sobota, 25 kwietnia 2026

Jak nie zostałem Mistrzem Polski;-)

Zawsze wolałem dłuższe dystanse. W tym roku na Warsaw City Race najlepiej poszedł mi bieg najdłuższy. W zeszłym roku na MP Ultralongu także nie byłem ostatni. Dlatego z dużymi nadziejami zapisałem się na tegoroczne Mistrzostwa Polski w długodystansowym BnO. 

Zawody dość daleko -z moje perspektywy to  „pod Gdańskiem”, a tak dokładniej tuż obok Gniewu. Ale to taka odległość, że daje się wyjechać rano, pobiec i wrócić. 

Organizator – bliżej mi nieznany – ale fajnie jest odkrywać nowe tereny i budowniczych. 

Wyjechałem skoro świt. Forma taka sobie, bo dopadł mnie katar, ból głowy i inne takie. Z perspektywy czasu podejrzewam jakąś formę morderczego covidu… 

O godzinie 8:00 miało ruszyć biuro. O tej godzinie było nas dwoje uczestników przytupujących, by odebrać numery startowe, ale musieliśmy poczekać z pół godziny zanim centrum zawodów się ogarnęło. Ale czekających niewielu, więc nie ma sprawy – udało się. 

W centrum zawodów
W tym roku start masowy dla większości kategorii. Nie znoszę startu masowego. Bo zawsze biegnie się nie tam gdzie trzeba, nie za tym co trzeba, a ci co potrafią biegać w tramwaju (czyli na plecach upatrzonego zawodnika) zyskują, sami nie nawigując. Jeszcze rok temu w regulaminach BnO był zapis, że zawody mistrzowskie muszą być rozgrywane interwałowo lub w postaci OneManRelay. Zapis był, po cichu się zmył. Szkoda, że PZOS takie zmiany wprowadza po cichu, że na ich oficjalnej stronie brak jakichkolwiek sensownych informacji – pojawiają się tylko newsy typu „uścisk dłoni Prezesa i Nadleśniczego”, albo powołania do Kadry Narodowej. Nigdy nie widziałem np. komunikatu/uzasadnienia anulowania jakiegoś etapu w zawodach wysokiej rangi (zresztą na stronach zawodów także tego brakuje), czy choćby opracowania o trendach w zmianach regulaminowych. 

Wracając do zawodów – moja kategoria miała mieć start masowy z jakimiś tam motylkami. Znajomych sporo. Na podium raczej mam szanse iluzoryczne – jest co najmniej trójka (a pewno i więcej) ludzi biegających ode mnie o niebo szybciej i do tego bardzo dobrze nawigujących. Takich co kompas wyssali z mlekiem matki, a nie jak ja - uczący się nawigacji u schyłku żywota;-) Ale BnO to taka dyscyplina, gdzie zawsze można strzelić babola. A na długim dystansie jeszcze ważna jest kondycja na końcu – więc zawsze może zdarzyć się niespodzianka. 

Teren – niby blisko morza, a góry całkiem porządne. Komunikat techniczny mówił dla mojej kategorii o 10 km i 250 m w górę. 

Clear, check i na linie startu
Start tuż za wiaduktem nieczynnej kolejki. Na starcie zamieszanie, jedna z kategorii startu masowego o 10:00 musiała się dopominać o wpuszczenie do boksu, bo kierownik startu coś o nich zapomniał i chciał ich wystartować 20 minut później. 

Dostaliśmy mapy pod nogę, odliczanie i start. Mapa – płachta jak na byka – format A3. Ale dzięki temu dość wyraźna jak na nasze starcze oczy. 
Do pierwszego punktu tramwaj. Od razu pod górę, ale sporo drogą. Dopiero końcówka po nieużytku przypominającym łąkę. Od samego początku na plecach czułem oddech Józefa. Uparł się, że mnie będzie gonił… Strasznie stresująca sytuacja… 

Po PK 1 ciut się przeluźniło (czytaj zostałem z tyłu, bo nie lubię szybko biegać po krzakach). Na PK 2 chyba najdłuższy z przebiegów na mapie. Przedzieram się przez krzaki, zbiegam w dół i mam dylemat – biec po kresce przez dwie góry, czy drogą? Jednak szybciej będzie drogą. Skręcam w lewo i po kilkudziesięciu metrach wiem, że to pierwszy błąd. Drogą w lewo musiałem pokonać wzniesienie i zbiec, a w prawo, przy tej samej odległości byłoby tylko w dół lub po różnym. Ale nie ma sensu już wracać – biegnę i uciekam ile się dam Józefowi. 

PK 3 i PK 4 wchodzą dość dobrze – bez większego kluczenia. PK 4 to punkt węzłowy – pierwszy motylek. Ja biegnę w prawo, Józef w prawo. Wreszcie mogę spokojnie nawigować. 

Przed PK 9 znowu pojawia się Józek. Przecinamy drogę, teren odkryty, dół, lampion…. Tylko kod się nie zgadza! Konsternacja! Chwila zastanowienia i lecimy dalej - to był jakiś wcześniejszy „dół”. 

Lecimy do punktu węzłowego PK 4/10. Punkt ten to był wielki dół, z butelkami wody (taki punkt wodopojowy). Z daleka widzimy ludzi wbiegających w dół. Biegniemy i my: jest dół, butelki z wodą lampion. Podbijam i… konsternacja coś mi się kod nie zgadza. Chcę już pobiec dalej, gdy do lampionu dobiega Agnieszka. Agnieszka głośno zadaje pytanie jakiego kodu szukam. Sprawdzam na mapie - ma być 40, a na lampionie 74. Tyle że wszystko wygląda tak samo: dół, butelki z wodą… Burza mózgów, konsultacja z innymi i wiemy, gdzie jesteśmy. Ruszamy do właściwego dołka. Rzeczywiście wygląda tak samo. Mam wtedy wątpliwości czy za pierwszym przebiegiem przez ten lampion trafiłem na właściwy. Niby sprawdzam kody, ale kto by posądzał budowniczego o taką perfidię - tak upodobnić te dwa miejsca do siebie! 

Zwiedli mnie ludzie wbiegający do dołka, bo azymut miałem dobry

Biegnę dalej do kolejnego PK węzłowego. PK 12 za „trzema” górami. Znajduję przełączkę by się nie wspinać dodatkowo. Na lampion nie wchodzę czysto, szukam go najpierw na równoległej ścieżce 20 metrów poniżej punktu. Takie drobiazgi, brak dobrej techniki biegania po ternie nieprzebieżnym powoduje, że na takich przebiegach tracę do wyjadaczy. Na równej drodze i długim przebiegu jestem w stanie zyskać. Rok temu nadmorskie wydmy były idealnie przebieżne, stąd mój fajny wynik. Tu idzie troszkę gorzej. 

Przed PK 13 w zasięgu wzroku mam Tomka Pryjmę. Jak dobrze pójdzie, to go wyprzedzę przed metą. 

PK 15 – kolejny motylek i strome górki/dolinki o przewyższeniach rzędu 20 m. PK 16 wchodzi dobrze, biegnę na PK 17 – niewielki dołek w zielonym. Po chwili szukania znajduję lampion, ale znowu o innym kodzie. Niby też w jakimś dołku, ale takim bardziej „rozległym” . Konsternacja. Brnę dalej rozglądając się czujnie. Docieram do zbocza - w dole widzę lampion – to musi być PK 18. Sprawdzam kompas – azymut miałem dobry. Robię zwrot w tył i wpatrując się uważnie w igłę kompasu ruszam na poszukiwania właściwego dołka. Przechodzę obok lampionu, który znalazłem wcześniej. O! jest dołek z lampionem! To ten mój!. Widzę z niego ten lampion „stowarzyszony”. Tak na oko jest ze 30 m dalej… nie za blisko? Mój był całkowicie schowany w dołku, a tamten świeci niczym latania… 

Szukając PK 17 trafiłem na lampion stowarzyszony...
Wracam na PK 18 i kończę motylek na PK 15/19. Na poszukiwaniu tego dołka z PK 17 straciłem masę czasu (wydruk mówi, że z 5 minut na przebiegu czterominutowym). Czerwona koszulka Tomka zniknęła mi zupełnie z oczu…. 

