Po Model Evencie mieliśmy czas na chwilę odpoczynku, obiad i wizytę w biurze zawodów. Odebraliśmy numery startowe i nie oparliśmy się pokusie zakupienia kolejnych wawelcupowych koszulek. Nie nadążamy już używać wszystkich, ale te znowu były przecudnej urody, więc jak nie kupić. Jedyny problem, że rozmiarówka strasznie zaniżona i nawet L-ka trochę opina się na mnie. Większych nie było, więc nie pozostaje nic innego jak schudnąć.
Nocny Prolog zaczynał się dopiero o 21.30, czyli w porze, kiedy ja zazwyczaj wędruję już do łóżka, a nie do lasu. Do tego okazało się, że z naszej wesołej gromadki tylko my zdecydowaliśmy się na udział, więc podczas gdy my szykowaliśmy się do biegania, reszta szykowała się do imprezowania. Nie ma na świecie sprawiedliwości:-( Nie lubię biegać nocnych zawodów, bo zawsze boję się, że zginę w ciemnym lesie, samiuteńka, a cała leśna fauna i flora tylko czeka żeby mnie pożreć lub przynajmniej uszkodzić.
Start był masowy. Tym razem był dość chaotyczny, bo każdy stawał, gdzie chciał, zamiast jak dawniej kategoriami, co wprowadziłoby trochę ładu. Bieganie w tłumie nie jest tym co lubimy, więc ustawiliśmy się skromniutko z tyłu. Na sygnał wszyscy rozwinęli mapy i ruszyli.
Od startu cały czas sobie w myślach powtarzałam, żeby nie lecieć za innymi, tylko kierować się mapą, kompasem i własnym rozumem.
Nasza trasa (czyli weteranów starszych) miała ciut ponad 3 km, ale za to aż 24 punkty. Początek to same kopczyki i trochę się bałam, że przy tej gęstości punktów łatwo będzie trafić na nie swój kopczyk, więc kurczowo trzymałam się azymutu. Tak kurczowo, że na pierwszy punkt pobiegłam idealnie po kresce. Potem ciut poluzowałam, ale dalej szło idealnie. Aż do szóstki punkty były blisko siebie i wszystkie na zboczu, więc było trochę góra - dół. Po chwili już wiedziałam, że ubrałam się dużo za ciepło:-(
Siódemka była ostatnim kopczykowym punktem, ale sporo oddalonym od wcześniejszych. Udało się trafić bezbłędnie. Od siódemki znowu gęściej, ale już nie na kopczykach (poza PK10) tylko na muldach.
Już po kilku pierwszych punktach zorientowałam się, że razem z Ulą T. mamy ten sam wariant trasy i trochę mnie to zbiło z tropu. Biegamy w podobnym tempie, nawigujemy podobnie, więc szanse, że jakoś się rozłączymy w lesie, malały z każdą chwilą. Co chwilę jedna z nas próbowała zgubić tę drugą, ale nie dało rady. Punkty były zbyt łatwe, żeby którakolwiek się zgubiła, gonić do utraty tchu też żadna nie zamierzała, a i odpuścić i specjalnie zostać w tyle też nie. Psuło to trochę zabawę, no ale taki urok startów masowych. Są i zalety - nie bałam się, że jestem sama w ciemnym lesie, bo dookoła kłębił się tłum, a i las nie był zbyt ciemny, rozświetlony wieloma czołówkami.
Do PK 21 szło gładko, a przy 21 na moment się zawiesiłam, bo zapomniałam z jakiego przybiegłam i czy na pewno ten mam podbić. Oczywiście Ula była w pobliżu, więc podpowiedziała, ale czas potrzebny mi na ogarnięcie tego umysłem, dał jej szansę na szybkie oddalenie się i w efekcie dotarcie do mety przede mną. Zresztą i tak na PK 22 nie wyszłam dobrze od razu, bo rozkojarzenie po 21 jeszcze działało. Ale co tam. I tak było dużo fajniej niż przypuszczałam.
Na mecie czekał Tomek i dopingował.
Mój wariant trasy.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz