Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 kwietnia 2026

Do dwóch razy sztuka czyli trening u Aleksa

Dopadł mnie katar. Katar i przyległości z tym stanem związane. A wiecie, katar bywa co najmniej denerwujący. Najpierw dokuczył mi na tyle, że „na pamięć” pojechałem do Marek na trening we środę. Trochę się zdziwiłem, że polana postojowa jakaś taka pusta. Odgrzebałem komórkę, patrzę, a tu jak wół, że trening ma być nietypowo… w czwartek… 

W czwartek katar nie odpuszczał. Powiem wręcz, że wzbierał, pęczniał i coraz bardziej dokuczał. Tym razem na polanie w Markach samochodów było w bród. Pobrałem mapę i podreptałem do lasu. W lesie sucho jak pieprz. Jeszcze brak zieleni, więc bieganie po wyschniętym poszyciu jest takie sobie. Brak takiej typowej leśnej świeżości, która zwykle towarzyszy wyprawie do lasu. 

W tle górka ze startem
Start pod górkę, po piachu. Potem nieuporządkowanym lasem w kierunku PK 1. Zniosło mnie co nieco na lewo, ale lampion był widoczny z daleka, więc udało się trafić do punktu. Za to do PK 2 trafiam idealnie. 

PK 3 na górce. Niby liczyłem ścieżki poprzeczne i nie wiem jak przebiegłem tuż obok lampionu do następnej ścieżki. Chyba kurza ślepota… Albo ten katar rzucił mi się na spostrzegawczość. 

Do PK 4 i PK 5 idealnie po kresce, pomimo, że Alex coś tam z mapy powycinał. Tu muszę dodać, że w zasięgu wzroku pojawił się jakiś konkurent w widocznym z daleka seledynowym wdzianku. Nie lubię oddechu konkurencji na plecach, więc ustawiłem azymut i szybko ruszyłem na PK 6. Mapa była wycięta na tym przebiegu, ale PK miał być gdzieś obok drogi, więc pobiegłem drogą gubiąc konkurencję z zasięgu wzroku. Pojawiły się jakieś górki, powinna być żółciutka polanka i dołek. Szukam – nie ma. Dopiero po dłuższym błąkaniu się zauważyłem, że źle ustawiłem azymut… taka pomyłka o kąt prosty… Trzeba kawał wracać… 

Wstyd mi gdy patrzę na ten przebieg...
Dalej szło lepiej. Ale niezbyt szybko, bo ciężko jednocześnie biegać i dbać o drożność dróg oddechowych… 

Zamiast na PK 8 trafiłem najpierw na PK 10 – pamiętam, że kiedyś przy jakimś bieganiu na tej mapie miałem podobnie. Jakiś taki fragment mapy, którego nie lubię;-) 

Przy właściwym już dobiegu do PK 10 znowu pojawił się seledynowy konkurent. Widać także musiał się pogubić – i to całkiem nieźle, bo mi zeszło dobre 5 dodatkowych minut na szukaniu PK 6. 

Oczywiście w lesie coraz ciemniej, ale nie warto było wyjmować już czołówki z kieszeni. Kolejne PK, już bez takich atrakcji, to ściganie się z seledynowym. Wyprzedziłem go na dobiegu do przedostatniego PK 15 – wariant drogowy okazał się szybszy niż buszowanie na azymut. 

Na dobiegu do mety dołączył pędzący niczym rakieta Mateusz – solidarnie goniliśmy go niczym charty – nie uciekł daleko, że tak powiem i metę podbiliśmy wszyscy prawie razem. 

Uff trening zaliczony, choć tempo i samopoczucie niezbyt dobrze rokuje na MP w ultralongu, które czekają mnie już w niedzielę… 


 

czwartek, 7 sierpnia 2025

Trening w Markach, czyli jak mi przegrzało mózg.

Zapowiadała się posucha w BnO, a tu Aleks zrobił kolejny trening w niedzielę i to do tego w sąsiednich Markach, więc prawie w domu. Z powodu małej ilości chętnych (wiadomo - wakacje) trening był w wersji oszczędnościowej - bez stacji bazowych i czipów, bez pomiaru czasu, nawet prawie bez perforatorów, bo tylko gdzieniegdzie były. Grunt, że lampiony wisiały - co prawda bez kodów, ale kody są dla cieniasów.
Tym razem wybraliśmy się we trójkę - ja, Tomek i Agata. Tomek na trasę długą, my na średnią. Z tą średnią to nas Aleks trochę wykiwał, bo w ogłoszeniu było, że będą 4 km, a na mapie było już napisane 4,7. A wiadomo, że realnie wyjdzie jeszcze więcej. Do tego dzień był wściekle gorący, a trening niemal w samo południe.
 
Przed startem.
 
Start w terenie nie był niczym oznaczony, więc na podstawie mapy trzeba była zorientować się gdzie zacząć. Tomek dla ułatwienia życia innym zrobił na ścieżce kreskę podpisaną: start. My z Agatą i tak musiałyśmy dobiec do skrzyżowania, więc dokładny start nie był nam potrzebny.
 
Ruszamy.
 
Tak w sumie to do jedynki mogłyśmy się siłować z azymutem, ale po co? Ścieżka to ścieżka i jak się da to warto skorzystać. Z jedynką nie miałyśmy problemów, za to dwójki trochę się bałam, bo na mapie widniał zielony krzyżyk na zielonym tle, bez żadnych miejsc charakterystycznych. O dziwo, trafiłyśmy bezbłędnie.
Do trójki już musiałyśmy cała drogę nawigować na azymut, ale też wyszłyśmy na lampion. Coś mi się jednak ta trójka nie podobała. Obok lampionu stała budowla - niby szałas, niby ziemianka, a na mapie nic nie było zaznaczone.
 
 Konstrukcja przy PK 3.
 
Ale nic to, namierzyłyśmy się na czwórkę i ruszyłyśmy. Po chwili wyszłyśmy na ścieżkę, a mi się ubzdurało, że ścieżki absolutnie nie powinno tam być, bo ścieżka jest za czwórką. Nie wiem jakim cudem nie dojrzałam ścieżki na mapie. Zarządziłam odwrót i uznawszy, że znaleziony lampion to czwórka, zaczęłam szukać trójki. Agata najpierw delikatnie, potem coraz gwałtowniej protestowała przeciwko moim poczynaniom i w końcu udało się jej przekonać mnie, że jednak jesteśmy w dobrym miejscu. Jak już mnie przekonała, to nawet zaginioną ścieżkę nagle dojrzałam na mapie. Najwyraźniej z tego upału zaczęły mi się przepalać zwoje mózgowe, bo nie wiem czym tłumaczyć takie zaćmienie umysłu.
 
Trójka, czy nie trójka?
 
W tajemnicy Wam powiem, że tak do końca byłam pewna trójki dopiero gdy znalazłyśmy czwórkę i wszystko tam się zgadzało. Jednak kody to duże ułatwienie, szczególnie w takich niejasnych sytuacjach. 
Kolejne punkty już wchodziły bezproblemowo, szczególnie, że wzmogłyśmy czujność - ja w nawigacji, a Agata w kontrolowaniu moich poczynań:-)
Z ósemki do dziewiątki był długaśny przebieg i postanowiłyśmy ile się da korzystać z dróg i ścieżek, nawet jeśli wychodziło nam naokoło. Ale za to miałyśmy plan biec tymi drogami i ścieżkami, bo po lesie poruszałyśmy się statecznym marszem. No dobra, tego biegu wystarczyło nam na jakieś dwieście metrów, ale zawsze coś. Kiedy wreszcie dotarłyśmy do dziewiątki znowu coś przestało mi się podobać. Zaniepokoił mnie rów, który był coś za blisko lampionu, ale pomna kompromitacji przy trójce nic już nie marudziłam, tylko namierzyłam nas na dziesiątkę i ruszyłyśmy. No i tu już napotkana ścieżka na pewno nie powinna się znajdować w tym miejscu. Agata zgodziła się ze mną, że coś nie gra i wróciłyśmy poszukać prawdziwej dziewiątki. Dużym ułatwieniem był rów, który doprowadził nas we właściwe miejsce.
 
 Miedzy PK 9, a PK 10 stał punkt stowarzyszony:-)
 
W lesie rosły taaaakie paprocie!
 
Kilka kolejnych punktów znowu zdobyłyśmy brawurowym marszem po azymucie i dopiero od trzynastki mogłyśmy wrócić na ścieżki. No i tu mnie poniosło. Postanowiłam biec i to tak, że Agata została gdzieś hen w tyle, bo ona nie miała takich absurdalnych postanowień. Tak biegłam i biegłam i planowałam, w którą ścieżkę najlepiej skręcić, żeby znaleźć się na drodze z czternastką. Postanowiłam wycelować w tę koło cyfry 9 na mapie. Oczywiście, że pochrzaniły mi się odległości i weszłam w tę powyżej, ale z pełnym przekonaniem, że wyjdę tuż koło punktu. Znowu z opresji wyratowała mnie Agata, która w międzyczasie mnie dogoniła i pokazała na mapie, gdzie jesteśmy. Normalnie chyba mózg mi odparowało z tego gorąca.
 
Nie to skrzyżowanie.
 
Po czternastce została nam już tylko pętelka 15-16-17-18 w pobliżu mety i na szczęście z tymi punktami nie miałyśmy żadnych kłopotów. Co prawda od osiemnastki mogłyśmy mądrzej odejść, ale pokićkały mi się kółeczka, bo podpisy do punktów były tak daleko od kółek, że ciężko było zgadnąć który jest do którego i jedynkę wzięłam za osiemnastkę. Nie miało to większego znaczenia dla dotarcia do mety, jedynie zrobiłyśmy parę metrów więcej.
 
"Podbijam" metę.

I na koniec znowu wspólna fotka.
 
Nasz przebieg, czy raczej przemarsz.
 

wtorek, 24 grudnia 2024

Zwałka czyli trening u Alexa i Piotra

Kolejny trening u Alexa i tym razem jeszcze Piotra. Miejsce mało typowe – Marki. Niestety, zawody mistrzowskie w 2025 wyłączyły zbyt wiele terenów z biegania. Nie wiem czym się kierował team 360 wyłączając okolice, które i tak wszyscy dobrze znają i to po terminie, gdy inne zawody były tu zaplanowane. Jeszcze jakby to były jakieś „tajne” tereny, ale powiedzenie „Falenica orientacji” o czymś świadczy – tu biega się na pamięć! 

Wracając do Marek – tern stanowczo nieciekawy. Dawna góra wysypiska, troszkę lasu i terenów otwartych, ale nierównych i porośniętym jakimiś wysokimi habaziami. Zapisanych cała masa osób – jak to przed świętami. 

Start dość "mokry"
Start w kałuży. No, prawie. W każdym razie błotnisty. Pierwszy PK niedaleko, oczywiście w krzakach, w dole pełnym śmieci. 

Drugi PK przy jakimś płocie – jedyny sensowny dobieg – asfalt, bo cały teren po linii prostej pełny zielonych kresek i brązowych kropek. Do PK2 praktycznie biegnę przez PK3 więc muszę się cofnąć - znowu asfalt. 

PK 4 za górą śmieci. Można tam po raz trzeci asfaltem lub przez górę. Ile można biegać tym asfaltem w tę i we w tę – dla odmiany wybieram drogę pod górę. Stromo i … wysokie porosty. Może nie jakieś straszne, ale biegać mało się daje. Góra daje mi w kość. 

Do PK 5 staram się drogami, ale do PK 5 trzeba już lecieć przez ten otwarty, nierówny i porośnięty wysokimi trawami teren. Nie jest łatwo. Wreszcie wykończony dopadam lasu i drogi biegnącej skrajem. Z mapy wychodzi mi, że mam biec w prawo, do skrzyżowania. Biegnę. Przegania mnie jakiś szybkonogi biegacz. Dobiegam do skrzyżowania i mi nie pasuje. Ale nic skręcam w lewo. Po chwili coraz bardziej mi nie pasuje. Asfalt? Płyty betonowe? Gdzie ja jestem? Po chwili odkrywam, że wybiegłem z tych traw za bardzo na północ i powinienem biec w lewo zamiast w prawo. Ale już wiem gdzie jestem i znajduję PK 6.

Jakoś tak moje ostatnie starty mają sporo wspólnego z epickimi tragediami. Tu tragedia zaczyna się na PK 7. Niby nic trudnego: przy płocie, dziura w ziemi z wodą (lub szuwarami) i na jej początku lampion. Tyle że dziur jest wiele. A lampionu nie dostrzegam z mojej strony. Biegnę dalej, ale dziur już nie ma więcej. Wracam się więc i wreszcie znajduję lampion. Wrrr 

PK 8 w zabudowie – jakieś ogródki, taka slumsowa zabudowa. Psy szczekają, tubylcy wyciągają grabie i motyki by pogonić obcych. Szybko się wycofuję i dobiegam do PK z drugiej strony. 

Kolejne kilka punktów – na spokojnie. Tyle, że powoli, bo teren zakrzaczony. Znowu jakiś szybkobiegacz mnie bierze wrrr. 

Do PK 15 znowu przebijam się przez tę „łąkę” na środku mapy. Po raz drugi. Tym razem zgodnie z kierunkiem bruzd, więc idzie ciut sprawniej.
Do PK 16 znosi mnie w prawo. Gdy znajduję lampion, ustawiam kompas na PK 17 i… ruszam w przeciwną stronę. Oj, takie pomylenie południa z północą;-) Zawracam i staram się ominąć moją ukochaną łąkę. Niestety, do PK 18 ominąć się jej nie da…. 

Typowy PK (17) w dołku pełnym śmieci. Skoro zwałka to śmieci być muszą!
Na drodze z PK 18 do PK 19 widzę na mapie płot nie do przebycia. Postanawiam obiec naokoło jeziorka drogami. Tu wyprzedza mnie spacerowicz w seledynowym, co przedarł się przez płot… 

Ruszam z kopyta na PK 20. I co z tego, że z kopyta skoro przestaje mi się coś zgadzać teren? Dłuższą chwilę miotam się bezradny zanim docieram we właściwe miejsce. 

Zostaje już ostatni PK i meta. Drogami na szczęście. Co tu dużo mówić kolejna „porażka”, coś nie mam szczęścia do Alexa. 

W tle zwałka
No dobra, tu można zwalić wszystko na śmieci. Bo teren nieprzyjemny do biegania. Nierówny, pełen odpadów, kup gruzu, zdziczałych zarośli i normalnych śmieci upychanych po lesie. I tak dobrze, że mamy zimę, bo w lecie to byłaby już masakra przebijać się przez te krzaki… 


 

 

środa, 1 maja 2024

Nocny Marek z ZAZU TOUR

Zapisałem się na Mistrzostwa Polski w nocnym BnO. Wcale nie miałem się zapisywać, ale w ramach treningów do Jagi-Kory coś tam zacząłem biegać i jakoś poszło - co ma się marnować licencja zawodnika BnO;-) Ale przed startem w imprezie tej rangi przydałby się trening. Nocny. I właśnie nastał wysyp nocnych treningów, bo jak widać nie tylko ja mam zaległości w nocnym bieganiu;-) 

ZAZU TOUR NOCĄ R2 - „prawie pod domem” bo w Markach na Horowej Górze – wstyd było nie iść. Oczywiście zjawiłem się na starcie. Mapa niewielka, 6,8 km, 17 PK czyli nie tak mało. Na mapie wydma, trochę poziomnic i sporo zielonego. 

Do startu gotowy!

Wystartowałem przy ostatnich promieniach słońca - pod górę i po piachu. PK 1 daleko - na drugim końcu mapy. W lesie już ciemno. A las… niedawno był to młodnik, teraz jest ciut wyższy, ale jeszcze nie zaznał trzebieży. W nocy daje to efekt bardzo ograniczonej widoczności. Co chwila jakieś ścieżynki jak to przy zamieszkałych terenach. Leciałem na czuja – „mniej więcej w kierunku” i kurczowo trzymałem się poziomnicy. Tak jej się trzymałem, że trafiłem wpierw na PK 4, ale dzięki temu do PK 1 było niedaleko. 

PK 2 wydawał się prosty - wokół bagienka, ścieżką, na niewielką górkę i gdzieś w dole powinien być lampion. To „gdzieś w dole” było mocno zdradliwe: teren poorany rowami, zwalone gałęzie, i szukaj wiatru – znaczy lampionu w takich warunkach. Wreszcie znalazłem, ale po dłuższej chwili. 

Na PK 3 ruszyłem na azymut. Po chwili zobaczyłem pierwsze „obce światło” w lesie. Jak się okazało był to zagubiony Piotrek, który szukał … PK 1!
Szczęśliwy, że nie zrobiłem takiej wtopy, ruszyłem dalej. Minąłem jakąś ścieżkę poprzeczną, dobiegłem do następnej (jej kierunek się zgadza), więc chwilę wcześniej powinien być lampion. Wracam się, szukam, nic. Powoli pojawiają się latarki. Jakaś dziewczyna szuka tego samego lampionu. Niby się wszystko w terenie zgadza, ale nie do końca. Przebiegają jacyś biegacze i wreszcie Janka wybiegając z lasu rzuca: „33 jest tam” i wskazuje gdzieś na zachód. Lecimy w tamtym kierunku. Okazało się, że w terenie była „ścieżka” nieuwzględniona na mapie i szukaliśmy ponad 100 metrów za wcześnie. 

Dalej biegłem już ostrożnie do PK 4, drogę z PK 4 na PK 5/1 miałem już wcześniej obieganą i potem na PK 6 – znów na drugi koniec mapy. W pewnym momencie zacząłem poznawać teren, który mapowałem do którejś tam Niepoślipki. Wokół coraz więcej światełek biegających we wszystkie strony. Na ostatnich metrach do PK 6 znosi mnie i bezradnie miotam się szukając krótkiego wału. 

Kolejne punkty idą dobrze, choć coraz wolniej, bo sił zaczyna brakować. Przemek dobrze zbudował trasę – sporo mało przebieżnych elementów (szczególnie w nocy), a co pewien czas dłuuugi przebieg – kolejny z PK 11 na PK 2/12. Tym razem używam ścieżki, która mnie zmyliła przy poszukiwaniu PK 3 i rów z lampionem znajduję może ciut naokoło, ale w sposób całkiem bezpieczny. 

Bieganie nocą ma swój urok

Kolejne przebiegi – „odwrotne” do tych, co robiłem na początku. Znany las (biegnąc na PK 1 na niego narzekałem, ale teraz wydaje mi się łatwy i przebieżny), choć sił coraz mniej. Wreszcie wpadam na metę. Czas nie jest najlepszy – szczególnie przez ten PK 3. Ale przez MP jest planowane jeszcze kilka nocnych treningów – czas by się poprawić!


 

czwartek, 4 kwietnia 2024

ZAW-OR tym razem bez biegania

ZAW-OR w Otwocku/Soplicowie lat temu 10 to była pierwsza impreza, którą wygraliśmy. Wprawdzie kategorię TP, ale to był nasz drugi, czy trzeci start w ogóle w InO. 

ZAW-OR od zawsze kojarzył się z Andrzejem. Aż do tego roku;-( 

Nasza ekipa na ZAW-ORZe

Pojechaliśmy we trójkę (jak za naszego pierwszego startu w InO) do pobliskich Marek, ale w miejsce całkiem nam nieznane. Najpierw robiona z auta dojściówka (właściwie dojazdówka), potem nierówna walka z niedodrukowanymi i niepociętymi dyplomami i oczekiwanie z pucharami na laureatów zeszłorocznego TMWiM. Odczekawszy ile się dało i zostawiwszy resztą "fantów" do rozdania organizatorom, nieźle wymarznięci ruszyliśmy w trasę etatu 1. Mapę dostaliśmy jakąś taką mikroskopijną, formatu A5, choć pod względem trudności sprawiała wrażenie trasy TT. Poganiani przez zmarzniętą Agatę ruszyliśmy dziarsko do… stowarzysza. Kółko z PK A sprytnie zakryło sąsiadujący z właściwym kopczykiem rząd wypiętrzeń terenu. Oj tam, po prostu z niecierpliwości nikt nie zwrócił uwagi, że kopczyki miały być odsunięte od drogi i tyle;-) 

 

Pierwszy PK i ... stowarzysz...

Kolejne punkty poszły stanowczo lepiej bo rozgrzana drużyna zaczęła współpracować. PK S był chytry. 170 m na azymut i w okolicach celu rząd dołów w odległości ok. 30 m, a każdy z lampionem. Z wzorcówki wynika, że wzięliśmy stowarzysza, ale analiza z danych lidarowych pokazuje, że trafiliśmy na właściwy dół. No cóż, stare mapy rysowane "analogowo" mają czasem pewne rozbieżności w ułożeniu elementów i tu takie zadanie na azymut może dać nieprzewidziane efekty. Ciekawe jak autor trasy podejdzie do tych rozbieżności;-) 

PK Y po lewej, odmierzone 170m...

 Dalej nie było większych problemów poza: 

  • rozmokłymi drogami, 
  • mało przebieżnym lasem chwytającym za nogi, 
  • PK L na azymut, do którego należy się wracać;-) 

 

Krzaki

Rozmokłe drogi

I kolejne rozmokłe drogi

PK X był to drugi PK na azymut. Jak nic z pomiaru na lidarze (na trasie na mapie jak i potem domu dokładniej) wychodzi mi, że właściwy powinien być ostatni dołek, a nie przedostatni jak na wzorcówce! Zresztą, na mapie którą dostaliśmy, oba mieszczą się w granicy 2 mm, więc myślę, że tu nie będzie żadnych wątpliwości;-) 

PK Y po prawej. Jak nic ostatni dół

W każdym razie etap przeżyliśmy i pomimo nieoptymalnej trasy chyba zmieściliśmy się w czasie;-) 

Na etap drugi dostaliśmy mapę już normalnych rozmiarów. Na pierwszy rzut oka bardziej skomplikowaną, bo do nałożenia warstwicówka, cieniowanie lidarowe i zwykła mapa topograficzna. Jednak złożenie wszystkiego raczej trudne nie było. Może poza PK A, który na mapie BnO wygląda zupełnie inaczej niż to, co jest na lidarze, więc dopasowywaliśmy wycinek metodą eliminacji. 

Chodząc po lesie zastanawialiśmy się gdzie są lampiony biegowe. W lesie raz widzieliśmy Konrada, jak szukał lampionu gdzieś koło naszego pierwszego PK na drugim etapie, choć samego lampionu biegowego nie dojrzeliśmy. 

Żeby nie było - były na trasie także i urokliwe miejsca

Oraz chwile na odpoczynek

Sama trasa była łatwa i przyjemna. Oczywiście poza jeżynami pomiędzy PK 9 i 2. Szczególnie malowniczy był PK 5 przy zrujnowanym budynku;-) Jedyna wtopa to PK 8 – nie dostrzegliśmy pierwszego dołu i szukaliśmy tego drugiego tam, gdzie go stanowczo nie było;-) 

PK 5 na etapie II z bliska

i z oddali

 

Co tu dużo pisać – intrygująco jest wrócić czasami do marszy – choć długa przerwa nie sprzyja koncentracji. W BnO to jest lampion lub go nie ma, a tu trzeba zwracać uwagę na szczegóły, co dobitnie pokazał pierwszy PK na pierwszym etapie;-) 


 

niedziela, 29 stycznia 2023

Marki na ślisko

W tym roku Orient miałem "tuż pod nosem", w Markach. Teren znany z Warszawskiej Mili i nie tylko. Piękna plątanina dołów, rowów i różnej maści wyrobisk. A wszystko na tyle blisko, że nawet moje dziecko postanowiło wybrać się na trasę turystyczną. 

Orient wita!
Pogoda - taka sobie - niezbyt ciepło, resztki topiącego się śniegu, czyli mokro i błotniście. 
Biuro tras turystycznych

Agata poszła pierwsza w las. W drugą stronę niż ja miałem biegać. Pobrałem mapę, odpikałem start i „popłynąłem” na start właściwy. Popłynąłem prosto z górki, wraz z ciurkającym w dół tymczasowym ciekiem wodnym, niezaznaczonym na mapie;-) 


 Droga na start właściwy

A tak wyglądało w drugą stronę

Od startu zamiast ścieżką ruszyłem na azymut do PK 1. Zapomniałem, że w tym terenie szybciej biega się ścieżkami, ale co tam;-) Przynajmniej PK 1 znalazłem bez problemu. 

Do PK 2 już nie było wyboru, czy ścieżką czy nie. Ale do PK 3 znowu nie pomyślałem i przedzierałem się przez krzaki na krechę;-( No dobra - przyjmijmy, że trenowałem bieganie na azymut (jakoś powinienem to uzasadnić). 

I dalej na azymut przez "zielone" na mapie. Przy PK 5 trochę mnie zniosło, ale lampion znalazłem „w dalszej dziurze”. Za to na PK 7 biegłem "po kresce" narysowanej na mapie;-) 

Na PK 8 wreszcie dłuższy przebieg - tu zdecydowałem się na ścieżki. Ale kolejne przebiegi już tradycyjnie na azymut.

PK 12 z klubowym kodem 44

Można powiedzieć, że praktycznie do końca było tak samo: podbicie PK - azymut- krzaki - doły/góry, kolejny PK. Jakoś specjalnie nie błądziłem. Mało przebiegów drogami. Znosiło mnie jak zwykle lekko w lewo (chyba muszę jakoś kompas przekalibrować), ale charakterystyczna mikrorzeźba pozwalała zawsze dość łatwo znaleźć lampion. Jedyna rzecz warta uwagi to lokalizacja PK 17. Wybiegłem na element ternu zgadzający się z opisem PK czyli wzniesienie w wyrobisku. Lampionu tam nie było. Był znacząco dalej i na formie terenowej mało przypominającej tę z mapy. W międzyczasie z lasu wybiegł kolejny zawodnik i także szukał lampionu tam gdzie ja pierwotnie. Niby nieduże przesuniecie (tak ze 20 m) ale zawsze gdy jest miejsce na tyle charakterystyczne, że jesteś pewien, że to to właściwie, to człowiek na chwilę się "zawiesza" zastanawiając się o co chodzi. 

Dyskusyjny PK 17

Ostatnie PK i meta. Oraz czekanie na powrót Agaty z trasy TP. Niestety, konkursu na rozpoznanie miejsca ze zdjęcia (naklejki zawodów) nie wygrałem - znalazłem karpę prawie taka samą jak na zdjęciu w zupełnie innym miejscu;-( 


 

czwartek, 7 lipca 2022

Nocny Marek, czyli pierwsza w życiu dyszka.

Zanim opowiem jak jest na Wawel Cup, który właśnie trwa, muszę się pochwalić swoją pierwszą dyszką. Niby już biegłam piętnaście kilometrów na Biegu Chomiczówki, ale dziesięciu jakoś się nie złożyło. Tomek wymyślił, że zapiszemy się na Nocnego Marka, bo blisko (w sąsiedniej miejscowości), o nietypowej porze dnia i wielu znajomych też się wybierało, więc co mamy być gorsi.
Pogoda od kilku dni była tragiczna, czyli upał, upał i upał. Niby bieg miał się zacząć dopiero o 21-szej, ale temperatura wciąż była bliska 30 stopni. Jeszcze przed samym startem próbowałam zmienić dystans na piątkę, ale już nie dało rady. Trudno. Stwierdziłam, że najwyżej doczłapię na metę po limicie, albo zwiozą mnie z trasy.
 
Podpięłam się pod Zabiegany Wołomin:-) (Fot. Sylwia Kajdas)
 
 W ostatniej chwili zorientowaliśmy się, że start wcale nie jest w miejscu gdzie czekaliśmy, tylko kawałek trzeba podejść. Jakoś organizator zapomniał o tym poinformować wcześniej. Zdążyliśmy. 
 
Na starcie.
 
Ruszyłam niezbyt szybko, ale tak, żeby mieć główną grupę w zasięgu wzroku. Po kilometrze musiałam już dobrze wytężać wzrok, ale za sobą wciąż słyszałam tupanie. Po dwóch kilometrach w tempie szybszym niż zakładałam, ze zdziwieniem zauważyłam, że wciąż żyję i nawet mam się całkiem dobrze. Przede mną było jeszcze osiem kilometrów, więc jeszcze nie szalałam ze szczęścia. 
Po czwartym kilometrze, w parku, był wodopój. Z przyjemnością przełknęłam kilka łyków, resztę rozlewając na siebie dla ochłody. Przy wodopoju dogoniłam kilka osób, które dłużej niż ja delektowały się życiodajnym płynem tracąc cenne minuty.
Im dalszy kilometr, tym więcej osób mnie wyprzedzało i nawet dziwiłam się skąd ich się tyle wzięło za mną. Wciąż jednak nie byłam ostatnia, a przed sobą zawsze widziałam czyjeś plecy. 
Gdzieś po siódmym kilometrze usłyszałam sygnał karetki.
- Ale jak to? Już po mnie? Przecież jeszcze biegnę!
Karetka minęła mnie i pojechała dalej. Po chwili zobaczyłam ją stojącą  na poboczu, a na ulicy ktoś leżał. Podbiegłam bliżej i zauważyłam znajomą koszulkę, a po chwili usłyszałam znajomy głos. Jak nic - Emi! Ponieważ byli z nią ratownicy, a ona całkiem żywotnie z nimi rozmawiała, nie zatrzymywałam się, tylko biegłam dalej swoje. Wiedziałam, że nie ma wyjścia - muszę dobiec na metę, skoro Emi zarekwirowała karetkę:-) Faktycznie - dałam radę, a nawet zadziwił mnie mój czas. Spodziewałam się dotrzeć jakoś równo z limitem, a tu do limitu zostało jeszcze ponad 20 minut. A, jeszcze wyprzedziłam coś koło dziesięciu osób. Jak nic można odtrąbić sukces:-))) No dobra, szału może nie ma, ale dałam radę.
 
 Już na mecie.
 
Po biegu zostaliśmy jeszcze na dekorację zwycięzców i losowanie nagród. Zakończenie odbyło się ze wszystkimi możliwymi wpadkami ze strony organizatorów, komary pogryzły mnie okrutnie, ale przynajmniej Tomek wylosował torebkę nagród, wśród których dla mnie hitem został probiotyk. 
Jak nic trzeba zaliczyć kiedyś kolejną dyszkę, żeby poprawić wynik i móc chwalić się nowym rekordem:-)