Jeszcze raz zaliczam sławny dołek (PK 17/20) i zostają mi dwa ostatnie punkty. Znowu dłuższy przebieg, spora góra do pokonania i dobrze wydeptany zbieg w kierunku mety. Na dobiegu do ostatniego PK na uczestników poluje fotograf – staram się biec lekko i rączo, by dobrze wyjść na zdjęciu. 

Złapany przed metą
Na mecie wyprzedza mnie jeszcze jakaś „elitarna” biegaczka – muszę popracować nad szybkością (albo jakiś cudowny eliksir i odmłodnieć o  40 tat...;-) 


Na mecie wydruk i zupka. I oczywiście picie. Niby na trasie leżała woda przy punkcie węzłowym (PK 4/10), ale to był początek trasy i kto by tam pił. Szczególnie, że wydobycie butelki ze sterty/folii, odkręcenie itp. To czas… którego zawsze brakuje. Po PK 10 (czyli połowie trasy) nie było punktu wodopojowego „na przebiegu”. Były gdzieś z boku, umiejscowione dla nas bezsensownie. A w drugiej połowie trasy pragnienie więcej dokucza. Niby regulamin mówi o punktach nawadniania co 25 minut, ale kto by tam patrzył na takie rzeczy (ot choćby kontroler ze strony PZOS). Znając życie, to za rok w regulaminie te punkty nawadniania zanikną w ogóle;-) 

Na wydruku jestem czwarty….. hmm coś za dobrze! Potem dowiaduję się, że jestem czwarty - ale na moim wariancie trasy. Ogólnie jest o wiele gorzej. Gorzej niż zakładałem. Gdyby nie te dwie wpadki przy PK 10 i PK 17 miałbym analogiczny wynik jak rok temu… 

Wsiadam w auto i wracam do domu. Czekam na dokładne wyniki, by przeanalizować co i jak. Docieram do domu – wyników brak. Pojawiają się jakieś dyskusje o problemach w jakiejś kategorii. Ale na bieżąco na stronie z wynikami informacji brak. Tak naprawdę to do tej pory (czyli prawie dwa tygodnie po zawodach) nie ma wyników oficjalnych. Wyniki zbiorcze pojawiły się dwa dni po imprezie z adnotacją o unieważnieniu wyników kategorii K20. Oglądając film z relacji na żywo wywnioskowałem, że w tej kategorii części uczestniczek dano źle wydrukowane mapy – miały być dwustronne, ale na drugiej stronie było to samo co na pierwszej… Oczywiście żadnego oficjalnego komunikatu. Brak linków do fotorelacji (więc po co zatrudniali fotografów?) – wszystkiego trzeba szukać własnym sumptem. Rozumiem, że najważniejsze jest przygotowanie do imprezy i jej przeprowadzenie, ale impreza nie kończy się na mecie. Analizy, międzyczasy, zdjęcia czy choćby słowo wyjaśnienia, jak coś wyniknie nietypowego, by się przydały. Nie chodzi tylko o tę kategorię K20. W wynikach jest bardzo dużo MP. Pewno to takie punkty „stowarzyszone”. Sprawdziłem na mapie - o ile przy PK 10 ten stowarzysz był dość daleko, to w przypadku PK 17 w/g mapy stał na granicy 60 m. W regulaminie jest „powyżej 60 m”, ale tak wizualnie wydawało mi się, że lampion był bliżej… gdyby był ukryty… 

Po tych mistrzostwach pozostał mi niesmak odnośnie tego startu masowego, nawadniania i braku podsumowania zawodów w internecie. Brak tego, co obiecano w zakładce live np. GPS tracking. Pochwalę zupkę na mecie, bezpłatny parking, dobrą pracę biura i brak opóźnień na starcie. Teraz pozostaje mi czekać rok na kolejną szansę udowodnienia sobie, że jestem dobrym ultraorientalistą;-) 


 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz