niedziela, 29 września 2024

Zakapslowani czy Wszechpuchar Intergalaktyczny

Jak mówi internet: 21 września to Dzień Kapsla. Pod takim patronatem odbywała się kolejna runda pucharu w Rowerowej Jeździe na Orientację, zwanego także Wszechpucharem, a czasami nawet Pucharem Integalaktycznym;-) Coś w tym jest, bo w owym pucharze regularnie startuje nasza kadra narodowa i tu doskonalił swój warsztat nasz Mistrz Świata! 

Co ciekawsze, do RJnO wcale nie trzeba mieć roweru, bo organizator daje możliwość startu pieszo. Dostaje się „specjalną” mapę, gdzie są wszystkie punkty kontrolne z tras rowerowych. W takim czymś startowałem jednen raz – wtedy najdłuższa trasa (czarna) dystansu średniego miała naście kilometrów, a moja mapa z punktami sprintu i middle wszystkich tras – to wyszło coś koło 12 km. Tym razem liczyłem, że będzie podobnie. I w jakiś sposób było. Dostałem jedną kartkę A4, tyle że skala mapy była trochę nietypowa bo 1:16 tys. (normalnie jest 1:10 tys.). Organizator coś mówił o niecałych 15 kilometrach. No dobra, 15km to dam radę. 

Na starcie - Przemek także zalicza trasę piechotą!

Odhaczyłem karę startową i ruszyłem na trasę. Najpierw na zachód. Drogami, bo ta część Lasu Sobieskiego nie grzeszy zbytnią przebieżnością. Truchtało się fajnie, nawet tempo całkiem znośne wyszło. PK 3, PK 4, PK 6. PK 17 chwilę szukałem i ruszyłem na PK 7. Coś mi się przestało zgadzać, bo trafiłem na lampion w miejscu, gdzie go być nie powinno, z oznaczeniem „PK 17”. Konsternacja. Wróciłem do właściwego PK 17 i naokoło znalazłem PK 7. Słowem w terenie był o jeden lampion za dużo;-) 

W lesie masa biegaczy zrzucających zbędne kilogramy lub budujących formę w ten sobotni poranek. Druga grupa to spacerowicze z psami, a trzecia grupa to potencjalni piknikowcy z kocami i podobnymi sprzętami potrzebnymi do śniadania na trawie. Słowem tłum. Kluczyłem miedzy nimi przez kolejne PK 3, PK 9, PK 20. Przy PK 20 ścieżka zaznaczona na mapie całkiem wyraźną kreską w terenie… ciężka do wypatrzenia nawet dla biegacza (ci na rowerze to dopiero będą mieli problem!) 

Mapa ze wszystkimi punktami ma do siebie to, że punkty są wszędzie. Nie ma jakiejś sensownej metody zatoczenia koła, trzeba poruszać się zygzakiem. W efekcie wracam prawie pod start do PK 19 (pewno mogłem go wziąć jako pierwszy PK, ale się zgapiłem). Biegam więc sobie wesoło pomiędzy dołem a górą (no może środkiem) mapy zygzakiem przesuwając się na wschód. Licznik mi pokazał 10 km, a na oko to jeszcze nie dotarłem do połowy trasy! Oj coś dużo wyjdzie tych kilometrów! 

Las zaczął być coraz bardziej przebieżny, terany dobrze znane z WesolInO lub Wesołych Biegów Górskich – można zacząć biegać na azymut, a nie tylko po drogach. Niestety mapa rowerowa, poza drogami zawiera zbyt mało szczegółów. Przy PK 22 i PK 40 ścieżki nijak się miały do terenu, a znane z mapy BnO młodniki i dołki nie były wcale zaznaczone. Także droga do PK 23 - na mapie przejezdna, kończyła się ślepo na czyimś podwórku… Ot takie uroki tego RJnO;-) 

Po zdobyciu najwyższej w okolicy góry z PK 23 w prawym górnym rogu rozpocząłem powolny odwrót do bazy (stan licznika 12,5km). Chwilami czułem się dziwnie niepewnie w terenie – gdy naniosłem ślad na mapę, wszystko stało się jasne: drogi na mapie i w terenie mają inny przebieg! Pewno na rowerze tego się nie zauważa, ale przy poruszaniu się per pedes…. 

W czasie całego biegu spotykałem dziwnie mało uczestników. Na początku przy tym drugim PK 17 mignął mi jakiś rowerzysta i właściwe dopiero teraz, przy PK 25 widziałem kogoś na piechotę, a przy PK 27 aż dwoje rowerzystów! 

Kolejny zygzak tym razem w północnej części mapy przy przebiegu na zachód. Dobiegam do zagęszczenia punktów w okolicy pętli autobusowej. Najpierw nie mogę znaleźć PK 15. Nie tylko ja, bo jacyś rowerzyści także. Okazało się, że szukałem go nie po tej stronie górki co trzeba. Ot uroki skali i niedokładnie naniesionych dróg. 

Kolejne lekkie szukanie przy PK 11 – znowu w terenie więcej ścieżek niż na mapie… 

Do mety zostały już ostanie punkty. Część przy asfalcie i końcówka PK 1, 2, 18 i 41 gdzie znowu drogi totalnie się nie zgadzały. Na szczęście był to niewielki wycinek terenu do przeszukania. 

Wreszcie wpadam na metę. Zegarek pokazuje 23 km. Nie przewidziałem takiego dystansu, nie zabrałem nic do picia i ostatnie pięć kilometrów pokonywałem na rezerwie. Ale za to jak fajnie było na mecie wlać w siebie litr zimnej wody! Nie ma to jak RJnO bez roweru;-) 


 

 

czwartek, 26 września 2024

Rajd Źródeł Chodelki czyli firmowa impreza integracyjna

Jak twierdzi sam organizator, Rajd Źródeł Chodelki to: „Proste nawigacyjnie i kameralne zawody na orientację. Staramy się udowodnić, że nawet w miejscach bez "renomy" może być ciekawie...” 

Sęk w tym, że przy dłuższych dystansach, presji czasu wynikającej z rogainingu nawet proste zawody nie są proste;-) 

Chodelka to zawody fajne. Kameralne, a teren Lubelszczyzny zawsze dostarcza atrakcyjnych jarów. 

W tym roku jest to moja pierwsza 50-tka. Powoli wychodzę z poważnej kontuzji kontuzji stawu skokowego, której nabawiłem się na „firmowej integracji” i testowo postanowiłem sprawdzić się na dłuższej trasie.
Aby było ciekawiej, w ramach „odwetu” wyciągnąłem „firmę” na integrację na … Chodelce;-) Trzeba udowodnić, że bieganie po bezdrożach jest mniej kontuzjogenne niż skakanie na trampolinach;-) 

Z firmową ekipą dotarliśmy do Starego Gaju. Maleńka wioska, maleńka remiza, mało miejsca do parkowania. Na tyle mało, że trzeba było zaparkować gdzieś w przydrożnym rowie. Dobrze, że samochód z tych bardziej terenowych! 

Na sali kłębi się tłum znajomych: Paprochy, Tomek Duda, Hubert czyli legenda Chodelki, inne twarze znane z poprzednich edycji Chodelki, a nawet Leszek, który zamiast na odwołany Mordownik dotarł w okolice Lublina. 

Karty startowe, koszulki i nieubłagalnie zbliża się chwila startu. Wreszcie dostajemy mapy. W tym czasie za oknem zaczyna padać – Niż Genuański, który zalał dolny Śląsk i „zmył” Mordownik. Według prognozy ma padać mniej niż w Karkonoszach, ale suchą nogą nikt trasy nie przejdzie.
Dostajemy po dwie mapy formatu A3 i tylko co niektórzy dostają na mapę koszulkę (w odróżnieniu od koszulek na Człowieka, których nie zabrakło). Organizator omawia punkty kontrolne, czego właściwie nikt nie słucha, bo wszyscy ślepią w mapę, szacują swoje możliwości i rysują marszruty. Pomagam mojej firmowej ekipie wybrać kierunek i przewidywany schemat przejścia. Wreszcie zbliża się minuta startu. 

Ekipa "Firmowa" gotowa do startu

Wychodzimy na zewnątrz złapać GPSa, w oddali grzmi i błyska, deszcz wesoło pokapuje. Dostajemy sygnał startu. Ruszam w lewo, przed sobą widzę potencjalnych zwycięzców. O dziwo za mną biegnie Natalia (moja szefowa) i Kamil. A mieliśmy biec w różne strony! Po dłuższej chwili orientuję się, że to ja lecę nie w tą stronę co planowałem. No cóż, nie chce mi się wracać, a trasę można pokonać w obu kierunkach, choć w takim wariancie na koniec nie będę miał wielkiego wyboru przy wyborze punktów….

Start (zdjęcie organizatora)

Kawałek asfaltu, potem las. W lesie ciemno i mokro. Wyprzedzam rowerzystów. Mam pierwszy PK 21. Kolejny punkt tuż obok – na azymut. Ruszam na oślep – zapadane okulary, mrok w lesie – można kierować się tylko igłą kompasu i omijać co większe, nieprzebieżne skupiska roślinności. Minimalnie nie trafiam na PK 22, ale jak widzę pretendenci do zwycięstwa mają większe problemy, bo ich doganiam. 

Teraz w kierunku rzeki – na azymut. Spotykam Natalię z Kamilem, którzy nawet całkiem sprawnie podążają na PK 22. Rzeka, most, skręt w lewo i szukam PK 33. Dogania mnie jakiś rowerzysta i wskazuje drogę w las i jakiś jar. Wchodzę za nim w las, ale ten jar jakiś za mały. Przebijam się przez niewielki grzbiecik i w oddali błyska mi lampion przy dziurze jaskini. Docieram do jaskini, a lampion gdzieś się schował. Szukam w jaskini – nie ma. Wychodząc drugim wejściem wreszcie go dostrzegam - wisi ponad wejściem do jaskini, tak że bez zadarcia głowy do góry jest niewidoczny. A kto zadziera głowę przy padającym deszczu i podchodzeniu po stromym, mokrym zboczu? 

Wracam nad rzeczkę i lecę dalej. Znowu spotykam firmowy zespół idący w kierunku jaskini – mam nad nimi jakieś 10 minut przewagi, ale i tak dobrze im idzie jak na „pierwszy raz”. Druga firmowa ekipa jak na razie nigdzie się nie pokazała. 

PK 31 na końcu dłuuugiego wąwozu. Potem na skróty przez pole pełne mokrych dyń do PK 32. 

Rozmoczone dynie

Za PK 32 szukam drogi z mapy, tyle że nie ma jej w terenie. Przepływam rzeczkę (no dobra, rzeczka była do kolan) i znajduję asfalt. Troszkę naokoło, ale za to lepsza droga. Mija pierwsza godzina: na liczniku jakieś 7 km i 13 punktów przeliczeniowych. Czyli w normie. 8 godzin da zatem około 90 punktów i około 50 km. Oczywiście o ile uda utrzymać się tempo przemieszczania się i odnajdowania lampionów. 

Dłuższy przebieg asfaltem. Niestety sporo pod górę, więc nie idzie tak szybko i lekko jak bym chciał. Wreszcie koniec lasu i skręt w lewo. Jest jakaś niby droga, ale wkrótce zanika. Przebijam się przez zarośla do lasu – tu jest jakaś „druga” droga. Nie jestem pewien, czy już nie przeszedłem lampionu, ale ryzykuję i prę do przodu. To słuszna decyzja, bo wkrótce coś mi błyska na czerwono. 

Dalej prosta droga na przedmieścia Nałęczowa. Docieram wreszcie do wąwozu gdzie ma być „przydrożny krzyż na skarpie” i z daleka witają mnie okrzyki radości drugiej firmowej ekipy. Radość wywołują zjazdy ze skarpy od krzyża do srogi w niewielkim wąwozie. Jak widać humory dopisują, pomimo padającego deszczu. 

Na przedmieściach Nałęczowa zaczyna się rozjaśniać

Nałęczów. Szczyt górki Jabłuszko (PK 43) i bieg na szczyt góry Poniatowskiego. Po Nałęczowie jeżdżą meleksy pełne turystów – a ja czuję się trochę jak eksponat, bo wszyscy odprowadzają mnie spojrzeniami… 

Przy PK 45 na górze Poniatowskiego znowu spotykam Natalię z Kamilem. Planują jeszcze zaliczyć PK 63 i wracać do bazy. Na czasomierzu właśnie mijają dwie godziny od startu, więc przy trasie 4-rogodzinnej to jak najbardziej właściwa decyzja z ich strony. Ja przez dwie godziny zdobyłem 26 punktów i przebiegłem prawie 15 km, czyli zgodnie z planem. 

Ambitnie „cofam się” do PK 42 w malowniczym jarze. Tu spotykam spore tłumy uczestników i lecę na PK 52 na drugiej mapie. Teraz widzę, że nie był to optymalny wybór: zmieniając kolejność na 43-42-45-52 oszczędziłbym prawie kilometr! 

Przebieg na PK 52 był trochę dziwny: trafiłem na park zdrojowy, mostki nad rzeczką, których nie było na mapie. Przez chwilę nie byłem pewien, gdzie jestem. Wreszcie zidentyfikowałem ulicę prowadzącą w górę w kierunku wąwozu PK 52. Docieram na górę, skrzyżownie, jest wąwóz, jest rozwidlenie, są barierki jak w opisie, tylko nie ma lampionu. Szukam tu i tam, a lampionu dalej nie widać. Filmuję moje poszukiwania dla potomności i organizatora i wreszcie dzwonię na numer alarmowy opisując sytuację. Opisuję barierki – zgadza się, kolejne barierki itp. Pewno lampion zginął – jednak to „środek miasta”... Ruszam dalej i nagle trafiam na kolejne skrzyżowanie dziwne podobne do tego gdzie ma być PK 52… Z wąwozu wychodzi ekipa z najmłodszym uczestnikiem… czyżby to było , a nie tam gdzie szukałem? Oczywiście! Jest jar, barierka , rozwidlenie i LAMPION! No cóż, kwadrans stracony na poszukiwania o kilkaset metrów wcześniej. Przed chwilą minęła trzecia godzina rogainingu: 20 km i 39 punktów, czyli „jak w zegarku”. 

Moje poszukiwania PK 52 - tam gdzie szukałem była droga na wschód, zabudowania...

Na punkcie dogania mnie jeden z ekipy potencjalnych zwycięzców. Na następny PK 63 lecimy razem. I tu mamy dylemat – PK 62 – niby niedaleko, ale opisany „Żeremia bobrów (jedna z wielu)” – nad samą rzeką, kropka na mapie po drugiej stronie rzeki, deszcz pada, wody wzbierają, żeremia to rozlewiska… Ryzyk-fizyk – idziemy na 63 – i tak jesteśmy mokrzy! 

Rzekę udaje się sforsować bezstratnie (dzięki bobrzej budowli), rozlewiska ominąć górą. No, przez pokrzywy, ale jakoś się daje. Lampion jest oczywiście na najdalszym żeremiu, ale za to jaki malowniczy!

PK 62

Za to gorzej dostać się do następnego punktu. Krzaki, pokrzywy. Mapa mówi, że powinna być jakaś droga, ale w ternie coś jej nie widać. Ja wybieram wariant wąwozowy, a kolega gdzieś cichaczem ginie w gąszczu…. 

O dziwo wąwóz doprowadził mnie tam, gdzie trzeba, w miarę sprawnie zlokalizowałem PK 72. Czwarta godzina, tylko 25 km na liczniku (po krzakach tempo wyraźnie spada), ale za to przybywa 19 punktów i mam ich 58. 

Kolej na długie przebiegi. Najpierw PK 81. Zajęło to ponad 30 minut (4 km). I teraz dylemat co dalej: czy „bezpiecznie” PK 94 i powrót przez 71-52-11, czy „iść na całość” i zaliczyć dwie dziewiątki? Czasu jest tak „na styk”, ale to normalne w rogainingu. Jeszcze raz kalkuluję i podejmuję ryzyko. Gdybym osłabł lub coś się nie zgadzało w terenie najwyżej wezmę tylko 94 – także powinienem mieć wtedy zapas czasu. Do PK 93 jest około 6-ciu kilometrów. Asfaltem, ale znowu „pod górę”. Ma to zaletę, że w drodze powrotnej będzie „z górki”, a wiadomo z czasem nogi są bardziej zmęczone. 

Piąta godzina dopada mnie na 3 km przed PK 93, na 32 kilometrze (dorobek punktowy: 66), szósta na 39 kilometrze chwilkę przed PK 94 (dorobek punktowy przyrasta wolniej tylko: 75 punktów). 

PK 94 znajduję bez problemu, zostaje godzina i 50 minut czasu, do mety ponad 10 km. Powinienem zdążyć. 

Nie znajduję dróg „na skróty” i prę asfaltem – jedyną pewną trasą na mapie w kierunku PK 71. PK 71 jest na górce – znajduję właściwą (błotnistą) drogę i pnę się pod górę wąwozem. Tu zastaje mnie 44 kilometr.

Klubowy 44 kilometr.

PK 71 zaliczam w szóstej godzinie zawodów (45 km, 90 punktów). Zostaje mi wyczołganie się z wąwozu i powrót do bazy. Po drodze są dwa punkty: PK 53 i PK 11. Niestety droga (ta grubsza na mapie) okazuje się błotnistą breją. Ta mniejsza prowadząca na PK 53 pewno jest w jeszcze gorszym stanie. Nie ryzykuję, bo zaliczenie PK 53 wydłuża trasę co najmniej o kilometr, a kawałek jest wyraźnie na azymut. Przy tej jakości drogi, rozmiękłej po deszczu biegać średnio się daje. 

Błotnistą drogą w kierunku mety

Idę bezpośrednio na PK 11. Poruszam się szybkim marszem i gdzieś tam doganiam i wyprzedzam Joasię. Na koniec, gdy droga się poprawia, podbiegam by zaliczyć ostatni PK 11. Zmęczenie dało się we znaki, bo lampion wisiał znacznie dalej niż się spodziewałem. W każdym razie docieram na metę z czterominutową rezerwą. Dobrze że nie poszedłem po ten PK 51, bo znowu spóźniłbym się „sześć minut”. 

Analizując na zimno: poszukiwania PK 52 – 15 minut straty, zła kolejność PK w Nałęczowie – kolejne 5 minut straty. Oczywiście mogłem szybciej biec, ale te dwa proste błędy pozwoliłyby mi zaliczyć PK 51. Z tego co widzę nic by to nie dało. Dopiero dodanie 5-6 km dałoby wynik trzycyfrowy. Jeszcze za słabo biegam;-( Ale za rok się odkuję;-)


A na deser można to wszystko obejrzeć:

 

czwartek, 19 września 2024

Trening u Aleksa na luzie.

Ja coś marudziłam, że w Popowie było długa trasa? Bzdura. Długa trasa to była następnego dnia u Aleksa - ponad pięć kilometrów. Niby mogłam zapisać się na trasę A zamiast B, ale jakoś głupio mi było. W końcu taka początkująca to nie jestem.
Oczywiście znowu było gorąco, więc założenia obowiązywały takie, jak dzień wcześniej - spacerkiem do mety. 

Szykujemy się do startu.

I start.

Zgodnie z założeniami minimalizowania wysiłku na jedynkę postanowiłam  pójść wygodnie ścieżkami, a nie przez zielone i podwyższone. Może i dalej, ale przypuszczam, że i tak szybciej, szczególnie, że chwilami nawet biegłam.
 

Dwójka też po ścieżkach, bo to nawet logicznie wychodziło, a po co działać wbrew logice? Za dwójką skończyły się ścieżkowe możliwości, ale las był przebieżny, teren w miarę płaski, a lampiony powieszone tak, że widać je było z daleka. Przynajmniej większość. Od samego początku na tej trasie czułam się dużo lepiej niż poprzedniego dnia. Jakoś wszystko wydawało mi się przejrzyste i klarowne. I w sumie tak było, w efekcie leciałam po kreskach, nic mnie nie znosiło i wychodziłam idealnie na punkty. Sielanka trwała do PK 11, czyli całkiem długo. Połowę odcinka między dziesiątką a jedenastką leciałam po kresce (z górki nawet było), a potem nagle zachciało mi się w lewo. Po co? Nie mam pojęcia. Oczywiście rozminęłam się z punktem, doszłam do drogi, której nie powinnam przekraczać i musiałam wracać. Na szczęście cały czas byłam blisko punktu i tylko należało go wyczesać. Namierzyłam się ze skrzyżowania i poszło ok.
 
PK 11

Z dwunastką zrobiłam podobny manewr, tyle, że minęłam ją z prawej, a nie lewej, no i w bliższej odległości. I też sobie od razu poradziłam, więc spoko.
Kolejne dwa punkty weszły już bezproblemowo, a na mecie czekał Tomek i dopingował mnie, żebym nie dała wyprzedzić się Januszowi. Tak się sprężyłam, że aż biegłam ile fabryka dała.
 
Meta.
 
Mimo, że trasa była dłuższa niż poprzedniego dnia, to jakoś lepiej się na niej czułam - i biegowo (tak, tak - chwilami biegałam) i nawigacyjnie.
A tak wygląda mój cały przebieg:
 


piątek, 13 września 2024

Maniakalnie bywam w Popowie.

Kolejny powrót do Popowa, tym razem za sprawą BKS Wataha. Miałam dłuuugą przerwę w bieganiu, więc nadrzędnym celem było nie zgubić się i przeżyć, a nie jakieś tam osiągnięcia w zakresie rywalizacji. Poza tym ze względu na upał, ukształtowanie terenu oraz niedawne osiągnięcie wieku emerytalnego postanowiłam kroczyć statecznie, a nie wygłupiać się z bieganiem, bo i tak by mi nie wyszło.

Idąc na start cykamy sobie fotki.
 
Trasa dość długa jak na kategorię Maniak, bo 3,5 km, no ale klasyk, to klasyk. Z Tomka oczywiście taki chojrak, że zapisał się na ponad dyszkę.
 
Start.

Start od razu pod górę, bo punkt za wydmą, ale żeby sobie ulżyć, wybrałam trasę naokoło, ale za to leśną drogą. Dwójka to karpa, tylko że oczywiście na mapie nie były zaznaczone wszystkie, a namnożyło się ich sporo, więc trzeba było iść czujnie. Ufff... udało się. Do trójki po kresce, a tuż przed nią nagle ściągnęło mnie w prawo i szukaj wiatru w polu, a punktu na górce zamiast w obniżeniu.

No, ciut zniosło...

Czwórka i piątka po kresce, bezproblemowo. Szóstka w sumie też i tylko z ciekawości sprawdzałam dołek po drodze, a nie żebym się tam swojego punktu spodziewała:-) Siódemka obok kreski i szukanie ciut za wcześnie, ale to żaden problem, bo punkt stał po prostu kilka dołków dalej i spokojnie czekał na mnie. Za to ósemka,dziewiątka i dziesiątka weszły idealnie.
Zgodnie z planem szłam sobie powoli delektując się pobytem w lesie, po drodze popijałam sobie zabraną ze sobą wodę  i było fajnie, tylko ciut za gorąco.
Przy jedenastce zrobiłam to samo, co przy trójce - na końcówce nagle odbiłam w prawo. Zupełnie nie wiem dlaczego tak robię. Oczywiście nie wpłynęło to znacząco na całokształt, bo przecież widziałam na mapie, gdzie powinnam szukać, ale jest to zastanawiające.

 Skok w bok.

Po jedenastce zaczęło się skupisko punktów na wydmie. Do dwunastki poszłam jak po sznurku, ale byłam tak zmęczona, że już kawałek przed trzynastką wydawało mi się, że idę i idę i to na pewno będzie już. Oczywiście szukałam za blisko, ale jakoś za nic nie potrafiłam powiązać terenu z mapą. Pewnie jeszcze długo bym się tam błąkała, bo miałam totalną pustkę w głowie, gdyby nie nadeszła Hania. Praktycznie doprowadziła mnie na punkt i mimo narzekania na słabą kondycję, pognała dalej pokazując mi tylko swoje plecy. Nooo, całkiem, całkiem... Te plecy.

Raz w prawo, raz w lewo.

Po trzynastce została jeszcze łatwa czternastka i powrót na metę. Fotek nie ma, bo Tomek jeszcze długo był na swojej trasie, a ja miałam czas, żeby odpocząć i poudzielać się towarzysko.  W sumie tego mi brakowało w te dni bez zawodów.

Cała moja trasa.

czwartek, 5 września 2024

Upalna Dąbkowizna


Dawno już nie biegałem BnO. Jakoś nie pasowało jechać daleko na zawody, a lokalnie posucha. Koniec wakacji i coś się ruszyło. Najpierw zapisałem się na zawody w RJnO, ale w wersji pieszej. Potem nagle pojawiło się „Pożegnanie Wakacji z BKS WTAHA”. Obie imprezy tuż obok siebie, ale piechotą obu nie obskoczę. Wygrało Pożegnanie Wakacji. 

Aby się „dobić”, przed BnO pojechałem na Parkrun Jabłonna. Jak już szaleć, to na całego!
Parkrun jak to parkrun, zaczyna się o dziewiątej, dwadzieścia kilka minut biegu i gotowe. W efekcie pod Beniaminów dotarłem chwilę po dziesiątej, choć oficjalnie starty zaczynały się od godziny jedenastej. Co dziwne, nie byłem pierwszy. Oprócz organizatora, który przygotowywał się do wyjścia do lasu z lampionami, wokoło kłębił się dwuosobowy tłum żadnych odnajdowania lampionów orientalistów. Nie pozostało nic innego jak niż grzecznie w kolejce czekać na powrót organizatora z lasu. 

Czekając na organizatora - clear/check/start już są!

Gdy organizator wrócił, pobrałem mapę i wystartowałem. Chyba jako pierwszy wbiegłem do lasu. Jurek stwierdził, że nie chce biec pierwszy, bo będzie zbierał wszystkie pajęczyny w lesie;-) Cienias;-) 

Początek szedł ciężko. Trafiłem na jakieś doły, których nie było na mapie i przez chwilę skonsternowany błąkałem się w kółko. Dawno nie biegałem i zawiodła ocena odległości w terenie. 

Dalej poszło lepiej. Niczym Renata dojrzałem ”Kreskę” w terenie i pobiegłem na PK 2. 

Żarło całkiem znośnie, choć przeszkadzał upał. Według prognozy miało coś tam popadać, ale gdzie tam, upał sięgnął co najmniej 29 stopni w cieniu. Las suchy i ja coraz bardzie suchy. Zatem nie osiągałem jakiś zawrotnych prędkości przelotowych pomiędzy punktami. 

Najbardziej dobijający był przelot pomiędzy PK 5 i PK 6. 1250 m w linii prostej! Jak na jakimś ultralongu! 

Tuż za połową trasy PK14 o kodzie 44

Praktycznie wszystkie punkty wchodziły dobrze. Może nie idealnie czysto, ale dobrze – gdy podnosiłem wzrok szacując, że dobiegam do punktu, to widziałem lampion. Nieraz 15 metrów w prawo, a nieraz bliżej. Może z malutkimi wyjątkami: PK 13 – minimalnie inaczej wyglądało zielone w terenie, więc wbiłem się w gęstwinę dobre 20 m w lewo (a w gęstwinie 20 m to sporo). Także PK 15 – pamiętam, że w poprzednich zawodach na tej mapie miałem w okolicy podobny problem – przebiegłem obok dołku z lampionem, który był w sporym owalnym obniżeniu niezaznaczonym na mapie. Lampionu nie dojrzałem i wracałem się 30 m od charakterystycznej karpy. I ostatni „problemik” tuż przed metą - wcześniej przy drodze były dwie karpy o identycznym ułożeniu jak te na mapie. 

Na metę dobiegłem ledwo żywy z powodu gorąca, ale szczęśliwy, że udało się ukończyć bieg w całości. Bez picia bieganie ponad godzinę w takich warunkach nie jest łatwe. Ale trzeba się przyzwyczajać do takich sytuacji, bądź co bądź mamy globalne ocieplenie i 32 stopnie ciepła we wrześniu nikogo nie dziwią!