Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Model Event. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Model Event. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 czerwca 2025

Wawel Cup - Model Event, czyli energooszczędny trening.

W tym roku Wawel Cup zapowiadał się dużo skromniejszy niż dotychczas - tylko trzy dni zmagań i trzy etapy zaliczane do klasyfikacji generalnej. Ale dobre i to. Na szczęście organizatorzy nie zrezygnowali z Model Eventu i można było w piątek trochę zapoznać się ze specyfiką wawelowego biegania.
 
Gotowi do startu

Trening zapowiadał się całkiem luzacki, bo bez pomiaru czasu i podbijania punktów i to mi pasowało, bo i tak planowałam odbyć go systemem bezwysiłkowym. Wydawało nam się, że byłam zapisana na dłuższą trasę, ale dostałam mapę krótszej i wcale, ale to wcale nie protestowałam.
 
Tomek ustawia mnie do startu i daje sygnał.
 
Startowaliśmy z rogu cmentarza i od razu pod górę w stronę Skały Maniakówki. Punkt pierwszy w dołku na zboczu wszedł od razu, a przy "podbijaniu" dwójki asystował mi Tomek.
 
Początek trasy
 
PK 2

Samą Maniakówkę okrążyłam od zachodu (choć oczywiście od wschodu było lepiej), bo trójka była na ostatniej skałce, na zboczu, po drugiej stronie góry. Dobrze, że to był tylko trening, bo już na trzecim punkcie byłam zasapana, a przecież szłam, a nie biegłam. Czwórka również przy skałkach, kawałek dalej i trzeba przyznać, że jak na razie to trasa bardzo malownicza. Piątka wyłamywała się z konwencji i stała w dołku na zboczu, ale przynajmniej było w dół. 
Na piątce kończyło się pierwsze skupisko punktów leżące na zachód od leśnej drogi. Potem znowu było w górę, do samotnej skałki z szóstką. Między szóstką a siódemką znowu spotkałam Tomka, za to nie obejrzałam dawnego kamieniołomu Cieszyniec, bo po prostu nie wiedziałam o jego istnieniu. Zresztą i tak wszystkie potencjalnie trudne tereny omijałam wielkim łukiem, jeśli tylko dojście do punktu było możliwe z innej strony.
 
Między PK 6 a PK 7

Odcinek między szóstką a siódemką był najdłuższy, ale część dawało się zrobić ścieżkami. Ósemka to znowu niewielkie urocze skupisko skałek, a do dziewiątki ruszyłam w przeciwnym kierunku niż należało. Jakoś mi się kompas źle przyłożył. Na szczęście szybko się zorientowałam i zrobiłam w tył zwrot. Tuż przed dziewiątką na mapie zaznaczona była jakaś podłużna dziura i bałam się, że będę musiała ją obejść, ale na szczęście w terenie był to suchy rów - może i dość głęboki, ale spokojnie do pokonania.  Z dziewiątki już ścieżkami na metę, choć co to za meta, jak nawet lampionu nie było:-)
Tomek jeszcze nie wrócił ze swojej trasy, choć znowu nie miał tak dużo dłuższej, ale z drugiej strony co się miał spieszyć
 
Mój przebieg.

Kiedy Tomek wrócił i pokazał mi filmik z trasy, od razu pożałowałam, że tę trójkę obchodziłam z niewłaściwej strony. Takie malownicze miejsce ominęłam.

Tomek w skałkach.

No tak mi się spodobało, że po chwili odpoczynku poszliśmy tam na spacer. Tym razem już ścieżkami, naokoło. A po drodze natknęliśmy się na pole poziomek. Pyyycha.
 
Niesamowity smak.

I ja też!
 
W drodze powrotnej na kwaterę jeszcze wstąpiliśmy na Pustynię Błędowską, żeby zobaczyć teren nocnych zmagań. A tam tylko piach, krzaczek, drobna nierówność, piach, krzaczek i... nic więcej. Od czego będziemy się tam namierzać, to nie mam pojęcia. 

Nie ogarniam tej piaskownicy.
 
I jak sobie poradziliśmy w pustynnych klimatach? To już w kolejnym odcinku. 

sobota, 13 lipca 2024

Zaczynamy Wawel Cup 2024 - na rozgrzewkę Model Event.

W tym roku Wawel Cup zamiast tradycyjnych pięciu dni, miał tylko cztery (ale pięć etapów) plus Model Event dzień wcześniej. Do Wysowej przyjechaliśmy we środę. Zamieszkaliśmy w uroczym domeczku u przemiłego gospodarza, a ledwo się rozgościliśmy podjechał kolejny samochód, z którego wysiadł dawno nie widziany Piotrek Glinka. Zostały jeszcze dwa wolne pokoje i zastanawialiśmy się, czy też zakwaterują tu "nasi".

Domek w górach. (Lokowanie produktu, bo fajny i polecam:-))
Balkon na piętrze jest "nasz".

Na trening można było wybrać się już od 15-tej, ale postanowiliśmy przeczekać piekielny upał i pojechać trochę później. W zamian zrobiliśmy sobie wycieczkę gastronomiczną na mały obiad.
Czas biegł, upał nie odpuszczał, więc bez względu na wzgląd, przed siedemnastą ruszyliśmy we trójkę  w stronę Doliny Łopacińskiego.
Ponieważ najkrótsza trasa była przewidziana raczej dla dzieci, nie pozostało mi nic innego jak wybrać się na średnią. Niby niecałe 3 km i przewyższenie 90 metrów, ale trochę bałam się, że zużyję wszystkie siły na trening i na zawody zostanę z niczym. Tomek oczywiście wybrał trasę najdłuższą, ale on zawsze taki chojrak.

Start.
 
Do pierwszego punktu mieliśmy wygodny dobieg drogą i tylko na końcówkę trzeba było wejść w las. Punkt stał w dołku za strumykiem, ale dojście do niego okazało się dość karkołomne. (Po kilku etapach już nie wydaje mi się takie, ale na początku owszem). Przed strumykiem dogonił mnie Tomek, bo mieliśmy początek trasy taki sam i dzięki temu mogę pokazać jak forsowałam ten mini jar.
 
W sumie niewielka rzeczka w nie za dużym zagłębieniu.
 
 

Wlazłam.
I stojąc przy PK 1 namierzam się na kolejny punkt.
 
Do dwójki poszłam po kresce, ale tu teren jeszcze był w miarę przyjazny i nie wymuszał żadnych kombinacji. Trójka stała na mokradłach powstałych z połączonych sił trzech strumyków, a ja zaplanowałam sobie, że nie pobrudzę bucików, bo będę wyglądać niewyjściowo na pierwszym etapie. Co ja się tam nakombinowałam jak to zrobić... Efekt taki sobie. 
Czwórka i piątka weszły dość dobrze. Z piątki namierzyłam się na najbliższy punkt i dopiero uszedłszy kawałek, zorientowałam się, że to dwójka, a nie szóstka. Na szczęście dwójka leżała niemal na azymucie na szóstkę, więc poza chwilą strachu nie było żadnych konsekwencji. Tutaj było już coraz bardziej stromo i dodatkowo co chwilę musiałam omijać różne przeszkody, przez co ślad jest mocno zygzakowaty. Na tym podejściu musiałam kilkakrotnie zatrzymywać się, opierać o drzewo i mieć nadzieję, że jeszcze kilka kroków będę w stanie zrobić. Niby w lesie nie było tak upalnie jak na otwartej przestrzeni, ale miłego chłodu też nie dało się odczuć. No i ta góra...
Siódemka była najdalej wysuniętym punktem i stała dość daleko od szóstki. Do tego stała w głębokim jarze do którego trzeba było zejść, a potem wyjść z niego. Niby nie takie rzeczy my ze szwagrem, ale... Coraz bliższa wizja zarżnięcia się na treningu skłoniła mnie do zastanowienia się, czy ja na pewno chcę iść do tej siódemki.W wyniku wewnętrznych konsultacji doszłam do konsensusu - chcę iść, ale nie pójdę, bo mi jeszcze życie miłe. Jeszcze z rozpędu (mentalnego, nie fizycznego) przeszłam parę metrów na wschód, ale potem (z bólem serca) skręciłam w stronę ósemki. 
Ósemka stała między dwoma strumieniami (tym od siódemki i  drugim dołączającym) i przy kompletnym braku sił do wspinaczki - przerażająco  wysoko. Jak dobrze, że odpuściłam siódemkę, bo te dwa punkty chyba by mnie załatwiły. 
Dziewiątka na ciągu dalszym strumyka. Zaczęłam iść wzdłuż niego, potem zmieniłam koncepcję, bo strumyk trochę wił się meandrami, a ja chciałam po prostej. Wyszło mi tak średnio, bo co prawda bez wicia, ale zniosło mnie i ciut naokoło poszłam. Ale co tam - grunt, że trafiłam gdzie trzeba.
Dziewiątka była ostatnim punktem, a potem już noga za nogą wlokłam się do mety. Jeszcze na widok kamery poderwałam się do lotu, ale tak nisko i powoli jak w kawale o pilocie i matce.

Upragniona meta.
 
I wspólna fota.
 
Tak wyglądała moja trasa.
 
Po treningu i oporządzeniu się podjechaliśmy do biura zawodów odebrać numery startowe i bloczki obiadowe i zobaczyć gdzie będziemy parkować następnego dnia. A jeszcze później zaliczyliśmy wieczorny spacer po Parku Zdrojowym i to już było dla mnie o jedną wyprawę za daleko, szczególnie, że powrót był pod górkę. 
Oj, nie będą lekkie te zawody, nie będą.

czwartek, 29 czerwca 2023

Wawel Cup - Model Event z gradobiciem i innymi klęskami.

Tradycyjnie każdy Wawel Cup zaczynamy od udziału w Model Event, więc i tym razem pojechaliśmy potrenować. Nie wiem tylko co mną kierowało, żeby wybrać trasę długą, znając swoje wszystkie ograniczenia. Szczególnie, że 4,4 km na Mazowszu nijak mają się do 4,4 km w Krakowie, zwłaszcza jeśli organizatorzy bardzo zadbali o umożliwienie nam potrenowania podbiegów. Stromych podbiegów. I długich.
Wystartowałam pierwsza, Tomek chwilę po mnie. Już na pierwszym zboczu przegonił mnie i tyle go widziałam.
 
Dynamiczny start:-)
 
Punkt pierwszy był kawałek od startu i nie pokonałam jeszcze nawet połowy tej odległości, a już musiałam przysiąść na zwalonym pniu, żeby złapać oddech. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wrócić na start i nie poczekać na Tomka w samochodzie, ale jakoś pozbierałam się. Punkt znalazłam bez większych problemów, szczególnie, że prowadził mnie jar, od którego było wygodnie namierzyć się dalej. Dwójka blisko i łatwo i wyglądało, że z trójką będzie podobnie. Niestety, tradycyjnie zniosło mnie w prawo i zaczęłam szukać za bardzo na wschód. Co prawda szybko zorientowałam się, że coś mi się nie zgadza, ale teren był tam tak trudny, że każdy nadłożony metr się liczył. Lampion był sprytnie ukryty w zagłębieniu i nie był widoczny z daleka. Cud, że udało mi się na niego natrafić.
 
PK 3
 
Czwórka była strasznie daleko, nawet nie próbowałam na azymut, tylko zeszłam na południe i skrajem lasu doszłam do drogi, za którą kawałek dalej wisiał lampion. W sumie długo, ale stosunkowo łatwo.
Do piątki jeszcze dłuższy przelot, a ponieważ koniecznie chciałam drogami i ścieżkami, to jeszcze sobie dołożyłam odległości. Ale myślę, że idąc na azymut zmęczyłabym się znacznie bardziej, że już nie wspomnę o możliwości (graniczącej z pewnością) zgubienia się. Już blisko piątki zmyliła mnie ścieżka zaznaczona na mapie jako granica kultur. Tym sposobem zamiast ze ścieżki namierzałam się z granicy i jeszcze wciągnęłam w to Bartka spotkanego chwilę wcześniej. Chociaż mam wrażenie, że na tę granicę wlazł na takiej samej zasadzie jak i ja. Zaczęliśmy czesać, potem dołączyli inni zawodnicy, a  piątka najwyraźniej nie chciała dać się znaleźć. W końcu poszłam po rozum do głowy, podeszłam do rogu ogrodzenia kawałek dalej i stamtąd na azymut udało się trafić. Za to w międzyczasie zgubiłam Bartka, ale to duży chłopiec, więc nie miałam wyrzutów sumienia.
 
Kłopotliwy PK 5.
 
Szóstka weszła w miarę, w miarę, za to wydostać się z powrotem na ścieżkę za cholerę nie mogłam. Kompas uparcie prowadził mnie azymutem w stronę siódemki, rozum podpowiadał, żeby ostro skręcić w stronę lasu. W tym rozdwojeniu jaźni szłam przez trawska i pokrzywy niemal wyższe ode mnie i nie mogłam podjąć decyzji co do wariantu. Człowiek ze zmęczenia to już i myśleć przestaje. W końcu jednak wylazłam na ścieżkę, ale co się umęczyłam, to moje. Na ścieżce spotkałam Andrzeja i dzięki niemu mam fotkę z trasy.

W drodze na siódemkę.
 
Z siódemki w pierwszym odruchu ruszyłam w stronę dziesiątki, ale szybko  zorientowałam się, że warto by jednak zajść po ósemkę i dziewiątkę. Co prawda wcale już nie miałam siły i ochoty, ale głupio tak opuścić dwa punkty.
Ósemka, dziewiątka i dziesiątka poszły dobrze, po czym dotarłam do jeziorka w okolicach jedenastki. Najpierw źle sobie popatrzyłam i sądziłam, że punkt ma być przy samym jeziorku, dopiero po chwili zorientowałam się, że kawałek na północ. Nie dane mi było jednak spokojnie znaleźć sobie lampionu, bo nagle lunęło, zagrzmiało, po czym zaczęło się gradobicie. Oczywiście gdzie mu tam do gradobicia na Pustyni Błędowskiej. Zresztą po chwili było już po wszystkim. 
Do mety zostało jeszcze pięć punktów. Byłam już totalnie umordowana, przemoknięta i zaczynałam szczękać zębami. Niby ruszyłam w kierunku dwunastki, ale po kilku metrach podjęłam decyzję o powrocie na metę. Los usiłował jeszcze ze mną powalczyć i skierował mnie w stronę szesnastki, ale zawróciłam. W sumie przez szesnastkę może by nawet i było bliżej, ale uparłam się zrealizować swój plan, a nie losu. Gdybym wiedziała jak los pokarze mnie za tę niesubordynację, to leciałabym na szesnastkę w podskokach.
Dotarłam na metę marząc o szybkim przebraniu się w suche ciuchy i ogrzaniu w samochodzie, a tam okazało się, że Tomek wziął kluczyki i poszedł w las mnie szukać.  Efekt był taki, że Tomek czekał na mnie przy PK 16, a ja na niego przy samochodzie tuląc się do nagrzanej karoserii, żeby złapać trochę ciepła. Nie zabiłam chłopa tylko dlatego, że miałam świadomość, że chciał dobrze i wyszedł mi naprzeciw w trosce o mnie. Szkoda tylko, że nie wziął telefonu... W końcu jednak udało nam się spotkać i mogliśmy wrócić na kwaterę. Chyba musimy sobie opracować procedury postępowania po powrocie na metę, żeby sytuacja się nie powtórzyła.

Cały przebieg.
 

środa, 13 lipca 2022

Wawel Cup - zaczynamy od treningu.

Na Wawel Cup czekamy cały rok i jest to zawsze główny punkt programu naszego urlopu. Na Jurę, do Rzędkowic, przyjechaliśmy już w poniedziałek i od razu po zakwaterowaniu się pojechaliśmy na Pustynię Siedlecką. Do tej pory nawet o niej nie słyszeliśmy, więc byliśmy ciekawi czym różni się od Błędowskiej. No, różni się głębokością zapadania się w piasek. Od razu zrozumieliśmy, że piątkowy Desert Dessert nie będzie łatwy.
 
Na Pustyni Siedleckiej.
 
We wtorek od rana czekaliśmy na Model Event i co chwilę sprawdzaliśmy pogodę, bo akurat na czas biegania zapowiadano deszcz. Dobrze, że chociaż ciepło było, a nie jak na Model Evencie Spring Cup. Trening odbywał się na Zamku Ostrężnik, co to tego zamku wcale nie ma, zresztą i tak nie biegaliśmy w miejscu, gdzie hipotetycznie kiedyś był. 
 
Jak dojść na start?
 
Start.
 
Pierwszy punkt od razu z grubej rury na szczycie. Za grosz nie miał sumienia autor tego treningu, nic, a nic! Podejście dość konkretne, więc szłam sobie powoli, szczególnie, że bardziej zależało mi na trafieniu niż wyprzedzeniu kogokolwiek. Po chwili dogonił mnie Tomek i poleciał dalej. 
 
W drodze na szczyt.

Na punkt trafiłam bezproblemowo i równie dobrze szło aż do piątki. Za dużo tych skał było przy piętce i zanim wynalazłam tę konkretną dobrze się nabiegałam dookoła. Ale nie żałuję, bo skałki piękne, to sobie przynajmniej obejrzałam je z każdej strony.

Poszukiwania piątki.

Kolejna skucha nastąpiła przy siódemce. Lampion stał w wąskiej, malowniczej szczelinie i po podbiciu wyszłam z drugiej strony, żeby skręcić na wschód. Okazało się, ze roślinność skutecznie uniemożliwia ten manewr, wycofałam się wiec rakiem i spróbowałam od drugiej (czy raczej pierwszej) strony. Tu z kolei miałam do ominięcia jedną skałkę, drugą i tak szłam, że nawet trzecią. W sumie dobrze mi się szło po poziomnicy, a że trochę naokoło? Na ósemkę weszłam po drugiej próbie, bo coś mi się za daleko poszło.

Do ósemki trochę naokoło.

Dziewiątka pokrywała się z jedynką, a przy dziesiątce czekał Tomek i widziałam go już z daleka, z góry.
 
Jak najszybciej na metę?
 
Od dziesiątki praktycznie goniłam Tomka, który gnał do mety, żeby nakrecić mój powrót. Dałam mu fory, żeby zdążył, bo filmik musi być przecież.
 
Jest i meta.
 
Wnioski z treningu? Jeszcze trochę pamiętam jak się nawiguje wśród skałek, więc nawet jak się trochę zgubię, to raczej ogarnę gdzie jestem, za to kondycyjnie - klapa. Ale cóż - tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Jakoś to będzie.

piątek, 10 lipca 2020

Wawel Cup - Model Event z poziomkami.

Odkąd odkryłam Wawel Cup, mój coroczny urlop jest zespolony z terminem zawodów, dzięki czemu możemy przyjechać ciut wcześniej i po zawodach zostać dzień dłużej. Chociaż w tym roku zawody tylko trzydniowe (eh, ten wirus...) zasada urlopowa została zachowana.  Na Model Event szliśmy więc wypoczęci i zaaklimatyzowani, bo przyjechaliśmy dzień wcześniej.
Trochę się bałam jak po rocznej przerwie poradzę sobie z nietypowym dla mnie terenem, ale w końcu po to jest trening żeby takie rzeczy przetestować. Oprócz testowania terenu miałam także do przetestowania kamerkę, a nawet nie tyle kamerkę, co specjalną uprząż do niej. Tomek ubrał mnie w to chomąto, przypiął kamerkę, odpalił i wystartowałam.
Mapy dostaliśmy malutkie, formatu A5, za to w skali 1:10000. Co prawda jaka była skala mapy dowiedziałam się dopiero po biegu, bo gdzieś mi ta wiadomość umknęła, ale jak widać nie była mi do niczego niezbędna:-)
Do jedynki można było pobiec naokoło drogami, albo drzeć przez górę na azymut. Oczywiście, że wybrałam to drugie, ja czcicielka Św. Azymuta. Tomek poleciał systemem mieszanym - trochę ścieżką, trochę azymutem - najwyraźniej nie mógł się zdecydować. W efekcie spotkaliśmy się przy punkcie. Na dwójkę szłam idealnie po kresce, bez względu na przecinające mi drogę jary, poziomnice, chaszcze i inne okoliczności przyrody. Tomek, który biegł innym wariantem, na dwójce pojawił się w tym samym czasie co i ja.
- Ale mi dobrze idzie! - pomyślałam w związku z tym.
Na trójkę dało się większość trasy przebiec porządną drogą, no to już się nie wygłupiałam z azymutem, tylko skorzystałam z dobrodziejstw cywilizacji. Na tej drodze po raz ostatni widziałam plecy Tomka. Z trójki to już poszłam całkiem abstrakcyjnie - ani na azymut, ani ścieżkami, tylko gdzieś sporo powyżej, ale przynajmniej w dobrą stronę. Ponieważ punkt miał być w pobliżu duuużej skały, zakładałam, że raczej jej nie przeoczę.  Faktycznie, nie dało się przeoczyć. Z czwórki zaczęłam zbiegać ścieżynką, ale gdzieś mi się zgubiła po drodze i nie do końca widziałam, w który miejscu większej drogi wypadłam. Ustawiłam więc azymut bardzo na oko i poniooooslo mnie. Piątka niestety była usytuowana na mało charakterystycznym terenie i ciężko było znaleźć jakiś punkt odniesienia. Niby na mapie było zaznaczone spore obniżenie i nawet trafiłam na coś podobnego i jeszcze na dodatek z palikiem i wstążką na dnie, ale jak by się stamtąd nie namierzać, zawsze lądowałam na niczym. Miotałam się w coraz większej desperacji i na tę desperacje nadbiegł (no, nadszedł) Janusz. Uszczęśliwiłam go informacją, że lampionu nie ma w okolicy i rozeszliśmy się czesać dalej. Nadbiegł jeszcze jeden zawodnik, pognał na północ, potem mu się odmieniło i poleciał na południe, a skoro taki niezdecydowany, to nie zawracałam sobie nim głowy. Za zdecydowanym to bym pobiegła. Postanowiłam udać się na południe do drogi, znaleźć skrzyżowanie i z niego się namierzyć. Tak mi się fuksło, że na to południe musiałam przejść dokładnie kolo PK 5 i kiedy Janusz zaczął mnie nawoływać (dobry kolega!), że ma lampion, wystarczyło tylko wyjść zza krzaka:-)


Zemsta azymuta.

Dobrze, że do szóstki dało się dobiec drogami, bo w stresie mogłabym znowu coś spitolić, a tak to jedynym moim problemem było dogonienie i przegonienie Janusza. Oczywiście, że mi się to nie udało i tylko się zasapałam.
Przed siódemką rosły poziomki. Naprawdę walczyłam ze sobą, ale nie dało rady - schyliłam się i skubnęłam jedną, drugą, trzecią... Na tym procederze nakrył mnie Andrzej i zrobiło mi się trochę głupio. W końcu Wawel Cup to poważne zawody, a nie jakieś poziomkobranie.

Słodkie, pachnące poziomki. (Fot. A. Krochmal)

Mimo skupienia się bardziej na poziomkach niż mapie, siódemkę i ósemkę zaliczyłam jak po sznurku. Ale za to głupio. Do ósemki szybciej było obiec drogami niż pchać się przez szczyt góry. Jeszcze do tego szaleństwa zachęciłam Andrzeja... Jak widać głupota jest zaraźliwa.
Do dziewiątki to już leciałam za tłumem, a że tłum wędrował jakimś dziwnym zawijasem, to ja też. Najważniejsze, że skutecznie. Dziewiątka była punktem ostatnim i po niej już tylko meta. Ufff - i znowu się udało.

 Pamiątkowa fotka zrobiona Andrzejem:-)

A tak to wyglądało na trasie.

piątek, 26 lipca 2019

Model Event 2

Drugi trening też odbywał się w Lesie Wolskim, ale tym razem dookoła Kopca Piłsudskiego i na start trzeba było podejść ponad kilometr. Kiedy wreszcie doszliśmy na miejsce, byłam już totalnie wykończona i myśl, że muszę jeszcze gdzieś biec, była co najmniej przerażająca. Tym razem teren miał być mniej zjarany, a bardziej skałkowy. Mając w pamięci skałki z ubiegłorocznego Wawel Cup, gdzie totalnie się gubiłam, to nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona.
Znowu ruszyłam pierwsza, ale tym razem od razu założyliśmy, że każde biega po swojemu. Już na pierwszy punkt wyszłam bezbłędnie, aczkolwiek pomału, bo ja na początku dość długo wczuwam się w mapę. Drugi punkt, podobnie jak pierwszy, jeszcze był na górze jaru, ale potem zaczęły się obiecane skałki. Trójka była przy pojedynczej, sporej, widocznej z daleka skale, więc trudno byłoby nie trafić. Kolejne skałki też okazały się łaskawe i nie nastręczały większych trudności. Były na tyle duże, że widoczne z daleka, a na tyle małe, że nie trzeba było ich okrążać kilometrami, jeśli punkt stał po drugiej stronie. Nawet, o dziwo, przypomniałam sobie, że w opisach punktów mam zawarte informacje czy lampion znajduje się u góry, czy na dole i z której strony. Nie powiem, bardzo to ułatwia. Jeśli się o tym pamięta. Z opisów korzystam rzadko, bo po pierwsze na ogół nie pamiętam, a po drugie i tak połowy tych śmiesznych znaczków nie znam. Usiłowałam wpruć je na pamięć, ale jakoś nie trzymają się głowy. Te podstawowe, często używane, owszem - reszta jest dla mnie chińszczyzną.
Szło dobrze i zastopowało mnie dopiero przy PK 8. Niby punkt był banalnie prosty, blisko od poprzedniego, ale zamiast patrzeć w mapę zasugerowałam się człowiekiem biegnącym przede mną. A kiedy zniknął mi z oczu, nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem, no bo nie śledziłam mapy. A zawsze sobie powtarzam, żeby nie biegać za facetami, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Parę minut pokręciłam się wśród skałek, w końcu postanowiłam zejść do ogrodzenia i od niego się namierzyć. To była dobra decyzja, bo po drodze natknęłam się na lampion, który stał przy  niższej skałce, a nie przy tej, gdzie szukałam.
Z pozostałymi punktami nie miałam już problemów nawigacyjnych, co nie znaczy, że trasę przeleciałam raz, dwa. Ciągle było góra - dół i decyzje - lecieć na azymut, czy ścieżkami, obchodzić, czy złazić i wspinać się, wytracać wysokość, czy iść zboczem? Zasadniczo na początku wybierałam azymut, ale potem spokorniałam i przeprosiłam się ze ścieżkami. Pod koniec trasy to nawet natrafiłam na tę, którą była poprowadzona dojściówka na start. I faworki były. I od razu się poczułam tak bezpiecznie:-)
Na metę doleciałam ledwo żywa, bo gorąco było niemiłosiernie, na szczęście tym razem mieliśmy ze sobą wodę i nawet jakąś przekąskę, więc mogłam się ciut zregenerować. Zresztą musiałam, bo po biegu mieliśmy w planach kolejne TRInO. Tym razem wybraliśmy się na Kazimierz, przy czym co najmniej pół godziny szukaliśmy miejsca, gdzie można by zaparkować. Zresztą jazda po totalnie rozkopanym Krakowie to w ogóle horror. Jakoś się udało i ruszyliśmy w teren. Mimo, że przed laty mieszkałam w Krakowie, to Kazimierz mało znam i spacer był dla mnie sporą atrakcją. Polecam!


Ławeczka Jana Karskiego.


Księgarnia Austeria


Jedno z podwórek.


Przed zabytkowym kirkutem. 

środa, 24 lipca 2019

Wawel Cup - Model Event 1

W niedzielę wróciliśmy z Grilloków, a już w poniedziałek rano ruszaliśmy do Krakowa na Wawel Cup. Żeby nie marnować czasu, od razu po przyjeździe ruszyliśmy na trening, czyli Model Event, jak to ładnie nazwali organizatorzy. Biegać mieliśmy w Lesie Wolskim, niedaleko ZOO. Jak przystało na nieogarniętych orientantów, zgubiliśmy się już na dojściu na start. Ja co prawda sugerowałam skręt we właściwą ścieżkę, ale Tomek aż takiego zaufania do mnie to nie ma, żeby iść tam gdzie ja proponuję:-)
Wydawało nam się, że byliśmy zapisani na trasę długą, ale dostaliśmy mapy "medium" - 3 km. Jak dla mnie na początek wystarczająco. Umówiliśmy się z Tomkiem, że pierwszy trening lecimy razem, ale organizatorzy puszczali co dwie minuty. Ruszyłam pierwsza, ale nie spieszyłam się, bo na początku trzeba być czujnym, a nie szybkim:-) Poza tym liczyłam, że Tomek mnie dogoni. Nie miał szans, ale może dlatego, że ja poleciałam świętym Azymutem, a on wygodnie ścieżką i rozminęliśmy się po drodze. Gdzieś tam mi mignęły jego plecy w okolicach punktu i tyle ze wspólnego biegania.
Spotkaliśmy się przy punkcie trzecim, który Tomek przeleciał, a ja ze swoim azymutem wyszłam na niego bezbłędnie. Na punkt, nie na Tomka. Taka ucieszona, że szybciej i dokładniej trafiłam, dalej azymutem ruszyłam na czwórkę.
"Latał sobie z radarem pewien gacek młody
i po drodze omijał przeróżne przeszkody,
lecz właśnie gdy się cieszył, że je tak omija,
wpadłszy na jedną z przeszkód rozbił sobie ryja."
No, to ja rozbiłam sobie ryja na PK 4. Oczywiście nie dosłownie, tylko w przenośni. Na azymucie wyrosły mi gęste, nie do przebycia, krzaczory i musiałam je jakoś ominąć. Potem były kolejne chaszcze i kolejne i kolejne i w efekcie zniosło mnie sama nie wiem gdzie. Biegałam bez ładu i składu po zboczu szukając już jakiegokolwiek lampionu, żeby się w ogóle upewnić czy jeszcze jestem na terenie zawodów i... nic nie znalazłam. Zeszłam do drogi z bólem wytracając wysokość. Pobiegłam drogą trochę w jedną stronę, trochę w drugą, potem w trzecią i czwartą, znalazłam jakiś mostek i usiłowałam go odnaleźć na mapie. Wydawało mi się, że znalazłam, ale tylko wydawało. W tym amoku biegania po drodze, w ogóle nie zwróciłam uwagi  na ogrodzenie i zabudowania i dopiero po kilkunastu minutach oświeciło mnie, że to przecież wspaniała wskazówka do umiejscowienia się. Faktycznie, po spojrzeniu w mapę wiedziałam gdzie jestem i już bez problemu znalazłam PK 4. Cała ta operacja zajęła mi dokładnie 32 minuty. A ile zeżarła energii i sił, to wolę nawet nie mówić.
Na piątkę poszłam (bo już nie miałam sił na bieganie) ścieżkami i z trafieniem nie było problemu. Do szóstki dalej ścieżkami, ale na miejscu stanęłam skonsternowana - na mapie miałam zaznaczone jakieś mocne pofałdowania terenu, a przed oczami normalny, regularny jar. Chwilę pokręciłam się po okolicy i w końcu postanowiłam namierzyć się z rogu pobliskiego ogrodzenia. Znowu prowadziło mnie do jaru. Faktycznie, lampion wisiał prawie na dnie wąwozu, który na mapie narysowany był w przenajgłupszy sposób. Operacja: "jar" zeżarła mi 12 minut.
Dalej nawigacyjnie poszło już bez problemu, ale ze względu na trudny teren (łącznie z obejściem jednego jaru) zajęło mi to strasznie dużo czasu.
Podsumowując - pierwszy trening nie był zbyt dobrym prognostykiem przed zawodami, aczkolwiek dumna byłam z siebie, że nie zrezygnowałam z walki już przy czwórce. Trasa trzykilometrowa zajęła mi - uwaga! - 97 minut! Kto da więcej? :-)
Po treningu (poprzedzonym podróżą) wcale nie zamierzaliśmy odpoczywać, bo przecież każda chwila jest cenna. Od razu po doprowadzeniu się do ładu pojechaliśmy na Wawel zaliczyć trasę TRInO. Na szczęście trasa była dość krótka, więc jeszcze daliśmy radę. I dopiero po zwiedzaniu udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.