Polana z centrum zawodów w sobotę wyglądała całkiem inaczej. Tłum ludzi, brama mety, jupitery, latające drony…. Po prostu tak, jak zwykle na imprezie wyższej rangi.
![]() |
| Centrum zawodów |
![]() |
| Tak będzie wyglądała meta |
![]() |
| Rozgrzewka przed startem |
Na starcie nastroje różne. Wszędzie wokoło słychać „byle bym tylko nie zgubił(a) się w lesie”. Przy tej ilości biegaczy to zawsze ktoś będzie w zasięgu wzroku, więc zawsze można o drogę się spytać;-)
Wreszcie moja minuta startowa. Długi dobieg do lampionu. I dalej…. na azymut, przez górkę w poszukiwaniu rowu. Udało się trafić całkiem sprawnie.
PK 2 – znowu tylko na azymut, po prawej ma być coś zielonego, potem po prawej coś mokrego. Zielone jest, mokre jest po prawej i na wprost, woda chlupie w butach…. Coś nie do końca tak jak trzeba. Wybiegam na drogę – PK 2 ma być przy zakręcie, a wiem że zniosło mnie na lewo, więc skręcam w prawo i lecę. Po drodze to ja ratuję kogoś, pokazując mu gdzie jest… Jeśli to jego pierwsze punkty, to szybko się zgubił;-)
Biegam uważnie, obserwuję rzeźbę, więc PK 3 nie stwarza problemu.
PK 4 daleki – za daleko na azymut po nocy – wybieram wariant drogowy – można się ciut rozpędzić, a przy samym lampionie światełka, więc łatwo z drogi do niego trafić.
PK 5 – w …uj daleko, po drodze mokre, zielone…. Nie. Biegnę drogami. Przede mną także ktoś tak biegnie, ale to jakiś szybkobiegacz. Lekkie zawahanie w jednym miejscu – „gruba” droga zaznaczona na mapie okazał się w terenie ledwo dostrzegalna.
Dobiegam w okolice punktu - po prawej mocno zielona i gdzieś tam na górce ma być dół z lampionem. Ustawiam azymut i pnę się do góry w młodniku. Tu i ówdzie nie daje się przejść, więc obchodzę. Ale jak to w młodniku – chodzenie na azymut bywa bardzo „umowne”. Mi tak wyszło w pewnym miejscu 90 stopni w lewo (po prostu szedłem pod górę). W efekcie trafiłem… nie tam, gdzie trzeba. Była podobnie ułożona granica kultur, więc pognałem w lewo, ale trafiłem… na drogę z której przyszedłem. Wiedziałem już gdzie jestem, więc znalezienie lampionu stało się wreszcie wykonalne. Ale straciłem dobre kilka minut na krążenie po krzakach.
PK 6 i PK 7 bez większych przygód.
Do PK 8 chciałem drogami. Dobiegłem do drogi, skręciłem w lewo i się rozpędziłem. Miałem skręcić w pierwsza porządną drogę w prawo. Znalazła się taka droga, nawet ktoś na niej się kręcił. Skręciłem. Po chwili droga zaczęła zmieniać kierunek za bardzo w prawo, pojawiły się jakieś zbyt wysokie wydmy po prawej i po lewej. Wiedziałem mniej więcej gdzie jestem na mapie – wyznaczyłem azymut i ruszyłem na poszukiwanie PK 8. Jak okiem sięgnąć po lesie biegali ludzie z czołówkami. Każda grupa w inną stronę. Po drodze trafiłem nawet na jakiś lampion, ale stanowczo nie mój. Chwilami zacząłem sobie przypominać te teksty ze startu o gubieniu się w lesie… I brać jakoś tak za bardzo do siebie. Ale wreszcie trafiłem na drogę, coś zaczęło się zgadzać i znowu jakieś latarki błyskające tam, gdzie mógłby być lampion. Trafiłem, choć znowu kilka minut straty…
PK 9 widokowy – oczywiście zaliczyłem go od zachodu. Na PK 10 była już wydeptana inostrada. Na śladzie widać, że idealnie po kresce;-)
PK 11 i 12 to już formalność.
Został dobieg do mety. Ale z daleka widać światła, słychać głos spikera… Teraz nie ma co się oszczędzać- dobiegam do ostatniego punktu z południa, przez rów.
![]() |
| Na mecie |





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz