Po FalInO szybko otrząsnęliśmy się z szoku mapowego i po krótkim relaksie w domu ruszyliśmy do Mińska na Czołóweczki. Po drodze uzgodniliśmy, że idziemy lajtowo, bez biegania i niekoniecznie na wszystkie punkty. I co? Ledwo dojechaliśmy, a już T. z D. uknuli plan, że jednak ja pójdę z D., a T. sam. A jak sam, to wiadomo - trasę przebiegnie i zbierze wszystko. Ale niech mu tam. Ja przynajmniej miałam pewność, że się nie nadwyrężę, bo D. ma rozsądny stosunek do marszów.
Start był masowy - biegacze, marszanci i rowerowcy. Udało się nie dać zadeptać i spokojnie ruszyliśmy. Plan był taki - najpierw jak się da najdłużej asfaltem, potem wzdłuż rzeczki, potem na środek mapy, punkty bonusowe, a potem zobaczymy ile czasu nam zostanie. Po zebraniu drugiego bonusu, kiedy już udało nam się ustalić gdzie właściwie jesteśmy, okazało się, że zatoczyliśmy koło i bliżej nam do mety niż na resztę punktów. Wróciliśmy ponownie na środek mapy, bo to całkiem dobra baza wypadowa. Wypadliśmy z niej na kolejne dwa punkty, a potem zadzwonił budzik oznajmiając, że mamy pół godziny do limitu czasu. Najdalsze punkty musieliśmy sobie odpuścić. W drodze powrotnej zgarnęliśmy jeszcze dwa z trzech najbliższych i udało nam się zmieścić w czasie.
Chyba ze trzy razy podczas zawodów spotkaliśmy, na różnych punktach, T. i wydaje mi się, że to nie były przypadkowe spotkania. Tak jakoś wyglądało, że wciąż skrada się za nami.Tylko po co wysyłał mnie z D., a potem pilnował, w międzyczasie zaliczając swoją trasę???? Chyba coś nam nie dowierza!
Na mecie, jak już wszystkim udało się wrócić, zostaliśmy uhonorowani pamiątkowymi "medalami", a zwycięzcy całego cyklu statuetkami. Na koniec jeszcze zdjęcie strażackie i ... do zobaczenia na Lampionadzie:-)
niedziela, 28 lutego 2016
Puzzle dla zaawansowanych
Dzisiejsze FalIno przejdzie do historii i to podwójnie: po pierwsze - udało nam się namówić do udziału starszą córkę, po drugie - więcej czasu zajęło nam samo składanie mapy, niż przejście trasy.
T. zdecydował się na BnO, więc szybko wybył, a ja z A. i D. mieliśmy iść razem w trybie marszowym. D., który przyjechał wcześniej i miał już ogląd sytuacji, od drzwi ostrzegał nas, że mapa nietypowa, ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dostaliśmy po wielkiej płachcie zadrukowanej drobnymi wycinkami, z których dopiero mieliśmy ułożyć sobie mapę. Do dyspozycji był stolik, nożyczki, taśma klejąca, klej. Łudziliśmy się, że w trzy osoby szybko sobie poradzimy, ale już po chwili dotarła do nas bolesna prawda - nad mapą spędzimy resztę życia!
Od razu nasunęła mi się analogia:
Wycinki, poza tym, że były małe, nie miały zaznaczonych konturów i nie
bardzo było wiadomo, gdzie jeden się kończy, z drugi zaczyna. Dodatkowo
były czarno-białe. Po godzinie składania, organizator zaproponował nam,
że da pełną mapę i z nią dopasujemy resztę. Honor i wrodzona uczciwość
nie pozwoliły nam na przyjęcie propozycji i męczyliśmy się dalej.
W międzyczasie T. zdążył wrócić ze swojej trasy biegowej i przyłączył się do naszej układanki. W końcu udało się! Samym składaniem byliśmy już wykończeni, a tu jeszcze iść trzeba . T. postanowił ruszyć z nami, bo co miał bezproduktywnie czekać, jak mógł zdobyć kolejny punkt do odznaki. Przejście trasy, w porównaniu do jej składania, to już był pikuś. Na początku dorwałam się do mapy i zaczęłam prowadzić, ale po chwili od tych czarno-białych linii (ścieżki, warstwice, granice kultur itp.) dostałam oczopląsu i przekazałam mapę D. Ten jednak nie miał praktycznie okazji wykazać się, bo T. po biegu wiedział gdzie co jest, wysforował się na czoło pochodu i prowadził nas z punktu na punkt.Tym sposobem odbyliśmy wycieczkę z przewodnikiem i znowu zajęliśmy pierwsze miejsce. Bez T. też byśmy sobie poradzili, najwyżej zajęło by nam to więcej czasu.
T. zdecydował się na BnO, więc szybko wybył, a ja z A. i D. mieliśmy iść razem w trybie marszowym. D., który przyjechał wcześniej i miał już ogląd sytuacji, od drzwi ostrzegał nas, że mapa nietypowa, ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dostaliśmy po wielkiej płachcie zadrukowanej drobnymi wycinkami, z których dopiero mieliśmy ułożyć sobie mapę. Do dyspozycji był stolik, nożyczki, taśma klejąca, klej. Łudziliśmy się, że w trzy osoby szybko sobie poradzimy, ale już po chwili dotarła do nas bolesna prawda - nad mapą spędzimy resztę życia!
Od razu nasunęła mi się analogia:

W międzyczasie T. zdążył wrócić ze swojej trasy biegowej i przyłączył się do naszej układanki. W końcu udało się! Samym składaniem byliśmy już wykończeni, a tu jeszcze iść trzeba . T. postanowił ruszyć z nami, bo co miał bezproduktywnie czekać, jak mógł zdobyć kolejny punkt do odznaki. Przejście trasy, w porównaniu do jej składania, to już był pikuś. Na początku dorwałam się do mapy i zaczęłam prowadzić, ale po chwili od tych czarno-białych linii (ścieżki, warstwice, granice kultur itp.) dostałam oczopląsu i przekazałam mapę D. Ten jednak nie miał praktycznie okazji wykazać się, bo T. po biegu wiedział gdzie co jest, wysforował się na czoło pochodu i prowadził nas z punktu na punkt.Tym sposobem odbyliśmy wycieczkę z przewodnikiem i znowu zajęliśmy pierwsze miejsce. Bez T. też byśmy sobie poradzili, najwyżej zajęło by nam to więcej czasu.
środa, 24 lutego 2016
Pomożecie?
Kochani czytelnicy!
Proszę Was o głosy, bo w ten sposób możecie:
1. propagować InO w Polsce, świecie i wszechświecie;
2. sprawić mi przyjemność;
3. wesprzeć Fundację Dziecięca Fantazja.
Proszę Was o głosy, bo w ten sposób możecie:
1. propagować InO w Polsce, świecie i wszechświecie;
2. sprawić mi przyjemność;
3. wesprzeć Fundację Dziecięca Fantazja.
poniedziałek, 22 lutego 2016
Sennik orientalisty - B
Bajka
czytać – pojawi się regulamin
wyczekiwanej imprezy
pisać – musisz na wczoraj napisać protokół z ostatnio
zorganizowanej imprezy
Bankomat
zapomnisz opłacić udziału w
rundzie Pucharu Polski
Berło
trzymać -otrzymasz puchar za zajęcie
pierwszego miejsca
widzieć – będziesz na podsumowaniu cyklu imprez na
orientację
Biblia
czytać - choćbyś chodził ciemną doliną i nie mógł
znaleźć lampionu, zła się nie ulękniesz
otrzymywać – ktoś wskaże ci drogę na metę
Biseksualizm
weźmiesz udział w maratonie na
orientację w kategorii MIX
Bliźnięta
widzieć - zanosi się na dwa etapy
urodzić – będziesz musiał rozstawić dwa etapy
broda
czesać – czekają cię długie i
bezowocne poszukiwania lampionu, ale za to w miłym i licznym towarzystwie
golić – stracisz dużo punktów na najbliższym etapie
budowniczy
być budowniczym – być budowniczym
buhaj
widzieć - masz wielką ochotę wybrać się na Imprezę na Orientację
i wiele sobie po udziale w niej obiecujesz
prowadzić na ubój – nie masz
szans w kategorii TZ, zastanów się nad zmianą
burmistrz
widzieć – znajdziesz sponsora
najbliższej organizowanej przez siebie imprezy
być – dołożysz z własnych pieniędzy do organizowanej imprezy
niedziela, 21 lutego 2016
Foto-FalInO
FalInO to jedne z niewielu zawodów, gdzie nawet T. jedzie bardziej towarzysko niż w celu ostrej rywalizacji. Dlatego, mimo otrzymania indywidualnych kart startowych, ja, T. i D.wspólnie siedliśmy do rozpracowania otrzymanych map. Dopasowanie osiemnastu mikroskopijnych wycinków do mapy pozbawionej połowy treści nie było zadaniem łatwym, ale oczywiście możliwym. Zwłaszcza we trzy pary oczu. Dopiero po półgodzinnym kombinowaniu i po osiągnięciu pełnego wytrzeszczu, mogliśmy ruszyć. Kiedy już wiadomo gdzie iść, reszta to pestka. Szczególnie, że teren znany, lampiony duże i oczoje...dwabne, stowarzyszy nie ma i trzy głowy do myślenia. Jedyny drobny mankament to spora rozwlekłość trasy - zrobiliśmy coś koło ośmiu kilometrów, bez gubienia się czy krążenia w kółko. W sumie mieliśmy tyle czasu, że oprócz szukania lampionów bawiliśmy się robieniem fotek.
Dopiero na mecie udało nam się zgromadzić całą ekipę do wspólnego zdjęcia:
piątek, 19 lutego 2016
Smok i Mistrz.
Smoka miałam wyjątkowo oswajać w towarzystwie T., tylko z tego powodu, że nie było trasy TZ. Już na starcie dołączył do nas D., bo przywykł, że chodzimy razem. Tym sposobem miałam niezłą obstawę i nie musiałam się niczego bać. Nawet Smoka!
Mapa wyglądała podejrzanie prosto i jedynym obwarowaniem było zaliczenie punktów z dwóch smoczków. Baardzo wydało mi się to podejrzane, no bo jak to? Zaliczyć etap bez wchodzenia nawet na wszystkie wycinki? Byłam pewna, że coś musieliśmy przeoczyć. Panowie nie dali mi się jednak długo tym martwić, bo po prostu ruszyli. Od razu pojawiły się odmienne koncepcje, po który punkt i którędy idziemy. Między dwoma samcami alfa zaczęło lekko iskrzyć. Jasne, że żaden by się do tego nie przyznał i obaj udawali, że niby nic, ale idąc między nimi czułam jak ładunki elektryczne przeskakują przeze mnie w te i we wte. Na szczęście to kulturalne chłopaki i dały radę.
Najwięcej atrakcji dostarczyły nam okolice jeziorek - błoto po pas i skarpa do nieba. Błoto się wykruszy, ale na skarpie myślałam, że wyzionę ducha. Muszę chyba trenować na schodach (na szczęście mam w domu), bo podejścia to moja słaba strona.
Liczeniem zbieranych punktów w ogóle się nie zajmowałam, bo dla mnie to najnudniejsza i całkiem zbyteczna część zabawy. Na szczęście T. jest specjalistą od tego, więc przeliczał i pilnował ile jeszcze. Ja zajmowałam się wpisywaniem kodów w kartę, bo już mi to weszło w krew i idzie coraz lepiej. Tyle tylko, że zanim ja skończyłam swoją działkę, to chłopaki już ruszali i na mapę musiałam patrzyć w marszu. W efekcie ciągle byłam zacofana i chcąc nadążyć nawigacyjnie za nimi musiałam myśleć dwa razy szybciej. Mało mi się obwody nie poprzepalały. A w sumie to wcale nie musiałam mapy pilnować - przecież by mnie nie zostawili. Ostatecznie kto ma kartę startową, ten jest najważniejszy!
Na mecie tym razem nie było krakersowych kanapek (niedopatrzenie organizacyjne), ale za to smaczne ciasto w ilości 2 kawałki na łeb (tak trzymać!). Czyli więcej kalorii pożarłam niż straciłam na etapie. Całe chodzenie znowu się zmarnowało:-(
Aaaaaa i na mecie był MISTRZ! Zwycięzca Skorpiona na 100 km - P. W. we własnej osobie. Dobra, pochwalę się - udało mi się nawiązać z NIM bliski kontakt fizyczny (to znaczy dotknęłam GO palcem wskazującym i teraz ten palec muszę sobie oprawić w ramki).
Jednym słowem - wieczór pełen wrażeń!
Mapa wyglądała podejrzanie prosto i jedynym obwarowaniem było zaliczenie punktów z dwóch smoczków. Baardzo wydało mi się to podejrzane, no bo jak to? Zaliczyć etap bez wchodzenia nawet na wszystkie wycinki? Byłam pewna, że coś musieliśmy przeoczyć. Panowie nie dali mi się jednak długo tym martwić, bo po prostu ruszyli. Od razu pojawiły się odmienne koncepcje, po który punkt i którędy idziemy. Między dwoma samcami alfa zaczęło lekko iskrzyć. Jasne, że żaden by się do tego nie przyznał i obaj udawali, że niby nic, ale idąc między nimi czułam jak ładunki elektryczne przeskakują przeze mnie w te i we wte. Na szczęście to kulturalne chłopaki i dały radę.
Najwięcej atrakcji dostarczyły nam okolice jeziorek - błoto po pas i skarpa do nieba. Błoto się wykruszy, ale na skarpie myślałam, że wyzionę ducha. Muszę chyba trenować na schodach (na szczęście mam w domu), bo podejścia to moja słaba strona.
Liczeniem zbieranych punktów w ogóle się nie zajmowałam, bo dla mnie to najnudniejsza i całkiem zbyteczna część zabawy. Na szczęście T. jest specjalistą od tego, więc przeliczał i pilnował ile jeszcze. Ja zajmowałam się wpisywaniem kodów w kartę, bo już mi to weszło w krew i idzie coraz lepiej. Tyle tylko, że zanim ja skończyłam swoją działkę, to chłopaki już ruszali i na mapę musiałam patrzyć w marszu. W efekcie ciągle byłam zacofana i chcąc nadążyć nawigacyjnie za nimi musiałam myśleć dwa razy szybciej. Mało mi się obwody nie poprzepalały. A w sumie to wcale nie musiałam mapy pilnować - przecież by mnie nie zostawili. Ostatecznie kto ma kartę startową, ten jest najważniejszy!
Na mecie tym razem nie było krakersowych kanapek (niedopatrzenie organizacyjne), ale za to smaczne ciasto w ilości 2 kawałki na łeb (tak trzymać!). Czyli więcej kalorii pożarłam niż straciłam na etapie. Całe chodzenie znowu się zmarnowało:-(
Aaaaaa i na mecie był MISTRZ! Zwycięzca Skorpiona na 100 km - P. W. we własnej osobie. Dobra, pochwalę się - udało mi się nawiązać z NIM bliski kontakt fizyczny (to znaczy dotknęłam GO palcem wskazującym i teraz ten palec muszę sobie oprawić w ramki).
Jednym słowem - wieczór pełen wrażeń!
czwartek, 18 lutego 2016
Od endorfin do sukcesu.
Jeszcze mi nie wyparowały endorfiny po WesolInO, a tu już Warszawa Nocą. Ponieważ to już ostatnia szansa na poprawienie (lub pogorszenie) swojego ostatecznego wyniku, bałam się, że tradycyjnie coś sknocę i pogubię się na którymś punkcie. O dziwo, od razu udało mi się zlokalizować na mapie start, co na ogół zajmuje mi sporo czasu. Do pierwszego punktu ruszyłam ostrożnie, ale zaraz się zorientowałam, że to przecież za najbliższymi blokami. Pobiegłam. Dwójka - dosłownie rzut beretem i to bez antenki. Do trójki już dalej, ale też łatwo. Biegłam leciutkim truchtem, żeby zachować siły na całą trasę, bo kondycja po zimie jakoś się odmeldowała i nie widać żeby planowała wrócić. Za to z nawigacją całkiem dobrze. Kolejne punkty szły jak po maśle i nawet nie musiałam się specjalnie zatrzymywać żeby studiować mapę - rzut oka i do przodu! Najwyraźniej dobrze robi mi odseparowanie się na marszach od T., bo zmusiło mnie to do samodzielnego myślenia. Nie żebym nie ufała D., z którym teraz chodzę, ale sumienie, honor, przyzwoitość (niepotrzebne skreślić) nie pozwalają mi obarczać go całą odpowiedzialnością. No więc myślę, kombinuję, czuwam, pilnuję i chyba w końcu zaczynam ogarniać.
Cała trasę przebiegłam bez ani jednego zawahania się, może nie do końca optymalnie, ale nie gubiąc się, nie krążąc bezsensownie i nie biegnąc za innymi. Dłuższy przebieg z 10 na 11 dał mi trochę w kość i musiałam przejść w tryb spacerowy. Starość nie radość:-(
Już w drodze z mety do bazy zaczęłam się niepokoić dlaczego tak dobrze mi poszło i aż sprawdziłam mapę, czy aby w pośpiechu na starcie nie chwyciłam mapy dla początkujących. Ale nie!
Ostatecznie uplasowałam się dokładnie w połowie stawki, ale tym razem nie z powodu głowy, tylko nóg. Ponieważ głowa dla mnie ważniejsza, mimo dalekiej pozycji, mam poczucie sukcesu.
Za to T., który zajął ósme miejsce, marudzi, że mogło być lepiej. Temu to nigdy nie dogodzi!
Cała trasę przebiegłam bez ani jednego zawahania się, może nie do końca optymalnie, ale nie gubiąc się, nie krążąc bezsensownie i nie biegnąc za innymi. Dłuższy przebieg z 10 na 11 dał mi trochę w kość i musiałam przejść w tryb spacerowy. Starość nie radość:-(

Ostatecznie uplasowałam się dokładnie w połowie stawki, ale tym razem nie z powodu głowy, tylko nóg. Ponieważ głowa dla mnie ważniejsza, mimo dalekiej pozycji, mam poczucie sukcesu.
Za to T., który zajął ósme miejsce, marudzi, że mogło być lepiej. Temu to nigdy nie dogodzi!
sobota, 13 lutego 2016
Nawigacyjna endorfina
T. uparł się na WesolInO. Podchodził mnie parę dni, a ja wciąż: nie i nie! W końcu użył ostatecznego argumentu:
- To ja sam pojadę.
O, co to - to nie! Jeszcze nie odrobiłam całej różnicy punktów w książeczce, a ten chce zbierać kolejne beze mnie!? Choćbym się miała przeczołgać po tym lesie, to pójdę - postanowiłam.
Rano za nic nie mogłam się dobudzić. A jak już się obudziłam, to nie mogłam wstać. T. już gotowy czekał w blokach startowych, a ja wciąż przecierałam oczy i ziewałam. W końcu jakoś udało mi się zwlec i łaskawie dałam się dowieźć na start.
- Na orientację - bardziej stwierdziła niż spytała miła osoba w rejestracji.
- Tak po nas widać? - zdziwiłam się.
- Nie, już poznaję.
Od razu zrobiłam rachunek sumienia, co takiego zrobiłam, że zostałam zapamiętana, ale żadna piramidalna głupota, którą bym mogła zasłynąć nie przyszła mi do głowy.
- Ot, człowiek się sławny robi - cieszyłam się w duchu.
W tym sezonie trasy są w innym miejscu niż przywykłam i prawdę mówiąc bałam się, że zgubię się już w drodze na pierwszy punkt i będzie totalny obciach. Wiedziałam, że biegiem nic nie nadrobię, bo odkąd T. nie biega treningowo z powodu nogi, to ja solidarnie też nie. Kondycja wróciła mi do normy, czyli do braku kondycji.
Wzięłam mapę i byłam na tyle przytomna żeby sprawdzić gdzie jest północ i ustawić ją jak trzeba.
- Aha, za budynkiem, przy ogrodzeniu - zlokalizowałam jedynkę. Sądziłam, że T., który startował praktycznie razem ze mną, będzie miał ten sam punkt, ale pobiegł gdzie indziej. W pierwszym odruchu chciałam za nim, ale udało mi się opanować impuls.
Na dwójkę nie szło inaczej, jak tylko na azymut. Przysiadłam, starannie przyłożyłam linijkę kompasu między punktami, północ do północy i nie spiesząc się ruszyłam. Może bym nawet i pobiegła gdybym tak nie zesztywniała z przerażenia.
- Na azymut? Taki kawał?
Kawał miał co prawda jakieś marne 200 metrów, ale na przełaj przez las, a nie po ścieżkach, które sobie można liczyć. O dziwo wyszłam dokładnie na punkt. Na trójkę pozwoliłam sobie już odważniej, czyli lekkim truchtem. Zamiast na punkt wybiegłam na zakręt linii energetycznej, ale za to dokładnie wiedziałam gdzie jestem i co robić dalej. Przy czwórce pamiętałam żeby sprawdzić kod lampionu i wziąć właściwy, bo obok siebie stały dwa - jeden męski, drugi damski. Nawet długi przebieg na piątkę udało mi się pokonać nie tracąc azymutu - wprost na punkt. Przy piątce przestałam się już bać. I słusznie, bo pozostałe PK też nie sprawiły mi żadnych trudności.
- Żeby tak po lesie, jak po sznurku???? - dziwiłam się sama sobie i swoim umiejętnościom nawigacyjnym. I kiedy biegłam ostatnią prostą, już na metę, poczułam jak zalewają mnie te mityczne endorfiny. Musiało ich być co najmniej z pięć, bo czułam się szczęśliwa, lekka, pełna energii, ba - niemal niezwyciężona.
Teraz to strach się bać co to będzie na "Warszawa Nocą" :-)))
- To ja sam pojadę.
O, co to - to nie! Jeszcze nie odrobiłam całej różnicy punktów w książeczce, a ten chce zbierać kolejne beze mnie!? Choćbym się miała przeczołgać po tym lesie, to pójdę - postanowiłam.
Rano za nic nie mogłam się dobudzić. A jak już się obudziłam, to nie mogłam wstać. T. już gotowy czekał w blokach startowych, a ja wciąż przecierałam oczy i ziewałam. W końcu jakoś udało mi się zwlec i łaskawie dałam się dowieźć na start.
- Na orientację - bardziej stwierdziła niż spytała miła osoba w rejestracji.
- Tak po nas widać? - zdziwiłam się.
- Nie, już poznaję.
Od razu zrobiłam rachunek sumienia, co takiego zrobiłam, że zostałam zapamiętana, ale żadna piramidalna głupota, którą bym mogła zasłynąć nie przyszła mi do głowy.
- Ot, człowiek się sławny robi - cieszyłam się w duchu.
W tym sezonie trasy są w innym miejscu niż przywykłam i prawdę mówiąc bałam się, że zgubię się już w drodze na pierwszy punkt i będzie totalny obciach. Wiedziałam, że biegiem nic nie nadrobię, bo odkąd T. nie biega treningowo z powodu nogi, to ja solidarnie też nie. Kondycja wróciła mi do normy, czyli do braku kondycji.
Wzięłam mapę i byłam na tyle przytomna żeby sprawdzić gdzie jest północ i ustawić ją jak trzeba.
- Aha, za budynkiem, przy ogrodzeniu - zlokalizowałam jedynkę. Sądziłam, że T., który startował praktycznie razem ze mną, będzie miał ten sam punkt, ale pobiegł gdzie indziej. W pierwszym odruchu chciałam za nim, ale udało mi się opanować impuls.
Na dwójkę nie szło inaczej, jak tylko na azymut. Przysiadłam, starannie przyłożyłam linijkę kompasu między punktami, północ do północy i nie spiesząc się ruszyłam. Może bym nawet i pobiegła gdybym tak nie zesztywniała z przerażenia.
- Na azymut? Taki kawał?
Kawał miał co prawda jakieś marne 200 metrów, ale na przełaj przez las, a nie po ścieżkach, które sobie można liczyć. O dziwo wyszłam dokładnie na punkt. Na trójkę pozwoliłam sobie już odważniej, czyli lekkim truchtem. Zamiast na punkt wybiegłam na zakręt linii energetycznej, ale za to dokładnie wiedziałam gdzie jestem i co robić dalej. Przy czwórce pamiętałam żeby sprawdzić kod lampionu i wziąć właściwy, bo obok siebie stały dwa - jeden męski, drugi damski. Nawet długi przebieg na piątkę udało mi się pokonać nie tracąc azymutu - wprost na punkt. Przy piątce przestałam się już bać. I słusznie, bo pozostałe PK też nie sprawiły mi żadnych trudności.
- Żeby tak po lesie, jak po sznurku???? - dziwiłam się sama sobie i swoim umiejętnościom nawigacyjnym. I kiedy biegłam ostatnią prostą, już na metę, poczułam jak zalewają mnie te mityczne endorfiny. Musiało ich być co najmniej z pięć, bo czułam się szczęśliwa, lekka, pełna energii, ba - niemal niezwyciężona.
Teraz to strach się bać co to będzie na "Warszawa Nocą" :-)))
T. uwiecznił mój endorfinowy finisz.
środa, 10 lutego 2016
Kusaków ciąg dalszy
A na mecie czekały na nas krakersy w dwóch odsłonach - z pastą jajeczną i guacamole - produkcji A. K.
Mam wniosek racjonalizatorski: na mecie najpierw jakaś drobna przekąska wytrawna, a potem ciasto. To zdecydowanie wpłynęłoby na frekwencję. Nie wiem tylko, czy nie za bardzo...
poniedziałek, 8 lutego 2016
Wiosenne ZiMnO
U tezetów wyglądało to jeszcze gorzej niż u nas:-)
Relacja T.:
Relacja T.:
Udało się dojechać na ostatnią chwilę. Tzn. na wyznaczoną w
programie „ostatnią chwilę”, bo jak zwykle krótkie obsuniecie było. W każdym
razie na medale i dyplomy się załapaliśmy. Zresztą grupa nagrodzonych jak
zwykle była liczna. Niczym za czasów PRLu dostaliśmy liczne asygnaty na
właściwe nagrody i dyplomy i przypomniały mi się zaraz „opakowania zastępcze” –
dzięki którym udało nam się kiedyś na ognisku rozpalonym z wielkim trudem w
lejącym deszczu, ugotować kilogram cukru zamiast kilograma ryżu….
Ale wracamy do meritum czyli „Zimowych” z nazwy MnO.
Stowarzyszyłem się z G. A. licząc, że jako jedna z liderek tegorocznego PP, jak
po sznurku doprowadzi mnie do zwycięstwa. No bo wiadomo – trasy Jedynkowe nie
są nigdy do pokonania normalnymi metodami, bo autor zawsze walnie babola,
skutecznie takie proste rozwiązania wykluczającego.
Na starcie kolejka (znowu jak w PRL-u). Leszek jak zwykle
stoi z mapą i męczy autora coraz bardziej
szczegółowymi pytaniami. Ja tam trochę podsłuchuję, bo niby idę z G. A.,
ale nigdy nic nie wiadomo. I okazało się że dobrze zrobiłem, bo autor wskazał
„pierwszy wycinek” (E1) palcem. Bo z opisu mapy wydawało się, że przejście na
następny wycinek, który się mieści gdzieś w okolicy 120m od poprzedniego, jest
dość abstrakcyjne. Szczególnie przy niepełnej i zniekształconej mapie. A tak
przynajmniej 2 PK będą nasze.
Przyszła nasza minuta więc zabraliśmy mapy i poszliśmy
szukać torów. Nie znając skali, niepełności i zniekształceń mapy postanowiliśmy
zacząć od „dalszego” PK1, który wyraźnie był koło torów i w dodatku na paśniku.
Raczej nie do przeoczenia w odróżnieniu od bliższego PK2 zaznaczonego na
„czarnej kropce”. Licząc odległość ruszyliśmy żwawo w kierunku właściwym. Po
drodze z bocznej drogi wybiegł Leszek – zgadzało się to z naszym dopasowaniem.
Liczymy kroki, mijamy kolejne drogi, nawet jakieś lampiony pojawiają się – tak
wisząc w lesie „na niczym”. Mapa niepełna więc pewno dróg nie wrysowano idziemy
zatem dalej. Skala wycinka zaczyna dochodzić do 1:15000 i wreszcie widać
paśnik. Paśnik, przed nim droga zanikająca (czyli się zgadza) a lampionu brak….
Może to następny? Idziemy dalej, kolejna droga poprzeczna (niezanikająca)
paśnika brak ale jest lampion. Tu już zaczynają zbierać się pierwsze grupki
bezładnie miotających się uczestników – bo w lesie jakoś tak randomowo (na
niczym) rozwieszone lampiony, a tego na
paśniku brak totalny. Zakładamy, że to BPeK i wracamy na PK2 sprawdzić skalę
mapy (zakładamy, że w obrębie jednego wycinka nie są te zniekształcenia tak
wielkie by skala zmieniała się radykalnie). Mijamy stowarzysza na skrzyżowaniu,
znajdujemy właściwe miejsce i… jest lampion „na niczym”. Czarna kropka to
zwykle kamień – ale nic takowego nie widzimy. Widzimy za to Leszka, który
sugeruje że to PK podwójny (pokrywa się z drugim etapem). Spisujemy, choć lekko
zniesmaczeni takimi odstępstwami od podstawowej definicji PK w regulaminie, że
PK MUSI być na charakterystycznym obiekcie identyfikowalnym w terenie i na
mapie.
W międzyczasie dopasowujemy kolejny wycinek (PK 7 dokładnie
tam, gdzie byliśmy szukając PK 1 – na następnym skrzyżowaniu za paśnikiem). Zaczyna
się to logicznie układać , więc pełni zapału ruszamy dalej. Przy PK 8 ciut
mniej zgadzają się granice kultur, ale jakoś daje się dopasować. Szukamy
następnego wycinka. Idziemy na północ do linii WN i skręcamy na wschód. Ewidentnie tu powinien być kolejny
wycinek i widzimy z daleka lampion. Na betonowej drodze. Takie solidniejsze
drogi zwykle oznacza się ciągła czarną linią. Coś takiego mamy na mapie. I jest
skrzyżowanie podobne do tego co jesteśmy, ale coś się nie zgadza. Ani normalne,
ani zlustrowane. I oczywiście na mapie linii WN nie ma. Idziemy przeczesać
teren na północ – żadnych lampionów, ani nic co by się dało dopasować do
wycinków. Wracamy. Z krzaków wyłaniają się kolejne zespoły. Łącznie z tymi świeżo
medalowanymi w TZ TMWiM więc znaczy jesteśmy w dobrym miejscu! Tyle że oni
także dopasowują i nic się nie zgadza! Zgroza!!! Po dłuższych naradach i
przyjęciu założenia, że linia WN to gruba czarna kreska coś się zgadza. Tak
mniej więcej (kąty już mniej). Wbijamy PK3 i idziemy szukać PK4. W oddali mija
mi Moja Druga Połowa dzielnie walcząca o triumf w TU. Mierzymy odległości,
liczymy drogi – i jest miejsce domniemanego PK4. I są dwa lampiony. PK4
powinien być gdzieś miedzy nimi. Przy skali ok 1:15000 oba mieszczą się w
sławnych 2mm. Ale jeden wydaje się lepszy (zakładając perfidię budowniczego,
który główniejszą drogę pominął). Wbijamy i na kolejny „punkt przejścia”.
Idziemy 120m dalej i nic. Nic co by się zgadzało. Jedni idą w lewo, drudzy w
prawo. My trochę w lewo, ale bardziej pasuje nam prosto. Na wschód, bo tam „musi
być jakaś cywilizacja”. Tu spotykamy znowu mocno zdezorientowanych M. i R. P.,
tramwaimy się z B.Sz. i D.W., gdzieś tam podłącza się P. R. Znajdujemy coś co
można dopasować do PK 11. Bierzemy. Wracamy grupą do linii WN – gruba czarna
kreska przy PK 3 mówi, że gdzieś tu powinien być PK10. W różnych konfiguracjach
szukamy czegoś, co by się dało dopasować. Wydma na północy daje nadzieję na PK
6 więc tam idziemy. Jakiś lampion jest. PK 5 to kolejna wydma. Szukamy. Najpierw
spotykamy W. M. z TU. Potem zmieniamy kierunek, znajdujemy PK 5 i Leszka
biegnącego w przeciwną stronę wskazującego na krzyż i mówiącego coś o E2.
Ciągle brakuje nam jednego PK. Mniej więcej udaje się ustalić kierunek gdzie jest meta
(dzięki mapie z E2!). Ale jakiś dziwny ten kierunek! Wracamy pod linię WN. Znowu szukamy 10.
Wreszcie kojarzymy linie SN te przy mecie – widzieliśmy je gdzieś koło PK5 i PK
6! Czasu mało więc idziemy na metę. Po drodze wbijamy cokolwiek jako PK 10 – bo
jest linia WN (czarna kreska) jakaś granica kultur… najwyżej będzie stowarzysz.
Uff udało się (z trudem) zakończyć etap. Gdzieś po drodze zgubiliśmy resztą
tramwaju i w gronie zarządu Klubu z Komisją Rewizyjną idziemy dalej.
E2 wydaje się przy tym Pikusiem. W miarę pełna mapa, skala
stała i w ogóle. Ja tam z opisu na mapie nie rozumiem obsługi tabelki – ale
skoro Prezes się dopytał….
PK 1A pikuś. PK 2A – jest ścieżka wydma kierunek się zgadza idziemy. Niby za bardzo w prawo ale skorygujemy później. Jakoś skalę wyznaczamy z przecięcia z LOPKą. Na mapie jakieś drogi (wąwóz? piasek?) widać przed PK 2A więc powinniśmy trafić. Jest. Tu spotykamy K. M., który klnie na LOPkę. Szukamy za tym wąwozem – zero krzyży! Jakieś konstrukcje wyczynowo-rowerowe… może to to? Pojawiają się kolejne zdezorientowane zespoły. Następuje chwila zwątpienia. Na pierwszym etapie GPS wykazał 12km więc trochę w nogach już jest. W desperacji postanawiam wracać się troszkę LOPKą do charakterystycznego załamania. Coś mnie podkusiło wleźć na górę a tu… krzyże!!! Bingo! Reszta niechcący dopasowała charakterystyczne drzewo do E1 i azymutem odwrotnym skierowała się w tym samym kierunku! Uff! Chyba jednak coś nie tak ze skalą.
PK 1A pikuś. PK 2A – jest ścieżka wydma kierunek się zgadza idziemy. Niby za bardzo w prawo ale skorygujemy później. Jakoś skalę wyznaczamy z przecięcia z LOPKą. Na mapie jakieś drogi (wąwóz? piasek?) widać przed PK 2A więc powinniśmy trafić. Jest. Tu spotykamy K. M., który klnie na LOPkę. Szukamy za tym wąwozem – zero krzyży! Jakieś konstrukcje wyczynowo-rowerowe… może to to? Pojawiają się kolejne zdezorientowane zespoły. Następuje chwila zwątpienia. Na pierwszym etapie GPS wykazał 12km więc trochę w nogach już jest. W desperacji postanawiam wracać się troszkę LOPKą do charakterystycznego załamania. Coś mnie podkusiło wleźć na górę a tu… krzyże!!! Bingo! Reszta niechcący dopasowała charakterystyczne drzewo do E1 i azymutem odwrotnym skierowała się w tym samym kierunku! Uff! Chyba jednak coś nie tak ze skalą.
Postanowiliśmy nie iść na łatwiznę i chodzimy na azymut.
Wszystkim wyszedł taki sam. Więc kompasy w dłoń i idziemy. Teren już
przeczesywaliśmy. Tzn. azymut prowadzi na zabudowania, które trzeba omijać.
Gdzieś po drodze zaliczam upadek – wszyscy patrzą z przerażeniem czy to to moje
operowane kolano – ale to zwykłe poślizgnięcieJ.
Dochodzimy do czegoś, co pasuje ukształtowaniem. Są i lampiony. Szczęśliwi –
bierzemy ten dalszy! Uprzedzając fakty - haniebnego stowarzysza! Na tyle
haniebnego, że na następny PK się nie namierzymy. Taki urok trasy opartej na
azymutach;-( Pewnie gdyby nie zniesmaczenie E1, czy szukanie poprzedniego PK,
ktoś by się dopatrzył charakterystycznego wąwozu z drogą i LOPką i nie nabrali byśmy
się na tego stowarzysza.
Jedziemy dalej; kompas w dłoń i liczenie kroków. Żadnego omijania. Twardo przez krzaki. Jest odległość jest szczyt górki. I nie ma lampionów. Rozpraszamy się. I nie ma lampionów. Ani jednego!
Jedziemy dalej; kompas w dłoń i liczenie kroków. Żadnego omijania. Twardo przez krzaki. Jest odległość jest szczyt górki. I nie ma lampionów. Rozpraszamy się. I nie ma lampionów. Ani jednego!
Kończy się czas dodatkowy- nie ma co szukać. Szybka burza
mózgów jak trafić na metę. Bez śladu GPS który wskazał że trzeba iść na zachód
nie byłoby szans wrócić. Oczywiście na mapie zabrakło opcji ewakuacyjnej. Widać
liczyli że kilku TZtów nigdy nie wróci!
Po drodze jakieś lampiony. Wyglądające LOPkowato. Niby coś
tu powinno być – to bierzemy. Jeszcze na koniec ostatni wycinek – coś nam
zaświtało i zgarnęliśmy ostatnie 2 PK. Z wrażenia zapomniałem udzielić pisemnie
odpowiedzi na zadanie – ale ustnie miało być „wygra lepszy” – niech SG dopisze
na kartę!
Jak się okazało na mecie wcale nie byliśmy ostatni. Niedługo
po nas przyszli M. P. i R. P. – także bez kompletu PK. Jeszcze nieskuteczny
rzut jajem do opon (choć kusiło trafić w budowniczego). Właściwie to 20km
wykończyło mnie na tyle, że nie miałem już siły bić budowniczego, a MDP nie
dała mi ochłonąć i od razu zabrała do domu (bo niby sprzątać mam), więc
budowniczy ostał się cały i zdrowy. Wczoraj udało mi się złożyć mapę z E1. Nie
dziwię się, że wszyscy się błąkali – gdy opis składania jest nieprawidłowy… to
mapy się nie złoży. Wycinek PK11 ma tylko jedno połączenie z resztą łańcucha, a
drugie wisi w powietrzu!!!. O niekonsekwencji oznaczeń (linii WN) nie wspomnę.
Jak zwykle u Jedynki - zwalony etap;-(
Drugi etap to my zwaliliśmy, choć brak wariantu awaryjnego (np. w planie mapy
dać najdalszy PK) przy marnej czytelności wydruku generował sporą przypadkowość w odnajdowaniu się w terenie.
niedziela, 7 lutego 2016
Foch i złote myśli na lop-ce.
No i tak, jak mówiłam, aż do soboty nie poszłam na żadne InO. A w sobotę to w zasadzie zostałam dowieziona, więc prawie się nie liczy. Jednym słowem foch trwa. W sobotę nawet powstały przesłanki do jego umocnienia.
Zaczęło się niewinnie, a nawet wręcz świetnie. Przed imprezą właściwą MKInO rozdawała medale, dyplomy, nagrody, uściski dłoni Prezesa, darmowe wejściówki na planowane imprezy. Dostałam medal, książki, garść dyplomów i dwie wejściówki. No i uściski. Medal za zwycięstwo w ubiegłorocznym TMWiM-ie dostałam w pełni niezasłużenie, ale zawsze mnie uczono, że jak dają to trzeba brać, a jak biją, to uciekać. No to wzięłam. A potem poszłam zasługiwać na medal w tegorocznym cyklu.
Dostaliśmy od razu mapy na obydwa etapy, bo międzyetapie było samoobsługowe. Najpierw traciliśmy czas na medytowaniu, od którego etapu zacząć, bo to jak z osiołkiem, co mu w żłoby dano. W końcu postawiliśmy na etap północny. W przeciwieństwie do zespołów wychodzących przed nami, postanowiliśmy najpierw pomyśleć, potem pójść. Myśleliśmy i myśleliśmy i nijak mapa nie chciała nam się poskładać, bo przyjęliśmy bzdurne założenie, że paseczki mapy trzeba tylko poprzestawiać względem siebie. O ich poobracaniu jakoś nie myśleliśmy. Przykładaliśmy jedną mapę do drugiej, a nasze zaćmienie trwało. W końcu zauważyłam punkt wspólny, który dało się dopasować tylko na Chucka Norrisa, czyli z półobrotu.To nas odblokowało i resztę jakoś poskładaliśmy.
Postanowiliśmy zacząć od lop-ki. Wielka mi lop-ka z jednym punktem i to na samym końcu! Wcale nie byliśmy pewni czy ten punkt łapie się jeszcze do niej, ale zaryzykowaliśmy. Dalej w zasięgu naszych intelektualnych możliwości była jedynka. W drodze na nią, zaczęłam dokładniej przyglądać się mapie.
- D.! Jedynka to jest to samo co siódemka i czwórka! - radośnie zakomunikowałam.
D. prowadził nas na jedynkę, a ja porównywałam pozostałe PK. A to wymyślili! Jeden punkt poczwórny, jeden potrójny i kilka podwójnych.
- A bo oni tacy leniwi, nie chciało im się lampionów wieszać - uświadomił mnie D.
Z potrójnego poszliśmy na poczwórny - 5, 8, 14, 19, ciesząc się, że nadrobimy czas stracony na starcie, a potem na podwójny 17, 18.
- No to jeszcze jeden i lop-ka i mamy wszystko - cieszyliśmy się.
Wzięliśmy czternastkę i D. przyjrzał się dokładniej drugiej lop-ce.
- To jest ta sama lop-ka, co przy starcie - oznajmił ponuro. I dodał kilka inwektyw pod swoim adresem. Ja w myślach zrobiłam to samo pod swoim, bo przecież tak samo jak on oglądałam mapę.
Co było robić? Pokombinowaliśmy chwilę jak najprościej wrócić i poszliśmy. Kiedy już byliśmy blisko D. rzucił złotą myśl:
- Mogliśmy tę lop-kę wziąć wracając z drugiego etapu, bo to przy starcie, a nie lecieć tyle.
No tośmy się wykazali inteligencją:-( Ponieważ i tak byliśmy już bardzo blisko, nie warto było odkładać sprawy na później. D. został na ścieżce szukać na mapie drogi na metę, ja pobiegłam podbić punkt. Wracając studiowałam mapę i po powrocie uraczyłam D. swoją złotą myślą:
- Słuchaj, z opisu wynika, że my w ogóle nie musieliśmy brać żadnej lop-ki.
- Musieliśmy. To jest linia obowiązkowego przejścia - zaprotestował D. Nie byłam przekonana, ale w naszej sytuacji nie miało to już większego znaczenia.
Na metostarcie nawet się nie zatrzymywaliśmy, tylko od razu poszliśmy na ósemkę, co to stała na paśniku, którego nie było. Potem ja dostałam wolne, a D. poszedł wdrapać się na górkę po siódemkę. Padałam na twarz ze zmęczenia i bardzo mi się te kilka minut przydało. W sumie to mogłam zostać już na śródetapiu bo i tak tam wracaliśmy żeby się namierzyć na szóstkę. Pracowicie ustawiliśmy kompasy, po czym D. zarządził, że idziemy drogą, bo wygodniej, a nie pod górę przez las, jak chce kompas. Wygodniej, to wygodniej. Tyle tylko, że za nic nie mogliśmy znaleźć szóstki. Błąkaliśmy się bezsensownie, ale w końcu D. ją wyczesał. Na lop-kę zarządziłam marsz już według kompasu, więc poszło sprawnie. Poza tym, że na lop-ce nie było ani pół lampionu. Na szczęście spotkana ekipa potwierdziła, że oni też nic nie znaleźli, więc to nas nieco uspokoiło. Piątka to drobny pryszcz, a przy czwórce mieliśmy wątpliwości, bo dwa miejsca pasowały. Już się nam nie bardzo chciało kombinować, więc zostawiliśmy pierwszy jaki napotkaliśmy. Pozostałe punkty i meta to już czysta formalność.
D. od razu po powrocie zebrał się do domu, ja musiałam czekać na T. W wolnej chwili odpytałam organizatorów jak to jest z tą lop-ka i jej obowiązkowością. Oczywiście okazało się, że wcale nie musieliśmy brać ani jednej! Jak to mówią o tej nadgorliwości???? A może ktoś ma inną wykładnię tej sytuacji. Czy są na to w ogóle jakieś przepisy?
PS
Przeżycia T. i etap tezetowski to też cała osobna historia. Może zechce opowiedzieć....

Dostaliśmy od razu mapy na obydwa etapy, bo międzyetapie było samoobsługowe. Najpierw traciliśmy czas na medytowaniu, od którego etapu zacząć, bo to jak z osiołkiem, co mu w żłoby dano. W końcu postawiliśmy na etap północny. W przeciwieństwie do zespołów wychodzących przed nami, postanowiliśmy najpierw pomyśleć, potem pójść. Myśleliśmy i myśleliśmy i nijak mapa nie chciała nam się poskładać, bo przyjęliśmy bzdurne założenie, że paseczki mapy trzeba tylko poprzestawiać względem siebie. O ich poobracaniu jakoś nie myśleliśmy. Przykładaliśmy jedną mapę do drugiej, a nasze zaćmienie trwało. W końcu zauważyłam punkt wspólny, który dało się dopasować tylko na Chucka Norrisa, czyli z półobrotu.To nas odblokowało i resztę jakoś poskładaliśmy.
Postanowiliśmy zacząć od lop-ki. Wielka mi lop-ka z jednym punktem i to na samym końcu! Wcale nie byliśmy pewni czy ten punkt łapie się jeszcze do niej, ale zaryzykowaliśmy. Dalej w zasięgu naszych intelektualnych możliwości była jedynka. W drodze na nią, zaczęłam dokładniej przyglądać się mapie.
- D.! Jedynka to jest to samo co siódemka i czwórka! - radośnie zakomunikowałam.
D. prowadził nas na jedynkę, a ja porównywałam pozostałe PK. A to wymyślili! Jeden punkt poczwórny, jeden potrójny i kilka podwójnych.
- A bo oni tacy leniwi, nie chciało im się lampionów wieszać - uświadomił mnie D.
Z potrójnego poszliśmy na poczwórny - 5, 8, 14, 19, ciesząc się, że nadrobimy czas stracony na starcie, a potem na podwójny 17, 18.
- No to jeszcze jeden i lop-ka i mamy wszystko - cieszyliśmy się.
Wzięliśmy czternastkę i D. przyjrzał się dokładniej drugiej lop-ce.
- To jest ta sama lop-ka, co przy starcie - oznajmił ponuro. I dodał kilka inwektyw pod swoim adresem. Ja w myślach zrobiłam to samo pod swoim, bo przecież tak samo jak on oglądałam mapę.
Co było robić? Pokombinowaliśmy chwilę jak najprościej wrócić i poszliśmy. Kiedy już byliśmy blisko D. rzucił złotą myśl:
- Mogliśmy tę lop-kę wziąć wracając z drugiego etapu, bo to przy starcie, a nie lecieć tyle.
No tośmy się wykazali inteligencją:-( Ponieważ i tak byliśmy już bardzo blisko, nie warto było odkładać sprawy na później. D. został na ścieżce szukać na mapie drogi na metę, ja pobiegłam podbić punkt. Wracając studiowałam mapę i po powrocie uraczyłam D. swoją złotą myślą:
- Słuchaj, z opisu wynika, że my w ogóle nie musieliśmy brać żadnej lop-ki.
- Musieliśmy. To jest linia obowiązkowego przejścia - zaprotestował D. Nie byłam przekonana, ale w naszej sytuacji nie miało to już większego znaczenia.
Na metostarcie nawet się nie zatrzymywaliśmy, tylko od razu poszliśmy na ósemkę, co to stała na paśniku, którego nie było. Potem ja dostałam wolne, a D. poszedł wdrapać się na górkę po siódemkę. Padałam na twarz ze zmęczenia i bardzo mi się te kilka minut przydało. W sumie to mogłam zostać już na śródetapiu bo i tak tam wracaliśmy żeby się namierzyć na szóstkę. Pracowicie ustawiliśmy kompasy, po czym D. zarządził, że idziemy drogą, bo wygodniej, a nie pod górę przez las, jak chce kompas. Wygodniej, to wygodniej. Tyle tylko, że za nic nie mogliśmy znaleźć szóstki. Błąkaliśmy się bezsensownie, ale w końcu D. ją wyczesał. Na lop-kę zarządziłam marsz już według kompasu, więc poszło sprawnie. Poza tym, że na lop-ce nie było ani pół lampionu. Na szczęście spotkana ekipa potwierdziła, że oni też nic nie znaleźli, więc to nas nieco uspokoiło. Piątka to drobny pryszcz, a przy czwórce mieliśmy wątpliwości, bo dwa miejsca pasowały. Już się nam nie bardzo chciało kombinować, więc zostawiliśmy pierwszy jaki napotkaliśmy. Pozostałe punkty i meta to już czysta formalność.
D. od razu po powrocie zebrał się do domu, ja musiałam czekać na T. W wolnej chwili odpytałam organizatorów jak to jest z tą lop-ka i jej obowiązkowością. Oczywiście okazało się, że wcale nie musieliśmy brać ani jednej! Jak to mówią o tej nadgorliwości???? A może ktoś ma inną wykładnię tej sytuacji. Czy są na to w ogóle jakieś przepisy?
PS
Przeżycia T. i etap tezetowski to też cała osobna historia. Może zechce opowiedzieć....
piątek, 5 lutego 2016
Strzelam focha.
W tłusty czwartek pączek się należy każdemu jak psu kość, więc Kusaki były obowiązkowe. Co nie znaczy, że wskazane, zwłaszcza w okolicach talii (jak ktoś jeszcze ma).
Organizatorzy niestety nie zadbali o mnie i nie zrobili kategorii TU. Ponieważ bojkotuję TZ, nie pozostało mi nic innego jak iść na trasę dla początkujących. D. M. wyszedł z tego samego założenia, więc znów mogliśmy stworzyć zespół.
Dwie żyrafy i belka od razu nam się złożyły w kompletną mapę (chociaż belka początkowo na odwrót) i ruszyliśmy. Szło dobrze aż do Wisły. Przy PK C mieliśmy wątpliwości czy bierzemy dobry, bo stał tak na widoku, łatwo dostępny, a w pobliskich krzalach buszowały jakieś światełka. Ponieważ po ciemku i tak trudno było ustalić położenie wszystkich bajor względem siebie, stwierdziliśmy, że w krzaki nie idziemy i bierzemy co jest, bez względu na wzgląd. Ale najwięcej kłopotów sprawił nam PK E. Już zbliżając się do niego usłyszeliśmy ostrzeżenia od innych uczestników, żeby uważać na stowarzysze. No to zaczęliśmy uważać. Uważaliśmy trochę w prawo, trochę w lewo, trochę w głąb, trochę z kraja. I nic nie pasowało. Wyleźliśmy z powrotem na alejkę i postanowili po pierwsze ustalić skalę mapy, po drugie namierzyć się od budynku. Po tych wszystkich czynnościach znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli tam gdzie zaczynaliśmy szukać. Ponieważ nic się w terenie nie zgadzało, wzięliśmy to co było najbliżej miejsca wychodzącego z obliczeń i jak się potem okazało - całkiem słusznie. Natomiast do teraz pozostaje dla mnie tajemnicą idea przyświecająca budowniczce trasy, żeby tam stawiać punkt. Ale może to miała być taka dodatkowa atrakcja.
Kolejny punkt - M - na mapie był blisko, ale dostać się do niego nie było łatwo. Gdzie byśmy się nie ruszyli, wszędzie natrafialiśmy na ogrodzenie i kłódki zawieszone na bramkach i bramach. Ile myśmy się tam nachodzili! Widzieliśmy też człowieka, który poszedł prosto na ogrodzenie, a potem pojawił się od drugiej strony. Górą przelazł? Podkop zrobił? Myśmy coś przegapili?
W końcu udało się pozbierać wszystkie punkty i zostały nam tylko zadania. Jeśli nie pączek, to wiadomo co, ale azymut trzeba było solidnie wyznaczyć. Przy żyrafie każde z nas przycupnęło przy osobnym stoliku i robiło własne obliczenia, żeby je potem porównać. Ja oczywiście pomyliłam punkty i namierzałam się nie na ten co trzeba, bo B i P są takie podobne. Może mam opóźnioną dyslekcję? W końcu wyliczyłam na ten punkt, co trzeba, wyszło mi to samo co D. i szczęśliwi ruszyliśmy do mety, ciesząc się, że wyrobiliśmy się przed czasem. A na mecie? Bulwers totalny! Po pierwsze wcale nie zmieściliśmy się w czasie, bo D. myślał, że mamy 120 minut, a ja nie myślałam w ogóle, bo skoro on pilnował czasu, to ja już nie. Po drugie azymut miał być zupełnie, ale to zupełnie inny niż nam wyszedł.
- Ale jak to? - dopytywałam samą siebie i po powrocie do domu od razu wzięłam się za mierzenie. Dla pewności że punkty dobrze poukładałam względem siebie popatrzyłam na mapę googlowską i okazało się! Na mapie północ nie była na północy!!!! Od dwóch lat wszyscy mnie okłamują!!!
- Jak na mapie TP nie jest narysowana północ, to znaczy, że mapa jest zorientowana. - taki właśnie kit wszyscy mi wciskali i w końcu przyjęłam to za pewnik. Oszukali! Oszukali mnie!
W związku z powyższym strzelam focha i aż do soboty nie idę na żadne InO!
Organizatorzy niestety nie zadbali o mnie i nie zrobili kategorii TU. Ponieważ bojkotuję TZ, nie pozostało mi nic innego jak iść na trasę dla początkujących. D. M. wyszedł z tego samego założenia, więc znów mogliśmy stworzyć zespół.
Dwie żyrafy i belka od razu nam się złożyły w kompletną mapę (chociaż belka początkowo na odwrót) i ruszyliśmy. Szło dobrze aż do Wisły. Przy PK C mieliśmy wątpliwości czy bierzemy dobry, bo stał tak na widoku, łatwo dostępny, a w pobliskich krzalach buszowały jakieś światełka. Ponieważ po ciemku i tak trudno było ustalić położenie wszystkich bajor względem siebie, stwierdziliśmy, że w krzaki nie idziemy i bierzemy co jest, bez względu na wzgląd. Ale najwięcej kłopotów sprawił nam PK E. Już zbliżając się do niego usłyszeliśmy ostrzeżenia od innych uczestników, żeby uważać na stowarzysze. No to zaczęliśmy uważać. Uważaliśmy trochę w prawo, trochę w lewo, trochę w głąb, trochę z kraja. I nic nie pasowało. Wyleźliśmy z powrotem na alejkę i postanowili po pierwsze ustalić skalę mapy, po drugie namierzyć się od budynku. Po tych wszystkich czynnościach znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli tam gdzie zaczynaliśmy szukać. Ponieważ nic się w terenie nie zgadzało, wzięliśmy to co było najbliżej miejsca wychodzącego z obliczeń i jak się potem okazało - całkiem słusznie. Natomiast do teraz pozostaje dla mnie tajemnicą idea przyświecająca budowniczce trasy, żeby tam stawiać punkt. Ale może to miała być taka dodatkowa atrakcja.
Kolejny punkt - M - na mapie był blisko, ale dostać się do niego nie było łatwo. Gdzie byśmy się nie ruszyli, wszędzie natrafialiśmy na ogrodzenie i kłódki zawieszone na bramkach i bramach. Ile myśmy się tam nachodzili! Widzieliśmy też człowieka, który poszedł prosto na ogrodzenie, a potem pojawił się od drugiej strony. Górą przelazł? Podkop zrobił? Myśmy coś przegapili?
W końcu udało się pozbierać wszystkie punkty i zostały nam tylko zadania. Jeśli nie pączek, to wiadomo co, ale azymut trzeba było solidnie wyznaczyć. Przy żyrafie każde z nas przycupnęło przy osobnym stoliku i robiło własne obliczenia, żeby je potem porównać. Ja oczywiście pomyliłam punkty i namierzałam się nie na ten co trzeba, bo B i P są takie podobne. Może mam opóźnioną dyslekcję? W końcu wyliczyłam na ten punkt, co trzeba, wyszło mi to samo co D. i szczęśliwi ruszyliśmy do mety, ciesząc się, że wyrobiliśmy się przed czasem. A na mecie? Bulwers totalny! Po pierwsze wcale nie zmieściliśmy się w czasie, bo D. myślał, że mamy 120 minut, a ja nie myślałam w ogóle, bo skoro on pilnował czasu, to ja już nie. Po drugie azymut miał być zupełnie, ale to zupełnie inny niż nam wyszedł.
- Ale jak to? - dopytywałam samą siebie i po powrocie do domu od razu wzięłam się za mierzenie. Dla pewności że punkty dobrze poukładałam względem siebie popatrzyłam na mapę googlowską i okazało się! Na mapie północ nie była na północy!!!! Od dwóch lat wszyscy mnie okłamują!!!
- Jak na mapie TP nie jest narysowana północ, to znaczy, że mapa jest zorientowana. - taki właśnie kit wszyscy mi wciskali i w końcu przyjęłam to za pewnik. Oszukali! Oszukali mnie!
W związku z powyższym strzelam focha i aż do soboty nie idę na żadne InO!
wtorek, 2 lutego 2016
Gruba różowa kreska
Uwielbiam etapy nocne. Ale dopiero na mecie. A jeszcze bardziej już po powrocie do bazy. A tak najbardziej, to jakiś czas później, kiedy się o nich rozmawia siedząc w ciepłym i bezpiecznym miejscu. Bo na starcie to jakoś niespecjalnie. Od razu mi coś śpiewa w głowie: "co ja robię tu?, co ja tutaj robię?" i wymyślam sobie od starych, a głupich idiotek.
Tak też było tym razem. A jak zobaczyłam mapę, to już w ogóle. Najchętniej uciekłabym z krzykiem, ale nie chciałam robić totalnej wiochy. W końcu człowiek prawie ze stolycy przyjechał, to się trzeba zachować, nie?
Na "mapie" były dwie kreski na krzyż, z czego jedna różowa (infantylnie nieco) i trzy wycinki z ortofotomapy, na których nic nie było widać. Poza grubą różową linią. Przyszłość widziałam w czarnym kolorze. D., najwyraźniej bardziej odporny psychicznie, postanowił działać. Zawlókł mnie najpierw w jedną stronę, potem stwierdził, że to jednak nie tu, zawlókł w drugą, a mi nie pozostało nic innego jak iść za nim. Druga strona również okazała się nie być poszukiwaną przez D. lop-ką, ale za to okazało się, że jesteśmy na drugiej z dwóch kresek na mapie. Wstąpiła we mnie nadzieja, otworzyłam zamknięte z przerażenia oczy, rozluźniłam zaciśnięte z emocji pięści i wzięłam się do roboty. PK 6 był naszym wyznacznikiem, że nie jesteśmy na lop-ce, ale za to w równie dobrym miejscu. Omal nie przegapiliśmy piątki, bo jakoś nam się tak dobrze szło drogą, że ruszyliśmy od razu na czwórkę. Na szczęście w porę się zorientowaliśmy. Stanęliśmy przed wyborem - albo idziemy na azymut, albo na latarki widniejące w lesie, w okolicach PK 5. Wybraliśmy (o hańbo!) latarki. Była to może mało ambitna, ale za to słuszna decyzja. O tym, który lampion jest właściwy, a który stowarzyszony decydowaliśmy już sami. Czwórkę i trójkę zgarnęliśmy bez problemu, z trójki łatwo wyznaczyliśmy i znaleźli PK X, a potem zaczęły się schody. Na dwójkę szliśmy trochę na azymut, trochę na oko. Prawdę mówiąc nie wierzyłam w powodzenie tego przedsięwzięcia. Znalezienie konkretnego dołka w wielkim lesie, gdy na mapie zaznaczony jest dołek i nic dookoła, graniczy z cudem. Coś na kształt cudu nastąpiło i znaleźliśmy jedynkę. A niedaleko od niej drugą jedynkę. Próbowaliśmy namierzać się z jednej i drugiej na ten nieszczęsny dołek (PK 2) i w końcu coś znaleźliśmy, chociaż nie do końca nam to pasowało. I słusznie, bo jak się okazało post factum i jedynkę i dwójkę wzięliśmy stowarzyszone.
Teraz nastąpiła najtrudniejsza część przedsięwzięcia. Jakimś sposobem musieliśmy wstrzelić się w lop-kę, nie topiąc się przy tym w bagnie, a trafiwszy już na nią, zorientować się, w której jej części jesteśmy. Przestałam ogarniać i całkowicie oddałam rząd dusz w ręce D. Ten z kolei, w jakimś akcie desperacji, poprowadził nas prosto w bagno, które mieliśmy zalecone ominąć. Nie pozostało mi nic innego tylko iść za nim. Nie powiem - było to całkiem fascynujące przeżycie i nie takie straszne, bo w pewnej odległości od nas widzieliśmy rząd latarek, więc w razie czego wołanie o pomoc miałoby jakiś sens. W pewnym momencie wyszliśmy na skraj lasu. Przechodząca ekipa potwierdziła nasze przypuszczenia, że to już lop-ka, ale doprecyzowanie gdzie dokładnie jesteśmy należało już do nas. Rzut oka w otaczającą nas ciemność wywołał we mnie jakieś skojarzenia z PK A - skraj lasu, puste pole i na nim pojedyncze drzewo. Tych pojedynczych drzew było nawet kilka, ale ze względu na bruzdy z wodą zbadaliśmy tylko najbliższe. Litościwie organizatorzy powiesili na nim lampion. Od razu założyliśmy, że to stowarzysz, ale żadne z nas nie paliło się do penetracji całej przestrzeni. PK E i C udało się zlokalizować nawet bez problemów, a na lop-ce znaleźliśmy trzy lampiony. Kolejne trzy wisiały na lop-ce równoległej do naszej, więc spisaliśmy dwa z nich, bo w sumie potrzebowaliśmy pięciu. Nie próbowaliśmy dociekać które były właściwe, bo aż tak nam nie zależało. Cieszyliśmy się, że mamy komplet punktów i nawet jeśli połowa to stowarzysze, to i tak byliśmy dumni z naszych osiągnięć.
Na mecie dotarła do nas bolesna prawda, że do bazy musimy wrócić per pedes, tym samym trinem, którym przyszliśmy. U nas to by się zmieniło nazwę na "zejściówka", dowiesiło jeden lampion i przynajmniej byłby punkt do odznaki, a tu taki kawał drogi nam się zmarnował:-(
Mieliśmy nadzieję, że w bazie będą już wywieszone wyniki etapów dziennych, ale nie. Ani śladu. Padliśmy nie doczekawszy, a rano T. obudził mnie wiadomością, że mam piąte miejsce. Ze skromności nie pochwalił się, że wygrał w naszej TS-owej kategorii. Tak się zastanawiam, czy sobie nogi nie uszkodzić, bo najwyraźniej to sprzyja wygrywaniu. Miał iść na etapy na kilka punktów, to widzicie co się porobiło. Coś mi się wydaje, że częściej będziemy w tamte okolice jeździć na zawody, bo co pojedziemy, to T. jakiś puchar dostaje:-) A poza pucharem jest tam po prostu sympatycznie i miło.
c. d. n. n.
Tak też było tym razem. A jak zobaczyłam mapę, to już w ogóle. Najchętniej uciekłabym z krzykiem, ale nie chciałam robić totalnej wiochy. W końcu człowiek prawie ze stolycy przyjechał, to się trzeba zachować, nie?
Teraz nastąpiła najtrudniejsza część przedsięwzięcia. Jakimś sposobem musieliśmy wstrzelić się w lop-kę, nie topiąc się przy tym w bagnie, a trafiwszy już na nią, zorientować się, w której jej części jesteśmy. Przestałam ogarniać i całkowicie oddałam rząd dusz w ręce D. Ten z kolei, w jakimś akcie desperacji, poprowadził nas prosto w bagno, które mieliśmy zalecone ominąć. Nie pozostało mi nic innego tylko iść za nim. Nie powiem - było to całkiem fascynujące przeżycie i nie takie straszne, bo w pewnej odległości od nas widzieliśmy rząd latarek, więc w razie czego wołanie o pomoc miałoby jakiś sens. W pewnym momencie wyszliśmy na skraj lasu. Przechodząca ekipa potwierdziła nasze przypuszczenia, że to już lop-ka, ale doprecyzowanie gdzie dokładnie jesteśmy należało już do nas. Rzut oka w otaczającą nas ciemność wywołał we mnie jakieś skojarzenia z PK A - skraj lasu, puste pole i na nim pojedyncze drzewo. Tych pojedynczych drzew było nawet kilka, ale ze względu na bruzdy z wodą zbadaliśmy tylko najbliższe. Litościwie organizatorzy powiesili na nim lampion. Od razu założyliśmy, że to stowarzysz, ale żadne z nas nie paliło się do penetracji całej przestrzeni. PK E i C udało się zlokalizować nawet bez problemów, a na lop-ce znaleźliśmy trzy lampiony. Kolejne trzy wisiały na lop-ce równoległej do naszej, więc spisaliśmy dwa z nich, bo w sumie potrzebowaliśmy pięciu. Nie próbowaliśmy dociekać które były właściwe, bo aż tak nam nie zależało. Cieszyliśmy się, że mamy komplet punktów i nawet jeśli połowa to stowarzysze, to i tak byliśmy dumni z naszych osiągnięć.
Na mecie dotarła do nas bolesna prawda, że do bazy musimy wrócić per pedes, tym samym trinem, którym przyszliśmy. U nas to by się zmieniło nazwę na "zejściówka", dowiesiło jeden lampion i przynajmniej byłby punkt do odznaki, a tu taki kawał drogi nam się zmarnował:-(
c. d. n. n.
poniedziałek, 1 lutego 2016
Prezes każe, zarząd idzie!
W sobotę rano jakoś udało nam się doprowadzić nasze organizmy do stanu używalności. Podczas rozpoczęcia imprezy T. został uhonorowany pucharem za trzecie miejsce w ubiegłorocznym Pucharze Podkarpacia i już od świtu pławił się w chwale i sławie. Długo się co prawda nie napławił, bo chwilę po rozpoczęciu odjeżdżał pierwszy autobus dowożący na start i każdy zajął się przygotowaniami do wyjścia, ale zawsze.
Mi i D. organizatorzy dali ostatnią minutę startową pierwszej tury, mogliśmy więc obserwować reakcje innych po otrzymaniu mapy i wyciągać wnioski. Zasadniczo większość brała mapy i wychodziła w lewo, jedna ekipa zatrzymała się przy stoliku, wyjęła nożyczki i klej, ale szybko im przeszło. My po obejrzeniu mapy od razu zadecydowaliśmy - tniemy! Nie żeby była jakaś trudność z poskładaniem wycinków, głównie dla własnej wygody. Po co mieliśmy myśleć i być czujni całą drogę, kiedy mogliśmy spokojnie pójść na pełną mapę. I faktycznie szło się sprawnie, bez kombinowania i dociekania czy to aby na pewno tu. Jedyną trudność dla mnie stanowiły rowy. Niemal przez każdy D. musiał mnie przeciągać, bo przy próbach przejścia lub przeskoczenia osuwałam się na dno. Jakaś taka mało przyczepna jestem widocznie.
Mimo, że D. marudził coś o za krótkim czasie, spokojnie wyrobiliśmy się w limicie bez biegania, zebraliśmy wszystko co było do zebrania i nawet nie zapomnieliśmy o zadaniu. Jednym słowem - pełen sukces:-)
Drugi etap był równie prosty, z tą różnicą, że mapę można było pociąć, ale już poskładać bez pójścia w konkretne miejsce się nie dało. No to nie cięliśmy, chociaż bardzo lubimy. Obowiązkowa kolejność potwierdzeń wymagała od nas lekkiej czujności, chociaż trasa i tak sama układała się w wymagany ciąg. Już na PK 2 zobaczyliśmy z daleka T., a od PK 3 szliśmy razem. Mniej więcej razem, bo chwilami staraliśmy się roztramwaić. Udało się nam to na PK 9, który przy chwilowej dekoncentracji wzięliśmy za PK 8. T. oczywiście poszedł tam gdzie trzeba. Już w momencie wpisywania kodu D. zorientował się, że to nie tak, ale przepadło - musieliśmy zrobić przebitkę. Jedno jedyne 10 punktów karnych jakie zebraliśmy na tym etapie zepchnęło nas na piąte miejsce. A miało być tak pięknie - zwycięstwo, kwiaty, wiwaty ...
Okna Pałacu Morgi liczyliśmy kilkakrotnie, bo gdzie trzy osoby, tam pięć wyników. Wyciągnęliśmy średnią z wyników i okazało się, że satysfakcjonuje ona twórcę trasy. Punktów karnych za zadanie nie było.
Na mecie okazało się, że na powrót do bazy musimy czekać ponad godzinę, bo autokar powietrza wozić nie będzie, a większość uczestników jest jeszcze w lesie. Snuliśmy się więc po okolicy i dopiero szefowa naszego klubu zorganizowała nam czas. Sms od niej postawił nas na baczność. Dostaliśmy komendę zrobienia zdjęć obiektów z trasy TRInO "Morgi - W drodze do dworku myśliwskiego". Natychmiast odpisaliśmy:
- Prezes każe, zarząd idzie!
I wróciliśmy pod pałac/dworek, gdzie dopiero co liczyliśmy okna. Ponad kilometr w jedną stronę! Ale czego się nie robi dla "łubu dubu, łubu dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu" ...
Po obiedzie miała być w ramach rozrywki InOmrówka, ale organizatorzy nie wyrabiali na zakrętach i odpuścili ten punkt programu. Wcale im nie miałam tego za złe, bo ja też przestałam wyrabiać i padłam na pysk. O dziwo, nic mi nie przeszkadzało - hałas, światło, twarda podłoga. Zasnęłam i nawet coś zdążyło mi się przyśnić zanim T. zaczął poganiać, że już pora na etap nocny.
c. d. n.

Mimo, że D. marudził coś o za krótkim czasie, spokojnie wyrobiliśmy się w limicie bez biegania, zebraliśmy wszystko co było do zebrania i nawet nie zapomnieliśmy o zadaniu. Jednym słowem - pełen sukces:-)
Drugi etap był równie prosty, z tą różnicą, że mapę można było pociąć, ale już poskładać bez pójścia w konkretne miejsce się nie dało. No to nie cięliśmy, chociaż bardzo lubimy. Obowiązkowa kolejność potwierdzeń wymagała od nas lekkiej czujności, chociaż trasa i tak sama układała się w wymagany ciąg. Już na PK 2 zobaczyliśmy z daleka T., a od PK 3 szliśmy razem. Mniej więcej razem, bo chwilami staraliśmy się roztramwaić. Udało się nam to na PK 9, który przy chwilowej dekoncentracji wzięliśmy za PK 8. T. oczywiście poszedł tam gdzie trzeba. Już w momencie wpisywania kodu D. zorientował się, że to nie tak, ale przepadło - musieliśmy zrobić przebitkę. Jedno jedyne 10 punktów karnych jakie zebraliśmy na tym etapie zepchnęło nas na piąte miejsce. A miało być tak pięknie - zwycięstwo, kwiaty, wiwaty ...
Okna Pałacu Morgi liczyliśmy kilkakrotnie, bo gdzie trzy osoby, tam pięć wyników. Wyciągnęliśmy średnią z wyników i okazało się, że satysfakcjonuje ona twórcę trasy. Punktów karnych za zadanie nie było.
Na mecie okazało się, że na powrót do bazy musimy czekać ponad godzinę, bo autokar powietrza wozić nie będzie, a większość uczestników jest jeszcze w lesie. Snuliśmy się więc po okolicy i dopiero szefowa naszego klubu zorganizowała nam czas. Sms od niej postawił nas na baczność. Dostaliśmy komendę zrobienia zdjęć obiektów z trasy TRInO "Morgi - W drodze do dworku myśliwskiego". Natychmiast odpisaliśmy:
- Prezes każe, zarząd idzie!
I wróciliśmy pod pałac/dworek, gdzie dopiero co liczyliśmy okna. Ponad kilometr w jedną stronę! Ale czego się nie robi dla "łubu dubu, łubu dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu" ...
Po obiedzie miała być w ramach rozrywki InOmrówka, ale organizatorzy nie wyrabiali na zakrętach i odpuścili ten punkt programu. Wcale im nie miałam tego za złe, bo ja też przestałam wyrabiać i padłam na pysk. O dziwo, nic mi nie przeszkadzało - hałas, światło, twarda podłoga. Zasnęłam i nawet coś zdążyło mi się przyśnić zanim T. zaczął poganiać, że już pora na etap nocny.
c. d. n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)