Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprint. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprint. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 1, czyli jak odróżnić jedynkę od dwójki.

Podczas gdy Tomek przygotowywał się do Grand Prix Mazowsza, ja nie robiłam nic. To znaczy nic w zakresie BnO, bo ogólnie to miałam zajęć po kokardę. Uznałam, że jakoś to będzie, a nawet jak będzie źle, to w regulaminie nie znalazłam jakichś sankcji na to.
Pierwszy bieg trzydniówki to sprint na Muranowie. Super. Lubię biegać po mieście, więc cała nastawiona byłam pozytywnie. Do tego piątek był pięknym, słonecznym i ciepłym dniem, to czego chcieć więcej.
 
 Przy namiocie startowym
 
Czekamy na nasze minuty startowe

W tym etapie ja startowałam pierwsza, Tomek jakieś pół godziny po mnie, czyli miałam szansę wrócić zanim on ruszy.
 
 Start

Wystartowałam, obejrzałam mapę, nawet szybko znalazłam trójkąt startowy i pobiegłam tam, gdzie wszyscy wcześniej skręcali. Obiegłam blok, jakiś budynek, wyleciałam na skwerek i dopadłam lampionu. Już miałam podbijać, ale z przyzwyczajenia zerknęłam na kod. Co u licha? Kod mi się nie zgadza! Obejrzałam mapę, teren - wszystko ok, tylko ten kod. Stanęłam ogłupiała nie wiedząc co robić. Dopiero po chwili gapienia się na mapę dotarło do mnie, że dwójkę wzięłam za jedynkę, więc kod nie miał prawa się zgodzić. Jedynka widniała na mapie tuż obok. Niemal na wyciągnięcie ręki. I co z tego, skoro w totalnym zaćmieniu nie wiedziałam, w którą stronę wyciągnąć tę rękę. Zaczęłam nerwowo i całkowicie bezmyślnie obiegać skwerek, coraz bardziej chaotycznie i bezsensownie. Drugiego lampionu nigdzie nie było. Kiedy już się trochę wyeksploatowałam ruchowo wpadłam na genialny pomysł, żeby użyć kompasu, skoro z rozumem mi nie wychodzi. Kompas wskazał na gęsty żywopłot rosnący tuż obok, a schowany w gąszczu lampion znalazłam już sama. Cała operacja od startu do podbicia jedynki zajęła mi prawie 7 minut. Czas zwycięzcy w mojej kategorii wynosił  13.15. 
 
Najtrudniejszy pierwszy krok...

Skoro po pierwszym punkcie miałam już pozamiatane, to w zasadzie było wszystko jedno jak pobiegnę dalej. Ograniczyłam się więc biegowo, za to starałam się przynajmniej dobrze czytać mapę, żeby na jednym etapie nie zrobić dwóch głupot, bo wtedy to już byłoby mi wstyd pojawić się na kolejnych etapach. W sumie to i tak było. Na szczęście do wszystkich kolejnych punktów trafiłam bezproblemowo, aczkolwiek niektóre przebiegi mogłam zrobić bardziej optymalne. Przynajmniej takie mam wrażenie oglądając swój ślad.
Ponieważ na trasie byłam znacznie dłużej niż przewidywałam, na mecie nie zastałam już Tomka, bo pomaszerował na start. Za to upolowałam go jak kończył swój bieg. 
 
Tomek na mecie
 
Ten to przynajmniej się postarał i zajął drugie miejsce w swojej kategorii. 
Cóż, zostały mi jeszcze dwa etapy, żeby się zrehabilitować. No bo przecież gorzej to już chyba nie będzie?
 
Cała trasa.

niedziela, 24 sierpnia 2025

Środa na Bródnie

Środa to Bieganie z Bankówką. Takie dość szybkie 5 km z dobiegiem i rozbiegiem. Ostatnio to powinno nazywać się Stowarzyszone Bieganie z Bankówką, bo Stowarzysze mają coraz większy udział procentowy w stanie uczestników;-) 

Akurat na ostatnią środę Aleks ogłosił kolejny trening BnO i to  niebankówkowy – tym razem nocny sprint w Parku Bródnowski. Niby niedaleko od Zielonki, ale godziny się nakładają. Po lekkich negocjacjach udało się wynegocjować opcję – „byle byście wystartowali przed 21:00”, co już było całkiem realne. 

Po zaliczeniu bankówkowej piątki, we trójkę zapakowaliśmy się do auta i prowadzeni przez nawigację bardzo turystyczną trasa pojechaliśmy na Bródno. Na starcie resztki wracające z biegania. Jakieś słuchy o płotach i że trasa 3 kilometrowa ma ponad 6 km. To jakaś taka normalka u Aleksa ostatnimi czasy;-) 

Ja z Barbarą ruszyliśmy na trasę długą, Anna na średnią. Jakoś nie czuliśmy żyłki rywalizacji i wesoło plotkując pobiegliśmy ramię w ramię. Sprinty w parkach są zawsze bardziej zdradliwe niż w terenach bardziej zurbanizowanych. Zwłaszcza nocą, gdzie łatwo zboczyć z azymutu, kierując się na jakiś inny podobny i oświetlony obiekt. Biegnąc w tempie konwersacyjnym zaliczyliśmy PK 1 i pobiegliśmy na PK 2. I pojawił się problem. Krzaki niby są, a lampionu nie widać. Chwila czesania i dołącza do nas Ania z trasy średniej. Nadbiega z innej strony i znajduje odbłyśnik stacji bazowej tam, gdzie nie szukaliśmy. Późniejsza analiza liveloxa wskazuje, że lampion rzeczywiście źle wisiał. 

Poszukiwania PK2
Lecimy dalej. Na drodze do PK 7 jeziorko. Dwa tygodnie temu, czy jakoś tak, jak Barbara z Anią biegały tu ParkRun jeziorko było suche – bez wody. Sprawdzamy, ale niestety, woda jest. Zresztą na mapie woda nie do przejścia… obiegamy. 

PK 13 przebiegamy. Niezbyt dużo, ale w sprincie liczy się każda sekunda, każdy błąd. 

Fajne są PK 14/15/17/19 w takich wąskich przesmykach pomiędzy ogrodzeniami bloków. Dla mnie takie budownictwo to taka patodeveloperka. Blok to blok - powinien być przynajmniej pieszo dostępny, a nie ogrodzony ze wszystkich stron. A zostawianie pomiędzy sąsiednimi, ogrodzonymi blokami przejścia o szerokości 1,5 - 2 m… 

W każdym razie trzeba uważnie liczyć bloki, przejścia by wbić się w to właściwe. Przy PK 14 spotykamy niesłyszącego Mariusza, który z daleka do nas krzyczy „nie ma”. Lampion jednak jest tam, gdzie miał być – o kilka metrów od Mariusza… 

Aleks załatwił nas na PK 16. Linia jak wół prowadząca na punkt, tyle że na końcu, tuż przed lampionem brak przejścia. Siatka. Przebiegliśmy dobre 60% dystansu i widząc ciągłą siatkę przed sobą zaczęliśmy się przyglądać dokładniej mapie… 

Tu nas Aleks podpuścił (ale nie tylko nas;-)

Biegniemy sobie do PK 17, który jest w wydzielonej części parku, dodatkowo ogrodzonej, dobiegamy do furtki którą już biegliśmy i siupryza. Furtka zamknięta na 4 spusty. Niby na furtce jest napis – czynne do 21:00…. 

Dobiegamy wreszcie na metę. Sczytywanie chipa, pożegnalne ciasteczko i czas do domu. Zostawiamy Aleksa z problemem stacji SI za zamkniętą furtką;-) Podpadł nam tym PK 16, to niech się teraz męczy i skacze przez płoty lub czeka do rana;-) 


 

 

niedziela, 6 lipca 2025

Wawel Cup - etap 2, taki raczej lingwistyczny.

Po obiedzie na stadionie w Kluczach przenieśliśmy się na stadion w Jaroszowcu i jako jedni z pierwszych rozbiliśmy nasze obozowisko. Czasu do zawodów mieliśmy sporo, ale ja miałam książkę, a tuż obok stadionu był sklep, więc też dostarczał rozrywki.
Trasa miała być krótka, ale z dużą ilością punktów - jak to sprint. Pomyślałam sobie, że raz dwa przebiegniemy i można będzie wreszcie po całym dniu wrócić na kwaterę.
 
Gotowi do startu.
 
Tym razem to ja miałam wcześniejszą minutę startową, ale ponieważ dojściówka była krótka, to Tomek poszedł ze mną i oczywiście uwieczniał.

Start lekko pod górkę.
 
Do pierwszego punktu wystarczyło pobiec na wprost, nieduży kawałeczek, problem w tym, że ciężko było wbić się w las, bo krzaczory broniły wstępu. Usiłowałam pobiec kawałeczek ścieżką, ale chyba wstrzeliłam się nie w nią, tylko coś ścieżkopodobne, co zaraz się skończyło. Znając jednak przybliżony kierunek, jakoś przedarłam się do lampionu.
Do dwójki prowadziła ścieżka, ale że ja najłatwiej gubię się na ścieżkach, więc i tym razem to mi się przytrafiło. Wbiegłam nie w tę co trzeba, bo nie udało mi się zliczyć do dwóch, a potem pobieeeegłam. Pobiegłam tak daleko, że niemal mi się mapa skończyła. Zupełnie zapomniałam, że tym razem biegamy w skali 1: 5000 i wszystko powinno być blisko, na wyciągnięcie ręki. Kiedy już się opamiętałam z tym bieganiem, zawróciłam, a po chwili odbiłam w kierunku oddalającym mnie od punktu. Jakoś mi się wydawało, że jestem za blisko dużych skał, no bo ta skala.... Wreszcie jakaś litościwa dusza pokazała mi, gdzie mniej więcej jest mój punkt i w końcu go znalazłam. Tak prawdę mówiąc spodziewałam się większego kamyka i na ten nawet nie zwracałam uwagi. Nie mam doświadczenia w takim terenie - u nas tylko mikrorzeźba.
 
Dawno aż tak nie schrzaniłam prostego przebiegu.
 
Trójka i czwórka poszły dobrze, choć przy czwórce byłam już zziajana, bo cały czas pod górę. Piątka miała być między dużymi skałami, a ostatnim większym kamulcem, ale poszłam za nisko, a tam było więcej skałek, na większej przestrzeni. Oczywiście nie wiedziałam, że powinnam wspiąć się wyżej i wściekałam się, że nic nie pasuje i do bani taka mapa. Takich szukających moją metodą było więcej, a grupowo łatwiej coś znaleźć, więc w końcu ktoś wymyślił, gdzie szukać, a i tak nie od razu natknęliśmy się na lampion.
 
 Niełatwa piątka.
 
 Ja tam skromnie na drugim planie.
 
Szóstka była już w dół, co akurat w przypadku tego terenu wcale nie jest wielką ulgą, bo to w dół bywa chwilami dość konkretne i uciążliwe. Siódemka i ósemka po poziomnicy. Udało mi się zachować poziom, ale chodzenie po poziomnicy też wcale nie jest łatwe i przyjemne. Przynajmniej tak twierdzą moje nogi. 
Do dziewiątki znowu w dół, do poprzecznej ścieżki tak dość spokojnie, a kawałek za ścieżką już zobaczyłam swój punkt. A jak go zobaczyłam, to aż łzy mi stanęły w oczach. Nie, nie ze wzruszenia. Lampion stał niezbyt daleko, ale za to zbyt głęboko, by się do niego dostać. Spojrzałam w dół urwiska i szpetne słowa wyrwały się z ust moich.
- Nie zejdę. Nie ma opcji - pomyślałam. Jeszcze ze trzy, cztery lata temu zjechałabym na dół na tyłku wspomagając się ułańską fantazją, ale teraz na samą taką myśl miałam śmierć w oczach. Młodsi zawodnicy bez chwili wahania rzucali się w tę przepaść, ja jednak się poddałam i postanowiłam  poszukać łagodniejszego zejścia, o ile w ogóle takowe będzie. Było, dość daleko, ale było. Na maksymalnym wkurzeniu podbijałam punkt, ale słyszałam, że i ci, co schodzili na skróty, gęsto używali słów niezbyt cenzuralnych.
 
 A tam przepaść.
 
Dziesiątka, jedenastka i dwunastka stały, podobnie jak dziewiątka, w pokopalnianych dziurach, choć już łatwiej było się do nich dostać. Nie w każdym miejscu łatwiej znaczyło bezpiecznie i przez cały czas miałam poczucie, że zaraz coś pierdyknie. Inni zawodnicy też jacyś nerwowi byli. W przestrzeni latały panienki podejrzanego autoramentu, części męskiego ciała i inne takie słownictwo.
Trzynastka wyglądała na łatwą i dostępną. Niestety zwiódł mnie widok lampionu na prawo od azymutu i bynajmniej nie był to mój lampion. Teoretycznie wiedziałam, że mój musi być trochę na południowy zachód, ale tam, mimo białego na mapie, była taka roślinność, że nie chciałam wchodzić. Taki opór psychiczny mi się pojawił i co zrobić, kiedy nie, bo nie. W końcu po empirycznym upewnieniu się, że mojego lampionu na pewno nie ma ani na zachód, ani na północ, ani na wschód od tego znalezionego nie mojego, zaszłam do swojego od dudy strony, czyli od południa.
 
 Trochę głupio szukałam.
 
Dobrze, że czternastka była łatwa, bo już by mnie  chyba z tej kumulacji szlag trafił, a tak to miałam chwilkę na dojście do siebie i ogarniecie się. Mijała już jakaś godzina od startu, a do mety jeszcze miałam cztery punkty, z czego trzy w niesprzyjającym terenie. Ładny mi sprint, jak od pół godziny powinnam być już po biegu, a ja wciąż w lesie.
Do tych pozostałych punktów już nie biegłam, nawet nie szłam, tylko lazłam pilnując, żeby się nie zabić na tych dziurach, które miałam po drodze. Udało się bez większego błądzenia, co najwyżej z obchodzeniem  tych trudniejszych miejsc.
 
Na metę wbiegłam bez entuzjazmu.
 
Mój stosunek do etapu raczej nie był odosobniony sądząc po tym, co wyrywało się z ust innych zawodników na trasie. Urwał nać i wuj, choć najpowszechniejsze, bynajmniej nie wyczerpywały repertuaru - zdarzały się tak rozbudowane związki frazeologiczne, że mimo więdnących uszu, brał podziw dla inwencji twórczej autorów. W każdym razie bardzo poszerzyłam swoje słownictwo i to chyba główny plus udziału w tym biegu. Bo innych plusów na mecie jakoś nie umiałam dojrzeć. Za to czułam wielką ulgę, że udało mi się wrócić żywą i nieuszkodzoną. Inni nie mieli tego szczęścia, a na pewno zawodnik paradujący w gustownej czapeczce z bandaża na głowie.
1,9 km przebyte w 77 minut dało mi co prawda czwarte miejsce, ale na pięć osób, którym udało się zebrać komplet punktów, bo dwie zawodniczki z mojej grupy nie wzięły wszystkiego. Ciekawy czas jak na sprint.
 
Najwredniejsza z tras.

wtorek, 22 października 2024

Warszawska Olimpiada Młodzieży - sprint

Druga część WOM-u (czyli sprint) rozgrywana była już w Warszawie, więc mieliśmy blisko, ale żeby nam nie było za dobrze, pogoda zupełnie się zepsuła - zrobiło się zimno i zaczęło popadywać.

Brrr, zimno.

Pierwszy miał startować Tomek i pomimo deszczu odprowadziłam go, bo było blisko. Byliśmy czasowo tak rozstawieni, że zdążył wrócić zanim ja wystartowałam. Dzięki temu mam filmik ze startu.

Od razu pod górkę.


Jak dynamicznie ruszyłam!

Znowu biegałam z jedną rywalką, ale tym razem dla odmiany z Becią, bo Gosia nie dojechała.  Szanse miałam ciut większe, no ale ostatnio to Becia mi dowaliła na nocnym bieganiu.
Ponieważ jednak był dzień, bieganie miejskie okazało się łatwe nawigacyjnie, bo kondycyjnie to jak zawsze. Głupot po drodze żadnych nie zrobiłam, wszędzie trafiłam od pierwszego podejścia, a czy optymalnie? Pewnie można było lepiej, ale to drobiazg. Sprężałam się jak potrafiłam, bo zimno i mokro, chociaż zimno to już przestało być po pierwszym punkcie.
O ile pierwszy punkt był typowo "blokowy", to po nim wbiegliśmy na teren Parku Polskich Wynalazców, z górką, niewielką, ale zawsze. Cały part był malutki, ale udało się w nim upchnąć aż siedem punktów. 
Tomek czekał na mnie przed przedostatnim punktem trasy  i dokumentował moje poczynania.

Biegnę do PK 12

Podbijam PK 12

Biegnę do PK 13

I meta.

Też meta.

I obydwoje na mecie.

Tak, że... no - było lekko, łatwo i prawie przyjemnie (jak przestawało padać). Dla mnie spoko.

Trasa

piątek, 3 lutego 2023

Naprawa telefonów i działa na Rudzie!

Kolejny etap Dystansu Stołecznego. Osiedle Ruda. Pamiętam, że tam był dawno temu jeden z etapów Pucharu Bielan (bo tak to się nazywało wtedy), na którym skręciłem sobie kostkę;-) Wtedy było lato - tym razem mamy środek zimy, niby bez śniegu, ale z bardzo nieprzyjemnym zimnym wiatrem. Start wyznaczony tuż przy rondzie Ruda. Pinezka na mapie pokazywała niewielki trawnik gdzieś pomiędzy rondem a parkingiem. Przyjechałem kilka minut wcześniej i szczęśliwie udało mi się zaparkować niedaleko koło tego miejsca. Ruszyłem szukać organizatora… ale trawnik wskazany przez współrzędne GPS pusty. No, może niezupełnie, bo wokoło krąży kilka zdezorientowanych osób (wyraźnie świeży narybek) z przygotowanymi czołówkami i nerwowo poszukuje organizatora lub innych zorientowanych w temacie osób. Ale na miejscu czuwa Konrad, który widział Karola rozwieszającego lampionu z samochodu i potwierdził, że to tu będzie biuro. Więc spokojnie sobie czekamy, co chwila pojawia się kolejna znajoma osoba.

Tu ma być start

Na 3 minuty przed wyznaczoną godziną rozpoczęcia pojawia się organizator. Jak zwykle „na ostatnią chwilę”. Jakoś tak z organizatorem dociera Andrzej i rzuca nietypowe hasło: "Nie ma czasem ktoś pożyczyć spodni?" Różnych rzeczy ludzie zapominają zabrać: kompau (w mieście daje się bez kompasu), latarki, ale to zwykle bez problemu daje się pożyczyć od kogoś. Karol oferuje buty. Potem maskę. Niestety spodni zapasowych nikt nie ma. Pada propozycja biegania na drugą zmianę w spodniach po kimś z pierwszej, lub wręcz biegania bez spodni, ale za to w masce. Andrzej jednak nie decyduje się na takie nowatorskie rozwiązanie i będzie startował w jeansach. 

Ekspresowe rozstawianie biura zawodów

Gdy rozłożył się sekretariat uwagę wszystkich przyciągnął spory banner tuż za organizatorem. Zaraz wszyscy zaczęli Karolowi wtykać swoje telefony z pytaniem na kiedy je naprawi. Mnie zaintrygowała bardziej naprawa Działa, ale nie miałem takiego, by próbować je naprawić;-) 

Ten banner wzbudził spore emocje. Mnie nieustannie intryguje "Naprawa Działa"!

Pobieranie map (fot. Andrzej Krochmal)

Dostaję mapę i idę na start, bo zimno. Wieje. Ruszam na trasę jako jeden z pierwszych. Latarka coś mi miga i sama zmienia tryb. Dawno nieużywana i styki musiały zaśniedzieć. W efekcie nie biegnę jakoś szybko, bo w takim świetle ani mapy, ani tego co pod nogami dobrze nie widać. 

PK 3 Karol zafundował nam na górce. Jak widać, nawet w mieście można zrobić biegi górskie! 

Docieram do PK 7. Widzę tam już dwójkę czy trójkę dzieciaków szukających lampionu. Dołączam i ja. Powinien być na dole schodów. Schody są, jest jakiś tubylec palący papierosa w zaciszu pod schodami, ale lampionu brak. Na wszelki wypadek sprawdzam na górze schodów, w załomie za schodami nigdzie lampionu nie ma. A lampiony są mocowane stalową linką z kłódką, więc raczej „przypadkowo” nie daje się ich urwać. Wreszcie biegnę dalej, ale startując jako pierwszy na trasie Chojrak pewno szukałem lampionu dłużej niż inni, z daleka informowani o jego braku. Lekko zniechęcony biegnę dalej. Zaczynam czuć moją niedawno kontuzjowaną łydkę – nie jest tragicznie, ale wolę nie przesadzać, by jej za bardzo nie dobić przed Biegiem Chomiczówki. 

Kolejne punkty stoją jak powinny. No, może raczej wiszą, niektóre nawet dość wysoko. Szczególnie jeden taki wisi dość wysoko na brzozie. Jak się dowiedziałem po biegu ponoć pod oknem pewnej znanej osoby co dość kontrowersyjnie bada katastrofę związaną z pewną brzozą w Smoleńsku… 

Pod koniec dogania mnie (i przegania) Przemek. Ale to miejscowy, więc ma prawo. Jak zeznawał po biegu jeden z lampionów był także pod jego oknem. 

Meta

Na mecie dyskusje na temat braku lampionu na PK 7. Zbiera się nawet ekipa, która chce zbrojnie odzyskać lampion od miejscowych podejrzewanych o jego przywłaszczenia. Ja tam zmykam do domu, bo zaczyna padać. A lampion podobno udało się odzyskać, choć nie znam szczegółów 


 

środa, 4 maja 2022

Bukowa Cup - etap1, czyli sprintem miejsko-leśnym.

Zaparł się w tym roku Tomek na Bukową Cup i tak drążył i drążył temat, aż w końcu znaleźliśmy się na listach startowych, nocleg mieliśmy zaklepany i nie pozostało nic innego jak jechać, pobiec i wygrać. Najłatwiejsze z tego wszystkiego było wygrać, bo obsada w naszych kategoriach była nikła, za to podróż i biegi już wydawały się nieco trudniejsze.
Szczecin jest strasznie daleko i kiedy wreszcie po niemal dziewięciu godzinach dotarliśmy na miejsce, byłam cała zdrętwiała, a na tyłku zaczynały mi się robić odsiedziny (bo przecież nie odleżyny). Pierwszym biegiem miał być sprint w terenie miejsko-leśnym. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce startu lampiony jeszcze miały zbiórkę i robiły: kolejno odlicz!

Lampiony gotowe do akcji.

Mieliśmy masę czasu i nie bardzo było co robić, więc zrobiłam rozgrzewkę. Trochę ruchu po całodniowym siedzeniu w aucie na pewno nie zaszkodzi.
 
Uczciwie przetestowałam niemal wszystkie urządzenia.
 
Tak łaziliśmy po bazie zawodów i nagle zorientowaliśmy się, że poza organizatorem nikogo nie znamy. Pierwszy raz spotkaliśmy się z taką sytuacją i było to dla nas co najmniej dziwne. Kiedy więc wypatrzyliśmy w końcu Hanię i Staszka od razu zrobiło nam się raźniej.

 Wreszcie ktoś znajomy.

Sam start  usytuowany był na tyłach garaży (czy czegoś podobnego), przy rurze ciepłowniczej (albo przeznaczonej do innych celów), w krzaczorach, żebyśmy od razu poczuli klimat zawodów.
Tak wyglądała procedura startu:
 
Piii, piii, piii, piii, piii i ruszyły.

Żeby tylko wziąć dobrą mapę.


 W drogę...
 
Szybki rzut oka na mapę pokazał, że na mojej trasie większość biegania jest po mieście, co mnie bardzo usatysfakcjonowało, bo już mi takiego biegania brakowało. Ostatnio to biegaliśmy tylko po lasach, jakoś tak wyszło.
Do pierwszego punktu wybrałam nawet dość sensowny wariant, choć biegłam dość ostrożnie , bo zawsze na początku muszę oswoić się z sytuacją. Dwójka była blisko i oczywista, za to trójka już w większej odległości. Ta odległość dała mi czas na przeprowadzenie błyskotliwej dedukcji, że trójka na pewno musi być z pułapką i nie ma co kombinować - trzeba od razu biec do niej od tylca. Ci co mają lepszy wzrok nie musieli nic dedukować, tylko mogli normalnie popatrzeć na mapę - jest dojście, czy nie. No, ale u mnie to tak nie działa. Do trójki przebiegało się obok czwórki (trochę bez sensu), więc od razu było wiadomo co robić po trójce. Piątka była w pobliżu i był to ostatni punkt miejski przed częścią leśną.
Z piątki ruszyłam trochę głupio i niepotrzebnie obiegłam dwa bloki - jeden z prawej, drugi z lewej. Kiedy się zorientowałam, już nie opłacało się zmieniać trasy, więc tylko ciut przyspieszyłam, żeby tak zrekompensować stratę. Za garażami już szykowałam się do wyznaczenia azymutu, ale z daleka zobaczyłam lampion, to tylko podbiegłam i podbiłam. Do siódemki w pierwszej chwili planowałam biec ścieżkami, ale lasek okazał się dobrze przebieżny, więc trochę ścięłam planowane obieganie. Do siódemki z leśnej alejki prowadził rowek, więc łatwo było trafić. Ósemka, tuż za szczytem górki, została zdobyta azymutem, po kresce, czyli w moim najlepszym stylu. Dziewiątka i dziesiątka również nie przysporzyły problemów, a po nich znowu wracaliśmy w teren miejski. I właśnie ten powrót okazał się najtrudniejszym odcinkiem całego etapu. Bynajmniej, nie z powodów nawigacyjnych, ale terenowych. Nasypu kolejowego nie planowałam obiegać (aczkolwiek było to możliwe), ale nie spodziewałam się, że pokonanie go wymaga trochę sprawności fizycznej, z którą u mnie z roku na rok coraz gorzej. Nie dość, że było stromo, to jeszcze obfita i kolczasta roślinność utrudniała przedarcie się do cywilizacji. Dwie minuty zeszły mi na tym przedzieraniu się, co jak na sprint jest dość sporo.
Dwunastka, trzynastka i czternastka były już blisko bazy zawodów i oczekując na start widzieliśmy te lampiony, aczkolwiek niespecjalnie interesowaliśmy się wtedy nimi. Tym niemniej gdzieś w podświadomości został obraz ich lokalizacji, więc już od jedenastki mogłam biec do mety niemal nie zatrzymując się.
Z konkurentką w mojej kategorii wygrałam, ale z Hanią biegnąca na tej samej mapie, ale w K60 haniebnie przegrałam. Ale w sumie co za różnica, skoro pudło i tak miałam gwarantowane? :-))) No dobra, trochę obciach...

Cała trasa.
 

sobota, 2 kwietnia 2022

Wawel Spring (cha,cha,cha) Cup - sprint.

Od czwartku śnieg sypał non stop. Kiedy w piątek rano wyjrzałam przez okno, po horyzont rozciągała się tylko biel. Tak sądzę, że po horyzont, bo jakieś trzy metry od okna stała gęsta mgła, więc ten horyzont to tylko przypuszczenia, ale potwierdzone później.
Mieszkaliśmy na zboczu (a właściwie pod szczytem) góry i pod kwaterę prowadziła stroma droga. Kiedy tylko przyjechaliśmy, od razu z zainteresowaniem spytałam:
- A jak oni tu zjeżdżają na dół w zimie?
- Szybko! - odpowiedział Tomek i oboje mieliśmy z tego radochę.
No, to w piątek już mi nie było do śmiechu, bo droga kończyła się szosą poprzeczną, za nią był rów i strome zbocze. 
W planach mieliśmy poranną wycieczkę do Olkusza, do biura zawodów, po odbiór numerów startowych oraz zwiedzanie miasta. Byłam pewna, że nigdzie nie pojedziemy i nawet brałam pod uwagę rezygnację ze startu, ale Tomek był nieugięty. Wyszliśmy więc rano przed budynek w tych swoich letnich bucikach i kurteczkach (ale pod nią warstwy i warstwy) i poszliśmy obejrzeć drogę. Tę stromo w dół. Wyglądała nawet na z grubsza odśnieżoną i widać było, że ktoś już nią jechał. Zaryzykowaliśmy więc i my.

Idziemy obejrzeć drogę.
 
Udało się bezpiecznie zjechać w dół, dojechać do Olkusza i trafić do stowarzyszonego MOSiR-u. Nawigacja zaprowadziła nas na basen, a nie halę sportowo-widowiskową, gdzie czekały nasze numery startowe. Uświadomieni przez pracowników obiektu basenowego, że to nie tu, w końcu trafiliśmy gdzie trzeba. Potem podjęliśmy nieudaną próbę zaparkowania w pobliżu rynku i musieliśmy się zadowolić miejscówką przy Lidlu. Oblecieliśmy sobie całą starówkę, sfotografowaliśmy całą masę gwarków ze Srebrnego szlaku gwarków olkuskich i najważniejsze - kupiłam sobie fajne wiosenne buty. 

Jeden z gwarków (ten po lewej).
 
W Olkuszu ze zdziwieniem i radością skonstatowaliśmy, że prawie wcale nie ma śniegu, przynajmniej na rynku, a przecież to teren popołudniowych zawodów. Kiedy jednak wróciliśmy w to samo miejsce po kilku godzinach, zastaliśmy już taki widok:
 
Wiosenny bałwanek.
 
Część śniegu już leżała, część dopiero leciała z góry i ogólnie było zimno i nieprzyjemnie. Ponieważ Tomek startował w czwartej minucie startowej, a ja w osiemdziesiątej drugiej, więc musieliśmy sobie jakoś zagospodarować tę masę czasu. Że nie wspomnę o tym, że przyjechaliśmy dość wcześnie, żeby znaleźć dobre miejsce parkingowe. Czas do startu Tomka spędziliśmy częściowo w kawiarni przy pysznym cappuccino, a częściowo na walce z szaletem miejskim, który za nic nie chciał przyjmować niektórych monet, mimo, iż są one legalnym środkiem płatniczym w Polsce.  Do startu, z biura zawodów na rynku, trzeba było dojść jeszcze 500 metrów, więc z braku lepszego zajęcia odprowadziłam Tomka i wystartowałam go.

 I pognał w stronę Biedronki:-)
 
Potem niespiesznie wróciłam na rynek, po drodze widząc Tomka pomykającego z mapą. Ponieważ na sprincie czas zwycięzcy jest jakiś śmiesznie mały, więc doliczyłam Tomkowi jeszcze kilka minut (nie, że w niego nie wierzę, ale raczej jestem realistką) po czym ustawiłam się z kamerką w okolicy mety. Najpierw zobaczyłam go przebiegającego przez rynek, a po kilku minutach wyłonił się z innej strony i ewidentnie biegł już w moją stronę.

Jest!
 
Niestety, radość z ukończenia biegu skończyła się z chwilą sczytania się i otrzymania wydruku - okazało się, że nie podbił piątki:-( I tyle biegania się zmarnowało...
Do mojego startu wciąż było dużo czasu, poszliśmy więc do samochodu pogrzać się trochę i posiedzieć. Kiedy nadeszła pora, teraz Tomek odprowadził mnie na start i uwiecznił rozgrzewkę oraz dobieg do lampionu startowego.

Wbrew pozorom to nie kankan, tylko skip A:-) No, może trochę pokraczny...
 
 
Jeszcze na czele stawki.
 
Trasa zaczynała się bieganiem między blokami, czyli w sumie taki nasz Szybki Mózg. Tyle tylko, że Szybkiego Mózgu już dawno nie było ze względu na epidemię i zupełnie nie wiedziałam, czy jeszcze umiem się orientować w terenie miejskim. Ruszyłam mało sprintowo, ale wolałam być dokładniejsza niż szybka. Bo to wiadomo: jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Jedynkę, dwójkę i trójkę zaliczyłam bezproblemowo. Za to ręce przemarzły mi tak bardzo, że oczami wyobraźni widziałam już kikutki po odmrożeniu i martwiłam się na co na kolejne biegi założę czipa i kompas. Ponieważ połowę uwagi zajęły mi palce, drugiej połowy już nie starczyło na dokładne wybranie przebiegu na czwórkę. A akurat tutaj autor trasy zastawił na nas pułapkę. Bo żeby dostać się do czwórki, trzeba było obiec kawał terenu i wejść od tylca. Najpierw wpadłam w jakąś otwartą bramę. Minęłam nawet jeden lampion nie zauważając go (moja szóstka), po czym wycofałam się na ulicę. Zupełnie nie pamiętam czy uświadomiłam sobie, że przekroczyłam grubą czarną kreskę (brama), czy nie spodobał mi się układ budynków, czy jeszcze coś innego. Chyba po prostu opatrzność nade mną czuwała, bo gdybym pobiegła dalej, to jak nic dyskwalifikacja. Wybiegłam na ulicę i zauważyłam Małgosię - moją rywalkę, która na trasę wybiegła minutę po mnie. Oj, niedobrze. Razem wbiegłyśmy w najbliższą niezagrodzoną dziurę, ale lampion mogłyśmy obejrzeć z daleka, przez siatkę. No to klops. Dopiero wtedy zebrałam się w sobie, przestałam myśleć o odpadających palcach, skupiłam się na mapie i wreszcie wykoncypowałam jak dostać się do czwórki. W tym samym zaułku co czwórka stały też piątka i szóstka, więc brałam je hurtem.
 
 Feralna czwórka.
 
Do siódemki i ósemki pobiegłam dobrze. Przed ósemką dopingowali mnie policjanci pilnujący przejścia przez ulicę, więc przyspieszyłam jeszcze bardziej, żeby dobrze wypaść. Przed dziewiątką obejrzałam lampion innej trasy stojący kilka metrów obok, potem podbiłam dziewiątkę i... pobiegłam w przeciwnym kierunku. Kiedy się zorientowałam co robię, jeszcze bardziej pobiegłam w tym przeciwnym kierunku, w stronę ósemki. Chyba tylko dlatego, że mam wpojone, że jak dzieje się coś złego, to trzeba wzywać policję. A policja była przy ósemce. W końcu oprzytomniałam na tyle, żeby jednak nie pytać miłych panów gdzie mam biec dalej, tylko postanowiłam załatwić to we własnym zakresie. Wracać do dziewiątki już mi się nie opłacało, więc wybrałam inny wariant. Jeszcze po drodze zamiast w uliczkę, wpadłam na podwórko, gdzie mieszkańcy od razu wołali, że nie ma przejścia i w końcu dopadłam dziesiątki.
Jedenastka stała przy sklepie, gdzie rano kupiłam sobie buty, więc poczułam się emocjonalnie związana z tym lampionem i mogę śmiało powiedzieć, że to mój ulubiony punkt z całego etapu. Kolejne punkty były już łatwe, albo ja wreszcie załapałam to miejskie bieganie, zresztą okolice rynku i sam rynek miałam już przespacerowane wcześniej, więc nie czułam się obco. Na dobiegu do mety starałam się dać z siebie wszystko, szczególnie, że w tyle głowy wciąż tkwiła mi świadomość, że goni mnie Małgosia.

Tak pędzę, że aż unoszę się na ziemią.

Ufff, udało się dotrzeć przed nią, nie przegapić żadnego punktu i nawet po przeliczeniu okazało się, że mam wszystkie palce. Zmarznięte i bolące, ale wszystkie. Tomek czym prędzej dał mi swoje nagrzane rękawice, więc po chwili poczułam miłe ciepełko. W aucie, do którego od razu poszliśmy, włączyliśmy  grzanie na full i można było jechać. 
Ale, kurczę, to był chyba pierwszy sprint podczas którego nie było mi za gorąco. Ba, nawet nie było mi za ciepło. Brrrrr.
Cały przebieg.


wtorek, 24 listopada 2020

Sprintem na Bródnie

WOM trwa i trwa i w sobotę dla odmiany mieliśmy biegać sprintem. Strasznie się stresowałam, ale nie tym sprintem, tylko dojazdem. Tak się złożyło, że Tomek w tym dniu miał dentystę i miał dotrzeć później, w związku z czym musiałam samodzielnie dojechać. To znaczy z Agatą, ale ja za kierownicą. Ze mnie to taki mistrz kierownicy, co gubi się na najbliższym skrzyżowaniu, a zaparkowanie na powierzchni mniejszej niż hektar sprawia dramatyczną trudność. Wyjechałyśmy dużo przez czasem, żeby odpracować te gubienia się i parkowanie i jeszcze zdążyć na zawody. O dziwo, wszystko przebiegło bezproblemowo, skrzyżowanie (takie ze skręcaniem) było tylko jedno, a na miejscu znalazłam duży, pusty plac do zaparkowania. Do mojego startu była prawie godzina, do startu Agaty prawie dwie. Żebym to przewidziała, to wzięłybyśmy koce, poduszki, termos, kanapki, książki i jakoś milej spędziłybyśmy czas niż marznąc w samochodzie. Po półgodzinie siedzenia poszłam się rozgrzewać, a  Agata została. 
 
 
Niektórzy organizatorzy to mają rozmach...
 
Moja trasa miała mieć raptem kilometr z drobnym hakiem, a w mojej kategorii wiekowej było nas tylko dwie. Jaki piękny splot okoliczności - człowiek się nie zdąży zmęczyć i jeszcze na pudle wyląduje:-) Tak na serio to wolę trasy dłuższe i większą obsadę, żeby było z kim rywalizować, ale trzeba brać co dają. 
Jakoś specjalnie to nas nie rozstawili z Beatką i poleciałyśmy chwilkę jedna po drugiej - ona pierwsza, ja za nią. Już w pobliżu pierwszego punktu mignęły mi jej plecy, dzięki czemu wiedziałam gdzie się kierować - tam skąd odbiega.Trochę się zdziwiłam, że to już, ale sprint to sprint - nie ma dużych odległości. Na skalę mapy nie było kiedy popatrzeć i przyjęłam, że będzie gdzieś w okolicy 1:5000. Była 1:4000. Ta drobna różnica między oczekiwaniami, a rzeczywistością nawet mi specjalnie nie przeszkadzała w trafieniu, tylko ciągle dziwiłam się, że to już. Na dwójkę ciut mnie zniosło w prawo, ale miejsce było tak charakterystyczne, że nie dawało się nie trafić:-) Na kolejne punkty praktycznie leciałam już po prostych, zwłaszcza gdy z punktu było w krzakach widać następny lampion jak siódemkę z szóstki:-) Od siódemki wszystko już dawało się robić ścieżkami, więc i nawigacji było tyle co kot napłakał. Ale wiecie - zdolna jestem, to i tak udało mi się pobiec nie tam gdzie trzeba. Z dziesiątki zamiast skręcić w prawo, poleciałam prosto, ścieżką, którą przed chwila przybiegłam. A tak się coś do niej przywiązałam. Zastanowiło mnie tylko to, że Gosia spotkana na punkcie, pobiegła inaczej, a miała taką samą mapę. Oczywiście przekręciłam sobie mapę o 90 stopni i tak usiłowałam nawigować. Na szczęście szybko się zorientowałam i stratę próbowałam nadrobić szybkim tempem. Nawet zadziałało, bo dobieg do mety miałam naprawdę szybki.
 
Dynamicznie na mecie.
 
 Cóż - cała trasa zajęła mi ciut ponad dwanaście minut i czułam się mocno niedobiegana. Tomek i Agata jeszcze w ogóle nie wystartowali, więc przede mną było duuużo wolnego czasu. Machnęłam więc sobie dodatkowe dwa kilometry po terenie zawodów, a jakże - z mapą w garści żeby nie zginąć i jeszcze zdążyłam zrobić Agacie zdjęcie kiedy startowała. Chwilę później przybiegł Tomek, a później czekaliśmy na powrót Agaty, co wiadomo - zawsze trwa. 
 
Czekamy.
 
Tym razem żaden lampion się jej nie zgubił, na metę wbiegła, a nie wkroczyła i jeszcze na dodatek nie była ostatnia w swojej kategorii. I w sumie to uznaję za największy sukces w naszej rodzinie, a nie jakieś tam pierwsze miejsca moje i Tomka.