środa, 13 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 2, czyli "co ja to ostatnio podbiłam?"

Drugi dzień GPM odbywał się już w lesie - klasyk z 25 punktami na dystansie 4,7 km. Oczywiście dotyczy mojej kategorii. Z jednej strony super, że na łonie natury, ale z drugiej las daje jednak wyższą szansę popełnienia różnorakich głupot. Nie żebym planowała, zdecydowanie wystarczył mi wyczyn pierwszego dnia.
Tym razem startowaliśmy z Tomkiem w odstępie kilku minut, więc i na metę spodziewaliśmy się przybyć w zbliżonym czasie. Tymczasem oczekując na rozpoczęcie etapu robiliśmy głupie miny do obiektywu:-)
 
Czekanie wyzwala dziwne zachowania.

Na sam start trzeba było kawałek podejść, więc od razu była rozgrzewka, bo taką normalną to się można za bardzo zmęczyć, więc nie robię.
 
W boksie startowym.

Pierwsze punkty rozłożone były na obrzeżach wielkiej łąki, czy tam nieużytków (a może i użytków), więc nie dało się zabłądzić, bo wszystko było widać na przestrzał.
Czwórka, piątka, szóstka i siódemka to karpy, których w lesie było zatrzęsienie, ale jakoś udało mi się od razu trafiać na właściwe. Kolejne punkty to charakterystyczne drzewa, znowu przebieg przez łąkę i kolejne kilka karp. Gdzieś po drodze spotkałam Dorotę i żeby dotrzymać jej kroku (co gwarantowało lepszy wynik) gnałam jak szalona, choć niekoniecznie tymi samymi wariantami. W okolicach PK 9 i PK 10  swoim sokolim wzrokiem wypatrzył mnie Tomek, ale nie miałam czasu zatrzymywać się na sesję zdjęciową:-)
 
Koło PK 9

 

I okolice PK 10.

Do PK 17 szło świetnie - biegło mi się dobrze, jak na moje możliwości dość szybko, niemal bezbłędnie, głownie na azymut. A po siedemnastce nastąpił dramat. Odbiegłam od punktu i w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nie pamiętam ani z jakiego punktu biegnę, ani na jaki. Totalna pustka w głowie. Coś mi tam kołatał się kod 80, co wskazywałoby na dziewiętnastkę, ale dlaczego? W końcu wypatrzyłam Dorotę, a ponieważ jeszcze chwilę temu razem podbijałyśmy jakiś punkt, miałam nadzieję, że podpowie mi, co powinnam teraz brać. Dorota stwierdziła, że ostatnio brała osiemnastkę i nawet pokazała mi ją, bo lampion stał stosunkowo niedaleko przy drodze, a teraz szuka dziewiętnastki.  W mojej głowie zabrzmiało to jak: brałaś osiemnastkę, idź z Dorotą na dziewiętnastkę. A przy tym wszystkim miałam świadomość, że pokazywanego punku wcale, ale to wcale nie podbijałam. Ale ten kod 80 jakoś tak mnie wabił. W końcu podbiłyśmy dziewiętnastkę i pognały dalej.

Ale gdzie ja jestem?

Kolejne punkty wpadały łatwo i szybko, choć im bliżej mety tym dalej zostawałam w tyle za Dorotą. Ale i tak miałam poczucie odwalenia solidnej roboty. Dumna z siebie wzięłam do ręki wydruk z wynikiem i... wszystko zdechło. Jak wół widniało, że jednak nie podbiłam PK 18 i w związku z tym mam nkl-kę.

Na dobiegu dałam z siebie wszystko.

Teraz z nostalgią wspominam czasy kart startowych i perforatorów, gdzie w każdej chwili można było sobie sprawdzić, gdzie już się było, a gdzie nie. Najwyższy czas wymyślić takie czipy, które będą pokazywały jakie punkty ma się już podbite. Ludzie latają w kosmos, a takiej prostej rzeczy nie da się skonstruować???? A może już są takie, tylko ja nie wiem? Dajcie znać jeśli ktoś widział coś takiego.

Cała długa trasa.
 

piątek, 8 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 1, czyli jak odróżnić jedynkę od dwójki.

Podczas gdy Tomek przygotowywał się do Grand Prix Mazowsza, ja nie robiłam nic. To znaczy nic w zakresie BnO, bo ogólnie to miałam zajęć po kokardę. Uznałam, że jakoś to będzie, a nawet jak będzie źle, to w regulaminie nie znalazłam jakichś sankcji na to.
Pierwszy bieg trzydniówki to sprint na Muranowie. Super. Lubię biegać po mieście, więc cała nastawiona byłam pozytywnie. Do tego piątek był pięknym, słonecznym i ciepłym dniem, to czego chcieć więcej.
 
 Przy namiocie startowym
 
Czekamy na nasze minuty startowe

W tym etapie ja startowałam pierwsza, Tomek jakieś pół godziny po mnie, czyli miałam szansę wrócić zanim on ruszy.
 
 Start

Wystartowałam, obejrzałam mapę, nawet szybko znalazłam trójkąt startowy i pobiegłam tam, gdzie wszyscy wcześniej skręcali. Obiegłam blok, jakiś budynek, wyleciałam na skwerek i dopadłam lampionu. Już miałam podbijać, ale z przyzwyczajenia zerknęłam na kod. Co u licha? Kod mi się nie zgadza! Obejrzałam mapę, teren - wszystko ok, tylko ten kod. Stanęłam ogłupiała nie wiedząc co robić. Dopiero po chwili gapienia się na mapę dotarło do mnie, że dwójkę wzięłam za jedynkę, więc kod nie miał prawa się zgodzić. Jedynka widniała na mapie tuż obok. Niemal na wyciągnięcie ręki. I co z tego, skoro w totalnym zaćmieniu nie wiedziałam, w którą stronę wyciągnąć tę rękę. Zaczęłam nerwowo i całkowicie bezmyślnie obiegać skwerek, coraz bardziej chaotycznie i bezsensownie. Drugiego lampionu nigdzie nie było. Kiedy już się trochę wyeksploatowałam ruchowo wpadłam na genialny pomysł, żeby użyć kompasu, skoro z rozumem mi nie wychodzi. Kompas wskazał na gęsty żywopłot rosnący tuż obok, a schowany w gąszczu lampion znalazłam już sama. Cała operacja od startu do podbicia jedynki zajęła mi prawie 7 minut. Czas zwycięzcy w mojej kategorii wynosił  13.15. 
 
Najtrudniejszy pierwszy krok...

Skoro po pierwszym punkcie miałam już pozamiatane, to w zasadzie było wszystko jedno jak pobiegnę dalej. Ograniczyłam się więc biegowo, za to starałam się przynajmniej dobrze czytać mapę, żeby na jednym etapie nie zrobić dwóch głupot, bo wtedy to już byłoby mi wstyd pojawić się na kolejnych etapach. W sumie to i tak było. Na szczęście do wszystkich kolejnych punktów trafiłam bezproblemowo, aczkolwiek niektóre przebiegi mogłam zrobić bardziej optymalne. Przynajmniej takie mam wrażenie oglądając swój ślad.
Ponieważ na trasie byłam znacznie dłużej niż przewidywałam, na mecie nie zastałam już Tomka, bo pomaszerował na start. Za to upolowałam go jak kończył swój bieg. 
 
Tomek na mecie
 
Ten to przynajmniej się postarał i zajął drugie miejsce w swojej kategorii. 
Cóż, zostały mi jeszcze dwa etapy, żeby się zrehabilitować. No bo przecież gorzej to już chyba nie będzie?
 
Cała trasa.

środa, 6 maja 2026

Czas zacząć majówkę czyli trening w Wesołej

W piątek 1 maja rusza Grand Prix Mazowsza. Ale rusza dopiero biegiem popołudniowym, więc z rana, aby wyrobić kilometraż, należy pobiegać;-) Trening w Wesołej na znanej, choć ostatnio mniej bieganej mapie Groszówka. 

Takie logo zachęcało uczestników do biegu

Przyjeżdżam sobie wcześniej na miejsce startu- miały być to znane wiaty przy UM Wesoła, ale coś tych wiat nie widać. Z auta dostrzegam samotną znajomą postać rozglądającą się po zagajniku, gdzie wiaty kiedyś stały. Na parkingu dzwoni telefon – Ania (którą widziałem przed chwilą) dzwoni lekko zrozpaczona, czy już wyjechałem z domu i czy nie mogę zabrać stolika. No cóż, skoro już dojechałem, to ciężko zabrać stolik. Ale ratuję organizatorkę składanym krzesełkiem, które wożę w bagażniku;-) 

Wkrótce wraca z lasu Barbara, która stawiała ostatnie lampiony dla trasy długiej i można ruszać. W lesie sucho. Bardzo sucho. Pod butami trzask łamanych suchych patyków. Przy PK 1 doganiam ekipę z trasy rodzinnej, co pierwszy raz są na BnO. Krótki instruktaż jak się podbija kartę startową przy pomocy perforatora, jak używać kompasu i ruszam dalej. 

Nie przemęczając się (mam na uwadze popołudniowy sprint) drogami lecę na PK 2, 3, 4. Teren znany, więc błędów praktycznie nie ma. Przy PK 5 znowu spotykam ekipę z trasy rodzinnej. Już z daleka machają i krzyczą, że wszystko już wiedzą i przećwiczyli przy znajdywaniu kolejnych lampionów. 

PK 6 na zboczu górki. Górki bardzo mało przebieżnej – taki wyrosły już młodnik, gdzie część zbyt gęsto posadzonych sosen wyschła lub została ścięta i leży sobie pomiędzy tymi, co dalej rosną. Chwilę szukam lampionu – jest gdzie indziej, niż się spodziewałem. 

Kolejne PK w znanych miejscach. Choć PK 8 jest sprytnie schowany w rowku pomiędzy dwoma kopczykami i chwilę go szukam. 

Dalej góra-dół-krzak-góra czyli typowa wydma w Wesołej. Za PK 11 spotykam biegnący z naprzeciwka tramwaj zawodników z trasy średniej. Przy PK 16 dogania mnie i przegania Marcin. Jako że biegłem pierwszy – dla potomności uwalniałem perforatory z uchwytu mocującego je do przewozu. Teoretycznie można dziurkować bez tej operacji, ale jest to niewygodne i można przedziurkować uchwyt. 

Ostatnie punkty to typowa „łydka”. Można biegać „na pamięć”. 

Wreszcie meta. Nie dawałem z siebie wszystkiego – więc wynik taki sobie, ale przynajmniej poranny rozruch zaliczony. Teraz pozostała chwila na regenerację i popołudniowy start w sprincie na Muranowie.