Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kusaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kusaki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 lutego 2020

I gdzie ta wódka??? Czyli Kusaki #2

Kusaki, jak mówi Wikipedia, to coś co znamy pod nazwą Ostatki. Owa Wikipedia opisuje różne ciekawe zwyczaje, ot choćby dni po misynciach, kiedy pije się wódkę, by przepłukać zęby z resztek jedzenia… Ciekawe kiedy tego doczekamy się na naszych Kusakach. Na razie doczekaliśmy się deszczu. No dobra, wodą także daje się przepłukać uzębienie, ale deszczem to wcale tak łatwo nie idzie!

My startujemy, a inni chyba już wracają z trasy

Dostaliśmy mapy produkcji Barbary. Mapa dziwnym trafem przypominała chrumkającego Hipsosmoczka – jakiś tam schemacik i masę wycinków do dopasowania. Pewno byłoby to fajne gdyby nie opady. My na start dotarliśmy jako jedni z ostatnich – możliwe, że Ci co wcześniej wyruszyli, więcej chodzili na sucho. Poszliśmy najpierw w prawo. Problem zaczął się przy dopasowaniu pierwszego wycinka. Nic nie pasowało! W okolicy kręcili się inni i wyraźnie było widać, że także nie mają pomysłu co z tym zrobić. Nagle z ciemności wynurzył się Mariusz S., który będąc na TP miał inną – pełniejsza mapę i niepytany zaczął nam wskazywać, że „tam jest punkt” dźgając palcem w swoją mapę. Przyjrzeliśmy się swoim wydrukom i doszliśmy, że do kolejnej gwiazdki daje się dopasować to, co Mariusz pokazywał. Poszliśmy więc dalej. I zaczęło coś pasować. Innym widać także, bo do lampionu utworzyła się kolejka jak za dawnych lat;-)

Kolejka społeczna do lampionu

Po chwili udało się dopasować gwiazdkę, którą pominęliśmy! Dobra nasza, choć tempo dopasowywania wskazywało, że na trasie spędzimy czas do zamknięcia mety- warto by się nie spóźnić, bo organizator da dyla i zbierze nam lampiony.

Deszcz pada coraz bardziej. Mapa zaczyna rozmiękać. Miałem zachomikowaną jedną koszulkę strunową, ale tylko jedną – poszła dla Renaty – jakby moja mapa się rozpuściła…

Mapa rozpuszczona;-)

Idziemy na kolejne gwiazdki. Chwilami jakby łatwiej dopasować. Kolejny długi przebieg na PK B – kopiec znany z jakiś poprzednich zawodów w tych okolicach. Kopiec zdobywamy w stylu alpejskim bez obozów pośrednich.

PK B zdobyty  stylu alpejskim
Na mapie już ciężko odznaczyć co zaliczyliśmy, bo zaczyna płynąć. Kolejna gwiazdka. Po dłuższym zastanowieniu pasuje wycinek z PK V. Tyle, że wycinek jest „mało czytelny”, a w miejscu gdzie powinien być lampion, lampionu brak. Krążymy i krążymy, aż wreszcie zdegustowani idziemy dalej w kierunku Balatonu. Mając jako element orientacyjny Kanał Gocławski, idziemy dalej w kierunku zachodnim. Znowu mamy problemy z dopasowaniem, pomijamy gwiazdkę, ale ze 200 m dalej olśnienie – przeszliśmy PK W! Wracam – z lampionu została tylko koszulka i kredka. Nie ma to jak wpisać BPK właściwa kredką;-) Przy zakręcie kanałku dopasowaliśmy kolejny wycinek, ale szukanie drugiego PK z wycinka coś się nie udaje. Czas się kończy i do zamknięcia mety także już coraz bliżej. Do najdalszej gwiazdki nie dojdziemy – za daleko, ale i tak wycinków jest nadmiar. Dochodzimy do budynku mojej starej pracki przy ul. Umińskiego i zaczynamy odwrót. Wracamy po północnej stronie kanałku. Łatwo dopasowujemy kolejną gwiazdkę. Tuż obok powinna być kolejna, ale jakoś marnie idzie dopasowanie. Odpuszczamy i idziemy do kanału i nagle eureka –mamy ten brakujący wycinek. Brakuje nam czasu, a Renata odmawia przyspieszenia, tylko rozgląda się za jakąś niebieską budką. Puszczam Renatę samotnie na metę, a sam lecę jeszcze zaliczyć PK z mapy topo. Miałem w planie zaliczyć jeszcze dwa brakujące PK, ale ryzykując, że na mecie nie znajdę już nikogo, nie szukam ich (a nie rzucają się w oczy). Biegiem docieram na ostatnią chwilę (oj tam, pewnie organizator poczekał by jeszcze z 10 minut, ale…). Zmoknięci i zniesmaczenie padającym deszczem żegnamy się i lecimy do suchego i ciepłego autka.

Kusak ma oko na szyi i kurzą łapkę z przodu

wtorek, 25 lutego 2020

Kusaki (1)

Tłusty Czwartek tradycyjnie zakończyliśmy Kusakami. I tradycyjnie odbyły się one po naszej stronie Wisły, czyli mieliśmy blisko. I jeszcze po znanym terenie. Na mapie spodziewaliśmy się pączków - na przykład osobno pączek i osobno lukier (zlustrowany oczywiście), albo pączek i rozsypany cukier puder, który trzeba dopasować. A tymczasem na mapie były... fajki. Niby w tytule coś tam napomknięto o pączusiach, ale jednak poczułam się rozczarowana.
Mapa najpierw mnie przeraziła ilością elementów, ale szybko odkryłam, że schemat składa się z identycznego terenu w prawej i lewej jego części i tylko wycinki pochodzą z map różnego typu. Zupełnie nie mogłam pojąć dlaczego Tomek tak mamrocze o jakiejś trudności zamiast iść, może miał na myśli te dodatki nie będące fajkami?
Zebraliśmy G, A i przy B=O spotkaliśmy Leśne Dziady. Już mieliśmy odchodzić od punktu, ale zauważyłam, że to punkt poczwórny - jeszcze  H i M  z kolejnych wycinków łapało się na ten sam lampion. Leśni wciąż kombinowali w jaki sposób składa się schemat, ale od razu kupili moją interpretację. Tomek twardo nie przyjmował do wiadomości. Ruszyliśmy na F i Q,  tyle tylko, że Tomek w przeciwnym kierunku.
- Matko jedyna! Chłop mi się zepsuł! - pomyślałam. I co teraz?
Szłam za nim, usiłując przekonać go do zmiany kierunku. Uffff... Udało się, ale w międzyczasie obeszliśmy całe skrzyżowanie dookoła zanim osiągnęliśmy konsensus.

 PK F

W końcu coś mu się odblokowało, załapał sposób składania, ale ja już do końca trasy nie potrafiłam zaufać i jak rzadko kiedy cały czas pilnowałam  gdzie mamy iść. O ile Tomek miał problem z zaakceptowaniem składanki schematu, to przynajmniej wiedział gdzie w terenie znajdują się punkty z dodatkowych wycinków i mogliśmy je wplatać na bieżąco w trasę. Przy Parku Znicza, przy tablicy z PK T i K spotkaliśmy sporą grupę konkurencji i następny kawałek trasy pokonaliśmy razem.

PK T i PK K

Przy PK U zorientowaliśmy się, że  PK S  znajduje się na skrzyżowaniu przy parku, gdzie dopiero co przechodziliśmy i niestety musieliśmy się wrócić. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo i tak  nigdzie nie znaleźliśmy lampionu, mimo że w kilka osób  przeszukaliśmy każdy metr terenu. Nie pozostało nic innego jak wpisać do karty BPK. KP N/R znowu szukaliśmy w towarzystwie "naszych".

PK N/R (albo J - nie pamiętam)

Punkt D przeszliśmy, bo na moment spuściłam mapę z oczu, a Tomek jeszcze nie w 100% się zresetował. Na szczęście szybko się zorientowałam i wróciliśmy.
PK J mieliśmy złapać w locie i  wracać na drugą stronę Ostrobramskiej, ale okazało się, że lampion stoi tak jakby za daleko od bloku i znowu trzeba było podjąć decyzję co wpisujemy. Po konsultacjach społecznych postanowiliśmy postawić na BPK-a.
 PK Y wszedł gładko, a C/E przegapiliśmy, bo wydawało nam się, że będzie ciut dalej. Pobiegaliśmy więc wzdłuż budynku Radwara, aż wypatrzyliśmy pomnik i mogliśmy sprawdzić co postać trzyma w której ręce. Potem po raz drugi zawędrowaliśmy pod kapliczkę żeby wpisać PK X, bo za pierwszym podejściem go nie wypatrzyliśmy na mapie. Został nam jeszcze tylko jeden punkt do zebrania żeby mieć komplet i akurat mieliśmy taki blisko mety. Potem tylko oddać kartę startową i już można było wbić zęby w pączusia. Z Tomkiem najwyraźniej nadal coś było nie w porządku bo odmówił pączusia! Trzymajcie kciuki, żeby do następnych zawodów mu się polepszyło!

Metaa!!!

sobota, 9 marca 2019

Ostatki z mapą

Tradycyjnie w ostatni dzień karnawału zamiast bal (czy chociażby domówkę) wybraliśmy włóczenie się z mapą po ciemnych zaułkach  Pragi, czyli zaliczyliśmy drugą część Kusaków. Znowu startowaliśmy znad Jeziora Gocławskiego, ale ja doszłam na start oświetloną alejką, a Tomek znalazł rozsądniejsze miejsce parkingowe, czyli oboje nie popełniliśmy błędów z poprzedniego razu. Na starcie byliśmy pierwsi i musieliśmy czekać na organizatorów.
Znowu dostaliśmy jakieś zbereźne mapy z rozbieraniem i po kartce plątały nam się staniki, muszki i skarpetki. Gdzie reszta odzieży - wolę nie dociekać.
Z dwunastu wycinków część była zlustrowana, część obrócona, część kompletnie ciemna i nieczytelna, czyli nie zapowiadało się łatwo. Ja nawet nie próbowałam ogarniać mapy, tylko od razu założyłam, że idę za Tomkiem i mam wszystko gdzieś. Ponieważ zarządził obejście jeziorka dookoła - nie protestowałam. Kazał szukać PK P - szukałam i nawet wskazałam mniej więcej miejsce, ale że ślepoty z nas, to stojąc przy drzewie z lampionem, nie zauważyliśmy go. Wobec braku sukcesu nad wodą, postanowiliśmy pójść wzdłuż Alei Stanów Zjednoczonych, zakładając, że coś tam musi być. Po drodze jeszcze Tomka natchnęło, że minęliśmy PK M, ale niedużo, więc wróciliśmy po niego.
Dotarliśmy do bloków ułożonych w trzy identyczne schematy, które nawet pamiętałam z oglądu mapy okolic, którego zapobiegawczo dokonałam przed wyjściem z domu. Między tymi blokami spędziliśmy pięćdziesiąt minut usiłując znaleźć cztery punkty. Jak znaleźliśmy jeden, to inne do niego nie pasowały położeniem, jak inny, to część pasowała, a część nie. W końcu połapaliśmy się, że na początku zgarnęliśmy stowarzysze i to od nich namierzaliśmy się dalej. Ostatecznie udało się wszystko naprostować, ale ile się ułaziliśmy, to nasze. Ja to nawet w tych emocjach zapomniałam, że miałam mieć wszystko gdzieś i aktywnie szukałam i kombinowałam. Na koniec zgarnęliśmy jeszcze punkt przed kładką i w końcu mogliśmy przejść na drugą stronę A.S.Z.
Po drugiej stronie niestety nie było łatwiej. Znowu nabraliśmy się na podobny układ budynków, wzięliśmy stowarzysza i namierzając się od niego bezskutecznie szukaliśmy kolejnych punktów. Ogarnięcie sytuacji, zrobienie przebitki i odnalezienie wszystkich punktów w okolicy zajęło nam prawie czterdzieści minut. Przy tym tempie nie zanosiło się, że zdążymy dotrzeć do mety przed świtem, a organizatorzy straszyli zwinięciem się o 21:20. Na szczęście potem poszło już łatwiej, a kolejną przebitkę zrobiliśmy bez wracania się i szukania, bo po prostu nad kanałkiem wzięliśmy lampion z drzewa za wcześnie. Po powrocie nad jeziorko udało się znaleźć przeoczony wcześniej punkt P i nieoptymalnie pójść na X. W międzyczasie Tomek mierzył jakieś odległości, ale nie wnikałam, bo zadania to ja z natury bojkotuję. Dotarliśmy w pobliże mety i wciąż brakowało nam dwóch punktów do wymaganych dwudziestu. Ja miałam już dość i trochę, więc złożyłam broń i zostałam na mecie, Tomek poleciał po brakujące U i B. No, po U to tam dużo się nie nabiegał, ale B było na końcu jeziora.
Spędziliśmy rekordową ilość czasu na trasie zaliczając wszystkie minuty lekkie i dodatkowo trzydzieści dwie ciężkie. Nikt tyle nie miał! A i tak nie zajęliśmy ostatniego miejsca. bo byliśmy bez bpk-ów i bez stowarzyszy.

Nieźle zaplątana trasa.

niedziela, 3 marca 2019

Barchankowe zapuski

No to ile pączków zjedliście w Tłusty Czwartek? Ja sześć (dwa duże i cztery małe), a potem pojechałam na Kusaki. Bo wiecie - tam też miały być pączki:-) Tyle, że najpierw trzeba było na nie zasłużyć. Już samo dotarcie na start okazało się dla mnie karkołomnym zadaniem, bo wiedząc, że Tomek ma dla mnie czołówkę, nie wzięłam ze sobą żadnego źródła światła. Od autobusu na miejsce zbiórki musiałam przejść brzegiem Jeziora Gocławskiego w całkowitych ciemnościach. Bałam się głównie tego, że potknę się na czymś wystającym i wpadnę do wody, a temperatura zdecydowanie nie zachęcała do kąpieli.
Na starcie dowiedziałam się, że Tomek już kilka razy przejechał obok i najwyraźniej od pół godziny szuka miejsca gdzie mógłby zaparkować. Po kolejnej pół godzinie wreszcie się zjawił. Podejrzewałam, że od miejsca postoju musiał przyjechać kilka przystanków autobusem i jeszcze dojść pieszo, ale uspokoił, że całą trasę da się pokonać pieszo. Noo, da się - ja to nawet już 70 km daję rade:-)
W końcu wystartowaliśmy. Na naszej mapie były same gacie - damskie i męskie. I jeszcze tak rozpustnie skonfigurowane. Autorowi najwyraźniej zapusty pomyliły się z rozpustą! :-)
Gacie damskie układały się według jednego schematu, a męskie według drugiego. Oba schematy w jakiś tam sposób nakładały się na siebie. Gacie męskie pokrywające się ze startowymi damskimi znaleźliśmy od razu, więc łatwo zgarnęliśmy PK 20, 8 i 21. Czujnie zauważyłam, że 21 pokrywa się z 17, a stamtąd polecieliśmy na PK 16. W tym miejscu, z braku innej koncepcji, wróciliśmy wzdłuż jeziora do kanałku, bo w jego okolicy miały być PK 1 i 2. W porę zauważyliśmy, kolejny punkt podwójny: 1 i 13, a że każdy był na innym wycinku, dawało nam to spore pole manewru. Wzięliśmy kolejno 14, 15 i 2, które było też dziesiątką. Na dziesiątce spotkaliśmy Leśne Dziady i mijaliśmy się z nimi aż do dwunastki. Na dwunastce skończyły nam się koncepcje na dalszą trasę. Tomek wykoncypował, że gdzieś na północ powinny być PK 18 i 19. Piotrek, którego spotkaliśmy, uświadomił nas, że 18 i 19 są bliżej mety, ale postanowiliśmy sami się o tym przekonać. Faktycznie - zamiast tych dwóch znaleźliśmy trójkę i czwórkę. Też dobrze. Ja w tym momencie już straciłam wątek i szłam za Tomkiem licząc na to, że wie co robi. Moja wiara w niego upadła na ulicy Franciszka Żymirskiego, gdzie z zapałem godnym lepszej sprawy szukaliśmy PK 19. Kompletnie nie wiedziałam gdzie jesteśmy, ale byłam stuprocentowo pewna, że nie tam gdzie twierdził Tomek, że jesteśmy. Po długich minutach argumentacji popartej niezbitymi dowodami w postaci okolicznych zabudowań, udało mi się przekonać go, że szukamy w złym miejscu. Oczywiście nie znaczyło to, że wiedziałam gdzie szukać. Tak miotając się po okolicy w końcu Tomek wypatrzył właściwe miejsce, żłobek i budę, na której mieliśmy znaleźć odpowiedź na pytanie: A jaka micha? Budę oblecieliśmy kilkakrotnie dookoła, ale żadnej informacji o misce nie znaleźliśmy. Już mieliśmy się poddać kiedy Tomek nadepnął na sponiewierany, leżący na ziemi banner z odpowiedzią na nasze pytanie. Mając dziewiętnastkę, do osiemnastki trafiliśmy bez problemów, a Tomek dopatrzył się, że przy przedszkolu jest też wycinek z punktami 5, 6, 7. Szóstkę z założenia odpuściliśmy, bo na mapie był jeden punkt nadmiarowy, a w drodze na metę zgarnęliśmy jeszcze dziewiątkę. Tomek wyliczył jeszcze odległość i azymut z zadania, a tak dla fantazji azymut wymierzył do góry nogami:-) Mi się nie chciało mierzyć, więc nie mogłam zweryfikować poprawności. Ale co tam... Grunt, że na metę trafiliśmy. Bo wiecie - na mecie pączki, pączusie, pączeczki. Tomek to chciał wziąć jednego na spółkę, ale taka głupia to ja już nie jestem - żeby pączka odpuścić???? Fakt, po kolejnym tego dnia pączku trochę mnie zemdliło, ale przeciez musi mi ich wystarczyc na rok - do kolejnego Tłustego Czwartku.

Takie gacie!

piątek, 16 lutego 2018

Kusaki z Bepekiem

Na drugą część Kusaków pojechałam z zupełnie pustą głową. Obejrzałam mapę i... nic. Całkowity brak pomysłu co z nią zrobić. Po dłuuugim wpatrywaniu się w końcu udało mi się połączyć dwa wycinki i na tym koniec. Tomek połączył ze sobą dwa kolejne, a reszta nijak nie chciała nam się poskładać. Po ilości PK do zebrania od razu pomyśleliśmy, że muszą być punkty podwójne, a kto wie, czy i nie potrójne, ale jakoś nie potrafiliśmy wytypować, które to będą. Postanowiliśmy więc zacząć od tego co blisko startu, z nadzieją, że potem coś wymyślimy. Z PK D poszliśmy na wycinek, który na starcie udało mi się połączyć, a potem z powrotem na D, bo Tomek wypatrzył, że jednak był on podwójny. Z którym? - nawet nie pamiętam. Potem przestałam ogarniać jeszcze bardziej niż na starcie i poza kilkoma krótkimi przebłyskami inteligencji, całkowicie zdałam się na Tomka. Ogólnie to biegaliśmy tam i z powrotem, bo co chwilę okazywało się, że jakiś punkt jest wielokrotny, a lidarów nie udało nam się w ogóle rozpracować. To znaczy Tomek cały czas twierdził, że wie gdzie co jest, ale jakoś wyniki etapu przeczą temu - wszystkie trzy stowarzysze mieliśmy właśnie z lidarowych wycinków. Tradycyjnie polegliśmy na zadaniach, chociaż nie tak całkiem bo częściowo mieliśmy dobrze. A już na pewno drugie zadanie drugie, bo nie dostaliśmy punktów karnych, co dowodzi wyższości wina białego nad winem czerwonym:-)
Ogólnie to nałaziliśmy się strasznie, bo chodząc na czuja to tak wychodzi i jeszcze zarobiliśmy 29 lekkich minut. I wcale nie byliśmy rekordzistami, bo parę osób wpadło nawet w ciężkie. Tyle, że oni w końcu wyczesali właściwe punkty i nie mieli stowarzyszy.

Na mecie spodziewałam się znowu pączków i srodze się zawiodłam. Co prawda na pączki nawet nie powinnam patrzyć, a co dopiero jeść, ale i tak uważam, że pączusie są fajne. Chapnęłam więc kawałek ciasto na wzmocnienie, bo przecież zapisaliśmy się jeszcze na bepeka i wypadało pobiec. Nie żeby mi się jeszcze chciało po tym łażeniu biegać, ale wiedziałam, że Tomek nie odpuści,  a marznąć w oczekiwaniu na jego powrót nie chciało mi się jeszcze bardziej niż biegać.
Mapa przewidywała dystans ok. 5 kilometrów, co z uwagi na późną godzinę i przebyte wcześniej kilometry wywołało mój spontaniczny wewnętrzny sprzeciw. Rzuciłam hasło, że może pobiegniemy na kilka punktów, Tomek przytaknął i ... pobiegliśmy na całość. To była taka miła odmiana po Kusakach, bo wreszcie od pierwszego spojrzenia na mapę wiadomo było gdzie biec i nic nie trzeba było kombinować. Dwie rzeczy tylko sprawiały mi trudność - czytanie mapy w biegu (w marszu już mi trochę wychodzi) i zapamiętanie, na których punktach już byliśmy żeby nie lecieć dwa razy w to samo miejsce. Jak jest kolejność obowiązkowa, to jakoś łatwiej, przy screlaufie mam zawsze z tym problem. Na końcówce zaczęłam już wymiękać i wyraźnie zwolniłam, za to Tomek na dobiegu do mety zaczął ścigać się z Mariuszem. Ja tam sobie spokojnie doczłapałam w swoim tempie.
A mieliśmy od środy oszczędzać się na Skorpiona i nie przetrenowywać się.

sobota, 10 lutego 2018

Tłusta kocia miauka

Tłusty czwartek – wiadomo, że wtedy pączki wychodzą boczkami. Dokładnie boczkami, skokowo zwiększając wagę człowieka i skutecznie niwelując efekty katuszy takich jak drakońska dieta czy wyciskanie siódmych potów na siłowni. Aby zachować ostatki przyzwoitości zostaje iść na Kusaki.
Kusaki jak to kusaki – mapy tworzone w stanie przesycenia „tłustymi” potrawami zwykle przyprawiają o kolorowy zawrót głowy. Tym razem autor jak zwykle się postarał i zaserwował nam „Czarnyj kat Kus czyli na kocią miaukę” - cokolwiek to znaczy. Niby nic skomplikowanego, brak luster i schemat, ale na tyle  niepełna treść, że jednak łatwo nie było. Jak wiadomo, w takich przypadkach najtrudniej jest przebrnąć przez opis, napisany językiem dziwnie niezrozumiałym, choć niby po polsku.
Na starcie udało nam się coś tam dopasować, ale aby użyć schematu przyszło nam do głowy w połowie drogi do pierwszego PK. Udało się wpaść na PK 9 i oczywiście zapomnieliśmy o zadaniu związanym z tym PK.  Potem poszliśmy szukać PK 10 (oczywiście naokoło parkingu). No cóż, mapa tu była dosyć abstrakcyjna i przypadkiem wpadłem na lampion ukryty w koszu na śmieci;-)
Potem nastała chwila miotania się. Próbowaliśmy dopasować PK 8, ale nie było drzewa. Udało się wpaść, że jesteśmy na kawałku PK 6 i PK 5, potem znaleźliśmy szkołę z PK 17 (podwójnego).
Tu dopadła nas Ewa i dalej poszliśmy razem w kierunku PK 22/4. Nie wiem jak ona to robi, ale chodzi tempem w jakim ja biegam!
Dotrzymywaliśmy jej kroku do ulicy Kinowej, ale dalej znikła nam z radaru.  Nie powiem abyśmy szli optymalnie, ale dobiliśmy do wymaganej liczby PK. Zostały jeszcze zadania. Trzeba było wrócić się na PK 9 i szukać „Stacji” na azymucie 328. Azymut jak nic wyprowadzał nas w okolice PK 10. Znowu obeszliśmy parking i zastanawialiśmy się, czy szukać stacji na placu zabaw, czy na domu. Bo wiadomo - stacje mogą być różne. Jakaś lokomotywa na placu zabaw miałaby sens. Także jakaś stacja transformatorowa czy uzdatniania wody ukryta w okolicznej górce. Niestety, nic takiego nie było. Na azymucie wreszcie znalazłem jakąś skrzynkę telekomunikacyjną z liczbami. Znając zawód autora mapy skrzynka mi się spodobała, bo można ją potraktować jako stację przekaźnikową/telekomunikacyjną, tym bardziej, że miała ona jakieś numerki do spisania. Został nam powrót na metę i ostatnie zadanie. Akurat PK 10 spełniał warunki zadania, więc pracowicie liczyłem kroki na metę. Wiadomo, nie szliśmy po linii prostej, więc trzeba było wynik odpowiednio oszacować. Tu nastąpiła rozbieżność zdań, więc na karcie pojawiły się dwie wersje odpowiedzi z podaniem ich autorów;-) I jeszcze azymut. Szkoda, że nie doczytałem, że chodziło o azymut ze startu na PK, a nie odwrotnie – czyli jak zwykle przy azymutach dałem d…. Ciekawe czy mi kiedyś wreszcie wyjdzie jakiś azymut bezbłędnie!
Aha, na mecie jeszcze szybki pączek, bo jednak chodząc nieoptymalnie troszkę nadreptaliśmy i  do domu.

środa, 10 lutego 2016

Kusaków ciąg dalszy

W drugiej odsłonie Kusaków najciekawszy był poczęstunek po etapie.  Bo sam etap, zwłaszcza na trasie TP, był łatwy i krótki i w zasadzie o wyniku decydowały zadania - odległość i azymut. Na azymut po raz drugi nie daliśmy się nabrać i najpierw długo szukaliśmy północy, a dopiero potem mierzyli kąty. W sumie to D. szukał tej północy gdzieś po krzakach (jak zeznał T. natykając się na niego), a ja na ławce w parku mierzyłam odległości i przeliczałam skalę. Potem D. dla pewności zmierzył i przeliczył. Oczywiście każdemu z nas wyszło co innego, bo się dwie ślepoty wzięły za mierzenie i oczywiście dobry wynik był gdzie po środku. A mogliśmy wyciągnąć średnią....
A na mecie czekały na nas krakersy w dwóch odsłonach - z pastą jajeczną i guacamole - produkcji A. K.
Mam wniosek racjonalizatorski: na mecie najpierw jakaś drobna przekąska wytrawna, a potem ciasto. To zdecydowanie wpłynęłoby na frekwencję. Nie wiem tylko, czy nie za bardzo...

piątek, 5 lutego 2016

Strzelam focha.

W tłusty czwartek pączek się należy każdemu jak psu kość, więc Kusaki były obowiązkowe. Co nie znaczy, że wskazane, zwłaszcza w okolicach talii (jak ktoś jeszcze ma).
Organizatorzy niestety nie zadbali o mnie i nie zrobili kategorii TU. Ponieważ bojkotuję TZ, nie pozostało mi nic innego jak iść na trasę dla początkujących. D. M. wyszedł z tego samego założenia, więc znów mogliśmy stworzyć zespół.
Dwie żyrafy i belka od razu nam się złożyły w kompletną mapę (chociaż belka początkowo na odwrót) i ruszyliśmy. Szło dobrze aż do Wisły. Przy PK C mieliśmy wątpliwości czy bierzemy dobry, bo stał tak na widoku, łatwo dostępny, a w pobliskich krzalach buszowały jakieś światełka. Ponieważ po ciemku i tak trudno było ustalić położenie wszystkich bajor względem siebie, stwierdziliśmy, że w krzaki nie idziemy i bierzemy co jest, bez względu na wzgląd. Ale najwięcej kłopotów sprawił nam PK E. Już zbliżając się do niego usłyszeliśmy ostrzeżenia od innych uczestników, żeby uważać na stowarzysze. No to zaczęliśmy uważać. Uważaliśmy trochę w prawo, trochę w lewo, trochę w głąb, trochę z kraja. I nic nie pasowało. Wyleźliśmy z powrotem na alejkę i postanowili po pierwsze ustalić skalę mapy, po drugie namierzyć się od budynku.  Po tych wszystkich czynnościach znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli tam gdzie zaczynaliśmy szukać. Ponieważ nic się w terenie nie zgadzało, wzięliśmy to co było najbliżej miejsca wychodzącego z obliczeń i jak się potem okazało - całkiem słusznie. Natomiast do teraz pozostaje dla mnie tajemnicą idea przyświecająca budowniczce trasy, żeby tam stawiać punkt.  Ale może to miała być taka dodatkowa atrakcja. 
Kolejny punkt - M - na mapie był blisko, ale dostać się do niego nie było łatwo. Gdzie byśmy się nie ruszyli, wszędzie natrafialiśmy na ogrodzenie i kłódki zawieszone na bramkach i bramach. Ile myśmy się tam nachodzili! Widzieliśmy też człowieka, który poszedł prosto na ogrodzenie, a potem pojawił się od drugiej strony. Górą przelazł? Podkop zrobił? Myśmy coś przegapili?
W końcu udało się pozbierać wszystkie punkty i zostały nam tylko zadania. Jeśli nie pączek, to wiadomo co, ale azymut trzeba było solidnie wyznaczyć. Przy żyrafie każde z nas przycupnęło przy osobnym stoliku i robiło własne obliczenia, żeby je potem porównać. Ja oczywiście pomyliłam punkty i namierzałam się nie na ten co trzeba, bo B i P są takie podobne. Może mam opóźnioną dyslekcję? W końcu wyliczyłam na ten punkt, co trzeba, wyszło mi to samo co D. i szczęśliwi ruszyliśmy do mety, ciesząc się, że wyrobiliśmy się przed czasem. A na mecie? Bulwers totalny! Po pierwsze wcale nie zmieściliśmy się w czasie, bo D. myślał, że mamy 120 minut, a ja nie myślałam w ogóle, bo skoro on pilnował czasu, to ja już nie. Po drugie azymut miał być zupełnie, ale to zupełnie inny niż nam wyszedł.
- Ale jak to? - dopytywałam samą siebie i po powrocie do domu od razu wzięłam się za mierzenie. Dla pewności że punkty dobrze poukładałam względem siebie popatrzyłam  na mapę googlowską i okazało się! Na mapie północ nie była na północy!!!! Od dwóch lat wszyscy mnie okłamują!!!
- Jak na mapie TP nie jest narysowana północ, to znaczy, że mapa jest zorientowana. - taki właśnie kit wszyscy mi wciskali i w końcu przyjęłam to za pewnik. Oszukali! Oszukali mnie!
W związku z powyższym strzelam focha i aż do soboty nie idę na żadne InO!

piątek, 13 lutego 2015

Kusaki

Cóż, emocjami Kusaki w żaden sposób nie mogły konkurować z Warszawą Nocą, ale wiadomo - tu już rutyna starego chodziarza:-) Co oczywiście nie znaczy, że było lekko i łatwo.
T. znowu namówił mnie na trasę TZ, że niby to nauka i takie tam....
Mapa z lekka odjechana. D. znowu musiał być na prochach. Koniecznie muszę od niego wydębić namiary na tego dilera - niezły towar ma.
Pierwszy punkt (a z nazwy trzynasty) rozgryzłam od ręki - gdzieś w parku. No dobra, zapamiętałam z mapy, którą parę dni wcześniej przeglądałam. Co prawda zupełnie nie w tej części parku, w której się spodziewałam, ale mniejsza z tym.
Kolejny też jeszcze w zasięgu mojej percepcji i następny takoż. Czwórka niby miała być łatwa, ale okazało się, że nie ma przejścia tam gdzie się spodziewaliśmy i po kilku zmianach kierunku zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem i dokąd iść. Na wszelki wypadek szłam za T., co oczywiście było ze wszech miar słuszne. Może niezupełnie najoptymalniejszą droga, ale skutecznie doprowadził do punktu.
Jako, że nadal czułam się zdezorientowana nawigacyjnie, dalsze decyzje zostawiłam w rękach T. Prawdę mówiąc nawet nie bardzo chciało mi się nadużywać szarych komórek. Zbyt cenny towar. Owszem, miałam chwilami przebłyski geniuszu i kilka punktów nie było dla mnie tajemniczych. Wyrywałam się wtedy na prowadzenie, żeby nie było, że się nie dokładam do wspólnej puli:-)
Wciąż intrygowało mnie, skąd T. tak od razu wie gdzie iść.

- Ale skąd wiesz, że jesteśmy właśnie tutaj?

- Bo ten trójkącik na schemacie, to wjazd na Trasę Łazienkowską.

- No, ale z czego to wnioskujesz?????

- A, bo kiedyś często tędy jeździłem.

I to jest konkretne wytłumaczenie!

W sumie przeszliśmy niecałe 300 kalorii. Wobec pochłoniętych już pączków i tego czekającego na mecie, to stanowczo za mało. Nawet przez moment błysnęła mi myśl, żeby drugi raz zaliczyć trasę, ale zrobiło się już trochę późno. Pełna wyrzutów sumienia łyknęłam dwie dawki kalorii i dopchałam faworkami przyniesionymi przez M. S.
Dobrze, że w sobotę kolejne biegi, to może jakoś spalę ten nadmiar.