sobota, 16 maja 2026

Grand Prix Mazowsza - etap 3, czyli nuda, bo wszystko idzie dobrze.

Trzeci etap rozgrywany był w tych samych okolicach co drugi i miał idealną dla mnie długość - 3 km. Niestety, po zawaleniu dwóch pierwszych etapów motywacja z lekka mi spadła, bo co bym nie zrobiła, to i tak nie łapałam się już do klasyfikacji generalnej. Stwierdziłam więc, że po prostu będę cieszyć się biegiem, nie wymagając od siebie zbyt wiele. 

W bazie zawodów.

Tym razem Tomek startował duużo wcześniej niż ja, więc nawet na start nie szliśmy razem. Nie dość tego, to jeszcze startowałam jako ostatnia z mojej kategorii. Taka kompletna sirota. Trochę bałam się, że bez przypominajki zapomnę włączyć zegarek, ale jakoś udało mi się pamiętać. Za to zapomniałam opiśnika i musiałam użyć taśmy klejącej, co wiąże się z przymusową depilacją. Z pozytywów (żeby nie było, że tylko marudzę) -  znalazłam się na fotce z boksu startowego, bo organizatorzy coś tam cykali. 
 
Zaraz startuję.
 
Zaczęłam dobrze - najpierw mała górka z PK 1, potem drzewo na skraju terenu otwartego, czyli łatwa dwójka. Od dwójki mogłam odbiec mądrzej - na otwarte zamiast w gęstwinę, ale jak się z tej gęstwinki już wydobyłam, to dalej poszło dobrze. Gdzieś przed czwórką wypatrzyłam przed sobą Ulę. Trochę mnie to zdziwiło, bo powinna być przynajmniej ze dwa punkty dalej i nawet przez moment cieszyłam się, że to ja taka szybka jestem. No, nie jestem - to Ula miała problemy nawigacyjne i po czwórce rączo wyrwała do przodu. Jeszcze mignęła mi przed piątką, co mnie totalnie zmyliło w poszukiwaniach, bo zamiast pójść na kompas, to poszłam "na Ulę". Dodatkowo nie zauważyłam na mapie, że rów ciągnie się dalej i koniecznie chciałam znaleźć lampion na jego końcu, zamiast bardziej na południe. Chwilę straciłam na tym punkcie, ale trudno.
 
Z piątką wyszło tak średnio.
 
Za to do szóstki pobiegłam po kresce. Kolejne punkciory szły równie dobrze jak szóstka, mimo że jakoś szczególnie się nie starałam - ot, tyle żeby się nie zgubić za bardzo. I z tym bieganiem to też raczej nie przesadzałam, w końcu obiecywałam sobie przed startem, że będzie na luzie. Ale przed metą troszkę się sprężyłam, bo Tomek tak dopingował i uwieczniał, że szkoda było nie biec.
 
Meta.

W efekcie padłam i nie miałam siły wstać. A tu z mety jeszcze trzeba było podejść kawałek do bazy.

Nie wstanę.

W bazie zaś przebieg trzeba było przedyskutować w zaprzyjaźnionym gronie i zobaczyć jak która biegła.

A ja pobiegłam tędy...

Ponieważ Tomek w generalce załapał się na podium, musieliśmy zostać do końca zawodów, żeby mógł odebrać medal. Srebrny medal.
 
Tomek na "podium".
 

Moja trasa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz