poniedziałek, 30 marca 2015

Jutro egzamin, a ja... w lesie!

Jutro egzamin na OInO-ka, a ja jeszcze nie zaczęłam się uczyć:-( No, ale kiedy? Albo jestem na kursie, albo na zebraniu, albo na marszu, albo na biegu. A tu jeszcze okres przedświąteczny i na szmacie wypadałoby pojeździć.
Jedyne co trzyma mi się głowy to wiedza bezużyteczna - pamiętam różne dziwne daty z dziejów PTTK, co kiedy się łączyło, daty z początków imprez na orientację, no i oczywiście wiem dlaczego InO. Czy Wysoka Komisja może uwzględnić tę moją wiedzę i zadać mi stosowne do okoliczności pytania???
Dodatkowo ogarniam sędziowanie, chociaż T. usiłuje mi wmówić, że absolutnie nie. Myślę, że to wynika jedynie z zazdrości, bo już nie będzie miał czym zabłysnąć przede mną, że on taki mądry, a ja nie wiem o co biega. Pomylić - jasne, że się mogę (jak każdy), ale znam i rozumiem zasady. Halllo! Czy Wysoka Komisja to czyta????
Tylko niech mnie Wysoka Komisja nie pyta z podziału map (definicje nie zagnieżdżają się w moim umyśle), ani o CODGiK, bo tej nazwy w życiu nie zapamiętam.
I w ogóle to proszę o łagodny wymiar kary, bo Wysoka Komisja sama wie, że czarny RP jej się nie przysłuży.
Poza tym, w razie potrzeby, zrewanżuję się na parapecie. Podkreślam - zrewanżuję się na parapecie!


 

niedziela, 29 marca 2015

Lampionada na ostro!

T. po Zawieprzycach wcale nie miał dość i wybrał się na Lampionadę:


Testuję nowa imprezę. Cykliczną, w Mińsku Mazowieckim. Testuję samopas, bo Moja Druga Połowa czuje stanowczy przesyt po wczorajszych wyczynach w Zawieprzycach i odmówiła współpracy.
Na pierwszy ogień trafienie do bazy. Jako że już kiedyś błądziłem w okolicy, udało się całkiem sprawnie, bez wspomagania niedozwolonymi środkami technicznymi. Na starcie organizator i pierwszy chętny do biegu. Ja ruszam na TZ. Okazuje się, że ów TZ przypomina typowe TP. Jak zwał tak zwał – podejrzewając jakieś podstępy budowniczego ruszam ostrożnie w teren, wyznaczam skale i inne takie. Jakoś nie widzę żadnych niespodzianek. Delektuję się przyrodą – pięknym drzewkiem na PK 9, najstarszą w Polsce sosną z PK5. Tzn. owa sosna (trzeba było zapamiętać jej obwód - 360cm) w żaden sposób nie kolegowała się z lampionem. Chodziłem tu i tam, zwiedziłem jakieś bagienko, przekopałem pobliskie górki i nic. Zastanawiałem się czy na zapałki przerabiać pobliski stos metrówek… Bo karta startowa była zafoliowana i BPKa nie było jak wpisać. Olśniło mnie, że mam marker cd/dvd! Wpisałem BPKa i zniesmaczony poszedłem na 4-ke. Tu spotkałem idących pod prąd S.O. i M.S. M.S. na migi pokazuje mi „nie ma”. Sławek potwierdza. Jak Tomasz nie wierzę i samodzielnie czeszę teren. Rzeczywiście nie ma! Drugi pod rząd wrrr. Mijając kolejne grupy znajomych (jak widać znowu poszedłem pod prąd), wesoło podbiegając, przemieszczałem się dalej w kierunku mety. Tu oczywiście chciałem obić organizatora, ale że to pierwszy jego raz, więc wspaniałomyślnie mu darowałem!
Jako że TZ pokonałem żwawo, została chwila do godziny powrotu, którą wyznaczała mi MDP – akurat by się przebiec. Szybka zmiana stroju i na start. Jako weteran, a co! I tu zaczęło się „na ostro”. Dokładnie po pierwszym PK. Numerek drugi był dla mnie nowy, ale w charakterystycznym miejscu, łatwy do zlokalizowania względem PK 11 z trasy TZ. Namierzyłam, zakręciłem w krzaki gdzie trzeba i… trafiłem na dziką różę. Naprawdę ostrą! Brocząc krwią z rozległych ran kłutych rozglądam się za lampionem. Nie ma! Patrzę na mapę, kombinuje, namierzam z tej i z drugiej strony. A lampionu jak nie było, tak nie ma. Całkiem zniechęcony postanawiam czesać dalej. Wreszcie znajduję, ale skandalicznie daleko od miejsca gdzie być powinien – pewno budowniczy wolał uniknąć kontaktu z kolcami – całkiem go rozumiem. Ogólnie teren jest bardzo kolczasty i bieganie na azymut tylko w nielicznych fragmentach lasu jest możliwe i często to, co wg mapy powinno być dobrze przebieżne, jest dobrze kłujące. Po czasie straconym na PK2 straciłem chęć do biegu.  Biegowo i kondycyjne wykończyły mnie długie przebiegi pomiędzy PK4-5-6. Unikając kolców pogubiłem się na PK 8 (trochę mapa mi się z terenem tu nie zgadzała 9-tka stała prawie przy linii SN a 8 była od niej zbyt daleko). Potem bezsensowny przebieg z PK 11 na PK 12 (co niektórzy forsowali „wodę nie do przebycia” po zwalonym pniu – i właściwie powinni być zdyskwalifikowani! – ja pobiegłem przepisowo „na około”). A PK12 oczywiście nie było (tzn. leżał sam lampion bez perforatora, ale w innym miejscu) – kolejne stracone minutyL. Na metę już ostatkiem sił (dla mnie optymalne jest 3-3.5km a nie 6, które w praktyce zmieniły się na 7kmL ). W każdym razie dobiegłem, choć czas raczej do najlepszych nie należy. Teraz czas na regenerację i wyciąganie z ciała licznych fragmentów róży i jeżynJ

Krokusy

W pogoni za orientacją oddalamy się coraz bardziej od domu. Tym razem postanowiliśmy - jedziemy do Zawieprzyc! Ot, raptem niecałe 200 km w jedną stronę. Wyjazd i powrót tego samego dnia.
Oficjalnie impreza miała się zacząć o 9-tej rano, więc postanowiliśmy jechać od razu na start, żeby nie zrywać się w środku nocy do wyjazdu. Kiedy koło 10.30 wpadliśmy do bazy żeby zostawić rzeczy, trafiliśmy akurat na słowa powitania skierowane do uczestników imprezy. No proszę - poczekali na nas z rozpoczęciem! :-)
Pierwszy etap "Dom-InO" podejrzanie łatwy. Do tego stopnia, że spokojnie przeszłabym sama. Pierwsze TZ, które ogarnęłam  całkowicie i kompletnie! Fakt, że jednocześnie był to etap dla TU, więc może nie ma się co tak ekscytować... Dwa punkty stały niezupełnie tam, gdzie według mapy powinny, ale ostatecznie każdemu może się zdarzyć, więc nie ciągnęliśmy za łeb budowniczego do lasu, tylko grzecznie wyraziliśmy zaniepokojenie zaistniałym faktem.
Po pierwszym łatwym etapie z entuzjazmem chwyciłam mapę drugiego i ...
.... entuzjazm, jak się pojawił, tak znikł.
Chwilę zajęło mi zrozumienie idei połączonych kółeczek, bo ja mało ideowa jestem i zawsze z tym mam problem. A kiedy już zrozumiałam o co chodzi i tak okazało się, że nie da się zacząć. Wszyscy, którzy już wystartowali krążyli po najbliższej okolicy i bezskutecznie usiłowali dopasować zawartość kółeczek do otaczającej rzeczywistości.
Ja się zjeżyłam, że nie ogarniam, T. się zjeżył, że ja się jeżę zamiast myśleć i w efekcie on poszedł czesać las, a ja sobie stałam na drodze. Tak sobie stałam i stałam i kontemplowałam najbliższą okolicę i zdziwiła mnie ilość wykrotów dookoła. I w końcu sobie pomyślałam:
- Zupełnie jak na tym jednym wycinku.
Eureka! Przecież właśnie o to chodzi, tego szukamy! Pognałam do T. z tą wiekopomną informacją, ale on w międzyczasie już nie dość, że zdążył to samo wykoncypować, to jeszcze znalazł punkt i spisał.  I tym sposobem całe moje odkrycie się zmarnowało:-(
Drugi punkt byłby się nam zgodził od razu, gdyby nie strzałka północy narysowana przy wycinku, co to niby miała ułatwić. Pewnie by i ułatwiła, gdyby zawartość kółeczka się nie przekręciła i w efekcie (co okazało się już w bazie) mieliśmy północ obróconą o nieznany kąt. Na jednej z niedawnych imprez niektórzy mieli północ zlustrowaną, więc być może przekształcanie północy jest nową, świecką tradycją w orientaliźmie.
Każdy kolejny punkt było już o tyle łatwiej dopasować, że nabieraliśmy w tym wprawy, no i kółeczek do wyboru było coraz mniej. Utknęliśmy tylko na jednym i mieliśmy rozbieżne poglądy co wybrać i pewnie nie ruszylibyśmy dalej gdyby nie A.K., który rozstrzygnął nasz spór. Na moją korzyść, bo czasem zdarza mi się mieć rację.
Ciągnął się ten etap i ciągnął. Dopasowanie i znalezienie 22 punktów w mocno niesprzyjającej aurze (deszcz, deszcz i dla odmiany deszcz) dało nam trochę w kość i z ulgą oddaliśmy kartę na mecie. Od razu w samochód i do bazy na obiad.
Na rozgrzanie po dniu spędzonym w deszczu i zimnie dostaliśmy zupę przepalającą przełyk i żołądek. Musieliśmy bardzo uważać żeby nam nic nie skapnęło na stół, bo w razie wyżarcia dziury pewnie musielibyśmy zapłacić za straty. A na drugie placki ziemniaczane z sosem, śmietaną i czymś czerwonym do wyboru. Czerwone ładnie wyglądało, nałożyłam więc obficie, ugryzłam i ... uświadomiłam sobie, że zupa była bardzo, bardzo łagodna. Szybko usiłowałam zneutralizować czerwone śmietaną, w efekcie udało się ocalić wzrok (tzn. oczy nie wyszły mi z orbit). Summa summarum - zamierzony efekt rozgrzania został osiągnięty w 100%. Placków zeżarłam nieprzyzwoitą ilość bo lubię i tym sposobem nie mogłam już się nijak wymigać od etapu nocnego, bo kalorie spalić trzeba
Etap trzeci miał być z gatunku, krótkich, łatwych i przyjemnych. Przynajmniej tak się wydawało po pobraniu mapy. Co prawda na początek ruszyliśmy w odwrotnym kierunku niż trzeba było, ale kiedy już to skorygowaliśmy mieliśmy od razu dwa punkty załatwione. Potem dość łatwo udało się znaleźć dwa kolejne i to by było na tyle. Potem nie pasowało już nic do niczego. Niby odległość i azymut zmierzone jak trzeba, a na miejscu nic, a jeśli już coś, to i tak nie pasujące do naszej koncepcji. 
Teren był bardzo ciekawy - dawne zabudowania pałacowe i park i strasznie, strasznie żałowałam, że po ciemku nic nie widać. Robienie etapu nocnego na tym terenie było jego zupełnym zmarnowaniem! Tego barbarzyństwa nigdy nie wybaczę organizatorom! Nigdy!
Kiedy w pałacowej części etapu straciliśmy nadzieję na znalezienie czegoś więcej, przenieśliśmy się na pola i nad rzekę. Tutaj jeszcze bardziej nie było niczego. Mało tego, nie było nawet na bezkresnych polach miejsca, gdzie byłoby na czym przyczepić lampiony. Jedno wielkie NIC. Ja od razu porzuciłam wszelką nadzieję, T. trzymał się jej do końca i bohatersko walczył o znalezienie kolejnych PK. W akcie desperacji postanowiliśmy znajdywać już jakiekolwiek lampiony i do nich dopasowywać punkty, żeby przynajmniej na stowarzysza się to nadawało.
Wobec następującego ciągu niepowodzeń, przestałam nawet udawać, że mnie to jeszcze bawi i usiłowałam przemycić w świadomość T. wątek powrotu do domu. Sączone co jakiś czas słowa: dom, ciepło, powrót, łóżko, kolacja, sen itp. w końcu przekonały go do porzucenia bezowocnych poszukiwań i ku mojej radości nasza wędrówka przybrała kierunek i zwrot zgodny z moimi pragnieniami. 
Po chwili siedzieliśmy już w autku i mknęli w kierunku domu. I wtedy T. zadał pytanie:
- A gdzie jest mój telefon?
Telefon spokojnie ładował się w bazie, coraz dalej od nas. Ponieważ T. nie był gotowy na to rozstanie, musieliśmy wrócić. Po odzyskaniu zguby, już bez przeszkód, koło północy dotarliśmy do domu.
Na kolejny dzien byliśmy zapisani na zawody w Mińsku Mazowieckim ....

piątek, 27 marca 2015

Utop Marzannę! IV edycja

Wystarczy T. na chwilę spuścić z oczu, to pójdzie i utopi Marzannę...


Rozpuszczona Marzanna
Miało być tradycyjne Topienie Marzanny. I było… prawie…
Zacznijmy od początku.  Moja Druga Połowa oznajmiła „zmęczenie materiału” i stanowczo odmówiła topienia (żeby nie było niejasności wcale jej topić nie zamierzałem!). Obładowany brytfanką z ciastem wyruszyłem samotnie szukać startu. Ulicę zidentyfikowałem, z tego co pamiętałem z mapy, przy boiskach trzeba było wjechać w coś i się cofnąć. Deszcz zaczynał wesoło popadywać, przez zaparowane i zapłakane deszczem szyby dojrzałem jakiś wjazd i wjechałem. Piękne boisko, parking, jakiś ośrodek piłkarski, a żadnej kawiarni nie widać. Jak przystało na orientalistę wyciągnąłem telefon włączyłem GPSa, tyle że coś ten GPS się zbiesił i pokazywał iż jestem w Rembertowie. Co jak co, ale Rembertów rozróżnić potrafię! Okazało się, że nie tylko ja czeszę teren w poszukiwaniu startu. Doszła zmoknięta A.M. i podpowiedziała, by dzwonić do organizatorów.  Pierwsza porażka zatem . Zadzwoniłem. Sytuacja się skomplikowała – organizator także mętnie zeznawał gdzie jest ten start. Po wydobyciu informacji, że „za oświetlonym boiskiem” pomimo kierowanie mnie w stronę z której przybyłem, kierowany inocką intuicją ruszyłem w stronę przeciwną i znalazłem start. Uff;-)
Na starcie tłum. Dłuuuga i mokra kolejka do sekretariatu. Trochę znajomych. TZ-tów raczej mało. Postanowiłem się stramwaić z P.R. Niby konkurencja, ale także rozparowany i na podobnym poziomie, a po ciemku zawsze raźniej w grupie. Pobiegłem po mapę. Ładne kwiatki. Dosłownie. Jakieś takie wiosenno-żółte.  Jakaś termo mapa, czy co.   Pod parasolem próbowaliśmy coś na tych kwiatkach dopasować. Szło to opornie. Niby coś znaleźliśmy, ale połączyć te elementy już nie szło. Wreszcie męska decyzja – tniemy. Dobrze że obok była ciepła kawiarnia. Marsz do stolika i nożyczki w ruch. Pierwsze sklejenia – właściwie to co dopasowaliśmy bez cięcia i zacięcie. Powoli do kącika wycinanek artystycznych (łowickich?) dołączyła konkurencja – M.G i jak zwykle M.S. Powoli zaczęło wszystko jako tako pasować. Konkurencja zerkała i próbowała naśladować. No cóż - dziś my byliśmy awangardą. W teren poszliśmy już razem.  Próbowaliśmy rozpoznać jakie tabletki łykał autor(ka) i co oznacza niebieskie, co żółte, a co czerwone. Jakoś szło. Przynajmniej na początku.  Problemy zaczęły się gdy odeszliśmy od fosy. Czternastka jakoś tak zmieniała miejsce pobytu – słowem uciekała przed nami.  Zdobyliśmy jakieś wzniesienia, spenetrowaliśmy doły i wreszcie dopadliśmy ją na zboczu jakiegoś schronu. 8-emka jakoś tak wisiała „o jedno drzewo za daleko” ale co tam – pewnie przed deszczem schowała się pod suchsze. Koło 10-tki komuś zaczął dzwonić stoper, że czas się kończy. Kolejny lampion – za fosą. Właściwie byliśmy już na tyle mokrzy od deszczu, że na poważnie zastanawialiśmy się nad pokonaniem fosy w bród. Jednak stanowczy rozkaz organizatorki „chodzić tylko po ścieżkach bo inaczej ja was…” poskutkował i pobiegliśmy naokoło przez mostek. Zdobywaliśmy kolejne wały ziemne, suche fosy ,czołgaliśmy się pod gałęziami do ostatniego PK. Wszystko biegiem. I biegiem na metę (oczywiście naokoło, bo mostek nad fosą gdzieś z drugiej strony). Jeszcze w biegu wyższa matematyka, dodawanie długości fosy, przeliczenia…. Oczywiście w tym biegu przeoczyliśmy tablicę, gdzie pewnie długość fosy była podana, ale jakoś nikomu nie chciało się wracać. Na koniec weryfikacja naszych wyliczeń przez pomiar długości fosy z planu fortu na tablicy i bieg na metę z rozmoczonymi kartami.  Ciekawe czy sędzia będzie karty suszyć w piekarniku, jak to robiono po lilijce;-) Bo „rozmok” był całkiem jak na sławetnej lilijce, tylko etap krótszy. Właściwie, powinniśmy chyba skorygować nazwę imprezy z Utopu na „Rozmoczenie Marzanny”. Teraz trzeba się wysuszyć i jutro już z MDP ruszamy na podbój Zawieprzyc !

czwartek, 26 marca 2015

Moja ścieżka kariery.

Zgodnie z wytycznymi z kursu zaczęłam dzisiaj swoją ścieżkę kariery w InO. Nie żebym specjalnie planowała, ale skoro już tak wyszło, to biorę z dobrodziejstwem inwentarza.
No więc dzisiaj, na Walnym Zebraniu, zostałam wybrana na klubowego Kadłubka. W sensie kronikarza (a nie takiego bez rączek i nóżek). To znaczy, nawet nie kronikarza, tylko I sekretarza KC PZPR. Aj, nie! Wróć! Nie ta epoka, nie ten wiek...
Jak by to powiedzieć? Zostałam wybrana na osobę umiejącą czytać i pisać. W końcu w każdym klubie ktoś taki musi być. Piszę od trzeciej klasy podstawówki, moją TFUrczośc recenzowała sama Szymborska, to myślę, że jakoś dam radę. Na razie jeszcze tak do końca nie wiem co to ja teraz jestem i co mam robić, ale wiadomo - jakoś to będzie.
Boję się tylko, że będę musiała pisać dwie wersje tego, co będę musiała pisać - oficjalną i prawdziwą, czyli drętwą i barwną.
Ale czego się nie robi dla kariery!

niedziela, 22 marca 2015

ZAW-OR 2015

Rano obudziłam się z bólem całego człowieka, a za oknem leżał śnieg.Wyjazd na zawody wydał mi się przerażającą perspektywą. Zakopałam się w łóżku pod kołdrą i kocem i miałam cichą nadzieję, że T. jakoś mnie przeoczy i pojedzie sam. Próżne nadzieje:-(
Zostałam wysupłana z kokonu i postawiona do pionu.
Wbrew pozorom potem było coraz lepiej. Okazało się, że słonko świeci, ptaszki śpiewają i w ogóle zapowiada się piękny (aczkolwiek chłodny) dzień.
Na start przybyliśmy wcześnie, bo T. jednak postanowił pobiec, choćby na najkrótszą trasę. Ja w tym temacie stanowczo odmówiłam współpracy (ból człowieka), a ogląd mapy na którą pobiegł T. tylko utwierdził mnie w słuszności tej decyzji. Podczas gdy on biegał, ja uzupełniałam biurokrację w książeczkach i poleżakowałam w autku, aby nie wytracić resztek sił.
Mapa pierwszego etapu niezbyt bogata w szczegóły, a do tego jej aktualność sięgała ponad dwudziestu lat wstecz. W sumie dobrze, że T. się przeleciał po okolicy, bo miał ogólne rozeznanie jak wygląda teren. Dzięki temu szybko dopasował jeden z wycinków, ja wypatrzyłam drugi i mogliśmy ruszyć. Z całego etapu to chyba zadanie było najtrudniejsze, bo nie wiedzieć czemu, autor mapy założył, że pójdziemy na PK 1 od szlabanu po znakach turystycznych, które mieliśmy policzyć, a nie na przykład prosto od startu azymutem. Zabronione nie było. Dla świętego spokoju polecieliśmy pod ten szlaban, chociaż wcale nie było po drodze, no ale niech już ma.
Drugi raz autor zrobił nam psikusa przy strumyku. Okazało się, że taki wąski jak myśleliśmy to ten strumyk nie jest i nie da się go przekroczyć w dowolnym miejscu - trzeba szukać mostka. Nam akurat się trafił zwalony pień, po którym przeszliśmy, ale niektórzy sporo nadkładali drogi.  Z niecałych czterech nominalnych kilometrów zrobiło nam się pięć z małym hakiem - można więc powiedzieć, że przeszliśmy trasę bardzo optymalnie jak na nasze możliwości.
Po etapie dziesięć minut odpoczynku i kolejny. Siedząc na ławeczce patrzyliśmy jak tezety składają i składają swoją trasę i cieszyliśmy się, że my tym razem na TU. Dziesięć minut minęło i wystartowaliśmy. Trudny etap jak na TU - pomyśleliśmy, ale bywa i tak. Wróciliśmy na ławkę i zaczęli składać jaja. To znaczy nie w sensie dosłownym - jaja mieliśmy na mapie. Te biało-czarno-zielone poszły szybko, bo jakoś od razu rzuciły mi się w oczy części wspólne, T. ogarnął mniej więcej te żółte i ruszyliśmy. Zebraliśmy PK 1, poszli dalej na PK 2 i tam spotkaliśmy A. N. i M. P. z tezetów. Rzut oka na ich mapę wywołał w nas konsternację - identyczna! Drugi rzut upewnił nas w tym. Przez pomyłkę na starcie dostaliśmy mapę tezetowską! Cóż było robić? Wróciliśmy na start drugiego etapu złożyć reklamację.
Po chwili odpoczynku i zadośćuczynieniu w cukierkach ruszyliśmy już na właściwy etap. Po rozpracowaniu mapy TZ, nasza wydała nam się banalnie prosta. Ustaliliśmy marszrutę i poszli. Ponieważ na TZ wciąż byliśmy wystartowani, robiliśmy synchronicznie oba etapy. Nawet praktyczne rozwiązanie - dwa zaliczone, a chodzenia niewiele więcej niż na jeden:-) Co prawda z trzech kilometrów zrobiło nam się sześć, ale w to wliczone jest całe zamieszanie z mapami i powrót na start. Tak gdzieś za połową etapu poczułam, że tracę siły. Zmęczenie poskutkowało zawieszeniem wszelkich czynności poznawczych, zdałam się więc całkowicie na T. i starałam się jedynie nie zostawać w tyle. Ostatnie kilkadziesiąt metrów do mety udało nam się nawet podbiec, aczkolwiek nie wspominam tej chwili ze szczególnym sentymentem.
Tak jak konie po galopie trzeba rozstępować, tak my dla odpoczynku po zawodach poszliśmy jeszcze na cmentarz na groby bliskich, no bo skoro już byliśmy przy bramie, to trudno żeby nie. Odległość, która zawsze wydawała nam się stanowczo za duża, tym razem była jakoś dziwnie mała i łatwa do pokonania.

Rok temu, na ZAW-ORze po raz pierwszy wygraliśmy zawody - w kategorii TP. Wtedy za nic nie uwierzyłabym, że rok później będę robić jednocześnie TU i TZ za jednym podejściem:-)
Strach pomyśleć, co będzie za kolejny rok!

sobota, 21 marca 2015

Wiosenne 2x2

Latał sobie z radarem pewien gacek młody
I po drodze omijał przeróżne przeszkody,
Lecz właśnie gdy się cieszył, że je tak omija,
Wpadłszy na jedną z przeszkód rozbił sobie ryja. 

No to tak właśnie było dzisiaj na 2x2:-)
Na pierwszym etapie bezproblemowo omijałam wszelkie przeszkody - dopasowałam literki, ustaliłam w którą stronę ruszyć, przeszłam całą trasę i zebrałam, co było do zebrania. Ile w tym stowarzyszy, to się okaże po ogłoszeniu wyników, ale nawet jeśli były, to przynajmniej szukałam w przybliżonych miejscach. Tylko o zadaniu zapomniałam, ale u mnie to normalne, więc nie wliczam w błędy:-)
Podbudowana pierwszym etapem, żwawo ruszyłam na drugi. Zaczęło się dobrze.Wycinki wszystkie dopasowałam gdzie trzeba i jak po sznurku szłam z punktu na punkt. Szłam w kolejności: 1, 13, 15, 2, 3, 5, 4, 7. Zatchnęło mnie na 10, 11. Za nic nie chciały mi się zgodzić drogi i przecinki. Punkty co prawda znalazłam, ale wciąż miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Ruszyłam na 8 i 9. Nie wiedziałam czy idę drogą, czy przecinką, a do tego kierunek tego, czym szłam nie podobał mi się. Tłumy młodzieży paradowały przede mną, za mną, obok mnie. Równie bezskutecznie jak ja szukali punktów. Wróciłam do 10 i 11 i namierzyłam się od nowa i znowu wyszła mi ta sama droga. Doszłam nią do przecinki, pokręciłam się po lesie, na wszelki wypadek we wszystkich kierunkach, a nie znalazłszy nic punktopodobnego podjęłam decyzję: wracam na metę, a resztę punktów mam gdzieś! Obrałam najbardziej prawdopodobny kierunek i ruszyłam. Po jakimś czasie zauważyłam punkt idealnie pasujący do ósemki. No, ale już przepadło - byłam obrażona na lampiony, że nie wiszą tam, gdzie ja się ich spodziewam i ani myślałam, choćby kijem, tknąć tego świństwa. Po chwili zauważyłam dwunastkę, ale też przeszłam obok, patrząc na nią z pogardą. Skoro raz uznałam się za zagubioną, to przecież nie będę zmieniać zdania z powodu głupiego lampionu. Na szóstkę w ogóle nie spojrzałam, tylko przy czternastce zagapiłam się i odruchowo ją spisałam. Ale może okaże się, że to punkt mylny, albo przynajmniej stowarzysz. Zadań nie zrobiłam podwójnie - raz z niepamięci, dwa, z założenia, że przecież już się nie bawię.
Tak sobie wracałam powolutku, wcale nie będąc pewna, czy faktycznie idę w dobrym kierunku i wypierając fakt znalezienia punktów potwierdzających ten kierunek i rozmyślałam sobie jak też będzie wyglądać akcja poszukiwawcza. Założyłam, że mnie jednak w tym lesie na zawsze nie zostawią. Miałam zadzwonić z informacją, że nie wiem gdzie jestem, wszystkie drzewa wyglądają identycznie, a lampionów to w ogóle nie ma. No bo przecież te, na które się obraziłam to się w ogóle nie liczą, tak jakby ich nie było, prawda? Miała przyjechać policja z psami tropiącymi, batalion żołnierzy żeby tyralierą przeczesać las, oczywiście dziennikarze - prasa, radio, telewizja, fotki w każdym serwisie informacyjnym. No i T. - zrozpaczony, wyrywający się do lasu na poszukiwania. I kiedy już miałam zobaczyć siebie na wierzchołku drzewa, pod którym czeka stado dzików, lwów i niedźwiedzi - doszłam do mety:-(
I tym sposobem - ani kompletu punktów, ani przygody:-(
Na pocieszenie T. zabrał mnie do Radomia, na trino. Uchodziłam się strasznie, ale warto było - Radom bardzo mi się spodobał!





piątek, 20 marca 2015

COŚ, czyli Co Odbiło Ślimakowi?

W ramach protestu przeciwko TZ oraz w ramach relaksu po nocnych Budach, na Cosia poszłam na TP.
T. był twardy i nie zniżył lotów.
Trochę miałam stracha tak iść całkiem samotnie, ale postanowiłam wzbić się na szczyty heroizmu. Już pierwszego punktu nie udało mi się znaleźć. Spora grupa młodzieży kręciła się po skrzyżowaniu równie bezskutecznie jak ja, ale nie wydawało mi się żeby lampion mógł zginąć już na samym początku imprezy. Na wszelki wypadek nic nie wpisałam w kartę, bo punkt blisko bazy, więc jeszcze można sprawdzić w drodze powrotnej.
Postanowiłam najpierw zgarnąć punkty z dolnej części skorupy ślimaka, a potem to się zobaczy. Planowanie nie jest moją najmocniejszą stroną, a zasada, że jakoś to będzie na ogół sprawdza mi się w życiu. Takoż i tym razem się stało. W odpowiednim momencie samo rzuciło mi się w oczy, że P pokrywa się z R, mogłam więc zrobić lewą stronę nogi . Prawą stronę nogi, a właściwie głowę też udało się przypasować, no bo umówmy się, TP dramatycznie trudne nie jest. Bez przydziału został mi tylko punkt D. Pewnie bym go gdzieś przypasowała, gdybym była w stanie w ogóle cokolwiek na nim dojrzeć. Ale spokojnie - już wysłałam córkę na studia optometryczne i jak skończy, to dobierze mi taaakie okulary, że mapa to mi już w ogóle nie będzie potrzebna!
Trochę miałam stracha w okolicach PK B, bo miejscowi urządzili sobie w krzakach zakrapianą imprezkę i nawet zastanawiałam się, czy nie odpuścić tej części mapy, ale jakoś chyłkiem, boczkiem, ukradkiem, przy zgaszonej czołówce przesmyknęłam się obok nich. Za to innych panów, równie wesołych, to ja przestraszyłam swoim nadejściem. Jeden z nich zerwał się z okrzykiem:
- Policja!
Drugi go uspokoił:
- Nie, tu takie chodzą z latarkami.
Ostatniego punktu, podobnie jak pierwszego, nie udało się znaleźć - jakoś okolicznej ludności lampiony najwidoczniej przeszkadzały, albo może chcieli mieć na własność.
Trochę problemu miałam też z zadaniem 1. Jak zaczęłam przeliczać parokroki na metry, a potem to na odległość zmierzoną linijką na mapie, to wyszedł mi jakiś piętrowy wzór, który przepisałam z mapy na kartę (do tego chyba niedokładnie), bo nijak bez kalkulatora nie szło tego policzyć. Matematyka nie jest moją najmocniejsza stroną, do tego w stresowych warunkach. W domu dokonałam ponownego pomiaru, bo coś mi nie grało i okazało się, że mierzyłam nie w centymetrach, tylko nie wiem w czym, bo złą podziałkę przyłożyłam. A wystarczyłoby nie robić tylu tych podziałek na jednym kompasie, to nie - byle człowiekowi życie zatruć!
Na mecie okazało się, że T. jeszcze nie ma. Dłuuugo czekałam, w końcu pojawił się zły, zdegustowany, samokrytyczny i w ogóle....
A mówiłam, że lepiej iść na TP!

