczęścia do górek, bo punkt (podobnie jak 34) miał być na szczycie i znowu nie tym, który typowaliśmy. Co ciekawe, na górce spotkaliśmy rowerzystów czeszących za lampionem, więc nie tylko nas zniosło z trasy.
Na kolejny punkt - 49 poszliśmy naokoło, przez Ugoszcz, ale tam był sklep, a nam zaczynało kończyć się picie. Poza tym impreza bez sklepu jest nieważna, a przecież nie mogliśmy do tego dopuścić! Nasze zdanie podzielała też Ewa, Kazik i kilka innych osób, które spotkaliśmy przy sklepie.

Cukierki na wzmocnienie.

Punkt 49 miał być na karpie, idziemy więc sobie przecinką do niego, patrzymy, a tu Kasia K. idzie nam naprzeciw. Normalnie ruchomy punkt kontrolny! :-)

 PK 49

PK 50 nie sprawił nam problemów, a na strumyku nawet natrafiliśmy na mostek. Mostek, to może za dużo powiedziane, ale dwie deski, po których dawało się przejść - były. To była chyba nasza pierwsza woda, którą pokonaliśmy na sucho! Po PK 51 nastąpił 44-ty kilometr, więc tradycyjne okolicznościowe selfie oczywiście musieliśmy zrobić.

44-ty, klubowy kilometr.


Z 51, przez Syberię, udaliśmy się do PK 46, który co prawda miał nudny opis "koniec rowu", ale mieścił się niemal nad samym jeziorkiem z przepięknymi nenufarami i wędkarzami. Przepiękne były nenufary, a wędkarze to nie wiem, bo nie było czasu się przyglądać. Poza tym łypali na nas groźnie, bo pewnie płoszyliśmy im ryby.
Od jakiegoś czasu każdy kolejny punkt był coraz łatwiejszy i coraz ładniejszy. Po jeziorku z nenufarami czekało na nas kolejne, położone w środku Rezerwatu Moczydło. Prowadziła do niego ścieżka dydaktyczna zakończona pomostem widokowym. Poza widokami pomost miał tę zaletę, że na jego stopniach można było wygodnie usiąść i odpocząć. To znaczy można by, gdyby Tomek mnie nie poganiał...

Na żywo wygląda to znacznie lepiej.

Kolejne punkty nie przysporzyły nam już żadnych większych problemów (bo mniejsze, to i owszem), ale też nie przyniosły żadnych niezwykłych wrażeń estetycznych. Bardzo spodobało mi się określenie PK 32 - "róg granicy wysokopiennego lasu". W terenie te wysokie pnie jakoś mnie specjalnie nie ruszyły. Może też i dlatego, że było mi już wszystko jedno, chciałam tylko dowlec się do bazy i zjeść coś, co nie będzie słodkie.

Wysokopienny lampion

Wbrew moim wewnętrznym obawom mieliśmy jeszcze całkiem przyzwoity zapas czasu i wyglądało na to, że nawet jeśli resztę trasy pokonam czołgając się, to i tak wyrobimy się w limicie, z kompletem punktów. No, ale taka to ja już nie jestem - sprężyłam się w sobie  i większość drogi od ostatniego punktu (33) biegłam. Na ostatniej prostej spotkaliśmy organizatorów idących do bazy, więc tym bardziej nie wypadało przechodzić do marszu:-) Wreszcie dotarliśmy do mety, ostatni raz pipnęliśmy czipem i koniec, fajrant, odpoczynek i upragniony obiad. Kiedy w restauracji, przy kotlecie, dzieliliśmy się wrażeniami z trasy z innymi uczestnikami, okazało się, że chyba byliśmy na całkiem innej imprezie. Oprócz nas nikt nie łaził w wodzie po pas, a nawet jeśli, to przecież nie trzykrotnie.
Zaraz, zaraz - czy myśmy czasem nie poszli pieszo na trasę kajakową???
A koniec końców wreszcie wyszło na moje - DYMnO niebezpodstawnie od początku kojarzyło mi się z wodą!

 Nasz ślad.

czwartek, 6 czerwca 2019

Gdy brakuje lampionów....

Miało być tydzień wcześniej, ale przeniesiono na 29.05.2019. Z Mapą na Spacer - Runda 3. Dzięki tej zmianie terminu udało mi się wystartować, bo tydzień wcześniej jechaliśmy właśnie na Jagę-Korę. Tylko mi, bo Renata znowu odmówiła wyjazdu na Białołękę. Ja myślę, że skojarzyła, iż były tam zawody rok temu. Zawody opisywane i komentowane. Gdzie w małym prostym lasku zabrakło jednego lampionu, a mapa się zgadzała… z niczym. Przypomniała sobie ile czasu spędziła w lesie, chodzenie po krzakach, wątpliwe punkty i znalazła wymówkę by nie jechać;-)
Dopchałem się do startu jako jeden z pierwszych. Dostałem mapę i….pierwszy punkt daleko. Niestety, po pierwszych krokach okazało się, że czuję w nogach jeszcze Beskid Niski. Nawigacja także nie szła rewelacyjnie - tu lekko przebiegłem punkt, tu nie dobiegłem – ale skoro mapa średnio zgadza się z terenem…
Pierwsze poważne ostrzeżenie - PK 9, gdzie kod lampionu nie zgadzał się z tym na mapie. Chwila zastanowienia czy na pewno dobrze i bieg dalej. Potem feralna 11-stka. Brak lampionu. Dobiegłem bezbłędnie, ale nic. W zeszłym roku, chyba na tej samej lub sąsiedniej górce, także nie było lampionu. Tzn. był gdzieś dalej, na innej niż powinien. Na wszelki wypadek przeczesałem wszystkie okoliczne górki. Jako że byłem jednym z pierwszych upewnienie się, że nie ma lampionu zajęło mi najdłużej. Inni wiedząc, że go nie ma, po prostu biegli od razu do 12-stki. Dzięki temu mam najgorszy czas pomiędzy 10 a 12-stką. W takiej sytuacji organizator powinien wszystkim „wyciąć” z międzyczasów przebieg 9-12, a tak spadłem praktycznie na koniec klasyfikacji;-(
No cóż, nie mam szczęścia do lasku Anecińskiego, może za rok….
A mapa wygląda tak niepozornie...


wtorek, 4 czerwca 2019

Co mi tam Ultra;-)

Jak trenować do ultramaratonu? Normalnie – robiąc co tydzień na Parkrunie 5 km;-) No dobra, zdarzyło mi się po Parkrunie pobiec jakąś dychę, czy inne BnO o bliżej nieokreślonej długości. Ale gdy dowiedziałem się, że moi rywale na Jadze Korze biegają przed pracą kilka godzin po górach, albo do pracy naście kilometrów…. Tyle, że to było na dzień przed startem i nie fason było się już wycofać;-)
Przypomnę, że na Jagę-Korę rok temu namówił mnie Krzysztof Ł. Namówił, zachwalał… a sam nie wystartował. Ani rok temu, ani w tym roku. A ja (my) daliśmy się wkręcić… Tak to już jest z namawiaczami;-)
Rok temu była trasa 40km, to teraz (wiadomo, musi być progres) 70 km. Niby tylko 30 km dłużej. Niby niedużo dłużej, ale… limity. Pierwszy po 28 czy 29 km - 4,5 h. Na płaskim byłaby to pestka, ale to góry. Niby nieduże, bo Beskid Niski, ale na tym odcinku coś ponad kilometr w górę – przeliczając na płaskie - 10 km dodatkowych. Piątkę regularnie biegam w 24 minuty (lub mniej), więc prosta matematyka: 10 km w godzinę, 30 km w trzy godziny, dodatkowe niecałe 10 km w  max cztery godziny. Do zrobienia.  Wszystkie kalkulacje nie uwzględniały SBB (SBB= Słynne Beskidzie Błoto). Jeśli ktoś nie zna SBB, to słów kilka wyjaśnienia – gdy kilka dni popada, to twarde drogi zmieniają się w rodzaj pułapki, która próbuje zdjęć ci buty, albo i gorzej. Pamiętam taki obóz w Beskidzie Niskim, gdzie ze trzy, czy cztery osoby straciły na takim błocie podeszwy od traperek. Tzn. udało się je odzyskać, ale trzymały się potem tylko na drutach i sznurkach znajdowanych na jakiś śmietnikach. Oprócz właściwości przyklejających, SBB potrafi (gdy jest odpowiednio rzadkie) brudzić, wlewać się, oblepiać buty, tak, że każdy waży po kilka kilogramów, a dodatkowo głębsza, twardsza warstwa SBB robi za ślizgawkę i przy podejściach daje się dwa kroki w górę, a zjeżdża co najmniej o jeden w dół. Na taka pogodę trafiliśmy w tym roku na Jadze-Korze.
Dwa dni przed startem organizator coś tam przebąkiwał o zwiększeniu limitów ze względu na trudne warunki, jednak na odprawie w przeddzień startu stanowczo zadecydował, że limity na 40-tce i 70-tce są bez zmian, co najwyżej zastanowi się nad trasą 105 km, bo jest to nowa trasa i nie ma jeszcze wyczucia, czy limit jest dobry.
Godzina 7: 30 start. Niemrawy wystrzał, ciche odliczanie i ruszyliśmy. Najpierw kawałek po bitej drodze, lekko pod górę. Tu dawało się biec.
Początek trasy wygodną drogą bez błota;-)
 Potem skręt w lewo i pod górę. Chlup, mlask, cmok i peleton gwałtownie zwolnił. Większości zaczęły rozjeżdżać się nogi na śliskim błocie.  Mi raczej kleiło się do butów, ale przy podejściach trochę zjeżdżałem. Tu usłyszałem opinię, że bez kijków to nie da rady i tylko prawdziwi profesjonaliści na trasę bez takowych wyruszyli. Poczułem się dumny, bo kijków nie mam. Pierwsza górka i zbieg w dół. Tu okazało się, że moje buty owszem ślizgają się przy podejściach, ale przy zbiegu – miodzio. Zero poślizgów! Mogłem wreszcie wyprzedzać innych radośnie mlaskając w błotku. Najfajniej było biec po najgłębszym błocie – miękko, radośnie z pięknym donośnym mlaskiem i rozbryzgiem błota wokoło;-)

Zasadniczo lubię biegać za kimś. Bo wtedy mam motywację – nie gorzej niż ten ktoś przede mną. Najlepiej biega mi się za dziewczynami – bo bieg za mężczyzną to zawsze rywalizacja – coraz ostrzej, coraz szybciej i nagle okazuje się że nie ma sił, by wykonać następny krok. A za dziewczyną jest inaczej:  mają one oddzielną klasyfikację, zresztą skoro dziewczyna daje radę, to ja nie dam? Zupełnie inny aspekt rywalizacji! Tu natrafiłem na trzy dziewczyny poruszające się podobnym tempem co ja– jedna szybko odpadła i została w tyle, druga w spódniczce biegowej miała parę w nogach  i zyskiwała na podejściach, ale na zbiegach wyraźnie się ślizgała i zostawała w tyle i trzecia (jak za nią biegłem to puszczała do mnie oczka;-), która bardzo szybko zbiegała i miała ogólnie tempo idealne dla mnie.
Tu właśnie doczepiam się do dziewczyn na pierwsze 20 km
Razem dotarliśmy gdzieś do 20 km i mnie ścięło. Okazało się, że przy takim terenie, gdzie każde odklejenie podeszwy od podłoża wymaga masy energii, wysiadły mi uda. Skurcz i zwolnienie. Obie towarzyszki wysforowały się do przodu, a ja nie byłem w stanie ich dogonić. Musiałem walczyć ze skurczami. Stanowczo za wcześnie!
Wreszcie punkt odżywczy – to już blisko pierwszego punktu z limitem czasu - dam rade. Niestety, bieganie po płaskim (nie mówiąc o bieganiu nawet pod lekką górę) już nie wchodziło w rachubę. Co najwyżej szybki marsz. Próbowałem zreanimować uda przy przekraczaniu rzeczki Moszczaniec (mocząc w zimnej wodzie), potem farmakologicznie  stosując magnez, ale bez spektakularnych efektów. 100m biegu i nogi zamieniły się w bolące kołki.
Do punktu kontrolnego dotarłem 20 minut przed limitem i wyraźnie nie byłem ostatni. Z Moszczańca miała startować trasa JK 40, a w niej Renata, ale autokarów jeszcze nie było, tylko rozgrzewające się niedobitki, które dotarły na start własnym transportem.  Potem okazało się, że organizator jednak przedłużył dla nas limit na pierwszym punkcie kontrolnym, tyle że nas o tym nie poinformował. Tzn.  poinformował wpisem na FB jak już wystartowaliśmy. Nie ma co  - tu wykazał się wyraźnie jakąś wyższą inteligencją, której nie ogarniam. Mając do dyspozycji dodatkowe 30 minut zwolniłbym na początku  i nie musiał ponad 40 km iść i walczyć ze skurczami, zamiast radośnie podbiegać. Ci, którzy przybiegli po pierwotnym limicie w ten sposób wygrali i sporo z nich mnie wyprzedziło, choć powinni być zdjęci z trasy;-( Pozostałe punkty z limitem czasu były stanowczo mniej wymagające – idąc po płaskim w tempie ok. 7km/h i najwyżej zbiegając niezbyt szybko tam, gdzie było wyraźnie w dół spokojnie zmieściłem się w limitach, a nawet je wyprzedzałem.
Po Moszczańcu trasa już znana sprzed roku. Stanowczo mniej błotnista, sporo dróg bitych, łagodne podejście na Kanasiówkę, punkt odżywczy w Jasielu (i znowu wpadka organizatora -  zabrakło już dla nas ciepłego posiłku). Na podejściu na Kanasiówkę zaczęła mnie wyprzedzać czołówka trasy JK40. Co chwila oglądałem się do tyłu i miałem nadzieję, że i Renata mnie dogoni i może mnie to zdopinguje. Niestety, nigdzie jej nie dojrzałem.
Zbieg do Woli Niżnej - mlask mlask po błotku
Kolejny punkt z limitem czasu w Woli Niżnej – tu już zyskiwałem ponad 40 minut do limitu! Wyraźnie lepiej maszeruję niż biegam! Telefon do Renaty gdzie jest – jakieś 20 minut za mną – nie dogoni jednak.
Znowu mozolny marsz na Polany Surowiczne. Rok temu tu podbiegałem – teraz nie dawałem rady;-(
Wreszcie Chałupa – myślałem, że spotkam kogoś znajomego, ale w środku pusto. Na drodze do Chałupy widziałem samochody ze Stykami, ale tylko przemknęły i nawet nie było się jak przywitać ze znajomymi.
Chałupa Elektryków - selfie być musi!
Na 57 kilometrze podejście pod Polańską daje popalić. W zeszłym roku nikt nie miał siły skonsumować wiszącego na podejściu piwa – liczyłem, że może tym razem mi się uda, niestety – zostało tylko tanie wino i kabanosy, na które nie było amatorów. O dziwo, uda pozwalały na całkiem sprawne podchodzenie – tu udało mi się kilka osób prześcignąć albo dogonić. Z Polańskiej chciałem zbiec… do pierwszego potknięcia – na szczęście udało mi się czegoś złapać, bo efektem ubocznym potknięcia był mega skurcz w obu nogach. Dalej schodziłem ostrożnie – szybkim marszem – bez podbiegania. Tu poskutkowało obycie w 50-tkach na orientację – udawało mi się utrzymać dobre tempo i to raczej ja wyprzedzałem niż mnie wyprzedzano;-)
Gdzieś pod Jawornikiem zostałem na trasie sam na sam z kolejną dziewczyną - Agnieszką. Szła bardzo podobnym tempem do mojego, nie biegała z powodu jakiejś kontuzji. Do Jawornika mam uraz, bo w zeszłym roku zgubiłem się na zejściu z tej góry. We dwoje było raźniej – widomo dwie pary oczu mają większą szansę wypatrzeć wiszące na drzewach znakowania trasy. W każdym razie udało się nie zgubić drogi.
Do mety zostało z 10 km. Cały ten dystans pokonałem z Agnieszką wzajemnie dopingując się do szybkiego marszu, a co chwila wyprzedzał nas (lub my jego) podbiegający konkurent z numerkiem 151 – ostatecznie na mecie dałem mu się wyprzedzić  (głupio było mi się wpychać przed towarzyszkę, która dotrzymywała mi towarzystwa).
Gdy już było słychać z dołu dochodzący głos spikera witającego na mecie kolejnych uczestników, gdy już prześwitywała łąka, z której było ostatnie zejście - zaczęło się. Błoto. Super błoto. Może nawet miejscami po kolana. Środkiem drogi ciurkał  mini strumyk, błoto płynęło wesoło w wąwozie wyżłobionym przez drogę. Stromo. Odjazd! Nie zostało nic innego niż puścić się wesołym biegiem rozchlapując wokoło strumienie błota. Inni próbowali schodzić ostrożnie – tyłem, bokiem, ale tylko bieg szybszy niż ześlizg zapewniał stabilność. Udało się, ale przeżycie niezapomniane;-)  W takim błocie to nawet zmaltretowane mięśnie nóg przestają boleć i sztywnieć;-)
Wreszcie na mecie;-)
Na metę dotarłem ponad godzinę przed limitem. Dwóch naszych sąsiadów (spotykałem się z nimi na trasie gdzieś tak koło 30 km), starzy ultrawyjadacze, dotarli niecałe 15 minut wcześniej – czyli nie jest tak źle! Renata także dotarła w limicie. W ten sposób zostałem pełnoprawnym ultramaratończykiem – poprzedni start, rok temu, na 40 km to było tak gdzieś „na styk”,  bo ultra to powyżej dystansu maratońskiego (niby kilometr w górę to jak 10 km po płaskim).

wtorek, 28 maja 2019

Jaga-Kora 40

Wiecie jak to jest, kiedy człowiek zapisuje się na imprezę pół roku wcześniej - z takiej perspektywy czasowej pomysł wydaje genialny, nie widać żadnych przeszkód czy przeciwwskazań, a wszystko wydaje się proste i łatwe. No, to tak właśnie zapisałam się na Jagę-Korę. Refleksja przyszła znacznie później, nawet później niż przypuszczałam, bo jakiś tydzień przed startem. Ale trudno - zapłacone, pokój zarezerwowany, urlop podpisany - trzeba jechać.
Zawody  miały odbyć się w sobotę, my pojechaliśmy już we środę, żeby się zaaklimatyzować i założyć obozy przejściowe. W końcu prawie kilometr podejścia (na mojej trasie) to nie przelewki:-)
Od dłuższego czasu pogoda szykowała nam zdradliwą niespodziankę - po wcześniejszym okresie suszy deszcz starał się nadrobić wszystkie zaniedbania i lało, lało, lało, lało.
We środę pojechaliśmy zobaczyć miejsce mojego startu i przejść się kawałek trasą, którą Tomek pamiętał z ubiegłego roku. Jak przystało na prawdziwych orientantów, trochę się pogubiliśmy, ale spacer (mimo, że w deszczu) był całkiem przyjemny.

Na drodze tylko woda, ślimaki i my.

Kolejnego dnia sprawdziliśmy jak wygląda zbieg z ostatniej górki i wyglądał... błotniście, co oczywiście nie było żadnym zaskoczeniem. Ponadto nadleśnictwo usiłowało zniechęcić nas do górskich wędrówek stawiając takie tablice. Nam po RDS-ie niedźwiedzie już niestraszne, a zresztą co poza ślimakami wylezie w taką pogodę.

Proszę Państwa - oto miś...

Ogólnie staraliśmy się nie nadwyrężać sił, więc nasze wycieczki nie były ani długie, ani forsowne, wieczory spędzaliśmy na basenie, a pozostały wolny czas na deptaku. W piątek odebraliśmy pakiety startowe, a na kwaterę przyjechali pozostali współlokatorzy - oczywiście wszyscy jago-korowcy.

Sprawdzam czy zmieszczę się na mecie:-)

W piątek przestało padać, a na sobotę prognozowano wręcz słońce i skok temperatury. Od razu powstał dylemat: co na siebie włożyć??? Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego.... A, zaraz - to nie ślub. Wiadomo jednak, że żadnej kobiecie coś nowego nie zaszkodzi, więc nabyłam sobie krótkie gacie, czapeczkę z daszkiem i kurtkę przeciwdeszczową. Gacie na tyłek, czapka w plecak, a kurtka została na kwaterze. W każdym razie starałam się wyglądać najbardziej profesjonalnie, jak tylko się dało, żeby nikt się nie zorientował, że jestem totalnym amatorem.

Wyglądam jak ultras?

Przed samym startem dopadł mnie atak fizjologii (a było tyle nie pić), a tu wszystkie przystartowe krzaki okazały się być już pozajmowane przez panów. Trochę niezręczna sytuacja, więc tylko ścisnęłam zwieracze i ustawiłam się na linii startu. W tym roku nie było żadnego odliczania, ani nawet ostrzeżenia, że to już - coś głośniej pyknęło, ludzie ze zdziwieniem popatrzyli po sobie i co odważniejsi ruszyli, a za nimi reszta.
 Jak ja wystartowałam.... Przez kilkadziesiąt metrów utrzymywałam się gdzieś tak w połowie grupy, ale z czasem przesuwałam się coraz bardziej do tyłu, aż w końcu tylko jakieś pojedyncze jednostki zostały za mną. Kontakt wzrokowy z czołówką miałam jednak wciąż nawiązany, do czasu kiedy musiałam odwiedzić przydrożne krzaki:-)

Start - ostatnie chwile, kiedy mieszczę się w stawce:-)

Początkowo biegliśmy asfaltem o stosunkowo niewielkim nachyleniu, wiec było OK. Kije, które na imprezę pożyczyłam od córki, przezornie niosłam w ręku, żeby się o nie nie potknąć, bo jak na razie wszystkie dotychczasowe próby nordic walkingowania kończyły się poobijanymi przez kijki piszczelami i łydkami. No, ale jak się chce fajnie wyglądać, to kije trzeba mieć:-)
Wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu musieliśmy zejść z wygodnej drogi i wejść w las, gdzie było błotniście i pod górę. Zaczęliśmy mozolną wspinaczkę na Kanasiówkę. Tak dokładnie to ja zaczęłam mozolną, bo inni rączo pobiegli i tyle ich widziałam. Szłam więc sobie początkowo nawet dość żwawo, usiłując przy tym nie potknąć się na kijach, które w końcu postanowiłam przetestować. Powiedzmy - przeszkadzały mniej niż przypuszczałam.
Do pierwszego punktu odżywczego było od startu 13 km. Niby niedaleko, ale po chwili zaczęło mi się nudzić. Żywej duszy dokoła, trasy specjalnie pilnować nie trzeba, planować drogi też nie, przyspieszyć ciężko, bo pod górę i po błocku. Z tych nudów zaczęłam sobie przypominać wszystkie filmiki instruktażowe do kijów i testować te dziwne ruchy wleczenia ich za sobą. Faktycznie, jak się wlecze, to nie obijają nóg.
Kanasiówka ciągnęła się w nieskończoność, ale w końcu zaczęło się wypłaszczać, pojawiła się granica, wzdłuż której mieliśmy iść kawałek (na szczęście już lekko w dół) i na koniec jeszcze ciut pod górę i wreszcie żarełko. Po drodze wydawało mi się, że jak dopadnę smakołyków, to siekierą mnie będą odrąbywać od stołu, a tymczasem wmusiłam w siebie kawałeczek banana, jednego biszkopta i kostkę czekolady. Zapiłam wodą i najedzona byłam po kokardę.
W Woli Niżnej musiałam stawić się najpóźniej cztery godziny po starcie żeby zmieścić się w limicie, ale pomimo, że wlokłam się w ogonie, wyglądało, że się spokojnie wyrobię. Szczególnie, że teraz miało być już tylko w dół. Już zbiegając z Kanasiówki przetestowałam, że moje buty dość dobrze trzymają się błota i poza ich ciężarem nic nie stało na przeszkodzie żeby rozwinąć jakąś przyzwoitą prędkość. Udało mi się przegonić jakichś setkowiczów, a w zasięgu wzroku pojawili się też inni zawodnicy. Od Jasiela biegliśmy już po asfalcie, to znaczy ja biegłam tylko jak było po równym lub w dół, żeby oszczędzać siły na dalszą trasę. Tuż przed punktem limitowym zeszliśmy z asfaltu, żeby przez niewielkie wzgórze dojść do drogi 897. Górka była niby mała, ale tak dała mi w kość, że już myślałam, że nie wlezę na nią. Wszyscy, których wcześniej wyprzedziłam, po paru metrach podejścia byli przede mną, łącznie z setkowiczami, którzy mieli już w nogach dobrze ponad 80 km. Tomek telefonicznie zameldował mi się ze swojej trasy i okazało się, że kiedy ja zaczynałam podejście, on mijał właśnie punkt limitowy.  Niby blisko, ale wiedziałam, że go nie dogonię.
Drogę przez Biskupi Łan znałam dobrze, więc mentalnie byłam przygotowana na stosunkowo lekkie podejście (po asfalcie) i zbieg, przy czym podejście wcale nie okazało się takie lekkie. W zeszłym roku, jako kibic, wbiegłam tam bezproblemowo, ale teraz miałam w nogach ponad 20 km w ciężkich warunkach. No i jestem rok starsza, więc sami rozumiecie... W końcu jednak dotarłam do chałupy.

Drugi punkt odżywczy, a tak prywatnie - miejsce poznania Tomka (28 lat temu).

Woda, cola, dopalacz, orzeszki i... żołądek w gardle. Nie da się jeść i pić przy zmęczeniu. Miałam dość. Już się nawet zastanawiałam czy nie zostać w chałupie na zawsze, a przynajmniej do rana, ale nie wzięłam szczoteczki do zębów, lakieru do włosów i zestawu do makijażu, więc rozumie się, że nie mogłam przenocować. Jak bym wyglądała rano?? :-)
Momentu ruszenia  w dalszą trasę nie dało się odwlekać w nieskończoność, szczególnie że limity czasowe, jak na moje potrzeby, były ciut krótkie. Jak to dobrze, że na Polańską ostatnio wchodziłam kilkadziesiąt lat temu i nie pamiętałam jak ona wygląda. Gdybym miała przed oczami to, co zobaczyłam kilkanaście minut później, to na pewno odmówiłabym dalszej współpracy. Zaraz, gdzie tam dalszej - ja i wcześniejszej bym odmówiła:-)
W każdym razie na podejściu wyprzedały mnie mrówki i ślimaki, a przebiegający setkowicze zatrzymywali się i z troską pytali, czy u mnie wszystko w porządku. W zasadzie - w porządku. U mnie czołganie się pod górę to raczej norma. Szłam więc sobie dwa kroczki, chwila odpoczynku, krok, odpoczynek, woda, otarcie potu z czoła, znowu krok, chwila zastanowienia - rzygać już, czy dopiero za 5 metrów, znowu krok. A czas sobie mijał i mijał. Ale jak to mówią: "wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija", tak więc i Polańska kiedyś musiała się skończyć. Z Polańskiej płynnie przeszłam na Jawornik, nawet nie zauważając tego faktu, bo las i błoto wyglądały tak samo. Powiem Wam -  to, że na trasę biegu organizatorzy zwieźli błoto z całego Podkarpacia, jakoś łyknęłam, zdarza się, jak organizator chce dogodzić uczestnikom, ale że jakieś 70% tej ilości chciało im się wnieść na odcinek od Polańskiej do mety, to już mi zaimponowało. W sumie błoto po imprezach na orientację specjalnie mnie nie rusza, ale w takiej masie musiało zrobić wrażenie.

 Między Polańską a Jawornikiem.

W tamtym roku Tomek i jeszcze kilka osób zgubili się przy zejściu z Jawornika, więc pilnowałam każdej wstążeczki, żeby tylko nie zejść na manowce. Tym razem oznaczenie było super, a zwodnicza droga wręcz odgrodzona taśmą.
Za Jawornikiem miał być ostatni punkt żywieniowy. Wypatrywałam go z utęsknieniem, bo od niego miało być jeszcze tylko coś koło 7 kilometrów do mety. I do tego w dół. Minęłam pipant, na którym na profilu trasy był zaznaczony punkt żywieniowy, a tu nic. Nawet pomyślałam sobie, że pewnie już go zwinęli nie czekając na mnie, ale okazało się, że był trochę dalej niż pierwotnie planowano. Na punkcie była co prawda już tylko sama woda, ale nic więcej nie potrzebowałam. A kiedy dowiedziałam się, że do mety jest jeszcze tylko 5 km, to jakby mi skrzydła urosły u ramion.
Kawałek dalej mój szacunek dla organizatorów wzrósł pod niebiosa. W samym środku lasu, przy ścieżce ustawili wielkie lustro, żeby każda kończąca bieg kobieta mogła doprowadzić się do porządku i na mecie wyglądać elegancko. Myślę, że i panowie nie omieszkali skorzystać z okazji, ale oni pewnie patrzyli czy są wystarczająco ubłoceni, żeby wzbudzać odpowiednie poważanie u kibiców.

Takie lustro powinno być na każdych zawodach!

Powoli wyglądało na to, że w limicie zmieszczę się z palcem w nosie, ale kiedy zaczęło się robić coraz bardziej stromo i - choć wydawało się, że to już niemożliwe - coraz bardziej błotniście, zaczęłam mieć wątpliwości. Błoto wymieszane z dużą ilością spływającej wody stało się jakby mniej przyczepne i musiałam znacząco zwolnić. O ile jeszcze kilkanaście kilometrów wcześniej starałam się omijać co głębsze dziury, teraz właziłam w nie po kolana nie przejmując się niczym. Bardziej mokra i brudna i tak już przecież nie mogłam być. No, chyba, że zaliczyłabym całościową glebę… W końcu dotarłam do miejsca, gdzie doszliśmy w czasie czwartkowego spaceru i już wiedziałam, że do mety naprawdę bliziutko. A kiedy wreszcie pod nogami poczułam asfalt, to jak by kto nowe siły wlał we mnie - pognałam przed siebie dopingowana przez rymanowskich spacerowiczów. Ekipa z naszego domu, w którym nocowaliśmy, z daleka zagrzewała mnie do efektownego finiszu wykrzykując chóralnie: Re-na-ta! Re-na-ta! Re-na-ta! Aż się chciało biec.

Uff, starczyło medali!

Dałam radę! Naprawdę dałam radę! Niby jak latam na pięćdziesiątki na orientację, to czterdziestka bez pilnowania mapy powinna być dla mnie pestką, ale... Na orientację są inne limity, jest więcej okazji do odpoczynku, często jest po płaskim (no, chyba, że górskie zawody) i jeszcze Tomek mnie wspiera, kiedy mam już wszystkiego dość. Ale podobało mi się to nowe doświadczenie. Za rok planuję dobiec z lepszym czasem!

piątek, 24 maja 2019

Czarne Stopy i Duża Stopa

Nie mieliśmy czasu odpocząć po WiMnO, bo następnego dnia w Międzylesiu czekała kolejna impreza - Czarne Stopy firmowane przez Anię. Dobrze, że przewidziany był tylko jeden etap, miałam więc szansę także na pobieganie. Ostatnio jakoś przyjęło się, że przy okazji marszów są też organizowane biegi na orientację. Nam to bardzo pasuje, tylko nie zawsze zdążymy z marszów wrócić na czas, no bo te ciężkie minuty...
Imprezy Ani mają to do siebie, że z reguły nie są trudne, czyli takie na moim poziomie. Taka też okazała się otrzymana mapa - wycinek główny (tułów pieska Lesia) i sześć małych kółek (nogi i pyszczek) oraz podpowiedź, że należy zastosować szyfr Cezara. Mi co prawda taka podpowiedź nic nie mówiła, ale na szczęście Tomek wiedział o co chodzi. Całość rozgrywała się na mapie biegowej, w terenie, gdzie było już z milion imprez, więc wydawało się, że możemy lecieć z zamkniętymi oczami. Przy pierwszym naszym punkcie (PK 2) przeoczyliśmy ścieżynkę prowadzącą do niego, ale szybko to skorygowaliśmy.


No to lecimy!

PK B był oczywisty, a jednak nie znaleźliśmy ani lampionu, ani słupka ZPK. Teren dość uczęszczany - mógł ktoś zdjąć lampion. Ostatecznie mogliśmy jeden punkt odpuścić, bo był nadmiarowy. Trójka wpadła bez problemu, a kolejne schody zaczęły się przy dziewiątce. Niby byliśmy we właściwym miejscu, ale ani lampionu, ani słupka ZPK nie znaleźliśmy. Owszem, ścieżkę wcześniej wisiał lampion, ale stowarzyszony. Już nawet zaczęliśmy podejrzewać Anię o pomyłkę przy wieszaniu. Na razie nie wpisywaliśmy BPK-a, ale postanowiliśmy iść dalej. Ruszyliśmy więc na kolejny wycinek z punktami 5 i C. Wykoncypowaliśmy sobie, że musi być zlustrowany i niedaleko od nieznalezionej dziewiątki będzie ścieżka na PK C. Ścieżka faktycznie była, ale miała zupełnie inny przebieg niż na mapie, a w końcu niemal całkiem zanikała. No i żadnego śladu lampionu nigdzie nie było. Wróciliśmy na skrzyżowanie z nieobecną dziewiątką i postanowiliśmy zacząć od nowa. Wciąż natrafialiśmy na tę samą ścieżkę. W końcu postanowiliśmy olać i iść dalej. A dalej była kolejna ścieżka do spenetrowania, a na jej końcu lampion i wszyściuteńko wskazywało, że jest to poszukiwany punkt C. No, faktycznie, w przypadku braku lustrowania, to nawet pasowało. Wbiliśmy i wróciliśmy szukać piątki. Wychodziło nam, że piątka powinna być na skrzyżowaniu drogi głównej z tą zanikającą ścieżką, gdzie poprzednio szukaliśmy C. Tyle, że znowu nie było ani lampionu, ani słupka. Kolejny BPK? Spotkani wcześniej Ania i Marek twierdzili co prawda, że mają wszystkie dotychczasowe punkty, ale jak oni to zrobili - nie mieliśmy pojęcia. Sprawa wyjaśniła się kiedy spotkaliśmy Pawła z jego ekipą. Otóż oprócz słupków ZPK obowiązywały także słupki biegowe z oznaczeniami dystansu, a według interpretacji niektórych osób, nawet słupki przecinkowe. Nooo, tego to byśmy w życiu nie wymyślili. Czyli wcale nie było BPK-ów, a jedynie brak informacji na mapie o jakie słupki chodzi. Tym sposobem początkowy odcinek trasy zajął nam strasznie dużo czasu i niemal doprowadził do rozstroju nerwowego. Kiedy już wiedzieliśmy czego szukać, reszta punktów była już właściwie formalnością, bo nie było się gdzie zgubić lub czegoś nie dopasować.


PK D przy mogiłce.



Gdzieś na trasie.

Pod koniec trasy zobaczyliśmy Chrumkającą Ciemność nadchodzącą z naprzeciwka. Mieli farta, że nas spotkali, bo podobnie jak my szukali tylko lampionów i słupków ZPK i gdybyśmy ich nie uświadomili o jakie słupki chodzi, mieliby pół karty BPK-ów:-)


Chrumkająca Ciemność.

Na mecie okazało się, że organizatorka nie przewidziała problemów ze słupkami i teraz będzie miała zagwozdkę przy sprawdzaniu kart, bo jedni wpiszą słupki biegowe, inni przecinkowe, a inni BPK-i. A przecież każdy organizator powinien pamiętać, że uczestnicy są w stanie wymyślić wszystko i wszystko zinterpretować po swojemu:-)
Mimo, że przez ten nieudany początek trasy znowu na metę przyszliśmy dość późno, był jeszcze czas żeby pobiec na BnO. W jakiejś ułańskiej fantazji zapisałam się na długą trasę i teraz nie było odwrotu, bo taka mapa dla mnie była przygotowana. Trasa długa, czyli "Duża Stopa" miała nominalnie 6,4 km, a wiadomo, że zawsze robi się więcej. Przynajmniej ja robię. Biegaliśmy po drugiej stronie ulicy niż maszerowaliśmy, praktycznie w Starej Miłosnej, gdzie co roku biegamy na WesolInO. I wiecie co? Przebiegłam całą trasę i wcale nie zauważyłam gdzie byłam. Zawsze powtarzam, że mnie można codziennie puszczać na tę samą trasę i codzienni będzie to dla mnie zupełna nowość. Na mecie mam kompletny reset i nie pamiętam trasy. Nigdy też nie potrafię wrócić po śladach i w zasadzie to aż dziwne, że udaje mi się codziennie trafić do pracy i z powrotem:-) I taka to ze mnie orientalistka:-)

czwartek, 23 maja 2019

WiMnO

Po dwóch niepowodzeniach, w końcu udało mi się dotrzeć na zorientowaną imprezę. Nie walczyłam ani z ciśnieniem, ani z komunikacją miejską - pełną sił i energii dowiózł mnie Tomek na miejsce startu. I tak to ja rozumiem...
Jadąc na imprezę wspominaliśmy nasze pierwsze WiMnO, kiedy polegliśmy zupełnie nie ogarniając mapy.  Kiedy teraz dostaliśmy mapę pierwszego etapu od razu mieliśmy poczucie daja vu - też nie wiedzieliśmy co z nią zrobić. Mapa składała się z trzech kiści winogron, przy czym na jednej były drogi, na drugiej ukształtowanie terenu, a trzecia to lidar. I jak by tego było mało, grona zamieniały się miejscami, obracały, a pierwsza kiść była dodatkowo cała zlustrowana. Dodatkowe atrakcje zafundowała nam jeszcze pogoda - naprzemiennie siąpiło, padało, lało i waliło żabami.


Tu akurat tylko padało:-)

Ponieważ warunki były zdecydowanie niesprzyjające kontemplacji, a co dopiero cięciu i składaniu mapy, w pierwszym odruchu postanowiliśmy iść przede wszystkim na punkty z grona z drogami (bo najłatwiej), a co innego spotkamy po drodze i da się w sposób choćby przybliżony dopasować do pozostałych wycinków - bierzemy bez względu na wszystko. Tą metodą doszliśmy do zielono-żółtej kropki oznaczającej miejsce wspólne dla wszystkich trzech gron. Po drodze wbiliśmy abstrakcyjnie punkt, który postanowiliśmy podciągnąć pod L oraz coś co uznaliśmy za PK O i PK P.


A pogoda nic, a nic się nie poprawiała:-(

Na kropce sytuacja poprawiła się o tyle, że na niektóre punkty z wycinków niedrogowych mogliśmy pójść po prostu na azymut. Poza tym, kiedy już pierwszy stres związany z widokiem mapy odpuścił, w końcu udało się mniej więcej dopasować wszystkie elementy do siebie.



Malowniczy punkt na ambonie. Już nie pada!

Ponieważ cała akcja rozgryzania mapy, a potem odnajdywania lampionów trwała dość długo, na mecie zjawiliśmy się w 38-ej ciężkiej minucie, co dawało nam czas przebywania na trasie ciut ponad trzy godziny. W pełni wykorzystaliśmy nasze wpisowe - to się nazywa oszczędność! :-)
A nasza karta startowa wyglądała tak:


Jak na warunki pogodowe - całkiem porządna.

Pogoda, widząc, że się nie poddajemy, odpuściła i drugi etap pod tym względem był już całkiem przyjemny. Mapa powstała na kanwie prawdziwych wydarzeń i przedstawiała samochód organizatorów z wymienionymi oponami, bo poprzednie zostały brutalnie poprzecinane, gdy oni w lesie trudzili się rozwieszaniem lampionów. Cóż, życie to nie je bajka...
Etap wydawał się całkiem przyjazny, tylko zupełnie nie wiem dlaczego Darek tak nam tłumaczył fragment opisu dotyczący kół, że wynikało, że koła są zlustrowane i obrócone, a były przede wszystkim pozamieniane miejscami. Dopiero Andrzej, którego spotkaliśmy miotając się po niepasującym do mapy lesie, uświadomił nas co do wątpliwej interpretacji wypowiedzi Darka. Dzięki niemu udało nam się zaliczyć punkt S. PK T miał być na tym samym wycinku, właściwie blisko. Szukaliśmy go sami, potem z Andrzejem, grupowo, indywidualnie, tyralierą i w kupie, ale przede wszystkim bezskutecznie. W końcu odpuściliśmy, zwłaszcza, że punktów na mapie było więcej niż mieliśmy zebrać.
Z dopasowaniem szyb samochodu nie mieliśmy większych problemów, noże też mniej więcej się udało, klamkę założyliśmy, że albo znajdziemy, albo nie, ale gdzie samochód ma listwę to za nic nie mogliśmy wymyślić. To znaczy wiedzieliśmy, że gdzieś pomiędzy szybami a dolnym końcem samochodu, ale na jakiej wysokości???
Listwą postanowiliśmy martwić się później, a na razie zebrać to, co wiemy gdzie jest.


Niektóre punkty były bardzo malowniczo usytuowane i pięknie oświetlone.

Ten etap w porównaniu do poprzedniego szedł nam znacznie lepiej, a na koniec nawet udało nam się znaleźć rów z PK T. I nawet na klamkę się natknęliśmy. I w ogóle było całkiem sympatycznie. Jedyne co nam nie wyszło, to  zadania. Polegliśmy też na czasie, ale to w sumie u nas norma . Tym razem wychodziliśmy 29 tłustych minut. Tak to jest jak się nie umie liczyć (zadania) i chce się być oszczędnym (czas) :-)


To drzewo było rzeczywiście charakterystyczne - PK B.

Zresztą sami widzicie jak w lesie zrobiło się przyjemnie - żal było wracać.
W sumie na obu etapach wydeptaliśmy koło 25 km. Ja czułam je szczególnie w plecach i bardzo ucieszyłam się, kiedy wracając z drugiego etapu spotkaliśmy Przemka zbierającego lampiony z trasy biegowej. Przynajmniej bieganie mi nie groziło. Okazało się co prawda, że na kilka punktów można jeszcze się załapać, ale odpuściłam. Tomek oczywiście pobiegł. W sumie to mu się opłaciło, bo na trasie krótszej niż 90 minut był jedynym uczestnikiem i tym sposobem zajął pierwsze miejsce:-)
O naszym marszowym wyniku nie ma co mówić - bywało lepiej.

Smok Stowarzyszony

Kolejna impreza, na którą Renata nie dotarła. Tym razem nie dotarła, bo zajumali wszystkie pociągi z Rembertowa do Warszawy. Po godzinie koczowania na stacji dała za wygraną i wróciła do domu.
Na start przyszedłem chyba w miarę punktualnie. Paweł dał mapę i poszedłem. Nie  żebym wiedział gdzie, ale poszedłem. Punktów nietypowo do uzbierania sto. Policzyłem tylko, że na wycinek (trzeba było po minimum 3 PK z każdego) trzeba zebrać średnio coś powyżej 16 punktów przeliczeniowych. I uważać, by nie zebrać wszystkich PK bezlampionowych, bo za to przysługiwała nagroda +20PP;-)
Najpierw zebrałem to, co było koło startu, potem wycinek, który dopasowałem. Nie powiem żebym chodził optymalnie…. I spisywałem sobie odpowiedzi na wszystkie punkty bezlampionowe, by na koniec na kartę wpisać dokładnie tyle ile trzeba było do wymaganej ilości 100 PP.
Na mecie - dyskusje o mapie i rozstawieniu PK
Właściwie, poza mało optymalnym chodzeniem po okolicy, na uwagę zasługują 3 momenty:
Pierwszy- gdy szukałem PK 35. Postanowiłem podbiec  i ...  i przebiegłem o ¼ łuku za daleko. Bezowocnie przez kwadrans szukałem transformatora na innym boku parku.
Drugi – gdy przychodziło szukać na mapie elementu oznaczonego jako charakterystyczne drzewo (PK27) – ani nie było charakterystyczne, ani żadne nie stało w miejscu wskazanym na mapie….
Trzeci - gdy nie miałem dopasowanych jeszcze 3 wycinków i zastanawiałem się gdzie one są… oczywiście okazało się, że je przeszedłem wcześniej;-)
Selfie z autorem trasy
I dobieg na metę – na światłach straciłem kilka minut, by zaliczyć brakujące do setki punkty.
Niestety, wyniki rozczarowały – PK 27 okazał się stowarzyszem i przez szukanie PK 35 i światła na ostatnich PK spóźniłem się 6 minut. Jako, że stawka była bardzo wyrównana, przypadło mi miejsce w ogonie klasyfikacji;-(  Na następnym Smoku, jak będzie Renata i nie pozwoli mi biegać, będzie lepiej!
Na mapie napisano 3,8 km

piątek, 17 maja 2019

Trzynastego...

Trzynastka prześladowała mnie od zawsze. Literka Ł ma do siebie to, że zwykle w dzienniku miałem numerek 13. W czasach przed RODO, gdy były tylko nieśmiałe przymiarki do anonimizacji bywałem właśnie 13-stką.
Na 62. OrtInO trzynastka znowu mnie dopadła. Renatę wyraźnie także i na tyle skutecznie, że ją całkiem rozłożyło i na OrtInO pojechałem sam.
Malownicza baza pod kościołem...
Na start trafiłem – kiedyś tu robiliśmy jakieś TRInO po Urysnowskich kamieniach. Zdążyłem przed czasem i miałem komfort wczesnego startu. Obejrzałem mapę i… postanowiłem na początek zaliczyć 13-stkę ze startem, bo nie miałem pojęcia gdzie są następne. Znając budowniczych podejrzewałem liczne punkty podwójne, więc idąc do punktu D zachowałem czujność i dopasowałem drugi wycinek z punktem Z, tuż koło D. Nie jest źle - dwa wycinki to już coś. Jeden z tego zlustrowany.  Przemieszczałem się więc trzymając raz mapę normalnie, a raz nad głowa (tak trzyma się zlustrowane mapy) i szukałem właściwych miejsc. Gdzieś tam koło punktu L na ortofotomapie widać charakterystyczny budynek szkoły, czy podobnej instytucji. Całkiem podobny  zauważyłem na wycinku z PK K. Próbowałem go dopasować, obszedłem szkołę raz i drugi, ale tren się nie zgadzał.  Zresztą widziałem, że kilka osób podobnie krąży w rejonach tej szkoły. Gdy już zniechęcony postanowiłem się wycofać i iść na ostatnie PK z tych pierwszych 2 wycinków odkryłem, że przyszkolne boisko jest na jeszcze innym wycinku. I punkty Q i J to ten sam punkt!  Zresztą podobnie A i L, czyli nogi za pas i powrót tam, gdzie przed chwilą chodziłem. Po przejściu nastu kilometrów nagle trafiłem na kolejną szkołę czy przedszkole. Chwila analizy mapy, krótka konsultacja z Wojtkiem z trasy TU i miałem kolejny wycinek dopasowany i wiedziałem, gdzie jest punkt Y. Został już tylko jeden do dopasowania.  Nagle eureka – pasuje tu  do tej szkoły ostatni wycinek. Owszem dopasowałem, ale za późno – musiałem się znowu wracać do wcześniej podbitego PK Y, który znowu okazał się punktem podwójnym.
Chwila błądzenia przy poszukiwaniu PK C (tu uratowałem zwycięzców, którzy jakoś nie mogli wpasować tego wycinka). Chwila krążenia, bo pomyliły mi się ulice i wszystkie PK zaliczone.
No, nie powiem bym miał przebieg optymalny  - na mapie napisano 3,6 km, a mi wyszło ponad 12…
Krokomierz doliczył te 2 km z normalnego chodzenia za dnia ale i tak dużo wyszło
 No dobra, 2 kilometry to krokomierz naliczył normalnego życia, ale 10 jak nic wyszło! Wszystko przez moje gapiostwo – bo nieraz OrtInO potrafi być zabójcze – tu o dziwo wycinki składały się bardzo charakterystycznymi fragmentami.
Karta jest niezbitym dowodem na błądzenie i wracanie się po podwójne PK
I jeszcze zadania były -  zapomniałem  napisać-  jedno to oszacowanie wysokości rzeźby (to było proste, pod warunkiem znalezienia tej rzeźby) a drugie to azymut na jakiś PK. Gdzieś tam szacowałem na oko niestety wyszła pomyłka większa niż 10 stopni. Dziwi mnie jak udało się bezbłędnie z azymutem trafić zwycięzcom (jako jedynym!)

poniedziałek, 13 maja 2019

A tak sobie biję...

W czasie długiej majówki nie pojechaliśmy ani na Rudawską Wyrypę, ani na Jaszczura, a dodatkowo okazało się, że w okolicy nie ma w tym czasie żadnego InO. Na te wolne dni mieliśmy co prawda czasochłonny plan ocieplania strychu, ale zostać tak zupełnie bez żadnej imprezy to jednak trochę głupio. Dobrze, że Tomkowi się przypomniał Bieg Konstytucji i rzutem na taśmę zdążyliśmy się zapisać. Pogoda na bieg trafiła się taka ambiwalentna, bo z jednej strony wolę biegać jak jest zimno, ale z kolei czekać na start w dość skąpym odzieniu przy kilku stopniach powyżej zera to brrrr. Depozyt, w którym można było zostawić swoje rzeczy był dość oddalony od startu, a trudno też było przylecieć tak na ostatnią chwilę. W końcu wymyśliliśmy, że weźmiemy jakieś stare łachy na grzbiet, które najwyżej porzucimy na pastwę losu i jak się po biegu znajdą to fajnie, a jak nie, to żadna strata. Taki był plan, a tymczasem inni biegacze pojechali nam po ambicji, bo od depozytu szli już porozbierani, więc nie chcąc wyjść na mięczaków, zrobiliśmy podobnie. Na miejsce startu oczywiście ruszyliśmy biegiem żeby nie marznąć, a potem robiliśmy dłuugą indywidualną rozgrzewkę oraz trzy krótkie oficjalne. Tomek zrobił dwie, bo startował w grupie przede mną, więc na moją się nie załapał.

W przerwie między rozgrzewkami.

Nie wiem jak organizatorzy to zrobili, ale w porównaniu do ubiegłego roku trasa była jakaś krótsza, a podbieg na Agrykoli mniej stromy i też jakby krótszy. W związku z powyższymi ułatwieniami biegłam krócej - dokładnie tyle, ile Tomek w ubiegłym roku. Czy on rok temu miał jakąś skróconą wersję trasy???

 Na trasie. (Fot. ze strony FotoMaraton.pl)

Tak, czy siak - oficjalnie nazywa się to, że zrobiłam życiówkę i choć może nie była imponująca, cieszyłam się jak głupia. Tak się cieszyłam, cieszyłam, ale tylko przez jeden dzień. Sama sobie tę radość zepsułam, bo następnego dnia na parkrunie pobiegłam jeszcze szybciej i ustanowiłam nowy indywidualny rekord. Piątkę konstytucyjną pokonałam w 27 minut i 11 sekund, a już dzień później byłam szybsza o 24 sekundy.
I tak to z własnej głupoty człowiek nawet się rekordem nie ma kiedy nacieszyć.

 Tuż przed metą, z nowym rekordem.

annn