Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Groszówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Groszówka. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2026

Czas zacząć majówkę czyli trening w Wesołej

W piątek 1 maja rusza Grand Prix Mazowsza. Ale rusza dopiero biegiem popołudniowym, więc z rana, aby wyrobić kilometraż, należy pobiegać;-) Trening w Wesołej na znanej, choć ostatnio mniej bieganej mapie Groszówka. 

Takie logo zachęcało uczestników do biegu

Przyjeżdżam sobie wcześniej na miejsce startu- miały być to znane wiaty przy UM Wesoła, ale coś tych wiat nie widać. Z auta dostrzegam samotną znajomą postać rozglądającą się po zagajniku, gdzie wiaty kiedyś stały. Na parkingu dzwoni telefon – Ania (którą widziałem przed chwilą) dzwoni lekko zrozpaczona, czy już wyjechałem z domu i czy nie mogę zabrać stolika. No cóż, skoro już dojechałem, to ciężko zabrać stolik. Ale ratuję organizatorkę składanym krzesełkiem, które wożę w bagażniku;-) 

Wkrótce wraca z lasu Barbara, która stawiała ostatnie lampiony dla trasy długiej i można ruszać. W lesie sucho. Bardzo sucho. Pod butami trzask łamanych suchych patyków. Przy PK 1 doganiam ekipę z trasy rodzinnej, co pierwszy raz są na BnO. Krótki instruktaż jak się podbija kartę startową przy pomocy perforatora, jak używać kompasu i ruszam dalej. 

Nie przemęczając się (mam na uwadze popołudniowy sprint) drogami lecę na PK 2, 3, 4. Teren znany, więc błędów praktycznie nie ma. Przy PK 5 znowu spotykam ekipę z trasy rodzinnej. Już z daleka machają i krzyczą, że wszystko już wiedzą i przećwiczyli przy znajdywaniu kolejnych lampionów. 

PK 6 na zboczu górki. Górki bardzo mało przebieżnej – taki wyrosły już młodnik, gdzie część zbyt gęsto posadzonych sosen wyschła lub została ścięta i leży sobie pomiędzy tymi, co dalej rosną. Chwilę szukam lampionu – jest gdzie indziej, niż się spodziewałem. 

Kolejne PK w znanych miejscach. Choć PK 8 jest sprytnie schowany w rowku pomiędzy dwoma kopczykami i chwilę go szukam. 

Dalej góra-dół-krzak-góra czyli typowa wydma w Wesołej. Za PK 11 spotykam biegnący z naprzeciwka tramwaj zawodników z trasy średniej. Przy PK 16 dogania mnie i przegania Marcin. Jako że biegłem pierwszy – dla potomności uwalniałem perforatory z uchwytu mocującego je do przewozu. Teoretycznie można dziurkować bez tej operacji, ale jest to niewygodne i można przedziurkować uchwyt. 

Ostatnie punkty to typowa „łydka”. Można biegać „na pamięć”. 

Wreszcie meta. Nie dawałem z siebie wszystkiego – więc wynik taki sobie, ale przynajmniej poranny rozruch zaliczony. Teraz pozostała chwila na regenerację i popołudniowy start w sprincie na Muranowie.

 


piątek, 6 marca 2026

WesolInO z dużą dawką wstydu.

Dwa tygodnie nie biegałam, więc na WesolInO miałam już wielką chrapkę, choć sił mało. Do tego trasy akurat trafiły się dość długie, a głupio mi było zapisywać się na najłatwiejszą. Ale w ostateczności zawsze można jakieś punkty pominąć (choć żal).
Pogoda taka wiosenno-zimowa, bo niby dość ciepło, a na drogach i ścieżkach warstwa lodu, że bez kolców ani rusz. Ja akurat nie mam kolców, więc zostawała mi wersja ani rusz.
 
Przed startem.

Przez ten lód wcale nie tak łatwo było dostać się do lampionu startowego, a na pewno trzeba było to robić bardzo ostrożnie.

Podbijam start.

I ruszam na lodową taflę.
 
Do pierwszego punktu prowadziły ścieżki - oblodzone, bo oblodzone, ale dające stuprocentową pewność trafienia. Bardziej szłam niż biegłam - to po lodzie, to po krzakach skrajem lasu. Najważniejsze, że skutecznie. Do dwójki podobna sytuacja i dopiero od ostatniego skrzyżowania kawałeczek na azymut. To był naprawdę kawałeczek, a mnie i tak potrafiło znieść w prawo tak, że wylądowałam na sąsiedniej ścieżce. Jakoś znalazłam lampion, bo teren, ograniczony trzema ścieżkami, nie był zbyt duży do przeczesania.
Z trójką poniosło mnie już znacznie bardziej. Zaczęłam po kresce, ale im dalej w las, tym bardziej schodziłam z azymutu - tym razem, dla odmiany, w lewo. No bo skoro poprzednio znosiło mnie na prawo, to przecież trzeba korygować. Trzeba, ale nie aż tak...  Kiedy doszłam do ścieżki za punktem, zawróciłam i nawet trafiłam na azymut oraz inną zawodniczkę szukającą tego samego punktu. Nie szukałyśmy razem, bo każda miała inną koncepcję, ale ja miałam mniej szczęścia. Albo umiejętności, bo kiedy pokazała mi mniej więcej gdzie iść, to i tak rozminęłam się z punktem. Niby wiedziałam, że na wschód od rowu, ale totalnie zmyliła mnie wielka karpa. Nie była zaznaczona na mapie, za to w jej miejscu był narysowany symbol dołka. Z punktem. No, nie przyszło mi do głowy, że karpa = dołek i starannie ją omijałam. Zresztą dołek był raczej symboliczny, a wszystkie w pobliżu były znacznie większe, choć nie zaznaczone na mapie. W końcu całkowitym przypadkiem przeszłam na tyle blisko, żeby zauważyć lampion. Ale żeby takie zmyłki robić ludziom na mapie to nieładnie.

Poszukiwania trójki.

Taka już byłam zdenerwowana tą trójką, że na czwórkę też poszłam źle, ale na szczęście szybko się ogarnęłam i dało radę. 
Do piątki postanowiłam iść drogą. Na azymut doszłam do skrzyżowania i ruszyłam na południe. Minęłam pierwsze skrzyżowanie, drugie, potem miały być dwie ścieżki w lewo, dwa kopczyki i tam trzeba było zejść w las. Niby wszystko się zgadzało i jednocześnie nic się nie zgadzało. W sumie w każdym lesie można dopasować coś do mapy i ja usilnie to robiłam, choć byłam w zupełnie innym miejscu. Na ostatnim skrzyżowaniu weszłam nie w tę drogę co trzeba (jakim cudem??!!) i znacząco oddaliłam się od punktu. W końcu już zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem, a głupio mi było pytać innych zawodników, no bo w takim łatwym i obieganym lesie się zgubić... Im głupiej mi się było spytać, tym głupiej łaziłam drogą tam i z powrotem, oczekując naiwnie, że przy powtarzaniu tej samej trasy osiągnę inny rezultat. W końcu osiągnęłam najwyższy stopień desperacji i postanowiłam wracać na metę. Tylko jeden malutki problemik - gdzie jest meta? Uznałam, że idąc na zachód albo natrafię na ogrodzenie, albo na asfalt, a w drugim przypadku to już i do bazy zawodów trafię. Los to bywa jednak przewrotny - nie natrafiłam ani na ogrodzenie, ani na asfalt, tylko na .... poszukiwany punkt. Wyszłam dokładnie na lampion i aż oczy przecierałam nie mogąc uwierzyć w ten cud. Jeśli piątka stoi w tym miejscu, to gdzie ja do licha byłam? - zadawałam sobie pytanie. Wiedziałam tylko jedna - byłam daleko, nieprzyzwoicie daleko od właściwego miejsca.
 
Co ja tutaj robię?
 
Cudowne odnalezienie piątki oczywiście zmieniło moje plany i zamiast na metę pomaszerowałam na szóstkę. Tym razem zrezygnowałam ze ścieżek i wolałam pilnować azymutu. Pomimo znoszenia, na ogół i tak lepiej na tym wychodzę.
Los uznał, że wystarczająco już mnie doświadczył na tych zawodach i łaskawie pozwolił mi na bezproblemowe pokonanie reszty trasy. Chwilami nawet odważyłam się wrócić na ścieżki, bo tak praktycznie to już od dziewiątki do niemal samego końca.
Z mety nie chciało mi się wracać oblodzoną droga, poszłam wiec do asfaltu i wygodnie wróciłam do bazy. A tam dowiedziałam się, że Tomek czeka na mnie na mecie. No trudno - niech czeka. Nie ma opcji żebym szła tam taki kawał drogi.  W końcu poprosiłam Michała żeby wydzwonił Tomka do bazy, ale ten w międzyczasie sprawdził w wynikach, że już się sczytałam i wracał. Trochę głupio było mi się przyznać do tak skandalicznego zabłądzenia, ale wyniki i tak były bezlitosne - mój czas był bardziej niż żałosny. W sumie do tej pory mi wstyd.
 
Zapis wstydu.
 

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Świąteczne bieganie w Wesołej.

Nową tradycją staje się przenoszenie Gambitu z jednych świąt na drugie, ale że przyroda nie znosi pustki, więc poniedziałkowy termin natychmiast został zaanektowany przez Michała i tym sposobem mogliśmy pobiegać blisko domu (w Wesołej) w ramach GPS-O.
Przed samym startem spotkała mnie miła niespodzianka w postaci nagród za wygrane TP na Zaworze, co to ta wygrana całkiem zaskoczyła mnie i Agatę. Co prawda moją nagrodową koszulkę od razu zaanektował Tomek, ale jak by nie było, zostało w rodzinie:-)
 
 Fot.:Andrzej K.

Do GPS-O coraz bardziej podchodzę jak pies do jeża (w miarę jak coraz bardziej mi się nie udaje), więc nastawiłam się głównie na pobyt w lesie i zrzucanie świątecznych kalorii, a nie rywalizację.
Pierwszy punkt od razu był daleko, ale przynajmniej można było dobiec do niego drogami, aż pod sam kopczyk. No, to chociaż dobrze się zaczęło. Dwójka blisko, ale za to na górce, jak dla mnie sporej, więc od razu się zasapałam, ale spoko. Trójka nieprzyzwoicie łatwa, a w drodze na czwórkę zepsułam dobrze zapowiadający się początek. Zaczęłam idealnie po kresce, ale po chwili coraz bardziej znosiło mnie na prawo. Na trzecim skrzyżowaniu nagle i niespodziewanie oraz wbrew mapie skręciłam w prawo i przy kolejnej ścieżce zaczęłam bezskutecznie szukać punktu.  A przecież niby cały czas patrzyłam na kompas. Do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą jak ja to zrobiłam.  Nie znalazłszy punktu, wylazłam w końcu z krzaków i udałam się na najbliższe skrzyżowanie w nadziei zlokalizowania się. Miałam farta, że akurat to skrzyżowanie było charakterystyczne (a nie zwykłe przecięcie dwóch ścieżek) i od  razu rozpoznałam gdzie jestem - hektar za daleko na wschód.

Okrążanie PK 4

Teraz uważniej już pilnowałam wskazań kompasu, dzięki czemu na piątkę pomaszerowałam niemal po prostej, za to przez wszystkie przeszkody terenowe jakie były po drodze, bo bałam się, że ścieżkami coś przekombinuję. Szóstka tożsama z dwójką, więc znowu wspinaczka pod górkę, ale za to nawigacyjnie łatwo. Przed siódemką znowu mnie ściągnęło na prawo, ale udało się skorygować. Z ósemką identycznie. Dziewiątka łatwa, a dziesiątka znowu na górce, gdzie już byłam dwa razy. Solidna porcja deja vu. 
Znoszenie w prawo jakoś bardzo mi się utrwaliło i o ile jedenastkę jeszcze znalazłam, to na dwunastce poległam całkowicie. Czwórka przy dwunastce to był mały pikuś. Na kopczyki to nawet i trafiłam, tylko nie na ten właściwy, chociaż był rzut beretem od tych, które obejrzałam. Jakaś taka desperacja mnie ogarnęła i poczucie porzucenia w wielkim dzikim lesie i poczułam potrzebę natychmiastowego zobaczenia cywilizacji. Pi razy oko wytypowałam kierunek i pomknęłam w dół. I wiecie jakiego miałam farta? Nie dość,  że dotarłam do zabudowań, to jeszcze spotkałam Tomka i miałam się komu wyżalić na swój okrutny los. No i zasięgnąć języka gdzie jestem i gdzie powinnam pójść. 
 
 To gdzie ja to jestem?

Ruszyłam więc wskazaną ścieżką i wcale znowu tak od razu nie znalazłam punktu. Wylazłam na te same kopczyki co poprzednio, ale ponieważ nadchodziłam z innej strony, ten właściwy w końcu jakoś wlazł mi w oczy. Ufff...

Dwunastkowe peregrynacje.

Do trzynastki poszłam trochę głupio, bo wciąż byłam w podwunastkowym szoku i nadłożyłam trochę drogi, no ale najważniejsze, że trafiłam. Końcówka za to poszła mi nadzwyczajnie dobrze, a za ostatnim punktem czekał Tomek, więc od razu było raźniej. Razem pobiegliśmy na metę, przy czym on szybciej, żeby sfilmować mój finisz. Jak by było co:-))

Ta czerwona wstążeczka na drzewie to meta.

Wcale, ale to wcale nie jestem zadowolona z tego "biegu", bo schrzaniłam co tylko się dało, jednakowoż nawet taki ułomny start był lepszy niż siedzenie za stołem i tycie. Tak, że zady i walety chyba się równoważą.

I po zawodach:-)

środa, 3 marca 2021

WesolInO 2 z missing pointem:-(

WesolInO przybliża się nam do domu. Druga runda została zaplanowana nie w tradycyjnym miejscu, tylko na Groszówce. Jeśli organizator zrobi kolejne przybliżenia (czego mu życzę), to runda ósma powinna odbyć się w moim ogródku. Tylko czy WesolInO ma tyle rund?
Skoro impreza blisko, to wiadomo, że Agata jedzie z nami, więc na starcie stawiliśmy się we trójkę.

Za piękne zdjęcie dziękuję Andrzejowi.
 
 
Ostry start.
 
Ruszyłam pierwsza, ale tuż za mną leciała Agata usiłując naciągnąć mnie na konwersację, czy aby na pewno nie mamy wspólnego pierwszego punktu. No, nie miałyśmy, ale nieco się zdekoncentrowałam  i do jedynki pobiegłam trochę naokoło. Nie żebym dużo nadłożyła, ale nie lubię nie trafiać już na samym początku. Na szczęście dwójka i trójka były łatwe, blisko i z daleka widać było lampiony. Usiłowałam nadrobić stracone na jedynce sekundy i gnałam ile sił w nogach. Nie był to chyba najlepszy pomysł, bo na trójkę już mogłam tylko iść sapiąc i dysząc. I jeszcze do tego ciut mnie zniosło w prawo. Na szczęście byłam w terenie odkrytym i wystarczyło się dobrze rozejrzeć żeby skorygować kurs.
Od piątki zaczęło się bieganie po wydmie. punkty stały raz po jednej stronie, raz po drugiej. Z szóstki na siódemkę szło (bo przecież nie biegło pod górę) mi się wyjątkowo ciężko. Ale może to i lepiej, że poruszałam się powoli, bo okolica była prześliczna i aż milo było porozglądać się dookoła. Całkiem wiosenna aura wręcz zachęcała do wolnych spacerów.
Do czternastki szło idealnie. Trafiałam z punktu na punkt bezproblemowo, a że powoli? Nigdzie mi się nie spieszyło, bo Dystans Stołeczny, co to miał być kolo południa, odwołał się, więc miałam duuużo czasu.
 
 Między PK 12 a PK 13
 
Z czternastki na piętnastkę poleciałam drogą, chociaż miałam wątpliwości czy może aby nie powinnam biec jakoś naokoło, bo linia łącząca oba punkty biegła fantazyjnie gdzieś w bok, załamując się dwukrotnie. Tuż przed piętnastką zeszłam ze ścieżki w las, spotkałam jakiegoś zawodnika oddającego się od miejsca na moim azymucie, podeszłam tam, nic nie znalazłam i stwierdziłam, że najwyraźniej to nie tu. Jakiś dzieciak przedzierał się w kierunku południowym i bezmyślnie ruszyłam za nic. Po jakimś czasie zobaczyłam lampion. Okoliczności przyrody dookoła niego wydały mi się znajome, ale ponieważ na trasie były punkty podwójne, więc nie patrząc na mapę uznałam, że to jeden z nich. Podbiłam, ustawiłam azymut na szesnastkę i ruszyłam. Wszystko wydawało mi się dziwnie znajome, układ górek, ścieżka, takie jakieś daja vu. Zlekceważyłam to uczucie tłumacząc sobie, że wszystkie drzewa i wszystkie górki są do siebie podobne. Cóż, podobieństwa domniemanego PK 16 do PK 7 już nie mogłam zlekceważyć:-) Ale żeby aż tak mnie zniosło? I do tego w lewo?
 
 Byłam tuż przy piętnastce i nie zauważyłam lampionu.
 
Skoro jakimś cudem znalazłam się na siódemce, to nie pozostało nic innego jak namierzyć się na szesnastkę i lecieć dalej. Tak też zrobiłam.
Z szesnastki na siedemnastkę był najdłuższy przebieg, ale większość dało się zrobić ścieżkami i drogami. Siedemnastka stała w terenie rowiastym. Nawet zaryzykowałam i jeden z nich przeskoczyłam, pilnując tylko nogi, żeby nie została gdzieś z tyłu, bo skakanie po rowach z października boleśnie odczuwam do dzisiaj.
Przy osiemnastce czekał na mnie Tomek, który już wcześniej zakończył swój bieg i najwyraźniej dłużyło mu się oczekiwanie na mnie. Dzięki temu mam udokumentowane podbijanie ostatniego punktu.

Ostatni - PK 18.

Jeszcze tylko dobieg do mety z desperacką próbą nie wpadnięcia na Mariusza, który akurat przy lampionie metowym uskuteczniał sesję fotograficzną i już można było odsapnąć.

Meta!
 
Podczas gdy ja się rozciągałam, Tomek poszedł sczytać mojego czipa. I co się okazało? Missing point! Nie podbita piętnastka. I tyle wysiłku na nic:-( No dobra, może nie na nic, bo dobrze się bawiłam, ale jednak szkoda. 
Aż do momentu obejrzenia śladu nie mogłam pojąć jak to się stało, że nie podbiłam piętnastki, kiedy pamiętałam, że podbijam. Okazało się, że zamiast PK 15 podbiłam PK 6 i słowo honoru, że to był jedyny na całej trasie przypadek, że nie sprawdziłam kodu na lampionie. A na mapę to patrzyłam chyba jak jakaś ślepa, że widziałam PK 6 jako punkt podwójny. Cóż, sama sobie jestem winna i mam nauczkę na przyszłość.

piątek, 20 marca 2020

TNCZ - Groszówka

Jak już otrząsnęłam się z tej okropnej sennej imprezy, co to Tomka chciałam z domu wyrzucić, postanowiliśmy rzeczywiście przetestować to BnO w czasach zarazy. W domu, bo w domu, ale jednak pracujemy, więc mieliśmy wolne tylko popołudnia. Na szczęście, jak na zamówienie, Igor wrzucił w internety trasy na mapie Groszówka, czyli rzut beretem od nas. Michał natychmiast przygotował na podstawie tras BPK, więc uzbrojeni w telefony ruszyliśmy w las. Tomek ambitnie wbił mi w telefon najdłuższą trasę, ale ja tam nie miałam większych złudzeń, że zrobię całą. Szczególnie, że wyruszyliśmy z domu dość późno i nie wzięliśmy czołówek. Zresztą nawet jakbyśmy wzięli, to i tak bałabym się sama biegać po ciemku.
Przygotowaliśmy telefony, mapy, rozejrzeliśmy się czy żadna zaraza nie nadchodzi i szpula z samochodu. Ja wyleciałam pierwsza. Do pierwszego punktu biegłam ulicami, ale zupełnie pustymi, więc teren bezpieczny:-) Przy jedynce dogonił mnie Tomek i na dwójkę pobiegłam za nim. To znaczy on pobiegł, a ja powoli przedzierałam się przez gęsty fragment lasu coraz bardziej tracąc go z pola widzenia. Do trójki na azymut. Znalazłam dołek, słupek, karteczkę z jakąś liczbą, tylko wstążki nie było. Ponieważ Tomek mówił mi wcześniej, że będą chyba kody, więc uznałam, że karteczka to kod, a że akurat zegarem odpipał mi pierwszy kilometr, uznałam odgłos za potwierdzenie punktu i ruszyłam na czwórkę.  Czwórki nigdzie nie było, za to spotkałam znowu Tomka biegnącego w dziwnym kierunku. Po chwili bezowocnych poszukiwań postanowiłam wrócić do ścieżki i namierzyć się od niej. Zawróciłam i po chwili coś mi się zaczerwieniło w krzakach. Podeszłam, a tam... PK 4. Tyle tylko, że za nic nie chciał się odbić. Wyjęłam telefon, żeby ręcznie podbić punkt, i co widzę? Niepodbita trójka! No żesz w mordę jeża! Nie pozostało nic innego jak wrócić na trójkę, znaleźć tym razem właściwy dołek i wrócić na czwórkę. Strasznie mnie to zirytowało, ale co było robić.

Wędrówka między PK 3 i PK 4

Na szczęście dalej nawigacyjnie szło już lepiej i przemieszczałam się niemal po prostych. No właśnie - przemieszczałam się, a nie biegłam. Z  każdym kolejnym punktem byłam coraz bardziej zdegustowana tym lasem, bo albo gęstwina, albo gałęzie pod nogami, albo teren nierówny i łatwo wpaść w dziurę, a jak już przebieżnie, to na ogół pod górę. Ja wiem - złej baletnicy itd., ale tam naprawdę tak było. Najgorsze były punkty 10 i 11, jednocześnie najśmieszniejsze. Na mapie jako świetne punkty orientacyjne zaznaczone były karpy (przy PK 10 - dwie, przy PK 11  - cztery), tyle że w terenie były... same karpy, urozmaicone ściętymi drzewami. Ani przejść, ani zorientować się gdzie się jest. Zupełnie nie wiem jakim cudem znalazłam oba punkty i to bez błądzenia. Niezłego farta miałam.
Na dwunastkę to już ledwo dolazłam, bo nie dość, że przedzieranie się przez tę wycinkę dało mi w kość, to jeszcze musiałam pokonać wydmę w poprzek. Wtedy podjęłam ostateczną decyzję, że biorę jeszcze trzynastkę i wracam do samochodu. Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić, jak się nie może trafić na ostatni punkt. Tak po prawdzie przeszłam jakieś 10 metrów od niego, ale patrzyłam w inną stronę, więc czerwień wstążki nie rzuciła mi się w oczy. Na szczęście niedaleko od punktu było ogrodzenie, od którego mogłam się namierzyć i w końcu miałam zaplanowany komplet. Ponieważ po lesie za bardzo sobie nie pobiegałam, to przynajmniej do parkingu postanowiłam polecieć ile fabryka dała. No... niewiele dała.
Przy samochodzie zorientowałam się, że kluczyki biegają razem z Tomkiem i na pewno zaliczą całą długą trasę. Tymczasem chciało mi się pić i zaczynałam stygnąć. O ile na pierwsze nie mogłam nic poradzić, to na drugie owszem - biegać dalej. Tak więc w oczekiwaniu na powrót Tomka zaliczyłam, skipy A, skipy C, sprint, ucieczkę w las przed spacerowiczami pełnymi koronawirusów, podbieg, marsz i czołganie się (to po próbie połączenia sprintu z podbiegiem). W końcu zajęłam się rozciąganiem starych kości i przy tej czynności zastał mnie Tomek, co oczywiście natychmiast uwiecznił.

I nóżka w górę!

Okazało się, że północna część trasy była jeszcze gorsza niż południowa, o czym zresztą Igor ostrzegał, więc dobrze, że odpuściłam. Tomek zaś ma niezapomniane przeżycia z przedzierania się przez groszówkową jesień średniowiecza:-)

O, tu było najgorzej!

Na weekend szykujemy się na jakąś konkretniejszą traskę i mam nadzieję, że już w fajniejszych okolicznościach przyrody.