piątek, 8 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 1, czyli jak odróżnić jedynkę od dwójki.

Podczas gdy Tomek przygotowywał się do Grand Prix Mazowsza, ja nie robiłam nic. To znaczy nic w zakresie BnO, bo ogólnie to miałam zajęć po kokardę. Uznałam, że jakoś to będzie, a nawet jak będzie źle, to w regulaminie nie znalazłam jakichś sankcji na to.
Pierwszy bieg trzydniówki to sprint na Muranowie. Super. Lubię biegać po mieście, więc cała nastawiona byłam pozytywnie. Do tego piątek był pięknym, słonecznym i ciepłym dniem, to czego chcieć więcej.
 
 Przy namiocie startowym
 
Czekamy na nasze minuty startowe

W tym etapie ja startowałam pierwsza, Tomek jakieś pół godziny po mnie, czyli miałam szansę wrócić zanim on ruszy.
 
 Start

Wystartowałam, obejrzałam mapę, nawet szybko znalazłam trójkąt startowy i pobiegłam tam, gdzie wszyscy wcześniej skręcali. Obiegłam blok, jakiś budynek, wyleciałam na skwerek i dopadłam lampionu. Już miałam podbijać, ale z przyzwyczajenia zerknęłam na kod. Co u licha? Kod mi się nie zgadza! Obejrzałam mapę, teren - wszystko ok, tylko ten kod. Stanęłam ogłupiała nie wiedząc co robić. Dopiero po chwili gapienia się na mapę dotarło do mnie, że dwójkę wzięłam za jedynkę, więc kod nie miał prawa się zgodzić. Jedynka widniała na mapie tuż obok. Niemal na wyciągnięcie ręki. I co z tego, skoro w totalnym zaćmieniu nie wiedziałam, w którą stronę wyciągnąć tę rękę. Zaczęłam nerwowo i całkowicie bezmyślnie obiegać skwerek, coraz bardziej chaotycznie i bezsensownie. Drugiego lampionu nigdzie nie było. Kiedy już się trochę wyeksploatowałam ruchowo wpadłam na genialny pomysł, żeby użyć kompasu, skoro z rozumem mi nie wychodzi. Kompas wskazał na gęsty żywopłot rosnący tuż obok, a schowany w gąszczu lampion znalazłam już sama. Cała operacja od startu do podbicia jedynki zajęła mi prawie 7 minut. Czas zwycięzcy w mojej kategorii wynosił  13.15. 
 
Najtrudniejszy pierwszy krok...

Skoro po pierwszym punkcie miałam już pozamiatane, to w zasadzie było wszystko jedno jak pobiegnę dalej. Ograniczyłam się więc biegowo, za to starałam się przynajmniej dobrze czytać mapę, żeby na jednym etapie nie zrobić dwóch głupot, bo wtedy to już byłoby mi wstyd pojawić się na kolejnych etapach. W sumie to i tak było. Na szczęście do wszystkich kolejnych punktów trafiłam bezproblemowo, aczkolwiek niektóre przebiegi mogłam zrobić bardziej optymalne. Przynajmniej takie mam wrażenie oglądając swój ślad.
Ponieważ na trasie byłam znacznie dłużej niż przewidywałam, na mecie nie zastałam już Tomka, bo pomaszerował na start. Za to upolowałam go jak kończył swój bieg. 
 
Tomek na mecie
 
Ten to przynajmniej się postarał i zajął drugie miejsce w swojej kategorii. 
Cóż, zostały mi jeszcze dwa etapy, żeby się zrehabilitować. No bo przecież gorzej to już chyba nie będzie?
 
Cała trasa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz