Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IV InO z Niepoślipką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IV InO z Niepoślipką. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2016

Ale obciach:-(

W sobotę, zaraz po obiedzie pojechałam rozwiesić trasę TT. Było blisko, łatwo i niekłopotliwie, ale przy moim stopniu niewyspania (już od środy pracowałam na to) wydawało mi się wyczynem heroicznym. Tak w 1/3 trasy skończyły mi się zszywki i w pierwszej chwili nawet się ucieszyłam, że fajrant, ale po chwili dotarło do mnie, że oznacza to kolejną wycieczkę. Minęło raptem z pół godziny zanim wróciłam, a w lesie katastrofa. Jeden lampion spalony, dwa zniknęły bez śladu, a do pozostałych to już się nawet bałam iść. Na szczęście miałam ze sobą kilka zapasowych, więc uzupełniłam niedobory, ale coś miałam przeczucie, że długo nie powiszą.
Wieczorem, już przy starcie, uczulałam wszystkich wychodzących, że mogą pojawić się braki, ale nie przyszło mi do głowy, że aż tak duże. Karty wracających osób upstrzone były bepekami, a kredki przy lampionach ostały się ze trzy na krzyż. Normalnie zrobiło mi się wstyd, że jacyś mieszkańcy mojego miasta odwalili taką wiochę. A kiedy już po imprezie zbierałam ocalałe resztki i zobaczyłam jakimi napisami ozdobiono te lampiony, które jeszcze wisiały, to w ogóle miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Totalny obciach:-(
Strasznie mi przykro, że jakiś niedorobiony patafian próbował zepsuć nam zabawę:-(
Na trasie TP ocalały wszystkie lampiony. Widać, tamta część miasta jest bardziej cywilizowana...




 

wtorek, 19 kwietnia 2016

Orientalioza w natarciu

Z Niepoślipki wrażeń mam niewiele. No bo tak niby byłam, a sumie to niezbyt. W piątek ledwo rozłożyliśmy sekretariat, a już się zaczęło:
- Pojedź i przywieź ...
- Jak wrócisz to jeszcze podjedziesz do ...
- Jedź do sklepu po ...
Normalnie taksówka. Kiedy już wyjeździłam całą benzynę i koło północy na stałe zagościłam w bazie, nagle mnie tknęło:
- A gdzie jest impreza?
Znaczy się tradycyjna impreza integracyjna. W bazie bowiem była tylko cisza jak makiem zasiał. Nawet przez moment pomyślałam, że może nikt nie przyjechał i niepotrzebnie tam siedzimy, ale podobno byli. Oczywiście, że nie miałam kiedy zobaczyć kto przyjechał, że już nie wspomnę o integracji. A niektórych uczestników po raz pierwszy zobaczyłam dopiero na zakończeniu. Organizator to ma jednak ciut przechlapane towarzysko.
Ostatni zawodnicy dotarli do bazy po pierwszej w nocy, a w sobotę zostałam wyrwana ze snu już o barbarzyńskiej szóstej rano (albo i wcześniej) bo trzeba było jechać po wędlinę i ser do kanapek. Tych kanapek, co to po północy kroiłam 80 bułek i myłam sałatę. Niby miałam satysfakcję, że Ania i Bartek też musieli świtkiem zerwać się do pomocy, ale w sumie co to za satysfakcja...
Soboty bałam się panicznie. Po oficjalnym rozpoczęciu wszyscy jechali w las, a ja miałam zostać z trasą TF, czyli Rodzinnymi MnO. TF ma to do siebie, że może przyjść 50 zapisanych osób i równie dobrze może przyjść drugie tyle niezapisanych. Map miałam sporo, ale bardziej niż ich braku obawiałam się czy zapanuję nad żądnym natychmiastowego wyjścia w teren tłumem. Na szczęście do pomocy miałam Zuzę i wspólnym wysiłkiem udało się nam wyekspediować wszystkich na etap, nie zapominając wyposażyć ich w mapy, zdjęcia i instrukcję postępowania. Nawet odnotowałam kto wychodzi i w jakim składzie. Ledwo zamknęły się drzwi za ostatnimi zawodnikami, a na horyzoncie pojawili się pierwsi wychodzący. Normalnie za łatwą trasę zrobiłam. Na drugiej rundzie trzeba będzie zwiększyć poziom trudności. (Tak, już zaczynam myśleć o czerwcowych zawodach.)
Część uczestników po powrocie z trasy szła do domu, ale spora grupa została robić lampiony. Bo ja to taka cwana jestem, że niby konkurs, to, tamto, a w rzeczywistości dzieci odwaliły za mnie kawał roboty i mam nowe lampiony na kolejną imprezę. Fakt - niektóre tak jakby z lekka nieregulaminowe, ale oj tam! Mi się podobają.
Podliczyłam ilość osób wychodzących i wracających i o dziwo - ilości się zgodziły. Obeszło się bez strat w ludziach:-) Kolejny sukces na koncie:-)
Chyba udało nam się znowu zarazić kolejną partię osób orientaliozą, bo dopytywali się gdzie i kiedy następne zawody. Zaraza rozprzestrzenia się szybko. Tylko patrzeć aż ktoś złoży doniesienie w sanepidzie.
Trasa rodzinna to było dopiero 1/3 moich sobotnich tras i myśl o odpoczynku już po pierwszej nawet mi nie przyszła do głowy. Przede mną były jeszcze moje nocne etapy.

I tu musi nastąpić mój ulubiony c. d.  n., bo trzeba dokończyć protokół:-)

Niedoszła galeria

Czy ja coś wczoraj pisałam o robieniu galerii?  No, to szło mi z nią tak, jak z pierniczkami - robiłam, robiłam, robiłam i końca nie było widać. Wszystko przez to, że zawsze, normalnie ZAWSZE komputer uważa, że wie lepiej od człowieka jak co ma być zrobione. Co sobie poustawiałam zdjęcia w pasującym mi porządku, to ten złośliwiec ustawiał je po swojemu. Oczywiście zorientowałam się w tym dopiero po jakiś trzech godzinach pracowitego przesuwania fotek. Bo jeszcze żeby było śmieszniej, za nic nie doszłam jak przesuwać po kilka na raz i dziabałam je sobie tak pojedynczo. Na koniec wkurzyłam się na maxa i kazałam Tomkowi wykasować wszystko i wrzucić jak i gdzie chce.
W związku z powyższym od galerii odcinam się grubą kreską, a z komputerem nie gadam. Ciche dni...

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Zarobiona jestem

Napiszę.
Na pewno coś napiszę - jak tylko galerię z Niepoślipki zrobię. Po 7 godzinach dłubania myślałam, że jestem za połową i wtedy ... Darek dosłał mi 121 zdjęć.

sobota, 16 kwietnia 2016

Pierniczę rżnięcie!

Jedno pierniczy, drugie rżnie - nie, nie głupa - rżnie misia.
Tak wyglądał ostatni tydzień przygotowań do Niepoślipki w naszym domu.
Odbiła mi palma, odebrało mi rozum i resztki rozsądku. Umyśliłam sobie, że upiekę prostokątne pierniczki, polukruję żeby wyglądały jak lampiony i napiszę kody z inicjałami  każdego uczestnika.  Jednym słowem - spersonalizowana niespodzianka. Można by to uznać za genialny pomysł, ale tylko tak do 40-50 uczestników. Zaczęłam prawie miesiąc przed imprezą - wiadomo - pierniczki można długo przechowywać. Wyszło mi tak z 70, bo to zawsze coś się nadłamie, ukruszy, czy po prostu ktoś zeżre. Malowanie białej części zabrało mi kilka dni (no bo przecież nie od rana do wieczora, tylko z doskoku), malowanie czerwonej - kolejne kilka. Dwa dni przed końcem zapisów zaczęłam pisać kody. Dla osoby o dwóch lewych rękach, braku wyczucia artystycznego i trzęsących się dłoniach okazało się to nie lada wyzwaniem. Albo może pierniczki upiekłam za małe i napis ciężko było zmieścić. Mimo to jakieś 3/4 produkcji nadawało się do użytku. Pozostało je tylko ładnie zapakować i z głowy. I tu nastąpiła niespodzianka. Bo okazało się, że potrzebny celofan, wstążeczki, dobre nożyczki, taśma klejąca, duuuużo czasu i zręczne ręce. Na wszystkich tych odcinkach miałam braki. Zdobycie wstążeczek w wybranym kolorze okazało się (poza sezonem bożonarodzeniowym) ciężko wykonalne, celofan niedostępny w normalnej dystrybucji, z czasem to wiadomo jak jest, no i te moje zdolności manualne ... od zawsze nieobecne.
 W ostatnim dniu zapisów liczba uczestników uległa podwojeniu. Wpadłam w lekką panikę, ale po dokładniejszym przejrzeniu urobku uznałam, że wcale nie 3/4 produkcji nadaje się do użytku, tylko 8/9:-) Znacząco lepiej, ale i tak za mało.  Dzień po zamknięciu zapisów zakasałam rękawy i upiekłam kolejną porcję.
W miarę przybywania uczestników (w tym zapisujących się po terminie) mój pierniczkowy pomysł wydawał mi się coraz głupszy, a zakończenie procesu produkcji wciąż odsuwało się na świętej Dygdy (czyli - nigdy).

Podczas gdy ja pierniczyłam, Tomek rżnął.
Darek wymyślił na TT mapę w kształcie Misia Yogi. Super! Super! Miś Yogi! Super - do momentu, kiedy z przyczyn logistycznych ostateczna obróbka misia, czyli wycinanie, laminowanie i kolejne wycinanie spadło na nas. Ponieważ ja pierniczyłam, Tomek rżnął. Rżnął od rana do wieczora, aż wióry leciały. Po dwudziestu misiach miał dość. W przerwie technicznej między wypiekiem, a lukrowaniem postanowiłam mu pomóc. Faktycznie, nie było łatwo. Zwłaszcza, jeśli najlepsze nożyczki jakie posiadamy nie chciały ciąć nawet papieru. Żałowałam, że nie zorganizowaliśmy ogólnopolskich zawodów w synchronicznym rżnięciu misia na czas. Szybko by poszło. Po wycięciu frontu misia i nóżek (eh, te nóżki) trzeba było wyciąć jeszcze zadupie misia, skleić je z frontem, odczekać aż klej wyschnie, zalaminować całość, zalaminować nóżki, wyciąć tułów, wyciąć nóżki, a na koniec znitować misia z kończynami. I tak ponad czterdzieści misiów. Zupełnie nie rozumiem mojego początkowego zachwytu nad pomysłem zrobienia takiej mapy.
Nie rozumiem też dlaczego po misiowych przejściach nie wycofałam się z laminowania fotek dla TF.

A potem było już tylko gorzej. Pierniczków musiałam dopiec jeszcze dwie porcje, a do laminowania i wycinania przybyły nam kołowe mapy tezetów.
- Damy radę, damy radę, damy radę.... - powtarzałam sobie w myślach i liczyłam na cud samospełniającej się przepowiedni.

środa, 13 kwietnia 2016

Niepoślipka idzie w eter

No to zaczęło się. Prasa, radio, telewizja, wywiady. To znaczy, ze względu na raczej radiową urodę, wywiadu udzieliłam dla tegoż właśnie madium, ale kto wie, może i na telewizję czas nadejdzie po jakimś liftingu.
Przed południem, siedząc sobie spokojnie w pracy i nie przejmując się Niepoślipką, odebrałam od Tomka wiadomość:
 - Trzeba wywiadu dla radia udzielić.
Jako, że ja mocno niewygadana jestem, zaparłam się zadnimi nogami i wytłuszczonym drukiem odpisałam:
- W życiu!
Stanęło w końcu na tym, że napiszę Tomkowi tekst, on go wygłosi i po sprawie. Napisałam, wysłałam, a po chwili nadeszła odpowiedź:
- W życiu! W życiu tego nie powiem, nie mam radiowego głosu.
Nie pozostało mi nic innego, jak ratować sytuację, no bo jak to tak zostawić Niepoślipkę bez reklamy.
Zadzwoniłam więc do tego radia (co to wtedy nawet nie wiedziałam jakiego) i obiecałam wydać jakieś odgłosy, ale za cztery godziny. W końcu musiałam mieć czas żeby się przygotować psychicznie.

Nadejszła wiekopomna chwila.

Drżącym głosem odczytałam to, czego Tomek nie chciał odczytać, usiłując sprawić wrażenie, że mówię z głowy i w ogóle jest fajnie. Wywiad był telefoniczny, nagrywany i z tego dopiero mieli powycinać co lepsze fragmenty. Po jakiś piętnastu minutach człowiek z radia oddzwonił i radośnie zakomunikował, że fajnie wyszło i on by widział mnie w audycji na żywo, najlepiej jeszcze przed imprezą. Ja mam coś ze wzrokiem, bo w ogóle nie widziałam się w tej roli i nieśmiało spytałam czy mogę z kolegą. Pan propozycje przyjął entuzjastycznie i nawet zgodził się na termin znacznie późniejszy.
A plan mam taki - do gadania wystawię Darka, a splendory i sława mogą ewentualnie mi przypaść w udziale:-)

niedziela, 10 kwietnia 2016

Niepoślipkowo

Niepoślipkuję aż się kurzy ... Do tego nie wyrabiam na zakrętach. I nawet nie mogę niczego opisać, bo wszystko tajne/poufne. Ale już niedługo sami zobaczycie, co tam dla Was mamy.
Powoli zaczynam się bać. Bo - a jak się coś nie uda? A może o czymś zapomnieliśmy? W końcu pierwszy raz robimy tak poważną imprezę.
Trzymajcie za nas kciuki!

środa, 27 stycznia 2016

Sezon na Niepoślipkę uważam za otwarty!

Niby do kwietnia jeszcze daleko, ale o Niepoślipce myślimy już od jakiegoś czasu. Zaczynamy od akcji żebraczej. Chodzimy od urzędu do urzędu z prośbą:

- Pan da piniądze. Na biedne inoki. Pan da piniądze....

I wiecie, że dają? Zastanawiam się nawet, czy skoro nam tak dobrze idzie, nie stanąć czasem z kapeluszem gdzieś w centrum Warszawy i nie zarobić trochę.

- Pan daaa piniądzeeeee ...