poniedziałek, 13 lipca 2026

Wawel Cup i na dobry początek Model Event.

No i nadszedł kolejny Wawel Cup. To już co prawda nie ta sama impreza co jeszcze parę lat temu, bo od jakiegoś czasu okrojona z pięciu do trzech dni, ale zawsze wyczekiwana i obowiązkowa w naszym kalendarzu. Do Ryczowa, gdzie mieliśmy noclegi, przyjechaliśmy w czwartek po południu. W poszukiwaniu gospodarzy obiektu weszłam do kuchni i zastałam jakąś kobiecinę pochyloną nad garem ziemniaków oraz faceta, którego gęba przez moment wydała mi się znajoma, no ale skąd?
- Dzień dobry. Czy Państwo są gospodarzami? - zagaiłam. Kobiecina podniosła głowę i na moment obie zamarłyśmy. 
- Becia???? - zdziwiłam się, kiedy domniemana gospodyni okazała się moją rywalką w kategorii. I co się okazało? Becia  z ekipą często bywa na tej kwaterze i tym razem również zarezerwowała wszystkie pokoje, oprócz jednego, bo jacyś obcy przez booking wcisnęli się im w paradę. Tymi "obcymi" okazaliśmy się my. I tym sposobem dołączyliśmy do wesołej gromadki, która nie tylko była sympatyczna i towarzyska, ale również dobrze karmiła, czy tego chcieliśmy, czy nie:-) Bynajmniej, nie narzekamy i dajemy 5 gwiazdek:-)
W czwartek wybraliśmy się całą grupą zobaczyć ruiny strażnicy w Ryczowie i Tunel w Dupnicy, a potem to już był tylko czas na imprezowanie.
 
W tunelu.
 
 
I na skałkach.
 
W piątkowy poranek (tak koło dziewiątej) z głębokiego snu wyrwał nas wrzask Beci:
- Renia! Tomek! Śniadanie!
Ta kobieta w karmieniu jest bezwzględna. Czując respekt przed jej zdecydowanym tonem, szybciutko zerwaliśmy się i pognali pod wiatę. Szybko zorientowaliśmy się, że w kwestii karmienia, z Becią się nie zadziera:-)
Na trzynastą planowaliśmy pojechać na trening, a reszta grupy pojechała ciut wcześniej na wycieczkę. Tymczasem koło jedenastej zaczęło padać. W końcu z mieszanymi uczuciami ruszyliśmy na start, bo niby obowiązku nie było, ale chciało by się pobiegać. To znaczy w moim przypadku to raczej pochodzić, żeby obczaić specyfikę terenu. Zanim doczekaliśmy się aż organizator rozwiesi wszystkie lampiony, przestało padać. I bardzo dobrze.

Gotowi do startu czekamy aż organizator wróci z lasu.
 
Ja tradycyjnie ruszyłam na trasę krótką, a Tomek na długą. Już na pierwszy punkt nie wyszłam od razu dobrze, ale ponieważ i tak wiedziałam, gdzie jestem, od razu mogłam skorygować. Do dwójki był najdłuższy przebieg. Niby można było większość odległości przebiec ścieżkami, ale ja wybrałam azymut. Już nawet nie z tej mojej miłości do azymutów, tylko chciałam się przekonać jak w tym terenie będzie mi się współpracowało z kompasem. Ostatecznie trening jest po to, żeby sobie przetestować różne rzeczy. Efekt był taki, że spory kawał bezsensownie szłam obok ścieżki, ale za to po kresce:-)

Odcinek eksperymentalny.

Z dwójki na trójkę odpuściłam sobie azymut, uznawszy że pójście wzdłuż rowu będzie dużo pewniejszym rozwiązaniem, bo prowadził na samo miejsce. Skałę oczywiście zaszłam od niewłaściwej strony i musiałam ją obejść dookoła. Niby na mapie trochę widać jak powinno się iść, ale w terenie dla mnie zawsze wygląda to jakoś inaczej. Jak się na co dzień biega po płaskim, to potem wychodzi brak doświadczenia.
W stronę czwórki zaczęłam iść dobrze, ale kiedy władowałam się w gęstwinki i zaczęłam omijać co mniej przebieżne fragmenty, zniosło mnie całkiem z azymutu i wylądowałam na drodze za czwórką. Ale przynajmniej było się od czego namierzyć.

Czwórka z odchyłami.

Do piątki to już jak normalny człowiek skorzystałam ze ścieżki, skoro była po drodze, podobnie początek do szóstki (bo potem już się nie dało). Siódemka po kresce, a na metę głupio.  Zamiast od razu biec do drogi, ja uparcie przedzierałam się przez wszystko, co najtrudniejsze w okolicy. Ale ten brak pomyślunku to już może ze zmęczenia. Niby trasa krótka, ale co chwilę pod górę, a człowiek nie nawykły. 
Ogólne wrażenie jednak pozytywne, bo nigdzie nie miałam poczucia, że nie wiem co dalej, wszędzie dałam radę wleźć, nie zmęczyłam się za bardzo, czyli milo spędziłam czas na łonie natury. Oby po prawdziwych etapach moje samopoczucie było tak dobre.
 
Mój trening.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz