Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XLIV Ogólnopolski Maraton Marszy na Orientację. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XLIV Ogólnopolski Maraton Marszy na Orientację. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2015

Jaka piękna katastrofa! ... (cz.3)

Z poobiedniej drzemki wyrwały mnie brutalne słowa T.:
- Wstawaj, za chwilę jedziemy do lasu.
Normalnie przemoc w rodzinie! Zimno, ciemno, a ten chce mnie wywieźć do lasu. Jak niechcianego psa!
Ale cóż - "sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało"...
Co pierwsze zrobili genialni orientaliści w drodze do lasu? No, co?
Oczywiście, że się zgubili! Dopiero telefoniczne naprowadzanie sprowadziło nas na właściwą drogę.
W pierwszej chwili wygląd mapy mnie zmylił. Krótki, łatwy etap - pomyślałam w swojej naiwności. Weryfikacja nastąpiła bardzo szybko.
Ruszyliśmy szukać pierwszej kropki zaznaczonej na mapie i ... nic nie udało się nam przypasować:-(  Postanowiliśmy iść dalej w nadziei, że w końcu coś z czymś skojarzymy. Całkiem słuszne założenie, bo po chwili w oddali zobaczyliśmy cywilizację. Szczątkową co prawda, ale i na wycinku T jedyna cywilizacja nie wyglądała na metropolię. Znalezienie dołów z punktami było już łatwe, podobnie PK 2 w pobliżu.
Na literkach O i A (tym z warstwicami) od początku widzieliśmy pokrywający się fragment, musieliśmy tylko go znaleźć w terenie.  Szukaliśmy konkretnego rozwidlenia, a jak wiadomo, w nocy wszystkie rozwidlenia dróg wyglądają jednakowo. Mimo to, jakoś udało nam się wstrzelić we właściwe.
Najpierw literka A. Niby szliśmy razem, a jednak ja na PK 4, a T. na PK 5 (a może odwrotnie) i o dziwo, udało nam się znaleźć obydwa. Może to jakaś metoda?
Zaczęło mi świtać, że punkty są rozmieszczone po obu stronach drogi i można je zebrać robiąc kółeczko, no ale my wiadomo - bez ułatwień, więc postanowiliśmy, że dalej będziemy biegać raz na jedną stronę drogi, raz na drugą.
Po A przerzuciliśmy się na O i R. Szukanie głównie wyglądało tak, że ja robiłam za świecący i ziewający znacznik, a T. tropił punkt w terenie nie przejmując się pilnowaniem skąd przyszedł i gdzie ma wrócić. Po znalezieniu punktu musiał sobie tylko powtarzać:
- Idź w stronę światła!
Zostały nam wycinki orto. Po tysiąc trzysta siedemdziesiątym obejrzeniu ich, w końcu zauważyłam, że A zwykłe i A orto pokazują ten sam teren. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że PK 4 i PK 16 pokrywają się i czeka nas powtórny marsz w to samo miejsce.
Na pozostałe dwa orto nie znaleźliśmy sposobu. Prawdę mówiąc widać tam było tylko punkty postawione dokładnie na niczym, a cały wycinek nocą miał wygląd jednobarwnego bohomazu bez żadnych charakterystycznych szczegółów, odróżniających go od innych wycinków.
Na mecie autor trasy przyznał, że przed awarią drukarki, wyglądało to jakby lepiej.

Na ostatni, najdłuższy etap strasznie mi się już nie chciało iść. A jak zobaczyłam mapę, która w większości była białą kartką, miałam ochotę uciec z krzykiem. No, ale czego się nie robi dla ukochanej osoby ... (Która to osoba będzie chyba musiała jakoś odpracować moją krzywdę.)
Start etapu był oddalony od mety poprzedniego o ponad pół kilometra, co już wystarczająco zniechęcało do ruszenia zadnicy. Powlokłam się jednak jako ten skazaniec. W mapę patrzyłam już tylko z uprzejmości, nie wnikając specjalnie w jej treść. T. skupił się na szukaniu najbliższego punktu i w ten sposób przeoczyliśmy początek LOPki. Czy straciliśmy jakiś punkt - nie wiem.
Po dojściu do pierwszego trójmasztowca (bo autor mapy zagrał sobie z nami w statki) usiłowaliśmy jakoś dopasować do siebie wycinki. Bez większych sukcesów zresztą. W tej beznadziejnej sytuacji zastał nas nadjeżdżający tramwaj. Duuuży tramwaj. Tak duży, że uznaliśmy, że dwie osoby więcej już nie robi różnicy i najbliższy PK zebraliśmy na sępa. Potem tramwaj pojechał w jedną stronę, a my w drugą. T. usiłował mi tłumaczyć gdzie i dlaczego idziemy, ja entuzjastycznie potakiwałam, ale czemu potakiwałam - zupełnie nie wiem.
T. co chwilę zostawiał mnie samiuteńką na pastwę losu i znikał gdzieś w oddali, a po powrocie objaśniał co i gdzie znalazł. Zupełnie nie wiem po co, bo ja  duchem byłam już na mecie.
Gdzieś w międzyczasie spotkaliśmy A. K., potem M. K. i każdy z nich w tym samym miejscu rekomendował nam zupełnie inne punkty do znalezienia w okolicy. Jak widać, nie tylko my mieliśmy problem z ustaleniem swojego położenia. To znaczy ja od początku wiedziałam, że nasze położenie jest co najmniej żałosne.
Poza dwoma przypadkami jakoś nie przypominam sobie żebyśmy zbierali coś z LOPek, a powinniśmy aż 8 punktów z nich mieć. Czy omijaliśmy LOPki, czy nie patrzyliśmy po drzewach, czy ja się już tak zupełnie wyłączyłam - trudno powiedzieć.
T. co chwilę patrzył na mnie badawczo i - jak potem przyznał - czekał tylko kiedy tak, jak na Podkurku, zacznę grozić rozwodem. A tymczasem ja postanowiłam być twarda i choćbym miała paść na pysk, nie odezwać się ani słowem na ten temat. Wytrwałam w postanowieniu! Na metę doszłam z uśmiechem na ustach. No dobra, może to coś na ustach bardziej przypominało grymas bólu, ale z założenia miał być uśmiech.
W lesie spędziliśmy grubo ponad cztery godziny i zrobiliśmy chyba z milion kilometrów. Nawet przeliczenie ich na stracone kalorie nie rekompensuje mi jednak strat moralnych. Zaczynam rozumieć przysłowie: "Co za dużo, to niezdrowo"!
Uroczyście oświadczam, że nie dam się zaciągnąć na żadne tezety ogólnopolskie i nie dam sobie więcej wcisnąć kitu, ile to ja się na nich nauczę!
Koniec! Kropka! pl.

cdn. lub nie

poniedziałek, 23 lutego 2015

Jaka piękna katastrofa! ... (cz.2)

Nastał sobotni świt. O ósmej trzydzieści - planowanej godzinie rozpoczęcia imprezy - w bazie słychać było głównie ciszę i tylko gdzieniegdzie przemykały pojedyncze inockie osobniki. Głównie te, które dopiero rano dotarły do Ciepielowa.
Z czasem leniwy poranek zaczął się rozkręcać, a kiedy organizatorzy wystawili na korytarz stół z pucharami za ubiegłoroczną edycję PP, emocje sięgnęły zenitu, niczym na gali oskarowej. No dobra, może i nie sięgnęły, ale mogły - przynajmniej teoretycznie.
Zwycięzcy odebrali swoje nagrody, organizatorzy przemówili (ludzkim głosem) i można było zacząć szykować się do wyjazdu. Dostaliśmy ostatnią minutę startową w pierwszej grupie wyjazdowej, co dla nas oznaczało marznięcie w oczekiwaniu na swoją kolej. Nawet daleko nas nie wywieźli, za to tam, gdzie nas wysadzono nie było ani śladu startu. Chwilę postaliśmy, wreszcie ktoś podjął decyzję, że startu należy poszukać samodzielnie. Przodem ruszyli ci, co i z pustą, białą kartką wszędzie dojdą - my za nimi.
Późna minuta startowa miała swoją zaletę - od razu wiedzieliśmy, w którą stronę trzeba ruszyć:-)
Mapa przedstawiała sugerowaną trasę przejścia od startu do mety i 13 małych wycinków, z których usunięto drożnię i warstwice. Aż się zdziwiłam, że po tych usunięciach jeszcze zostało tyle informacji, żeby zapełnić całe kwadraciki. No, postarali się twórcy mapy:-)
Tak praktycznie to została przebieżność, granice kultur i ogrodzenia. Na taka mapę jeszcze nie chodziliśmy, więc na wszelki wypadek od razu wpadłam w panikę. Skala mapy nieznana, więc nawet nie mogliśmy wyliczyć, gdzie szukać w terenie miejsc z pierwszego wycinka. Ruszyliśmy przed siebie z nadzieją, że może jednak coś rzuci nam się w oczy. Faktycznie, po przejściu pewnej odległości rzuciły nam się w oczy grupy tych, co wyszli przed nami. Jedni stali wpatrzeni w mapy, inni miotali się po okolicznych krzakach. Ewidentnie dotarliśmy do pierwszego punktu! Szybko wlepiliśmy oczy w nasze mapy - ja, żeby nie wyglądać głupiej niż inni, T. żeby coś wywnioskować. Spodobał mi się wycinek K, bo miał taki ładny zielony kolor nadziei, no i ogrodzenia pasowały. T. tradycyjnie oprotestował mój wybór i metodycznie przymierzał do terenu wszystkie pozostałe wycinki. Summa summarum stanęło na moim wyborze, co wprawiło mnie w taką euforię (ach, jaka jestem genialna!), że od razu w wyobraźni zobaczyłam się dzierżącą puchar w ręku i napawającą zwycięstwem.
Po pierwszym PK mieliśmy już jakieś przybliżenie skali mapy i rozeznanie, na co zwracać uwagę w terenie. Muszę przyznać, że nawet spodobała mi się koncepcja trasy "na ogrodzenia". W miarę dopasowywania kolejnych wycinków i zgarniania kolejnych PK, nasz optymizm rósł. W pewnym momencie udało nam się wyprzedzić dużą grupę konkurencji, za którą wciąż się wlekliśmy, starając się nie stramwaić. Na dłużej utknęliśmy w PK C, bo to niby coś pasowało, ale tak nie do końca i w efekcie trochę połaziliśmy po okolicy. PK E, już przy mecie, wzbudził nasze kontrowersje. Nie znaleźliśmy niczego małego, ogrodzonego, na czym byłby punkt kontrolny. W krzakach powiewał urwany skądś lampion, a że w pobliżu stało coś na kształt klatki, podciągnęliśmy ją pod "ogrodzenie" i spisaliśmy kod z tego lampionu.  Jeszcze tylko ostatni PK i już byliśmy na mecie. Trochę weszliśmy w chude, ale ogólnie mieliśmy wrażenie, że nie jest źle.

Na mecie tradycyjnie, jak to u "Skrótów" ognisko i kiełbasa. Przezornie długo nie siedzieliśmy, żeby szybciej zacząć, szybciej skończyć i mieć chwilę oddechu przed etapami nocnymi. Zjedliśmy, zaliczyliśmy InO Mrówkę, pobrali kolejne mapy i ruszyli. Jeszcze zdążyliśmy usłyszeć, że średnie czerwone kwadraty są fioletowe, tylko drukarka na nich wymiękła (a w zasadzie to się rozsypała).
Ja też się rozsypałam po przeczytaniu opisu mapy. Słowa zrozumiałam (nie darmo skończyłam wydział polonistyczny na UJ), ale już sensu nie (tu najwyraźniej potrzebna politechnika). T. - człowiek po politechnice - już po kilku czytaniach teoretycznie wiedział o co biega. Nie wiem jakim cudem można coś wywnioskować z obróconych kwadratów z częścią wspólną z dwoma innymi kwadratami, które są przecięte jeszcze innymi.
Już przy pierwszym punkcie zebrało się całe konsylium. Spisaliśmy co tam uznaliśmy za odpowiednie i ruszyli dalej. Nie dlatego, że udało nam się znaleźć kwadraty od wspólnej części, ale dlatego, że się nie udało i odpuściliśmy je sobie na razie. Znaleźliśmy kolejny mały czerwony kwadrat z PK 14 i ... to by było na tyle. Stanęliśmy na rozdrożu - i w rzeczywistości, i w przenośni. Usiłowaliśmy coś przypasować, nawet T. trochę pasowała dziewiątka, ale sczesaliśmy połeć lasu i nic nie znaleźliśmy. Po zmarnowaniu cennych minut odpuściliśmy sobie ten fragment i ruszyliśmy na szesnastkę, bo przynajmniej było wiadomo, gdzie jest. Po drodze T. znowu miał wizję, że widzi teren z dziewiątką i nawet jakiś lampion spisał na tę intencję (do dziś nie wiem, co to było w rzeczywistości). Szesnastka na szczęście była na swoim miejscu, więc podbudowani sukcesem znów usiłowaliśmy przypasować coś do czegoś. Myślę, że byłoby to znacznie łatwiejsze, gdyby budowniczy poinformował, że mapa jest niepełna i powymazywano z niej co którąś drogę i co którąś warstwicę. Podobno niektórzy na starcie zostali zaszczyceni tą informację, my niestety nie należeliśmy do tej uprzywilejowanej grupy:-(
Idąc z PK 16 przed siebie (bo gdzieś trzeba było iść) natrafiliśmy na płoty. Mając dobre wspomnienia z etapu płotowego rzuciliśmy się na nie jak wygłodniała wataha wilków na napotkana owieczkę. Koniecznie chcieliśmy dopasować do nich PK 8. Poszliśmy więc wzdłuż ogrodzenia, ale nie - nie pasuje. No to może od drugiej strony? Też nie bardzo. Na wzgórzu za płotami przyuważyliśmy jakąś grupę buszującą od drugiej strony zagrodzonego terenu. Może to tam? Mimo, że dość daleko, ale obleźliśmy wszystkie ogrodzenia dookoła żeby dostać się na ich tyły, a z tyłu ... d... (jak to na ogół z tyłu). Zniesmaczeni sytuacją stwierdziliśmy, że czas się wycofać.
Naszym kolejnym celem stał się powrót na metę. Ja już do reszty straciłam orientację gdzie jestem i dokąd iść, T. albo wiedział, albo świetnie udawał, że wie i zarządzał odwrotem. Natrafiliśmy na jakiś podmokły teren, co pobudziło naszą czujność, bo PK 10 miał stać na skraju bagienka. Zamiast dziesiątki znaleźliśmy K. M., który przekonywał nas, że w tym miejscu to raczej powinniśmy szukać jedenastki, a w ogóle to kawałek wcześniej jest dwójka. W sumie było nam wszystko jedno co znajdziemy, byle w ogóle coś. Spisaliśmy hipotetyczne: dwójkę i jedenastkę i ruszyliśmy dalej. Po lewej stronie, tuż przy drodze pojawił się strumień, co zasugerowało nam bliską obecność jedynki. Spisany lampion mógł być stowarzyszem, albo tym właściwym, ale w zasadzie nam było to już raczej obojętne - w niczym nie zmieniało naszego kiepskiego położenia.
T. chyba jednak wiedział gdzie jesteśmy, bo już po chwili zobaczyliśmy w oddali metę. Został nam jeszcze do zebrania PK 7, który był już łatwy do zlokalizowania, a jak się okazało nieco trudniejszy do fizycznego namierzenia. Tym zajął się już T., bo ja zdegustowana zostałam na mecie.
Jedyne o czym marzyłam, to powrót do bazy, obiad i pozycja horyzontalna. Wkrótce zebrał się cały wsad busikowy i mogliśmy ruszyć.
W bazie nastąpiło nerwowe oczekiwanie na obiad i wyniki pierwszego etapu. Pierwsze pojawiły się wyniki. Piętnaste miejsce na dwadzieścia dwie ekipy zrazu wydało mi się świetnym wynikiem. Dopiero kolejny rzut oka na listę uświadomił mi, że przed nami jest kilka pozycji ex aequo, co w efekcie dawało dziewiętnaste miejsce. No, ale ostatni nie byliśmy!
Po wynikach doczekaliśmy się i obiadu. Wygłodniała wkręciłam się we front kolejki, a litościwi koledzy przepuszczali mnie coraz bliżej żłoba, słysząc mój głodowy lament. Napchałam się po kokardę, że aż z trudem wstałam od stołu, po czym ostatkiem woli dopełzłam do materaca i zaległam.

cdn.

niedziela, 22 lutego 2015

Jaka piękna katastrofa! ... (cz.1)

Nic nie zapowiadało katastrofy. No, może poza tym, że znowu dałam się namówić na TZ. A tak sobie obiecywałam po Podkurku, że nigdy więcej ...
Wyjechaliśmy w piątek koło południa. W planach było zrobienie trino w Karczewie i Starachowicach. Karczew poszedł gładko, ale do Starachowic dotarliśmy już równo z nastaniem zmroku. W związku z tym, wyjątkowo atrakcyjne okazały się pytania typu: "Co znajduje się w najwyższym punkcie widocznym z punktu widokowego?" Powinniśmy chyba wpisać: "Ciemność, widzę ciemność!", na szczęście na tablicy informacyjnej była ściąga:-)
Przy pytaniu o ilość kół pomnika, wykonaliśmy kilka okrążeń ronda, ale kiedy zaczęło nam się kręcić w głowie, musieliśmy się jednak zatrzymać i podejść żeby przeliczyć.Teza, że trino należy robić per pedes została tym sposobem udowodniona.
Pewne trudności nastręczyło też liczenie kominów w budynku muzeum PTTK ukrytym w głębi ogrodu za zamkniętą bramą oraz określenie koloru budynku stacji wąskotorówki.
W końcu zarządziliśmy odwrót, T. włączył  nawigację i ruszyliśmy prościutko do Ciepielowa. Tak sobie jechaliśmy, nawigacja co chwilę zagadywała do nas - tu skręć, tu jedź prosto, już niedaleko i takie tam. Zmęczeni, już z niecierpliwością czekaliśmy kiedy wreszcie dotrzemy do celu. Nagle zauważyliśmy, że droga robi się jakby coraz węższa.
- Pewnie prowadzi nas jakoś na skróty, a nie główną drogą - stwierdziłam.
Asfalt zaczął się robić coraz bardziej nierówny, pofałdowany i dziurawy. Po chwili wjechaliśmy w las i końca lasu nie było i nie było. Kiedy zanikły znaki drogowe poczuliśmy się ciut zaniepokojeni. Nawigacja twierdziła jednak, że jeszcze tylko 7 minut. Faktycznie po chwili znowu pojawiły się znaki drogowe, latarnie, domy. Pojawiły się i równie szybko zniknęły za szybami samochodu.Po kilku minutach asfalt zmienił się w polną drogę, a po chwili i ta skończyła się.
Nawigacja triumfalnie ogłosiła:
- Jesteś u celu!
Szkoły w Ciepielowie nie było widać po horyzont. Co prawda w ciemnościach, horyzont był na wyciągnięcie ręki, ale i tak coś nie pasowało. W końcu metodą jazdy do coraz główniejszych dróg udało się wydostać z pułapki i po krótkim błądzeniu w samym Ciepielowie trafić do bazy.
A w bazie już impreza na całego. Z daleka słychać było chóralne śpiewy, śmiechy, pokrzykiwania. Znaleźliśmy sobie luksusową miejscówkę na korytarzu (tuż przy samym WC), rozłożyliśmy maty i śpiwory i już mogliśmy się przyłączyć do integracji.
W końcu miałam zgromadzoną w jednym miejscu całą inocką śmietankę z różnych zakątków Polski i możliwość dowiedzenia się kto jest kim. No jasne, że nie zapamiętałam:-)
Integracja po kilku godzinach przeniosła się do świetlicy i z czasem nabrała atrakcyjności. Mimo zdartych gardeł, poziom produkowanych decybeli wzrastał, a do śpiewu dołączyły tańce na stole. Niestety, ten element inockiego folkloru znam już tylko ze zdjęć i opowieści, gdyż po północy padłam jak mucha. Podobno już bliżej rana integracjonaliści zostali przywołani do porządku przez spragnionego snu orientalistę, który w krótkich żołnierskich słowach, nie tworzących co prawda spójnej treści, ale emanujących emocjami, wyraził swój sprzeciw wobec produkowanego hałasu.
W końcu w bazie nastała cisza, przerywana pochrapywaniem i posapywaniem śpiących.
cdn.