czwartek, 19 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - zakończenie

Jeszcze nie minęły trzy godziny snu, a już kur zapiał. S - kur ... chciałoby się powiedzieć.
Nie było jednak zmiłuj, bo do 10-tej trzeba było opuścić ośrodek, a tu jeszcze miała się odbyć medalacja zwycięzców. Pakowanie się w półśnie, śniadanie w półśnie, doprowadzanie pomieszczeń do użytku w półśnie.
W końcu wszyscy, którzy zdążyli ożyć, zgromadzili się w jadalni. Dyrekcja imprezy przemówiła, a następnie wręczyła takie medale:

takim osobnikom, płci mieszanej, zgodnie z kategorią występowania:


A potem zrobiło się smutno, bo co chwilę ktoś się żegnał i odjeżdżał w siną dal i wreszcie zostali sami organizatorzy. Oraz lampiony w lesie. Wiadomo - kto sobie porozwieszał, ten zbiera. Litościwie siostry M. zadeklarowały pomoc i przejęły część naszych i część T. D. Siostry wsiadły na rowery, my we trójkę do autka i każde pojechało w wyznaczony rewir. Najpierw wysadziliśmy T. D., potem podjeżdżaliśmy kawałek i każde zbierało po swojej stronie drogi. Znowu podjazd i znowu zbiórka. W końcu po ostatnim kawałku wyszłam z lasu z torbą lampionów:


Na obrzeżach Skierniewic zgarnęliśmy T. D. i ruszyliśmy w stronę domu. Po tej przebieżce po lesie zgłodnieliśmy i widok punktu niezdrowego żywienia wywołał lekkie poruszenie.
- Zatrzymamy się coś zjeść - zapadła decyzja.
Akurat dogoniliśmy siostry M., które żwawo pomykały na rowerkach i wydzwoniliśmy je, żeby dołączyły do nas.
Pojedliśmy, popili, pośmiali się, podrzemali ...


Teraz już ruszyliśmy nieodwołalnie do Warszawy. Po chwili w samochodzie zaległa niebezpieczna cisza.
- Musimy rozmawiać z T. żeby nie zasnął - oznajmił T. D.
Ja co chwilę szturchałam T., T. D. usiłował podtrzymywać konwersację. W pewnym momencie zamilkł wpół zdania. Obróciłam się zaciekawiona i ku swemu przerażeniu zobaczyłam, że zwisa bezwładnie na pasach.
- Umarł! Umarł z przemęczenia! - pomyślałam ze zgrozą.
Trwałam tak w stuporze, nie wiedząc co zrobić, aż tu nagle T. D. jak umarł, tak nagle ożył i dokończył rozpoczęte zdanie. Akcja powtórzyła się jeszcze kilka razy i to tyle w temacie pomocy w utrzymaniu T. w świadomości za kierownicą.
- Zatrzymamy się na stacji benzynowej i kupisz mi jakiś dopalacz, bo zaraz zasnę - zaordynował T.
Pierwsza napotkana stacja była dopiero w budowie i chyba tylko cudem dojechaliśmy do następnej. Pobiegłam po napój ratujący życie, T. D. udał się do przybytku ulgi, a T. został w samochodzie. Co zastałam po powrocie? Jeden T. śpi na siedzeniu w autku, a drugiego nie ma w ogóle, czyli wiadomo gdzie śpi:-) Spacerując dokoła samochodu zastanawiałam się - co robić? Jednego budzić, a drugiego szukać? Czy może też się zdrzemnąć zamiast czuwać? Wreszcie, po kilku następnych minutach, jeden się znalazł, drugi obudził, wypił i ożył i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Dojechaliśmy chyba tylko siłą woli kierowcy, by wreszcie  nieodwołalnie paść już we własne łóżka.

środa, 18 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap III

Rzeczywistość nie była tak romantyczna, jak wskazywałby na to wstęp - było po prostu buro, mokro i zimno. Dygocący z zimna organizatorzy czynili ostatnie przygotowania:

Wkrótce zaczęli pojawiać się pierwsi startujący z wszystkich kategorii:


T. z nabożnym przejęciem startował kategorię TU, dokładnie każdemu tłumacząc o co chodzi w tej pokręconej mapie, ja tymczasem uwieczniałam każdą chwilę, oślepiając ludzi lampą błyskową.
 W końcu całe TU było już na trasie i mogliśmy się na chwilę wymknąć na tezeta. T. D. zapowiedział nam, że musimy być z powrotem zanim "nasi" zaczną wracać, wiedzieliśmy więc, że pójdziemy tylko na najbliższe punkty. Udało nam się przetrwać całe przygotowania bez zajrzenia do tezetowskiej mapy, więc nie mieliśmy nic łatwiej niż inni. W odróżnieniu od pi z poprzedniego wieczoru, ta mapa wydawała się znacznie przyjaźniejsza człowiekowi. Chyba lubię takie, gdzie jest ogólny schemat i przybliżone miejsce punktu kontrolnego, a cały proces przypasowania odbywa się w terenie, a nie przy stoliku. Pomysł z "pamiętnikiem" generała, jak dla mnie, super!
Ruszyliśmy. Jeszcze zanim doszliśmy na start, doceniłam fakt, że nie musimy robić całej trasy. Byłam po prostu już strasznie zmęczona. Jednak za to łażenie to się trzeba było zabrać trzydzieści lat wcześniej, albo chociaż z dziesięć. Ale nic to! Bohatersko parłam naprzód wypatrując punktów 1 i 2, bo jakoś tak nam wyszło, że od nich zaczęliśmy. W lesie co chwilę pobłyskiwały latarki innych poszukiwaczy, ludzie wędrowali w różne strony - jednym słowem - ruch jak na Marszałkowskiej.
Postanowiliśmy po jedynce i dwójce zrobić krótki wypad za linię frontu i ku czci T. D. zebrać punkt znad Balatonu. Udało się, ale z czasem zaczęło być już krucho. W drodze powrotnej bezwstydnie zgarnęliśmy dwa punkty wspólne z naszą trasa, które osobiście rozstawiałam, ale ponieważ i tak nie stanowiliśmy swoim krótkim wypadem (ani też całokształtem) żadnej konkurencji dla nikogo, zrobiliśmy to dla zaspokojenia ciekawości - jak też one wyglądają nocą?
W bazie czekał już na sprawdzenie swojej karty jeden delikwent z trasy TU, po chwili zaczęli wracać następni. T. sprawdzał karty, a ja patrzyłam i chłonęłam tę tajemną wiedzę. Potem sama machnęłam ze dwie (pod światłym kierownictwem oczywiście) i uznałam, że to wcale nie takie trudne. Tkwiłam w tym przeświadczeniu do momentu, kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze bepeki dotyczące tego samego punktu. Co ciekawe - część osób miała wpisany punkt zgodny ze wzorcówką. Trzeba było tę tajemnicę jakoś wyjaśnić. Wzięliśmy świadka i samochodem podjechaliśmy na właściwe miejsce. Z mapą i wzorcówką w ręku namierzyliśmy się i ... punkt w okopie był. Nasza radość z rozwiązania problemu nie trwała długo, bo znów zjawił się ktoś z bepekiem i znów zalęgły się w nas wątpliwości - coś musi być nie tak. Tym razem wzięliśmy ze sobą Sędzinę Główną. No bo w końcu po coś jest na tej imprezie, to niech się wykaże. Znowu namierzyliśmy się z mapą, wyliczyliśmy odległości i punkt znowu był. Fakt - okop był tak na granicy błędu odległości, ale jeszcze się łapał w kółeczko oznaczające PK. T. wpadł na pomysł żeby namierzyć się od drugiej strony i to wyjaśniło sprawę. Idąc od drugiej strony trafiliśmy na drugi okop - bez lampionu - i ten też był w granicach błędu. Punkt, według planu, miał stać w nim właśnie, co jednak ogólnej sytuacji specjalnie by nie zmieniło, bo w zależności od kierunku namierzania się każdy z okopów załapywał się na miano tego właściwego. Nasza Główna Sędzina, w swej niezmierzonej mądrości i wielkiej miłości ku bliźnim, podjęła salomonowe rozwiązanie - ona wpisy uznajemy za poprawne! Ostatecznych wyników specjalnie to nie zmieniało, ale wszyscy mogliśmy mieć poczucie, że wreszcie sprawa została uporządkowana.
Prawie do czwartej nad ranem trwało oczekiwanie na powrót wszystkich z lasu, ale przy ognisku, kiełbaskach i w miłym towarzystwie jakoś udało się dotrwać. Bałam się, że w ogóle nie zdążymy położyć się przed świtem, ale w końcu nadszedł ten cudowny moment przytknięcia głowy do poduszki (kto ją miał, bo ja swoją oddałam potrzebującym). Momentalnie zapadłam w sen, który wkrótce miał zostac brutalnie przerwany przez ...

c.d.n.

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - wstęp do etapu III

Zbliżał się wieczór. Słońce, gdyby świeciło w tym dniu, powoli schylałoby się ku widnokręgowi, drzewa rzucałyby coraz dłuższe cienie, tymczasem jedynie deszcz szumiał delikatnie i jednostajnie, a mgła unosiła się nam moczarem.
Aby nie uronić nic z piękna otaczającej przyrody, Ojciec Dyrektor Imprezy zarządził start kolejnego etapu spod wiaty. Wiata co prawda okazała się być sporą budowlą, zadaszoną i zaścienioną, jednakowoż buzujący wewnątrz ogień stwarzał atmosferę zadumy, nostalgii, tajemnicy...


Każdy, kto pobrał mapę, siadał w ciszy i skupieniu i trwał tak w nieruchomej zadumie długie, długie chwile. Z nostalgią wspominał ciepły, przyjazny dom rodzinny, który został gdzieś tam daleko, ale jego pamięć pomagała nocnym wędrowcom przetrwać trudne chwile. Tajemnica mapy wydawała się nieodgadniona, rozpalała wyobraźnię, przyspieszała bicie serca, rozbudzała nadzieję.

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - sobota

Tak sobie nieśmiało marzyłam kładąc się nad ranem, że sobotnie dopołudnie spędzę w łóżku zbierając siły przed kolejną nocką. No to bladym świtem obudził mnie jeden budzik; kiedy usiłowałam nie zwracać na niego uwagi - zadzwonił drugi, a po nim chyba ze dwa kolejne. Jeszcze próbowałam sobie wmówić, że śpię, ale ruch w pokoju robił się coraz większy i w końcu nawet udawać, że śpię się nie dało. Kolo dziewiątej byłam już na nogach. Zupełnie niepotrzebnie, bo do Skierniewic z resztą grupy nie jechałam, a na rozwieszanie trasy było jeszcze za wcześnie. Snułam się więc bezproduktywnie po ośrodku czekając na jakąś rozrywkę. Jedyną było podziwianie suszących się lampionów, które malowniczo obwieszały wszystkie krzesła w jadalni.

 
W końcu T. zarządził:
- Jedziemy rozwieszać trasę!
Dostałam przydziałową reklamówkę lampionów, wzorcówkę i zostałam wysadzona z samochodu w środku lasu. No dobra, prawie na jego skraju, ale jednak. Od razu przypomniało mi się jak pierwszy (i do tej chwili jedyny) raz rozwieszałam lampiony i jaki był efekt. W dobrze znanym lesie, tuż za płotem własnej posesji, w miejscu gdzie byłam ze sto razy, doznałam totalnego paraliżu mózgu i po powieszeniu kilku najbardziej oczywistych punktów musiałam wezwać posiłki. Cud, że do domu udało mi się wtedy trafić.
Tym razem jednak czułam się pewnie i byłam przekonana, że dam radę. Szybko myknęłam na najbliższą górkę, postawiłam punkt, do niego dwa stowarzysze i zeszłam do drogi namierzyć się do dołków. Pierwszy bez problemów, drugi też, a trzeciego nie ma. Niby znalazłam jakąś dużą dziurę w miejscu zaznaczonym na mapie, ale wydawało mi się z rekonesansu, że wcześniej była ciut większa. Większa, czy mniejsza - i tak miał w niej stanąć stowarzysz, więc rozmiar nie miał znaczenia. Namierzyłam się jeszcze raz, wyszło to samo, porozwieszałam co było do rozwieszenia i pomaszerowałam dalej. Mimo kropiącego deszczu był to całkiem przyjemny spacer. Udało się bez problemów odnaleźć wszystkie wyznaczone miejsca i w końcu zadowolona z dobrze wypełnionej misji wróciłam do bazy.
T. jeszcze nie było. Minęła godzina, a jego wciąż nie było, minęła kolejna, a ten przepadł. Już mi się różne mroczne wizje zaczęły pojawiać przed oczami, że może zabłądził, a może go niedźwiedź napadł, albo jakiś tubylec i kiedy w myślach już wybierałam kreację na pogrzeb, ten pojawił się w drzwiach - brudny, mokry, zmarnowany.
Niedługo ze Skierniewic wróciła ekipa uczestników imprezy i w bazie zrobiło się gwarno i wesoło. Wszyscy z utęsknieniem wypatrywali obiadu i kiedy tylko samochód z karmą podjechał pod próg, od razu znaleźli się pomagierzy do noszenia pojemników.

Obiad jak obiad, ale płyn występujący w roli kompotu zrobił piorunujące wrażenie. Był słodki i ... niebieski. Bardzo długo stał na stole i jakoś wszyscy woleli popijać płynami własnymi. Postanowiłam zaryzykować. Oto co owa tajemnicza mikstura robi z człowiekiem:

 
Po obiedzie "nadejszła uroczysta chwila". Przedstawiciel władz lokalnych oraz przewodniczący Komisji InO ZG PTTK (kolega W. F.) przemówili ludzkim głosem, co spotkało się z aplauzem licznie zgromadzonych inoków (aplauz na fotce poniżej).

