Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Sobieskiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Sobieskiego. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2024

Noc trwająca dłużej niż powinna czyli 360 Wariantów #5

360 Wariantów to cykl biegów nocnych. Do tej pory trafiałem na edycje miejskie lub prawie miejskie. Tym razem nadszedł czas na zawody w pełni leśne. Las niby znany – Las Sobieskiego. Tyle że to ten kawałek, w którym nic nie ma poza krzakami. Nawet za dnia ciężko trafić na dołek ukryty w gęstwinie dla dzików….. Ale trasa niedługa (6,43km) więc powinno dać się przeżyć – tak myślałem jadąc na start. 

Jak się cieszą organizatorzy z ustawienia PK w lesie...
Na starcie cisza i spokój – jeszcze niewiele osób przybyło do Wesołej. Dopełniłem formalności i ruszyłem na start oddalony o ponad 100 metrów. Znalazłem clear i pobiegłem po mapę. Po chwili ruszyłem. Pognałem ścieżką w kierunku PK 1, potem skręciłem w lewo i po chwili wbiłem się w krzaki szukając dołka z lampionem. No cóż, była granica kultur, nawet był jakiś dołek bez lampionu. Rozpocząłem krążenie w poszukiwaniu celu. Wokoło przybywało światełek krążących podobnie jak ja bez celu, a niby w jego poszukiwaniu;-) W moich poszukiwaniach cofnąłem się prawie do drogi i dzięki charakterystycznej górce i dołkom namierzyłem się na PK 1. Tyle, że chip coś nie chciał zapikać jak powinien. Uświadomiłem sobie, że nie odbiłem checka, a może nawet i startu. Nie zostało mi nic innego jak zrobić zwrot w tył i wrócić na start. Tak nadrobiłem 1400 m – dobra, powiedzmy, że to rozgrzewka. 

Tym razem dokładnie robiąc clear/check/start ruszyłem znowu w trasę. „Wściekłość zaślepiła mnie” jak to się mówi i ruszyłem nie tą ścieżką co trzeba. Oczywiście nie zadawałem sobie z tego sprawy, tylko dziwiłem się lekko, czemu ta ścieżka jest taka „niewyraźna” w terenie i ginie gdzieś w krzakach prowadząc w niezbyt właściwym kierunku. Nie było już sensu po raz trzeci wracać się na start, więc obrałem azymut i ruszyłem przez krzaki. Azymut jak to azymut – w efekcie w krzaki z dołkiem PK 1 wbiłem się za wcześnie, choć wydawało mi się że jestem w dobrym miejscu. Chwila szukania (znowu w doborowym towarzystwie), ale wreszcie dostrzegłem znajome wgłębienie z lampionem. 

No zapowiada się nieźle – jeśli każdego lampionu będę tyle szukał… 

PK 2 przebiegłem, bo mnie coś zniosło na prawo, dlatego dalej ruszyłem ścieżką. Wkroczyłem na obszar scorelaufu. Nie wiem czy wybrałem wariant optymalny, ale wolałem taki, gdzie łatwo się namierzyć z charakterystycznego miejsca na lampion. Najpierw wbiegam na górę po PK 71, potem już bezpiecznie ścieżką na PK 42, a potem 73. Dalej trzymając się ścieżek do PK 74. PK 75 na azymut. Trafiłem idealnie, choć sam lampion stał „na niczym” – jakaś górka, która w terenie po nocy jest niezauważalna. Także na PK 76 trafiłem bez problemu. Poczułem się uskrzydlony. PK 42 i PK 44 umocniły mnie w moim samozadowoleniu. Jedyny zgrzyt to kolejność zaliczania PK – na początku spojrzałem, że „wylot” ze scorelaufu jest na dole mapy, ale jak spojrzałem dokładniej był to DRUGI wylot ze scorelaufua. Tak drugi, bo wredny budowniczy wymyślił, że scorelauf przebiegniemy dwa razy: raz pomiędzy PK 2 a PK 12, a drugi pomiędzy PK 17 a PK 27. To co na mapie wziąłem za „wylot” ze scorealfa to był PK 17… Słowem trochę nadrobiłem kilometrażu, ale za to porządną drogą. 

Do PK 12 starałem się biec jak najdalej drogą, a potem przebieżnym (w/g mapy) lasem. Wiadomo – w świetle latarek prawie każdy las jest nieprzebieżny, a na tej mapie „białe” nie oznacza braku zarośli – są po prostu ciut mniejsze;-) W każdym razie na PK 12 trafiłem bezbłędnie, co mnie aż zdziwiło. Skoro tak, to PK 13 powinno być łatwizną. Pamiętam te dołki z jakiegoś Teamowgo biegania- za dnia szukało się dość długo. Ale co tam, jestem mistrzem kompasu! Idę, lezę, przedzieram się przez krzaki zapatrzony w kompas. Odległość jest, ale nie ma nic, co by zwiastowało obecność punktu, albo choć mniej zielonego koloru na mapie. Nic z tego. Zrezygnowany obieram azymut na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja!) zresztą tam są jakieś światełka. W najgorszym razie dotrę na PK 1 i z niego się namierzę. Wcześniej spotykam grupę poszukujących mojej trzynastki – oni wskazują zupełnie inny kierunek gdzie ich zdaniem może ukrywać się lampion. Oczywiście błędny;-). Wpadam na dołek, jeden, drugi, trzeci, sprawdzam na mapie jest takie miejsce, całkiem niedaleko od PK 13! Jestem w domu! Za chwile mam poszukiwany lampion! 

PK 14 jest niedaleko, ale znowu w środku zielonego. Znowu się przedzieram, lezę, chaszczuję. Napotykam jakiś dołek bez lampionu. Nie ma na mapie żadnych innych dołków w okolicy gdzie powinienem być. Jestem trochę zdezorientowany. Idę przed siebie – najwyżej odmierzę się od ścieżki. Trafiam na kolejne dołki – o takie coś jest na mapie! Znajduję wreszcie PK 14. 

Teraz musi być lepiej. Biegnę na kolejny PK 15. I na koniec znowu go nie znajduję. Jakiś tramwaj z psami czesze teren wokoło. Wiadomo, tramwaj szybciej przeczesz teren i oni znajdują. Stanowczo koniec biegania na azymut! Na szczęście PK 16 i PK 17 są przy drogach. Po raz dugi wbiegam na scorelauf. Powinno być łatwiej, bo raz już to przebiegałem. Zaliczam po kolei PK 43, 44, 73, 74, 77 praktycznie drogami. Na PK 75 niewielki odcinek na azymut – jakieś 150 m. I tu zaczyna się tragedia godna pióra Szekspira. 

Oczywiście nie znajduję lampionu. Ze śladu wynika, że przebiegłem 10 m od niego. Pewno z tej strony akurat odblask był niewidoczny. W każdym razie przebiegłem i po chwili poszukiwań ruszyłem na PK 76, by z niego precyzyjnie odmierzyć się na poszukiwany lampion. Odmierzałem się precyzyjnie, ale cóż z tego – nie trafiłem. Im bardziej szukałem lampionu, tym bardziej nie mogłem go znaleźć. Chwilami miałem wizję, że zostanę w tym lesie, aż organizatorzy przyjdą zbierać lampiony i wtedy mnie uratują…. Potem jeszcze raz wróciłem na PK 76 i po raz kolejny próbowałem się bezskutecznie namierzyć. Wreszcie zbiegł ktoś z góry (z PK 71) i jakoś wspólnie znaleźliśmy lampion. 

Poszukiwanie PK 75 (ten drugi scorelauf)
Zniechęcony pobiegłem dalej. Asekuracyjnie. 

Przy PK 28 spotkałem Malwinę. Ona jakoś tak wystartowała chwilę po mnie (tzn. po moim drugim starcie). Była zdziwiona trudnością trasy (podobnie jak i ja, choć może to nie trudność trasy, tylko marny zawodnik ze mnie:-). Oj, marny będzie mój wynik. Razem dobiegliśmy do mety, którą także chwilkę trzeba było szukać. 

Z falstartem, z nominalnych 6,3 km wyszło mi… ponad 12. Aż strach pomyśleć co wyszło by mi z trasy dłuższej np. 9-cio kilometrowej;-) 


 

 

czwartek, 19 września 2024

Trening u Aleksa na luzie.

Ja coś marudziłam, że w Popowie było długa trasa? Bzdura. Długa trasa to była następnego dnia u Aleksa - ponad pięć kilometrów. Niby mogłam zapisać się na trasę A zamiast B, ale jakoś głupio mi było. W końcu taka początkująca to nie jestem.
Oczywiście znowu było gorąco, więc założenia obowiązywały takie, jak dzień wcześniej - spacerkiem do mety. 

Szykujemy się do startu.

I start.

Zgodnie z założeniami minimalizowania wysiłku na jedynkę postanowiłam  pójść wygodnie ścieżkami, a nie przez zielone i podwyższone. Może i dalej, ale przypuszczam, że i tak szybciej, szczególnie, że chwilami nawet biegłam.
 

Dwójka też po ścieżkach, bo to nawet logicznie wychodziło, a po co działać wbrew logice? Za dwójką skończyły się ścieżkowe możliwości, ale las był przebieżny, teren w miarę płaski, a lampiony powieszone tak, że widać je było z daleka. Przynajmniej większość. Od samego początku na tej trasie czułam się dużo lepiej niż poprzedniego dnia. Jakoś wszystko wydawało mi się przejrzyste i klarowne. I w sumie tak było, w efekcie leciałam po kreskach, nic mnie nie znosiło i wychodziłam idealnie na punkty. Sielanka trwała do PK 11, czyli całkiem długo. Połowę odcinka między dziesiątką a jedenastką leciałam po kresce (z górki nawet było), a potem nagle zachciało mi się w lewo. Po co? Nie mam pojęcia. Oczywiście rozminęłam się z punktem, doszłam do drogi, której nie powinnam przekraczać i musiałam wracać. Na szczęście cały czas byłam blisko punktu i tylko należało go wyczesać. Namierzyłam się ze skrzyżowania i poszło ok.
 
PK 11

Z dwunastką zrobiłam podobny manewr, tyle, że minęłam ją z prawej, a nie lewej, no i w bliższej odległości. I też sobie od razu poradziłam, więc spoko.
Kolejne dwa punkty weszły już bezproblemowo, a na mecie czekał Tomek i dopingował mnie, żebym nie dała wyprzedzić się Januszowi. Tak się sprężyłam, że aż biegłam ile fabryka dała.
 
Meta.
 
Mimo, że trasa była dłuższa niż poprzedniego dnia, to jakoś lepiej się na niej czułam - i biegowo (tak, tak - chwilami biegałam) i nawigacyjnie.
A tak wygląda mój cały przebieg:
 


poniedziałek, 15 marca 2021

WesolInO w duecie.

WesolInO zatrzymało się w drodze na Zielonkę, przypuszczam, że z powodu czynnego poligonu ciągnącego się od Wesołej prawie pod nasz dom. Tym razem biegaliśmy więc w Lesie Sobieskiego. W sumie też blisko, tylko trochę inaczej. Tym razem wyjątkowo byliśmy bez Agaty, która wolała niedzielny Dystans Stołeczny, a dwie imprezy w weekend to dla niej nadmiar szczęścia.

Uszczuplona ekipa.

Moja trasa miała mieć tylko 13 punktów, ale aż 5,4 kilometra.  Ponieważ zawsze robię minimum kilometr wiecej, więc zapowiadało się niezłe bieganie. Jeszcze przed ruszeniem w trasę Tomek straszył mnie moim piątym punktem - dołkiem w środku gęstwiny, bez punktów charakterystycznych w okolicy. Nooo, faktycznie. Nie wyglądało to dobrze.

 
Start.
 
Do pierwszego punktu tylko kilka metrów dawało się pobiec drogą, potem trzeba było już przedzierać się przez krzaki. Las Sobieskiego pod tym względem nie jest najprzyjemniejszy, bo oprócz normalnego leśnego zakrzaczenia, łapie też za nogi jeżynami. Taki wredny! Na szczęście udało mi się wyjść idealnie na punkt i potraktowałam to jaki dobry prognostyk na resztę trasy.
Do dwójki trafiłabym bezproblemowo, bo biegłam przyklejona do kreski i dopiero tuż przed punktem coś mnie zwiodło w lewo. Tak, w lewo! Nie zawsze mam prawoskręty. Na szczęście z daleka zobaczyłam jakieś dziewczę znikające w dołku, więc zwróciłam się we właściwą stronę.
Na trójkę był już dłuższy przebieg, leciałam na azymut znowu niemal po prostej, tyle, że ta prosta biegła jakoś na lewo od kreski. Tym sposobem przebiegłam punkt i to nawet w dość bliskiej odległości. Szybko zorientowałam się, że jestem za daleko i zawróciłam. Znowu od porażki wyratowała mnie ta sama zawodniczka co poprzednio. Z jednej strony to fajnie, z drugiej coś czułam, że mamy zbliżone tempo i będziemy sobie deptać po piętach, a za tym nie przepadam. Do czwórki biegłyśmy różnymi wariantami, ale znowu spotkałyśmy się na punkcie. Zaczęła zawiązywać się między nami nić porozumienia i już uśmiechałyśmy się do siebie.Do piątki biegłyśmy drogą, ale moje tempo było trochę niższe i kiedy weszłam w las już jej nie zobaczyłam. Skupiłam się więc na mapie i kompasie, bo to przecież ten punkt, przed którym ostrzegał Tomek. Wyszłam idealnie na lampion. Mojej rywalki nigdzie nie było widać, założyłam więc, że pewnie jest już gdzieś dalej. Za piątką usłyszałam jakieś poruszenie w krzalach i nagle, kilka metrów przede mną przebiegło ogromne stado dzików. Małe warchlaczki były takie urocze, ale bynajmniej nie dążyłam do bliższej znajomości. Trochę mnie to spotkanie zdekoncentrowało i zamiast dalej lecieć po kresce, zaczęłam  odbijać w prawo. Znowu minęłam punkt, ale szybko zauważyłam błąd i zaczęłam wracać. Naprzeciwko pojawiła się nieodstępna koleżanka i nawet zawołała mnie do lampionu. Nie pamiętam czy od tego punktu, czy od któregoś następnego zaczęłyśmy biec razem, a nawet dokonałyśmy oficjalnej prezentacji. Przy okazji okazało się, że Monika była jedną z osób, które uprowadziły mój plecak i kurtkę na którymś treningu ZZK:-) 
Co dwie głowy to nie jedna, co dwie pary oczu, to nie jedna i w razie potrzeby czesania też w dwie osoby łatwiej. Na wszystkie kolejne punkty biegłyśmy jak po sznurku, raz jedna szybciej wypatrzyła lampion, raz druga, ale współpraca była wzorcowa:-) Przed trzynastką zaczęłam wymiękać. Kondycyjnie. Jednak Monika w bieganiu jest ciut silniejsza i w końcu zostałam w tyle, zachęcając ją żeby leciała w swoim tempie. Na mecie, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że mam minimalnie lepszy czas od niej. Musiała zaliczyć jakąś wpadkę na samym początku trasy. Gdybym jednak nie miała motywacji w jej osobie, na pewno biegłabym dużo wolniej. Jeszcze bardziej zdziwiłam się kiedy zobaczyłam wyniki. Zajęłam trzecie miejsce! No dobra, konkurencji było mało, ale zawszeć co podium, to podium. Zwłaszcza, że w moim przypadku to przecież ewenement przyrodniczy:-)

Nasz duet na mecie.
 
Na metę dobiegłam ledwo żywa i zanim poszłam się sczytywać, musiałam chwilę posiedzieć, bo aż było mi niedobrze z wysiłku. A znowuż nie zależało mi, żeby tak dosłownie dać z siebie wszystko:-) Do powrotu Tomka zdążyłam ochłonąć, a on ze swojej trasy wrócił średnio zadowolony, bo zaliczył dwie wpadki. Bywa i tak.
A tak ładnie po kreskach biegałam:


czwartek, 4 czerwca 2020

Odliczanie nr 1 w Lesie Sobieskiego

Po nieudanej sobocie, w niedzielę nadeszła okazja żeby się trochę odkuć. Znowu mieliśmy imprezę blisko domu, w Lesie Sobieskiego. Tomek zapisał mnie na długą - 7,3 km trasę i niby miałam dać radę. Na szczęście teren w większości płaski jak stół, więc jakaś nadzieja, że się nie wykończę, była. Bo dla mnie najbardziej zabójcze są górki.

 Co my tu mamy na mapie?

Trochę bałam się, jak sobie poradzę nawigacyjnie, bo na mapie było bardzo, bardzo zielono, a jak się szuka w takim zielonym na przykład małego dołka, to chyba każdy wie.
Clear, check, start i poooszli. To znaczy ja poszłam, a Tomek chwilę po mnie.
 
 Przedstartowe manipulacje.

Trasa była tak przebiegle ustawiona, że prawie nigdzie nie dawało się dobiec ścieżkami i pozostawał tylko kompas i azymut.  A z tym azymutem, to jak pisałam poprzednio - albo się trafi na las prosty, albo prawy, albo lewy. I wyobraźcie sobie, że tym razem miałam szczęście i trafiłam na las prosty. Leciałam sobie na azymut, a na końcu azymutu czekała nagroda w postaci pięknego lampionu. GPS co prawda twierdzi, że ani ja, ani Tomek nie byliśmy na jedynce, ale co on tam wie - czip twierdzi inaczej. Z czwórką wiele osób miało problemy, a mi udało się wyjść dokładnie na punkt. Przed ósemką, po raz kolejny zresztą, spotkałam Tomka. W połowie trasy spotkać go, to trochę dziwne, bo powinien być już dużo bardziej z przodu, ale tym razem to on miał pecha i jego las okazał się lasem lewym, a nie prostym.
Przy dziesiątce trafiłam na stowarzyszoną polanę ze stowarzyszonymi karpami oraz na niestowarzyszonego Paprocha, który machnął mi ręką w kierunku polany właściwej. Przed piętnastką krzaki zrobiły się na tyle gęste, a ja już zbyt zmęczona, żeby się przez nie przebijać na wprost, że co bardziej zbitą roślinność zaczęłam obchodzić. Ponieważ mam odruch obchodzenia z prawej strony, coraz bardziej znosiło mnie na północ. Równolegle ze mną przebijał się Piotrek W. i ponieważ parł w tym samym kierunku, uznałam, że jest OK. Dopiero kiedy nie mogliśmy znaleźć dołka z lampionem, okazało się, że jednak nie jest. Ostatecznie "wspólnym wysiłkiem rządu i całego społeczeństwa pozbyliśmy się tego żabiego bezeceństwa", czyli znaleźliśmy co trzeba, jakieś pięćdziesiąt metrów na południe. Krzaków miałam tak dość, że na szesnastkę pobiegłam od dupy strony, ale za to ścieżkami. Nie chcąc tracić czasu, leciałam aż się za mną kurzyło, tylko sił zaczęło mi ubywać w dramatycznym tempie. Na szczęście do końca został jeszcze tylko jeden punkt i blisko niego położona meta.
 
Za momencik - meta!

Wyjątkowo tym razem, mimo dość długiej trasy, przez większość trasy biegłam i to pomimo gęstej roślinności i azymutów. Prawdę mówiąc sama nie wiem jak to zrobiłam. Dwudzieste szóste miejsce na czterdzieści osiem osób startujących na tej trasie w pełni mnie satysfakcjonuje, bo jak na moje możliwości to bardzo wysoka pozycja. Tym sposobem zmazałam z siebie hańbę sobotniego biegu i od razu czuję się z tym lepiej:-)
A tak biegliśmy:


Niebieska linia - Tomek, czerwona - ja.

środa, 15 stycznia 2020

Parkrun i cud na WesolInO

Po noworocznej sześciodniówce zrobiliśmy sobie kilka dni przerwy (bo też i w najbliższej okolicy nie było żadnych imprez) i kolejny weekend postanowiliśmy zacząć z przytupem - w sobotę najpierw parkrun, a potem WesolInO.
Na parkrun udało nam się wyciągnąć Agatę i był to jej debiut  w bieganiu zorganizowanym.  Jej udział miał być dla mnie świetną zasłoną dymną odwracającą uwagę od mojego marnego (jak przewidywałam) wyniku.

 Przed startem. (Za zdjęcie dziękuję Agnieszce)

 Zaczęłyśmy razem - najpierw powoli - jak żółw ociężale, ruszyła - maszyna - po szynach - ospale. Przez spory kawałek tak sobie truchtałyśmy, aż w końcu Agata przeszła do marszu, a ja poleciałam dalej. Po trzech kilometrach nawet ogarnęłam się w sobie i ciut przyspieszyłam i choć wynik faktycznie wyszedł marny, to jednak nieco lepszy od poprzedniej próby, kiedy to pobiłam już wszelkie swoje rekordy w długości pokonywania 5 km. Tak za bardzo to się nie wysilałam zresztą, żeby zachować siły na bieganie z mapą.
Na WesolIno pojechaliśmy już tylko we dwójkę z Tomkiem. Pogoda w międzyczasie zrobiła się z lekka wilgotna, aczkolwiek nie padało tak regularnie. Zmieniłam więc warstwę wierzchnią na mniej przemakającą, co dawało mi gwarancję zapocenia się na śmierć w razie szybkiego biegu.  No i jak to dobrze, że biegam powoli:-))
Start tym razem był w innym miejscu niż start biegaczy górskich i musieliśmy dość daleko dojść z bazy. Ale przynajmniej mieliśmy od razu rozgrzewkę. Moja trasa miała mieć niecałe sześć kilometrów. Teren milion razy już obiegany, co oczywiście w moim przypadku nic nie wnosi, no może tyle, że nie boję się zgubić.
Pierwszy punkt dostępny niemal ze ścieżki, więc bezstresowo, tak na dobry początek. Do dwójki między zabudowaniami, a potem ze skrzyżowania na azymut - idealnie na punkt. Jak widać z przebiegu (a i Tomek posprawdzał na lidarach) trójka stała w złym dołku, ale najwidoczniej bliski był mi tok myślenia osoby wieszającej lampiony, bo trafiłam bez problemu:-) Do czwórki na wszelki wypadek namierzałam się trzyetapowo - do skrzyżowania, do wykrotu i dopiero dołek. Zadziałało. Piątka była bardzo blisko i myślałam, że ją z daleka zobaczę, ale lampionów z dna dołka nie widać i oczywiście najpierw trafiłam do dołka stowarzyszonego. Za to do szóstki poleciałam jak po sznurku. Przy szóstce teren już się zaczął fałdować, a do siódemki trzeba było przeciąć wydmę. Starałam się nawet biec pod górkę i prawie mi się udało. Ale zmachałam się tak, jakbym wbiegła. Więc uważam, że zaliczone. Tak mi dobrze szlo nawigacyjnie, że w końcu straciłam czujność, zdekoncentrowałam się i przed ósemką zniosło mnie na zachód, na skrzyżowanie, tylko nie wiedziałam na które. Na szczęście czasy wpadania w panikę przy zgubieniu się dawno mam już za sobą, więc po prostu przeleciałam się kawałek drogą patrząc jaki ma przebieg, gdzie z czym się krzyżuje, gdzie zakręca. A może ze zmęczenia tak się zakręciłam, bo od siódemki znowu trzeba było wrócić na drugą stronę wydmy. A zgadnijcie gdzie była dziewiątka!? Oczywiście znowu za wydmą. I proszę - żadne biegi górskie mi niepotrzebne, wystarczy sama orientacja, żeby się zarżnąć. Na dziewiątkę wyszłam prawie idealnie i nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamiast podejść do najbliższego dołka (z lampionem) zacząć przeszukiwać te dalsze. Zaćmienie umysłowe normalnie. Dziesiątka i jedenastka weszły bez problemu, a w drodze na dwunastkę coś zaczęłam omijać (za cholerę nie pamiętam co, a na mapie nic do omijania nie ma). Trochę mnie znosiło, ale że punkt był między dwoma posesjami, więc wiedziałam, że i tak trafię, bo miejsce zbyt charakterystyczne żeby je zgubić. Trzynastka chyba przeniosła się do sąsiedniego dołka, ale i tak ją zdybałam. Do czternastki, przez wydmę, już nie miałam sił biec, ale za to idąc spokojnie mogłam się dobrze namierzyć i wyszłam na nią idealnie. W połowie drogi do piętnastki zmieniła mi się koncepcja i zeszłam z azymutu, żeby dojść do drogi prowadzącej do zabudowań. Prawdę mówiąc zupełnie nie wiem po co zrobiłam taki manewr, bo wcale ani szybciej, ani łatwiej nie było. Chyba tylko dla urozmaicenia sobie trasy. A potem już tylko meta, metunia, meciątko. Na mecie czekał już Tomek, który swoją dłuższą trasę jakoś pokonał szybciej niż ja swoją krótszą i wstrzeliłam się w moment, kiedy opowiadał komuś o przekoszonej północy na mapie. Kurcze, zupełnie o tym zapomniałam. Więc jakim cudem trafiłam na wszystkie punkty, a na niektóre do tego idealnie??? Cud, normalnie cud.
A poniżej dowód, że nic, ale to nic nie naściemniałam:-)



środa, 27 marca 2019

Narysuj sobie mapę

Finałowe trasy WesolInO miały być dłuższe niż zwykle, więc po parkrunie  nawet nie zostaliśmy na wspólną fotkę, tylko biegusiem do samochodu, żeby zdążyć dojechać, pójść na trasę i wrócić zanim zbiorą lampiony.
W bazie czekała mnie niespodzianka - skończyły się mapy "żeńskie" i miałam do wyboru: pobiec na męskiej albo na męską nanieść sobie trasę żeńską. Z do dzisiaj niejasnych dla mnie powodów, zamiast wziąć męską i lecieć, uparłam się biegać na żeńskiej, w związku z czym musiałam ją sobie narysować. Ula, która miała w ręku ostatni żeński egzemplarz, użyczyła mi go do przerysowania, ale widziałam, że już przebiera nogami, żeby lecieć do lasu. Starałam się więc rysować szybko, a jak szybko to wiadomo - byle jak. W końcu jednak miałam w ręku produkt mapopodobny i mogliśmy pójść na miejsce startu.

Zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji - choćby awaryjne:-)

Zanim ruszyłam, jeszcze raz dokładnie przeanalizowałam "mapę", żeby upewnić się, że na pewno pobiegnę na swój punkt. Akurat moja jedynka była z tych dorysowanych i zaznaczona tak mniej więcej, na zasadzie szukania lampionu, a nie miejsca charakterystycznego:-)

Start!!!!

Ale nic to - pobiegłam. Na wszelki wypadek postanowiłam do górki polecieć ścieżką, potem wzdłuż wzniesienia i na końcu powinien wisieć lampion. Pewnie trafiłabym od razu, gdyby mi się nie pomyliły górki. Że też akurat musiały być dwie leżące równolegle do siebie... Trochę pokręciłam się w kółko nie dowierzając własnym oczom, że lampionu nie ma, ale w końcu wzięłam się za analizę mapy i najbliższego otoczenia i doszłam co jest grane.
Dwójka była banalnie łatwa, prawie przy ścieżce, a jednak udało mi się jej nie znaleźć. Tak dla dokładności to przeszłam koło niej może o metr, ale na WesolInO wykształciła się jakaś nowa tradycja, że lampiony leżą zmięte na dnie dołka, a czasem jeszcze przysypane z lekka igliwiem, czy liśćmi. No, nie zauważyłam. Dopiero czesząc pobliskie dołki zwróciłam uwagę, że co chwilę ktoś się schyla w tym samym miejscu, więc na pewno to coś musi znaczyć. Znaczyło!
Kiedy już zaczęłam marudzić w duchu, że nadaję się do tej orientacji jak widelec do zupy, wreszcie zażarło i bezproblemowo dotarłam aż do szóstki. A właściwie prawie do siódemki, ale tam znowu coś mnie przyćmiło i chwilkę szukałam lampionu.
Na mapie nie narysowałam sobie kresek łączących kolejne punkty, bo wydawało mi się to zupełnie niepotrzebne. Dopiero w lesie, kiedy musiałam na mapie zlokalizować kolejny punkt, do jakiego mam biec, dotarło do mnie, że jest to jednak wielkie ułatwienie. Mnóstwo czasu traciłam na szukanie kółeczek z kolejnymi numerkami, potem jeszcze musiałam dopasować do nich kod, a jak już byłam gotowa biec, to często już zapominałam gdzie. No, zupełnie widelec do zupy.
Na dwunastkę to już mnie zniosło kompletnie z trasy, bo najwyraźniej namierzyłam się nie od tej ścieżki co trzeba, a przecież wiedziałam gdzie jestem. Na szczęście spotkałam Tomka, który wykierował mnie do właściwych dołków.
A najlepszy numer zrobiłam po dwunastce - zamiast biec na trzynastkę, pognałam od razu na metę. Nie zauważyłam dopisanego ręcznie numerku i myślałam, że to punkt "męski".

 Meta.

Mało tego, nawet na wydruku otrzymanym w bazie nie zauważyłam NKL-ki i dopiero dzień później zorientowałam się, że przegapiłam punkt. Ale tak prawdę mówiąc wcale mi to nie robi, bo świetnie się bawiłam i miałam wyjątkowo dużą frajdę z pobytu w lesie. Nawet jeśli moje "sukcesy" były mocno problematyczne.

środa, 13 marca 2019

Wędrować przed siebie, gdzie oczy poniosą....

W sobotę prosto z parkrunu tradycyjnie pojechaliśmy poorientować się trochę - do Wesołej na WesolInO. Ponieważ wciąż czułam się w nie najlepszej formie, od razu odpuściłam sobie bieganie i postanowiłam skupić się na nawigacji. Jak zobaczyłam mapę, znowu powygryzaną w strategicznych miejscach, wiedziałam, że bardzo trzeba będzie się skupić.

Znowu zaoszczędzili na tuszu:-)

Ustawiłam na starcie odpowiedni azymut i ruszyłam przez białe pole, mogąc ufać jedynie kompasowi. Mogłam także mierzyć odległość, ale jakoś nie pomyślałam o tym. Szłam więc i szłam i nie wiedziałam: jestem za blisko, czy za daleko? A może w ogóle zniosło mnie z azymutu? Kiedy już zaczęłam się poważnie niepokoić, w końcu wypatrzyłam lampion. Ufff. Dwójka weszła już lepiej, ale ogólnie byłam otępiała i ciężko szło mi myślenie.
Na trójkę był dłuższy przelot, między punktami na mapie białe pole i żadnych punktów odniesienia. Nie dość, że azymut zniósł mnie sporo w prawo, to jeszcze nie pilnowałam odległości i pooooszłam, hen za punkt. Ponieważ na mapie były resztki dróg odchodzących od asfaltu, postanowiłam namierzyć się od jednej z nich zakładając, że to ta najbliższa punktu. Niestety, to była już kolejna. Nie wiedząc gdzie dokładnie jestem postanowiłam trochę pokręcić się po okolicy, a jak nic nie wymyślę, to wrócić na start i albo zacząć namierzać się od nowa, albo odpuścić. I nagle zobaczyłam bało-pomarańczową szmatkę w dołku. Co prawda nie była to trójka, a czwórka, ale przynajmniej wiedziałam gdzie jestem. Licząc parokroki i pilnując azymutu pomaszerowałam po trójkę i z powrotem i nawet udało się bezbłędnie trafić w obie strony. Operacja "trójka" zajęła mi dokładnie pół godziny:-)
Z czwórki na piątkę trafiłam dzięki temu, że na mapie uchowały się szczątkowe zarysy charakterystycznego skrzyżowania, a z niego do punktu było już blisko. Szóstka i siódemka weszły  bez problemu, a do ósemki było pod górę. Nawigacyjnie łatwizna, ale wdrapanie się na wydmę zajęło mi sporo czasu. To zdecydowanie nie był dzień na wysiłek fizyczny.
Dziewiątkę znalazłam bez problemu, a na dziesiątce znowu dałam ciała. Najpierw musiałam znowu przeleźć przez wydmę, a potem źle sobie policzyłam mijane drogi i poleciałam o dwie za daleko. Wiecie, jak człowieka łeb napiernicza to i do czterech ciężko zliczyć. Do dziesiątki wracałam się prawie spod jedenastki, po drodze zaliczając siódemkę, bo jakoś mi się na nią trafiło:-) 350 metrów dzielących dziewiątkę od dziesiątki pokonałam w 20 minut. Nieźle, co? W ramach rekompensaty na jedenastkę poszło dobrze, a potem to już nawet szkoda gadać.... Nie wiem co mi się ubzdurało, ale będąc na jedenastce zaczęłam namierzać się na trzynastkę tak, jakbym była na dwunastce. Wiadomo, że nie miało to żadnych szans powodzenia. Co ja się nałaziłam po tym lesie... Do tego krytykując w myślach autorów mapy, że sporej ruiny domu to nie raczyli nanieść na mapę. Kręciłam się wokół tego domostwa i przez długi czas nie dopuszczałam do siebie myśli, że to jednak ten budynek na północ od trzynastki. Powiedziałam sobie w duchu, że skoro ani z biegania, ani z nawigacji nic mi nie wyszło, to poćwiczę chociaż hart ducha i determinację i choćbym miała iść na Leszka, to komplet punktów muszę przynieść. Oczywiście wtedy nie miałam zielonego pojęcia, że zgubiłam dwunastkę. Już po prawie czterdziestu minutach cieszyłam się z odnalezienia PK 13. Na czternastce spotkałam Ulę, która też miała różne przygody na trasie i razem wróciłyśmy na metę.
Ale najbardziej to jestem ciekawa przygód  Przemka, który spędził w lesie 15 minut więcej niż ja, a kiedy go spotkałam przy którymś punkcie był mocno zdegustowany.

Ale jak to nie mam dwunastki????
A tutaj można się ze mnie pośmiać:

Tak się robi 6 km w 2,5 godz.

poniedziałek, 5 marca 2018

Zdezorientowane WesolInO

Grypa w końcu odpuściła, postanowiłam więc wyjść z pieczary. Akurat blisko domu mamy WesolIno, uznaliśmy zatem, że to bardzo dobra impreza na połóżkowy rozruch. Jakoś tak z rozpędu zapisałam się na najdłuższą trasę, zakładając, że zgodnie z prognozami, mróz trochę zelżeje i w lesie będzie przyjemnie.
Powiedzmy, że nachalnie gorąco to raczej nie było i zastanawiałam się, czy zdejmowanie puchowej kurtki przed startem jest dobrym pomysłem, ale podobno w kurtce źle się biega. Wystartowałam i ostro ruszyłam pod górę żeby nie zmarznąć. Po pięćdziesięciu metrach jakoś zaczęłam zwalniać, po stu byłam rozgrzana i zdyszana, a po stu pięćdziesięciu miałam dość i słaniałam się na nogach. Coś solidnie mnie ta grypa poturbowała - nie przypuszczałam, że aż tak opadłam z sił.
Jedynkę przeleciałam, bo nie miałam pojęcia czy już schodzić ze ścieżki, czy trochę dalej i w efekcie dotarłam aż do skrzyżowania. Ze skrzyżowania to już tak na czuja, bo nie chciało mi się ustawiać kompasu. Czuj doprowadził. Na dwójkę kawałek podbiegłam drogami, a potem na azymut. No, niestety - na ustawionym azymucie punktu nie znalazłam, ale za to przyuważyłam linię wysokiego napięcia i dopiero od niej się namierzyłam. Trójkę przebiegłam, czy raczej przemaszerowałam,  dosłownie o metry i poleeeeciaaałaaam... Kiedy dotarłam do domostw, których przy samym punkcie w żadnym wypadku nie powinno być, moja wiara w azymuty upadła. Ogólnie podupadło mi morale, siły i chęci. Coraz częściej zatrzymywałam się, żeby przeanalizować tę dziwną sytuację, gdzie nic nie jest na swoim miejscu. Jednym słowem - sytuacja mnie przerosła i rozpaczliwie zatęskniłam za ciepłym łóżeczkiem, w którym spędziłam cały ubiegły tydzień. Co prawda wtedy ziałam do niego nienawiścią, ale w środku lasu jawiło mi się jako oaza bezpieczeństwa i spokoju.
Kiedy już doszłam, gdzie jestem i jak dostać się na trójkę, postanowiłam podjąć bohaterską próbę znalezienia jej, bo tak głupio odpuścić z dwoma punktami.  Czwórka wydawała się łatwa do znalezienia, bo leżała tylko ciut od głównej drogi i nie wiem co mnie podkusiło znowu iść na azymut, zamiast wygodnymi ścieżkami. Jakieś totalne zaćmienie. W efekcie minęłam czwórkę w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów, do tego przedzierając się przez młodnik. Potem zatoczyłam wielkie koło i już ścieżkami dotarłam na właściwe miejsce. Przy piątce nadłożyłam jedynie jakieś 300 metrów, co w porównaniu z poprzednimi punktami można nazwać trafieniem idealnym, za to do szóstki już chyba tylko ze 150 metrów nadmiarowych. Siódemka, podobnie jak szóstka wpadła stosunkowo łatwo, a potem to już się całkowicie wściekło. Z siódemki na ósemkę znowu podkusiło mnie posłużyć się kompasem, choć przecież cała dotychczasowa trasa udowadniała mi, że nie ma to najmniejszego sensu. Z ósemką rozminęłam się o jakieś 20 stopni i 300 metrów. Kiedy już zorientowałam się gdzie jestem, uznałam, że nie warto wracać, szczególnie, że powrót wcale nie gwarantował sukcesu. Do tego wszystkiego byłam zmęczona i przemarznięta, bo przecież ubrałam się jak na bieganie, a większość trasy przeszłam. Tylko żeby biec, to dobrze jest wiedzieć gdzie, a nie gdziekolwiek przed siebie.
Porzuciwszy więc pomysł szukania ósemki uznałam, że w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest powrót na metę, szczególnie, że Tomek prawdopodobnie był tam już od dłuższej chwili. Nie zawracając sobie głowy szukaniem lampionów mogłam wreszcie trochę pobiec, na tyle, na ile pozwoliły mi moje wciąż wątłe siły. Tomek oczywiście czekał od dawna i już nawet rozmyślał nad ekspedycją ratunkową, a gdybym postanowiła zebrać wszystkie punkty, czekałby pewnie jeszcze z godzinę.
Tego, że po grypie nie będę miała siły biegać, to mniej więcej się spodziewałam, ale tego, że całkowicie odbierze mi zdolności nawigacyjne nie brałam pod uwagę. Mam tylko nadzieję, że to już mi tak nie zostanie na zawsze!



sobota, 3 lutego 2018

Polowanie na Smoka z aferą w tle.

Darek to jednak jest dobry kolega. Oswoja Smoka zorganizował nam blisko domu, żebym znowu nie miała problemów z dotarciem i trafieniem na start. Co prawda niewiele brakowało, a w ogóle nie dotarlibyśmy, bo Tomek na amen utknął w korku wracając z pracy. Na szczęście kiedy przyjechaliśmy w końcu do Wesołej, Darek jeszcze wypuszczał na trasę i nawet nie wyszliśmy ostatni.
Mapa okazała się wielką płachtą formatu A3, ale za to wszystko było na niej dobrze widać. Najwyraźniej Darek pamiętał, że po ciemku  z małymi obrazkami mam problemy! No, mówię - super kolega! Do tego wszystkiego mapa była w pełni pełna i nie poszatkowana na wycinki. No dobra, miejsca, gdzie były rozmieszczone punkty kontrolne były pozakrywane małymi tarczami strzelniczymi, ale te tarcze były malutkie.  Cała trudność zasadzała się w tym, aby z kilku lampionów ustawionych blisko siebie, wybrać ten właściwy. Oczywiście nie wiedząc jakie miejsce charakterystyczne jest tym poszukiwanym. Trzeba było dokładnie odmierzać odległości i azymuty z innych pobliskich obiektów do środka tarczy, gdzie wisiał ten właściwy lampion. Za celne trafienie dostawało się 10 PP, za stowarzysza - w zależności od jego odległości od centrum tarczy - odpowiednio 7, 5 i 3 PP.  Bardzo mi się spodobał ten pomysł, bo każdy miał szansę bezproblemowo przebyć całą trasę i zebrać przynajmniej stowarzysze, jeśli słabo nawiguje, albo punkty właściwe - jeśli dobrze. Przy innych mapach zdarza się, że niektórzy (na przykład ja) w ogóle nie wiedzą gdzie iść i mają problem z oddaleniem się ze startu.
Zaczęliśmy od PK 2 i ustalenia skali mapy. Wyszło nam, że 1 cm to 50 dwukroków i tego usiłowaliśmy się trzymać. W miejscu, gdzie spodziewaliśmy się dwójki stało z pińćset lampionów, jeden obok drugiego i w ogóle nie można się było zdecydować, który jest najlepszy. Ja sobie upatrzyłam jeden, Tomek drugi i wiedliśmy spór o to, czyj lampion ładniejszy. Tomek, jak przystało na dżentelmena, ustąpił kobiecie i to był błąd, bo wyniki wstępne twierdzą, że wzięliśmy stowarzysza. Tyle tylko, że ten sam punkt potwierdziła większość uczestników, więc myślę, że coś z umiejscowieniem lampionu jednak było nie halo.
Ogólnie trasa była lekka, łatwa i przyjemna i tak nam się fajnie chodziło, że wcale nie spieszyliśmy się na metę i nawet wykorzystaliśmy część minut dodatkowych. Ale ostatecznie, jak się płaci, to trzeba czas wykorzystywać do maksimum.
Na trasie było nas koło trzydziestu osób, ale w lesie widzieliśmy tyle światełek, jakby jakieś dzikie tłumy łaziły. W drugiej części trasy kilkakrotnie spotkaliśmy olbrzymi tramwaj.

Jedno ze spotkań.

A tak się cieszyłam po ostatnim punkcie, kiedy zbliżaliśmy się już na metę:

W tle widać szkołę, przy której był start/meta.

A na mecie czekała policja, afera i Chrumkająca Ciemność, która dopiero co została uwolniona z aresztu. Okazało się, że jakiejś kobiecie skradziono telefon i operator wykrył, że telefon przemieszcza się po lesie (a jak po lesie, to pewnie z biegaczami, czyli naszą grupą) aż w końcu dotarł na metę.  Kiedy na mecie Michałowi zadzwonił jego własny telefon, był to dobry pretekst do "aresztowania" go. Szybko jednak wyjaśniło się, że Michał jest niewinny i my zobaczyliśmy go już na wolności, aczkolwiek wciąż z lekka oszołomionego. 
I przez te powolne leśne spacery taka piękna afera nas ominęła...