Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WesolInO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WesolInO. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2026

WesolInO na spokojnie.

Tydzień na regenerację po City Race mi nie wystarczył i w kolejny weekend musiałam wybrać, czy jadę na WesolInO, czy na ZAZU Tour. Wygrało WesolInO, bo bliżej no i mieliśmy opłacony cały cykl. Co prawda po niedawnym gubieniu się na WesolInO tak nie do końca byłam pewna słuszności wyboru, ale zaryzykowałam.
Przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i po drodze widzieliśmy Mateusza biegnącego niczym rącza łania (rączy jeleń?) z lasu na start, po rozwieszaniu lampionów. Jeszcze tylko ogarnął lampiony startowe i mogliśmy ruszyć.
 
Czekamy na sygnał, że już można.
 
I ruszam.
 
Już na starcie miałam dylemat jak biec na jedynkę - na azymut, czy raczej skorzystać z dróg? W wersji na azymut mogłam biec z Tomkiem, bo jego jedynka była na moim azymucie, z kolei drogami jakby wygodniej. W porę przypomniało mi się, że jeszcze regeneruję, więc trzeba wybrać wariant spokojniejszy, a nie gnanie za Tomkiem na złamanie karku. Oczywiście nie wstrzeliłam się w ścieżki dokładnie tak, jak planowałam, ale w sumie moim założeniem było dotrzeć do płotu, a potem się martwić co dalej. Tak, płot był już za jedynką, ale na tyle blisko, że warto było mieć i taki wariant.
 
W drodze na PK 1.

O dziwo, nie musiałam dochodzić do płotu bo wyszłam na jedynkę idealnie. Do piątki szło bardzo dobrze, niemal po kreskach. Do tego lampiony były powieszone w bardzo widokowy sposób i ich kolor już daleka przyciągał wzrok. Po piątce autor trasy chciał nam trochę urozmaicić zabawę i na mapie powycinał teren dookoła szóstki. Mimo, że trochę zniosło mnie w lewo, wyczaiłam punkt.

Szóstka na samotnej "wyspie".

Do siódemki dla odmiany zaczęło mnie ściągać w prawo, nie trafiłam na ścieżkę, którą planowałam wykorzystać i jeszcze spotkałam Tomka, co mnie jakoś tak zdekoncentrowało, że  miałam lekki problem ze znalezieniem lampionu. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że punkt jest na kopczyku, a nie w dołku (jak mówił opis). Ale w sumie nawet jakoś strasznie długo nie szukałam, więc dramatu nie ma.
Pozostałe punkty przeszły ulgowo, choć między siódemką a ósemką zaskoczył mnie fragment nowego ogrodzenia, które musiałam obejść. Do mety dotarłam już bez żadnych przygód, w tempie coraz bardziej spacerowym, ale za to z dobrym samopoczuciem.
 
Meta.

 A tak wygląda cały mój przebieg:
 

piątek, 6 marca 2026

WesolInO z dużą dawką wstydu.

Dwa tygodnie nie biegałam, więc na WesolInO miałam już wielką chrapkę, choć sił mało. Do tego trasy akurat trafiły się dość długie, a głupio mi było zapisywać się na najłatwiejszą. Ale w ostateczności zawsze można jakieś punkty pominąć (choć żal).
Pogoda taka wiosenno-zimowa, bo niby dość ciepło, a na drogach i ścieżkach warstwa lodu, że bez kolców ani rusz. Ja akurat nie mam kolców, więc zostawała mi wersja ani rusz.
 
Przed startem.

Przez ten lód wcale nie tak łatwo było dostać się do lampionu startowego, a na pewno trzeba było to robić bardzo ostrożnie.

Podbijam start.

I ruszam na lodową taflę.
 
Do pierwszego punktu prowadziły ścieżki - oblodzone, bo oblodzone, ale dające stuprocentową pewność trafienia. Bardziej szłam niż biegłam - to po lodzie, to po krzakach skrajem lasu. Najważniejsze, że skutecznie. Do dwójki podobna sytuacja i dopiero od ostatniego skrzyżowania kawałeczek na azymut. To był naprawdę kawałeczek, a mnie i tak potrafiło znieść w prawo tak, że wylądowałam na sąsiedniej ścieżce. Jakoś znalazłam lampion, bo teren, ograniczony trzema ścieżkami, nie był zbyt duży do przeczesania.
Z trójką poniosło mnie już znacznie bardziej. Zaczęłam po kresce, ale im dalej w las, tym bardziej schodziłam z azymutu - tym razem, dla odmiany, w lewo. No bo skoro poprzednio znosiło mnie na prawo, to przecież trzeba korygować. Trzeba, ale nie aż tak...  Kiedy doszłam do ścieżki za punktem, zawróciłam i nawet trafiłam na azymut oraz inną zawodniczkę szukającą tego samego punktu. Nie szukałyśmy razem, bo każda miała inną koncepcję, ale ja miałam mniej szczęścia. Albo umiejętności, bo kiedy pokazała mi mniej więcej gdzie iść, to i tak rozminęłam się z punktem. Niby wiedziałam, że na wschód od rowu, ale totalnie zmyliła mnie wielka karpa. Nie była zaznaczona na mapie, za to w jej miejscu był narysowany symbol dołka. Z punktem. No, nie przyszło mi do głowy, że karpa = dołek i starannie ją omijałam. Zresztą dołek był raczej symboliczny, a wszystkie w pobliżu były znacznie większe, choć nie zaznaczone na mapie. W końcu całkowitym przypadkiem przeszłam na tyle blisko, żeby zauważyć lampion. Ale żeby takie zmyłki robić ludziom na mapie to nieładnie.

Poszukiwania trójki.

Taka już byłam zdenerwowana tą trójką, że na czwórkę też poszłam źle, ale na szczęście szybko się ogarnęłam i dało radę. 
Do piątki postanowiłam iść drogą. Na azymut doszłam do skrzyżowania i ruszyłam na południe. Minęłam pierwsze skrzyżowanie, drugie, potem miały być dwie ścieżki w lewo, dwa kopczyki i tam trzeba było zejść w las. Niby wszystko się zgadzało i jednocześnie nic się nie zgadzało. W sumie w każdym lesie można dopasować coś do mapy i ja usilnie to robiłam, choć byłam w zupełnie innym miejscu. Na ostatnim skrzyżowaniu weszłam nie w tę drogę co trzeba (jakim cudem??!!) i znacząco oddaliłam się od punktu. W końcu już zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem, a głupio mi było pytać innych zawodników, no bo w takim łatwym i obieganym lesie się zgubić... Im głupiej mi się było spytać, tym głupiej łaziłam drogą tam i z powrotem, oczekując naiwnie, że przy powtarzaniu tej samej trasy osiągnę inny rezultat. W końcu osiągnęłam najwyższy stopień desperacji i postanowiłam wracać na metę. Tylko jeden malutki problemik - gdzie jest meta? Uznałam, że idąc na zachód albo natrafię na ogrodzenie, albo na asfalt, a w drugim przypadku to już i do bazy zawodów trafię. Los to bywa jednak przewrotny - nie natrafiłam ani na ogrodzenie, ani na asfalt, tylko na .... poszukiwany punkt. Wyszłam dokładnie na lampion i aż oczy przecierałam nie mogąc uwierzyć w ten cud. Jeśli piątka stoi w tym miejscu, to gdzie ja do licha byłam? - zadawałam sobie pytanie. Wiedziałam tylko jedna - byłam daleko, nieprzyzwoicie daleko od właściwego miejsca.
 
Co ja tutaj robię?
 
Cudowne odnalezienie piątki oczywiście zmieniło moje plany i zamiast na metę pomaszerowałam na szóstkę. Tym razem zrezygnowałam ze ścieżek i wolałam pilnować azymutu. Pomimo znoszenia, na ogół i tak lepiej na tym wychodzę.
Los uznał, że wystarczająco już mnie doświadczył na tych zawodach i łaskawie pozwolił mi na bezproblemowe pokonanie reszty trasy. Chwilami nawet odważyłam się wrócić na ścieżki, bo tak praktycznie to już od dziewiątki do niemal samego końca.
Z mety nie chciało mi się wracać oblodzoną droga, poszłam wiec do asfaltu i wygodnie wróciłam do bazy. A tam dowiedziałam się, że Tomek czeka na mnie na mecie. No trudno - niech czeka. Nie ma opcji żebym szła tam taki kawał drogi.  W końcu poprosiłam Michała żeby wydzwonił Tomka do bazy, ale ten w międzyczasie sprawdził w wynikach, że już się sczytałam i wracał. Trochę głupio było mi się przyznać do tak skandalicznego zabłądzenia, ale wyniki i tak były bezlitosne - mój czas był bardziej niż żałosny. W sumie do tej pory mi wstyd.
 
Zapis wstydu.
 

sobota, 21 lutego 2026

Walentynkowe WesolInO dla niedowidzących

Czy można zrobić mapę do BnO dla osób w kwiecie wieku? Można! Potrafi to Michał;-) Ale… to chyba tylko taki jednorazowy wyskok z powodu Walentynek-)

Miało być bieganie w parze z Renatą (jak na Walentynki przystało), ale Renata załapała katar, kaszel, słowem nie była w żaden sposób zdolna do biegania. Pojechałem sam.

Pod urzędem dzielnicy, wjazdu do bazy pilnowały elektroniczne bramki. Niby wjazd bezpłatny, ale wjazd i wyjazd na parking wymaga niemałych akrobacji wykonywanych kierownicą. Szczerze mówiąc nigdy nie widziałem na tym parkingu kompletu (może poza jakimiś dużymi zawodami) i nie wiem czy takie inwestowanie w szlabany to dobra droga…

Już za szlabanem, prawie gotowy do startu

Wracając do zawodów- dostałem mapę i poszedłem szukać startu… na mecie! Tak duże symbole potrafią człowieka omamić!
Wreszcie znalazłem start, odpikałem się i ruszyłem…. Naokoło – bo po co po śniegu załamującym się pod nogami biegać przez najwyższą w okolicy górkę? Śniegu w lesie sporo. Z wierzchu zmarznięta pokrywa, ale na tyle cienka, że człowiek zapada się powyżej kostek. Czyli bieganie „na kreskę” jest naprawdę ciężkie.

Trochę naokoło do PK 1 (nie w tą ścieżkę wbiegłem, ale skala 1:5000 nie powoduje dużego nadkładania dystansu). Starałem się biegać ścieżkami – to była dobra decyzja.

Pierwszą rozterkę przeżyłem po PK 3. Niby bliżej drogami – i chyba jest jakieś dojście ukryte pod kółkiem. Zaczynałem ruszać już w tą stronę, ale trochę zniechęcił mnie płot niby oddzielający dojście do punktu. Pobiegłem naokoło, ale chwilę na niezdecydowanie straciłem.

Po PK 5 ścieżki się skończyły i trzeba było brodzić w śniegu. Nie powiem, nogi bolały po dłuższych odcinkach brodzenia w śniegu.

Sama trasa bez większych dramatów. Pod koniec trochę dałem ciała i dałem się wyprzedzić w wynikach kilku osobom, bo nie miałem siły biec na kreskę przez las. Ale grunt, że pobiegane;-)


 

piątek, 6 lutego 2026

WesolInO - czyli za zimno, za daleko i za ciężko.

Gdyby nie to, że na poprzednim WesolIno zapisaliśmy się na cały cykl (i oczywiście opłaciliśmy), to chyba żadna siła nie wyciągnęła by mnie do lasu na taki mróz. Poczucie obowiązku i bliska odległość od domu jednak zwyciężyły. W lesie śniegu masa, że nawet nie było gdzie zaparkować, bo drogi nie dość, że wąskie, to jeszcze odśnieżone tylko pośrodku, a z boku usypane zwały śniegu. Dobrze, że przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i gdzieś tam udało się wcisnąć samochód w mniejszą zaspę.
 
Przed biegiem.

Zimno było przeokropnie - tak, że po raz pierwszy nie przemogłam się, żeby zdjąć kurtkę i postanowiłam ruszyć na trasę w pełnym rynsztunku. Zresztą nie byłam jedyna, bo inni też woleli zachować ciepełko.
Jak na takie warunki, to trasę miałam strasznie długą i żałowałam, że nie zapisałam się na A. Ale głupio mi było zapisywać się na jakieś 2 km, zresztą przy zapisach nie przewidywałam takiej pogody.

Start.
 
Wcale nie chciało mi się nigdzie ruszać, ale przemogłam się i wystartowałam. Coś tam do pierwszego punktu było już wydeptane - tyle, żeby trafić bez kombinowania, ale nie tyle, żeby było wygodnie się przemieszczać. Usiłowałam biec, żeby się rozgrzać, ale w zapadającym się śniegu wcale nie było to łatwe. Dwójka była tuż przy jedynce, a za to do trójki prawie na miejsce dawało się dobiec ścieżkami. Gdzieś jeszcze przed trójką zaczęło mi nie być dramatycznie zimno, ale też nie mogę powiedzieć, że zrobiło się ciepło. Widocznie za wolno biegłam:-) 
Do czwórki to tak mi się ciągnęło, że już w połowie odległości zaczęłam szukać lampionu, bo wydawało mi się, że idę już wieki. Co prawda w terenie nic mi się nie zgadzało z miejscem na mapie, gdzie powinien stać punkt, ale poszukać nie zawadzi. Niestety, nic nie znalazłam, więc powędrowałam dalej. Nie dość, że szłam wariantem autorskim, to jeszcze w zasięgu wzroku żywego ducha nie było. Już mnie zaczęła z lekka rozpacz ogarniać, kiedy na horyzoncie pojawiły się żywe duchy, a przy podejściu bliżej jedną z żywin okazał się Tomek i co najważniejsze potwierdził, że punkt jest i czeka na mnie.
Kolejny raz spotkaliśmy się przy piątce. Na piątkę na szczęście spory kawał leciało się drogami i tylko końcówka na azymut. Poszło dobrze.

Hej! Hej!

Spotkanie przy piątce trochę mnie rozkojarzyło, swoje dołożyło zmęczenie i na szóstkę poszłam głupio. To, że nawet na chwilę wyszłam na właściwą drogę niczego nie zmieniło, bo zaraz z niej zeszłam. Myślałam, że jestem dalej i skręciłam na niewłaściwym skrzyżowaniu. A potem było gorzej i gorzej. Nawet fakt, że kierunek drogi był dość abstrakcyjny nie zwrócił mojej uwagi.  Co zresztą nie dziwne, bo od jakiegoś czasu weszłam w tryb przetrwania i  czynności życiowe ograniczyłam do marszu przed siebie (żeby nie zamarznąć), a myślenie wyłączyłam. W końcu dotarło do mnie, że skoro i tak nie ma szans na szóstkę, to należy iść przynajmniej w kierunku mety, czyli na północ. Dobry (albo i nie) los sprawił, że idąc tak w stronę mety natknęłam się na zakręt sieci energetycznej i zorientowałam się, gdzie jestem. Z radości aż postanowiłam wrócić się po szóstkę, co w ogólnym rozrachunku nie miało żadnego sensu.

No nic mi tu nie pasuje...

Co z tego, że znalazłam szóstkę, skoro na siódemkę i tak nie trafiłam, mimo że byłam blisko, bardzo blisko. No dobra, jakoś specjalnie to się nawet nie starałam. Miałam dość, do tego zaczęłam trochę marznąć, a głowa napierniczała mnie ile wlezie, bo przecież musiałam jeszcze odpracować meteopatię. Teraz to już na serio zamierzałam dotrzeć do mety. Jedyne ustępstwo na jakie poszłam, to wzięcie dziesiątki, która stała niemal przy drodze. Po co mi ona była, to sama nie wiem.
W końcu dowlekłam się na metę i nawet ją odbiłam, żeby organizatorzy nie pomyśleli, że zaginęłam w akcji. No, ale wiadomo - nkl to żaden wynik. Najważniejsze jednak, że przeżyłam, choć chwilami nie zanosiło się na to. Niech ta zima już się skończy!!!!

Udało się wrócić.

 
A tak mi to wyszło.

piątek, 23 stycznia 2026

WesolInO, czyli jak się głupio zgubić w znanym terenie.

Skoro rozpoczęło się FalInO, to wiadomo było, że musi być też WesolInO, bo to imprezy sprzężone, przynajmniej tak się o nich myśli.  No i bach - w sobotę pojechaliśmy do Wesołej.
 
Przed startem.

Trasy były przyzwoitej długości - ani za długie, ani za krótkie, więc zapisałam się na B - teoretycznie ok. 4 km. Teren znany, obiegany milion razy, więc w zasadzie bezstresowo, bo nawet jak się człowiek zgubi, to się przecież nie zgubi. 
Baza zawodów była w szkole, ale start przy przedszkolu. Powinni jeszcze w okolicy wybudować jakąś placówkę oświatową, żeby i meta miała swoje miejsce:-)

Start.

Pierwszy punkt od razu na azymut, ale też od razu prowadziła do niego inostrada, mimo że startowaliśmy na początku stawki. Po drodze przegonił mnie Tomek, a ponieważ pierwszy punkt mieliśmy wspólny, to załapałam się na fotkę przy lampionie.

PK 1

Dwójka na górce, jeszcze po śladach, ale już nie tak porządnie wydeptanych, więc trzeba było kontrolować przebieg śladu z kompasem. Znowu zapomniałam o stuptutach i przed punktem zaczęło mi się robić mokro i zimno w butach, a tu jeszcze dziesięć innych punktów do zaliczenia. Do trójki kawałek ścieżkami, a potem wariantem autorskim, bez inostrad na punkt. I kolejna porcja śniegu w butach.
Czwórka, piątka i szóstka na azymut - trochę po śladach, a trochę autorsko, kiedy niespodziewanie ślady ginęły, bo robiący je ludzie nagle się dematerializowali.  No bo przecież nie odfruwali. Przedzieranie się przez dość grubą warstwę śniegu okazało się bardzo męczące i wyraźnie czułam każdą część nogi - od palców po pas, a nawet po szyję. Gdzieś tam po drodze dogoniłam Marysię i tak się później co chwilę spotykałyśmy.
Od szóstki do ósemki wreszcie można było pobiec ścieżkami, więc chociaż nie nabierałam nowego śniegu, tylko topiłam stary. No i kroki łatwiej stawiać kiedy cienka wierzchnia warstwa nie załamuje się przy każdym stąpnięciu.
Dziewiątka była po drugiej stronie wydmy i dotarłam do niej już na rezerwie, w tempie zawstydzającym. Od dziewiątki praktycznie szłyśmy z Marysią razem, choć wciąż udawałyśmy, że rywalizujemy. Im dalej byłyśmy, tym bardziej nie podobał mi się kierunek oraz uczestnicy biegu górskiego, biegnący po ścieżce, której nie powinno być. Maria szła obok i nic nie mówiła, to myślałam, że jednak jest OK. W końcu doświadczona osoba. Tymczasem jej też już coś nie pasowała i chyba myślała podobnie, że skoro idę, to musi być dobrze. W końcu jednak podzieliłyśmy się swoimi obawami, a kiedy zbliżyłyśmy się niemal do skrzyżowania ścieżek już wiedziałyśmy o co chodzi. Byłyśmy nie na tej odnodze wydmy, co trzeba. Kurczę, a tak dobrze się szło... Na mapie górka z punktem wyglądała na najwyższą, a w terenie na odwrót. Taki kawał drogi zrobiłyśmy niepotrzebnie, po to tylko, żeby się wracać:-(

Do dziesiątki naokoło.

Z pozostałymi punktami na szczęście nie miałyśmy problemów i po zgarnięciu jedenastki i dwunastki razem zameldowałyśmy się na mecie.
 
Meta.

No, nie powiem - łatwo nie było, głównie za sprawą śniegu, który wykańczał fizycznie. A jak człowiek zmęczony, to i głupoty robi. Tego etapu nie będę rozliczać wynikiem czasowym, tylko liczbą straconych kalorii, a tu dałam z siebie wszystko.


 Cała trasa.

środa, 27 marca 2024

WesolInO, czyli miało być tak pięknie...

Zakładając, że na ostatnim WesolInO pójdzie mi tak samo dobrze jak na FalInO, wzięłam ze sobą widownię, czyli Tomka. A niech sobie będzie świadkiem mojego triumfu - pomyślałam.
Biegać mieliśmy w tym samym miejscu, gdzie odbywają się biegi górskie, więc teren znany i dobrze już obiegany. Jednym słowem - bułka z masłem.

Start z niewielkiej górki.
 
Ruszyłam na azymut, prawie po kresce, a i tak niewiele brakowało, a nie znalazłabym lampionu. Nie przyuważyłam na mapie, że na końcu żółtego jest maleńki czarny kwadracik i w ogóle nie miałam zamiaru zaglądać do samowoli budowlanej w środku lasu. Na szczęście inny zawodnik pytając o swój punkt, wspomniał o tym w szałasie. Ufff. Upiekło mi się.
Teraz już uważniej patrzyłam na mapę i kolejne trzy punkty weszły bezproblemowo. Z piątki na szóstkę trzymałam się azymutu, ale niestety zaczęłam liczyć mijane ścieżki, a liczenie ścieżek u mnie zawsze wiąże się z problemami. Poza lasem nie mam problemów a arytmetyką, w lesie - owszem. Punktu zaczęłam szukać za wcześnie. Niby dołki były, ale ogólnie coś nie pasowało. Oprócz mnie w tym samym miejscu szukał też jakiś koleś, więc nie przyszło mi do głowy, że to nie to miejsce. W końcu postanowiłam namierzyć się od budynków, skoro łażenie po lesie nie przynosiło efektów.  Kiedy zbliżałam się do zabudowań już wiedziałam, że jestem o ścieżkę za wcześnie. Z tą wiedzą już nie miałam problemu ze znalezieniem lampionu.
 
O jedną ścieżkę za wcześnie.
 
Siódemka i ósemka znowu poszły dobrze, choć w drodze na ósemkę skręciłam nie w tę ścieżkę, co planowałam. Nie miało to jednak większego znaczenia, zwłaszcza, że szybko się zorientowałam. Wydawało mi się, że dziewiątka to już tylko formalność, bo przecież w tym miejscu nie sposób się zgubić. A jednak... Jak ktoś zdolny, to potrafi.  Niby wiedziałam, że powinnam zejść z głównej ścieżki, wiedziałam, że punkt jest u podnóża wydmy, a nie na górze, ale kompas niespecjalnie się sprzeciwiał mojemu kierunkowi biegu, no to sobie biegłam. Zaćmiło mnie całkowicie i mimo, że byłam w znanym sobie miejscu, miałam dokładną mapę, wiedziałam gdzie jestem, to w żaden sposób nie umiałam spożytkować swojej wiedzy. Takie coś mi się dawno nie zdarzyło. W końcu postanowiłam się poddać i lecieć na metę i dopiero po zejściu z wydmy odblokowało mnie i zajarzyłam gdzie ta dziewiątka. Ale czasu zmarnowałam tam co niemiara.

Niby łatwo, a trudno.

Na mecie czekał Tomek zdziwiony, że tak długo mi zeszło. No zeszło, zeszło... Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.
 
Meta.

Takie tam wspólne.
 
Mapa błędów i wypaczeń.

piątek, 8 marca 2024

WesolInO, czyli lubię wracać tam, gdzie byłam już...

Kolejna sobota i kolejne WesolInO.  Moje marzenie o pobieganiu w starej lokalizacji zostało spełnione, więc sami widzicie, że warto marzyć:-)  Co prawda baza zawodów nie była w szkole, tylko na Tramwajowej, ale za to niemal przy samym starcie.
 
Rzut okiem na mapę przed startem.
 
W pierwszej chwili w ogóle nie zorientowałam się jak ma się start do cmentarza, który jest moim głównym punktem orientacyjnym i pierwsze metry przebiegłam jak w obcym terenie wlepiając oczy w mapę i kompas. Dopiero po chwili ocknęłam się, że przecież wiem gdzie biegnę i poleciałam na pamięć. 
Cóż w znanym terenie nie udało mi się zgubić i dopiero przy ósemce usiłowałam odejść w przeciwnym kierunku od zamierzonego, ale też szybko zauważyłam swój błąd i zawróciłam. Jedyne o czym zapomniałam tak domagając się biegu w tych okolicach to obecność wydmy, która szybko sprowadziła moje siły do poziomu zerowego i oczywiście nie dałam rady przebiec całej trasy i część po prostu przespacerowałam.
Na ostatnim punkcie czekał na mnie Tomek uzbrojony w kamerkę i aparat. Normalnie poczułam się jak gwiazda.