 

Organizatorzy najlepszych imprez i najlepsi budowniczowie tras minionego roku zostali uhonorowani grawerowanymi dyplomami i dumni i bladzi pozowali do zdjęć.



A potem zaczęło się najlepsze ...
c.d.n.

wtorek, 17 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap II


"I like π" - zatytułowany był drugi etap manewrów. Po obejrzeniu mapy zadecydowałam: I don't like π! Czytałam opis do mapy, ale jak zawsze nie byłam w stanie nadążyć za tokiem myślenia D. W. - budowniczego etapu. Ten to się zawsze musi nażreć jakichś świństw przed robotą:-( I nigdy się nie podzieli, sknerus!
Przy niebieskich i purpurowych kropkach, które przy słabym świetle i bez okularów wyglądały identycznie - poddałam się. T. przeprowadził indywidualne konsultacje w sprawie opisu i coś tam zrozumiał.
Ruszyliśmy.
Na początek LOPka, więc żadne cudo, zebraliśmy co było do zebrania, przeszliśmy przez rzeczkę i rozpoczęli atak na PK A. Nawet udało się znaleźć, aczkolwiek nie mogę przypisać sobie tej zasługi. T. widząc ogrom mojego zagubienia zarządził cięcie i klejenie mapy, żebym chociaż troszkę wiedziała gdzie i po co idę (poza aspektem towarzyskim). Zupełnie nie wiem dlaczego nie zrobiliśmy tego w bazie, przy świetle i na stoliku. Inni robili. Trochę rozjaśniło mi to obraz sytuacji, ale mój bunt przeciwko pi zdążył się już ugruntować.
Zeszliśmy między nóżkami do drogi (między nóżkami pi oczywiście), co niby miało mi ułatwić orientację. Tak sobie szliśmy tą drogą, ciemno, nic nie widać, a T. wypatrzył, że jesteśmy w okolicy pi orto. Uwierzyłam, bo co mi zależy i poszliśmy zgarnąć L, K, O i P. Po drodze już drugi raz na tym etapie spotkaliśmy A. K. Jak A. K. się gdzieś kręci to znaczy, że i punkty muszą być w okolicy. Spotkanie podniosło mnie na duchu - nie jesteśmy zgubieni w tym wielkim, ciemnym lesie!
Koniecznie chcieliśmy znaleźć punkt C, będący jednocześnie punktem T. Wydawał się tak charakterystyczny, że trudny do przeoczenia. A jednak! Po przeczesaniu kilku hektarów odpuściliśmy sobie. Mi zresztą nie zależało aż tak, żeby w lesie spędzić noc do rana. W ramach rekompensaty znaleźliśmy sobie E.
T. wciąż kusił ten zagubiony punkt. Zarządził nowe poszukiwania. Zagryzłam zęby i ruszyłam za nim. Jak się później okazało byliśmy już bardzo blisko i zabrakło nam dosłownie kilkudziesięciu metrów. Pierwszą napotkaną górkę nazwaliśmy więc sobie C-T w nadziei, że jeśli to nie ta prawdziwa, to chociaż stowarzysza da się z niej zrobić.
W ramach zbierania stowarzyszy, w drodze powrotnej zmieniliśmy właściwe A na stowarzyszone, bo taką mieliśmy fantazję. A kto nam zabroni?
Na koniec jeszcze druga LOPka i wreszcie baza. Godzina trzecia.  Po siedmiu godzinach w lesie (oba etapy) byłam tak wygłodzona, że bez względu na abstrakcyjną porę zarządziłam ... no właśnie - kolację, śniadanie? A nie! O tej porze, to podkurek. O! I tym sposobem miałam dwie imprezy w jednej:-)
Widok łóżka wyjątkowo mnie rozczulił, przylgnęłam do niego i miałam nadzieję, że do przyszłego wieczora nikt mnie z niego nie wyciągnie.

Ciąg dalszy o tym, jak bardzo się myliłam, już niedługo...

poniedziałek, 16 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap I

Miałam już nigdy w życiu (a przynajmniej w najbliższej pięciolatce) nie iść na TZ, ale ponieważ przygotowywaliśmy jedną z tras TU, a TP to już przesada, nie pozostało nic innego jak złamać przyrzeczenie i na chwilę stać się tezetką, choćby i taką niedorobioną.
Wieczorem, razem z innymi startującymi zeszliśmy do jadalni...


... a tam starty na wszystkie możliwe trasy przewidziane na piątkową noc. Jako pierwszy trafił nam się etap "Łowicka wycinanka". Etap z gatunku: "nie kombinuj, tylko szukaj w lesie", więc od razu po przeczytaniu opisu wyszliśmy. Teoretycznie nie wyglądało to źle - był schemat trasy z naniesionymi miejscami przybliżonego pobytu PK, więc przynajmniej było wiadomo jak wrócić do bazy. 

Punkt pierwszy udało się przypasować już po kilku przemarszach wzdłuż drogi startowej i po jednym wejściu w las w niewłaściwym miejscu. Samo znalezienie lampionu też chwilę trwało, bo zupełnie nie wiem z jakiego powodu ktoś zadecydował, że Nocne Manewry muszą się odbywać nocą, kiedy nic nie widać. W każdym razie zgarnęliśmy zielone M i ruszyli dalej, do kolejnej kropki. Jakieś rowy towarzyszyły nam w drodze, więc zaznaczyliśmy D. Znowu na kolejną kropkę i znowu rowy. Musieliśmy wybrać kwiatka z zieloną obwódką i po dyskusjach, aczkolwiek bez stuprocentowego przekonania zdecydowaliśmy się na I. Kolejne rowy zasponsorowała nam literka A, a po A natrafiliśmy na kolejne I.To I w terenie wyglądało lepiej niż poprzednie i tym sposobem na naszej trasie było 2xI. A co sobie będziemy żałować?!
W drodze na kolejną kropkę spotkaliśmy konkurencję w postaci A. P. i W. M., która to konkurencja szła na wspak i większość trasy miała już za sobą. I co gorsza, o tej większości wyrażała się bez większego entuzjazmu. H jednak okazało się całkiem łatwe do znalezienia, zaś S musiało być S, bo nic innego nie szło tam dopasować. 
Potem dotarliśmy do muru. Za murem niewątpliwie była jakaś cywilizacja, a do cywilizacji bardzo już tęskniłam, bo nocny las to jednak najfajniejszy jest we wspomnieniach, a nie kiedy jest się w nim realnie. Niestety, do cywilizacji nie było wstępu, a że nie było też żadnego lampionu, więc przyjęliśmy, że jest to kwiatek bez PK.
Po chwili marszu dotarliśmy nad rzekę.Co prawda wybór kwiatków z zaznaczoną rzeką nie był duży, jednak chwilę trwało zanim ustaliliśmy zeznania i zaznaczyli L. Po L z układu dróg przypasowaliśmy F, a ponieważ F było niebieskie, kolejny punkt musiał być zielony. Musiał, ale nie chciał. Uparliśmy się, że wpasujemy tam PK K. Próbowaliśmy je znaleźć naszą wypróbowaną metodą - ja robię za świecący znacznik na drodze, a T. czesze wielkopowierzchniowo (jak to ktoś ujmująco nazwał w komentarzu do rocznej oceny imprez).
Tak czesząc bezskutecznie, w końcu natrafiliśmy na śmieszny punkcik z telewizorem. To pewnie dla tych, co zgubili kompas i muszą jakoś wyznaczyć kierunki świata, a wiadomo, że anteny satelitarne najczęściej skierowane są na południe. Z oglądu krajobrazu (o ile w środku zamglonej nocy można mówić o jakimkolwiek oglądzie) wyszło nam, że to musi być B. I to bez względu na to, że B jest niebieskie i F też było niebieskie. Może budowniczy się pomylił - rozmarzyliśmy się. 
K nie dawało nam spokoju - gdzieś przecież musiało być. Znowu zastosowaliśmy czesanie i w końcu T. znalazł coś K-podobnego. Kto wie, może nawet i to właściwe.
Został nam ostatni punkcik, drogą eliminacji wychodziło, że C. Nie chcąc przedzierać się na azymut, postanowiliśmy iść naokoło drogą. Na czasie i tak nam nie zależało, bo wszelkie przewidziane limity przekroczyliśmy już dawno, dawno temu. Drogą oczywiście zniosło nas za daleko na zachód i musieliśmy nadłożyć więcej drogi niż zakładaliśmy. Ale odpuścić punkt? W życiu! Toż myśmy tam nie na wynik poszli, tylko dla przyjemności! Chwilami wątpliwej przyjemności, ale umówmy się, że tak. 
Spokojnym krokiem udaliśmy się na metę spotykając po drodze tych, którzy już po odpoczynku wyruszyli na swoje drugie etapy.

etap 2 nastąpi ....

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - ostatnie przygotowania

Do Bud Grabskich wyruszyliśmy w piątek bladym świtem koło dziesiątej. Dumni i bladzi, że załapaliśmy się na współorganizację tak prestiżowego wydarzenia, nie byliśmy w stanie dłużej usiedzieć w domu. Zresztą dostaliśmy misję specjalną do wykonania - odbiór materiałów promocyjnych z urzędu miasta w Skierniewicach. Po drodze nasza misja rozrosła się jeszcze o dokonanie zakupu różnych niezbędnych rzeczy typu koszulki na mapy czy musztarda po obiedzie i papier w taśmie:-)
Na miejsce podjechaliśmy niemal równocześnie z dwoma samochodami innych organizatorów, chociaż wcale nie umawialiśmy się co do godziny przybycia.
Po zasiedleniu przydzielonego pokoju, wszyscy rzucili się do prac przygotowawczych, tak żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik z chwilą pojawienia się pierwszych uczestników imprezy.
Troszkę dla rozgrzewki polatałam na miotle, bo nanieśliśmy od razu masę błota (eh, ta aura) i razem z T. rozwiesiliśmy bannery:

Potem przygotowałam zestawy materiałów promocyjnych dla każdego uczestnika:

W sekretariacie doszło do drobnych różnic zdań, ale już po chwili współpraca układała się dobrze:

D. i T. pod światłym przewodnictwem Z. poustawiali w jadalni krzesła i stoły:


Wreszcie zaczęło się!
W drzwiach pojawili się zawodnicy:


Jedni zainteresowani byli zaliczeniem trina i zasięgali języka w tej materii, inni - po zweryfikowaniu i nabyciu odznaki - pękali z dumy:


Ale najważniejsze i tak miało zacząć się dopiero wieczorem ...

środa, 11 marca 2015

Warszawa Nocą

Już wiem, że nie lubię startów masowych.
W ogóle nie lubię tłumów koło siebie, a tu na małej przestrzeni stłoczono ponad dwieście osób, co może i wyglądało fajnie dopóki całe towarzystwo stało sobie spokojnie.
Na dany znak wszyscy ruszyli. Bałam się zatrzymać, żeby obejrzeć mapę, bo nawet każde zwolnienie już groziło stratowaniem. Biegłam więc nie wiedząc gdzie, za tłumem, starałam się tylko nie stracić T. z oczu, bo jak ginąć to razem.
T. tym razem nie pobiegł za profesjonalistami tylko okrężną, bo okrężną drogą, ale na nasz punkt. Nawet wyprzedziłam go na ostatniej prostej i pierwsza z całej stawki odpipałam się. T. pipnął i pobiegł zanim ja zorientowałam się na mapie gdzie jestem. Ale, co tam mapa! Biegusiem za T., bo strach tak zostać w obcym miejscu. Wiedziałam, że długo nie dam rady go gonić i strachu starczyło mi tylko do trzeciego punktu.
Zzipana i tak nie mogłam biec dalej, więc postanowiłam w końcu obejrzeć mapę. Dziki tłum wciąż kłębił się dookoła, tylko teraz w różnych kierunkach. Dezorientowało mnie to strasznie. W akcie desperacji przypomniałam sobie wszystkie wiadomości z wczorajszego kursu i postanowiłam je zastosować w praktyce. Wzięłam więc kompas, mapę i jak było mówione, ustawiłam północ mapy zgodnie z północą na kompasie. Pobiegłam we wskazanym kierunku, chociaż teren zgadzał mi się tak średnio z mapą. Punktu nigdzie nie było.Wróciłam więc na trójkę i dwukrotnie powtórzyłam operację. Kompas uparcie kierował mnie w tę samą stronę. No, najwyraźniej się zepsuł! A olać kompas! Pobiegłam jak mi zdrowy rozsądek podpowiadał, chociaż najbardziej to miałam ochotę lecieć już na metę. Trzeba by było jednak wiedzieć gdzie. To już łatwiej było w tę stronę, gdzie większość.
Piątkę i szóstkę udało się znaleźć bez większych problemów, chociaż te wszystkie bloki wyglądają identycznie i co rusz miałam wrażenie, że przy tym to już na pewno byłam i to co najmniej z dziesięć razy. 
Na szóstce nieopatrznie postanowiłam sprawdzić czy kompas się aby nie naprawił, co kosztowało mnie prawie sześć minut. Nie naprawił się:-( 
Do siódemki doprowadziły mnie jakieś dzieci, ósemkę przebiegłam i musiałam wracać, a w drodze na dziewiątkę zapomniałam na jaki punkt mam iść. Normalnie czarna dziura. W marszach to jednak lepiej, bo sobie można na karcie sprawdzić, a tu co? Mogę sobie pipać do upadłego, a nic się nie dowiem:-( Trzy razy wracałam na ósemkę i co doszłam, to przypominało mi się, że tu już byłam. A potem w swojej ślepocie parkingi wzięłam na drugi pas jezdni i dziewiątka wyszła mi po drugiej stronie drogi. Przedarłam się więc przez ulicę i kiedy tylko postawiłam nogę na chodniku, olśniło mnie, że przecież - nie! Dziewiątka jest po pierwszej stronie ulicy. 
Od dziewiątki poszło już łatwo, bo odpuściłam sobie bieganie, a marszem to jest czas i na obejrzenie mapy i terenu i dopasowanie jednego do drugiego. Tak gdzieś koło dziewiątki przypomniało mi się o kciukowaniu. Żebym nie była taka zła na siebie, to chyba umarłabym za śmiechu. Po pierwsze strzałkę na paznokciu wymalowałam sobie na lewej ręce, bo malować umiem tylko prawą, a zgadnijcie - w której ręce trzymam mapę? W prawej oczywiście, więc lewy kciuk był mi zupełnie nieprzydatny. To teraz można zgadywać ile razy obróciłam mapę w rękach? Będzie tak z 3624 razy! Nie ma opcji żeby trzymać tę mapę z kciukiem i to cały czas jeszcze zorientowaną. No, nie ma!
Na mecie czekał T., już zdenerwowany, że mnie nie ma i nie ma i rozważał warianty poszukiwań. Ale wiadomo - złego diabli nie biorą, więc i ja się znalazłam.
Po biegu, dla relaksu, zaliczyliśmy jeszcze Górkę Kazurkę i prawie udało nam się wbiec na nią. Tym sposobem zdobyliśmy ostatni punkt trino - Ursynów Południowy. 
Nie ma to jak trino - idzie sobie człowiek sam lub w małej grupie, nie ma presji, że inni biegną jak szaleni, więc i ja muszę, nikt nie potrąca, nie popycha - jednym słowem: luksus.