Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 października 2025

Niespodziewany trening dzienny z efektem zbliżonym do nocnego.

Myślałam, że sobotę mamy aż do wieczora wolną, a tu okazało się, że jest jeszcze i dzienny trening. Już nie wiem, czy Tomek mi specjalnie wcześniej o nim nie mówił, czy to ja wyparłam ten fakt, żeby się nie stresować. No, ale skoro jest trening, to trzeba pobiec, w końcu nie przyjechaliśmy na wakacje.
Mapy pobraliśmy w organizującym się centrum zawodów, a na start trzeba było podjechać kilka kilometrów. Dojście na start od samochodu było mocno pod górę i miałam wrażenie, że na sam trening po prostu braknie mi sił. Tak wyglądały pierwsze metry:
 
W BnO nie ma lekko.
 
W końcu wdrapaliśmy się gdzie trzeba i tym razem już znaleźliśmy prawdziwy start, co dawało nadzieję na lepszy początek niż w treningu nocnym.
 
Jest i lampion startowy.

Tym razem postanowiliśmy, że każde robi swój trening indywidualnie, szczególnie że pobraliśmy różne mapy - ja na trasę krótką, a Tomek na długą. Ponieważ jednak pierwszy punkt z Tomka trasy stał na azymucie do mojej jedynki, więc ten kawałek pokonaliśmy razem. Ja to dosłownie pokonałam, bo było pod górę, a to nie moja bajka. Z Tomka jedynki do swojej miałam już stosunkowo blisko i bardziej płasko, więc nastawiłam się na szybkie zaliczenie. Tymczasem szłam, szłam i szłam a lampionu nigdzie nie było widać. Czułam, że już jestem za daleko, ale nie chciało mi się wracać. Wreszcie gdzieś w oddali mignęło mi coś pomarańczowego. Niestety, przy lampionach nie było kodów, więc wcale nie byłam pewna, czy to mój punkt, a właściwie to byłam pewna, że nie, ale wmawiałam sobie, że tak.
Z tej teoretycznej jedynki ustawiłam azymut na dwójkę i ruszyłam. Powinnam była dojść do ogrodzenia, ale teren jakoś nie konweniował mi z mapą. Owszem, znalazłam jakiś lampion, ale w żaden sposób nie mogła to być dwójka. Minęłam punkt i poszłam dalej azymutem, bo innego pomysłu chwilowo nie miałam. W końcu doszłam do terenu odkrytego i już mniej więcej byłam umiejscowiona. Idąc brzegiem lasu natrafiłam na ambonę i teraz wiedziałam już dokładnie gdzie jestem, aczkolwiek nie byłam tam, gdzie być powinnam. Od ambony namierzyłam się na dwójkę, która stała w takich krzaczorach, że ciężko było wbić się w nie ze ścieżki. Co ja się nakombinowałam, żeby dotrzeć do lampionu bez większych strat w ludziach...
Trójkę, czwórkę i piątkę udało mi się znaleźć bez żadnych problemów, a przy piątce przypomniałam sobie, że nie włączyłam nagrywania trasy i nie będę mogła sprawdzić jak się błąkałam w poszukiwaniu jedynki i dwójki.
Według pierwotnego planu siódemkę i ósemkę miałam odpuścić i iść od razu na dziewiątkę. Po szóstce stwierdziłam jednak, że dam radę zebrać i te punkty i ruszyłam w stronę siódemki. Animuszu starczyło mi na kilkanaście metrów, potem rozsądek mi wrócił i zawróciłam. Dziewięć, dziesięć i jedenaście były już blisko mety, ale po drodze duch walki już mnie całkowicie opuścił i jedynym moim pragnieniem było dotarcie do mety. Pominęłam nawet dziewiątkę, koło której przechodziłam. Na końcówce zaliczyłam jeszcze dość ryzykowne zejście po śliskiej stromiźnie i już byłam blisko mety. Tomek czekał na mnie jeszcze przed metą, ale chyba dlatego, że to ja miałam kluczyki od samochodu:-)

Mało triumfalny powrót.

Trasy dziś Wam nie pokażę, no bo się nie nagrała. Niby coś tam próbowałam odtworzyć, ale przecież sama nie wiem, gdzie byłam.  A bardzo, bardzo jestem ciekawa co się działo między tomkową jedynką a moją dwójką.
A teraz pomyślcie jak czuje się człowiek po dwóch nieudanych treningach mając przed sobą Mistrzostwa Polski i perspektywę totalnego blamażu. No to właśnie tak się czułam.

czwartek, 7 sierpnia 2025

Trening w Markach, czyli jak mi przegrzało mózg.

Zapowiadała się posucha w BnO, a tu Aleks zrobił kolejny trening w niedzielę i to do tego w sąsiednich Markach, więc prawie w domu. Z powodu małej ilości chętnych (wiadomo - wakacje) trening był w wersji oszczędnościowej - bez stacji bazowych i czipów, bez pomiaru czasu, nawet prawie bez perforatorów, bo tylko gdzieniegdzie były. Grunt, że lampiony wisiały - co prawda bez kodów, ale kody są dla cieniasów.
Tym razem wybraliśmy się we trójkę - ja, Tomek i Agata. Tomek na trasę długą, my na średnią. Z tą średnią to nas Aleks trochę wykiwał, bo w ogłoszeniu było, że będą 4 km, a na mapie było już napisane 4,7. A wiadomo, że realnie wyjdzie jeszcze więcej. Do tego dzień był wściekle gorący, a trening niemal w samo południe.
 
Przed startem.
 
Start w terenie nie był niczym oznaczony, więc na podstawie mapy trzeba była zorientować się gdzie zacząć. Tomek dla ułatwienia życia innym zrobił na ścieżce kreskę podpisaną: start. My z Agatą i tak musiałyśmy dobiec do skrzyżowania, więc dokładny start nie był nam potrzebny.
 
Ruszamy.
 
Tak w sumie to do jedynki mogłyśmy się siłować z azymutem, ale po co? Ścieżka to ścieżka i jak się da to warto skorzystać. Z jedynką nie miałyśmy problemów, za to dwójki trochę się bałam, bo na mapie widniał zielony krzyżyk na zielonym tle, bez żadnych miejsc charakterystycznych. O dziwo, trafiłyśmy bezbłędnie.
Do trójki już musiałyśmy cała drogę nawigować na azymut, ale też wyszłyśmy na lampion. Coś mi się jednak ta trójka nie podobała. Obok lampionu stała budowla - niby szałas, niby ziemianka, a na mapie nic nie było zaznaczone.
 
 Konstrukcja przy PK 3.
 
Ale nic to, namierzyłyśmy się na czwórkę i ruszyłyśmy. Po chwili wyszłyśmy na ścieżkę, a mi się ubzdurało, że ścieżki absolutnie nie powinno tam być, bo ścieżka jest za czwórką. Nie wiem jakim cudem nie dojrzałam ścieżki na mapie. Zarządziłam odwrót i uznawszy, że znaleziony lampion to czwórka, zaczęłam szukać trójki. Agata najpierw delikatnie, potem coraz gwałtowniej protestowała przeciwko moim poczynaniom i w końcu udało się jej przekonać mnie, że jednak jesteśmy w dobrym miejscu. Jak już mnie przekonała, to nawet zaginioną ścieżkę nagle dojrzałam na mapie. Najwyraźniej z tego upału zaczęły mi się przepalać zwoje mózgowe, bo nie wiem czym tłumaczyć takie zaćmienie umysłu.
 
Trójka, czy nie trójka?
 
W tajemnicy Wam powiem, że tak do końca byłam pewna trójki dopiero gdy znalazłyśmy czwórkę i wszystko tam się zgadzało. Jednak kody to duże ułatwienie, szczególnie w takich niejasnych sytuacjach. 
Kolejne punkty już wchodziły bezproblemowo, szczególnie, że wzmogłyśmy czujność - ja w nawigacji, a Agata w kontrolowaniu moich poczynań:-)
Z ósemki do dziewiątki był długaśny przebieg i postanowiłyśmy ile się da korzystać z dróg i ścieżek, nawet jeśli wychodziło nam naokoło. Ale za to miałyśmy plan biec tymi drogami i ścieżkami, bo po lesie poruszałyśmy się statecznym marszem. No dobra, tego biegu wystarczyło nam na jakieś dwieście metrów, ale zawsze coś. Kiedy wreszcie dotarłyśmy do dziewiątki znowu coś przestało mi się podobać. Zaniepokoił mnie rów, który był coś za blisko lampionu, ale pomna kompromitacji przy trójce nic już nie marudziłam, tylko namierzyłam nas na dziesiątkę i ruszyłyśmy. No i tu już napotkana ścieżka na pewno nie powinna się znajdować w tym miejscu. Agata zgodziła się ze mną, że coś nie gra i wróciłyśmy poszukać prawdziwej dziewiątki. Dużym ułatwieniem był rów, który doprowadził nas we właściwe miejsce.
 
 Miedzy PK 9, a PK 10 stał punkt stowarzyszony:-)
 
W lesie rosły taaaakie paprocie!
 
Kilka kolejnych punktów znowu zdobyłyśmy brawurowym marszem po azymucie i dopiero od trzynastki mogłyśmy wrócić na ścieżki. No i tu mnie poniosło. Postanowiłam biec i to tak, że Agata została gdzieś hen w tyle, bo ona nie miała takich absurdalnych postanowień. Tak biegłam i biegłam i planowałam, w którą ścieżkę najlepiej skręcić, żeby znaleźć się na drodze z czternastką. Postanowiłam wycelować w tę koło cyfry 9 na mapie. Oczywiście, że pochrzaniły mi się odległości i weszłam w tę powyżej, ale z pełnym przekonaniem, że wyjdę tuż koło punktu. Znowu z opresji wyratowała mnie Agata, która w międzyczasie mnie dogoniła i pokazała na mapie, gdzie jesteśmy. Normalnie chyba mózg mi odparowało z tego gorąca.
 
Nie to skrzyżowanie.
 
Po czternastce została nam już tylko pętelka 15-16-17-18 w pobliżu mety i na szczęście z tymi punktami nie miałyśmy żadnych kłopotów. Co prawda od osiemnastki mogłyśmy mądrzej odejść, ale pokićkały mi się kółeczka, bo podpisy do punktów były tak daleko od kółek, że ciężko było zgadnąć który jest do którego i jedynkę wzięłam za osiemnastkę. Nie miało to większego znaczenia dla dotarcia do mety, jedynie zrobiłyśmy parę metrów więcej.
 
"Podbijam" metę.

I na koniec znowu wspólna fotka.
 
Nasz przebieg, czy raczej przemarsz.
 

piątek, 1 sierpnia 2025

Trening w Nieporęcie, czyli lekko, łatwo, przyjemnie i powoli.

Wiecie, że od Wawel Cupu aż do ubiegłej niedzieli nie biegałam na orientację? Nie było w okolicy żadnych zawodów, a jak się jedne trafiły, to akurat miałam już inne plany. Ta posucha chyba i innym dała się we znaki, bo Aleks zdecydował się zorganizować trening w Nieporęcie.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, punkty jeszcze się wieszały, więc musieliśmy chwilę poczekać. W międzyczasie Aleks opowiadał o wycinkach, których nie ma zaznaczonych na mapie, bo i jego zaskoczyło, co dzieje się w lesie. Trochę spieszyło nam się na trasę, bo zapowiadali deszcze i burze i woleliśmy skończyć przed tymi atrakcjami.
Start podbijaliśmy w bazie na parkingu, ale lampion startowy stał daleko, daleko - chyba z 600 metrów dalej. Takiego dobiegu do lampionu startowego to jako żywo nigdy nie widziałam.

Start z bazy.

Razem z Tomkiem dobiegliśmy do tego realnego startu i tam już nasze drogi się rozeszły, a nawet rozbiegły.
 
Chwila zastanowienia, w którą stronę...

Punkt pierwszy stał w pobliżu ścieżki, ale żeby wiedzieć, kiedy z niej zejść w las, umyśliłam sobie, że będę liczyła dwukroki, żeby wymierzyć odległość. Dwukroki na zawodach biegowych... Ale ostatecznie kto mi zabroni robić głupie rzeczy? Szczególnie, jeśli te głupie rzeczy działają. I to dobrze.
Dwójka była daleko, nic egzotycznego nie udało mi się wymyślić, więc pobiegłam po prostu po kresce. Sprawdziło się równie dobrze jak dwukroki i na punkt wyszłam idealnie. Przy trójce spotkałam Tomka, a potem kawałek biegliśmy razem w stronę czwórki, ale ja wybrałam wariant całkiem drogowy, a Tomek mieszany.
 
Przy PK 3

 
W drodze na PK 4

 
 Mój wariant drogowy.

Przy piątce ponownie spotkałam Tomka, więc krótka sesja zdjęciowa musiała się odbyć. Bo wiadomo, że co się nie dobiega, to można próbować dowyglądać.

Przy piątce  jedna z niespodziewanych wycinek.

Ponieważ teren był taki jak lubię, czyli płasko z niewielkimi odchyłkami w górę lub dół, to łatwo leciało się po kreskach i tak też zaliczałam kolejne punkty. Lampiony na ogół były z daleka widoczne, więc nawet jeśli mnie gdzieś odrobinę zniosło, to mogłam już z odległości reagować. Ponieważ było parno, gorąco i duszno to biegowo raczej się nie wysilałam, ot taki bardziej rekreacyjny spacer. Były też takie fragmenty lasu - przebieżne, czyste, równe, że aż nogi same rwały się do biegu. No to wtedy biegłam. Gdzieś tam jeszcze pod koniec trasy spotkaliśmy się z Tomkiem, ale tak z daleka, więc tylko pomachaliśmy sobie i każde poleciało na swój punkt. Obydwoje zdążyliśmy przed deszczem, a kropić zaczęło, kiedy już wracaliśmy do domu. 
Do następnego biegania pewnie znowu trzeba będzie sobie poczekać, no bo wakacje, to i zawodów lokalnych nie ma. Ale spoko - wytrzymam. 
 
Taka bezproblemowa traska.
 

wtorek, 17 czerwca 2025

Trening w Sulejówku, czyli nie jest dobrze.

Od Bukowej Cup nie biegałam na orientację, a i bez orientacji chyba tylko raz, więc uznałam, że pora zacząć trenować przed Wawel Cup, który tuż, tuż. No to w związku z tym w ubiegły czwartek dałam się namówić na wypad na trening do pobliskiego Sulejówka. Miały być krótkie i łatwe trasy dla dzieci i "normalne" dla regularnych bno-wców.
Sprężyliśmy się po pracy i na start dotarliśmy na 17.30 - tak, jak było napisane w informacjach o zawodach. Tymczasem na sulejowskich Gliniankach zastaliśmy... No, właściwie nic nie zastaliśmy, bo organizatorzy byli jeszcze w totalnej rozsypce. Ale nic to - teren dostarczał tylu innych atrakcji, że było się czym zająć i przyjemnie zrelaksować przed biegiem.

Mini park linowy - akurat mój poziom.

Po rozrywce na chybotliwych drabinkach obejrzeliśmy sobie start, który w międzyczasie ustawili organizatorzy.

Przymiarka do startu.

I jeszcze strzeliliśmy sobie pamiątkowego selfika.
 
 To my. W tle instruktaż dla nowicjuszy.
 
Wreszcie wszystko było gotowe i ruszyłam na pierwszy punkt. Punkt blisko, w lasku, za zakrzaczoną dziurą. Podbiłam i już miałam lecieć dalej, ale zatrzymał mnie jakiś dzieciak. 
- Pomoże mi Pani? Gdzie mam teraz biec?
I jeszcze tak patrzy i patrzy w oczy z nadzieją, że coś poradzę. No to co było robić? Obejrzałam jego mapę, ustaliłam kierunek, pokazałam, w którą stronę i dopiero ruszyłam.
Punkt drugi na boisku, na trybunach. Już raz tam kiedyś był, a ponieważ wtedy mnie totalnie skołował i długo go rozgryzałam, więc teraz miałam bardzo dobrze zakodowane co i jak. Poleciałam, podbiłam, odwróciłam się i zobaczyłam Tomka. Stał w połowie trybun i wydawał się z lekka zdezorientowany.  No coś mu się popitoliło i był przekonany, że lampion ma wisieć w połowie trybun, a nie na końcu. Pokazałam palcem gdzie i ruszyłam na trójkę. Gdybym nie była ślepotą, to pewnie zauważyłabym na mapie drugie wyjście poza teren boiska, znacznie skracające drogę na trójkę. Ponieważ jednak nie zauważyłam pobiegłam naokoło. Czwórka znowu na terenie należącym do boiska i w efekcie biegałam wzdłuż ogrodzenia kilkakrotnie jak jakaś szurnięta. 
 
 Tam i z powrotem. Tam i z powrotem.
 
Piątka i szóstka stały w nieco dzikszej części parku, w krzaczorach, a siódemka była w zupełnie przeciwległej części mapy. Ponieważ po drodze była alejkowa część trasy, blisko startu, więc znowu kilkakrotnie ratowałam początkujących zawodników, bo przecież dziecku nie odmówisz. Ponieważ czas przestał już mieć znaczenie, a do tego odwykłam od biegania i ciężko mi to szło, więc w zasadzie odpuściłam i dalej leciałam sobie już tylko rozrywkowo. Tak prawdę mówiąc to chwilami nie było tak do końca rozrywkowo, bo z nawigacją strasznie słabo mi szlo. Niby się nie gubiłam, ale ile musiałam nagłówkować, żeby gdziekolwiek trafić.... Regres totalny.
Tak długich przebiegów jak z szóstki na siódemkę już nie było, za to pomocy zdarzyło mi się jeszcze  udzielać. Truchtałam już całkiem lajtowo podbijając mozolnie kolejne punkty, a było ich aż dwadzieścia. Do niektórych biegłam lepszym, do innych gorszym, a czasem głupim wariantem, ale grunt, że skutecznie.

W drodze na PK 20 - ostatni.
 
I szczęśliwie dobrnęłam do mety.
 
Dobrze, że to był tylko trening, a nie poważne zawody, to mogę sobie wmawiać, że mniejszy obciach. Trzeba jednak trenować, nie obijać się.

Gps tak średnio sobie poradził - dostosował się do mnie:-)

czwartek, 10 kwietnia 2025

Trenujemy na ostatnich ZZK , a Tomek trenuje jeszcze szerzej niż wskazuje mapa.

Mistrzostwa mistrzostwami, ale trenować też trzeba. W sobotę odbyły się ostatnie w tym sezonie Zimowe Zawody Kontrolne, czyli właśnie taki trening. Nawet pogoda dostosowała się do nazwy i zrobiło się zimno. Że niby jednak zimowe te zawody. 
Trasy były dość długie - na mojej średniej 5 km, ale nie wypadało zapisywać się na najkrótszą.  Zresztą ostatnio dobrze mi się biegało na longu, to co to jest 5 km?

Szykujemy się do startu

I ruszam w las.

Na jedynkę ruszyłam ścieżką, ale bardzo szybko musiałam się z nią rozstać, bo jakoś nam było nie po drodze. Szkoda. Ponieważ trochę z tym zwlekałam, to musiałam w terenie odnaleźć kreskę, którą zostawiłam gdzieś po prawej stronie. Na szczęście w terenie były punkty na tyle charakterystyczne, że kreskę odnalazłam i na punkt wyszłam idealnie.
Kreski już nie porzucałam i biegłam nią na dwójkę, ale kawałek przed dwójką zauważyłam lampion. W sumie od razu wiedziałam, że to jeszcze nie mój, ale nie mogłam się oprzeć potrzebie sprawdzenia i upewnienia się i podbiegłam do niego. No i faktycznie nie był mój. Z dwójki na trójkę po linii, bez problemów. Zresztą blisko było, to żaden wyczyn. Czwórka była jeszcze bliżej, to nie ma nawet o czym mówić.
Tak prawdę mówiąc, to i o kolejnych punktach nie ma co mówić, bo wszystkie wchodziły gładko, większość po kresce, a do tego - o dziwo - biegło mi się bardzo dobrze, nawet jeśli było pod górkę. Normalnie sielanka.
Przy jedenastce spotkałam Tomka. Bardzo zdegustowanego Tomka, bo na jedynkę biegł coś około 30 minut. I ho, ho, ho - co też on po drodze zwiedził... nawet na mapie tego nie ma:-) I w zasadzie to on powinien napisać relację ze swojego biegu, ale coś mi się wydaje, że mu trochę wstyd, bo kategorycznie odmówił:-)

PK 11

Po jedenastce przeniosłam się na zachodnią stronę mapy, za drogę, przy której był start i meta. No i tam już mi poszło odrobinę gorzej. Do dwunastki zniosło mnie w lewo (tak - w lewo, a nie w prawo), ale nie na tyle, żeby nie wypatrzyć lampionu. Trzynastka  - ok, ale czternastkę skrewiłam. Zniosło mnie, tym razem prawidłowo, w prawo i minęłam punkt. Szukałam za daleko i już mnie desperacja zaczynała ogarniać. No bo tak dobrze żarło i zdechło. Żal. Już się nawet skonsultowałam z jakimś zawodnikiem, ale on też nie znalazł jeszcze. W końcu stanęłam i zaczęłam obserwować, gdzie w lesie jest największy ruch w okolicy. Bingo! Poszłam i lampion był.

Błądzenie przy czternastce.

Przy piętnastce już bardziej pilnowałam azymutu, więc poszło. Szesnastka też dobrze, choć przed punktem oglądałam też inne karpy, ale prawie po drodze. Przy osiemnastce znowu spotkałam Tomka i mam fajną fotkę.

Uciekam z PK 18.

Ostatnie dwa punkty po kresce i wreszcie meta. Żeby nie czternastka, to byłabym całkiem z siebie zadowolona, a tak to lekki niedosyt. Ale cóż - nikt nie jest doskonały. Nawet ja. Ale co ma dopiero powiedzieć biedny Tomek. Nie pamiętam kiedy mu się zdarzyła taka wpadka, żeby wyjść poza mapę.
Poniżej mój ślad. Tomkowego wolę nie pokazywać:-)


czwartek, 19 września 2024

Trening u Aleksa na luzie.

Ja coś marudziłam, że w Popowie było długa trasa? Bzdura. Długa trasa to była następnego dnia u Aleksa - ponad pięć kilometrów. Niby mogłam zapisać się na trasę A zamiast B, ale jakoś głupio mi było. W końcu taka początkująca to nie jestem.
Oczywiście znowu było gorąco, więc założenia obowiązywały takie, jak dzień wcześniej - spacerkiem do mety. 

Szykujemy się do startu.

I start.

Zgodnie z założeniami minimalizowania wysiłku na jedynkę postanowiłam  pójść wygodnie ścieżkami, a nie przez zielone i podwyższone. Może i dalej, ale przypuszczam, że i tak szybciej, szczególnie, że chwilami nawet biegłam.
 

Dwójka też po ścieżkach, bo to nawet logicznie wychodziło, a po co działać wbrew logice? Za dwójką skończyły się ścieżkowe możliwości, ale las był przebieżny, teren w miarę płaski, a lampiony powieszone tak, że widać je było z daleka. Przynajmniej większość. Od samego początku na tej trasie czułam się dużo lepiej niż poprzedniego dnia. Jakoś wszystko wydawało mi się przejrzyste i klarowne. I w sumie tak było, w efekcie leciałam po kreskach, nic mnie nie znosiło i wychodziłam idealnie na punkty. Sielanka trwała do PK 11, czyli całkiem długo. Połowę odcinka między dziesiątką a jedenastką leciałam po kresce (z górki nawet było), a potem nagle zachciało mi się w lewo. Po co? Nie mam pojęcia. Oczywiście rozminęłam się z punktem, doszłam do drogi, której nie powinnam przekraczać i musiałam wracać. Na szczęście cały czas byłam blisko punktu i tylko należało go wyczesać. Namierzyłam się ze skrzyżowania i poszło ok.
 
PK 11

Z dwunastką zrobiłam podobny manewr, tyle, że minęłam ją z prawej, a nie lewej, no i w bliższej odległości. I też sobie od razu poradziłam, więc spoko.
Kolejne dwa punkty weszły już bezproblemowo, a na mecie czekał Tomek i dopingował mnie, żebym nie dała wyprzedzić się Januszowi. Tak się sprężyłam, że aż biegłam ile fabryka dała.
 
Meta.
 
Mimo, że trasa była dłuższa niż poprzedniego dnia, to jakoś lepiej się na niej czułam - i biegowo (tak, tak - chwilami biegałam) i nawigacyjnie.
A tak wygląda mój cały przebieg:
 


sobota, 10 sierpnia 2024

KOS Azymut jak zawsze czujnie zapełnia luki w zawodach.

Znowu letnią posuchę w lokalnych bno przerwał KOS Azymut organizując trening w Legionowie. Zaczęliśmy od problemów z trafieniem do bazy zawodów, bo Tomek jechał na pamięć, a tymczasem baza była jakieś dwie ulice dalej. Jak to od samego początku trzeba się pilnować.

Szukamy zawodów:-)
 
Nie wiem co mnie podkusiło, ale wybrałam trasę pięciokilometrową i wcale to nie była trasa najdłuższa. Wzięłam sobie na trasę bidon z wodą, a nawet zastanawiałam się, czy nie zrobić kanapek i nie wziąć namiotu. 
Momentu startu nie pokażę, bo co prawda Tomek nagrał, ale przy zgrywaniu z kamery plik się popsuł i nie ma. Musicie więc uwierzyć na słowo, że wystartowałam.
Przed jedynką spotkałam Hanię, która startowała przede mną, ale nie mogła namierzyć pierwszego punktu i błąkała się po lesie. Razem odbiłyśmy jedynkę i dwójkę i już się bałam, że jesteśmy na siebie skazane na resztę trasy. Nie żebym coś miała do Hani, ale obie wolimy biec samodzielnie. Ponieważ jestem trochę wolniejsza, ciągle czekałam, żeby mnie wyprzedziła, a widząc, że Hania wybiera wariant ścieżkowy, ja właziłam nawet w największe krzaki, żeby mieć trasę autorską. Podziałało, bo po jakimś czasie  już przestałyśmy się spotykać.
Trasa nawigacyjnie była łatwa, zresztą w ogóle była łatwa, bo ani górek, ani jakiś szczególnych przeszkód po drodze nie było. Jedynie daleko i gorąco. Oczywiście głównie leciałam na azymut i nie chwaląc się - po kreskach. Przed ósemką byłam już tak zmęczona, że z powodu byle patyka pod nogami grzmotnęłam jak długa, gubiąc przy okazji bidon z wodą. Zorientowałam się na tyle daleko, że nie kalkulowało mi się wracać, choć wizja braku wody z lekka mnie przerażała.
Przy dziesiątce spotkałam Tomka i od razu wyżaliłam się na okoliczność straty. Okazało się, że Tomek dopiero będzie miał ten punkt, więc rozejrzy się za bidonem. Oczywiście mojej sytuacji braku wody nic to nie zmieniało, ale może chociaż bidon by się dało odzyskać.

PK 10
 
Ponownie spotkaliśmy się przy piętnastce i Tomek triumfalnie dzierżył w dłoni moją wodę. Co prawda połowę wypił, ale zawsze parę łyków zostało i uratowało mi życie.

Co za ulga!
 
Do mety zostały jeszcze tylko trzy punkty, więc pełna optymizmu ruszyłam dalej. Przy siedemnastce coś zaczęło mnie smyrać po żołądku. Smyrało coraz mocniej i mocniej. A do osiemnastki było tak bliziutko. Niestety, po kilku krokach w stronę drogi (gdzie postanowiłam sobie umrzeć, tak żeby mnie łatwo było znaleźć) nie dałam rady i musiałam się położyć. Ja sobie leżałam, a czas płynął. W końcu ogarnęłam się trochę i ruszyłam dalej. Ale nie, nie w poszukiwaniu osiemnastki, tylko bardziej ustronnego miejsca niż azymut między dwoma punktami. Efekt był taki, że zrobiłam, co należało nie na swoim azymucie, tylko azymucie trasy C. Cha, cha. Teraz lekka jak piórko mogłam szukać osiemnastki, tylko z tego wszystkiego nie bardzo wiedziałam, gdzie jestem. Wyszłam więc na drogę, doszłam do mety (gdzie czekał Tomek z kubkiem wody w garści) i stamtąd dopiero namierzyłam się na osiemnastkę, po czym wróciłam na metę. Głupio mi ta końcówka wyszła, no ale różnie się w życiu (w rzyci) zdarza. Straciłam 12 minut na końcówce, ale i tak najważniejsze, że w ogóle dotarłam.
Następnym razem będzie lepiej!
 
Meta.
 
Po biegu.

Moja trasa.
 

środa, 31 lipca 2024

Trening w Wołominie, czyli sztafeta jednoosobowa.

Odpoczęliśmy po Wawel Cup i od razu zaczęliśmy się rozglądać za kolejnymi zawodami. Jak na zawołanie pojawił się "Trening w Wołominie", czyli zawody tuż za miedzą, więc oczywistym jest, że skorzystaliśmy. Zawody, czy raczej trening, miał nieoczywistą formułę, bo była to sztafeta jednoosobowa. Czyli jedna osoba biegła dwie trasy - tam gdzie kończyła się pierwsza trasa, tam zaczynała się druga. Dobrze, że już biegałam takie kombinacje, to nie było zdziwka.

Mapy pobrane, idziemy na start.

Jeszcze muszę złapać gpsa.

Na starcie miałam dwie opcje - albo do pierwszego punktu pobiec drogą, koło bazy zawodów, a potem ścieżką niemal na miejsce, albo na azymut. Stałam przy tym starcie, kontemplowałam mapę, Tomek mnie poganiał i oczywiście wybrałam trudniejszy wariant, czyli na azymut. 
Już w samym starcie widać to moje niezdecydowanie:

Ostrożny start.

Szybko pożałowałam wyboru wariantu, bo las był mało przebieżny i strasznie zabałaganiony, no ale przecież nie będę się wycofywać. Do dwójki spokojnie dało się ścieżkami i w sumie do trójki też można było, ale nie skorzystałam. Czwórka metodą mieszaną, a piątka znowu ścieżkowo. Jak na razie szło dobrze, choć trzeba było być czujnym, bo nie na wszystkich punktach wisiały lampiony, a samą stację łatwo przeoczyć. Z szóstką miałam lekki problem, bo byłam przekonana, że punkt ma być na górce, a był na polanie, czyli w krzakach poniżej górki. Nie tylko ja dałam się na to nabrać, bo ze mną jeszcze dwie osoby szukały na górce. Tak to jest jak się na mapę tylko rzuca okiem, a nie czyta uważnie.
 
Prawie na górce.
 
Siódemka banalna, po drogach, ósemka na końcu rowu i prawdę mówiąc niewiele brakowało żebym się z tym rowem rozminęła, bo mnie ciut w lewo zniosło. Ale udało się.
Dziewiątka była ostatnim punktem pierwszej mapy i jednocześnie startem drugiej. Dziesiątka była piątką z pierwszej mapy, więc już wiedziałam gdzie szukać, a był to punkt bezlampionowy, więc ułatwiało.
Na jedenastce poległam po całości. Ludzie, co ja się tam nakombinowałam. Leciałam z nastawieniem, że łatwizna i trochę się zdziwiłam, że nie znalazłam od pierwszego kopa. Ale nic to, podeszłam drugi raz. Znowu nic. Obejrzałam mapę i... przestało mi się zgadzać. W terenie były dwie ścieżki prowadzące na dół, na puste pole, na mapie już ich nie było. Jakoś tak mnie to skołowało, że zupełnie nie wiedziałam co zrobić. Po przetrząśnięciu całej górki, w akcie desperacji postanowiłam poczekać na innych zawodników i podpatrzeć, co zrobią. Jak na złość nikt nie nadbiegał, więc z nudów jeszcze raz przeszłam się po okolicy. Opłaciło się, bo znalazłam dwunastkę. Namierzyłam się od niej i... znowu nic nie znalazłam:-(. Wróciłam, namierzyłam się ponownie i znowu nic! Teraz to już wiem, że dwunastka źle stała i namierzanie się od niej było jak wróżenie z fusów, ale wtedy wciąż miałam nadzieję. Jedenastkę znalazłam zupełnym przypadkiem, po ponad dwudziestu minutach poszukiwań. Stała sobie na zboczu, w gęstych krzaczorach i oczywiście bez lampionu, więc była niemal niewidoczna.

Wredna jedenastka.

Trasę do dwunastki miałam już obcykaną, więc wzięłam ją od pierwszego kopa. Tuż przed trzynastką spotkałam Tomka, który na mapie bez dróg usiłował zlokalizować swój punkt, a wraz z nim plątali się jeszcze inni zawodnicy. Dobry człowiek jestem, to pokazałam im gdzie są, po czym oni poszli w swoją stronę, ja w swoją.
 
Przed PK 13
 
Czternastkę przeszłam, ale tylko parę metrów, za to szesnastkę już ciut więcej. Znalezienie karpy w gęstym zarośniętym lesie, gdzie leży mnóstwo powalonych drzew nie jest takie łatwe, jak by kto myślał. Gdzieś miedzy drzewami mignęła mi koszulka Tomka, ale już nie wołałam za nim, tylko poszłam do miejsca skąd się wyłonił i w końcu namierzyłam szesnastkę. A potem już tylko meta.

PK 16
 
Cóż, nie mogę powiedzieć, że byłam zadowolona z tego treningu, bo w sumie jedyne co potrenowałam to samozaparcie, żeby nie zrezygnować przy jedenastce. I wcale nie pociesza mnie fakt, że trafiły się osoby, którym trasa zajęła jeszcze więcej czasu.

Mapa pierwsza

Mapa druga