czwartek, 21 marca 2019

Leśno - polno - miejski RDS

Po ubiegłorocznym RDS-ie nasze przygotowania do tegorocznego skupiły się na przeglądaniu prognoz pogody. Wędrówek misiów nie śledziliśmy, zakładając, że po Stalowej Woli raczej nie wędrują, zresztą Hubert tym razem nie ostrzegał przed nimi. O ile w zeszłym roku już sam dojazd na imprezę był przygodą życia, tym razem dojechaliśmy bezproblemowo i już po 21-ej rozkładaliśmy się w bazie.
Jeszcze w domu, przeglądając mapy okolic, założyliśmy, że będziemy biegać albo po wschodniej albo zachodniej stronie Sanu, a tymczasem okazało się, że punkty mamy po obu. Ale ostatecznie nazwa rajdu zobowiązuje i San powinniśmy zobaczyć z obu stron.

Babcia mówiła zawsze, że przed podróżą trzeba posiedzieć.

Zasady gry były o tyle nietypowe, że z dwudziestu punktów zaznaczonych na mapie mieliśmy wybrać siedemnaście i to była bardzo trudna decyzja. Ostatecznie postanowiliśmy odpuścić 1, 2 i 20. 1 i 2 bo daleko, a 20, bo Hubert postraszył, że ścieżka narysowana na mapie jest … tylko na mapie, a w terenie to już niekoniecznie, a szukanie drzewa w lesie może okazać się czasochłonnym zajęciem. Jak się potem okazało, jednym uczestnikom szukanie nie sprawiło problemów, innym zajęło nawet ponad pół godziny.
Postanowiliśmy zacząć od dziewiątki, chociaż logiczniej byłoby od ósemki. Znowu zasugerowaliśmy się słowami Huberta, że rano w tej okolicy mają być zawody rowerowe i raczej odradza pchać się wtedy rowerzystom pod koła. A spokojnie zdążylibyśmy przed tymi ich zawodami.  Mamy za to nauczkę - w czasie odprawy lepiej zatykać uszy i nie słuchać rad i ostrzeżeń:-)
Dziewiątka była nad Sanem, ale dojść do niej musieliśmy przez miasto, w tym przez tory i główną drogę. I znowu posłuchaliśmy się organizatora - zamiast na skróty przez tory na dziko (jak pewnie większość uczestników), my kulturalnie pobiegliśmy do przejazdu, oczywiście nadkładając drogi. Eh, ta nasza praworządność. Punkt na przepuście znaleźliśmy bez problemu.
Znad rzeki wróciliśmy do cywilizacji i wzdłuż drogi 77 pobiegliśmy do PK 19, który zachęcał tajemniczym opisem: "wewnątrz budynku". Znowu praworządnie - zamiast na skróty przez tory - przemaszerowaliśmy przez wiadukt, postraszeni przez Huberta sokistami z psem:-) Nie było sokistów, a pies ujadał z pobliskich zabudowań. Zmarnowało się nam to chodzenie naokoło.

Wyjątkowo malowniczy obiekt. Szkoda, że tak niszczeje.

W pierwszym odruchu chcieliśmy dokładnie zwiedzić ruinkę, ale szkoda nam było czasu.
Po dwóch punktach miejskich wreszcie udaliśmy się do lasu. PK 13 stał na skrzyżowaniu rowów, a PK 14 "na S od górki". Do dziś nie mogę rozgryźć, co szkodziło postawić go po prostu na górce???
Według pierwotnego planu z czternastki mieliśmy iść na osiemnastkę, ale Tomek wykombinował, że może by tak jednak na piętnastkę. Szczególnie, że droga, którą szliśmy tak jakoś naginała na południe. Ponieważ w terenie było więcej rowów niż na mapie, po zejściu z drogi i przedarciu się na rympał w stronę celu, przez chwilę mieliśmy wątpliwości, w którym dokładnie miejscu jesteśmy. Po konsultacjach z napotkanym (po raz kolejny zresztą)  Danielem ustaliliśmy gdzie iść. Przy piętnastce spotkaliśmy sporą grupę zawodników, zresztą w ciągu całego dnia co chwilę na kogoś się natykaliśmy, a już w drodze na osiemnastkę to pałętał się zupełnie dziki tłum. Do osiemnastki trafić trafiliśmy bez problemu, ale dostęp do lampionu przegradzała nam wielka woda. No dobra, może i nie była wielka, ale na pewno mokra. Snuliśmy się wzdłuż rowu z wodą szukając najwęższego miejsca, a tymczasem przybiegł Tomasz (Sevencoins) i najzwyczajniej w świecie skoczył nie patrząc specjalnie na szerokość i głębokość. Skoczyłam i ja, a po mnie Tomek. I po co było cenne minuty tracić na szukanie przeprawy? Przy skoku powrotnym trochę noga mi się obsunęła i nabrałam z lekka wody, ale w sumie co to za rajd na sucho?
Po osiemnastce mieliśmy w planach siedemnastkę. Polecieliśmy porządną przecinką dokładnie na południe. Niby tam patrzyliśmy co po drodze mijamy, ale wiadomo jak to jest z dokładnością mapy w takiej skali. Wiedzieliśmy, że drogę musi nam przegrodzić ciek wodny i wtedy idąc wzdłuż niego dotrzemy do punktu. Po raz kolejny spotkaliśmy Daniela oraz Krzyśka i przekonaliśmy ich do naszej koncepcji pójścia wzdłuż wody.  Niby wszystko się zgadzało, prócz tego, że w odpowiedniej odległości nie było poszukiwanej ambony z lampionem. To znaczy ambon to nawet było kilka, ale lampionu ani jednego. Za to teren robił się coraz bardziej mokry i grząski.

Taki piękny okaz znaleźliśmy po drodze!

Chłopaki w pewnym momencie odbili na północ, a my postanowiliśmy iść dalej przed siebie, zakładając, że najwyżej dojdziemy do większej drogi, sprawdzimy gdzie jesteśmy i stamtąd się namierzymy. Okazało się, że szukaliśmy za bardzo na południe, a na sąsiedniej przecince jest większy rów z wodą. Poszliśmy wzdłuż niego, znowu taplając się w błocie i skacząc z kępki trawy na kępkę i po chwili znaleźliśmy i ambonę i lampion. Rów z wodą, który według mapy miał się ciągnąć ze trzy kilometry, kończył się zaraz kawałek za amboną. Nic dziwnego, ze od drugiej strony nie szło trafić.
Szesnastka była na wzniesieniu, za asfaltem przecinającym las, a dostęp do niej zagradzał zestaw tablic wzbraniających wstępu, bo teren należy do wojska.

Iść, czy nie iść? Oto jest pytanie...

Udaliśmy, że nie umiemy czytać i poszliśmy dalej, no bo punkt znaleźć trzeba, bez względu na wzgląd. Niby górka z lampionem nie była wysoka, ale jakoś ciężko mi się wchodziło. Dopadł mnie pierwszy kryzys.
Jedenastka - nasz kolejny punkt - była znowu po drugiej stronie asfaltu, a właściwie po pierwszej, bo to my byliśmy po drugiej. Na mapie punkt zaznaczony był dokładnie pod literką A z nazwy miejscowości - Stalowa Wola. Wypatrywaliśmy więc tego A w terenie i nigdzie go nie było:-( Żeby kolejni zawodnicy mieli łatwiej, Tomek postanowił skonstruować duże A, tak żeby teren zgadzał się z mapą.

 Literka A i dumny twórca:-)

Dwunastka - punkt nad jeziorkiem - byłaby bardzo urokliwa, gdyby nie śmietnik rozciągający się dookoła.Co za prymitywy zaśmiecają takie fajne miejsce:-(
Ostatni punkt w leśnym terenie - PK 10 - miał być na ogrodzeniu, a na ogrodzenia był jakiś urodzaj i podobno było ich coś z pięć. Nam się udało dość szybko trafić na właściwe.
Zostało nam jeszcze do znalezienia sześć punktów. Do następnego PK 7 lecieliśmy już przez cywilizację i nie mogliśmy się powstrzymać od skorzystania z jej dobrodziejstw. W jednym ze sklepów kupiłam sobie ogromnego, polanego czekoladą pączka i choć raz w życiu mogłam go pożreć bez najmniejszych wyrzutów sumienia, mając pewność, że nie pójdzie w boczki, tylko zaraz się spali. Taki bezgrzeszny pączuś. Zupełnie nie wiem dlaczego Tomek ograniczył się tylko do marnego napoju. Taką okazję zmarnował. Potem mijaliśmy jeszcze McDonaldsa, ale ja już nie byłam głodna, a Tomek nie nalegał. Pomnik z PK 7 znaleźliśmy od pierwszego kopa. Szóstka była blisko siódemki, nad samym Sanem, a biegliśmy do niej wzdłuż ogrodzenia elektrowni. Dość niezwykłe widoki jak na pięćdziesiątkę, która dotąd zawsze kojarzyła mi się z lasami, a przynajmniej polami czy skałkami.
W końcu nadszedł moment przejścia na drugi brzeg Sanu. Co prawda po tej stronie mieliśmy jeszcze do wzięcia ósemkę, ale zostawiliśmy ją sobie na powrót. Na moście po raz kolejny spotkaliśmy Daniela, który już bieg w stronę bazy (może jeszcze przez jakiś punkt). My mieliśmy do zaliczenia jeszcze cztery punkty. Piątka weszła łatwo chociaż była skitrana w krzaczorach na samym brzegu. Do czwórki szliśmy przez pola i ciut za wcześnie zaczęliśmy szukać "drzewa przy rowie". Właściwe drzewo, przy właściwym rowie okazało się niepozornym krzakiem, ale najważniejsze, że lampion był.
Z czwórki do trójki było niezbyt blisko, a ja zaczynałam już opadać z sił. A tu trzeba było się skupić żeby jak najoptymalniej pokonać plątaninę uliczek w Pysznicy. Nawet całkiem dobrze nam to wyszło. Potem jeszcze sforsowaliśmy ogrodzenie z drutu kolczastego i już byliśmy na "brzegu łąki/lasu". Organizator w opisie powinien jeszcze dodać: niepotrzebne skreślić:-)
Do ósemki, naszego ostatniego punktu, w linii prostej nie było nawet daleko, tylko ta rzeka po drodze...  Ponieważ nie umiem pływać, wolałam pobiec na most. Niby po asfalcie biegło się wygodnie, ale mijając przystanek na wszelki wypadek sprawdziłam czy nie ma jakiegoś autobusu:-)

Strasznie rzadko coś jeździ, na piechotę szybciej.

W końcu dotarliśmy do mostu, przeszliśmy na drugą stronę i wzdłuż rzeki ruszyliśmy w stronę ósemki. Przebiegliśmy przez tereny rekreacyjne i jak się już w bazie zorientowaliśmy, przez kilka punktów TRInO. Jeszcze ostatni bliski kontakt z dziką przyrodą (nadrzeczne zarośla) i już mogliśmy wracać do bazy, na metę. Ponieważ przy PK 8 zastał nas umowny czterdziesty czwarty kilometr (44 to nasza klubowa liczba), więc tradycyjnie strzeliliśmy sobie pamiątkowego selfika.

Pierwszy raz 44-ty kilometr na ostatnim punkcie!

A do mety było pod górkę. Najpierw przebiegliśmy obok ogródków działkowych, a potem zobaczyłam te schody:


Niby nic, ale jednak. A i tak największy zawód spotkał mnie na wiadukcie. Okazało się, że nie ma z niego zejścia zaraz za torami, tylko trzeba nadłożyć drogi. Na końcówce trasy to ma znaczenie. Przynajmniej dla mnie. I to na pewno przez ten wiadukt nie udało nam się złamać ośmiu godzin:-) Na metę dotarliśmy z czasem 8 godzin i 7 minut. To i tak mój najlepszy czas. Oczywiście w porównaniu do innych osób - żaden szał, ale mi wystarczy. Trasa była krótka, płaska, łatwa nawigacyjnie, z dużą ilością asfaltów i utwardzanych dróg, czyli taka dla  szybkobiegaczy. I przez to, że częściowo miejska - odmienna od wszystkich dotychczasowych, na jakich byłam.
Mam tylko jedno zastrzeżenie - podczas całej trasy, w którą stronę nie biegliśmy, zawsze wiało nam w oczy. Jak będziesz Hubert następnym razem zamawiał pogodę, bierz taką bez wiatru.

P.S.
Bedzie jeszcze film. Jak się zrobi.

poniedziałek, 18 marca 2019

Szybki Mózg na Koncertowej

We środę odbył się drugi etap Szybkiego Mózgu, więc oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć. Pojechałam taka trochę walnięta, jak to ostatnio i zakładałam udział zdecydowanie rozrywkowy. No, chyba, że da radę... Startowaliśmy z boiska szkolnego, gdzie czekały już na nas malowniczo utkane w ogrodzenie mapy.

Przyznacie, że fajnie to wygląda?



W oczekiwaniu na start.

Tym razem start był masowy. Cały czas sobie powtarzałam, żeby nie biec za nikim, tylko patrzeć na mapę, ale pokusa jest zawsze. Pierwszy punkt był za boiskiem przykrytym na zimę namiotem, w rogu ogrodzenia. Część osób pobiegła od prawej, a część od lewej strony. Ci, co okrążali od lewej i ci, co okrążali od prawej ale wewnątrz ogrodzenia mocno się sfrajerowali, bo lampion wisiał na zewnątrz ogrodzenia. Ja niestety byłam w grupie lewostronnej i jak pomyślałam sobie ile biegłam daremnie i ile teraz muszę "odbiec" z powrotem, to mało mnie szlag nie trafił. Ale co było robić? Pobiegłam. Dwójka w linii prostej nie była daleko, ale oczywiście trzeba było z jedynki wrócić niemal na start i dopiero lecieć dalej. Trójka była łatwa, a na mnie akurat wtedy musiało spłynąć jakieś zaćmienie umysłu i za nic nie mogłam jej znaleźć. A wystarczyło uważnie obejrzeć mapę, jak już się bloków nie umie do trzech zliczyć. Nawet do czwórki dotarłam, co zdecydowanie powinno bardzo mi ułatwić namierzenie trójki, a ja dalej nic - jak jakaś jełopa. Po długich poszukiwaniach wreszcie znalazłam, a i tak mi się wydawało, że powinna być w innym miejscu. Stała jednak dobrze. Ponieważ na czwórce już byłam, więc przynajmniej wiedziałam gdzie jest, a potem mnie w końcu odblokowało. Szło dobrze aż do jedenastki, bo do dwunastki pobiegłam już mocno naokoło. Ale co ja będę na skróty latać, jak jest tyle różnych możliwych przebiegów, nie? Zamiast pobiec na  wschód, północ, zachód, ja pracowicie obiegłam namiot, potem wzdłuż ogrodzenia szkoły i dopiero w dziurę z dwunastką. Ja to mam fantazję...

 Oczywiście, że wybrałam wariant fioletowy:-)

Potem znowu poszło lepiej i tylko na metę nie od razu udało mi się namierzyć, bo jakoś z dwudziestki ciężko mi się wybiegało. Nawigacyjnie ciężko, bo fizycznie ciężko to miałam cały czas. Na mecie czekał już zaniepokojony Tomek, bo myślał, że przepadłam i trzeba będzie mnie szukać.

Na mecie byłam już mocno niewyraźna.

Po sczytaniu wyników nawet się zdziwiłam, że nie jestem ostatnia, a w wynikach ostatecznych okazało się, że bardzo dużo osób (ze wszystkich tras) ma NKL-ki. Ciekawe, co przegapili?

niedziela, 17 marca 2019

ZZK Kosewko

Po ostatniej serii niepowodzeń nawigacyjno-wydolnościowych miałam poważne wątpliwości czy po ciężkiej sobocie dobrym pomysłem jest lecieć w niedzielę dziesięć kilometrów, ale postanowiłam spróbować. Rano miałam ciśnienie w normie i poza lekkim ćmieniem głowy czułam się dobrze. To już połowa sukcesu. Jednakowoż na wszelki wypadek wolałam założyć, że się zgubię, zmęczę, nie dam rady i spędzę w lesie cały dzień. Na te marne dziesięć kilometrów przygotowałam się więc jak na pięćdziesiątkę - kamizelka biegowa, butelka wody, żarcie. Zastanawiałam się nad namiotem i śpiworem, ale z mapy wynikało, że w okolicy jest sporo cywilizacji, to kwaterę jakąś zawsze można wynająć.
Startowaliśmy znad Wkry i moja trasa wszystkie punkty miała po drugiej stronie rzeki. Myślałam, że będziemy latać mostkiem w te i we wte, ale autor trasy oszczędził nam tych atrakcji. Pierwszy punkt był na samym końcu mapy - całe dwa kilometry pustego przebiegu. W linii prostej, żeby nie było. Prawie pod sam punkt dało się dotrzeć drogami i ścieżkami. Kolejne punkty były już w normalnych odległościach od siebie, za to aż do dziewiątki kręciliśmy się w kółko, bo na PK 3/7 był motylek. Ponieważ skala mapy była dla mnie przyjazna, więc tym razem (w odróżnieniu od biegu z wcześniejszej niedzieli) nie miałam problemów nawigacyjnych i łapałam kolejne punkty bezproblemowo. Im bardziej przesuwaliśmy się na wschód, tym gorszej jakości był las - jeżyny, dzikie róże, zielsko - a wszystko próbowało złapać za nogi i powalić. Przy PK 11 spotkałam Tomka, a ponieważ następny punkt mieliśmy ten sam, ruszyliśmy w jednym kierunku. Oczywiście Tomek przodem i usiłował jak najszybciej mnie zgubić:-) A tu jeżynki za nóżki trzymały (he, he) i prawie do samego końca miałam go na oku. Dwunastka była na skarpie. Jakoś nie gustuję we wspinaczce po pionowych zboczach, ale co było robić? Wlazłam. Wlazłam i to trochę za wysoko i parę metrów podejścia mi się zmarnowało. Buuu. Na trzynastce umyśliłam sobie, że czternastki nie znajdę. Nie wiem dlaczego, ale tak mi się zakodowało. Z podobnie bliżej nieznanych powodów miałam pewność, że siedemnastkę będzie łatwo namierzyć i tym sposobem na czternastkę szłam z siedemnastki. W sumie każda metoda jest dobra. Dodatkowo między trzynastką, a siedemnastką zaliczyłam asfalt, bo tak byłam już zdegustowana jeżynami, że wolałam nadłożyć drogi, ale iść po równym. Od czternastki poprzez piętnastkę na skarpie (znowu wdrapywanie się) i szesnastkę pod skarpą (złażenie) wróciłam do siedemnastki. Stamtąd już było w stronę mety, ale dziewiętnastka i dwudziestka nie były łatwe. To znaczy do znalezienia łatwe, ale dostać się do nich z moja kondycją i zamiłowaniem do wspinaczki, to już mniej. Od dwudziestki to już tylko na most (w pieron daleko) i na metę. Kiedy dobiegłam, myślałam, że mi metę już zwinęli, bo na mapie była zaznaczona w tym samym miejscu co start, czyli powinna być przy naszym samochodzie:-) A była przy samochodzie organizatorów! Na szczęście naprowadzili mnie i mogłam się odbić. Tomek, który przybiegł jakieś dwadzieścia minut po mnie miał mniej szczęścia, bo organizatorzy zebrali mu ostatni punkt. Ale meta jeszcze była, a że zebrany punkt był przy mecie i widać było, że dobiegł w miejsce gdzie stał, więc ma zaliczony.

Tomek na mecie - jeszcze zdążył.


Pamiątkowa fotka przed odjazdem.

Tym razem przebieg mogę pokazać bez większego wstydu. Pewnie, że zawsze można było trochę lepiej, a przede wszystkim szybciej, ale w porównaniu z atrakcjami sprzed tygodnia to śmiało mogę powiedzieć: rewelacja! :-) :-) :-)


środa, 13 marca 2019

Wędrować przed siebie, gdzie oczy poniosą....

W sobotę prosto z parkrunu tradycyjnie pojechaliśmy poorientować się trochę - do Wesołej na WesolInO. Ponieważ wciąż czułam się w nie najlepszej formie, od razu odpuściłam sobie bieganie i postanowiłam skupić się na nawigacji. Jak zobaczyłam mapę, znowu powygryzaną w strategicznych miejscach, wiedziałam, że bardzo trzeba będzie się skupić.

Znowu zaoszczędzili na tuszu:-)

Ustawiłam na starcie odpowiedni azymut i ruszyłam przez białe pole, mogąc ufać jedynie kompasowi. Mogłam także mierzyć odległość, ale jakoś nie pomyślałam o tym. Szłam więc i szłam i nie wiedziałam: jestem za blisko, czy za daleko? A może w ogóle zniosło mnie z azymutu? Kiedy już zaczęłam się poważnie niepokoić, w końcu wypatrzyłam lampion. Ufff. Dwójka weszła już lepiej, ale ogólnie byłam otępiała i ciężko szło mi myślenie.
Na trójkę był dłuższy przelot, między punktami na mapie białe pole i żadnych punktów odniesienia. Nie dość, że azymut zniósł mnie sporo w prawo, to jeszcze nie pilnowałam odległości i pooooszłam, hen za punkt. Ponieważ na mapie były resztki dróg odchodzących od asfaltu, postanowiłam namierzyć się od jednej z nich zakładając, że to ta najbliższa punktu. Niestety, to była już kolejna. Nie wiedząc gdzie dokładnie jestem postanowiłam trochę pokręcić się po okolicy, a jak nic nie wymyślę, to wrócić na start i albo zacząć namierzać się od nowa, albo odpuścić. I nagle zobaczyłam bało-pomarańczową szmatkę w dołku. Co prawda nie była to trójka, a czwórka, ale przynajmniej wiedziałam gdzie jestem. Licząc parokroki i pilnując azymutu pomaszerowałam po trójkę i z powrotem i nawet udało się bezbłędnie trafić w obie strony. Operacja "trójka" zajęła mi dokładnie pół godziny:-)
Z czwórki na piątkę trafiłam dzięki temu, że na mapie uchowały się szczątkowe zarysy charakterystycznego skrzyżowania, a z niego do punktu było już blisko. Szóstka i siódemka weszły  bez problemu, a do ósemki było pod górę. Nawigacyjnie łatwizna, ale wdrapanie się na wydmę zajęło mi sporo czasu. To zdecydowanie nie był dzień na wysiłek fizyczny.
Dziewiątkę znalazłam bez problemu, a na dziesiątce znowu dałam ciała. Najpierw musiałam znowu przeleźć przez wydmę, a potem źle sobie policzyłam mijane drogi i poleciałam o dwie za daleko. Wiecie, jak człowieka łeb napiernicza to i do czterech ciężko zliczyć. Do dziesiątki wracałam się prawie spod jedenastki, po drodze zaliczając siódemkę, bo jakoś mi się na nią trafiło:-) 350 metrów dzielących dziewiątkę od dziesiątki pokonałam w 20 minut. Nieźle, co? W ramach rekompensaty na jedenastkę poszło dobrze, a potem to już nawet szkoda gadać.... Nie wiem co mi się ubzdurało, ale będąc na jedenastce zaczęłam namierzać się na trzynastkę tak, jakbym była na dwunastce. Wiadomo, że nie miało to żadnych szans powodzenia. Co ja się nałaziłam po tym lesie... Do tego krytykując w myślach autorów mapy, że sporej ruiny domu to nie raczyli nanieść na mapę. Kręciłam się wokół tego domostwa i przez długi czas nie dopuszczałam do siebie myśli, że to jednak ten budynek na północ od trzynastki. Powiedziałam sobie w duchu, że skoro ani z biegania, ani z nawigacji nic mi nie wyszło, to poćwiczę chociaż hart ducha i determinację i choćbym miała iść na Leszka, to komplet punktów muszę przynieść. Oczywiście wtedy nie miałam zielonego pojęcia, że zgubiłam dwunastkę. Już po prawie czterdziestu minutach cieszyłam się z odnalezienia PK 13. Na czternastce spotkałam Ulę, która też miała różne przygody na trasie i razem wróciłyśmy na metę.
Ale najbardziej to jestem ciekawa przygód  Przemka, który spędził w lesie 15 minut więcej niż ja, a kiedy go spotkałam przy którymś punkcie był mocno zdegustowany.

Ale jak to nie mam dwunastki????
A tutaj można się ze mnie pośmiać:

Tak się robi 6 km w 2,5 godz.

300 parkrun Warszawa-Praga!

W parkrun wsiąkamy coraz bardziej, więc na trzechsetnej edycji nie mogło nas zabraknąć. Szczęśliwie nie mieliśmy w tym czasie żadnych konkurencyjnych zawodów. Rano łyknęliśmy znowu po szklance soku z buraka, w razie gdyby się nam zachciało bić rekordy, ale muszę powiedzieć, że po informacji o konieczności wypicia pół litra, moja wiara w skuteczność jednej szklanki mocno podupadła. Na dodatek nawet ta jedna szklanka wchodziła opornie. Na domiar złego obudziłam się z bólem głowy i wysokim ciśnieniem. Jakoś jednak zebrałam się w sobie i pojechaliśmy.

Parkrunowa ramka.

Na miejscu zbiórki zastaliśmy zdecydowanie więcej biegaczy niż normalnie, a nawet po raz pierwszy pojawili się Sylwia i Krzysztof - najwyraźniej udało się nam ich zachęcić. Były baloniki, przebierańce różnej maści, fotoreporterzy (my oczywiście wzięliśmy kamerkę), a dla każdej kobiety przed startem talon na goździki, które miałyśmy odebrać na mecie. Po okolicznościowych przemówieniach i tradycyjnym odpytaniu  kto pierwszy raz?, kto z innej lokalizacji? oraz przypomnieniu sponsorów w końcu (tradycyjnie spóźnieni) ruszyliśmy.

I wystartowali!

Tak jakoś wyszło, że wokół nas na starcie stali sami młodzi i silni mężczyźni, więc jak ruszyli, to z kopyta. Ponieważ nie chciałam zostać przez nich stratowana, też musiałam ruszyć w ich tempie. Oczywiście to było dla mnie dużo, dużo za szybko. Jak tylko się ciut przeluźniło, od razu zwolniłam. Daleko nie ubiegłam, kiedy poczułam silny ból głowy. W połączeniu z porannym ciśnieniem nie wróżyło to nic dobrego. Ponieważ biegam raczej dla przyjemności, nie miałam zamiaru umierać ani nawet cierpieć za wynik, więc zwolniłam do bardzo wolnego truchtu i zaczęłam rozważać opcje zejścia z trasy. No ale jak to tak zejść z trasy na trzechsetnym parkrunie? To już lepiej dojść albo się doczołgać! Postanowiłam więc truchtać sobie powoli, a w razie czego maszerować. Na szczęście trucht wystarczył, a chwilami nawet zrywałam się do biegu, ale ostrożnie.

Biegnę, biegnę...

Ania, moja tradycyjna rywalka łyknęła mnie dość szybko, a potem wyprzedzał mnie kto tylko chciał. O dziwo, nie wszyscy chcieli i wcale na metę nie dotarłam taka ostatnia. Gdybym dała radę na końcówce ciut przyspieszyć to przybiegłabym jako setna osoba, no ale nie dałam rady i byłam sto pierwsza.

Upragniona meta!

Na mecie otrzymałam też obiecane wcześniej goździki:
Były także ciastka, ptasie mleczko, ciasto domowej roboty - jak impreza, to impreza! Potem kto chciał mógł sobie zrobić fotkę w parkrunowej ramce, a na koniec oczywiście wszyscy ustawiliśmy się do grupowej fotki.

Nas to tylko oprawić w ramkę:-)

Uwaga: wszystkie zdjęcia (oprócz goździków) pochodzą z parkrunowego FB, a autorami są Agnieszka i Michael.

A teraz najlepsze - film!

sobota, 9 marca 2019

Ostatki z mapą

Tradycyjnie w ostatni dzień karnawału zamiast bal (czy chociażby domówkę) wybraliśmy włóczenie się z mapą po ciemnych zaułkach  Pragi, czyli zaliczyliśmy drugą część Kusaków. Znowu startowaliśmy znad Jeziora Gocławskiego, ale ja doszłam na start oświetloną alejką, a Tomek znalazł rozsądniejsze miejsce parkingowe, czyli oboje nie popełniliśmy błędów z poprzedniego razu. Na starcie byliśmy pierwsi i musieliśmy czekać na organizatorów.
Znowu dostaliśmy jakieś zbereźne mapy z rozbieraniem i po kartce plątały nam się staniki, muszki i skarpetki. Gdzie reszta odzieży - wolę nie dociekać.
Z dwunastu wycinków część była zlustrowana, część obrócona, część kompletnie ciemna i nieczytelna, czyli nie zapowiadało się łatwo. Ja nawet nie próbowałam ogarniać mapy, tylko od razu założyłam, że idę za Tomkiem i mam wszystko gdzieś. Ponieważ zarządził obejście jeziorka dookoła - nie protestowałam. Kazał szukać PK P - szukałam i nawet wskazałam mniej więcej miejsce, ale że ślepoty z nas, to stojąc przy drzewie z lampionem, nie zauważyliśmy go. Wobec braku sukcesu nad wodą, postanowiliśmy pójść wzdłuż Alei Stanów Zjednoczonych, zakładając, że coś tam musi być. Po drodze jeszcze Tomka natchnęło, że minęliśmy PK M, ale niedużo, więc wróciliśmy po niego.
Dotarliśmy do bloków ułożonych w trzy identyczne schematy, które nawet pamiętałam z oglądu mapy okolic, którego zapobiegawczo dokonałam przed wyjściem z domu. Między tymi blokami spędziliśmy pięćdziesiąt minut usiłując znaleźć cztery punkty. Jak znaleźliśmy jeden, to inne do niego nie pasowały położeniem, jak inny, to część pasowała, a część nie. W końcu połapaliśmy się, że na początku zgarnęliśmy stowarzysze i to od nich namierzaliśmy się dalej. Ostatecznie udało się wszystko naprostować, ale ile się ułaziliśmy, to nasze. Ja to nawet w tych emocjach zapomniałam, że miałam mieć wszystko gdzieś i aktywnie szukałam i kombinowałam. Na koniec zgarnęliśmy jeszcze punkt przed kładką i w końcu mogliśmy przejść na drugą stronę A.S.Z.
Po drugiej stronie niestety nie było łatwiej. Znowu nabraliśmy się na podobny układ budynków, wzięliśmy stowarzysza i namierzając się od niego bezskutecznie szukaliśmy kolejnych punktów. Ogarnięcie sytuacji, zrobienie przebitki i odnalezienie wszystkich punktów w okolicy zajęło nam prawie czterdzieści minut. Przy tym tempie nie zanosiło się, że zdążymy dotrzeć do mety przed świtem, a organizatorzy straszyli zwinięciem się o 21:20. Na szczęście potem poszło już łatwiej, a kolejną przebitkę zrobiliśmy bez wracania się i szukania, bo po prostu nad kanałkiem wzięliśmy lampion z drzewa za wcześnie. Po powrocie nad jeziorko udało się znaleźć przeoczony wcześniej punkt P i nieoptymalnie pójść na X. W międzyczasie Tomek mierzył jakieś odległości, ale nie wnikałam, bo zadania to ja z natury bojkotuję. Dotarliśmy w pobliże mety i wciąż brakowało nam dwóch punktów do wymaganych dwudziestu. Ja miałam już dość i trochę, więc złożyłam broń i zostałam na mecie, Tomek poleciał po brakujące U i B. No, po U to tam dużo się nie nabiegał, ale B było na końcu jeziora.
Spędziliśmy rekordową ilość czasu na trasie zaliczając wszystkie minuty lekkie i dodatkowo trzydzieści dwie ciężkie. Nikt tyle nie miał! A i tak nie zajęliśmy ostatniego miejsca. bo byliśmy bez bpk-ów i bez stowarzyszy.

Nieźle zaplątana trasa.

czwartek, 7 marca 2019

ABC, czyli jak zostałam Grażyną orientacji.

No dobra - dam się Wam z siebie pośmiać. W pierwszym odruchu chciałam przemilczeć i udawać, że niby nic, ale co się będę sama oszukiwać.
Niedzielę zaplanowaliśmy sobie ambitnie - trening ABC, ale na najdłuższych trasach. Tomek zapisał się na siedemnastokilometrową, ja na dyszkę. Ostatecznie musimy trenować przed RDS-em, nie? Rano łyknęliśmy po szklance soku z buraka i ruszyliśmy na podbój świata. Chyba nie wyglądaliśmy na takich chojraków, bo najpierw dostaliśmy mapy z krótszymi trasami i musieliśmy prosić o podmiankę.
Tomek oszacował, że jemu to zejdzie pewnie ze trzy godziny, więc przyjęłam, że nie muszę się jakoś specjalnie spieszyć, bo potem musiałabym czekać na niego. Kilka pierwszych punktów mieliśmy takich samych i nawet trochę się umawialiśmy, że do pierwszego pobiegniemy razem, ale gdzie tam... Jak Tomek ruszył, to tylko kurz po nim zobaczyłam. Ja nie potrafię przez las, a zwłaszcza przez młodniki zasuwać tak szybko.
Na mapie 1:15000 biegałam chyba ze sto lat temu, więc kompletnie nie umiałam oszacować odległości. Punkt pierwszy przeleciałam o jakieś 300 metrów, bo wydawało mi się, że duża droga jest za blisko i to na pewno nie ta właściwa. Jakby była jakaś inna do wyboru. Nie wiem jakim cudem trafiłam na właściwe miejsce - kiedy uznałam, że jestem za daleko, po prostu ruszyłam w przeciwnym kierunku i dosłownie wlazłam na drzewo z taśmą.
Do dwójki było łatwiej, bo miejsce było bardziej charakterystyczne, no i bardziej się pilnowałam z odległościami. Na trójkę wybrałam opcję z ominięciem strumyka, bo nie wiedziałam jak duży jest i czy da się przejść. Za to dla urozmaicenia przeszłam się po wale, walcząc zaciekle z jeżynami i inną roślinnością, znacząc swój ślad własną krwią z rozoranych nóg. Przy trójce kłębił się tłum ludzi, bo jakaś stara taśma wisząca na niewłaściwym drzewie wprowadziła trochę zamieszania. Docelowo wszyscy trafili tam, gdzie trzeba. Czwórka była rzut beretem od trójki, chyba dla sprawdzenia czujności:-)
Do piątki było jakieś półtora kilometra i bałam się czy utrzymam azymut i wstrzelę się między domostwa na końcówce odcinka. Udało się. Punkt postanowiłam zajść od strony linii wysokiego napięcia i to był dobry pomysł, bo taśmę od tej strony było widać już z daleka. Piątki nie udało się podbić, bo dziurkacz był totalnie zapchany. Razem z grupą młodych ludzi usiłowaliśmy powyciągać strzępki papieru, ale bez sukcesu. Potem dowiedziałam się, że to Tomek zepsuł dziurkacz. Sabotażysta jeden!
Na piątce moje sukcesy nawigacyjne skończyły się. Jak łatwo się domyślić, pod linią wysokiego napięcia kompas nie bardzo chciał współdziałać z mapą i kręcił się, jak mu się zachciało. Najpierw spróbowałam odsunąć się od linii, ale kiedy wpakowałam się w nieprzebytą gęstwinę, pokornie wróciłam pod druty. Pod linią wbiegłam sobie na górkę, zbiegłam z górki i postanowiłam w końcu odbić na północ wzdłuż strumyka. No, niestety - nie był to ten strumyk, który miałam zaznaczony na mapie, a ponieważ znowu przestałam pilnować odległości, sądziłam, że jestem znacznie bliżej piątki niż w rzeczywistości byłam. A potem doznawałam kolejnych zaćmień umysłu. Leciałam porządną drogą - jedyną jaka w tej okolicy była na mapie, ale wcale nie skojarzyłam, że to ta. Dotarłam do jeszcze większej drogi i zagrodzonych pastwisk. Na mapie miałam to jak wół odmalowane, ale... jakoś nie skojarzyłam. Usiłując obejść pastwiska, doszłam prawie pod punkt, brakło mi marnych 150 metrów i zawróciłam. Sądziłam, że do szóstki to jeszcze daleeeko. No, to szłam sobie dalej, szłam (czasem podbiegając) i w końcu teren zaczął mi pasować do szóstki - pola z jednej strony, pola z drugiej, a w środku las na górce. Nieduży ten las - w kilkanaście minut przeczesałam cały - drzewo po drzewie. Taśmy oznaczającej punkt nigdzie nie było. Mało tego - nie było śladu, żeby ktokolwiek tam chodził. Wyszłam na drogę za laskiem, pobiegłam kawałek w jedną stronę, kawałek w drugą, ale nie wniosło to niczego nowego do mojego oglądu rzeczywistości. Jak nie wiedziałam gdzie jestem, tak dalej nie wiedziałam. Kiedy zerknęłam na zegarek okazało się, że jestem w drodze ponad dwie godziny, zrobiłam 1/3 trasy i w zasadzie jeśli chcę wrócić mniej więcej tak jak Tomek, to pora zacząć szukać mety. Tylko gdzie???? To znaczy wiedziałam, że muszę kierować się na północny zachód, ale to jednak trochę za mało danych żeby trafić w jedno, konkretne miejsce. Zeszłam do drogi biegnącej na północ i ruszyłam, bo w sumie był to jedyny pomysł jaki mi przyszedł do głowy. Droga porządna to i leciało się fajnie i tak się rozmarzyłam i zaczęłam wyobrażać sobie, że jestem na pięćdziesiątce, do kolejnego punktu mam pięć kilometrów i jaka to ja dzielna jestem, że tak sama na taką długą trasę się wybrałam i inne podobne głupoty. Jak mi się już znudziło na północ, to skręciłam sobie w drogę na zachód i leciałam aż ubzdurało mi się, że jestem w okolicy siódemki. Nie żebym ją planowała brać, ale jakoś teren mi się znowu zgodził i nic to, że byłam ponad kilometr od siódemki, w linii prostej. Ale ukształtowanie terenu było faktycznie podobne - kończyła się droga, a przed sobą miałam strumyk. Każdy by się pomylił:-) Postanowiłam wrócić kawałek na południe, żeby wbić się w drogę idącą już mniej więcej na metę. Drogi nie było, bo i skąd skoro byłam w innym miejscu. Był za to strumyk. Myślałam, że dziwnym trafem wróciłam do strumyka przy siódemce i idąc nim dotrę do właściwej drogi. I wiecie co? Dotarłam. Mimo, że to wcale nie był ten strumyk. Na ostatniej prostej zaczęłam już spotykać innych biegaczy, więc poczułam się uratowana, bo to znaczyło, że meta blisko. I do tego zdążyłam przed Tomkiem, który faktycznie wyrobił się gdzieś w okolicach trzech godzin, no może z małym hakiem. Ja zrobiłam 15 km, a Tomek 23,5 km.
To co ja to ostatnio pisałam? Że jakoś mi dobrze idzie, azymuty i te sprawy...
Jedno się tylko zgadza - nie wpadłam w panikę i samodzielnie wybrnęłam z opresji. I jestem z tego powodu bardzo, bardzo dumna!

A tak wygląda mój mocno abstrakcyjny przebieg:


Śmiesznie?

niedziela, 3 marca 2019

4 sekundy wyciśnięte z buraka.

Tak się czasem włóczę po Internetach i czytam różne takie biegowe strony i na którejś z nich wyczytałam, że anemicy to tak średnio mają szansę na szybkie bieganie. Ponieważ ja zawsze miałam dość marne wyniki krwi, więc od razu poleciałam zrobić sobie morfologię, bo jak wyjdzie nie bardzo, to będę miała czarno na białym, że to nie ja jestem winna marnemu bieganiu, tylko anemia. Wyszło tak sobie - jeszcze w granicach normy, ale na samiutkim dole widełek. No to (naczytawszy się uprzednio jak polepszyć parametry bez leków) od razu poleciałam do sklepu i kupiłam wątróbkę, kaszankę i salceson. Za wątróbką nie przepadam prawdę mówiąc, kaszanka jest dla mnie raczej neutralna, a salceson lubię. Tak poleciałam po mięsnych rzeczach, bo ponoć żelazo hemowe lepiej się wchłania. Ale, ale - co sobie będę żałować? Następnego dnia dokupiłam worek buraków, pęczek pietruszki i chciałam jeszcze kilo gwoździ, ale w Auchan nie mieli:-( Pocieszyłam się, że w takiej pędzonej pietruszce to oprócz żelaza mam jeszcze pewnie całą tablicę Mendelejewa, więc i tak jestem do przodu i na swoje wyjdę. Z buraków utoczyłam trochę soku, spróbowałam, powstrzymałam odruch wymiotny i czym prędzej dorzuciłam do sokowirówki marchewkę i jabłko. Takie trio weszło bezproblemowo. Po fazie eksperymentów na własnym, żywym organizmie, postanowiłam napój przetestować na większej próbie badawczej, czyli na Tomku (większy ode mnie). Ustaliliśmy, że w sobotę przed parkrunem wypijamy po szklance soku i lecimy zrobić życiówki. Udało nam się wcisnąć w siebie po niepełnej szklance cudownego napoju, bo wcześniej zjedliśmy śniadanie i miejsce w żołądku było zajęte. Przed biegiem zrobiliśmy porządną rozgrzewkę, żeby nie było to czy tamto i od startu ruszyliśmy ostro. Moja tradycyjna konkurentka, podobnie jak tydzień wcześniej, została z tyłu, a ja gnałam napędzana tymi burakami. Gdzieś w połowie trasy konkurentka dogoniła mnie, wymieniłyśmy grzeczności, po czym przyspieszyłam zostawiając ją za plecami. Nooo, tego jeszcze nie przerabiałam.

 Fotka z parkrunowego fejsa - autorem jest Arek.

Gdzieś tak przed ostatnią prostą trochę chyba musiałam zwolnić, bo parę osób mnie wyprzedziło, chociaż może po prostu zaczęli tak wcześnie finiszować. Konkurentka dopadła mnie przed ostatnim zakrętem, ale słyszałam, że dyszy nie mniej ode mnie. Długą chwilę biegłyśmy łeb w łeb. Zdekoncentrował mnie Tomek, który widząc co się dzieje, zaczął mnie dopingować. Niestety, okazało się, że doping bardziej pomógł rywalce i wyprzedziła mnie o 5 sekund. Ale i tak pobiłam własny rekord i mam nową życiówkę! Poprawiłam swój rekord o całe CZTERY sekundy!Tomek swój też! Ale tylko o trzy:-) Ludzie! Jakie te buraki człowiekowi dają przyspieszenie! :-)
W drodze do Wesołej (bo pojechaliśmy jeszcze na WesolInO) doczytałam w Internetach, że tego soku to trzeba wypić pół litra żeby zadziałał, a nie - jak my - małą, niepełną szklaneczkę. Bo widzicie - najważniejsze, że my w te buraki uwierzyliśmy! Pomogło! Zresztą gdybym wypiła pół litra soku, to czas miałabym dużo, dużo gorszy, bo na trasie biegu nie ma toalet i musiałabym pewnie lecieć na najbliższą stację benzynową.

Na WesolInO już nie planowałam bić żadnych rekordów, a jedynie nie zgubić się i dotrzeć na metę. Kiedy zobaczyłam mapę, jeszcze bardziej zapragnęłam nie zgubić się. Na mapie większą część kartki zajmował opis punktów i legenda, tak 2/3 strony było po prostu białe, niezadrukowane, a w rogu widniały kółeczka oznaczające PK i linie łączące te kółeczka. Jak się dobrze przyjrzeć, to można było jeszcze gdzieniegdzie odnaleźć jakieś szczątki treści pod kółeczkami i liniami i... to wszystko. Jednym słowem - trasa Świętego Azymuta.

Chyba na tuszu oszczędzają:-)

Całe szczęście, że akurat azymuty, to jedna z niewielu rzeczy, które mi w tej orientacji dość dobrze wychodzą, więc założyłam, że jakoś dam radę. Zresztą, dość niepostrzeżenie, przeminęły już czasy, kiedy zgubiwszy się wpadałam w panikę i albo biegłam gdziekolwiek przed siebie, albo wracałam na metę, jeśli wiedziałam gdzie ona jest. Teraz potrafię się zlokalizować porównując mapę z terenem i zamiast histeryzować, myślę. Nawet działa.
Moja trasa miała pięć kilometrów i trochę podbiegów. Ponieważ po rekordach byłam już ciut wycięta, więc nie nastawiałam się na szybkość, a jedynie celność. I muszę przyznać, że z tym ostatnim nie miałam problemów. Truchtałam sobie z punktu na punkt, na azymut oczywiście i z reguły zawsze wychodziłam na lampion, a jak nie, to przynajmniej był w zasięgu wzroku. Pod górę częściej podchodziłam niż wbiegałam, przez las też nie zawsze dało się biec, toteż i czas miałam taki mniej ambitny - prawie godzinę. Na dobiegu do mety spotkałam Tomka i na ostatniej prostej zrobiliśmy sobie wyścig. Wygrałam. Albo dał mi wygrać:-)
Muszę przyznać, że sobota była dobrze wybieganym dniem!

Tak wygląda mój przebieg. Chyba dość przyzwoity?

Barchankowe zapuski

No to ile pączków zjedliście w Tłusty Czwartek? Ja sześć (dwa duże i cztery małe), a potem pojechałam na Kusaki. Bo wiecie - tam też miały być pączki:-) Tyle, że najpierw trzeba było na nie zasłużyć. Już samo dotarcie na start okazało się dla mnie karkołomnym zadaniem, bo wiedząc, że Tomek ma dla mnie czołówkę, nie wzięłam ze sobą żadnego źródła światła. Od autobusu na miejsce zbiórki musiałam przejść brzegiem Jeziora Gocławskiego w całkowitych ciemnościach. Bałam się głównie tego, że potknę się na czymś wystającym i wpadnę do wody, a temperatura zdecydowanie nie zachęcała do kąpieli.
Na starcie dowiedziałam się, że Tomek już kilka razy przejechał obok i najwyraźniej od pół godziny szuka miejsca gdzie mógłby zaparkować. Po kolejnej pół godzinie wreszcie się zjawił. Podejrzewałam, że od miejsca postoju musiał przyjechać kilka przystanków autobusem i jeszcze dojść pieszo, ale uspokoił, że całą trasę da się pokonać pieszo. Noo, da się - ja to nawet już 70 km daję rade:-)
W końcu wystartowaliśmy. Na naszej mapie były same gacie - damskie i męskie. I jeszcze tak rozpustnie skonfigurowane. Autorowi najwyraźniej zapusty pomyliły się z rozpustą! :-)
Gacie damskie układały się według jednego schematu, a męskie według drugiego. Oba schematy w jakiś tam sposób nakładały się na siebie. Gacie męskie pokrywające się ze startowymi damskimi znaleźliśmy od razu, więc łatwo zgarnęliśmy PK 20, 8 i 21. Czujnie zauważyłam, że 21 pokrywa się z 17, a stamtąd polecieliśmy na PK 16. W tym miejscu, z braku innej koncepcji, wróciliśmy wzdłuż jeziora do kanałku, bo w jego okolicy miały być PK 1 i 2. W porę zauważyliśmy, kolejny punkt podwójny: 1 i 13, a że każdy był na innym wycinku, dawało nam to spore pole manewru. Wzięliśmy kolejno 14, 15 i 2, które było też dziesiątką. Na dziesiątce spotkaliśmy Leśne Dziady i mijaliśmy się z nimi aż do dwunastki. Na dwunastce skończyły nam się koncepcje na dalszą trasę. Tomek wykoncypował, że gdzieś na północ powinny być PK 18 i 19. Piotrek, którego spotkaliśmy, uświadomił nas, że 18 i 19 są bliżej mety, ale postanowiliśmy sami się o tym przekonać. Faktycznie - zamiast tych dwóch znaleźliśmy trójkę i czwórkę. Też dobrze. Ja w tym momencie już straciłam wątek i szłam za Tomkiem licząc na to, że wie co robi. Moja wiara w niego upadła na ulicy Franciszka Żymirskiego, gdzie z zapałem godnym lepszej sprawy szukaliśmy PK 19. Kompletnie nie wiedziałam gdzie jesteśmy, ale byłam stuprocentowo pewna, że nie tam gdzie twierdził Tomek, że jesteśmy. Po długich minutach argumentacji popartej niezbitymi dowodami w postaci okolicznych zabudowań, udało mi się przekonać go, że szukamy w złym miejscu. Oczywiście nie znaczyło to, że wiedziałam gdzie szukać. Tak miotając się po okolicy w końcu Tomek wypatrzył właściwe miejsce, żłobek i budę, na której mieliśmy znaleźć odpowiedź na pytanie: A jaka micha? Budę oblecieliśmy kilkakrotnie dookoła, ale żadnej informacji o misce nie znaleźliśmy. Już mieliśmy się poddać kiedy Tomek nadepnął na sponiewierany, leżący na ziemi banner z odpowiedzią na nasze pytanie. Mając dziewiętnastkę, do osiemnastki trafiliśmy bez problemów, a Tomek dopatrzył się, że przy przedszkolu jest też wycinek z punktami 5, 6, 7. Szóstkę z założenia odpuściliśmy, bo na mapie był jeden punkt nadmiarowy, a w drodze na metę zgarnęliśmy jeszcze dziewiątkę. Tomek wyliczył jeszcze odległość i azymut z zadania, a tak dla fantazji azymut wymierzył do góry nogami:-) Mi się nie chciało mierzyć, więc nie mogłam zweryfikować poprawności. Ale co tam... Grunt, że na metę trafiliśmy. Bo wiecie - na mecie pączki, pączusie, pączeczki. Tomek to chciał wziąć jednego na spółkę, ale taka głupia to ja już nie jestem - żeby pączka odpuścić???? Fakt, po kolejnym tego dnia pączku trochę mnie zemdliło, ale przeciez musi mi ich wystarczyc na rok - do kolejnego Tłustego Czwartku.

Takie gacie!

czwartek, 28 lutego 2019

Sobotnie rytuały

Chyba zaczyna nam się wykształcać nowa, świecka, sobotnia tradycja - rano parkrun, potem FalInO lub WesolnO, w zależności, co jest akurat dostępne. Tak było i w ostatnią sobotę. Na parkruna jechaliśmy bojowo nastawieni, przekonani, że ustanowimy nowe rekordy. Własne oczywiście, nie światowe. Tomek opracował mi plan działania:
- Najpierw zapie….asz, potem trochę wolniej, a na koniec znowu zapie….asz!
Ponieważ jestem ambitna, postanowiłam trochę zmodyfikować plan i zapie….ać cały czas. Na starcie ustawiliśmy się w pierwszej linii, no bo życiówka, nie? Ruszyłam od razu ostro. O dziwo, nogi nie odmówiły współpracy, a i z oddychaniem jakoś wyrabiałam. Moja bezpośrednia konkurentka (z przedziału wiekowego) została w tyle i postanowiłam nie dać się jej wyprzedzić. Już mniej więcej pamiętam trasę, więc łatwiej mi było rozkładać siły, no i mogłam się pocieszać: jeszcze do jeziorka, do mostku, do siłowni. Tak gdzieś w trzech czwartych trasy ciut mnie przymuliło i nieco zwolniłam. Moja rywalka wykorzystała chwilę słabości i dogoniła mnie przyjaźnie zagadując.
- Kurczę, to ona ma jeszcze siłę gadać??? - pomyślałam, wysapując krótką odpowiedź.
Chwilę biegłam tuż za jej plecami, ale odległość wciąż się powiększała. Nie tak drastycznie jak dotychczas, ale jednak. Pod koniec znowu przyspieszyłam, a na ostatnich metrach, gdzie zwykle wlokę się ostatkiem sił, nawet za bardzo nie zwolniłam. Niestety, rekordu nie było - zabrakło marnych 25 sekund:-( Tomkowi zabrakło jeszcze mniej, bo 6 sekund. W następną sobotę to już na pewno nam się uda!
Po parkrunie Falenica i FalInO. Tym razem organizator nie pomylił map i panie biegały na swoich mapach, a panowie na swoich. Ponieważ ostatnio wyszło na jaw, że panie spokojnie radzą sobie z trasą męską, więc dostałyśmy traskę dłuższą niż zwykle, czyli 6 km. Faceci dostali ponad 8 km.
Ja tam byłam zadowolona, bo na takie trzy, czterokilometrowe to już mi się za bardzo nie chce wychodzić, bo to więcej dojazdu niż samej zabawy. Chętnie bym napisała, ze przeleciałam bezproblemowo, ale dwa razy się zacięłam. Najpierw  z trójki na czwórkę trochę się zapędziłam i wylądowałam przy strzelnicy, ale na szczęście od razu wiedziałam gdzie jestem, a czwórka była blisko. Do kolejnych punktów biegłam jak po sznurku i popadłam w końcu w taki samozachwyt, że to się musiało źle skończyć. Już stosunkowo blisko mety, przy grupie punktów 13-17 byłam tak wyluzowana, że prawie nie patrzyłam na mapę, a i w teren tak jakoś nieuważnie. I w efekcie zgubiłam PK 14. Oddalałam się od niego i tylko troszeczkę mi coś nie pasowało. A powinno bardzo nie pasować! Dopiero kiedy dotarłam do zabudowań, na metę Biegów Górskich skapnęłam się, że powinnam być bardzo gdzie indziej. Musiałam wrócić kawał drogi, do tego na szczyt wydmy, a przy tych wszystkich biegaczach górskich wstyd mi było włazić krok za krokiem, więc wbiegłam na tę pioruńską górę mało nie wyzionąwszy ducha. Na ostatnie punkty już się bardziej skupiłam. Ponieważ trasę pokonywałam spokojnie, świńskim truchtem, to i miejsce odległe. Ale podobno im wolniej się biegnie, tym szybciej się chudnie (czy jakoś tak), więc nie narzekam.
Szybko to było na parkrunie, a FalInO to rozrywka.


Trasa kobieca.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Gó…ne OrtInO (czyli jak OrtInO zeszło na psy)

Czemu taki tytuł? Zaczęło się od Zuzanny. Spotkałem ją jak szukaliśmy startu. Owszem znaleźliśmy, ale był on po drugiej stronie płotu. Gdzieś pośród huśtawek i innych atrakcji dla najmłodszych. Poszliśmy wzdłuż płotu do furtki i niestety, buty Zuzanny (nówki nie śmigane) zaliczyły pierwszą psią kupę. Zuzanna z przerażeniem zaczęła czochrać buta o pobliską trawę i dopytywać się czy na trasie jest może jakaś woda do sforsowania w bród. W mieście ciężko o takie atrakcje, bo wszędzie są mosty i kładki, ale zostały jej wskazane przez usłużnych okoliczne oczka wodne (takie w promieniu 5-10 km).
Było dość chłodno (wiatr), więc nie czekając na zegar, pobrałem mapę i udałem się w świat. Pierwszy PK wiedziałem gdzie jest – prawdę mówiąc idąc na start stwierdziłem, że w tak charakterystycznym miejscu (samotne drzewo na górce) musi być lampion i sprawdziłem – rzeczywiście był. Na tym wiedza gdzie co jest się skończyła. No dobra, 4 wycinki w kształcie fajek były w planie mapy, więc wiedziałem, że trzeba iść gdzieś ”w górę i w prawo”. Pozostałe fajki miały mieć części wspólne, ale w nocy wszystkie orta są takie same. Dla ścisłości - są taką samą ciemną plamą. Tak po zawartości (dużo zielonego) coś mi mówiło, że obok startu powinien być wycinek z PK H (jak nic Forty Korotyńskiego). Tyle, że jakoś nic mi nie pasowało. Pochodziłem i nie znalazłszy dopasowania powlokłem się na „ustnik” pierwszej fajki. Ustniki były pozamieniane, ale to była najprostsza część łamigłówki. Potem druga fajka (z dwoma PK) i ustnik z charakterystycznym obiektem, który pozwalał dopasować coś więcej. Zdobywszy sposobem alpejskim PK na Górce Szczęśliwickiej poszedłem dopasowanym cybuchem na PK A. Okazało się, że tuż obok jest punkt W. No cóż, myślałem, że wyląduję gdzie indziej, a tak zostało mi się wracać na PK L. Po drodze spotkałem ekspresowy tramwaj pod wodzą Pawła i Andrzeja. Co to za radocha szukać punktów w 6 osób? Po małej wymianie informacji uświadomiłem ich gdzie jest wycinek ACT, oni zaś podpowiedzieli gdzie szukać PK X. Nie zostało mi nic innego jak pognać za nimi z powrotem, w okolice gdzie byłem, czyli do PK L. Tu na drodze stanęły mi płoty. Błąkając się bezradnie po terenach zamkniętych dotarłem wreszcie do lampionu schowanego w żywopłocie i kolejnego PK E, którego kilkanaście minut wcześniej podbijałem jako PK C. Ech te punkty podwójne – ile to człowiek się nachodzi!
Dobra, odwaliłem "górę" mapy. Reszta wycinków musi być gdzieś na dole w okolicach startu. Znalazłem PK M, P, po chwili szukania PK S. Do PK R poszedłem na "skróty" - naokoło, niepotrzebnie okrążając szkołę z przylegającym blokiem. Zasadniczo byłem już po czasie, więc postanowiłem iść "na Leszka". Nawet zastanawiałem się, czy nie potwierdzić nadmiarowego, 20-go lampionu!
Został ostatni wycinek – ten, z którym walczyłem na początku. Z opisu wynikało, że to ten drugi zlustrowany. I zaczęło się wszystko zgadzać! Na koniec potwierdziłem jeszcze klubowy lampion nr 44. Zostało jeszcze zadanie. Jako że odwiedziłem PK A i PK B osobiście , naniosłem je na mapę i gdzieś tam mierząc skalę udało mi się chyba po raz pierwszy idealnie określić odległość na OrtInO!
Tak ogólnie jako jedyny przeszedłem trasę i rozwiązałem zadanie bezbłędnie. To drobne spóźnienie i 20 ciężkich minut to pryszcz;-)
Tylko jedna rzecz na OrtInO mnie zniesmaczyła. To tytułowe gówno. Konkretnie - psie gówno. Oczywiście także takowe zaliczyłem. I nie zauważyłem. A że buty mają „agresywną podeszwę”… no cóż - następnego dnia zastanawiałem się co tak mi nieładnie pachnie. Niby dbam o higienę, myłem się, a nawet napachniłem się jakimś dezodorantem….
Nie miałem nożyczek ani drugiej mapy, więc w pewnej chwili odrywałem wycinki by sprawdzić ich dopasowanie

wtorek, 19 lutego 2019

Skorpion ukąsił boleśnie

W tym roku późno zainaugurowaliśmy sezon pięćdziesiątkowy, bo dopiero w lutym, ale Tomek był wcześniej zarobiony, a ja zadowolona, że zimą mogę siedzieć w ciepłym domku. W końcu jednak postanowiliśmy ruszyć tyłki i zapisaliśmy się na Skorpiona. W ubiegłym roku byłam po raz pierwszy i Tomek przed wyjazdem straszył mnie jarami i trudnością trasy. Udało nam się wtedy wziąć komplet punktów w niecałe jedenaście godzin. Ponieważ przez rok intensywnie trenowałam na kolejnych pięćdziesiątkach, więc nie czułam specjalnego respektu przed Skorpionem. Pójdziemy, zbierzemy co trzeba, wrócimy i po sprawie - tak sobie kombinowałam. Już ilość PK oraz szesnastogodzinny limit czasu powinny dać mi do myślenia, ale ja do ostatniej chwili byłam optymistką. Nawet kiedy setkowicze nie pojawili się rano, tłumaczyłam sobie, że pierwszą pętlę mieli dłuższą i przyjdą później. Kiedy do bazy dotarł pierwszy z nich - Marcin - z zapałem filmowałam jego ubłocone buty i jeszcze nic mi to nie dało do myślenia.
Pierwsza myśl na widok mapy wypłynęła spontanicznie:
- Ożesz w mordę, w pieron daleko!
Kartka z opisem punktów była nudna i mało urozmaicona: początek wąwozu i rozgałęzienie wąwozu, na górze albo na dole. I nic, absolutnie nic więcej! Twórczym myśleniem to się autor mapy nie popisał:-)
Przez dziesięć minut między rozdaniem map, a startem kombinowaliśmy nad wariantem - w prawo, w lewo, czy może nietypowo od razu do góry? W końcu zdecydowaliśmy się zacząć od PK 22. Najpierw asfaltem na most, przez rzekę Wolicę, drogą między polami, prawie do samego jaru. Przynajmniej na mapie wyglądało to tak ładnie. Polna droga okazała się jedną wielką błotną mazią, a samo dojście do punktu przez pola pokazało nam z czym będziemy musieli walczyć na trasie. Jakoś ponad tydzień temu Tomek chciał mi kupić obciążniki biegowe na nogi, a tu patrz pan - dostaliśmy je gratisowo na zawodach. Po paru krokach przez zaorane pole każda noga oblepiona była kilogramami błota tworzącego wysokie koturny, na których ciężko utrzymać równowagę, że już nie wspomnę o trudnościach z podnoszeniem nóg .

Gustowne błotne buciki.

W końcu udało się dotrzeć do punktu, przy którym kręciło się już kilka osób, miedzy innymi Marcin - przyszły zwycięzca setki. Na kolejny punkt ruszyliśmy za nim, bo też i trudno było wykombinować inną trasę jak tylko przez pola, po prostej. Na odprawie co prawda organizator mówił, że nie będziemy chcieli chodzić polami, ale co on tam wie o naszych upodobaniach? :-) W drodze na PK 20 zgubiliśmy Marcina, ale za to spotkaliśmy pierwszy okaz tambylczej fauny - centaura. Z bliska co prawda okazało się, że to człowiek na koniu, ale centaur brzmi zdecydowanie lepiej.
PK 20 stał wcale nie na początku wąwozu, tylko już w jego trakcie, więc i my i ponownie spotkany Marcin uparcie szukaliśmy lampionu w innym miejscu, biorąc nawet pod uwagę opcję, że jesteśmy w złym wąwozie. W końcu postanowiliśmy brać co jest, bo szkoda czasu na czesanie całego lasu.


W dwóch milimetrach w skali mapy się mieścił, ale miał się nijak do opisu.

Z dwudziestki na dziewiętnastkę szykował się trochę dłuższy przelot. Staraliśmy się iść jak najmniej po błocku, a że alternatywą był śnieg, buty miałam przemoczone na wskroś i zaczynały mi marznąć stopy. Nawet nie przypuszczałam jak szybko rozgrzeją mnie emocje na ostatniej prostej. Kiedy już zbliżyliśmy się w okolice poszukiwanego jaru, okazało się, że między nim, a nami ciągnie się siatka ogradzająca sad. Po chwili zastanowienia postanowiliśmy obejść ją z prawej strony, w sumie nie wiedząc jak daleko ciągnie się z każdej strony. Wydawało się, że w pewnej odległości widać koniec ogrodzenia, ale kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, że to tylko jego załom, a ogrodzenie ciągnie się po horyzont. W sumie to nawet wyglądało jakby cała kula ziemska była tą siatką przedzielona na pół. W załomie była zamocowana jakaś zdezelowana brama, w jednym miejscu na tyle niska, że zdecydowaliśmy się przeleźć górą. Osobiście nie jestem zwolenniczką naruszania własności prywatnej i włamywania się na posesje, ale wizja maszerowania w nieskończoność wzdłuż siatki była jeszcze trudniejsza do przełknięcia.

Co nam to przyszło wyczyniać na stare lata!

 Szczęśliwi ruszyliśmy dalej, a tu po kilkunastu (może kilkudziesięciu) metrach kolejna siatka! I to wyższa niż sforsowana wcześniej furteczka. Ruszyliśmy wzdłuż niej szukając jakiejś dziury lub chociaż obniżenia.
- Uff, nasi tu byli! - zawołaliśmy na widok naderwanej siatki z wbitymi w ziemię kołkami ułatwiającymi wspięcie się na górę. Ja szybko przeskoczyłam na drugą stronę niczym rącza łania, chcąc jak najkrócej popełniać przestępstwo, Tomek celebrował i celebrował przechodzenie. W końcu i jemu się udało. Jak myślicie - na co natknęliśmy się po chwili? Tak - na kolejne ogrodzenie. To na szczęście udało się jakoś łatwo pokonać, ale kiedy zobaczyłam czwartą siatkę, z ust wyrwał mi się spontaniczny okrzyk:
- O kurła!!!
Ostatnia siatka okazała się być najbardziej zdezelowana i w końcu trafiliśmy na miejsce gdzie po prostu leżała na ziemi. Jak się potem dowiedzieliśmy przygody z siatkami stały się udziałem sporej części zawodników.
Kolejny PK - osiemnastka - był w odnodze głębokiego wąwozu, na początku (a z naszego punktu widzenia na końcu) odnogi, na górze. My oczywiście najpierw zeszliśmy do wąwozu głównego w najbardziej stromym miejscu, by przejść dołem do naszego wąwoziku.  Zlazłam z narażeniem życia, ale warto było, bo jar był przecudnej urody. O taki:

W oryginale wygląda jeszcze lepiej.

Do siedemnastki zaliczyliśmy podobnie karkołomne zejście, bo punkt był na dnie wąwozu, w jego rozgałęzieniu. Wąwóz z PK 16 był tuż przy zabudowaniach i wzbudziliśmy zainteresowanie gospodarzy, przez których podwórko usiłowaliśmy się przedrzeć, nie wiedząc czy jest jakaś możliwość obejścia. Sympatyczny pan nie dość, że pozwolił przejść, to jeszcze wskazał drogę.
Piętnastka to praktycznie wysypisko śmieci, bo tak miejscowa ludność potraktowała dziurę w ziemi. Mało przyjemny punkt.
Żeby dotrzeć do dwudziestki trójki musieliśmy sforsować dwa strumyki. Niby na mapie było coś zbliżonego do mostka, ale kto to wie gdzie tego szukać i czy w ogóle, bo przez te dziesiąt lat od powstania mapy, mostek mógł już dawno odejść w niebyt. Na szczęście udało się znaleźć na tyle wąskie miejsce, że mogliśmy przeskoczyć. Za to za strumykami ciągnęło się wielkie pole ryżowe. To znaczy my typowaliśmy takie jego przeznaczenie, bo wszędzie stała woda po kostki. Niby w butach i tak mieliśmy już mokro, ale świeża dostawa zimnej wody i tak nami lekko wstrząsnęła.

Pole ryżowe?

Już przy samym punkcie spotkaliśmy Przemka, który po całej nocy i ponad połowie dnia nie wyglądał zbyt przytomnie. Ale wciąż trzymał się na nogach i plany miał wielkie. Zastanawialiśmy się na co iść najpierw - na dwunastkę czy trzynastkę i w końcu my poszliśmy na dwunastkę, a Przemek na trzynastkę.
Na dwunastce straciliśmy jakieś piętnaście minut. Niestety przez te kilkadziesiąt lat od aktualności mapy, trochę się w terenie pozmieniało  i chociaż naprawdę byliśmy blisko, to wąwozu nie mogliśmy znaleźć. Nawet jakiś uczestnik trasy 20 km pokazywał nam, w którym kierunku szukać, ale Tomek za nic nie chciał uwierzyć, że to tam. Tym bardziej, że wskazany kierunek pokrywał się z tym, gdzie i ja chciałam szukać;-) W międzyczasie dogonił nas Przemek, który w czasie gdy my błąkaliśmy się po okolicy, zdążył zaliczyć PK 13. Nawet chciałam pożerować na nim, skoro mu idzie tak dobrze, ale Tomek chciał po swojemu. Ostatecznie i tak spotkaliśmy się przy lampionie.

 PK 12

Trzynastka na szczęście weszła bez problemów, a na punkcie ponownie spotkaliśmy człowieka z kijkami, który wcześniej kierował nas na dwunastkę.
Do czternastki polecieliśmy lasem i nawet natknęliśmy się na przecinkę zaznaczoną na mapie, a ostatni odcinek znowu polami. Samo zejście do jaru Tomek zaznaczył efektownym zjazdem na tylnej części ciała, dzięki czemu jego wygląd wzbudzał potem szacunek i podziw.

 Na PK 14

Z dwudziestki czwórki było tak blisko do bazy, że tylko i wyłącznie nadludzkim hartem ducha powstrzymałam się przed ucieczką z trasy i powrotem na metę. Tak prawdę mówiąc to dość miałam już znacznie wcześniej, praktycznie po kilku pierwszych punktach. Obrzydliwe błocko wyssało ze mnie większą część energii, ale przecież nie mogłam po kilkunastu kilometrach powiedzieć, że nie chcę iść dalej. Zresztą póki człowiek się nie przewraca, to powinien iść dalej.
Za PK 25 pojawił się pierwszy dłuższy asfalt i pierwsza okazja żeby trochę przyspieszyć. Mimo zmęczenia zebrałam się w sobie i pobiegłam. W końcu im szybciej, tym krócej.
Na jedenastce miało być ognisko. Mieliśmy nadzieje, że organizatorzy jeszcze się z nim nie zwinęli, bo przy starcie nie byli w stanie powiedzieć, do której będzie czynne.  Tomek to już z daleka czuł dym, ale moim zdaniem tylko w wyobraźni, bo ja poczułam dopiero kiedy już dość długo szliśmy wąwozem. Przy ognisku nastąpił historyczny moment - pierwszy raz podczas pięćdziesiątki zmieniłam skarpety. Zawsze oczywiście mam zapasowe ze sobą, ale nigdy jeszcze nie były potrzebne. I zmieniałam je bynajmniej nie z powodu wilgoci, bo chodzenie w mokrych nie robi już na mnie wrażenia. Tym razem musiałam pozbyć się kilku kilogramów gliniastego błota, które oblepiało moje stopy i tworzyło uwierające nierówności pod podeszwą. No, nie dawało się chodzić. Wypiliśmy też po kubku gorącej herbaty, do której zaordynowałam sobie masę cukru i po tych wszystkich zabiegach poczułam się jak nowa. Mogliśmy iść dalej.

Troszkę zasiedzieliśmy się na PK 11.

Przy ognisku zaczęło się już powoli ściemniać i wyjęliśmy czołówki. Tomek oczywiście spakował mi to niedorobione bździdło, co to się z nim dogadać nie umiem, ale jak się idzie we dwoje, to w sumie i jedna latarka starczy, więc nie protestowałam specjalnie. No dobra, muszę przyznać, że na mapę patrzy się z tym nawet nieźle, ale poza mapą - tragedia. Co ruszyłam głową do góry albo do dołu to lampka świeciła raz mocniej, raz słabiej, a moje stare oczy nie nadążały akomodować i nigdy nie były na bieżąco z mocą światła. No i rozejrzeć się dookoła ciężko, bo wiązka światła wąziutka i nie daje się regulować.
Dziesiątkę podbijaliśmy już po ciemku, ale znaleźliśmy ją łatwo.  Z dziewiątką też nie było problemów, a widoczność malała z minuty na minutę. Oprócz tego, że zrobiło się ciemno, to zewsząd sączyła się gęsta mgła i nic nie było widać na wyciągnięcie ręki. Dobrze, że te wąwozy były wielkie i trudno było je ominąć niezauważone.
Wiedzieliśmy już, że na pewno nie weźmiemy wszystkich punktów i planowaliśmy po szóstce zacząć wracać. I chyba tylko ta obietnica powrotu trzymała mnie przy życiu. W drodze na ósemkę zjadłam ostatniego batonika, ze zdziwieniem konstatując, że pierwszy raz w życiu pożarłam wszystko, co wzięłam na drogę i jeszcze mi było mało. Do tej pory batoniki głównie wyprowadzałam na spacer, a zjadałam w samochodzie w drodze powrotnej.
Na ósemce ponownie spotkaliśmy Przemka, który przeoczył ten punkt i musiał po niego wracać. Nadłożył kawał drogi i w efekcie odechciało mu się dalszej walki o komplet punktów.

Spotkanie na PK 8

Za to chętnie odprowadził nas do Kryniczek, chociaż nasza siódemka nie była jego punktem. Chyba naprawdę stracił serce do tej swojej setki.
Na szóstkę doszłam już na rezerwie, a tam pod samym lampionem czekała na mnie ławeczka. Normalnie cud! Mogłam na moment przysiąść i zebrać się w sobie.

Ławeczka taka bardziej z konara, ale dobre i to.

Niby z szóstki mieliśmy wracać do bazy, ale kiedy Tomek rzucił hasło, że z piątki będzie praktycznie taka sama odległość, a dodatkowy punkt zdobyty, nie wahałam się długo i mimo zmęczenia chętnie poszłam. Bo to jest tak, że albo żałuje się natychmiast, że się idzie i męczy, ale trwa to tylko do powrotu do bazy, albo żal, że się nie poszło jest odroczony, ale trwa dużo dużo dłużej, może nawet już zawsze?
Między szóstką, a piątką była cywilizacja z asfaltem i rzeką, którą musieliśmy pokonać mostem. Tradycyjnie zachodząc zabudowania od d..y strony natrafiliśmy na ciąg ogrodzeń, a wiadomo jak to jest trudno przebić się do drogi kiedy wszystko jest pogrodzone. W efekcie znaleźliśmy się na czyimś podwórku, dookoła rozszczekały się psy (nie wiadomo czy na uwięzi), a jedyną drogą szybkiej ewakuacji (zanim gospodarz wyskoczy z kosą) było przeczołganie się pod ogrodzeniem, na szczęście zrobionym z desek, a nie siatki. Między pierwszą deską, a ziemią było dość miejsca żeby zwiać. Oczywiście za jednym płotem był kolejny, szczęśliwie o podobnej konstrukcji, więc uszliśmy z życiem.
Piątki za nic nie mogliśmy znaleźć. Przy zerowej widoczności kierowaliśmy się tylko wskazaniami kompasu i liczeniem kroków. Niestety, droga którą nadeszliśmy nie szła dokładnie po równoleżniku jak założyliśmy i znaleźliśmy się za daleko na północ od punktu. Miotając się we mgle znowu natknęliśmy się na Przemka, który podobnie jak my miał problem ze znalezieniem piątki. Szukaliśmy razem, no ale ile można. W końcu poddaliśmy się i postanowili wracać. Przemek został, zupełnie niepotrzebnie, bo ostatecznie też  nie znalazł. A mogło być tak pięknie, bo gdybyśmy od razu wzięli piątkę, to i czwórki na pewno nie odpuścilibyśmy tak łatwo. Wrócilibyśmy tylko bez trzech punktów, a nie bez pięciu.
Z nieznalezionej piątki do bazy było w pieron daleko. Tomek bał się powiedzieć mi ile i skłamał, że tylko sześć kilometrów. Zmierzyłam sobie na mapie i mi wyszło osiem. Ile by nie było, wrócić i tak jakoś trzeba było, a nie zakładałam podwózki i dyskwalifikacji. Cała droga powrotna to już był asfalt i teoretycznie mogliśmy pobiec żeby było szybciej. Niestety - tylko teoretycznie. Moje nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa, a szczególnie mięśnie odpowiedzialne za ruch odrywania od podłoża i unoszenia do góry. Mogłam tylko szurać noga za nogą. Zresztą nawet i z tym miałam problemy, bo zrobiło się tak zimno, że impulsy z mózgu idące do nóg zamarzały wpół drogi i nogi nie wiedziały co robić. Tym sposobem po raz pierwszy nie biegliśmy od ostatniego punktu. Do kompletu "pierwszych" rzeczy (skarpetki, żarcie, bieganie) dorzucić można jeszcze zamarznięcie kamerki, co też się nie zdarzało i przez to nie mamy uwiecznionego powrotu na metę.
W bazie litościwie Ania (dziecko drogie) zatroszczyła się o mnie - podała piwo, przyniosła obiad, oddała swoje ostatnie batoniki - jednym słowem podtrzymywała moje funkcje życiowe. Ostatkiem sił dowlokłam się pod prysznic i w końcu padłam na materac. Powrotu do domu odmówiłam stanowczo. Tego mogłabym już nie przeżyć.
Rano obudziłam się w całkiem dobrej kondycji - skurcze nie łapały, chodziłam bez trudu, nawet schody nie robiły na mnie wrażenia. Czyżbym jednak za mało dostała poprzedniego dnia w kość?

A tak wyglądało nasze przejście:


Będzie jeszcze oczywiście film. Bądźcie czujni!

piątek, 15 lutego 2019

Orient czyli spacer po wysypisku.

Po sobotnim bieganiu nadszedł czas na niedzielne maszerowanie, czyli Orient Trepa. Przed rozpoczęciem imprezy miało jeszcze odbyć się podsumowanie TMWiM-a za zeszły rok, a ponieważ Tomek jest sędzią konkursu, więc miał odpowiedzialne zadanie uhonorowania statuetkami i dyplomami najlepszych uczestników. Poszło sprawnie i nawet sam sobie wręczył nagrodę - taki jest wielofunkcyjny. Tylko w nagłośnieniu wspomagał go Piotrek, bo to człowiek o wielkim głosie i dobrze się sprawdza w roli megafonu.

Zwycięzcy kategorii TU.
Fot.: Andrzej Krochmal

Po zakończeniu części oficjalnej mogliśmy ruszyć na trasę. Mapa pierwszego etapu poszatkowana była na dwanaście części, każda w kształcie trylinki, a na domiar złego wycinki stykały się ze sobą, a nie pokrywały. Nawet na milimetr. I jeszcze dodatkowo były poobracane, a niektóre zlustrowane. Od razu wyjęliśmy nożyczki i taśmę klejącą i usiłowaliśmy poskładać to do kupy. Jakoś po sklejeniu trzech wycinków poddaliśmy się i postanowili resztę dopasowywać w terenie. Okazało się, że wcale to nie był głupi pomysł. Szło dobrze aż do wysypiska śmieci, które w tym rejonie uchodzi za główną atrakcję turystyczną i już w kolejnych zawodach stawiane są tam punkty. Usytuowanie wycinków względem siebie wciąż nam się zgadzało, ale względem dołączonego schematu, to mi jakoś przestało. Tomek utrzymywał, że jest dobrze, ale ja wcale nie umiałam się odnaleźć w tej śmietnikowej rzeczywistości. Dodatkowo dotarliśmy do wycinków zlustrowanych i wtedy już całkowicie straciłam wątek. Luster to ja nie ogarniam i nawet już nie próbuję niczego z tym zrobić. Poddaję się. Przez jakiś czas szłam więc tak za Tomkiem, ufając, że wie co robi i specjalnie nie angażując się w prowadzenie. Pod sam koniec trasy, jak wyszliśmy z luster, ogarnęłam się i znowu wiedziałam gdzie jestem. 
Cała ta wyprawa zajęła nam mnóstwo czasu, ale uznaliśmy, że zapłacone, to trzeba wykorzystać do maksimum i wcale, ale to wcale nie spieszyliśmy. Tylko za czas udało nam się uzyskać 100 punktów karnych:-)
Drugi etap wyglądał przyjaźniej, bo były tylko cztery wycinki i to zachodzące na siebie, czyli to, w czym czuję się dobrze. Od razu udało mi się poskładać mapę, a Tomek pracowicie posklejał ją do kupy. I poszliśmy. A tak w ogóle, to w lesie było wyjątkowo przyjemnie - zacisznie, ciepło, zielone mchy - no, tak już wiosennie. Też się nie spieszyliśmy, bo i po co?

Na żywo wyglądało znacząco ładniej.

Ja to miałam więcej czasu na delektowanie się spacerem, bo swoją robotę (składanie mapy) odwaliłam na samym początku, a prowadzeniem zajął się Tomek. Dwóch poskładanych map nie mieliśmy, więc czułam się zwolniona z obowiązku śledzenia trasy. No dobra, tak kontrolnie zaglądałam mu przez ramię, głównie żeby sprawdzić czy daleko jeszcze.

Tomek ustala (sam ze sobą) gdzie pójdziemy dalej.

Udało nam się załapać na stowarzysza, bo jakoś mało czujni byliśmy. I tylko 17 minut lekkich. Tak trochę zaczęliśmy się nawet spieszyć, bo zapisaliśmy się też na biegi. Ostatecznie jednak zrezygnowaliśmy z biegania, bo organizator też człowiek i do domu kiedyś musi wrócić, a tak to czekałby na nas i czekał i czekał. No to ruszyło nas sumienie i odpuściliśmy. Ja i tak czułam w plecach te przebyte kilometry. Zauważyłam, że ta sama ilość kilometrów przebiegnięta jest mniej męcząca (dla kręgosłupa) niż przejdzięta (no właśnie, co zrobiona??). Ale mi się porobiło!
Ostatecznie po obu etapach zajęliśmy ósme miejsce na jedenaście zespołów i to nam trochę przypomniało, że coś rzadziej ostatnio startujemy w MnO. A wiadomo, że praktyka czyni mistrza. Ponieważ jednak z czasem krucho, to z tym "mistrzostwem" może być lekki problem.


czwartek, 14 lutego 2019

Parkrun i FalInO

W sobotę zaszaleliśmy i zaliczyliśmy dwa biegi: parkrun i FalInO. Z parkrunem mam ostatnio problem - miałam bić rekordy jak szalona, a tymczasem chała - jest coraz gorzej. Dobiegam do pewnych określonych miejsc i czuję kompletny odpływ sił. Koniec, kropka - nie da rady , trzeba zwolnić. Wiem, że to dzieje się w głowie, bo tak samo miałam na naszej przydomowej trasie leśnej. Tutaj wystarczyło zmienić kierunek biegu, na parkrunie raczej się nie da. Może trzeba spróbować pobiegać w innej lokalizacji i tak oszukać umysł? Trzeba by spróbować.

Tuż przed metą.
Fot.: D. Mikulski (prawdopodobnie:-))

Prosto z Parku Skaryszewskiego pojechaliśmy do Falenicy. Tam czekała nas niespodzianka - trasa męska i kobieca były takie same, bo organizatorowi coś się poptaszkowało z mapami i wydrukował tylko jedną wersję. Wybiegłam na trasę pierwsza, żeby Tomek mógł mnie dogonić, przegonić i dotrzeć na metę dużo przede mną. Co mu miałam żałować tej satysfakcji? :-)
Pierwszy punkt umiejscowiony był na boisku, ale tym razem brałam to pod uwagę i nie przeżyłam szoku. Od razu wiedziałam gdzie biec. Za to już przy drugim punkcie nadłożyłam drogi i zupełnie niepotrzebnie obiegłam budynek naokoło. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że chciałam jak najszybciej wyrwać się z tłumu biegaczy górskich podążających na start i skręciłam w las przy pierwszej okazji. Potem samo już tak głupio poszło.
Do punktu szóstego szło dobrze, a siódemkę przeleciałam. Biegłam tak mniej więcej na azymut, większą uwagę zwracając na biegaczy górskich masowo śmigających po okolicznych drogach niż na kompas.Kiedy nagle zobaczyłam przed sobą zabudowania, wiedziałam, że jestem za daleko. Na punkt wracałam też tak mniej więcej, ale docelowo skutecznie.
Przy dwunastce spotkałam Tomka i tak profilaktycznie spytałam gdzie jest dołek, do którego lecę, a tu okazało się, że już za mną. Znowu musiałabym wracać i szukać. Jednak jest prawda w powiedzeniu: kto pyta, nie błądzi.
Siedemnastka moim zdaniem była źle rozstawiona, ale dawała się łatwo znaleźć jak się człowiek rozejrzał dookoła. Punkt miał stać za górką, a był na jej zboczu. No, chyba, że ja niedowidzę.
W całym tym bieganiu wcale najtrudniejsze nie było znalezienie punktów, tylko przedarcie się przez tłum biegaczy górskich, kiedy nasze trasy krzyżowały się ze sobą. Można było albo ich przeczekać (a czas leciał), albo pchać się na chama między nich. Stosowałam obydwie techniki, przy drugiej starając się ograniczyć chamstwo do minimum.

Tak wygląda mój przebieg.

Przed ostatnim punktem czekał już na mnie Tomek gotów do uwiecznienia mojego finiszu. Chyba szybko musiałam zasuwać, bo wszystkie zdjęcia wyszły rozmyźgane i dopiero przy samym lampionie, jak wyhamowałam, trochę lepsze.

Uff, ostatni punkt!

Tradycyjnie w wynikach szału nie ma, ale źle też nie, bo uplasowałam się dokładnie w połowie stawki. Następnym razem będzie lepiej!