Trzeci etap rozgrywany był w tych samych okolicach co drugi i miał idealną dla mnie długość - 3 km. Niestety, po zawaleniu dwóch pierwszych etapów motywacja z lekka mi spadła, bo co bym nie zrobiła, to i tak nie łapałam się już do klasyfikacji generalnej. Stwierdziłam więc, że po prostu będę cieszyć się biegiem, nie wymagając od siebie zbyt wiele.
Tym razem Tomek startował duużo wcześniej niż ja, więc nawet na start nie szliśmy razem. Nie dość tego, to jeszcze startowałam jako ostatnia z mojej kategorii. Taka kompletna sirota. Trochę bałam się, że bez przypominajki zapomnę włączyć zegarek, ale jakoś udało mi się pamiętać. Za to zapomniałam opiśnika i musiałam użyć taśmy klejącej, co wiąże się z przymusową depilacją. Z pozytywów (żeby nie było, że tylko marudzę) - znalazłam się na fotce z boksu startowego, bo organizatorzy coś tam cykali.
Zaczęłam dobrze - najpierw mała górka z PK 1, potem drzewo na skraju terenu otwartego, czyli łatwa dwójka. Od dwójki mogłam odbiec mądrzej - na otwarte zamiast w gęstwinę, ale jak się z tej gęstwinki już wydobyłam, to dalej poszło dobrze. Gdzieś przed czwórką wypatrzyłam przed sobą Ulę. Trochę mnie to zdziwiło, bo powinna być przynajmniej ze dwa punkty dalej i nawet przez moment cieszyłam się, że to ja taka szybka jestem. No, nie jestem - to Ula miała problemy nawigacyjne i po czwórce rączo wyrwała do przodu. Jeszcze mignęła mi przed piątką, co mnie totalnie zmyliło w poszukiwaniach, bo zamiast pójść na kompas, to poszłam "na Ulę". Dodatkowo nie zauważyłam na mapie, że rów ciągnie się dalej i koniecznie chciałam znaleźć lampion na jego końcu, zamiast bardziej na południe. Chwilę straciłam na tym punkcie, ale trudno.
Za to do szóstki pobiegłam po kresce. Kolejne punkciory szły równie dobrze jak szóstka, mimo że jakoś szczególnie się nie starałam - ot, tyle żeby się nie zgubić za bardzo. I z tym bieganiem to też raczej nie przesadzałam, w końcu obiecywałam sobie przed startem, że będzie na luzie. Ale przed metą troszkę się sprężyłam, bo Tomek tak dopingował i uwieczniał, że szkoda było nie biec.
Meta.
W efekcie padłam i nie miałam siły wstać. A tu z mety jeszcze trzeba było podejść kawałek do bazy.
W bazie zaś przebieg trzeba było przedyskutować w zaprzyjaźnionym gronie i zobaczyć jak która biegła.
Ponieważ Tomek w generalce załapał się na podium, musieliśmy zostać do końca zawodów, żeby mógł odebrać medal. Srebrny medal.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz