środa, 16 stycznia 2019

3 x pobiegane! Plus lokowanie produktu.

Kiedy w zeszłym roku zapisywaliśmy się na tegoroczny styczniowy Bieg Chomiczówki, wydawało mi się to wspaniałym pomysłem. Co prawda przez moment przemknęła mi myśl, że 15 km to trochę dużo, ale zaraz została zagłuszona szumnym staropolskim "co? ja? ja nie dam rady?" Dzisiaj pomysł tak długiego (dla mnie) biegu wydaje mi się absolutnie absurdalny, ale zapłacone - pobiec trzeba. W związku z tym oboje z Tomkiem podnieśliśmy nasze cztery litery z kanapy i ruszyliśmy trenować. Żeby jednak nie tracić kontaktu z orientacją postanowiliśmy pożenić jedno z drugim i tym sposobem zaliczyliśmy ostatnio dwa razy treningi PUKSa oraz FalInO.
Półtora tygodnia temu, w sobotę, wybraliśmy się do Rajszewa. Ja tak dość zachowawczo wybrałam krótszą trasę (4,9 km), Tomek poleciał na dłuższą. Biegaliśmy  na długim, wąskim pasie lasu między drogą a Wisłą, co od razu ograniczało możliwości zgubienia się:-) Okazało się jednak, że trasa była łatwiutka, przebiegłam bez żadnych problemów, kompas spisał się znakomicie i bezbłędnie doprowadzał mnie gdzie trzeba i jedynie pogoda była taka sobie. Już po pierwszym punkcie buty miałam dokładnie przemoczone, bo od dołu mieliśmy topniejący śnieg, a od góry mżawkę przechodzącą z czasem w lekki opad. Nie wiem ile zrobiłam w sumie kilometrów, ale zajęło mi to prawie godzinę. I tak na mecie czułam się jakaś taka niedobiegana, a ponieważ Tomek jeszcze był na trasie, pobiegałam sobie jeszcze tak rekreacyjnie. Przy okazji zauważyłam, że jak się biegnie z pustymi rękami, czyli bez mapy, kompasu i czipa, to człowiek się zdecydowanie mniej męczy. A niby to wszystko tak niewiele waży.

Na takiej mapie biegałam.

Tydzień później wybraliśmy się na FalInO. Mieliśmy do wyboru parkrun albo orientację, no i orientacja wygrała. Zresztą FalInO gwarantowało nam bieganie po wydmie, czyli jakby większy wysiłek niż po parkowych alejkach. A tu przecież siłę trzeba budować (czy jak to tam doświadczeni biegacze mówią:-))) Zapisałam się na najdłuższą kobiecą trasę, a i tak miała tylko niecałe 4 km. Przywiązanie do mojej kobiecości jakoś nie dopuściło myśli, że mogłabym pobiec na trasie męskiej, a przecież nikt by mi nie zabronił. W Falenicy biegałam już tyle razy, że nawet zastanawiałam się czy mapa jest mi w ogóle potrzebna, a jednak już na dzień dobry udało się autorowi mapy mnie zaskoczyć. Do tej pory pierwszy punkt był zawsze w lasku za Bartoszycką, więc odruchowo pobiegłam w tę stronę, dopiero jak zerknęłam na mapę, to aż mnie zastopowało. Pierwszy punkt zaznaczony był na boisku! Patrzyłam w tę mapę i nijak nie mogłam uwierzyć. Ale jak to???? W końcu odwróciłam się i jak przestraszony kot na ugiętych nogach nieśmiało zaczęłam przemieszczać się w stronę boiska. No, ale jak to? Jak to? Jak można było mi to zrobić? Duużo czasu straciłam na jedynce, bo choć widziałam lampion już z daleka, to wciąż nie mogłam uwierzyć w taki rozwój wypadków. Dopiero po podbiciu karty pozbierałam się w sobie i pobiegłam dalej. Szło dobrze do piątki a potem zrobiłam tak głupi błąd, że śmiech na sali - odwróciłam sobie mapę do góry nogami i zaczęłam się namierzać. Może nieco usprawiedliwia mnie fakt, że namierzałam się na szóstkę, która po odwróceniu mapy co prawda stała się dziewiątką, ale wciąż wyglądała jak normalna cyfra, więc nic nie wzbudzało moich podejrzeń. Pobliska ósemka także odwrotnie wciąż była ósemką. Jedyne co mi nie pasowało do koncepcji to teren dookoła - ścieżki w jakichś dziwnych kierunkach, szczyt wydmy po niewłaściwej stronie... W końcu zorientowałam się co robię, zaczęłam przekładać mapę i … znów miałam ją do góry nogami. Totalne zaćmienie. W międzyczasie dogoniła mnie Beatka, którą wyprzedziłam ze dwa punkty wcześniej, więc uznałam, że najlepiej będzie popatrzyć gdzie ona idzie, skoro i tak nie umiem ustawić mapy jak trzeba:-) Po podbiciu szóstki pobiegłam już samodzielnie i do końca trasy nie było żadnych niespodzianek. Tylko na mecie znowu niedobiegana byłam, bo dystans za krótki. Ponieważ mieliśmy z Tomkiem jeszcze dużo spraw do pozałatwiania tego dnia, cierpliwie czekałam na niego i nie szłam już do lasu na dodatkowa przebieżkę, bo moglibyśmy się rozminąć.
W Falenicy miałam też swoje pięć minut, bo Andrzej oficjalnie przekazał mi moją nagrodę za trzecie miejsce w PMnO (nie mogłam odebrać osobiście), więc teraz z dumą ją Wam tu prezentuję:

Dumna i blada:-)

Następnego dnia czekała nas kolejna orientacja, znowu z PUKSami, tym razem w Skierdach. O ile w Falenicy mieliśmy fajną pogodę, to niestety w niedzielę już się zepsuła i na start jechaliśmy w deszczu. Pogoda, dystans 5,5 km oraz mocno pofałdowany teren zapowiadał niezłą zabawę.

Zaraz, zaraz... to gdzie jest ten start?

Zaczęłam dobrze i punkty wpadały bezproblemowo. To znaczy bezproblemowo pod względem nawigacyjnym, bo kondycyjnie było już gorzej. Im mniej płasko, tym gorzej. Gdzieś obok mnie co chwilę pojawiał się Kamil, który może nie jest jeszcze orłem nawigacji (tak dla porządku - ja też nie jestem), ale za to szybko biega. No to próbowałam z nim trochę powalczyć sposobem - jak on biegł drogami, to ja w las i na azymut i tym sposobem aż do PK 8 co chwilę spotykaliśmy się w okolicach kolejnych lampionów. A na PK 8 dopadło mnie zaćmienie. Umysłowe zaćmienie. Zaczęłam lecieć na dziewiątkę i nagle ... zapomniałam z jakiego punktu ruszyłam i do jakiego chcę dotrzeć. W sekundę w głowie zrobiła mi się taka pustka, że tylko wiatr hulał tam i z powrotem. Jak się ma kartę do dziurkowania, to można sprawdzić co już podbite, ale my biegaliśmy z czipami:-( Niby mogłam pobiec za znikającym w oddali Kamilem, ale nie byłam pewna czy jesteśmy na tej samej trasie, a poza tym w końcu wymyśliłam, że jestem między siódemką a ósemką i dam sobie radę sama. Ponieważ wcale nie byłam tam, gdzie myślałam, że jestem, sprawy się nieco pokomplikowały. Błąkałam się więc tak po wydmie to idąc w prawo, to w lewo, ale tak ogólnie to bez celu i sensu. W końcu dotarłam do drogi w jarze i krzyża na górce. To akurat było na mapie i to dość blisko dziewiątki. Uznałam więc, że skoro jestem tak blisko, to może i faktycznie do dziewiątki miałam dotrzeć. Dalej poleciało już bez problemów, choć czułam trochę zniechęcenie tą dziwną przygodą. Na metę dotarłam po niemal osiemdziesięciu minutach i tym razem miałam dość. Jeszcze chwilę musiałam poczekać na Tomka, który też swoją trasę zaliczył z przygodami, ale czas oczekiwania spędziłam w zaciszu samochodu okutana we wszystko ciepłe, jakie wzięliśmy z domu.

A teraz uwaga! - lokowanie produktu!

Sobie popatrzcie na fotkę powyżej i na mój nowy zielony dupochron. To jest spódnica na miarę naszych czasów - chroni istotne części składowe kobiety, zapewnia komfort cieplny, świetnie wygląda, daje poczucie elegancji nawet w lesie, nie ogranicza ruchów,  wyróżnia w tłumie,  leczy kaca, nagniotki i zgagę, sprząta, gotuje, robi zakupy. No dobra, może się trochę zagalopowałam, ale przynajmniej połowę opisanych zalet posiada. Jak która chce takie cudo to lećcie do Kasi Karpy - http://snag.pl/

Koniec lokowania produktu.
I koniec relacji.

wtorek, 8 stycznia 2019

Noworoczno-Bąbelkowo

My to naprawdę jesteśmy szybcy - jako pierwsi w tym roku zorganizowaliśmy imprezę na orientację. Mało tego - mapy to mieliśmy już gotowe w zeszłym roku. Ja to nawet zrobiłam trasę TZ, tylko nikt nie chciał się na nią zapisywać. Cóż - zwycięzca  bierze na siebie obowiązek przygotowania imprezy w przyszłym roku. Kiedy już zaczęłam tracić nadzieję, że moje mapy przydadzą się do czegoś więcej niż podpałka do grilla i po wystosowaniu dramatycznego apelu do ludzkości, w końcu zjawili się pierwsi chętni, a po nich następni i w końcu mieliśmy kilka ekip tezetowskich . Ufff.
W sylwestra zamiast na bal ruszyliśmy w las z naręczem lampionów, bo postanowiliśmy jeszcze w poniedziałek rozwiesić trasy marszowe i muszę przyznać, że był to bardzo przyjemny spacer. Wcale nie żałuję żadnych balów, które nam w tym czasie przepadały, bo i tak się nie wybieraliśmy:-) W rodzinnym gronie posiedzieliśmy do północy, wypili po kieliszku szampana i czym prędzej czmychnęliśmy do łóżka - rano czekało nas jeszcze rozwieszanie lampionów biegowych. Wyrobiliśmy się tak na styk, bo Tomek zapomniał kilku punktów nanieść na wzorcówkę i trzeba było dwa razy lecieć w ten sam rejon. Oczywiście ten najbardziej oddalony od miejsca, w którym zorientowaliśmy się, że coś nam nie gra.
Pogoda zapowiadała się taka sobie, więc przezornie pożyczyliśmy duuży namiot, który musieliśmy jeszcze rozłożyć przed jedenastą rano, a doświadczenie z tym dokładnie namiotem mówiło nam, że nie jest to banalna sprawa. Kiedy w końcu dojechaliśmy na planowany start, kłębił się już tam tłum zawodników, więc pomagierów do rozstawania konstrukcji mieliśmy dużo.
Zgodnie z zapowiedziami o jedenastej wznieśliśmy noworoczny toast i odśpiewaliśmy solenizantowi - Panu Mieczysławowi tradycyjne "Sto Lat". A potem... ogary poszły w las.
Ledwo udało się wypuścić ostatnich marszerów, a tu już na mecie zaczęli pojawiać się pierwsi biegacze. Nawet nie było czasu żeby się ponudzić:-) Niektórzy to już na maksa chcieli wykorzystać udział w imprezie i najpierw zaliczyli trasy marszowe, a potem jeszcze biegowe. Tym sposobem mieliśmy cały czas ruch w interesie, bo jedni wychodzili, inni przychodzili, wybiegali, przybiegali. Nawet pogoda, z każdą minutą coraz gorsza, nie była w stanie odwieść nikogo od zaplanowanych startów. Zresztą dla orientantów nie ma złej pogody.
Trasę TZ bezbłędnie pokonali dwaj panowie - Piotrek i Leszek, przy czym zrobili to niezależnie od siebie, a nie w zespole. Teraz muszą się dogadać w kwestii organizacji przyszłorocznego NBInO. Puchar przejął Piotrek, bo cierpliwie dotrwał do podliczenia wyników, na Leszka zaś czeka butelka szampana. Halo! Czy Leszek mnie słyszy?! Butelka szampana!

Jeden ze zwycięzców - z pucharem i szampanem.

Trochę przed szesnastą udało się odhaczyć ostatnich powracających z lasu zawodników (nikt nie zaginął), a w oczekiwaniu na ostatni zespół, Tomek poszedł zbierać im sprzed nosa część lampionów, a ja z "ochotnikami" złożyłam namiot. A późnym wieczorem w taki sposób ozdobiliśmy sobie mieszkanie:

Suszenie lampionów.

czwartek, 3 stycznia 2019

Chłodne UrodzInO

I znowu zaległości:-(
O UrodzInO miał opowiedzieć Tomek, bo to jego impreza i jego wrażenia, ale zajęty był ratowaniem świata i szykowaniem Noworoczno-Bąbelkowej InO. Drobny problemik z relacją tkwi w tym, że właściwie poza ciastem to on sam wszystko przygotował i nie bardzo mam co opowiedzieć - ja szłam wieczorem spać, a on po nocach dłubał w mapach. Nastąpił drobny cud - na dzień imprezy wziął sobie urlop (od tego ratowania świata) i udało mu się prawie za dnia porozwieszać lampiony. Kiedy ja wróciłam z pracy, jedyne co mi zostało to jechać na start i zająć się obsługą sekretariatu.
Zimno było jak... to w zimie i okazało się, że zawodnicy mają lepiej, bo rozgrzewają się w marszu, a organizatorzy przymarzają do startu/mety. W tym przymarznięciu trochę dłużyło nam się czekanie na powrót wszystkich z lasu, ale w końcu wrócili i nikt nie zaginął. Przemek litościwie zdeklarował się pozbierać lampiony i wielkie mu za to dzięki, bo jakoś nie uśmiechało mi się jeszcze o dziesiątej wieczorem latać po lesie z perspektywą porannego wstawania o szóstej. Jakoś mam coraz mniejszy sentyment do imprez odbywających się w dni robocze, zwłaszcza o tej porze roku.
Byle do wiosny!

Pseudo-tort (ten na pierwszym planie), który (nieskromnie dodam) wyszedł bardzo dobry.


Wracają!



Smacznego!


Dyskusje nad mapą.

A ten wycinek...