Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UrodzInO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UrodzInO. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2025

Nigdy wiecej 60 czyli 60. UrodzInO

Jest grudzień jest UrodzInO. Jako że numerek przed nazwą okrągły, chodziło mi po głowie, by edycja była jakaś bardziej wyjątkowa. Rozterka myślowa czy ma być to 60 km, czy 60 etapów? 60 km by się dało, mam mapy praktycznie całego poligonu, co da ponad 40 km plus jakieś „przydupniki” i uzbiera się 60, tyle że obligatoryjna data imprezy wypada w środku tygodnia. Zima, więc 60 km dla większości uczestników to byłoby z 10 godzin. Ilu będzie takich wariatów, by wystartować? Więc ten wariant odpada.

60 etapów…. Hmmmm… Najpierw był wariant - robić przez 6 dni po 10 etapów. Wszystkie byłe lokalizacje UrodzIno, kilka dodatkowych map i 10 map by się znalazło. Trochę GPS-O, trochę BnO, trochę tradycyjnie. Tylko logistyka. Codziennie rozkładać lampiony, codziennie je zbierać i przewieszać na nowe trasy. Musiałbym mieć tydzień wolnego i zbankrutowałbym na mapy:-)

Odgrzebałem starą wersję urodzinowej aplikacji, tej która dawała dynamicznie mapy etapów, sprawdzała GPS. Coś ją modyfikowałem i nie dokończyłem. Leżała rozgrzebana – pamiętam wtedy etapów było kilkanaście, zamiast bazy danych pliki tekstowe, a przygotowanie map zajęło mi wtedy eony czasu. Ale gdyby wreszcie przerobić to na bazę danych, dorobić automatyczne sprawdzanie, poprawić interfejs, który nie skalował się dobrze na komórce… 60 etapów by się zrobiło, ale większość prostych kilkupunktowych.

Jakiś miesiąc przed godziną zero siadłem do aplikacji. Musiałem sobie przypomnieć zawiłości php, zmiany w wersji 8 (oryginał był pisany w wersji 5), prześledzić zmiany jquerymobile, przypomnieć sobie cssa… Powolutku poświęcając wolne chwile grzebałem w kodzie. Pierwsze promyki nadziei – rejestrowanie się i podbijanie PK. Czas przygotować mapy. Tu na szczęście szybko poszło – mapę mam w miarę aktualną, więc wytworzenie podstawowych etapów papierowych poszło sprawnie. Jest mapa, można testować  Aplikację. Zmiany, dodatki, co chwila coś domyślałem.
Czas na mapy dodatkowe. A może wzorem starego Grassora małe pamięcióweczki na lampionach? Kolejna zmiana;-) I robienie map – na ilość. I myślenie jak to zrobić, by do każdego lampionu trafić co najmniej dwa razy… Myślałem nad trójkątami, czworokątami, zawijasami… zapisywałem kolejne kartki zestawieniami. Etapy powstawały. Zrobienie 60 map i zadbanie, by mapy jakoś w miarę sensownie pozwalały przejść trasę. Najgorsze były etapy od numeru 50. Nie chciałem dodawać masy lampionów, a na wzorcówce i tak było już gęsto. Potem sprawdzanie aplikacji. Jeszcze  obsłużenie kolejnego przypadku szczególnego, zrobienie wyników live, monitoringu itp.

Zdążyłem. 16-stego miałem już wszystko gotowe, wydrukowane, zalaminowane. Wygenerowane papierowe „elektroniczne karty startowe”, napisana instrukcja co i jak.

17 rano zostało mi powiesić lampiony. W lesie okazało się, że jest trochę nowych „dróg” wyjeżdżonych przez ciężki sprzęt zajmujący się wycinką lasu (jak zwykle leśnicy tną las wszędzie, na szczęście nie w łyse placki, lecz co któreś drzewo, ale zostawiają po sobie bałagan, że hej). Kilka dróg z mapy lekko zarosło, ale co tam, po nocy nikt tego nie zauważy. Miejsca na dwa lampiony pilnowała para zaciekawionych łosi – może nie zjedzą lampionów do nocy;-). 

