wtorek, 31 października 2017

Sudokowy horror

Po etapie Darka wydawało nam się, że już nic trudniejszego nie może nas spotkać, aczkolwiek osoba autora kolejnego etapu nie dawała takiej gwarancji. Leszek słynie z "ciekawych" map, a my jak dotąd zawsze przegrywaliśmy w starciu z tymi mapami. Jeszcze w drodze na etap pierwszy dowiedzieliśmy się, że będzie sudoku z milionem rozwiązań, z których tylko jedno jest dobre i nie ma co dopasowywać wycinków na starcie, tylko iść w teren i czesać. Tak też postanowiliśmy zrobić, tyle że do przeczesania mieliśmy 3240000 metrów kwadratowych.

 W oczekiwaniu na start
 
Mapa znowu okazała się bardzo nieporęczna, bo choć nie była przestrzenna, to duża - A3. Żeby ją schować do koszulki (bo deszcz) trzeba było złożyć na pół i tym sposobem nie dało się mieć oglądu całości sytuacji. Mi to bardzo przeszkadzało.
Zaczęliśmy od PK F, bo jako jedyny był identyfikowalny, no i wszyscy szli w tamtym kierunku. Potem pojechaliśmy klasyką: "Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja." Kiedy wschód wyszedł nam za mapę skręciliśmy trochę na południe. Ani do cywilizacji, ani do żadnego PK nie udało się nam jednak dotrzeć, bo drogę zagrodziło nam szerokie rozlewisko, którego z żadnej strony nie szło obejść. Cóż, podwinęliśmy ogony i wrócili jak niepyszni w okolice startu. Staraliśmy się przemknąć tak jakoś chyłkiem, boczkiem, bo głupio tak pójść i wrócić z niczym. Po przejściu jakichś 400 metrów na południe znowu nagięliśmy na wschód, no bo w końcu coś tam przecież musiało być. Na punkt D naprowadziły nas nieświadome niczego Miśki wyłażąc z jednej ze ścieżek i była to ta ścieżka, którą odpuściliśmy od drugiej strony z powodu wody.
A potem to już nic nie dawało się znaleźć. Plątaliśmy się po różnych drogach starając się mieć w zasięgu wzroku Waldka F. i Andrzeja W., bo może starzy wyjadacze gdzieś doprowadzą, ale gdzie tam... Co prawda przez chwilę byliśmy blisko PK H, ale nie na tyle żeby go jednoznacznie zidentyfikować. Dołków z wodą z PK Q, do których teren nam dosyć pasował również nie znaleźliśmy, ale za to spotkaliśmy Marcina S., który uraczył nas informacją o podwójnym punkcie z grupy trzeciej, czyli S i T. Zanim podjęliśmy decyzję żeby po niego wrócić, poszliśmy po PK X, który jako jedyny był uwidoczniony na schemacie, czyli był pewniakiem. Co prawda mieliśmy nadzieję, że po drodze coś jednak znajdziemy, ale gdzie tam. Dopiero kiedy byliśmy bliżej mety niż startu zdecydowaliśmy się wrócić po S i T stojące jakieś 300 metrów od startu. Uznaliśmy, że na przyzwoity wynik i tak nie mamy co liczyć, więc potraktujemy etap jako trening biegowy. Tak też zrobiliśmy i ruszyliśmy szybkim truchtem. Po drodze spotkaliśmy Marcina z Zuzą, którzy sprzedali nam informację gdzie jest PK I. Postanowiliśmy go wziąć po S i T. Kotłując się w krzakach wokół mokradeł z poszukiwanymi punktami natknęliśmy się na Bartka z Romkiem, którzy tak nie do końca wiedzieli czego szukają. W sumie trochę nas to podniosło na duchu, że nie tylko my tacy niezorientowani na tym etapie. Wspólnym wysiłkiem czterech par oczu wypatrzyliśmy w końcu lampion.
Koło PK I, okazało się że przechodziliśmy już kilka razy, ale jakoś nie wpadliśmy na to, że pas zarośli jest tym samym co goły kawałek ziemi z ortofotomapy.
Ponieważ bieganie całkiem przypadło nam do gustu, dla odmiany pobiegliśmy na południe, żeby raczej zbliżać się do mety, a nie oddalać od niej. Kolejne spotkanie, tym razem Ani i Marka dało nam wiedzę o PK B i L. W sumie to strach pomyśleć co by było, gdybyśmy nikogo na etapie nie spotkali. Chyba wrócilibyśmy z dwoma punktami - F i X. Taka proszę Was była jatka.
Ponieważ czas nieubłaganie się kurczył postanowiliśmy biec już raczej na metę, no chyba, że coś się nam rzuci w oczy. Niestety, jakoś nic się nie rzuciło, mimo że bacznie rozglądaliśmy się dookoła. Już przy samej mecie zobaczyliśmy Zuzę spisującą kod z jakiegoś lampionu i Tomek rzutem na taśmę dopasował go do PK A. Cóż, nasza karta startowa po tym etapie wyglądała co najmniej żałośnie.
I czy ja coś marudziłam, że etap Darka był trudny? No to włażę pod stół i odszczekuję. W porównaniu z tym, to była bajeczka dla grzecznych dzieci.
A po etapie czekał nas jeszcze ponad dwukilometrowy spacer do Glinianki, gdzie planowany był obiad i ognisko. Taka dłuuuga zejściówka bez lampionów. Czyste marnotrawstwo naszych nóg.

C. D. N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz