Dopadł mnie katar. Katar i przyległości z tym stanem związane. A wiecie, katar bywa co najmniej denerwujący. Najpierw dokuczył mi na tyle, że „na pamięć” pojechałem do Marek na trening we środę. Trochę się zdziwiłem, że polana postojowa jakaś taka pusta. Odgrzebałem komórkę, patrzę, a tu jak wół, że trening ma być nietypowo… w czwartek…
W czwartek katar nie odpuszczał. Powiem wręcz, że wzbierał, pęczniał i coraz bardziej dokuczał. Tym razem na polanie w Markach samochodów było w bród. Pobrałem mapę i podreptałem do lasu. W lesie sucho jak pieprz. Jeszcze brak zieleni, więc bieganie po wyschniętym poszyciu jest takie sobie. Brak takiej typowej leśnej świeżości, która zwykle towarzyszy wyprawie do lasu.
![]() |
| W tle górka ze startem |
PK 3 na górce. Niby liczyłem ścieżki poprzeczne i nie wiem jak przebiegłem tuż obok lampionu do następnej ścieżki. Chyba kurza ślepota… Albo ten katar rzucił mi się na spostrzegawczość.
Do PK 4 i PK 5 idealnie po kresce, pomimo, że Alex coś tam z mapy powycinał. Tu muszę dodać, że w zasięgu wzroku pojawił się jakiś konkurent w widocznym z daleka seledynowym wdzianku. Nie lubię oddechu konkurencji na plecach, więc ustawiłem azymut i szybko ruszyłem na PK 6. Mapa była wycięta na tym przebiegu, ale PK miał być gdzieś obok drogi, więc pobiegłem drogą gubiąc konkurencję z zasięgu wzroku. Pojawiły się jakieś górki, powinna być żółciutka polanka i dołek. Szukam – nie ma. Dopiero po dłuższym błąkaniu się zauważyłem, że źle ustawiłem azymut… taka pomyłka o kąt prosty… Trzeba kawał wracać…
![]() |
| Wstyd mi gdy patrzę na ten przebieg... |
Zamiast na PK 8 trafiłem najpierw na PK 10 – pamiętam, że kiedyś przy jakimś bieganiu na tej mapie miałem podobnie. Jakiś taki fragment mapy, którego nie lubię;-)
Przy właściwym już dobiegu do PK 10 znowu pojawił się seledynowy konkurent. Widać także musiał się pogubić – i to całkiem nieźle, bo mi zeszło dobre 5 dodatkowych minut na szukaniu PK 6.
Oczywiście w lesie coraz ciemniej, ale nie warto było wyjmować już czołówki z kieszeni. Kolejne PK, już bez takich atrakcji, to ściganie się z seledynowym. Wyprzedziłem go na dobiegu do przedostatniego PK 15 – wariant drogowy okazał się szybszy niż buszowanie na azymut.
Na dobiegu do mety dołączył pędzący niczym rakieta Mateusz – solidarnie goniliśmy go niczym charty – nie uciekł daleko, że tak powiem i metę podbiliśmy wszyscy prawie razem.
Uff trening zaliczony, choć tempo i samopoczucie niezbyt dobrze rokuje na MP w ultralongu, które czekają mnie już w niedzielę…