Łosie pilnują lampionów

 Potem okazało się, że mam jakieś felerne zszywki i działa co któraś, a reszta blokuje zszywacz…

Zrobiłem jakieś 8 km, czyli całkiem znośnie. Szacowałem, że uczestnikom po nocy walka z etapami zajmie ciut więcej kilometrów, a tym bardziej więcej czasu – tak ze 4 godziny. Ale 60 etapów „piechotą nie chodzi”;-)

Wieczór – korek dojazdowy do miejsca startu. Niby to 800 m, ale mało co się nie spóźniliśmy. Szybciej byłoby piechotą;-) 






Na parkingu już mały tłumek chętnych. Osoby znane i nieznane. Wyjadacze i początkujący. Co niektórzy z plecakami wypełnionymi telefonami komórkowymi i powerbankami, inni „na lekko” w wersji biegowej.

Plecak pełen telefonów
Odnotowuję uczestników, rozdaję karty startowe, przyjmuję życzenia. Odpowiadam na różne pytania. Ludzie zaczynają znikać w lesie. Wreszcie zostajemy sami na starcie. Brakuje 2 zapisanych osób – może jeszcze dojadą.


Po chwili fala światełek  z lasu zaczyna wracać. Coś za wcześnie. No tak etapy „rozdawane” przy pierwszych PK kierowały na PK będące na końcu etapów papierowych. „Wyjadacze” wiedzieli ze lepiej przejść obie mapy papierowe, pilnie notować spotkane lampiony i zostawić podbicie tych „ostatnich” na koniec. Ale ci ciut mniej zorientowani jak dzieci cieszyli się biegając w kółko wokół startomety;-) To było fajne, bo stojąc na startowym skrzyżowaniu mogłem zrobić kilka zdjęć, zobaczyć jak wszystko działa w praktyce.





Wreszcie wszystkie światełka zniknęły definitywnie w lesie. Brakujący uczestnicy nie dotarli, a ja spokojnie mogłem udać się do domu rozpijać urodzinowego szampana.

 

Czekając na spóźnialskich

Tak powinny wyglądać imprezy od strony organizatora: tort, szampan, ciepełko domowych pieleszy, a uczestnicy błąkają się po lesie. Ja sobie na komputerze, czy na komórce sprawdzam jakie lampiony kto podbija, widzę na mapie, gdzie jaki zespół się znajduje. Od razu widzę jakieś dziwne rzeczy w wynikach – okazuje się, że źle wpisałem do bazy danych właściwy lampion na dwóch etapach. Szybka korekta wzorca wyników i punktacji tym, którym system źle policzył, a potem powrót do tortu.

Ludzie po lesie krążyli do końca, czyli do północy. Pasjonująco wyglądała rywalizacja najlepszych. Blisko północy jeszcze telefon od zwyciężczyń, że nie dostały 3 etapów. Szybkie spojrzenie na komputer – jak się bierze stowarzysza i omija lampion, to nie dostaje się mapy;-)

Jeszcze dokładniejsza analiza – gdzieś musiałem się pomylić. Te ostatnie etapy co robiłem – coś zepsułem z tymi trzema etapami – zabrało dwóch punktów dojścia do 2 etapów, a to które pozostało było tylko z lampionu… stowarzyszonego. A jeden etap w ogóle się nie pojawiał, bo zrezygnowałem z lampionu gdzie miał startować i nie zmieniłem tego w bazie danych. Ale 59 etapów uczestnicy przeszli;-) więc procentowo prawie 100%, jak się dobrze zaokrągli.

Zostało tylko opublikować pełne wynik, zweryfikować ewentualne wątpliwości. Wszyscy wrócili z lasu, choć co niektórym północ przerwała podbijanie lampionów. Niby było maksymalnie 6 godzin limitu…. Ja nie miałbym siły tyle czasu błąkać się po lesie;-)

Teraz muszę się zastanowić co by tu przygotować za rok. 61km? A może 100-61? To bardziej realna liczba!

 

niedziela, 22 grudnia 2024

Ostatnia 5-tka - czyli UrodzInO

UrodzInO to już taka Nowa Świecka Tradycja – zawsze 17 grudnia i już od wielu lat. Zawsze gdzieś koło Zielonki. Jak do tej pory, to „koło Zielonki” wiązało się z możliwością dojechania komunikacją miejską ZTM, co de facto Zielonkę wykluczało;-) 

Nawiązując do pierwszej edycji UrodzInO, gdzie mapy były serwowane w postaci kawałków tortu  znów chciałem zrobić mapy 3D. Niestety, przygotowanie takich map zajmuje strasznie dużo czasu, a tego jak zwykle w grudniu jest zawsze deficyt. Miały być i inne efekty specjalne – w pełni zautomatyzowany system potwierdzania i liczenia wyników, ale tu, pomimo prób, zabrakło czasu zupełnie. 

Odnowiłem starą mapę okolic Zielonki, właściwie na nowo ją narysowałem, uaktualniłem – zostało przygotować punkty i te sprawy. I oczywiście opanować technologię tworzenia map 3D. Drukarką 3D nie dysponuję, więc zostały sposoby raczej chałupnicze. Teraz wiem, że szeroko reklamowane w internecie klejownice na gorąco nie są wcale takie genialne – klej taki trzyma przez jakiś czas (godzinę?, dzień?), a potem wszystko się rozpada. W każdym razie przygotowałem mapy trójwymiarowe, a w ostatniej chwili zdobyłem jeszcze prawdziwy lampion, świecący - do powieszenia w lesie (zainspirowała mnie sowa z Warszawskiej Mili). 

tak wyglądała mapa
Nadszedł 17 grudnia. Zgłoszone 20 osób, czyli ciut mniej niż ostatnio - w tym roku wypadł środek tygodnia. Cały dzień padało i wiało, by wypogodzić się na wieczór. Lampiony powieszone, jeszcze ostatnie szlify – lampion na dojściówkę i ten świecący na stowarzyszu najbliższego PK. Gdy dotarłem na start już czekał tłumek spragnionych, by ruszyć w las. Szybki wypad w las by powiesić to coś świecące i dokładnie o 17:59 poprosiłem pierwsze zespoły do siebie.

Taki lampion wisiał przy najbliższym PK

Przy wydawaniu map okazało się, że ten klej o którym pisałem, nie trzyma jak powinien. Dwie mapy same „rozłożyły” mi się w pudełku. Odlatywały ogonki ze startem. W szczególności ktoś zgubił ogonek ze startem przed wyruszeniem i poszedł w las bez niego;-) 

Uczestnicy poszli w las....

 Efekt końcowy: 

  • Wszyscy wrócili z lasu. 
  • Ktoś w lesie spotkał sarnę. 
  • W czasie wieszania lampionów widziałem dwie pary fosforyzujących oczu… 
  • Ponad połowie zespołów udało się zdobyć wymagane 59 PP nie uwzględniając karnych odliczeń.
  • Jak zwykle masa życzeń i słodkości od których mi teraz rośnie waga. 
  • Protestów nie odnotowałem. 
  • Lampiony zbierałem do piątku – w jednym zginęła kredka ze sznurkiem, a jeden został zerwany i leżał na ziemi. 
Za rok trzeba będzie wymyślić jakieś specjalne UrodzInO z pierwszą 6-stką na przedzie…. Zastanawiam się czy będzie to 60 PK, 60 etapów czy może 60 km? Mam jeszcze ponad 60 dni na decyzję;-)

 
















środa, 27 grudnia 2023

Inowanie-Ząbkowanie

Grudzień to ciężki logistycznie okres. Ciężki, bo dużo się dzieje. Wszelakie orientalistyczne wydarzenia atakują ze wszystkich stron i to nie tylko w weekend. Do tego należy dodać zwyczajowe przedświąteczne pucowanie okien, glansowanie podłóg, segregację rasową rodzynek do ciast i mamy średnio 26 godzin na dobę zajęte. A jak ktoś jeszcze urodził się w grudniu, to ma zupełnie "przechlapane".

 Staram się robić UrodzIno w terenie, w którym jeszcze nie było i oczywiście blisko domu. W tym roku litościwie UrodzInO wypadło w niedzielę. Aby nie było za różowo, to w sobotę było ChoInO i ZazuTour, a w niedzielę przed UrodzIno kolejny etap biegania z Przemkowym Zazu w... Zielonce. Niestety musiałem wybierać. Biegania w Zielonce nie dało rady odpuścić, więc niestety nie dotarłem na ChoInO – czas poświęciłem przygotowaniu map, lampionów, kodów na serwerze (bo znaczą część map pobierało się na trasie dzięki kodom QR z lampionów) i wieszaniu tego co trzeba w terenie, by w sobotę rano móc spokojnie pobiegać po zielonkowskich bagienkach. 

Miałem dylemat z ustaleniem limitu czasu na UrodzInO. Jak nic pasuje 58 minut, ale nie jest to zbyt długo jak na nocną walkę z lasem. Wprawdzie las mały, ale noc to noc. Zostawiłem te 58 minut mając świadomość, że wszystkich PK to nikt nie zbierze – traktowałem to wręcz jako pułapkę na tych, co myślą, że mogą wszystko:-) 

Bałem się także, że nie będzie gdzie zaparkować koło startu (w prognozie były jakieś delikatne opady deszczu, a moknąć trzy godziny w bezruchu nie jest zbyt miło) i planowałem awaryjne przesuniecie startu o 160 m, ale o dziwo udało się zaparkować przy samym szlabanie, gdzie przewidziałem start. 

Biuro przy samochodzie

Pierwsi spragnieni leśnych doznań dotarli na start przed godziną zero. W bagażniku auta zaczęły pojawiać się zapasy żelków, a w lesie zaczęły pobłyskiwać pierwsze latarki. 

Pierwsi ruszają w las...

Większość uczestników dotarła sprawnie i ruszyła na trasę w początkowym przedziale minut startowych. Wkrótce zostaliśmy z Renatą sami, z dwoma ostatnimi mapami. Jako że miejsce startu było dość ucywilizowane (taki niewielki lasek w Ząbkach), co chwilę jakiś zainteresowany mieszkaniec (zwykle z pieskiem) dopytywał się co to za zawody. O dziwo, większość albo sama zawierała w pytaniu frazę "na orientację", albo po odpowiedzi od razu wiedziała o co chodzi! Jak to zwiększa się orientacyjna świadomość społeczeństwa! 

Ostatni uczestnik rusza w las...

Wreszcie dotarli na start spóźnialscy i zostało nam wypatrywać pierwszych wracających z lasu. Zegar stanowczo pokazywał, że pierwsi co wyszli, wpadli już w limit spóźnień, a w rogainingu wiadomo - spóźniać się nie opłaca. Wreszcie zaczęły błyskać latarki, dało się słyszeć dyszenie ludzi biegnących na metę. Jak to na mecie: usłyszałem, że dałem za mały limit czasu, albo że w terenie wykopałem kilka wielkich dołów, których nie było na lidarowej mapie ;-) No niestety - naprawdę nie miałem czasu kopać dołów wielkości małej ciężarówki, ale zastanowię się nad takim rozwiązaniem za rok;-) 

Jak widać na załączonym obrazku zwycięstwo daje dużo radości!

 Po podliczeniu wyników okazało się, że jak przystało na kategorię TU (Trasa Urodzinowa) wygrali typowi wyjadacze TU - nie dali omamić się nadmiarem punktów, które poza limitem de facto tylko obniżały końcowy wynik, zmieścili się dokładnie w czasie i wybrali sensowne wagowo PK. Bardzo cieszy to, że nie zmarnował się żaden PK - wszystkie zostały odwiedzone! I na dodatek jeszcze kilka punktów stowarzyszonych! 








 

Teraz zostaje planować kolejne UrodzInO – chyba już wiem gdzie – tym razem na starcie będą wiaty, a utrudnienia… coś się wymyśli;-) Na pewno będzie ciut dłuższy limit czasu, bo imprezę zasponsoruje liczba 59!

środa, 22 grudnia 2021

Zamiast tortu

„Tradycyjnie” zamiast spędzać kolejny jubileusz za stołem pochłaniając ciasta i wysokooprocentowane trunki, poszedłem w las. Nie dość, że poszedłem, to jeszcze zorganizowałem. UrodzInO. Ot, taka „nowa świecka tradycja”.
Zaczynają mi się kończyć lokalizacje na UrodzInO. Jako że 17 grudnia zwykle nie wypada w dzień wolny od pracy – musi być miejsce z dobrą komunikacją i blisko mojego domu. A to rzeczy ciężkie do pogodzenia. Rembertów, Kawęczyn, Marysin już wyeksploatowałem. Metodą eliminacji padło na Ząbki. Taki niewielki kawałek, gdzie nigdy nic nie robiłem. Niby niewielki kawałek terenu, ale czy na UrodzInO trzeba go dużo?
Odświeżyłem mapę, którą kiedyś rysowałem i poszedłem w las. W terenie co chwila dołek. Pomyślałem i zrobiłem wersję pierwszą mapy. Taką na czasie. Coś tam o Omikronie i reszcie wirusów. 34 PK. Dałem ją Renacie do przetestowania…. Nie wyszłaby w ogóle do lasu. Słowem - za trudna. 

Musiałem ją znacznie uprościć. Wiadomo, w nocy wszystkie dołki są takie same, ale założyłem, że lampion co 20 m w ciemnym lesie sprawi wiele uciechy uczestnikom i coś tam zawsze znajdą;-) 

W TEN dzień najpierw tyrałem przy robieniu nietypowych lampionów (nietypowy jest wtedy, gdy lampion jest mniejszy od kredki do niego przyczepionej;-), a około godziny 14-tej poszedłem je wieszać w lesie. Myślałem, że pójdzie szybciej, ale zeszło mi prawie 2 godziny! Tyle czasu (a nawet mniej) będą mieli uczestnicy, by odszukać lampiony w lesie po nocy! Na szczęście nie muszą odszukiwać wszystkich, w szczególności tych stowarzyszonych… 

Nadeszła ciemna noc, zza chmur jak zwykle świecił księżyc, więc nastał czas wyruszenia na start. Niby podjechaliśmy wcześniej, ale już po drodze widzieliśmy uczestników kończących dojściówkę. Jeden stał już przy szlabanie, drugi chował się w krzakach…. 

Rozłożyliśmy stolik, włączyliśmy zegar i się rozpoczęło. W ruch poszła wymiana życzenia/żelki za mapę;-) Niektórzy wykazali się inwencją. Zamiast żelek znalazł się dżemik, ogórki, a nawet nalewka… 

Ciekawe co Paweł wyciągnie z plecaka...

Jak widać nie tylko żelki były w ruchu

Jak nic jakiś granat?

I do kompletu tajemniczy pakunek
 
W zamian uczestnicy dostali po dwie kartki. Zalaminowane, by było trudno na nich pisać. Niby zadanie proste – latarka, nałożyć jedno na drugie, podświetlić – ze szwajcarek robi się prawie pełna mapa i w las. Jakoś nie wszyscy wpadli na ten oczywisty pomysł. Stali długo zastanawiając się nad mapą. No dobra, matematyka użyta do wyznaczania ilości punktów, do potwierdzenia, czy limitów czasów niektórych wyraźnie zaskoczyła. Liczyli i liczyli i wychodziły im dziwne wartości…. 

fot. Andrzej Krochmal

fot. Andrzej Krochmal

fot. Andrzej Krochmal



Mapy należało sobie "wylosować"




Wreszcie wszyscy zniknęli w lesie. Od czasu do czasu coś błysnęło w krzakach, ale wyraźnie wszyscy skupili się na eksploracji tych dalszych terenów lasu. Z relacji wiem, że jeden zespół postanowił przepłynąć jedyne „bagienko” w okolicy. Od innych uczestników słyszałem, że grupowe poszukiwanie punktu przy zabudowaniach ul. Wrzosowej zaniepokoiło mieszkańców, którzy przyszli pomóc w poszukiwaniach;-). Właściwie to żałuję, że sam nie startowałem – miotanie się po tak małym terenie, wśród takiej ilości dołków musiało być fajne;-) 

fot Andrzej Krochmal


Wreszcie co niektórzy zaczęli wracać. Dorobek punktowy różny. Jedni znaleźli wszystko (no, stowarzysze bywały), inni brali tylko jedną szwajcarkę. Decydująca rolę grał czas. Tak to jest przy krótkich etapach - czas jest decydujący. 

O dziwo, wszyscy wrócili przed zamknięciem mety! Zostało zebrać co się da z lasu i pojechać do domu liczyć wyniki. Za rok jak nic sam pójdę na swoją trasę, a co!