Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VIII Przejście Smoka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą VIII Przejście Smoka. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 października 2017

Przejście Smoka

Wiem, że jestem opóźniona, ale nie wyrabiam na zakrętach, bo Niepoślipka lada moment, a do kompletu jesienna chandra, katar i w ogóle.
A tu o Smoku trzeba by parę słów... Do organizacji Smoka zgłosiłam się sugerując przydział zadań typu jazda na szmacie, sprzątanie kibla, ewentualnie sekretariat czy pieczenie ciast (czyli zajęcia mało wymagające intelektualnie), a skończyło się jak zwykle na  nocnych etapach TP i TT. W sumie to i tak lepsza fucha niż etapy dzienne, bo zawsze jest szansa, że na nocne nikt nie pójdzie i potem nie będzie zawracał gitary, że to czy tamto było nie tak. W bólach urodziłam dwie mapy, bo jednak jak już coś robię, to staram się to zrobić w miarę przyzwoicie, za to wzorcówkę udało się nam skopać, bo pomyliliśmy dwa podobne zakola ulicy, ale oczywiście nie zauważyliśmy tego.
Do Siedlec pojechaliśmy w piątek po południu zaliczając wszystkie możliwe korki. Ponieważ Tomek też robił etapy nocne, to w piątek w sumie mieliśmy luzik, w związku z czym ogarnialiśmy bazę, żeby odciążyć tych co się cały dzień wieszali w lesie. Uczestników zamiejscowych, czyli nocujących nie było dużo, był więc spokój i nawet mieliśmy czas iść na mini ino. W sobotę rano pilnowaliśmy bazy, a jak udało się nam wypchnąć za drzwi ostatniego uczestnika, sami pojechaliśmy na etap niespodziankę. Etap był super i wyglądał tak:


Jak już uznaliśmy, że jesteśmy dostatecznie rozerwani, wzięliśmy się do roboty i rozstawiliśmy etapy Tomka, a na moje brakło czasu, bo musieliśmy wracać do bazy. Tylko my mieliśmy wszelkie klucze, a uczestnicy kończyli swoje etapy i mogli wyrazić chęć powrotu do szkoły. Do obiadu mieliśmy jeszcze godzinkę, więc ustaliliśmy, że ja zostaję pilnować bazy, a Tomek rozwiesi chociaż część mojej trasy. Przystałam na takie rozwiązanie z ochotą, bo zupełnie nie wiedziałam gdzie wieszać te moje lampiony - pierwszy raz w życiu zrobiłam trasy nie będąc na wizji lokalnej w terenie i nie miałam zupełnie wyobrażenia gdzie co jest. Po obiedzie podjechaliśmy jeszcze powiesić lampiony "miejskie" ze wszystkich naszych tras, a po powrocie i czynnościach ratujących wizerunek organizatorów (czyli ręcznym sporządzeniu listy wyników etapów dziennych) zostało nam już tylko wypuszczanie uczestników na trasy. Tomek miał przekichane, bo start jego etapów był w terenie, ja miałam luksus, bo moi startowali z bazy. O dziwo, znaleźli się chętni i na TP i na TT. Na TP poszły całe dwa zespoły, w tym jeden złożony z organizatorek, ale zawsze:-) Na TT w sumie też dwa zespoły, ale jednoosobowe i nie złożone z organizatorów. Jednym słowem - mapy mi się nie zmarnowały. Po powrocie Mariusza z trasy TT wyszedł na jaw nasz błąd we wzorcówce, co wywołało u mnie niekłamaną konsternację, no bo tak się pomylić.... Ostatecznie udało się ogarnąć sytuację, sprawdzić wyniki i nagrodzić wyjeżdżających jeszcze nocą uczestników. Potem z trasy zaczęło wracać TU i TZ i w bazie zrobił się ruch.  Ponieważ uczestników było stosunkowo niewielu, nikt nie składał protestów, skarg i zażaleń na wyniki, więc jeszcze o całkiem przyzwoitej porze mieliśmy podliczone wyniki, wypisane dyplomy (jam to uczyniła nie chwaląc się, jako jedyna pismata w klubie - czytelnie pismata) i porozdzielane nagrody. I mogliśmy się wyspać! Normalnie ewenement przyrodniczy.
W niedzielę sprawnie nagrodziliśmy zwycięzców, a potem była niezła jazda... Na miotłach.
Jeszcze tylko zaliczyliśmy ostatni etap, a nawet cztery - TP, TT, TU i TZ, czyli zbieranie lampionów i na obiad udało się wrócić do domu. 
A od poniedziałku ostro wzięliśmy się za Niepoślipkę.