poniedziałek, 6 października 2025
czwartek, 26 września 2024
Rajd Źródeł Chodelki czyli firmowa impreza integracyjna
Jak twierdzi sam organizator, Rajd Źródeł Chodelki to: „Proste nawigacyjnie i kameralne zawody na orientację. Staramy się udowodnić, że nawet w miejscach bez "renomy" może być ciekawie...”
Sęk w tym, że przy dłuższych dystansach, presji czasu wynikającej z rogainingu nawet proste zawody nie są proste;-)
Chodelka to zawody fajne. Kameralne, a teren Lubelszczyzny zawsze dostarcza atrakcyjnych jarów.
W tym roku jest to moja pierwsza 50-tka. Powoli wychodzę z poważnej kontuzji kontuzji stawu skokowego, której nabawiłem się na „firmowej integracji” i testowo postanowiłem sprawdzić się na dłuższej trasie.
Aby było ciekawiej, w ramach „odwetu” wyciągnąłem „firmę” na integrację na … Chodelce;-) Trzeba udowodnić, że bieganie po bezdrożach jest mniej kontuzjogenne niż skakanie na trampolinach;-)
Z firmową ekipą dotarliśmy do Starego Gaju. Maleńka wioska, maleńka remiza, mało miejsca do parkowania. Na tyle mało, że trzeba było zaparkować gdzieś w przydrożnym rowie. Dobrze, że samochód z tych bardziej terenowych!
Na sali kłębi się tłum znajomych: Paprochy, Tomek Duda, Hubert czyli legenda Chodelki, inne twarze znane z poprzednich edycji Chodelki, a nawet Leszek, który zamiast na odwołany Mordownik dotarł w okolice Lublina.
Karty startowe, koszulki i nieubłagalnie zbliża się chwila startu. Wreszcie dostajemy mapy. W tym czasie za oknem zaczyna padać – Niż Genuański, który zalał dolny Śląsk i „zmył” Mordownik. Według prognozy ma padać mniej niż w Karkonoszach, ale suchą nogą nikt trasy nie przejdzie.
Dostajemy po dwie mapy formatu A3 i tylko co niektórzy dostają na mapę koszulkę (w odróżnieniu od koszulek na Człowieka, których nie zabrakło). Organizator omawia punkty kontrolne, czego właściwie nikt nie słucha, bo wszyscy ślepią w mapę, szacują swoje możliwości i rysują marszruty. Pomagam mojej firmowej ekipie wybrać kierunek i przewidywany schemat przejścia. Wreszcie zbliża się minuta startu.
![]() |
| Ekipa "Firmowa" gotowa do startu |
Wychodzimy na zewnątrz złapać GPSa, w oddali grzmi i błyska, deszcz wesoło pokapuje. Dostajemy sygnał startu. Ruszam w lewo, przed sobą widzę potencjalnych zwycięzców. O dziwo za mną biegnie Natalia (moja szefowa) i Kamil. A mieliśmy biec w różne strony! Po dłuższej chwili orientuję się, że to ja lecę nie w tą stronę co planowałem. No cóż, nie chce mi się wracać, a trasę można pokonać w obu kierunkach, choć w takim wariancie na koniec nie będę miał wielkiego wyboru przy wyborze punktów….
![]() |
| Start (zdjęcie organizatora) |
Kawałek asfaltu, potem las. W lesie ciemno i mokro. Wyprzedzam rowerzystów. Mam pierwszy PK 21. Kolejny punkt tuż obok – na azymut. Ruszam na oślep – zapadane okulary, mrok w lesie – można kierować się tylko igłą kompasu i omijać co większe, nieprzebieżne skupiska roślinności. Minimalnie nie trafiam na PK 22, ale jak widzę pretendenci do zwycięstwa mają większe problemy, bo ich doganiam.
Teraz w kierunku rzeki – na azymut. Spotykam Natalię z Kamilem, którzy nawet całkiem sprawnie podążają na PK 22. Rzeka, most, skręt w lewo i szukam PK 33. Dogania mnie jakiś rowerzysta i wskazuje drogę w las i jakiś jar. Wchodzę za nim w las, ale ten jar jakiś za mały. Przebijam się przez niewielki grzbiecik i w oddali błyska mi lampion przy dziurze jaskini. Docieram do jaskini, a lampion gdzieś się schował. Szukam w jaskini – nie ma. Wychodząc drugim wejściem wreszcie go dostrzegam - wisi ponad wejściem do jaskini, tak że bez zadarcia głowy do góry jest niewidoczny. A kto zadziera głowę przy padającym deszczu i podchodzeniu po stromym, mokrym zboczu?
Wracam nad rzeczkę i lecę dalej. Znowu spotykam firmowy zespół idący w kierunku jaskini – mam nad nimi jakieś 10 minut przewagi, ale i tak dobrze im idzie jak na „pierwszy raz”. Druga firmowa ekipa jak na razie nigdzie się nie pokazała.
PK 31 na końcu dłuuugiego wąwozu. Potem na skróty przez pole pełne mokrych dyń do PK 32.
![]() |
| Rozmoczone dynie |
Za PK 32 szukam drogi z mapy, tyle że nie ma jej w terenie. Przepływam rzeczkę (no dobra, rzeczka była do kolan) i znajduję asfalt. Troszkę naokoło, ale za to lepsza droga. Mija pierwsza godzina: na liczniku jakieś 7 km i 13 punktów przeliczeniowych. Czyli w normie. 8 godzin da zatem około 90 punktów i około 50 km. Oczywiście o ile uda utrzymać się tempo przemieszczania się i odnajdowania lampionów.
Dłuższy przebieg asfaltem. Niestety sporo pod górę, więc nie idzie tak szybko i lekko jak bym chciał. Wreszcie koniec lasu i skręt w lewo. Jest jakaś niby droga, ale wkrótce zanika. Przebijam się przez zarośla do lasu – tu jest jakaś „druga” droga. Nie jestem pewien, czy już nie przeszedłem lampionu, ale ryzykuję i prę do przodu. To słuszna decyzja, bo wkrótce coś mi błyska na czerwono.
Dalej prosta droga na przedmieścia Nałęczowa. Docieram wreszcie do wąwozu gdzie ma być „przydrożny krzyż na skarpie” i z daleka witają mnie okrzyki radości drugiej firmowej ekipy. Radość wywołują zjazdy ze skarpy od krzyża do srogi w niewielkim wąwozie. Jak widać humory dopisują, pomimo padającego deszczu.
![]() |
| Na przedmieściach Nałęczowa zaczyna się rozjaśniać |
Nałęczów. Szczyt górki Jabłuszko (PK 43) i bieg na szczyt góry Poniatowskiego. Po Nałęczowie jeżdżą meleksy pełne turystów – a ja czuję się trochę jak eksponat, bo wszyscy odprowadzają mnie spojrzeniami…
Przy PK 45 na górze Poniatowskiego znowu spotykam Natalię z Kamilem. Planują jeszcze zaliczyć PK 63 i wracać do bazy. Na czasomierzu właśnie mijają dwie godziny od startu, więc przy trasie 4-rogodzinnej to jak najbardziej właściwa decyzja z ich strony. Ja przez dwie godziny zdobyłem 26 punktów i przebiegłem prawie 15 km, czyli zgodnie z planem.
Ambitnie „cofam się” do PK 42 w malowniczym jarze. Tu spotykam spore tłumy uczestników i lecę na PK 52 na drugiej mapie. Teraz widzę, że nie był to optymalny wybór: zmieniając kolejność na 43-42-45-52 oszczędziłbym prawie kilometr!
Przebieg na PK 52 był trochę dziwny: trafiłem na park zdrojowy, mostki nad rzeczką, których nie było na mapie. Przez chwilę nie byłem pewien, gdzie jestem. Wreszcie zidentyfikowałem ulicę prowadzącą w górę w kierunku wąwozu PK 52. Docieram na górę, skrzyżownie, jest wąwóz, jest rozwidlenie, są barierki jak w opisie, tylko nie ma lampionu. Szukam tu i tam, a lampionu dalej nie widać. Filmuję moje poszukiwania dla potomności i organizatora i wreszcie dzwonię na numer alarmowy opisując sytuację. Opisuję barierki – zgadza się, kolejne barierki itp. Pewno lampion zginął – jednak to „środek miasta”... Ruszam dalej i nagle trafiam na kolejne skrzyżowanie dziwne podobne do tego gdzie ma być PK 52… Z wąwozu wychodzi ekipa z najmłodszym uczestnikiem… czyżby to było , a nie tam gdzie szukałem? Oczywiście! Jest jar, barierka , rozwidlenie i LAMPION! No cóż, kwadrans stracony na poszukiwania o kilkaset metrów wcześniej. Przed chwilą minęła trzecia godzina rogainingu: 20 km i 39 punktów, czyli „jak w zegarku”.
![]() |
| Moje poszukiwania PK 52 - tam gdzie szukałem była droga na wschód, zabudowania... |
Na punkcie dogania mnie jeden z ekipy potencjalnych zwycięzców. Na następny PK 63 lecimy razem. I tu mamy dylemat – PK 62 – niby niedaleko, ale opisany „Żeremia bobrów (jedna z wielu)” – nad samą rzeką, kropka na mapie po drugiej stronie rzeki, deszcz pada, wody wzbierają, żeremia to rozlewiska… Ryzyk-fizyk – idziemy na 63 – i tak jesteśmy mokrzy!
Rzekę udaje się sforsować bezstratnie (dzięki bobrzej budowli), rozlewiska ominąć górą. No, przez pokrzywy, ale jakoś się daje. Lampion jest oczywiście na najdalszym żeremiu, ale za to jaki malowniczy!
![]() |
| PK 62 |
Za to gorzej dostać się do następnego punktu. Krzaki, pokrzywy. Mapa mówi, że powinna być jakaś droga, ale w ternie coś jej nie widać. Ja wybieram wariant wąwozowy, a kolega gdzieś cichaczem ginie w gąszczu….
O dziwo wąwóz doprowadził mnie tam, gdzie trzeba, w miarę sprawnie zlokalizowałem PK 72. Czwarta godzina, tylko 25 km na liczniku (po krzakach tempo wyraźnie spada), ale za to przybywa 19 punktów i mam ich 58.
Kolej na długie przebiegi. Najpierw PK 81. Zajęło to ponad 30 minut (4 km). I teraz dylemat co dalej: czy „bezpiecznie” PK 94 i powrót przez 71-52-11, czy „iść na całość” i zaliczyć dwie dziewiątki? Czasu jest tak „na styk”, ale to normalne w rogainingu. Jeszcze raz kalkuluję i podejmuję ryzyko. Gdybym osłabł lub coś się nie zgadzało w terenie najwyżej wezmę tylko 94 – także powinienem mieć wtedy zapas czasu. Do PK 93 jest około 6-ciu kilometrów. Asfaltem, ale znowu „pod górę”. Ma to zaletę, że w drodze powrotnej będzie „z górki”, a wiadomo z czasem nogi są bardziej zmęczone.
Piąta godzina dopada mnie na 3 km przed PK 93, na 32 kilometrze (dorobek punktowy: 66), szósta na 39 kilometrze chwilkę przed PK 94 (dorobek punktowy przyrasta wolniej tylko: 75 punktów).
PK 94 znajduję bez problemu, zostaje godzina i 50 minut czasu, do mety ponad 10 km. Powinienem zdążyć.
Nie znajduję dróg „na skróty” i prę asfaltem – jedyną pewną trasą na mapie w kierunku PK 71. PK 71 jest na górce – znajduję właściwą (błotnistą) drogę i pnę się pod górę wąwozem. Tu zastaje mnie 44 kilometr.
![]() |
| Klubowy 44 kilometr. |
PK 71 zaliczam w szóstej godzinie zawodów (45 km, 90 punktów). Zostaje mi wyczołganie się z wąwozu i powrót do bazy. Po drodze są dwa punkty: PK 53 i PK 11. Niestety droga (ta grubsza na mapie) okazuje się błotnistą breją. Ta mniejsza prowadząca na PK 53 pewno jest w jeszcze gorszym stanie. Nie ryzykuję, bo zaliczenie PK 53 wydłuża trasę co najmniej o kilometr, a kawałek jest wyraźnie na azymut. Przy tej jakości drogi, rozmiękłej po deszczu biegać średnio się daje.
![]() |
| Błotnistą drogą w kierunku mety |
Idę bezpośrednio na PK 11. Poruszam się szybkim marszem i gdzieś tam doganiam i wyprzedzam Joasię. Na koniec, gdy droga się poprawia, podbiegam by zaliczyć ostatni PK 11. Zmęczenie dało się we znaki, bo lampion wisiał znacznie dalej niż się spodziewałem. W każdym razie docieram na metę z czterominutową rezerwą. Dobrze że nie poszedłem po ten PK 51, bo znowu spóźniłbym się „sześć minut”.
Analizując na zimno: poszukiwania PK 52 – 15 minut straty, zła kolejność PK w Nałęczowie – kolejne 5 minut straty. Oczywiście mogłem szybciej biec, ale te dwa proste błędy pozwoliłyby mi zaliczyć PK 51. Z tego co widzę nic by to nie dało. Dopiero dodanie 5-6 km dałoby wynik trzycyfrowy. Jeszcze za słabo biegam;-( Ale za rok się odkuję;-)
A na deser można to wszystko obejrzeć:
wtorek, 16 maja 2023
Wiosenne 360°
Za mną już kolejna edycja Wiosennych 360°. Tym razem bez podium, ale jak zawsze "było blisko". Zresztą co tu opisywać skoro można zobaczyć!
czwartek, 22 września 2022
6 minut
Ten tekst przeczytasz w 6 minut.....
Rajd Źródeł Chodelki jest specyficzną imprezą w PMnO. Lokalizuje się gdzieś tak pomiędzy Jaszczurami, Skorpionem, a Roztoczańską 13. Rzadko zaglądają tu biegacze z Top Ten PMnO, bo wymiar imprezy jest bardziej przygodowy niż sportowy. Przygodowy przez: specyfikę map - weźmy jak najgorszą dostępną mapę np. 100-kę przeskalujmy na 50-tkę, dobór punktów - punkty są bardziej krajoznawcze, często przy głównych drogach i rzadko dające możliwość powalczenia z wariantowością oraz technologię - częste błędy na mapach, płaskie lampiony itp. Ale Chodelka należy do tej magicznej triady z Lubelszczyzny – razem ze Skorpionem i Roztoczańską 13 zahacza o wąwozy, sady, czasem sporo błota i … rodzinna atmosfera. I najważniejsze - rogaining. Może ubogi pod względem możliwości wyboru wariantów, ale zawsze;-)
Rok temu nie udało mi się pojechać na Chodelkę – może i dobrze, bo była to edycja „podwodna” ;-). W tym roku zapowiadało się lepiej, zwolnił mi się termin, więc w ostatniej chwili podjąłem decyzję wyjazdu. Wyszedł wyjazd razem z Tomkiem Dudą – potencjalnym zwycięzcą;-)
Tym razem baza w remizie OSP w Słotwinach. Taki koniec świata. Nawet telefony komórkowe nie działają;-). Pogoda dopisuje – słoneczko wygląda zza chmur i przed startem zmieniam koszulkę na taką z krótkim rękawkiem.
Odprawa. Mapa A3 + rozświetlania. Ale koszulki na mapę już nie ma – dobrze, że mam swoją. I zaczyna się zabawa. Na mapie są powielone punkty 63 i 64 – trzeba je przemianować. Na niektórych rozświetleniach nie ma numeru PK. PK 13 na samym końcu mapy to tylko drogowskaz do PK 92. PK 81 w rozwidleniu jarów niedostępnym przez wiatrołomy. Ot, takie typowe odprawowe informacje;-)
Mapa pozwala na dwa warianty: na wschód od bazy – można uzbierać około 50 PP, punkty są blisko siebie, znacząco mniej niż 50 km, tyle że po nich mało czasu, by dotrzeć na zachodnie, najbardziej wartościowe PK. Wariant zachodni, gdzie można zebrać ok. 100 PP, ale są długie przebiegi i nie ma możliwości sensownego skrócenia trasy, gdy coś nie wyjdzie. Na zachodzie są dwa skupiska punktów i właściwie pozostaje tylko decyzja czy najpierw te południowe, czy północne.
![]() |
| W prawo czy w lewo? fot. D.Czechowicz |
Ruszamy w większości na wariant zachodni. I to w wersji południowej. Pierwszy PK 11 - kapliczka przy asfalcie – niecały kilometr od bazy. Wszyscy biegną tempem na rekord świata. Ja jakoś zostaję lekko z tyłu;-(. Przy kapliczce widzę grupę najlepszych skręcającą w prawo na PK 53 i 54 – czyli jednak oni wybrali wariant północny – ja nie czuję się na tyle mocny, by tak zaryzykować. Tu na powrocie jest z 15 km tylko z trzema dość wartościowymi PK i to trochę poza optymalną trasą. Jak będzie brakowało czasu to spora strata punktowa, a te 15 km trzeba przebiec.
PK 32 wydaje się banalny – na prawo od asfaltu, przed zabudowaniami Karczmisk ma być droga gruntowa i ze 100-200 m dalej jar, a tam w jego rozgałęzieniu lampion. Jest nawet rozjaśnienie. Na nim to samo. Jest droga wprawo, gdzieś tam widać zarośla – wszyscy skręcają, ja także. Dogania mnie Hubert, który wybiega z jakiś krzaków - widać szukał jaru wcześniej. 100, 200, 300, 400 metrów - jaru nie widać. Konsternacja. Z Hubertem zbiegamy do zabudowań. Tu znajdujemy tych, co biegli przodem. Burza mózgów. Dla mnie jest stanowczo „za daleko od asfaltu”. Innym chyba także, więc wracamy przez wieś do głównej drogi wypatrując jaru – miał dochodzić do zabudowań. Jest asfalt, jaru nie ma! Ja, Hubert i jeszcze jeden zawodnik wracamy asfaltem (można namierzyć się z naświetlenia) w poszukiwaniu właściwej drogi gruntowej, zaś dwójka zostaje w miejscu i coś kombinuje. Przebiegamy 100 czy 200m i drogi nie ma, ale po drugiej stronie asfaltu widać krzaki jakby tam był jar. Olśnienie! Na rozjaśnieniu nastąpiło skomasowanie mapek w taki sposób, że wszyscy patrzyliśmy na asfalt z innego wycinka! A asfalt rzeczywisty puszczony został drogą gruntową z mapy i jaru trzeba szukać po drugiej stronie drogi! Teraz wszystko się zgadza! Ta dwójka co została w wiosce musiała na to wcześniej wpaść niż my! Taki drobiazg, a wyszło pond 2 nadmiarowe kilometry na punkt o wadze 3!!
![]() |
| Poszukiwania PK 32 |
Teraz ponad 3 km na PK 47. Trochę asfaltem, potem przy lesie. Może nie w pełni optymalnie. Gdzieś tam miejscowi pracujący na polu z zainteresowaniem pytają czego szukam. Jak to czego? Dębu! Mówią, że dobrze biegnę, prosto do asfaltu, a potem za boiskiem. Wprawdzie na mapie nie ma żadnego asfaltu, boiska, a nawet drogi przy tym PK, ale wiadomo - mapa stara…
Jest wreszcie dąb Władek z Zagrzempy (tak jest napisane na mapie jakby ktoś się pytał). No, może dąb to za dużo powiedziane – raczej pozostałości po bardzo solidnym drzewie. Ale ciągle zielone!
Gdzieś tam na horyzoncie przede mną mignęły mi jakieś sylwetki. To pewno Hubert i ta parka co dobrze poradziła sobie w Karczmiskach.
Przez las do PK 63 – w opisie wyczytałem „leśne miejsce na ognisko”, ale okazuje się że to kapliczka. Złożenie mapy w koszulce poskutkowało złączeniem dwóch opisów;-) Przed PK 63 widzę konkurencję odbiegającą od PK – ich przewaga trochę stopniała!
Kolejny PK ma numer 71. Grodzisko za rzeką – Chodelką. Biegnę leśnymi drogami – na mapie jest jedna, w terenie co chwila się rozwidlają, więc na azymut w poszukiwaniu mostu.
Od punktu odbiega konkurencja. Utrzymuję dystans. Niestety, nie znajduję lampionu od razu. Myli mnie opis „Kępa drzew na zewnętrznym wale”. Szukam jakiś wałów, ale nie znajduję – a lampion dynda wesoło na drzewie na skraju łąki, a wału nie widać…
Teraz kolej na pierwszą dziewiątkę – PK 91. Opis wydaje się zwyczajny „Wierzba pomiędzy chatami, a Chodelką”. Zaraz za mostem widziałem sensowną drogę, nawet ze szlakiem rowerowym w tamtym kierunku. Próbuję ściąć przez łąkę, ale okazuje się, że to jakieś zaorane pole z odrostami i człowiek zapada się po kostki w ziemi. Wracam więc kulturalnie drogą do mostu. Do punktu jakieś dwa kilometry. Droga porządna, ale biegnie bliżej rzeki niż ta zaznaczona na mapie, za to idealnie na punkt. Do punktu już niedaleko, a droga zaczyna być mokra. Najpierw daje się wodę ominąć bokiem, niestety tylko przez chwilę. Buty mokre – brnę dalej. Na mapie owszem, jakieś niebieskie kreski, ale co się stało z tą porządna drogą, że nagle zanikła? Próbuję wałem nad rzeką, ale tu jeszcze gorzej – pokrzywy, chaszcze. Widzę ze 150 m przed sobą wierzbę (chat nie, ale to jedyna wierzba w okolicy) tylko jak do niej dojść? Wreszcie się udaje! Okazuje się, że to jakiś skansen! Przypominam sobie, że na tym szlaku rowerowym było coś o skansenie Żmijowisko i odległości 2.9 km. Pewno szlak rowerowy omijał lukiem tereny podmokłe. Zyskałem może 900m, ale jakim kosztem!
Czas lecieć dalej, do PK 82 – czyli kolejnego grodziska (opis: pagórek w sadzie). Na szczęście porządną drogą. Na mapie koło tego grodziska są narysowane tory kolejowe. Oczywiście nie ma po nich śladu. Zamiast torów jest asfalt. Patrzę na te sady wypatrując pagórka. Jakoś płasko. O jest jakieś odkształcenie terenu. Nie powiem, że imponujące – może wystaje metr nad poziom gruntu? Ale wisi lampion na jakimś starym słupku ogrodzeniowym. Wtem z najmniej spodziewanej strony – z krzaków wychodzi konkurencja. Myślałem, że oni są kilka km przede mną, a tu taka niespodzianka. Jak widać chodzenie na azymut nie zawsze popłaca!
Mam zaliczony południowo-zachodnie zgrupowanie punktów. W sumie 38 PP. Teraz bezproduktywny przebieg ponad 5 km na kolejne skupisko punktów. Którędy? Moje doświadczenie z Chodelką przy PK 91 nie zachęca do kierowania się jej brzegiem. Nie wiadomo czy tam jest jakaś droga, czy nie. Widać asfalt wychodzący poza mapę, ale taki, który powinien doprowadzić mnie do mostu przy Małe Dobre. Pewno z kilkaset metrów dalej, ale droga lepsza. Konkurencja podpytuje jaki wariant wybieram – widać, że wahają się przed próbą szukania skrótu. Jednak chyba ostatnie doświadczenie ze skrótami trochę ich onieśmiela przed kolejnym takim działaniem. Ruszamy asfaltem. Kurczę, skąd ludzie mają tyle sił do biegania? Mi już nogi wchodzą w 4 litery, stopy zaczynają palić od asfaltu (inov-8 nie nadają się na asfalty!) Zostaję coraz bardziej w tyle. Po drodze sklep – przywraca mi chęć do życia puszka zimnego bezalkoholowego Radlera! Oczywiście konkurencja znika za linią horyzontu.
Zmaltretowany docieram do PK 62. To jest ławeczka z miejscem na ognisko i punktem widokowym na przełom Wisły. A przy podejściu na punkt zaczyna się pojawiać konkurencja biegnąca wariantem południowym. Raczej ta wolniejsza, bo ja mam na liczniku dobrze ponad 30 km.
![]() |
| Przed PK 62. fot. D. Czechowicz |
Teraz nawigacja na rozjaśnieniu w postaci ortofotomapy. Sama przyjemność! PK 65 kępa drzew przy drodze. PK 83 tuż obok, tyle że na skarpie. Nie wiem ile metrów (wydaje się, że ze 100 w pionie) do góry, ale strasznie stromo. Widzę, że ktoś pnie się po skarpie w górę. Para z którą podbijam lampion także postanawia zmierzyć się z zadaniem alpinistycznym. W pierwszym odruchu próbuję iść za nimi, ale zatrzymują mnie krzaki i świadomość, że jak zlecę, to żadnej pomocy (telefon także nie działa - przed chwilą Renata próbowała mnie wydzwonić, ale łączność byłą jednostronna), a i wchodzenie w tym miejscu nie jest optymalne – potem trzeba ominąć jakiś żleb. Cofam się do zabudowań – tam powinno być jakieś wejście na skarpę. Niestety to ślepy zaułek. Droga kończy się na posesji, a tablice ostrzegają o groźnych psach pożerających żywcem, strzelaniu bez ostrzeżenia do intruzów…
Wracam się – może na skarpę wejdę gdzieś dalej. Spotykam Huberta idącego z naprzeciwka, ale wejścia na skarpę brak. Zerkam na mapę – wracając z PK 92 akurat mogę przejść przez ten punkt na skarpie.
PK 64 pod mostem – oczywiście po drugiej stronie rzeki. To normalnie znęcanie się nad uczestnikami:-)
Teraz kolej na najdalsze punkty: PK 13 i PK 92. Znajduję całkiem dobrą drogę – malowniczo wiodącą przez sady pełne owoców. W oddali gdzieś z lewej wybiega (chyba) parka, z którą się ściągam od początku. Znaczy mają już PK 92 i lecą na PK 81 wariantem, o którym myślałem wcześniej – więc pewno mają już zaliczony ten lampion na skarpie. Sporo mnie wyprzedzili!
Powinien być gdzieś tu PK 13. Ale lampionu brak! Nic to, idę nad Wisłę by dotrzeć do ujścia Chodelki. Koniec pól - jest ścieżka prowadząca do punktu. Może to tu powinien być ten PK 13? Ale także i tu lampionu brak. Idę w dół skarpy. Jest lampion PK 92! Można wracać. W opisie PK 13 jest tylko „koniec ścieżki”, więc na wszelki wypadek sprawdzam ścieżkę idącą na górze skarpy – kończy się trochę dalej za sadem ze śliwkami, ale na odprawie było mówione, że PK13 wskazuje ścieżkę, którą dochodzi się do PK 92. Nie ma co szukać tak mało wartościowego PK, wpisuje BPK i tyle. Coś zaczyna popadywać deszczyk. Z dołu wspina się Adam – wkurzony, bo do ujścia Chodelki szedł po krzalach nad rzeką. I wcześniej kilka razy namierzał się na PK 81, którego nie znalazł. Mnie ten PK 81 dopiero czeka.
![]() |
| Punkt, którego nie było czyli feralna 13-stka |
Wracamy w kierunku PK 83. Po drodze mijamy rowerzystów i innych uczestników. Na ortofotomapie jest droga prowadząca na skarpę. Przy granicy lasu Adam nie wytrzymuje i rzuca hasło – na azymut przez pole i las. Trochę wcześnie, ale co - nie jestem cienias – idę przebijać się przez krzaki. Za chwilę mamy porządną ścieżkę prowadzącą górą skarpy i drzewo z lampionem. Z góry śliczna panorama, a w dole widać drzewo z lampionem 65. Niby tak blisko, a zarazem tak daleko! Okazuje się, że Adam nie ma zaliczonego PK 65 i musi zejść na dół. W pierwszym odruchu próbuje zejść bezpośrednio przy punkcie, ale szybko się cofa. Jednak gdy dochodzimy do żlebu nie wytrzymuje i rusza w dół – widać, że ktoś tu lazł, więc może się uda.
Ja truchto-drepczę górą skarpy, porządną drogą gdzieś tak w kierunku punktu 62. Konkretnie do drogi, która widzie w dół do PK 62. Z mapy wynika, że jak skręcę w lewo, to po 200 m dojdę do jaru z PK 81. Jest jar! Teraz kilometr jarem. Niestety jar jest mocno zabałaganiony. Sporo krzaków, powalonych drzew. Mi po czterdziestym kilometrze kiepsko zginają się plecy. Gdy muszę przeciskać się pod zwalonymi drzewami – nie jest łatwo! Na odprawie mówiono coś z o zwalonej sośnie koło lampionu. Podobno sosna jest tu unikatowa. Ale okazuje się, że po drodze zwalonych sosen są dziesiątki! Nie jest wcale taka unikatowa w tym jarze! Unikatowa za to jest dziura wymyta przez wodę. Łagodny jar i nagle uskok tak ze 3-4 metry w dół pionowej ściany! Trzeba jakoś bokiem obchodzić, bo do zeskoczenia bezstratnego za wysoko.
Po kilometrze jest złączenie jarów i jest lampion. Abstrakcyjnie wysoko – jakby nie można było powiesić na dole!
Czasu zaczyna robić się mało. Wychodzę wreszcie z jaru i odnajduję asfalt. Akurat mija 44 kilometr. Patrzę na zegarek. Gdybym był w stanie biegać jak na początku, zdecydowałbym się na wariant przez PK 54 i 53. Ale nogi ciężko chodzą – nie dam rady. Zostaje tylko PK 55. Marszobiegiem przemieszczam się do przodu. Asfalt i asfalt. Mam dość. Jest wreszcie PK 55. Zostało niecałe 50 minut czasu i jakieś 5 km w linii prostej do bazy. Ale w linii prostej się nie da czyli 6-7. Najpierw drogą pseudasfaltową. Ma być skrót w lewo. Jest jakaś droga polna. Skręcam. Droga robi się coraz gorsza. Wchodzi w las i pojawiają się co chwila na drodze zwalone drzewa… Nie wiem czy był to dobry pomysł z tym skrótem! Przebijam się jakoś (wolno) do asfaltu. Zostało 27 minut i ponad 4 km asfaltem naokoło. A może by skrótem? Widzę drogę w dobrym kierunku. Skręcam. Najpierw jest fajnie, a potem… zwalone drzewa. Wszędzie. 1800 m w 16 minut;-( Asfaltem naokoło byłoby pewno tyle samo odległości, ale szybciej o jakieś 3-4 minuty. Do bazy prawie 2,5 km i 9 minut. Nie wyrobię się. Po drodze jeszcze PK 23 tylko 10m od asfaltu - zawsze choć jeden punkcik na plus. Gdyby nie te fatalne decyzje ze skrótami przez las miałbym szansę zdążyć w limicie. Wtedy miałbym podium. Te feralne 6 minut mogłem wydziergać mniej filmując, nie pijąc piwa, zalepiając sznurowadła taśmą, by mi się nie rozwiązywały, albo choćby nie polec na PK 32…
![]() |
| Feralne skróty... |
A tak jak zwykle 4-te miejsce… Gdyby była choć klasyfikacja weteranów;-)
środa, 21 września 2022
V Rajd Źródeł Chodelki TV
Na początek nietypowo bo tylko ruchome obrazki. Relacja słowna także będzie;-)
niedziela, 12 czerwca 2022
Tym razem pechowa 13-stka
Zawsze lubiłem Roztoczańską 13-stkę. Lubiłem bo: Roztocze, jary, rogaining, dzik i cegły… Niestety, tak samo jak zawsze, termin koliduje z rodzinnymi obchodami wszelakich urodzin. W tym roku akurat udało zgrać się z terminem, ale 13-stka się zmieniła. Właściwie zmieniła się już rok temu, ale wtedy nie miałem szansy jej odwiedzić. Z dziennej zmieniła się na nocną i zanikło to, co najfajniejsze czyli rogaining. W internecie brak było map z poprzedniej (także nocnej) edycji, jest tylko relacja Huberta jak to „tradycyjnie” dał ciała…
Dobra, trzeba jechać. Start o północy w piątek, czyli właściwie w sobotę. Miałem się wyspać w czwartek, ale jak zwykle (nie) wyszło: pobudka w piątek o 6:00 po dziwnie krótkiej nocy. Praca, powrót do domu i około 19:30 niespieszny wyjazd w kierunku Kraśnika.
Na miejscu już kilku niecierpliwców przebiera nogami. Znaczy smaruje stopy sudokremem i inne takie tradycyjne rytuały. Stali bywalcy, w tym Hubert. Frekwencja raczej kameralna. Jeszcze trochę osób dotrze przed północą, ale nie jest to tłum jak za starych dobrych czasów.
![]() |
| Przedstartowe rytuały |
W pakiecie startowym dostajemy rozjaśnienia. Czemu tak wcześnie? Bo to jest wydruk w większości ortofotomapy w … czarnobieli. Idealne rozjaśnienie na noc;-)
![]() |
| Takie rozświetlenia na noc... |
Dodam, że kółek z PK nie widać na tych orto w ogóle – jest jeden ciut lepszy „czarnobiały wydruk wzorcowy” - wisi w biurze zawodów i można sobie zaznaczyć na swojej kartce o co chodzi. To zaznaczanie niedużo daje na jednolitej czarnej powierzchni…
Przed północą docierają pozostali chętni do startu. Odprawa – dostaniemy dwie mapy, PK 5 nie ma, bo potem trzeba by przechodzić w „niedozwolonym” miejscu przez obwodnicę (której nie ma na mapie – zamiast niej na mapie są tory), ale i tak czeka nas przejście przez tę drogę i dyrdanie jej poboczem kilka kilometrów. PK 1 – na skrzyżowaniu ma być na jakiejś polance/parkingu – sami zobaczymy, ogólnie lampiony mają być ukryte tak, by ich nie było widać, choć mają mieć element odblaskowy i ubezpieczenie czerwono-białą taśmą… Same sprzeczności;-) Aaa… i mamy nie brać 11-stki bo będzie za długa trasa.
![]() |
| Dorysowywanie na rozjaśnieniach kółek z wzorcówki |
Kilka minut przed północą dostajemy mapy. Wygląda, że wszystko dostępne drogami. Ponoć mapa stara, ale to normalne.
Wybija północ, większość ślepi w mapy i rysuje na nich marszrutę – ja rzucam się jako pierwszy do bramy. Bloki-garaże-jakieś płoty-lasek-rów przy drodze-droga-lasek i jestem koło PK 1. Nie widać za mną żadnych światełek – jestem genialnie szybki, albo wszyscy pobiegli w inną stronę. Sprawdzam odległość – jest skrzyżowanie, nie ma lampionu. Obchodzę wszystkie potencjalne drzewa gdzie powiesiłbym lampion – nie ma. Przypominam sobie odprawę i coś o polance – idę dalej w bok – jest lampion. Zapowiada się dobra zabawa!
![]() |
| Jak połączyć obie mapy? |
Kierunek: PK 2 – trzeba ominąć jakąś fabrykę. Mierzę odległość – powinna być droga w prawo. Nie ma. Idę na azymut przez niezłe krzale. Trafiam na płot zakładu. Zniosło mnie? Analiza śladu mówi, że źle musiałem zmierzyć odległość na mapie i za wcześnie skręciłem. Grunt, że wiem gdzie jestem, ale tempo spada, bo przebieżność lasu nie jest zachwycająca. Namierzam się na PK 2: w opisie „dół”, na mapie – pojedynczy dół, na rozświetleniu środek jednolicie ciemnego lasu. Jedyny charakterystyczny element na orto to droga z zakrętem gdzieś za punktem (z zakrętu można ostatecznie wyznaczyć azymut, ale nie odległość, bo skala nieznana). W lesie widzę jakieś pofałdowanie - ciut na prawo. Górka, a za nią dół. Bardziej rów. Niestety lampionu nie ma. Wiem, że lampiony mają być schowane, czeszę wszystko. Dalej lampionu brak. Wychodzę z rowu. Jest drugi w inną stronę. Jest i trzeci. Widoczność na metr, krzale, zwalone drzewa i to rowy, a nie doły. Idę szukać drogi z orto. W lesie zaczynają się pojawiać światełka – to tyle było mojej przewagi;-( Już w towarzystwie namierzam się od drogi - jeden dół (czy bardziej rów) bez lampionu, kolejny z lampionem. I tu zastanawiam się jaki jest sens dawania opisu „dół”, mapy z jednym dołem, orto z czarną plamą, gdy można było dać odwzorowanie terenu lub choć słownie opisać ile jest tych dołów czy rowów i o który chodzi. Taki punkt – szczególnie w nocy jest loterią.
![]() |
| PK 2 brutalne zderzenie teorii z rzeczywistością;-) |
Nie ma co marudzić, biegnę dalej. Odrabiam to, co straciłem na PK 2 (ze 20 minut), wyprzedzam, jednych drugich… Na PK 4 jestem chyba jako lider. Dalej droga, która jest zawalona ściętymi gałęziami… Na PK 3 trafiam już w zupełnych ciemnościach, nikogo za mną nie widać. Do PK 6 wąwozem, potem drogą co jest na mapie, potem drogą, której na mapie nie ma. Do obwodnicy – czyli torów na mapie;-) Obwodnica to zwykła droga. Nowa. W nocy totalnie pusta. Nieogrodzona, co najwyżej ciut głębszy nowy rów. Po bokach drogi techniczne. Przeprawiam się przez tę obwodnicę i biegnę drogą techniczną uważnie mierząc dystans. Oczywiście mapa ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, więc wierzę tylko dystansowi. Droga techniczna kończy się jakieś 500 -700m za wcześnie. Kolejne rozjaśnienie PK 6 to oczywiście orto. Jakieś szare plamy. Dobra, przedzieram się dalej rowem, bo po prawej płot – powinno być to, jak się płot skończy. Tyle, że płot się nie kończy. Znowu musiałem coś pochrzanić i jestem prawie kilometr za punktem. Wracam ten kilometr, ale wygodnie obwodnicą – i tak nic nie jeździ. Przy PK znowu światełka – tyle było mojej przewagi (2km).
Kolejny PK 12 w mieście. Nad ruinami domu. Coś tam było na odprawie, by brać PK od góry, bo od dołu się nie za bardzo da. Ciut za dużym łukiem, ale znajduję lampion. Teraz przez miasto – na drugi koniec. Ciut nieoptymalnie, ale uciekam konkurencji. Zaczyna świtać. Znowu obwodnica, tym razem wiadukt - ja przebiegam dołem. PK 14 - charakterystyczny punkt to „wygasłe ogniska”. Trafiam na czuja, bo na mapie nic charakterystycznego nie widać. Ot, idealny przykład jak nie powinno się stawiać punktów kontrolnych. Z mapy powinno wynikać czego szukamy, opis tylko naprowadza na lampion, jeśli nie wisi idealnie na obiekcie.
![]() |
| Świt w drodze na PK 14 |
Jestem już na drugiej mapie. Kierunek PK 15. Las, skrzyżowanie dróg. Jest las, są drogi, jest skrzyżowanie, nie ma lampionu. Wprawdzie droga wydaje się ciut za blisko, ale wszystko wcześniej się zgadzało, wszystkie zakręty itp. Idę na wszelki wypadek dalej – jest kolejna droga i ona lepiej odległościowo pasuje. Tyle, że lampionu brak. Krążę w tą i w tamtą, wreszcie przez przypadek dostrzegam w oddali faworek. Faworki miały ubezpieczać PK. Tyle, że ten faworek jest ze 40 metrów od drogi, w lesie. Idę do niego, ale lampionu nie ma. O, jest! - ukryty tak, że można stać od niego o 2 metry i nie widzieć. Na pewno nie jest na skrzyżowaniu, tylko dobrze obok. Post analiza wykazała, że drogi trochę pozmieniały przebieg – ze strony, z której szedłem, drogi krzyżowały się w innym miejscu niż jej przedłużenie z drugiej strony. Ci co szli od drugiej strony mieli szansę trafić na lampion, ja nie. Gdyby był dokładnie na skrzyżowaniu to bym go szybko znalazł, a tak kolejne 20 minut w plecy.
Lecę dalej. Pierwsi konkurenci idący z naprzeciwka. Po chwili Leszek. Niby jestem przed połową PK, ale na liczniku ponad 30 km. Zapowiada się duży naddatek dystansu! Leszek także zdziwiony długością trasy.
Wychodzę z lasu, przez nieuwagę nadrabiam trochę dystansu, w oddali kolejna konkurencja z naprzeciwka. Znajduję wąwóz z „drogą” i lecę nim do skrzyżowania, gdzie ma być PK 16. Długi kawałek. Jest skrzyżowanie, odległość pi razy drzwi dobra. Szukam lampionu. Lipa. Tym bardziej, że ma być to PK z wodą, więc trudno go przeoczyć. Po 20 minutach czesania bliższej i dalszej okolicy dogania mnie konkurencja 2PJ+1. Czeszemy razem. Wreszcie próbujemy iść dalej i po dłuższej chwili udaje znaleźć się PK. W terenie przybyła dodatkowa droga, a stara – ta z mapy - zanikła. Opis „skrzyżowanie dróg” powinien brzmieć „skrzyżowanie ścieżek” lub wręcz „ skrzyżowanie pozostałości po ścieżkach”. A tak ponad 30 minut w plecy;-(
Próbuje się oderwać konkurencji, ale zaczyna brakować sił. PK 13 „jedyna tak brzoza” – okazuje się że jedynych jest więcej;-) Za dnia daje się je łatwo ogarnąć, ale nocą….
![]() |
| Jedyna taka brzoza po prawej, po lewej i gdzieś tam w oddali |
Znowu obwodnica i wracamy na pierwszą mapę. PK 8 - skarpa, tu rozjaśnienie w postaci mapy topograficznej - od razu lepiej. Pojawiają się rowerzyści i jakieś grupy pościgowe.
Do PK 7 pusty przelot. Dobrze ponad 4 km. Co ciekawe, przebiegamy tuż obok PK 11… co za sens było go „wyrzucać” z trasy?
Nie mam ochoty już biegać. Zaczynam czuć podeszwy stóp na drodze utwardzanej szutrem, pełnej leżących kamyków dających tym podeszwom do wiwatu. I czuję mięśnie brzucha po czwartkowym treningu (na przyszłość – nie biegać długich dystansów po deskach;-) Konkurencja (2PJ) mnie dogania i wyprzedza;-(
![]() |
| Zarośla przy drodze - te po lewej |
PK 7 – opis: zarośla przy drodze. Z mapy wynika, że powinien być to brzeg jaru, ale tego nie zauważam - tylko rząd krzaków przy drodze wyraźnie czesany przez poprzedników na długości 50-100m. A wystarczyło dać PK w jarze, byłoby jednoznacznie
Zbiegam do cywilizacji. Asfalt. Sklep i ratujące życie zimne Frugo;-) I znowu pod górę do PK 10. Okazuje się, że to cmentarz, a właściwie las za cmentarzem, którego płot trzeba sforsować. Na szczęście jest „dziura w płocie”. Znowu „dół” w opisie i pojedynczy dół na mapie, a w praktyce dwa doły. Lampion oczywiście w tym drugim. Za dnia to pestka, ale w nocy….
Został ostatni PK 9 - bagienko. Liczę skrzyżowania, wreszcie skręcam w dół. Znowu ma pomóc rozjaśnienie orto. Coś na nim widać – jakieś pole, chałupa, droga i coś jak ślepa droga/pusty teren. Jest chałupa, jest bagienko z opisu, jest jakaś taka ślepa droga. Jest napis „teren prywatny”. Próbuję przez krzaki, ale jakoś mokro – miało być dojście suchą nogą. Wracam, próbuję przez ten „teren prywatny”. Ale coś nie tak. Nie ma żadnych śladów naszych, łapię się tylko na jakąś fotopułąpkę.
Zniechęcony oglądam mapę na wszystkie strony. Chyba jednak coś pochrzaniłem i jestem za wcześnie o 500m – przy źródełkach. Idę więc dalej. I trafiam. Ale na własne życzenie kolejne 25 minut w plecy:-(
![]() |
| Ostatni PK 9 |
Człapię do bazy (oczywiście znowu lekko błądzę). Wbiegam na metę. Wynik – lepie nie mówić. Lekko mówiąc 1,5 godziny straty na własne życzenie lub przez te genialne opisy/rozjaśnienia. Bez tych wpadek wylądowałbym na tradycyjnym 4-tym (a może 3-cim) miejscu. Miałbym mniejszy kilometraż i na pewno żwawiej bym pokonał końcówkę.
![]() |
| Wreszcie meta |
Co do samej imprezy – widać wyraźny spadek jakości organizacji. Szczególnie opisów/map czy doboru punktów kontrolnych. PK 16 był podchwytliwy, ale można było ciut opisem nakierować na właściwe skrzyżowanie. Ukrywanie lampionów, szczególnie w nocy to nieporozumienie. PK 2 i PK 10 to żenada - dyskwalifikacja budowniczego;-( Orientacja nie polega na szukaniu kawałka papieru tylko miejsca charakterystycznego. Taka jest definicja i jej się trzymajmy!
Przebiegi na Liveloxie
Na deser - ruchome obrazki:-)
środa, 18 maja 2022
Test nowych butów czyli Wiosenne 360
Moje ukochane buty umarły. Definitywnie. Kupiłem nowe. Pierwsze były stanowczo za wąskie – musiałem jechać pod Górkę Kazurkę i szukać modelu pasującego do mojej stopy. Coś tam przymierzyłem, dopłaciłem i stałem się posiadaczem obuwia z wyższej półki. Obuwie założyłem w domu, pochodziłem z godzinę – wydają się dobre. Ale warto by je przetestować w walce. Padło na Wiosenne 360.
Lubię Wiosenne 360, bo blisko, bo dużo na BnO i od niego zaczynałem przygodę z dłuższym dystansem (pierwsze 25-tka). Problem w tym, że tydzień po Wiosennym mam Jagę-Korę. Buty obetrą, albo coś przeszarżuję i jestem ugotowany. Niby zapisałem się wcześniej, ale z nastawieniem, że albo wystartuję, albo nie, albo skrócę dystans. Zresztą oprócz butów warto sprawdzić jak idzie na dłuższym dystansie – w tym roku zrobiłem tylko jedną 50-tkę i nie szło mi na niej jakoś szybko . Zapisany – wystartować trzeba. Na Wiosenne zapisała się także Barbara - kobieta po przejściach (tydzień wcześniej biegała 24godzinny rogaining), która ostatnio gustuje w startach w zespole zdecydowanie żeńskim. Umówiliśmy się, że zobaczymy czy uda nam się pokonać cały dystans.
W Osiecku – jak to już tradycyjnie na Wiosennych – wszyscy szukają bazy. „Baza” w osobie organizatora niespiesznie snuje się po terenie i twierdzi, że zaraz wszystko będzie. Mija chwila i powstaje sprawnie nadmuchana brama startowa. Igor pojawia się w wiatach i wydaje chipy SI. TAK – można zrobić 50-tkę na SI! Oczywiście nie wszyscy bywalcy wiedza o co chodzi z chipami, ale daje się to ogarnąć. A kolejka do biura całkiem spora – w zapisach przez długi czas były pustki, ale dobiło w ostatniej chwili uczestników na 25-tkę i trasy rowerowe.
Wreszcie odprawa. Żadnych informacji o bagnach, rzekach do przepłynięcia i innych takich atrakcjach. Jedyną ciekawostką był PK 28, umiejscowiony na nosku, którego poziomnice nie wyszły zupełnie na wydruku mapy głównej. Ilona pokazywała powiększenie na ekranie laptopa i zalecała sfotografowanie sobie tego obrazka telefonem – ot nowoczesność w PMnO;-)
![]() |
| O co chodzi z tym PK38 |
Dostaliśmy mapy w ilości hurtowej (3 szt. + opisy na łebka), ustawiliśmy się do zdjęcia i ruszyliśmy lekko spóźnieni. Zgodnie z założeniem, że możemy nie zrobić wszystkiego (dodatkowo nietypowy limit jak na TP50 tylko 9 godzin), zapadła decyzja najpierw BnO (16 PK z BnO + 3 PK z mapy głównej), a na deser pozostałe 6 PK z północnej części mapy głównej. Jak byśmy coś odpuszczali to zyskujemy dużo kilometrów, a tracimy mało niezaliczonych PK.
![]() |
| Przed startem - zdjęcie organizatora |
Wybiegamy z Hotelu pod Sosnami i skręcamy w lewo. Razem z nami skręca także bezpośrednia konkurencja czyli Wydry. Wydry to młodość, nadają zabójcze tempo rzędu 5:00 – 5:30min/km. Wstyd zostać w tyle, więc biegniemy. Dziwnie przypomina mi to czwartkowy trening, gdzie biegałem właśnie 5:30 (na tartanie) z tętnem 155 3x10 minut…. PK 40 i wpadamy na pierwszą mapę BnO i biegniemy do PK 54. Wydry gdzieś zniknęły, teren mniej nadający się do szybkiego biegania, czas zwolnić. Na mapie 1:10000 to się inaczej biega. Oszem PK 58 chwilkę szukaliśmy w większym towarzystwie, ale był w promieniu 20 m, tyle że ukryty w jakimś jałowcu. No i jeszcze PK 64 – tu chwilę zeszło nie tylko nam – lampion leżał w niepozornym dołku tak, że stojąc dwa metry od niego, nic nie było widać. A dołków na mapie było znacząco więcej w terenie… W każdym razie co chwila spotykaliśmy konkurencję na punktach. Dopiero po ostatnim na pierwszej mapie PK 61 oderwaliśmy się od konkurencji. Wydry chyba opuściły na początku PK 54 i odbiły w lewo. Przez sprytnie umieszczony „pomiędzy mapami” PK 41 przechodzimy na drugą mapę BnO. Co niektórzy na mecie (z trasy 25km) nie zauważyli tego PK i musieli po niego wracać na koniec;-)
Na drugą mapę BnO wkroczyliśmy już bez towarzystwa, czasami mignął jakiś rowerzysta. I przy PK 50 spotkaliśmy rodzinkę z wózkiem - także uczestników. Odważni! Bo ogólnie sucho i wszędzie mazowieckie piachy w pełnym rozkwicie.
Problemem był przebieg pomiędzy PK 49 i PK 48. Po kresce. Niestety jeżyny po pas. Trzeba było obejść, ale za późno na to wpadliśmy.
![]() |
| InOstrada do Górek |
Definitywnie opuszczamy mapy BnO. InOstrada. Rowerzyści, rodziny z dziećmi na krótszych trasach, piknik pod PK 37 w Górkach – pomnikowym dębie. Na liczniku jakieś 19 km i „tylko” 6 lampionów do mety. Wydaje się tak blisko… Mierzymy na mapie – wygląda, że to ok 18 km. Coś krótko – czyżby miało wyjść poniżej 40km? Niemożliwe. Po chwili mierzymy jeszcze raz – nie zauważyliśmy PK 31 w lewym górnym rogu mapy. To zdecydowanie dodaje kilometrów. Ale i tak wyjdzie ciut mniej niż 50 km. Pewno dzięki mapom BnO i chodzeniu „na kreskę” troszkę zyskaliśmy.
PK 38 (ten z niewidocznymi poziomnicami) okazuje się łatwy do znalezienia. Owszem, drogi wokół mało się zgadzały, ale informacja „nosek” wymagała górki, a tych nie było wiele w okolicy. Tu spotykamy osoby idące w przeciwnym kierunku. Mamy 22 km, więc wszystko się zgadza.
Najdłuższy przebieg do PK 33. Udaje się dobrze wynawigować przez Grabiankę. Robi się gorąco – liczyliśmy na jakiś sklep z zimną colą – niestety nic takiego nie widać;-(
PK 33 mulda – piękne obniżenie w jagodowiskach i typowym mazowieckim sosnowym lesie oświetlonym wiosennym słoneczkiem. Dla takich widoków warto startować w 50-tkach!
![]() |
| Okolice PK 33 |
PK 32 za Ponurzycą – także sklepu nie udało się znaleźć, a słonko grzeje coraz mocniej. Zostały 3 PK do mety.
Do PK 31 na mapie prowadzi plątanina dróg. Lecimy tą co najbardziej pasuje wg wskazań kompasu. Szeroka, wygodna, tylko trochę piaszczysta. Coraz bardziej piaszczysta. Wygląda jakby „wyorał” ją jakiś spychacz – pionowe różne boki o wysokości 40-50cm, w środku równy piasek. Czasami wręcz zamieciona jakby przejechała po niej brona i Indianie z kocem dla zacierania śladów. Czasami widać ślady koni. I najważniejsze – ten piasek w środku – sypki, głęboki, suchy – grzęźnie się po kostki! Męczarnia! Ale czasami widać ślady tych co podążali w przeciwną stronę – więc wiadomo to najlepsza droga. Chwilami da się iść bokiem, ale jednak większość trasy należy brnąć w tym piachu. Wygląda to jak specjalna droga dla koni – zastanawiam się, czy konikom wygodnie jest biegać po takim piasku…
Uff, wreszcie koniec męczarni. Asfalt – czas wysypać piasek z butów. Mija nas Tomek Pryjma wracający z PK 31 – czyli ma jakieś 2-2,5 km przewagi. Lecimy na PK 31. Okazuje się, że jest to wieża widokowa w rezerwacie Całowanie. Trzeba kiedyś tu wrócić pozwiedzać, bo wygląda całkiem fajnie. Wracając z wieży spotykamy Marcina Krasuskiego pędzącego na rowerze. Trasa rowerowa jest silnie obsadzona – takie małe rowerowe MP. Zastanawiamy się czy wygra, jak zwykle, Piotr Buciak (na Mazowszu zwykle deklasuje rywali), czy może Marcin Krasuski pokaże swoją orientalistyczną siłę? A może Darek Bogumił?
Dalej już zupełnie banalne punkty. Asfalt, droga leśna, wiadukt pod torami i PK 35. Tyle że wszystkie drogi leśne mocno piaszczyste. To męczy i zniechęca do biegania. Jak widać spokojnie damy radę zaliczyć wszystkie PK i to w niezłym czasie – gdzieś koło 7 godzin. Buty nie obcierają, więc jest fajnie.
![]() |
| Klubowy kilometr: 44,44 |
Jeszcze ostatni PK – zakręt rowu. Jest sucho i rów jest suchy. Okoliczna łąka także. Decydujemy się na dobieg do mety po kresce, przez te suche łąki. Znajdujemy drogę, której nie ma na mapie – zawsze to łatwiej. Zegarek wskazuje 7 godzinę, wbiegamy na teren hotelu. Sprint do dmuchańca z metą i odpikanie końca. Zegar wskazuje 7 godzin i naście sekund. Skoro start był odtrąbiony z około minutowym opóźnieniem rzeczywisty czas poniżej 7 godzin. No, no - rekord świata;-)
![]() |
| Meta - zegar chodzi w swoim rytmie;-) |
Barbara jest bezsprzecznie pierwszą kobietą na mecie. Ja jestem zdaje się czwarty, to także nieźle. Obiadek, puchar dla Barbary i zbieramy się do domu. Na metę dobiegają kolejni, jak już wyjeżdżamy wpadają na metę Wydry.
Następnego dnia wychodzi, że jednak jestem na podium. Zwycięzca okazuje się nie zauważył PK 31 na mapie (pisałem, że my także w pierwszej chwili go nie zauważyliśmy) i go pominął. Teraz czeka mnie, jak i resztę podium, procedura rotacji trofeów i dyplomów;-) Jak już dotrze do mnie odpowiedni zestaw, pochwalę się zdjęciem z pucharem;-)
A wszystko można obejrzeć w TV:
wtorek, 12 października 2021
Smok przeszedł... do historii.
niedziela, 25 lipca 2021
środa, 14 lipca 2021
Letnie Wiosenne 360
Trochę poszperałem w archiwach i wychodzi mi, że pierwsza edycja Wiosennego 360 to miejsce, gdzie po raz pierwszy wystartowałem na długiej trasie biegowej. Startowałem także w innych edycjach i z jednej z nich wywiozłem mój najlepszy rezultat (czasowy) na TP-50. Nie pozostało mi nic innego jak zapisać się na kolejną edycję, z roku 2020, która to wędrowała z wiosny na grudzień, by wylądować ostatecznie w lipcu 2021 (jak widać wiosna to pojęcie mocno względne – ale cóż, taki mamy klimat).
Ostateczny termin został ogłoszony w ostatniej chwili – właściwie dwa dni później zaczyna się Wawel Cup i trochę obawiałem się, czy po 50-tce (jednak ostatnie dwa lata to tylko sporadyczne starty na dłuższych dystansach) dam radę potem biegać na Jurze, ale skoro zapisałem się rok temu…. \
Miejsce – jak to na Wiosennym „tuż koło domu” – okolice znane z Mazowieckiego Tracka i kilku innych imprez. Poranek wilgotny i ciepły. W południe miało dobić do 30 stopni (jak to na wiosnę;-). Na starcie frekwencja mizerna- przynajmniej na TP50. Ten Wawel Cup pewno przetrzebił uczestników.
![]() |
| Odprawa |
Oczywiście porządna dmuchana brama z napisem START, dwa etapy i podbijanie PK oparte na chipach SI. To już któryś raz, gdy Igor robi Wiosenne w formie dwuetapowej – pierwsza pętelka na mapach BnO, a potem na normalnej turystycznej mapie uzupełnienie dystansu.
Mapy do ręki, odbicie startu i w las. Las jest mokry. Biegnąc do pierwszego PK trzeba przekroczyć jakiś ciek wodny- z lasu słyszę dziwne okrzyki – dobiegam, a tu grupa rowerzystów próbuje przepłynąć ciek, który okazuje się całkiem porządną rzeczką… Mi się udało ekwilibrystycznie po jakimś pniu przedostać na drugą stronę „suchą nogą”.
Dalej bajkowy mazowiecki las - mchy, sosny, wydmy - wszystko jeszcze mokre po deszczu lśni w nieśmiałych promieniach słońca… Nawet kilka przepraw przez rzeczkę czy mokra trawa i mchy nie psują radosnego nastroju.
Chrumkająca Ciemność zbliża się do przeprawy
Przez chwilę biegnę z Mateuszem, po PK 38 znika mi w sinej dali. Wszystko idzie fajnie do PK 49. Po nim długi przebieg przecinką na wschodnią część mapy. Droga gruba, w terenie dobra… do czasu. Wkrótce poziom wody zaczyna się podnosić, zaczynam żałować, że nie zabrałem peryskopu… Pod koniec spotykam jadących z naprzeciwka rowerzystów, właśnie z rozpędem wjeżdżają w wodę…
![]() |
| Wyciągnąć wiosła! |
PK 52 kojarzy się z Lampionadą i jeszcze kilkoma zawodami. PK 51 znowu przydałby się peryskop;-) PK 50 i PK 46 były na treningu WMTour późną zimą. PK 42 rozwala opisem „EX Paśnik”. No cóż, w terenie wygląda to tak:
![]() |
| Jakby ktoś nie widział - paśnik (ex) |
Przygoda zaczyna się po PK 32. Do ostatniego PK 31 prowadzi „cienka ścieżka”. Cienka na mapie i cienka w terenie. Przechodzi przez jakieś bajorko zarówno na mapie, jak i w terenie. I na koniec gubi się w zaroślach. Zaroślach zalanych wodą po łydki.
![]() |
| Chlup , chlup.. |
Chwila czasu i przekleństw mija, zanim wyciągam się z mokradła i podbijam punkt. Jakaś konkurencja dogania mnie przy punkcie – jak widać nie zgubiła ścieżki na końcówce. Pełen złości lecą drogami przez tereny zaznaczone na niebieskawo. Woda po kolana, ale mi już wszystko jedno. Byle nie potknąć się o coś na dnie. Na koniec przeprawa przez tę rzeczkę co do pierwszego PK – już bez żadnego mostka, woda powyżej ud.
Koniec pierwszej pętli – jestem trzeci jak mówi Igor (nie licząc Kwita, który wystartował znacznie później). Dostaję drugą mapę, a tu… 6 punktów. Coś mało jak na ponad 30 km. Zaczynam od PK 53. Odmierzam odległość, jest górka, więc odbijam od drogi na wschód i nagle… płot. Taki po horyzont w prawo i w lewo. Płot dałoby się przeskoczyć, ale gorzej, że za płotem górki nie ma - jakaś łąka tylko. Lampion byłby widoczny – miał być na górce. Wracam do drogi, chwilę się miotam, aż stwierdzam, że jestem za blisko (potem okaże się, że skala mapy różni się zauważalnie od tej podanej w opisie mapy). Znajduję właściwą górkę, odbijam z drogi i… znowu płot. Tym razem betonowy. Górka za płotem wyraźnie się ciągnie, więc to na pewno tu. Wiem, że w prawo płot ciągnie się po horyzont, ale lewa strona wygląda obiecująca. Po 30 metrach płot nagle się kończy. Więc wracam na górkę i lecę dalej… aż do kolejnego płotu. Tu od razu wiem, że trzeba go brać z lewej;-)
Tuż za płotem lampion. Miejsce rozpoznaję z Mazowieckiego Tracka. Rok temu był PK w tym samym miejscu, miałem wtedy na liczniku półmaraton i teraz dokładnie to samo!
Uff, Dał Igor popalić z tym płotem!
![]() |
| Tak wygląda PK53 (gdyby ktoś go nie odnalazł) |
Teraz duży kawał drogami, przez Górki obok szkoły (tu organizowałem kiedyś Nocne Manewry Stowarzyszy), aż do stawów. Z nieba żar. W takich warunkach bieganie nie idzie – szczególnie gdy pomyślę o Wawel Cup za dwa dni. Tu i ówdzie atakują mnie komary, czy inne latające stwory. Dalej lasami pełnymi zbieraczy jagód, drogami, których nie ma na mapie, przez Jędrzejnik, gdzie nie spotykam sklepu (najlepszy na upał jest gazowany napój prosto z lodówki) docieram do PK 57. Zostały jeszcze „tylko” trzy do mety.
![]() |
| Wypogodziło się - aż za bardzo |
W Rzakcie i Gliniance dalej brak sklepu (jak ci ludzie robią zakupy?) Przekraczam Świder kulturalnie mostem. Dalej asfaltem, czy na skróty przez las? Jest na mapie droga na skróty i w terenie także. Przyjemny chłodek w lesie. Niestety, w połowie drogi do następnego PK droga zanika. Chaszcze, potem podmokłe łąki z trawami wyższymi od człowieka, wreszcie jakieś zbudowania. Przedzieram się do nich ścieżkami dzików. Zmęczony i umorusany wychodzę na ubitą drogę. Już rzut beretem do PK 58. Z naprzeciwka jedzie rowerzystka z naszej imprezy. Punkt tuż, tuż. Mam odbić drogą w prawo i szukać lampionu po lewej na górce. Odbijam w prawo, po chwili jest górka po lewej. Wspinam się. Lampionu brak. Dłuższą chwilę przeczesuję okoliczne wzniesienia, aż znajduję właściwe z lampionem. Tak to jest, gdy w terenie jest więcej dróg niż na mapie… Tylko 2 PK do mety.
W Woli Karczewskiej jest wreszcie sklep z zimnym piwem cytrynowym 0%. Uff. PK 59 z charakterystyczną biblioteczką zrobioną z pnia - znany z TRInO wydanego z okazji Podkurka sprzed kilku lat. Od dawna już idę, a nie biegnę. Za gorąco – nie da się biegać. 44 kilometr zastaje mnie w Wólce Mlądzkiej, tuż obok mostu.
![]() |
| Dokładnie 44,44 km;-) |
Kierunek PK 56 – kapliczka znana z Mazowieckiego Tracka. Trzeba ciąć na azymut. Pojawiają się jakieś zabudowania – z mapy wynika, że musiało mnie znieść w lewo, więc koryguję. Wychodzę na drogę i dylemat: kapliczka jest w lewo, czy w prawo? Skoro znosiło mnie w lewo, powinna być po prawej. Idę sprawdzić. Niestety pudło. Wracam więc po śladach i natykam się na odbiegającego od kapliczki Kwito. No tak- wystartował godzinę po mnie, a teraz mnie wyprzedza;-(
![]() |
| To czerwone to Kwito;-) |
To był ostatni PK. Zostało z 6 km do mety. Idąc przez Peclin widzę przed sobą jakiegoś piechura z plecaczkiem idącego w tym samym kierunku co ja. I to idącego ciut szybciej niż ja. Piechur dziwnie skręca w te same drogi co ja. Podejrzane. Za Peclinem zaczynam truchtać. Zbliżam się i rozpoznaję twarz widzianą na starcie. Znaczy konkurencja! Nie dam się! Przyspieszam do 5 min/km na ostatnie 3 km i nie daję się nikomu przegonić;-)
![]() |
| Meta! |
Podsumowanie: miejsce nr 5, czas nie rewelacyjny 8:30, 53 km.
![]() |
| Na deser: zupka - smaczna ale porcja niezbyt imponująca |













































