Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 45. Wawel Cup. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 45. Wawel Cup. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2026

Wawel Cup - etap 3, czyli bieg o trzecie miejsce.

Po dwóch etapach zajmowałam trzecie miejsce w swojej kategorii i w tej sytuacji etap trzeci stawał się decydujący - albo utrzymam pozycję, albo będzie jak zwykle. 
Etap trzeci choć dość długi, bo prawie 4 km, miał zaledwie 7 punktów. Czyli wszystko miało rozegrać się raczej w temacie kondycji niż nawigacji. Choć z drugiej strony, na dłuższych odległościach łatwiej pobłądzić. Tak czy siak, musiałam się spiąć, lecieć szybko i uważnie. Nie wiadomo było, czy padający od rana deszcz będzie dla mnie ułatwieniem (bo schłodzi), czy raczej utrudnieniem (bo ślisko i nieprzyjemnie). Jedno było pewne - biec trzeba.
Po raz pierwszy to ja startowałam przed Tomkiem, a ponieważ Tomek sporo później, więc na start szłam sama. Ale przynajmniej tym razem było bliżej. Przed wyjściem nie mogłam się zdecydować co na siebie włożyć (bo zimno), a przed boksem startowym, co z siebie zdjąć (bo przy bieganiu się zgrzeję). Ostatecznie zostawiłam wszystkie nadmiarowe warstwy, żeby mieć motywację do szybszych ruchów:-) 
Po poprzednich etapach pamiętałam już, że drogi i ścieżki są bardzo użyteczne, więc nie kombinowałam z azymutem i na jedynkę ruszyłam drogą. Oczywiście ostatni fragment już musiałam lasem. Mimo że przestało padać, las był mokry i już po kilku metrach można mnie było wyżymać. Ale przynajmniej się nie spociłam.
Do dwójki ruszyłam już azymutem. Niby potem można było wstrzelić się w ścieżkę i obiec, ale wydawało mi się coś za dużo tego obiegania. Bałam się tylko, czy na takiej odległości nie zgubię azymutu, a tymczasem wyszłam idealnie na punkt, lepiej niż na jedynkę. Po dwójce znowu kawałek ścieżką. Mogłam dalej, ale pomyślałam: a pitolę ścieżki! Lecę na przełaj! I tak zrobiłam. Może to i głupie było, ale skuteczne, bo znowu wyszłam dobrze. To znaczy dobrze na skałki, a w nich jeszcze trzeba było znaleźć właściwą. Na szczęście zadanie okazało się łatwe.
Czwórka to kolejna grupa skałek, litościwie nie na szczycie góry, tylko niemal u podnóża i w sumie przelot z trójki na czwórkę był całkiem w porządku.  
 
Gdzieś na trasie ustrzelił mnie "służbowy" fotograf.

Żeby nie było za lekko, to piątka już niemal na szczycie góry. Tę górę to zdobywałam i na poprzednim  etapie, tam gdzie te pokrzywy i jeżyny. Znowu władowałam się w to samo, ale tam chyba nie da się inaczej. Najbardziej bałam się, że to przedzieranie się bardzo mnie spowolni, bo poparzenie, rany kłute i szarpane to w sumie pestka. Tym razem samotna skałka była po drugiej stronie góry, chyba żeby nam się nie znudziło.
Po piątce to już właściwie luzik, bo po pierwsze z górki, a po drugie szóstka i siódemka tuż przy mecie, więc nawet nie ma ich co liczyć. Aczkolwiek znaleźć i podbić nie zawadzi:-) Przed szóstką, tak dla treningu przedarłam się przez ciemnozielone, chociaż kończyło się kawałeczek dalej i można było obejść. Ja już sama nie wiem co mam z tym ładowaniem się, tam gdzie najtrudniej. Jakoś samo mnie przyciąga i zanim się zorientuję, tkwię po uszy w krzakach.
Na mecie tym razem nikt na mnie nie czekał, więc ja poczekałam na Tomka, ale dopiero po ogarnięciu się i chwili odpoczynku.

Tomek na mecie.

Moje konkurentki ułatwiły mi zadanie utrzymania trzeciego miejsca, bo jedna złapała nkl, a druga w ogóle nie wystartowała. Fajniej byłoby wygrać w pełnej obsadzie, ale czy wtedy by się w ogóle udało? Skoro utrzymałam pozycję, to oczywiście musieliśmy zostać na dekoracji.  Zresztą Karolina (nasza współpasażerka w drodze powrotnej) wygrała swoją kategorię, więc tym bardziej musieliśmy zostać.

Na podium  

Tak sobie myślę, że jak by tak następnym razem wziąć udział tylko w etapach liczonych do klasyfikacji generalnej, to miałabym więcej sił w rezerwie, czyli większe szanse na dobry wynik. Boję się tylko, że potem bardzo bym żałowała tych nieprzebiegniętych treningów i etapów. I bądź tu mądry...

Moja trasa.
 

czwartek, 23 lipca 2026

Wawel Cup - etap 2, czyli zmęczenie kontra gen rywalizacji.

Na regenerację po pierwszym etapie nie było zbyt dużo czasu, bo drugi odbywał się już o 16-tej tego samego dnia. Zresztą nawet nie bardzo było gdzie regenerować, bo nie wracaliśmy na kwaterę, więc najwyżej mogliśmy sobie posiedzieć na krzesełkach. Obiad mieliśmy zamówiony, więc przynajmniej z tym nie było kłopotu. 
Start miał być z tego samego miejsca co rano, czyli znowu ponad kilometr dojścia. Ponieważ w tym etapie nie startowaliśmy w dużym odstępie czasu od siebie, mogliśmy na start pójść razem. I całe szczęście, bo Tomek niemal mnie tam zaciągnął, bo tak nie miałam siły iść. Dosłownie robiło mi się słabo i jakoś nie wyobrażałam sobie startu. Z tej niemocy o przygotowaniu i włączeniu zegarka przypomniałam sobie pięć sekund przed ruszeniem z boksu i o dziwo zegarek zdążył się uruchomić jeszcze przed lampionem startowym. Chyba się zorientował, że bardzo mi zależy.
W sumie to nawet dobrze, że ruszyłam taka zmarnowana, bo nie kombinowałam z azymutem, tylko po bożemu pobiegłam (czy raczej poszłam) drogą. Dopiero pod koniec, kiedy trzeba było wspiąć się na zbocze do skałki, zeszłam w las. Ledwo wlazłam na tę jedynkę i całe szczęście, że dwójka była blisko i mniej więcej na tym samym poziomie. Dwójka fajna, bo w jaskini - malutkiej, ale zawsze. I przy jedynce i przy dwójce było sporo osób, więc trochę naprowadziły mnie na właściwe miejsce, No ale przecież nie będę oczu zamykać na widok innych uczestników, c'nie?
Za trójką niemal oczy przecierałam ze zdumienia, bo przed sobą zobaczyłam najpierw Becię, a potem, w okolicach czwórki, Ulę, które startowały przede mną. No, ale jak to? To ja ledwo żywa, leząca krok za krokiem doganiam konkurencję? Coś tu chyba nie halo! Ale skoro los dał taki prezent, to grzech nie brać:-) I żeby nie było - z dwójki co prawda najpierw było w dół, ale potem znowu trzeba było się wspinać pod górę, więc łatwo z tym doganianiem nie miałam. 
Od czwórki leciałyśmy we trzy, po drodze kombinując jak ominąć teren zakreskowany jako zakazany, a nie obiec przy tym całego województwa. Znalazłyśmy sobie mały przesmyczek i pognały. To znaczy Ula pognała, ja usiłowałam nie stracić jej z oczu, a Becia z mniejszą niż moja desperacją, podążała za nami.
Piątkę wzięłyśmy niemal w biegu, bo przy drodze, a potem tą drogą na szóstkę. Z drogi po pewnym czasie należało skręcić w ścieżkę, która doprowadzała niemal na punkt. Trafiłam na ścieżkę, w którą wbiegała większość zawodników przede mną, ale widziałam, że Ula pobiegła dalej. Co robić? Komu zaufać? Ponieważ zawsze zachęcam samą siebie do korzystania z własnego rozumu, postanowiłam nie lecieć za Ulą, tylko zobaczyć co z tą ścieżką. Razem ze mną skręciła tam też Bożenka z K65 i tak od słowa do słowa wyszło mi, że to jednak nie jest właściwa ścieżka, a w ogóle to nie ma jej na mapie, bo dopiero przed chwilą została wydeptana. Ale za to była ambona, z której mogłam się namierzyć. Darłam z niej ile sił w nogach, bo mi się gen rywalizacji nagle włączył i koniecznie chciałam dogonić Ulę. Zupełnie zapomniałam, że to mało realne. Do tego chwilę mi zeszło zanim trafiłam na tę szóstkę, bo wcale nie poszło od pierwszego kopa. 
 

Do siódemki biegłam, mimo że pod górę i zupełnie zapomniałam, że nie mam już sił. Ósemka trochę mnie spowolniła, bo obrałam bzdurny wariant, przez pola pokrzyw i jeżyn. Co chwilę jakiś pęd łapał mnie za nogi, a ręce miałam poparzone od pokrzyw mojej wysokości. No, nieźle się wpakowałam. Na mapie nie wyglądało to tak źle, jak w terenie i to mnie troszeczkę usprawiedliwia. Ale niewiele. Ósemka była ostatnim punktem skałkowym i ostatnim z tych bardziej wyczynowych. 
Do dziewiątki na azymut, przez szczyt, na drugą stronę góry. A po drodze pod nogami poziomki. Aż żal było biec dalej. Ostatnie dwa punkty to już łatwe, obiegane i bez historii i na koniec meta.

Jeszcze kogoś wyprzedzić!

Wyniki etapu nieco mnie zaskoczyły, ale pozytywnie. Zajęłam, drugie miejsce za Ulą (czyli słusznie usiłowałam ją gonić), a dwie konkurentki zaliczyły nkl, co wyeliminowało je z klasyfikacji generalnej. No to w sumie taka ostatnia nie będę na tym Wawelu:-)
 
Moja trasa.

wtorek, 21 lipca 2026

Wawel Cup - etap 1, czyli cud przetrwania.

Po tych wszystkich treningach i prologach nadszedł wreszcie czas na najważniejszą część zawodów. W sobotę rano zaczynały się etapy liczone do klasyfikacji generalnej. Minuta zerowa o godz. 10.00. Tomek startował zaraz na początku, ja jakieś pół godziny po nim. Ponieważ dojścia było aż 1300 metrów, to bałam się, że już to mnie załatwi, zwłaszcza, że było gorąco i do tego byłam niewyspana po nocnym bieganiu i emocjach po nim niepozwalających mi zasnąć. No i na śniadanie bałam się spóźnić, więc spałam czujnie:-)

Rano flagi jeszcze leżały na trawie, ale tak lepiej wygląda.

Etap niby krótki, bo niecałe 3 km, ale za to z dużymi przewyższeniami, czyli tym, co mnie najbardziej boli. Na start szłam sama, bo nie chciało mi się w lesie sterczeć pół godziny i wolałam posiedzieć w bazie.
Już od boksu startowego zaczęło się źle, bo pod górę. A tu jeszcze w biegu trzeba mapę przeczytać, znaleźć trójkącik i podjąć decyzję jaką strategię obrać. Oczywiście odruchowo wybrałam azymut i od lampionu startowego zamiast kawałek pobiec drogą, jak wszyscy inni, ja oczywiście wlazłam w krzaki i przedzierałam się obok ścieżki. Niby dużo tego nie było, ale żeby tak głupio zaczynać... Na szczęście pomimo głupiego początku, na jedynkę trafiłam bez problemu, za to zasapana, bo pod górę. Dwójka luzik, bo ciut w dół, a trójka to pierwszy punkt skałkowy. Znowu pod górę, ale nawigacyjnie łatwo. Skałka nieduża, to łatwo trafić, bo w tych dużych to często mam problemy. Za to głupio próbowałam od niego odejść, bo w przeciwnym kierunku niż następny punkt. Ale kiedy już to ogarnęłam, wpadłam na genialny (jak na mnie) pomysł, żeby na czwórkę nie iść azymutem przez szczyt, tylko poziomnicą i zaoszczędzić sobie wspinaczki.  Jaka ja byłam dumna z tego pomysłu:-) 
Do piątki dałam radę, a spod niej lawirowałam między skałkami i jakimś takim dziwnym zawijasem wychodziłam. Ale nie zgubiłam się. Szóstka stała już pośród dużych skał i nie udało mi się wbić "na skróty", tylko obeszłam naokoło, a i odchodziłam w kierunku odwrotnym od zamierzonego, ale ukształtowanie terenu jakoś nie zachęciło mnie to pójścia po prostej. Przy szóstce spotkałam Becię. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo startowała kilka minut po mnie, a ona do biegania niewyrywna, więc znaczyło to ni mniej, ni więcej, że ja wlokę się niemiłosiernie. Tak mnie te kombinacje z wchodzeniem i wychodzeniem z szóstki zmęczyły, że zaczęłam bezmyślnie iść za Becią, nawet już nie patrząc za bardzo w mapę. Od siódemki to już oficjalnie szłyśmy razem. Ósemka na szczęście była w dół, nawet bym powiedziała, że niepotrzebnie tak ostro w dół, bo niewygodnie się schodzi, ale i tak wolę to niż odwrotnie. Na dziewiątkę nie trafiłyśmy przeze mnie. Zamiast lekko wspinać się między skałkami, ja luzacko prowadziłam coraz niżej i niżej, bo tak mi było wygodnie. Becia coś tam próbowała protestować, ale zanim przyznałam jej rację już było po ptakach i wylądowałyśmy na ścieżce kawałek za punktem. Tam dopytałyśmy się, gdzie ta dziewiątka, chociaż i tak byśmy się namierzyły. Ale fajnie mieć potwierdzenie, że punkt jest i czeka na nas. Wracałam do tej dziewiątki niemal ze łzami w oczach, bo już nie miałam siły.

A ominiemy sobie dziewiątkę...

Od dziewiątki to już ciągnęłam na rezerwie i ledwie dolazłam na dziesiątkę. Na szczęście do jedenastki już było w dół. Przy jedenastce na odejściu robiłam jakieś dziwne manewry, chyba ze zmęczenia, bo nie widzę i nie pamiętam żadnego innego powodu. Z jedenastki to kawałek biegłyśmy nawet asfaltem, żeby potem wdrapać się na ostatnią górkę do PK 12. Dobrze, że ostatnia, ale wolałabym żeby jej w ogóle nie było. Jeszcze tylko trzynastka i wyznakowany dobieg do mety. Wykrzesałam resztkę sił, żeby efektownie wbiec na metę, ale i tak miałam świadomość, że etap poszedł słabo.
 
Faktycznie wygląda jak bym biegła.

O dziwo, wcale nie byłam ostatnia w wynikach, ale szóste miejsce na osiem zawodniczek, to też żadna rewelacja. I tak najważniejsze, że przeżyłam, bo na trasie wcale nie byłam pewna, że tak się stanie.

Moja trasa.

piątek, 17 lipca 2026

Wawel Cup i nocny prolog, który wcale nie był taki straszny.

Po Model Evencie mieliśmy czas na chwilę odpoczynku, obiad i wizytę w biurze zawodów. Odebraliśmy numery startowe i nie oparliśmy się pokusie zakupienia kolejnych wawelcupowych koszulek. Nie nadążamy już używać wszystkich, ale te znowu były przecudnej urody, więc jak nie kupić. Jedyny problem, że rozmiarówka strasznie zaniżona i nawet L-ka trochę opina się na mnie. Większych nie było, więc nie pozostaje nic innego jak schudnąć.
 
Koszulka przecudnej urody.

Nocny Prolog zaczynał się dopiero o 21.30, czyli w porze, kiedy ja zazwyczaj wędruję już do łóżka, a nie do lasu. Do tego okazało się, że z naszej wesołej gromadki tylko my zdecydowaliśmy się na udział, więc podczas gdy my szykowaliśmy się do biegania, reszta szykowała się do imprezowania. Nie ma na świecie sprawiedliwości:-( Nie lubię biegać nocnych zawodów, bo zawsze boję się, że zginę w ciemnym lesie, samiuteńka, a cała leśna fauna i flora tylko czeka żeby mnie pożreć lub przynajmniej uszkodzić.
 
Z mapą w garści czekam na sygnał startu.

Start był masowy. Tym razem był dość chaotyczny, bo każdy stawał, gdzie chciał, zamiast jak dawniej kategoriami, co wprowadziłoby trochę ładu. Bieganie w tłumie nie jest tym co lubimy, więc ustawiliśmy się skromniutko z tyłu. Na sygnał wszyscy rozwinęli mapy i ruszyli.
 
Nawet się załapałam na fotkę, co prawda plecami, ale zawsze.

Od startu cały czas sobie w myślach powtarzałam, żeby nie lecieć za innymi, tylko kierować się mapą, kompasem i własnym rozumem.
Nasza trasa (czyli weteranów starszych) miała ciut ponad 3 km, ale za to aż 24 punkty. Początek to same kopczyki i trochę się bałam, że przy tej gęstości punktów łatwo będzie trafić na nie swój kopczyk, więc kurczowo trzymałam się azymutu. Tak kurczowo, że  na pierwszy punkt pobiegłam idealnie po kresce. Potem ciut poluzowałam, ale dalej szło idealnie. Aż do szóstki punkty były blisko siebie i wszystkie na zboczu, więc było trochę góra - dół. Po chwili już wiedziałam, że ubrałam się dużo za ciepło:-( 
Siódemka była ostatnim kopczykowym punktem, ale sporo oddalonym od wcześniejszych. Udało się trafić bezbłędnie. Od siódemki znowu gęściej, ale już nie na kopczykach (poza PK10) tylko na muldach.  
Już po kilku pierwszych punktach zorientowałam się, że razem z Ulą T. mamy ten sam wariant trasy i trochę mnie to zbiło z tropu. Biegamy w podobnym tempie, nawigujemy podobnie, więc szanse, że jakoś się rozłączymy w lesie, malały z każdą chwilą. Co chwilę jedna z nas próbowała zgubić tę drugą, ale nie dało rady. Punkty były zbyt łatwe, żeby którakolwiek się zgubiła, gonić do utraty tchu też żadna nie zamierzała, a i odpuścić i specjalnie zostać w tyle też nie. Psuło to trochę zabawę, no ale taki urok startów masowych. Są i zalety - nie bałam się, że jestem sama w ciemnym lesie, bo dookoła kłębił się tłum, a i las nie był zbyt ciemny, rozświetlony wieloma czołówkami.
Do PK 21 szło gładko, a przy 21 na moment się zawiesiłam, bo zapomniałam z jakiego przybiegłam i czy na pewno ten mam podbić. Oczywiście Ula była w pobliżu, więc podpowiedziała, ale czas potrzebny mi na ogarnięcie tego umysłem, dał jej szansę na szybkie oddalenie się i w efekcie dotarcie do mety przede mną. Zresztą i tak na PK 22 nie wyszłam dobrze od razu, bo rozkojarzenie po 21 jeszcze działało. Ale co tam. I tak było dużo fajniej niż przypuszczałam.

Na mecie czekał Tomek i dopingował.

Mój wariant trasy.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Wawel Cup i na dobry początek Model Event.

No i nadszedł kolejny Wawel Cup. To już co prawda nie ta sama impreza co jeszcze parę lat temu, bo od jakiegoś czasu okrojona z pięciu do trzech dni, ale zawsze wyczekiwana i obowiązkowa w naszym kalendarzu. Do Ryczowa, gdzie mieliśmy noclegi, przyjechaliśmy w czwartek po południu. W poszukiwaniu gospodarzy obiektu weszłam do kuchni i zastałam jakąś kobiecinę pochyloną nad garem ziemniaków oraz faceta, którego gęba przez moment wydała mi się znajoma, no ale skąd?
- Dzień dobry. Czy Państwo są gospodarzami? - zagaiłam. Kobiecina podniosła głowę i na moment obie zamarłyśmy. 
- Becia???? - zdziwiłam się, kiedy domniemana gospodyni okazała się moją rywalką w kategorii. I co się okazało? Becia  z ekipą często bywa na tej kwaterze i tym razem również zarezerwowała wszystkie pokoje, oprócz jednego, bo jacyś obcy przez booking wcisnęli się im w paradę. Tymi "obcymi" okazaliśmy się my. I tym sposobem dołączyliśmy do wesołej gromadki, która nie tylko była sympatyczna i towarzyska, ale również dobrze karmiła, czy tego chcieliśmy, czy nie:-) Bynajmniej, nie narzekamy i dajemy 5 gwiazdek:-)
W czwartek wybraliśmy się całą grupą zobaczyć ruiny strażnicy w Ryczowie i Tunel w Dupnicy, a potem to już był tylko czas na imprezowanie.
 
W tunelu.
 
 
I na skałkach.
 
W piątkowy poranek (tak koło dziewiątej) z głębokiego snu wyrwał nas wrzask Beci:
- Renia! Tomek! Śniadanie!
Ta kobieta w karmieniu jest bezwzględna. Czując respekt przed jej zdecydowanym tonem, szybciutko zerwaliśmy się i pognali pod wiatę. Szybko zorientowaliśmy się, że w kwestii karmienia, z Becią się nie zadziera:-)
Na trzynastą planowaliśmy pojechać na trening, a reszta grupy pojechała ciut wcześniej na wycieczkę. Tymczasem koło jedenastej zaczęło padać. W końcu z mieszanymi uczuciami ruszyliśmy na start, bo niby obowiązku nie było, ale chciało by się pobiegać. To znaczy w moim przypadku to raczej pochodzić, żeby obczaić specyfikę terenu. Zanim doczekaliśmy się aż organizator rozwiesi wszystkie lampiony, przestało padać. I bardzo dobrze.

Gotowi do startu czekamy aż organizator wróci z lasu.
 
Ja tradycyjnie ruszyłam na trasę krótką, a Tomek na długą. Już na pierwszy punkt nie wyszłam od razu dobrze, ale ponieważ i tak wiedziałam, gdzie jestem, od razu mogłam skorygować. Do dwójki był najdłuższy przebieg. Niby można było większość odległości przebiec ścieżkami, ale ja wybrałam azymut. Już nawet nie z tej mojej miłości do azymutów, tylko chciałam się przekonać jak w tym terenie będzie mi się współpracowało z kompasem. Ostatecznie trening jest po to, żeby sobie przetestować różne rzeczy. Efekt był taki, że spory kawał bezsensownie szłam obok ścieżki, ale za to po kresce:-)

Odcinek eksperymentalny.

Z dwójki na trójkę odpuściłam sobie azymut, uznawszy że pójście wzdłuż rowu będzie dużo pewniejszym rozwiązaniem, bo prowadził na samo miejsce. Skałę oczywiście zaszłam od niewłaściwej strony i musiałam ją obejść dookoła. Niby na mapie trochę widać jak powinno się iść, ale w terenie dla mnie zawsze wygląda to jakoś inaczej. Jak się na co dzień biega po płaskim, to potem wychodzi brak doświadczenia.
W stronę czwórki zaczęłam iść dobrze, ale kiedy władowałam się w gęstwinki i zaczęłam omijać co mniej przebieżne fragmenty, zniosło mnie całkiem z azymutu i wylądowałam na drodze za czwórką. Ale przynajmniej było się od czego namierzyć.

Czwórka z odchyłami.

Do piątki to już jak normalny człowiek skorzystałam ze ścieżki, skoro była po drodze, podobnie początek do szóstki (bo potem już się nie dało). Siódemka po kresce, a na metę głupio.  Zamiast od razu biec do drogi, ja uparcie przedzierałam się przez wszystko, co najtrudniejsze w okolicy. Ale ten brak pomyślunku to już może ze zmęczenia. Niby trasa krótka, ale co chwilę pod górę, a człowiek nie nawykły. 
Ogólne wrażenie jednak pozytywne, bo nigdzie nie miałam poczucia, że nie wiem co dalej, wszędzie dałam radę wleźć, nie zmęczyłam się za bardzo, czyli milo spędziłam czas na łonie natury. Oby po prawdziwych etapach moje samopoczucie było tak dobre.
 
Mój trening.