PK 14.

Na metę to tam!
 
Ponieważ Tomek na jednej nodze nie był w stanie pobiec za mną na metę (mimo, że tylko truchtałam, a chwilami szłam), więc fotka metowa jest inscenizowana:-) Ale jest.

Koniec biegu.
 
Powrót na stare śmieci w pełni mnie usatysfakcjonował - było przewidywalnie, ale za to bezpiecznie, może ciut nudno, bo bez wrażeń specjalnych, ale wiosennie i radośnie. I o to chodzi.

Cały nudny przebieg.
 

czwartek, 22 lutego 2024

WesolInO, czyli jak drgnęło w kondycji.

W soboty to my tak na przemian - raz FalInO, raz WesolInO. Ostatnio wypadło WesolIno. W sobotni poranek pogoda była tak wredna, że tylko naciągnęłam kołdrę  na głowę i zaczęłam wymyślać jakiś dobry pretekst, żeby nigdzie nie jechać. Jakoś nie miałam przekonania do biegania w deszczu. Tomek wykorzystał kilkuminutowe przejaśnienie i zmobilizował mnie do wstania. Na miejscu jednak wciąż miałam wątpliwości.
 
Naprawdę muszę wysiadać?
 
Na szczęście deszcz trochę zmniejszył intensywność, więc i humor od razu mi się poprawił. Poza tym z cukru nie jestem. Podobno.

Już na starcie.
 
Pierwszy punkt mieliśmy z Tomkiem ten sam i wspólnie opracowaliśmy strategię. Ja ruszyłam pierwsza, Tomek chwilę po mnie.

Start!
 
W sumie to prawie na samo miejsce biegło się ścieżką i tylko na końcówce trzeba było na chwilę zejść w las. Tomek dogonił mnie jeszcze na ścieżce i razem podbijaliśmy jedynkę.

PK 1.
 
Trasa okazała się zadziwiająco łatwa.  Trochę azymutem, trochę ścieżkami i jakoś poszło. Z siódemki na ósemkę miałam ochotę sobie pobiegać (bo przez las trochę się boję jeśli teren nierówny lub zagałęziony) dlatego nadłożyłam drogi i zrezygnowałam z azymutu. Kto bogatemu zabroni? 
Przed dziewiątką miałam krótką chwilę zagapienia się, ale na szczęście z szybką refleksją. Wynik czasowy może nie rewelacyjny, ale po raz pierwszy od dłuuugiego czasu czułam moc i miałam wrażenie, że samo się biegnie. Może to znak, że zacznie wracać kondycja? 
No co? Pomarzyć nie można?


 

czwartek, 8 lutego 2024

WesolInO bez przygód.

W sobotę zaliczyliśmy WesolInO. Miejsce startu od razu skojarzyło nam się z pamiętną ulewną Lilijką z 2014 roku, ale mieliśmy i nadzieję i widoki na znacznie lepszą pogodę.
WesolInO kocham za to, że jest blisko i najczęściej łatwo, ale z tym ostatnim to już różnie bywa, bo nawet jak jest łatwo, to jeszcze nie znaczy, że ogarnę.
 
Przed biegiem.
 
Przed startem przestudiowałam mapę i od razu miałam dylemat, czy na jedynkę lecieć na azymut, czy szukać ścieżki i w sumie do ostatniej chwili nie byłam zdecydowana.
 
Start.

I pierwsze kroki na trasie.
 
Ruszyłam i automatycznie skierowałam się w krzaki, zgodnie z linią azymutu. Może nawet wybór trasy nie miał większego znaczenia, bo punkt stał na najwyższej górce w okolicy i w każdy sposób chyba bym trafiła, ale odruch, to odruch.
Trasa okazała się bardzo łatwa nawigacyjnie, a kreski łączące punkty były niemal wręcz wymalowane na podłożu. Między punktami 3-4 i 6-7 miałam lekki dylemat - azymut, czy ścieżki? Znalazłam salomonowe rozwiązanie i pobiegłam systemem mieszanym. 
Oczywiście w niektórych miejscach lekko znosiło mnie w prawo, ale tym razem były to naprawdę niewiele znaczące znosy. Tempo, jak zawsze, do bani, ale to mi akurat nie robi, bo dłużej przyjemności, a potem krócej czekania na Tomka.

Czekała, czekała i doczekała...
 
Jak zawsze wróciłam bardzo zadowolona, ale powiem Wam, że już się trochę stęskniłam za bieganiem w starym miejscu, w okolicach cmentarza. Kiedy tam wrócimy?

Mój śliczny przebieg.

środa, 24 stycznia 2024

WesolInO (bez podtytułu, bo nie mam pomysłu)

Znowu miałam przerwę w orientacyjnym udzielaniu się, bo dopadł mnie jakiś wirus, ale jak tylko przestałam smarkać, to od razu pojechałam na WesolInO. Razem z Tomkiem pojechaliśmy oczywiście.
Wybrałam trasę B, ale i ona była (jak na moje potrzeby) ciut za długa - ponad 4 kilometry. Nominalnie. Ale iść na A, to już jednak trochę obciach.

 Przed startem.

 Śniegu napadało i zapowiadało się albo ciężko - dla tych co startują wcześniej i muszą przecierać szlaki, albo lekko - dla tych, co już będą mieć inostrady. W moim przypadku wyglądało, że będzie i tak i tak, bo nawet jak zacznę wcześnie, to skończę późno.
Przed startem chwilę przeczekiwałam, żeby Marzena zdążyła odbiec kawałek, bo nie lubię biec za kimś, ale szybko zmarzłam i musiałam ruszyć bez względu na wzgląd.

Start.

Zaczęłam spokojnie ścieżką mając nadzieję, że znajdę skrzyżowanie, z którego planowałam się dalej namierzyć. Ufff, udało się i nawet mimo lekkiego znosu w prawo znalazłam punkt. Pierwszy sukces.
Nie wiem co mnie podkusiło lecieć do dwójki na azymut, skoro w pobliżu była wygodna ścieżka. A ponieważ tylko ja miałam tak abstrakcyjny pomysł, musiałam przecierać szlak w śniegu, bo przecież nikt tamtędy przede mną nie szedł. W efekcie i tak na chwilę wyszłam na ścieżkę, bo zniosło mnie tradycyjnie w prawo. Ale grunt, że dwójkę znalazłam.
Trójka bez historii w tle, a do czwórki pobiegłam ścieżkami, bo dość już miałam śniegu na borowinie, co to nie wiadomo, czy bezpiecznie stawiać stopę, czy nie.
Piątki trochę się obawiałam, bo to był jeden jedyny dołek pośrodku gęstego niczego, ale o dziwo trafiłam bez problemu. No dobra, w międzyczasie pojawiły się inostrady, ale z nimi to też nigdy nic nie wiadomo, więc czujna i tak byłam do samego końca.
Niestety, nic nie może przecież wiecznie trwać, więc dobra passa musiała się kiedyś skończyć i skończyła się za piątką. Znowu podkusiło mnie, żeby iść na azymut (iść, bo to już ten moment) choć dookoła była cała plątanina dróg i można było w nich przebierać jak w ulęgałkach. Ale nie, drogi są be... W sumie to są be, bo tak mi wszystko poplątały, że punktu zaczęłam szukać o jedną drogę za wcześnie. Kierunek drogi, za którą miał wisieć lampion zgadzał się, ale ukształtowanie już jakby trochę mniej. Pokręciłam się trochę i tę i nazad i w końcu stwierdziłam, że pora zorientować się gdzie jestem. Do orientowania się dobre są skrzyżowania, więc szłam sobie ścieżką aż na jakieś natrafię i metoda rzeczywiście zdała egzamin. A jak już wiedziałam gdzie jestem, to reszta prosta.

A miało być tak ładnie po kresce...

Po wpadce z szóstką to już tak się pilnowałam kreski i inostrady, że siódemkę zaliczyłam bez problemu, a kawałek przed punktem spotkałam Tomka i pomachaliśmy sobie z daleka. