Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TOTAL 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TOTAL 2016. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 września 2016

Stowarzysze biorą wszystko!

Obiad postawił mnie na nogi (no, prawie) i mogliśmy pójść zaliczać trina, to znaczy regularne trino i trasę krajoznawczą przygotowaną specjalnie na zawody. Gdzieś w połowie tego normalnego trina zorientowaliśmy się, że już raz je robiliśmy i niepotrzebnie się męczymy. Skupiliśmy się więc na trasie krajoznawczej, która najeżona była pułapkami, a niektórych odpowiedzi nie było wiadomo gdzie szukać. Na pewno nie było ich w miejscach zaznaczonych na mapie jako PK. Zbytnio nie darliśmy szat z tego powodu, bo w sumie zależało nam tylko na przejściu, a nie wyniku.
Etap nocny zaplanowano dopiero na 22.30. Zupełnie nie rozumiem jaki cel przyświecał decydentowi - późne wyjście, trasa długa, więc wiadomo było od razu, że część ludzi wróci nad ranem, a za chwilę wsiądą w samochody i niewyspani pojadą kilkaset kilometrów do domów. Parę razy przerabiałam takie skrajne niewyspanie kierowcy i bardzo się tego boję. Gdyby puścić na trasę godzinę po zachodzie słońca, to o 22.30 niektórzy mogliby już wracać z etapu. Normalnie do tej pory nie mogę ogarnąć tej idei!
Ponieważ my mieliśmy ostatnią minutę startową w naszej kategorii, a po nas to chyba tylko jedne TM-y jeszcze wychodziły, mogliśmy poobserwować reakcje ludzi na otrzymywane mapy.  TU nawet jakoś w miarę szybko znikało ze startu, ale TZ-ty siedziały nad tymi swoimi mapami i siedziały. Część pracowicie cięła wycinki, które wyglądały jak makaron nitki - cieniutkie na dwie, trzy poziomnice. Normalnie - zgroza!
W końcu nadeszła i nasza godzina. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało groźnie - raptem sześć kółeczek (kropki) i trzy belki (kreski) do wpasowania na odpowiednie miejsce. Tytuł mapy: S.O.S. - jak się potem okazało dość adekwatny, bo bez pomocy, nie do przejścia. Od razu wzięliśmy się za cięcie i składanie mapy, ale dopasować tego w całości za nic się nie dało. Wycinki zazębiały się jakimiś ułamkami poziomnic, a to nie na mój wzrok. Postanowiliśmy pójść i zobaczyć jak to wygląda w terenie. Na pierwszym PK wykazałam się (chociaż raz podczas całych zawodów) i odwiodłam Tomka od wbijania PS-a, siłą i godnością zmuszając go do spisania mojego lampionu. Fakt, że mapa nie zgadzała się z terenem za bardzo, ale ja patrzyłam na ukształtowanie, Tomek na płoty. Płot - rzecz zmienna.
Drugi PK znaleźliśmy bez problemów, a potem zaczęły się schody. Poszliśmy na wycinek H i nic nie dało się tam przypasować. Błąkaliśmy się wśród drzew wypatrując jakiegokolwiek lampionu i po półgodzinie znaleźliśmy ... Basię i Darka. I całe szczęście, bo podpowiedzieli nam czego szukać. Wbiliśmy jakiegoś stowarzysza, bo znalezienie właściwego PK z posiadaną mapą graniczyło z cudem. PK 3 wydawał się w miarę łatwy, ale i tak nadzialiśmy się na stowarzysza (potem przebitego na właściwy), a w puste kółko znowu nic nie mogliśmy dopasować. Poszliśmy poszukać czwórki, żeby przynajmniej upewnić się, że jesteśmy tam, gdzie myślimy, że jesteśmy. Byliśmy, ale nic z tego nie wynikło. Kolejny wycinek - między czwórką, a zabudowaniami jakimś cudem udało się ogarnąć. Z kolei między czwórką a piątką wymyśliliśmy sobie PK C, stowarzyszone, bo stowarzyszone, ale przynajmniej jakieś. Szóstkę znaleźliśmy, a siódemka źle stała i w związku z tym, namierzenie się z niej na wycinek było niezbyt realne. Po ósemce rozdzieliliśmy się, bo Tomek wymyślił, że jeszcze raz przeleci trasę i może coś wyhaczy, jako że ma już ogólny ogląd terenu. Tak też zrobiliśmy - ja poszłam pilnować dziewiątki, Tomek oblatywał. Jakieś dwa czy trzy PK faktycznie znalazł, a przynajmniej coś, co dawało się podciągnąć pod stowarzysza. Na metę wróciliśmy źli i zdegustowani, pomijając już w ogóle ostatni wycinek, bo czas się kończył, a i sensu w tym wszystkim większego nie było. Jeszcze tylko zassaliśmy kiełbaski na ognisku i wrócili do bazy. Sporo osób już spało, a ci którzy nie, podzielali nasz pogląd na ostatnią mapę. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że wygraliśmy ten etap. Przy 445 punktach karnych. Cha, cha, cha. Czyli nie tylko ja robię etapy nie do przejścia (vide ostatnia Niepoślipka), ale ja miałam zerowe doświadczenie w robieniu tras TZ, a kolega autor ma dość odległy numer pinocki, więc kilka map pewnie w życiu już zrobił.
Mimo wszystko etap nocny nie zepsuł nam radości z całej imprezy, szczególnie, że wygraliśmy naszą kategorię. To znaczy (jak zawsze) Tomek wygrał, a ja najwyraźniej mało w tym przeszkadzałam:-)
Basia z Darkiem wygrali całego tezeta i tym sposobem:
 STOWARZYSZE BIORĄ WSZYTKO!!!!


poniedziałek, 19 września 2016

Na układy nie ma rady

Na wstępie muszę podziękować Organizatorom TOTAL-a za zorganizowanie kociej oprawy imprezy - zarówno w bazie, jak i na etapach. Jako posiadaczka dwóch kotów, zawsze na wyjazdach odczuwam braki w tym temacie, a tym razem czekało na mnie aż pięć ogonów. Brawo! Tak trzymać!

Na TOTAL-a, zgodnie z nazwą imprezy, poszłam totalnie na maksa, czyli z Tomkiem. Pożałowałam tego już na pierwszym etapie. Nawet nie to, że mnie dobrze przegonił, ale raczej, że co chwilę zapominał o mojej obecności (ostatnio sporo chodzi sam) i bez słowa znikał gdzieś, a ja zostawałam w środku lasu nie wiedząc - gonić go, czekać, iść dalej prosto? A jak nie znikał to i tak było wszystko na szybko i strasznie nerwowo.
Etap pierwszy był pod względem trasy całkiem przyjemny i zrobiony dla ludzi i gdyby mnie Tomek tak nie poganiał, to nawet wiedziałabym gdzie jestem i dokąd mam iść. Z braku czasu na analizę mapy, chwilami byłam totalnie (nomen omen) zagubiona. Wycinki A, B, C, D udało nam się dopasować od razu, bomby rozpracowywaliśmy na miejscach ich położenia, ale tam - raptem trzy bombki. I tak udało mi się podyktować Tomkowi zły numer bomby przy wpisywaniu do karty startowej, mimo, że wiedziałam (wyjątkowo) gdzie jesteśmy. Łaziliśmy głównie na azymut, bo nam autor powycinał z mapy, co tylko się dało, albo na odwrót - na pustą kartkę naniósł tylko kilka elementów. Taka wersja oszczędnościowa mapy. Ale spoko - daliśmy radę.
Sam teren był bardzo przyjemny, a poukrywane na górkach bunkry bardzo malownicze. Tak się nam tam przyjemnie spacerowało, że zupełnie zapomnieliśmy o konieczności powrotu na metę i jak się zorientowaliśmy, która godzina, to musieliśmy biec. Daliśmy z siebie wszystko ale na metę wpadliśmy już w  czasie dodatkowym.
Odpoczynek między etapami jakoś nam taki krótki wypadł i zaledwie po kilku minutach na wypicie wody i zjedzenie batonika ruszyliśmy na kolejny etap.
Mapa na drugi etap składała się w przeważającej części z opisu. Co doczytałam do końca, to nie pamiętałam co było na początki i musiałam zaczynać od nowa. Myślałam, że już do końca imprezy tak zostanę z tym czytaniem mapy, ale Tomek kazał iść. Znaleźliśmy pierwszy punkt, który nie do końca stał tam, gdzie się spodziewaliśmy, ale przynajmniej w okolicy. Teraz musieliśmy wykombinować o jaką wielokrotność kąta 90 stopni obrócił się układ, pójść i znaleźć odpowiednie lampiony. Proste - nie? I tak trzy razy, bo czwarty układ autor litościwie zostawił na miejscu. Co myśmy się nakombinowali i nachodzili, a zwłaszcza Tomek. Jak już udało się ustalić co jak jest poobracane, to na wyznaczonym azymutem miejscu nie było niczego.
Tomek pojawiał się, znikał, biegał z wycinka na wycinek, przebijał punkty (w tym dobry na zły), ja kalkowałam mapę i usiłowałam coś z tego wszystkiego zrozumieć. Ogólnie to przeżywałam frustrację, na przykład kiedy w poszukiwaniu tego samego PK szliśmy w przeciwnym kierunku niż konkurencja i okazywało się, że to my idziemy źle i trzeba się kawał wracać, albo kiedy Tomek zostawiał mnie i kazał zlokalizować punkt, a ja lokalizowałam stowarzysza. I tak co chwilę.
Ostatnią część trasy szliśmy najpierw razem z tezetami, to tak raźniej było, a potem jakoś równolegle do nich, a układ (tym razem obrócony o zero stopni) ciągnął się jak piątek w robocie. W efekcie nie zmieściliśmy się w limicie, a i dodatkowy czas wykorzystaliśmy niemal cały.

Chyba na drugi dzień doszły nas słuchy, że pierwsze wycinki układów już na mapie były coś pookręcane o jakiś niewielki kąt i najpierw trzeba je było ustawić względem północy, a potem obracać cały układ. Nie wiem, czy to prawda, bo na mapie o niczym takim nie było wspomniane, ale z kolei to tłumaczyło by dlaczego ciągle coś się nam nie zgadzało z usytuowaniem lampionów.
Tomkowi gps pokazał jakąś niesamowitą ilość przebytych kilometrów i aż ponad tysiąc zużytych kalorii. Ja czułam się jakbym przebiegła trzy maratony pod rząd i straciła milion kalorii i byłam gotowa pożreć bawoła z racicami i ogonem. Na szczęście następnym punktem programu był OBIAD.

c. d. n.