Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rogaining 8h. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rogaining 8h. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2024

Rajd Źródeł Chodelki czyli firmowa impreza integracyjna

Jak twierdzi sam organizator, Rajd Źródeł Chodelki to: „Proste nawigacyjnie i kameralne zawody na orientację. Staramy się udowodnić, że nawet w miejscach bez "renomy" może być ciekawie...” 

Sęk w tym, że przy dłuższych dystansach, presji czasu wynikającej z rogainingu nawet proste zawody nie są proste;-) 

Chodelka to zawody fajne. Kameralne, a teren Lubelszczyzny zawsze dostarcza atrakcyjnych jarów. 

W tym roku jest to moja pierwsza 50-tka. Powoli wychodzę z poważnej kontuzji kontuzji stawu skokowego, której nabawiłem się na „firmowej integracji” i testowo postanowiłem sprawdzić się na dłuższej trasie.
Aby było ciekawiej, w ramach „odwetu” wyciągnąłem „firmę” na integrację na … Chodelce;-) Trzeba udowodnić, że bieganie po bezdrożach jest mniej kontuzjogenne niż skakanie na trampolinach;-) 

Z firmową ekipą dotarliśmy do Starego Gaju. Maleńka wioska, maleńka remiza, mało miejsca do parkowania. Na tyle mało, że trzeba było zaparkować gdzieś w przydrożnym rowie. Dobrze, że samochód z tych bardziej terenowych! 

Na sali kłębi się tłum znajomych: Paprochy, Tomek Duda, Hubert czyli legenda Chodelki, inne twarze znane z poprzednich edycji Chodelki, a nawet Leszek, który zamiast na odwołany Mordownik dotarł w okolice Lublina. 

Karty startowe, koszulki i nieubłagalnie zbliża się chwila startu. Wreszcie dostajemy mapy. W tym czasie za oknem zaczyna padać – Niż Genuański, który zalał dolny Śląsk i „zmył” Mordownik. Według prognozy ma padać mniej niż w Karkonoszach, ale suchą nogą nikt trasy nie przejdzie.
Dostajemy po dwie mapy formatu A3 i tylko co niektórzy dostają na mapę koszulkę (w odróżnieniu od koszulek na Człowieka, których nie zabrakło). Organizator omawia punkty kontrolne, czego właściwie nikt nie słucha, bo wszyscy ślepią w mapę, szacują swoje możliwości i rysują marszruty. Pomagam mojej firmowej ekipie wybrać kierunek i przewidywany schemat przejścia. Wreszcie zbliża się minuta startu. 

Ekipa "Firmowa" gotowa do startu

Wychodzimy na zewnątrz złapać GPSa, w oddali grzmi i błyska, deszcz wesoło pokapuje. Dostajemy sygnał startu. Ruszam w lewo, przed sobą widzę potencjalnych zwycięzców. O dziwo za mną biegnie Natalia (moja szefowa) i Kamil. A mieliśmy biec w różne strony! Po dłuższej chwili orientuję się, że to ja lecę nie w tą stronę co planowałem. No cóż, nie chce mi się wracać, a trasę można pokonać w obu kierunkach, choć w takim wariancie na koniec nie będę miał wielkiego wyboru przy wyborze punktów….

Start (zdjęcie organizatora)

Kawałek asfaltu, potem las. W lesie ciemno i mokro. Wyprzedzam rowerzystów. Mam pierwszy PK 21. Kolejny punkt tuż obok – na azymut. Ruszam na oślep – zapadane okulary, mrok w lesie – można kierować się tylko igłą kompasu i omijać co większe, nieprzebieżne skupiska roślinności. Minimalnie nie trafiam na PK 22, ale jak widzę pretendenci do zwycięstwa mają większe problemy, bo ich doganiam. 

Teraz w kierunku rzeki – na azymut. Spotykam Natalię z Kamilem, którzy nawet całkiem sprawnie podążają na PK 22. Rzeka, most, skręt w lewo i szukam PK 33. Dogania mnie jakiś rowerzysta i wskazuje drogę w las i jakiś jar. Wchodzę za nim w las, ale ten jar jakiś za mały. Przebijam się przez niewielki grzbiecik i w oddali błyska mi lampion przy dziurze jaskini. Docieram do jaskini, a lampion gdzieś się schował. Szukam w jaskini – nie ma. Wychodząc drugim wejściem wreszcie go dostrzegam - wisi ponad wejściem do jaskini, tak że bez zadarcia głowy do góry jest niewidoczny. A kto zadziera głowę przy padającym deszczu i podchodzeniu po stromym, mokrym zboczu? 

Wracam nad rzeczkę i lecę dalej. Znowu spotykam firmowy zespół idący w kierunku jaskini – mam nad nimi jakieś 10 minut przewagi, ale i tak dobrze im idzie jak na „pierwszy raz”. Druga firmowa ekipa jak na razie nigdzie się nie pokazała. 

PK 31 na końcu dłuuugiego wąwozu. Potem na skróty przez pole pełne mokrych dyń do PK 32. 

Rozmoczone dynie

Za PK 32 szukam drogi z mapy, tyle że nie ma jej w terenie. Przepływam rzeczkę (no dobra, rzeczka była do kolan) i znajduję asfalt. Troszkę naokoło, ale za to lepsza droga. Mija pierwsza godzina: na liczniku jakieś 7 km i 13 punktów przeliczeniowych. Czyli w normie. 8 godzin da zatem około 90 punktów i około 50 km. Oczywiście o ile uda utrzymać się tempo przemieszczania się i odnajdowania lampionów. 

Dłuższy przebieg asfaltem. Niestety sporo pod górę, więc nie idzie tak szybko i lekko jak bym chciał. Wreszcie koniec lasu i skręt w lewo. Jest jakaś niby droga, ale wkrótce zanika. Przebijam się przez zarośla do lasu – tu jest jakaś „druga” droga. Nie jestem pewien, czy już nie przeszedłem lampionu, ale ryzykuję i prę do przodu. To słuszna decyzja, bo wkrótce coś mi błyska na czerwono. 

Dalej prosta droga na przedmieścia Nałęczowa. Docieram wreszcie do wąwozu gdzie ma być „przydrożny krzyż na skarpie” i z daleka witają mnie okrzyki radości drugiej firmowej ekipy. Radość wywołują zjazdy ze skarpy od krzyża do srogi w niewielkim wąwozie. Jak widać humory dopisują, pomimo padającego deszczu. 

Na przedmieściach Nałęczowa zaczyna się rozjaśniać

Nałęczów. Szczyt górki Jabłuszko (PK 43) i bieg na szczyt góry Poniatowskiego. Po Nałęczowie jeżdżą meleksy pełne turystów – a ja czuję się trochę jak eksponat, bo wszyscy odprowadzają mnie spojrzeniami… 

Przy PK 45 na górze Poniatowskiego znowu spotykam Natalię z Kamilem. Planują jeszcze zaliczyć PK 63 i wracać do bazy. Na czasomierzu właśnie mijają dwie godziny od startu, więc przy trasie 4-rogodzinnej to jak najbardziej właściwa decyzja z ich strony. Ja przez dwie godziny zdobyłem 26 punktów i przebiegłem prawie 15 km, czyli zgodnie z planem. 

Ambitnie „cofam się” do PK 42 w malowniczym jarze. Tu spotykam spore tłumy uczestników i lecę na PK 52 na drugiej mapie. Teraz widzę, że nie był to optymalny wybór: zmieniając kolejność na 43-42-45-52 oszczędziłbym prawie kilometr! 

Przebieg na PK 52 był trochę dziwny: trafiłem na park zdrojowy, mostki nad rzeczką, których nie było na mapie. Przez chwilę nie byłem pewien, gdzie jestem. Wreszcie zidentyfikowałem ulicę prowadzącą w górę w kierunku wąwozu PK 52. Docieram na górę, skrzyżownie, jest wąwóz, jest rozwidlenie, są barierki jak w opisie, tylko nie ma lampionu. Szukam tu i tam, a lampionu dalej nie widać. Filmuję moje poszukiwania dla potomności i organizatora i wreszcie dzwonię na numer alarmowy opisując sytuację. Opisuję barierki – zgadza się, kolejne barierki itp. Pewno lampion zginął – jednak to „środek miasta”... Ruszam dalej i nagle trafiam na kolejne skrzyżowanie dziwne podobne do tego gdzie ma być PK 52… Z wąwozu wychodzi ekipa z najmłodszym uczestnikiem… czyżby to było , a nie tam gdzie szukałem? Oczywiście! Jest jar, barierka , rozwidlenie i LAMPION! No cóż, kwadrans stracony na poszukiwania o kilkaset metrów wcześniej. Przed chwilą minęła trzecia godzina rogainingu: 20 km i 39 punktów, czyli „jak w zegarku”. 

Moje poszukiwania PK 52 - tam gdzie szukałem była droga na wschód, zabudowania...

Na punkcie dogania mnie jeden z ekipy potencjalnych zwycięzców. Na następny PK 63 lecimy razem. I tu mamy dylemat – PK 62 – niby niedaleko, ale opisany „Żeremia bobrów (jedna z wielu)” – nad samą rzeką, kropka na mapie po drugiej stronie rzeki, deszcz pada, wody wzbierają, żeremia to rozlewiska… Ryzyk-fizyk – idziemy na 63 – i tak jesteśmy mokrzy! 

Rzekę udaje się sforsować bezstratnie (dzięki bobrzej budowli), rozlewiska ominąć górą. No, przez pokrzywy, ale jakoś się daje. Lampion jest oczywiście na najdalszym żeremiu, ale za to jaki malowniczy!

PK 62

Za to gorzej dostać się do następnego punktu. Krzaki, pokrzywy. Mapa mówi, że powinna być jakaś droga, ale w ternie coś jej nie widać. Ja wybieram wariant wąwozowy, a kolega gdzieś cichaczem ginie w gąszczu…. 

O dziwo wąwóz doprowadził mnie tam, gdzie trzeba, w miarę sprawnie zlokalizowałem PK 72. Czwarta godzina, tylko 25 km na liczniku (po krzakach tempo wyraźnie spada), ale za to przybywa 19 punktów i mam ich 58. 

Kolej na długie przebiegi. Najpierw PK 81. Zajęło to ponad 30 minut (4 km). I teraz dylemat co dalej: czy „bezpiecznie” PK 94 i powrót przez 71-52-11, czy „iść na całość” i zaliczyć dwie dziewiątki? Czasu jest tak „na styk”, ale to normalne w rogainingu. Jeszcze raz kalkuluję i podejmuję ryzyko. Gdybym osłabł lub coś się nie zgadzało w terenie najwyżej wezmę tylko 94 – także powinienem mieć wtedy zapas czasu. Do PK 93 jest około 6-ciu kilometrów. Asfaltem, ale znowu „pod górę”. Ma to zaletę, że w drodze powrotnej będzie „z górki”, a wiadomo z czasem nogi są bardziej zmęczone. 

Piąta godzina dopada mnie na 3 km przed PK 93, na 32 kilometrze (dorobek punktowy: 66), szósta na 39 kilometrze chwilkę przed PK 94 (dorobek punktowy przyrasta wolniej tylko: 75 punktów). 

PK 94 znajduję bez problemu, zostaje godzina i 50 minut czasu, do mety ponad 10 km. Powinienem zdążyć. 

Nie znajduję dróg „na skróty” i prę asfaltem – jedyną pewną trasą na mapie w kierunku PK 71. PK 71 jest na górce – znajduję właściwą (błotnistą) drogę i pnę się pod górę wąwozem. Tu zastaje mnie 44 kilometr.

Klubowy 44 kilometr.

PK 71 zaliczam w szóstej godzinie zawodów (45 km, 90 punktów). Zostaje mi wyczołganie się z wąwozu i powrót do bazy. Po drodze są dwa punkty: PK 53 i PK 11. Niestety droga (ta grubsza na mapie) okazuje się błotnistą breją. Ta mniejsza prowadząca na PK 53 pewno jest w jeszcze gorszym stanie. Nie ryzykuję, bo zaliczenie PK 53 wydłuża trasę co najmniej o kilometr, a kawałek jest wyraźnie na azymut. Przy tej jakości drogi, rozmiękłej po deszczu biegać średnio się daje. 

Błotnistą drogą w kierunku mety

Idę bezpośrednio na PK 11. Poruszam się szybkim marszem i gdzieś tam doganiam i wyprzedzam Joasię. Na koniec, gdy droga się poprawia, podbiegam by zaliczyć ostatni PK 11. Zmęczenie dało się we znaki, bo lampion wisiał znacznie dalej niż się spodziewałem. W każdym razie docieram na metę z czterominutową rezerwą. Dobrze że nie poszedłem po ten PK 51, bo znowu spóźniłbym się „sześć minut”. 

Analizując na zimno: poszukiwania PK 52 – 15 minut straty, zła kolejność PK w Nałęczowie – kolejne 5 minut straty. Oczywiście mogłem szybciej biec, ale te dwa proste błędy pozwoliłyby mi zaliczyć PK 51. Z tego co widzę nic by to nie dało. Dopiero dodanie 5-6 km dałoby wynik trzycyfrowy. Jeszcze za słabo biegam;-( Ale za rok się odkuję;-)


A na deser można to wszystko obejrzeć:

 

czwartek, 22 września 2022

6 minut

 Ten tekst przeczytasz w 6 minut.....


Rajd Źródeł Chodelki jest specyficzną imprezą w PMnO. Lokalizuje się gdzieś tak pomiędzy Jaszczurami, Skorpionem, a Roztoczańską 13. Rzadko zaglądają tu biegacze z Top Ten PMnO, bo wymiar imprezy jest bardziej przygodowy niż sportowy. Przygodowy przez: specyfikę map - weźmy jak najgorszą dostępną mapę np. 100-kę przeskalujmy na 50-tkę, dobór punktów - punkty są bardziej krajoznawcze, często przy głównych drogach i rzadko dające możliwość powalczenia z wariantowością oraz technologię - częste błędy na mapach, płaskie lampiony itp. Ale Chodelka należy do tej magicznej triady z Lubelszczyzny – razem ze Skorpionem i Roztoczańską 13 zahacza o wąwozy, sady, czasem sporo błota i … rodzinna atmosfera. I najważniejsze - rogaining. Może ubogi pod względem możliwości wyboru wariantów, ale zawsze;-) 

Rok temu nie udało mi się pojechać na Chodelkę – może i dobrze, bo była to edycja „podwodna” ;-). W tym roku zapowiadało się lepiej, zwolnił mi się termin, więc w ostatniej chwili podjąłem decyzję wyjazdu. Wyszedł wyjazd razem z Tomkiem Dudą – potencjalnym zwycięzcą;-) 

Tym razem baza w remizie OSP w Słotwinach. Taki koniec świata. Nawet telefony komórkowe nie działają;-). Pogoda dopisuje – słoneczko wygląda zza chmur i przed startem zmieniam koszulkę na taką z krótkim rękawkiem. 

Odprawa. Mapa A3 + rozświetlania. Ale koszulki na mapę już nie ma – dobrze, że mam swoją. I zaczyna się zabawa. Na mapie są powielone punkty 63 i 64 – trzeba je przemianować. Na niektórych rozświetleniach nie ma numeru PK. PK 13 na samym końcu mapy to tylko drogowskaz do PK 92. PK 81 w rozwidleniu jarów niedostępnym przez wiatrołomy. Ot, takie typowe odprawowe informacje;-) 

Mapa pozwala na dwa warianty: na wschód od bazy – można uzbierać około 50 PP, punkty są blisko siebie, znacząco mniej niż 50 km, tyle że po nich mało czasu, by dotrzeć na zachodnie, najbardziej wartościowe PK. Wariant zachodni, gdzie można zebrać ok. 100 PP, ale są długie przebiegi i nie ma możliwości sensownego skrócenia trasy, gdy coś nie wyjdzie. Na zachodzie są dwa skupiska punktów i właściwie pozostaje tylko decyzja czy najpierw te południowe, czy północne. 

W prawo czy w lewo? fot. D.Czechowicz

Ruszamy w większości na wariant zachodni. I to w wersji południowej. Pierwszy PK 11 - kapliczka przy asfalcie – niecały kilometr od bazy. Wszyscy biegną tempem na rekord świata. Ja jakoś zostaję lekko z tyłu;-(. Przy kapliczce widzę grupę najlepszych skręcającą w prawo na PK 53 i 54 – czyli jednak oni wybrali wariant północny – ja nie czuję się na tyle mocny, by tak zaryzykować. Tu na powrocie jest z 15 km tylko z trzema dość wartościowymi PK i to trochę poza optymalną trasą. Jak będzie brakowało czasu to spora strata punktowa, a te 15 km trzeba przebiec. 

PK 32 wydaje się banalny – na prawo od asfaltu, przed zabudowaniami Karczmisk ma być droga gruntowa i ze 100-200 m dalej jar, a tam w jego rozgałęzieniu lampion. Jest nawet rozjaśnienie. Na nim to samo. Jest droga wprawo, gdzieś tam widać zarośla – wszyscy skręcają, ja także. Dogania mnie Hubert, który wybiega z jakiś krzaków - widać szukał jaru wcześniej. 100, 200, 300, 400 metrów - jaru nie widać. Konsternacja. Z Hubertem zbiegamy do zabudowań. Tu znajdujemy tych, co biegli przodem. Burza mózgów. Dla mnie jest stanowczo „za daleko od asfaltu”. Innym chyba także, więc wracamy przez wieś do głównej drogi wypatrując jaru – miał dochodzić do zabudowań. Jest asfalt, jaru nie ma! Ja, Hubert i jeszcze jeden zawodnik wracamy asfaltem (można namierzyć się z naświetlenia) w poszukiwaniu właściwej drogi gruntowej, zaś dwójka zostaje w miejscu i coś kombinuje. Przebiegamy 100 czy 200m i drogi nie ma, ale po drugiej stronie asfaltu widać krzaki jakby tam był jar. Olśnienie! Na rozjaśnieniu nastąpiło skomasowanie mapek w taki sposób, że wszyscy patrzyliśmy na asfalt z innego wycinka! A asfalt rzeczywisty puszczony został drogą gruntową z mapy i jaru trzeba szukać po drugiej stronie drogi! Teraz wszystko się zgadza! Ta dwójka co została w wiosce musiała na to wcześniej wpaść niż my! Taki drobiazg, a wyszło pond 2 nadmiarowe kilometry na punkt o wadze 3!! 

Poszukiwania PK 32

Teraz ponad 3 km na PK 47. Trochę asfaltem, potem przy lesie. Może nie w pełni optymalnie. Gdzieś tam miejscowi pracujący na polu z zainteresowaniem pytają czego szukam. Jak to czego? Dębu! Mówią, że dobrze biegnę, prosto do asfaltu, a potem za boiskiem. Wprawdzie na mapie nie ma żadnego asfaltu, boiska, a nawet drogi przy tym PK, ale wiadomo - mapa stara… 

Jest wreszcie dąb Władek z Zagrzempy (tak jest napisane na mapie jakby ktoś się pytał). No, może dąb to za dużo powiedziane – raczej pozostałości po bardzo solidnym drzewie. Ale ciągle zielone! 

Gdzieś tam na horyzoncie przede mną mignęły mi jakieś sylwetki. To pewno Hubert i ta parka co dobrze poradziła sobie w Karczmiskach. 

Przez las do PK 63 – w opisie wyczytałem „leśne miejsce na ognisko”, ale okazuje się że to kapliczka. Złożenie mapy w koszulce poskutkowało złączeniem dwóch opisów;-) Przed PK 63 widzę konkurencję odbiegającą od PK – ich przewaga trochę stopniała! 

Kolejny PK ma numer 71. Grodzisko za rzeką – Chodelką. Biegnę leśnymi drogami – na mapie jest jedna, w terenie co chwila się rozwidlają, więc na azymut w poszukiwaniu mostu. 

Od punktu odbiega konkurencja. Utrzymuję dystans. Niestety, nie znajduję lampionu od razu. Myli mnie opis „Kępa drzew na zewnętrznym wale”. Szukam jakiś wałów, ale nie znajduję – a lampion dynda wesoło na drzewie na skraju łąki, a wału nie widać… 

Teraz kolej na pierwszą dziewiątkę – PK 91. Opis wydaje się zwyczajny „Wierzba pomiędzy chatami, a Chodelką”. Zaraz za mostem widziałem sensowną drogę, nawet ze szlakiem rowerowym w tamtym kierunku. Próbuję ściąć przez łąkę, ale okazuje się, że to jakieś zaorane pole z odrostami i człowiek zapada się po kostki w ziemi. Wracam więc kulturalnie drogą do mostu. Do punktu jakieś dwa kilometry. Droga porządna, ale biegnie bliżej rzeki niż ta zaznaczona na mapie, za to idealnie na punkt. Do punktu już niedaleko, a droga zaczyna być mokra. Najpierw daje się wodę ominąć bokiem, niestety tylko przez chwilę. Buty mokre – brnę dalej. Na mapie owszem, jakieś niebieskie kreski, ale co się stało z tą porządna drogą, że nagle zanikła? Próbuję wałem nad rzeką, ale tu jeszcze gorzej – pokrzywy, chaszcze. Widzę ze 150 m przed sobą wierzbę (chat nie, ale to jedyna wierzba w okolicy) tylko jak do niej dojść? Wreszcie się udaje! Okazuje się, że to jakiś skansen! Przypominam sobie, że na tym szlaku rowerowym było coś o skansenie Żmijowisko i odległości 2.9 km. Pewno szlak rowerowy omijał lukiem tereny podmokłe. Zyskałem może 900m, ale jakim kosztem! 

Czas lecieć dalej, do PK 82 – czyli kolejnego grodziska (opis: pagórek w sadzie). Na szczęście porządną drogą. Na mapie koło tego grodziska są narysowane tory kolejowe. Oczywiście nie ma po nich śladu. Zamiast torów jest asfalt. Patrzę na te sady wypatrując pagórka. Jakoś płasko. O jest jakieś odkształcenie terenu. Nie powiem, że imponujące – może wystaje metr nad poziom gruntu? Ale wisi lampion na jakimś starym słupku ogrodzeniowym. Wtem z najmniej spodziewanej strony – z krzaków wychodzi konkurencja. Myślałem, że oni są kilka km przede mną, a tu taka niespodzianka. Jak widać chodzenie na azymut nie zawsze popłaca! 

Mam zaliczony południowo-zachodnie zgrupowanie punktów. W sumie 38 PP. Teraz bezproduktywny przebieg ponad 5 km na kolejne skupisko punktów. Którędy? Moje doświadczenie z Chodelką przy PK 91 nie zachęca do kierowania się jej brzegiem. Nie wiadomo czy tam jest jakaś droga, czy nie. Widać asfalt wychodzący poza mapę, ale taki, który powinien doprowadzić mnie do mostu przy Małe Dobre. Pewno z kilkaset metrów dalej, ale droga lepsza. Konkurencja podpytuje jaki wariant wybieram – widać, że wahają się przed próbą szukania skrótu. Jednak chyba ostatnie doświadczenie ze skrótami trochę ich onieśmiela przed kolejnym takim działaniem. Ruszamy asfaltem. Kurczę, skąd ludzie mają tyle sił do biegania? Mi już nogi wchodzą w 4 litery, stopy zaczynają palić od asfaltu (inov-8 nie nadają się na asfalty!) Zostaję coraz bardziej w tyle. Po drodze sklep – przywraca mi chęć do życia puszka zimnego bezalkoholowego Radlera! Oczywiście konkurencja znika za linią horyzontu. 

Zmaltretowany docieram do PK 62. To jest ławeczka z miejscem na ognisko i punktem widokowym na przełom Wisły. A przy podejściu na punkt zaczyna się pojawiać konkurencja biegnąca wariantem południowym. Raczej ta wolniejsza, bo ja mam na liczniku dobrze ponad 30 km. 

Przed PK 62. fot. D. Czechowicz

Teraz nawigacja na rozjaśnieniu w postaci ortofotomapy. Sama przyjemność! PK 65 kępa drzew przy drodze. PK 83 tuż obok, tyle że na skarpie. Nie wiem ile metrów (wydaje się, że ze 100 w pionie) do góry, ale strasznie stromo. Widzę, że ktoś pnie się po skarpie w górę. Para z którą podbijam lampion także postanawia zmierzyć się z zadaniem alpinistycznym. W pierwszym odruchu próbuję iść za nimi, ale zatrzymują mnie krzaki i świadomość, że jak zlecę, to żadnej pomocy (telefon także nie działa - przed chwilą Renata próbowała mnie wydzwonić, ale łączność byłą jednostronna), a i wchodzenie w tym miejscu nie jest optymalne – potem trzeba ominąć jakiś żleb. Cofam się do zabudowań – tam powinno być jakieś wejście na skarpę. Niestety to ślepy zaułek. Droga kończy się na posesji, a tablice ostrzegają o groźnych psach pożerających żywcem, strzelaniu bez ostrzeżenia do intruzów… 

Wracam się – może na skarpę wejdę gdzieś dalej. Spotykam Huberta idącego z naprzeciwka, ale wejścia na skarpę brak. Zerkam na mapę – wracając z PK 92 akurat mogę przejść przez ten punkt na skarpie. 

PK 64 pod mostem – oczywiście po drugiej stronie rzeki. To normalnie znęcanie się nad uczestnikami:-)

Teraz kolej na najdalsze punkty: PK 13 i PK 92. Znajduję całkiem dobrą drogę – malowniczo wiodącą przez sady pełne owoców. W oddali gdzieś z lewej wybiega (chyba) parka, z którą się ściągam od początku. Znaczy mają już PK 92 i lecą na PK 81 wariantem, o którym myślałem wcześniej – więc pewno mają już zaliczony ten lampion na skarpie. Sporo mnie wyprzedzili! 

Powinien być gdzieś tu PK 13. Ale lampionu brak! Nic to, idę nad Wisłę by dotrzeć do ujścia Chodelki. Koniec pól - jest ścieżka prowadząca do punktu. Może to tu powinien być ten PK 13? Ale także i tu lampionu brak. Idę w dół skarpy. Jest lampion PK 92! Można wracać. W opisie PK 13 jest tylko „koniec ścieżki”, więc na wszelki wypadek sprawdzam ścieżkę idącą na górze skarpy – kończy się trochę dalej za sadem ze śliwkami, ale na odprawie było mówione, że PK13 wskazuje ścieżkę, którą dochodzi się do PK 92. Nie ma co szukać tak mało wartościowego PK, wpisuje BPK i tyle. Coś zaczyna popadywać deszczyk. Z dołu wspina się Adam – wkurzony, bo do ujścia Chodelki szedł po krzalach nad rzeką. I wcześniej kilka razy namierzał się na PK 81, którego nie znalazł. Mnie ten PK 81 dopiero czeka. 

Punkt, którego nie było czyli feralna 13-stka

Wracamy w kierunku PK 83. Po drodze mijamy rowerzystów i innych uczestników. Na ortofotomapie jest droga prowadząca na skarpę. Przy granicy lasu Adam nie wytrzymuje i rzuca hasło – na azymut przez pole i las. Trochę wcześnie, ale co - nie jestem cienias – idę przebijać się przez krzaki. Za chwilę mamy porządną ścieżkę prowadzącą górą skarpy i drzewo z lampionem. Z góry śliczna panorama, a w dole widać drzewo z lampionem 65. Niby tak blisko, a zarazem tak daleko! Okazuje się, że Adam nie ma zaliczonego PK 65 i musi zejść na dół. W pierwszym odruchu próbuje zejść bezpośrednio przy punkcie, ale szybko się cofa. Jednak gdy dochodzimy do żlebu nie wytrzymuje i rusza w dół – widać, że ktoś tu lazł, więc może się uda. 

Ja truchto-drepczę górą skarpy, porządną drogą gdzieś tak w kierunku punktu 62. Konkretnie do drogi, która widzie w dół do PK 62. Z mapy wynika, że jak skręcę w lewo, to po 200 m dojdę do jaru z PK 81. Jest jar! Teraz kilometr jarem. Niestety jar jest mocno zabałaganiony. Sporo krzaków, powalonych drzew. Mi po czterdziestym kilometrze kiepsko zginają się plecy. Gdy muszę przeciskać się pod zwalonymi drzewami – nie jest łatwo! Na odprawie mówiono coś z o zwalonej sośnie koło lampionu. Podobno sosna jest tu unikatowa. Ale okazuje się, że po drodze zwalonych sosen są dziesiątki! Nie jest wcale taka unikatowa w tym jarze! Unikatowa za to jest dziura wymyta przez wodę. Łagodny jar i nagle uskok tak ze 3-4 metry w dół pionowej ściany! Trzeba jakoś bokiem obchodzić, bo do zeskoczenia bezstratnego za wysoko. 

Po kilometrze jest złączenie jarów i jest lampion. Abstrakcyjnie wysoko – jakby nie można było powiesić na dole! 

Czasu zaczyna robić się mało. Wychodzę wreszcie z jaru i odnajduję asfalt. Akurat mija 44 kilometr. Patrzę na zegarek. Gdybym był w stanie biegać jak na początku, zdecydowałbym się na wariant przez PK 54 i 53. Ale nogi ciężko chodzą – nie dam rady. Zostaje tylko PK 55. Marszobiegiem przemieszczam się do przodu. Asfalt i asfalt. Mam dość. Jest wreszcie PK 55. Zostało niecałe 50 minut czasu i jakieś 5 km w linii prostej do bazy. Ale w linii prostej się nie da czyli 6-7. Najpierw drogą pseudasfaltową. Ma być skrót w lewo. Jest jakaś droga polna. Skręcam. Droga robi się coraz gorsza. Wchodzi w las i pojawiają się co chwila na drodze zwalone drzewa… Nie wiem czy był to dobry pomysł z tym skrótem! Przebijam się jakoś (wolno) do asfaltu. Zostało 27 minut i ponad 4 km asfaltem naokoło. A może by skrótem? Widzę drogę w dobrym kierunku. Skręcam. Najpierw jest fajnie, a potem… zwalone drzewa. Wszędzie. 1800 m w 16 minut;-( Asfaltem naokoło byłoby pewno tyle samo odległości, ale szybciej o jakieś 3-4 minuty. Do bazy prawie 2,5 km i 9 minut. Nie wyrobię się. Po drodze jeszcze PK 23 tylko 10m od asfaltu - zawsze choć jeden punkcik na plus. Gdyby nie te fatalne decyzje ze skrótami przez las miałbym szansę zdążyć w limicie. Wtedy miałbym podium. Te feralne 6 minut mogłem wydziergać mniej filmując, nie pijąc piwa, zalepiając sznurowadła taśmą, by mi się nie rozwiązywały, albo choćby nie polec na PK 32… 

Feralne skróty...

A tak jak zwykle 4-te miejsce… Gdyby była choć klasyfikacja weteranów;-) 

 



środa, 10 listopada 2021

Duża Jesienna Hała

Kiedy jakiś czas temu oświadczyłam Tomkowi, że dojrzałam do udziału w Hale, to zdecydowanie miałam na myśli Małą Hałę. Ponieważ jednak dla Tomka Mała Hała to jest nic, więc drogą kompromisu (cha, cha, cha) zapisaliśmy się na dużą. Uznałam, że przecież i tak przejdę tylko i wyłącznie tyle, ile dam radę i ani kroku więcej, więc szkoda czasu na spieranie się - duża czy mała. Po pewnym czasie, kiedy byliśmy już zapisani i opłaceni, zdałam sobie sprawę z pewnej niedogodności - na Hale nie będzie noclegu, odprawa ma być o 7.30, dojazd zajmie ze dwie godziny i jak nic trzeba będzie wstać o czwartej rano! Czwarta rano! Ja mogę nie dojeść, nie dopić, ale bez snu nie funkcjonuję. Ale nic to - dam radę przejść dziesięć kroków, to tyle przejdę, może kilometr, a może się rozkręcę i z pięć przelecę - tak sobie rozmyślałam. W piątek położyłam się spać jakoś przed dziewiątą wieczór i nawet w miarę szybko zasnęłam, resztę dospałam w samochodzie i rano nawet nie było tak tragicznie.
W bazie zastaliśmy liczne grono uczestników, mimo konkurencyjnego Nocnego Marka, który miał startować wieczorem. Z niecierpliwością czekaliśmy na odprawę i rozdanie map, żeby zobaczyć co nas czeka, dopasować tradycyjne na Hale lidary i zaplanować trasę.

 Mam! Mam mapy!
 
Na okoliczność licznej reprezentacji Stowarzyszy postanowiliśmy pójść całą bandą, bardziej rekreacyjnie niż wyczynowo, co bardzo mi odpowiadało. Jeszcze tylko trzeba było ustalić jak idziemy. Moja propozycja była tak minimalistyczna, że nie miałam odwagi nawet jej przedstawić, ot, takie małe kółeczko dookoła bazy. Propozycje reszty grupy były przerażająco rozległe, ale wyszłam z założenia, że najwyżej na jakimś etapie odmówię współpracy i już. Mieliśmy pójść prawą stroną mapy na południe do rzeki Jabłonicy i w zależności od czasu i sił albo iść jeszcze bardziej na południe, albo zacząć wracać. Udawałam, że zupełnie spoko, bo co będę marudzić już na starcie.
Chyba większość uczestników wybrała ten sam kierunek wariantu co i my, bo przy PK 4P, który braliśmy jako pierwszy, do perforatora ustawiła się kolejka.

Nie wszyscy zmieścili się w kadrze.

Po 4P mieliśmy wycinek lidarowy z pięcioma punktami, w sumie za 20 punktów przeliczeniowych, więc wartościowy. Na lidarach to ja się znam jak świnia na gwiazdach i rzadko udaje mi się coś z tej szarzyzny wydedukować, ale mądrze potakiwałam, starałam się iść na czele pochodu i ogólnie robić wrażenie bardzo zaangażowanej. W sumie to nawet nie było takie trudne wziąwszy pod uwagę, że poza Barbarą i Tomkiem reszta grupy była podobnie jak ja zorientowana gdzie, po co i dlaczego w taki sposób idziemy. Pewnie czułam się tylko na tych fragmentach, gdzie można było iść na azymut. Tych akurat było mało, bo ciągle coś trzeba było obchodzić.
Przy 6G po raz pierwszy na trasie mieliśmy do czynienia z charakterystycznymi dla tego regionu rudnymi dołami czyli wyrobiskami górniczymi, które wyglądają jak spore kopce, każdy z dziurą w środku. I właśnie przy takiej dziurze wisiał lampion, a nad nim znowu tłoczył się tłum, bo nasz wariant przejścia najwyraźniej cieszył się dużą popularnością. 
2G wisiał sobie w ogromnej i głębokiej dziurze i nawet nie próbowałam złazić do niej, tylko posłałam tam moją kartę startową za pomocą Ani, która wykonała efektowny zjazd na dno, zakończony gwałtownym lądowaniem.

Ciężko było o sensowny wariant przejścia między punktami.

Następne skupisko punktów znów było lidarowe, ale przynajmniej można było do niego dojść przecinkami i wiadomo było gdzie iść. O ile do tej pory uważnie śledziłam gdzie jesteśmy i starałam się zawsze umiejscawiać na mapie, to teraz powoli zaczynałam tracić czujność, bo a to batonik, a to soczek, a to coś zagadać. Tym niemniej wciąż starałam się wyglądać mądrze i nawet parę razy udało mi się pokazać na mapie miejsce naszego pobytu tym, którzy już wcześniej utracili kontakt z mapą. 
Punkt 5J wydawał mi się w ogóle nie do znalezienia, bo znowu weszliśmy w rejon rudnych dołów, ale tym razem były ich setki. I jak trafić do tego jednego, konkretnego??? Gdybym mogła sobie powiększyć mapę tak, jak teraz jej obraz na monitorze, to wiedziałabym, gdzie są ścieżki i mogłabym policzyć kierując się nimi, ale wtedy, w lesie, przy moim popsutym wzroku i braku okularów, to była totalna abstrakcja. Szłam więc za  grupą, ale wciąż z mądrą miną, żeby nie było! Między 6J a 4J to już zupełnie się pogubiłam, choć akurat to był łatwy fragment, ale jakoś zajęłam się bardziej swoimi myślami niż śledzeniem trasy. Na szczęście Basia z Tomkiem doprowadzili nas gdzie trzeba. 
Po drodze po raz pierwszy i nieostatni spotkaliśmy Olafa z Miśkiem, którzy nadchodzili z naprzeciwka i każde kolejne spotkanie (a było ich kilka) wyglądało tak samo. Nawet za którymś razem padło podejrzenie, że może jesteśmy na dwóch różnych rajdach, bo w końcu z jakiegoś powodu chodzimy w przeciwfazie.

Kolejny wycinek lidarowy.

 Po 4J mieliśmy długi przelot idealnie prostą drogą, potem kawałek w lewo i namierzanie się na początek cieku pośrodku niczego. Tym "niczym" okazały się wysokie trawy i różnorodne chaszcze. Znaleźliśmy jakiś niby rowek, ale po pierwsze biegł w niedokładnie słusznym kierunku, a po drugie nie było na nim lampionu. Rozpierzchliśmy się po okolicy czesząc mniej lub bardziej logicznie, zakładając, że sześć osób ma spore szanse coś w końcu wypatrzyć. Szczęście uśmiechnęło się do Barbary, która w krzakach  zauważyła bijący czerwienią w oczy perforator. Jak to dobrze, że tym razem Adam nie powiesił kredek - w życiu byśmy tego punktu nie znaleźli, szczególnie, że wcale nie stał na żadnym cieku, ani nawet rowku. Przynajmniej ja nic takiego tam nie zaobserwowałam.
Z 2C poszliśmy na 4C, gdzie mieliśmy znaleźć głaz narzutowy. Jak uczy doświadczenie pojęcie "głaz" jest bardzo pojemne i może oznaczać zarówno kamol większy od człowieka, jak i małą popierdółkę do kolan trudno zauważalną w trawach. Nasz głaz na szczęście okazał się pośrednich rozmiarów, taki w sam raz, żeby go nie przeoczyć.
 
Punkt kamienny.
 
Po dwóch punktach z normalnej mapy znowu weszliśmy na wycinek lidarowy. Tym razem musieliśmy dobrze przemyśleć kolejność zaliczania punktów, bo na koniec czekała nas przeprawa przez rzeczkę, którą mogliśmy pokonać albo mostem przy 3T, albo nie wiadomo jak, ale za to gdziekolwiek. Mi najbardziej podobał się wariant 3T, 5T, 6T i na koniec 7T, a potem to się zobaczy, bo tak w głębi serca miałam nadzieję na jakieś spektakularne przedzieranie się przez wodę po pas, jakieś dramatyczne chwile, no - sami wiecie. Most? Cóż - most jest dla cieniasów. O dziwo, grupa przyjęła wariant bez marudzenia i ruszyliśmy w stronę wąwozopodobnej dziury z 3T. Kawałek dalej, kiedy już ruszyliśmy na kolejny punkt, w środku lasu drogę zagrodził nam mur. Od razu przypomniały mi się Nocne Manewry, gdzie na wygodnej, prostej, szerokiej przecince marsz zakończyło nam ogrodzenie, które można było obejść albo w prawo, albo w lewo i nie wiadomo, z której strony jest krócej. Tutaj na szczęście widać było koniec budowli, więc wariant obejścia był prosty.
5T znowu było w rudnym dole i nawet nie próbowałam połapać się, do którego mamy iść, bo liczenie tych kopczyków to masakara.
Z 5T ruszyliśmy w stronę cywilizacji, czyli wsi Górka. Z tą cywilizacja to zawsze jest taki problem, że między lasem, a drogą stoi rząd zabudowań, ogrodzony tak, że mysz się nie prześlizgnie, a co dopiero grupa sześcioosobowa. Tylko czekaliśmy kiedy z któregoś domu wyskoczy gospodarz z widłami, ale poza ujadającym psem nikt się nami nie zainteresował. Zwiedziliśmy kilka podwórek zanim udało nam się sforsować ogrodzenie metodą rozdrutowania zadrutowanej bramki.  Całe szczęście, że trafiliśmy na taką, bo przełażenie górą chyba już jest poza zasięgiem moich możliwości fizycznych:-) We wsi, na asfalcie znowu spotkaliśmy Olafa z Miśkiem w przeciwfazie, a potem dotarliśmy na skraj wielkiej dziury z PK 6T.
 
Koledzy tradycyjnie w przeciwnym kierunku.
 
7T stał na końcu nasypu i kiedy już się do niego zbliżyliśmy, grupa poszła nasypem, a Tomek prosto na rozlewisko, w największe krzaczory. Z automatu poszłam za nim, bo może podświadomie brakowało mi chociaż namiastki atrakcji, jakich zawsze dostarczał mi swoimi wariantami przejścia. Grupą chodziliśmy do bólu przewidywalnie i logicznie. Po podbiciu punktu zeszliśmy obejrzeć rzeczkę i sprawdzić możliwości dostania się na drugi brzeg. Rzeczka nie była nachalnie duża, ale zbyt szeroka żeby przeskoczyć. Można było pójść trochę w prawo, trochę w lewo i poszukać węższego miejsca, ale zanim podjęliśmy decyzję, Tomek wlazł w wodę i najzwyczajniej przeszedł na drugą stronę. Z entuzjazmem podążyłam za nim ciągnąc ze sobą grubą gałąź, którą Bartek wcisnął mi w ręce, żeby robiła za mostek. Boszszsz - mostku mu się zachciało! Oczywiście, że nie udało się zbudować żadnej przeprawy i wszyscy przeszli w bród, z czego większość nawet chwaląc sobie tę miłą ochłodę umęczonych już nóg.  Listopadowe kąpiele wcale nie są takie złe, szczególnie, że pogodę mieliśmy wyśmienitą, słonko świeciło, a od szybkiego marszu byliśmy dobrze rozgrzani. 

Budujemy mosty dla pana starosty...
 
Wzdłuż rzeki, nie przejmując się już pomniejszymi mokradłami po drodze, dotarliśmy do leśnego bajorka z punktem 8E, naszą najcenniejszą zdobyczą, bo do żadnej dziewiątki nie dotarliśmy. Zresztą nawet nie było takiego planu.
Skoro byliśmy już po południowej stronie rzeki, postanowiliśmy wziąć 6E, chociaż kusiło nas też 4E i 3E. Stwierdziliśmy jednak, że lepiej nie ryzykować, bo połowa czasu minęła i trzeba było zacząć kierować się w stronę bazy, a nie oddalać się od niej. 6E okazał się najbardziej krwawym punktem, bo broniły go przed nami krzaki, jeżyny, dzikie róże, tarniny i wszystko co jest kolczaste. 
Po 6E czekał nas kilkukilometrowy przebieg asfaltem i wykorzystaliśmy to do podkręcenia tempa. Na szczęście było w dół i po płaskim.
5B to kolejna rudna góra, podobnie 3B. Za to między tymi punktami natrafiliśmy na punkt żywieniowy. Szkoda tylko, że nie dla nas, a dla zwierzątek:-( Ale jakie tam były rarytasy! Arbuz, winogrona, papryka, marchewka, rzodkiew, kukurydza.... Nie wiem jakim cudem powstrzymałam się od zeżarcia przynajmniej arbuza.

Niezła wyżerka, tylko ta ambona w pobliżu... (Fot. Basia)

W drodze na 3A duch w narodzie podupadł. Najpierw wypatrzyliśmy na mapie, że w sumie do punktu prowadzi prosta przecinka, ale nasze samozadowolenie zburzyła Basia twierdząc, że nie przecinka, tylko rów, który przecinaliśmy już wcześniej między 5B a 3B. Stwierdziła i ruszyła przodem. W żaden sposób nie potrafiliśmy przyswoić tej rewelacji, ale posłusznie ruszyliśmy za nią. Im bardziej zwiększał się odstęp między nami a przewodniczką i podążającym za nią Tomkiem, tym bardziej umierała w nas wiara w słuszność poruszania się wzdłuż rowu. Kiedy już byliśmy na skraju buntu okazało się, że jednak Barbara ma rację, bo najpierw słupek skrzyżowania przecinek potwierdził miejsce naszego pobytu, a kawałek dalej zobaczyliśmy lampion.
Punkt 2A był chyba najłatwiejszy - kapliczka myśliwska w Bryzgowie, przy samej drodze.
 
No, kapliczka. Po prostu.
 
Po 4A pożegnaliśmy Anię i Zuzę, które uznały, że wyrobiły już dzienną normę chodzenia, za to mają zaległości w shoppingu i postanowiły udać się na zakupy do Przysuchy. Złożyliśmy więc zamówienia, pomachaliśmy im i poszliśmy dalej.
3P to kolejny początek (a może koniec? nigdy nie wiem) cieku i znowu to, co znaleźliśmy po chwili poszukiwań, nie spełniło jakoś specjalnie naszych oczekiwań. A przynajmniej moich, bo kawałek dalej znalazłam znacznie większy rowek.
Przy 5P znowu zaczęliśmy spotykać innych uczestników Hały, co świadczyło, że jesteśmy coraz bliżej bazy i każdy powoli wraca. Punkt stał przy opuszczonych budynkach produkcyjnych czy czymś takim, tuż przy stawie, czy raczej basenie przeciwpożarowym, a dookoła rozciągał się łan wysokich, malowniczych traw.
Został nam ostatni wycinek lidarowy, a potem w zależności od czasu chcieliśmy jeszcze coś zgarnąć z głównej mapy. 6W wisiało nad wieeelką dziurą, na dnie której płynął sobie strumyk. Po drugiej stronie strumyka, tylko kilkaset metrów dalej, na górze skarpy stał 3W, a jeszcze dalej 4W. Oznaczało to, że najpierw musimy zejść na dno zagłębienia, potem sforsować strumyk (co to dla nas) i ponownie wdrapać się na górę.  Przy 5W natrafiliśmy na dwa stowarzysze z Małej Hały, ale wiedzieliśmy, że jak przy lampionie nie ma perforatora, tylko dynda kredka, to nie należy tykać, tylko obejść z daleka:-)
Po zaliczeniu ostatniego lidara skalkulowaliśmy, że damy radę zebrać jeszcze 4H i 5H. Bardzo kusiło nas 8A, ale niestety było zbyt ryzykowne. Moglibyśmy nie zmieścić się w limicie czasowym.
4H - nad rzeczką, opodal krzaczka.... - trochę przedzierania się, trochę moczenia nóg, bo nie warto było już dbać o suche, skoro meta blisko.
Przy 5H kłębiło się już kilka ekip, z Olafem i Miśkiem na czele. Punkt stał w dość głębokim jarze i wyłazić z niego musiałam czterokończynowo. Inne metody groziły odpadnięciem od ściany i zsunięciem się na dno. A tego bardzo, bardzo nie chciałam.
 
 
Jeszcze kawałeczek.
 
Do mety było stosunkowo blisko, a co najważniejsze poza odejściem od punktu już tylko po asfalcie, więc lajtowo. Zdążyliśmy w limicie, a nawet byliśmy parę minut przed czasem. W bazie czekała pyszna grochówka, no i przede wszystkim wreszcie można było usiąść, bo nogi już mi zaczynały wchodzić w głąb człowieka.
Z czasem baza zaczęła pustoszeć, ale my postanowiliśmy zostać do ogłoszenia wyników, bo wykalkulowaliśmy, że Przemek powinien zająć miejsce na podium. Przemek na imprezę dojechał nami i tak też miał wracać, byliśmy więc sprzężeni ze sobą.  Jako pierwsze ogłoszono wyniki kobiece i bardzo się zdziwiłam zajęciem drugiego miejsca (ex aequo z Basią i Dorotą), no bo przecież szliśmy tylko towarzysko i rozrywkowo, a nie wyczynowo. A kobitek tym razem kilka było. Pierwsza była Gosia z teamu Wydry i wreszcie miałam okazję na własne oczy zobaczyć bohaterkę moich ulubionych filmików. Tak trzymaj Gosia! Przemek też zajął drugie miejsce, ale u panów rywalizacja była na poważnie, więc wcale nie są to miejsca równoważne - żeby sobie nikt tak nie myślał. Szkoda tylko, że dyplomów nie dawali, bo jak tu teraz znajomych przekonać o swoim geniuszu? :-)
 
Wygrałyśmy Gminny Festiwal Piosenki Dziecięcej:-)


A tak wygląda nasz ślad na mapie: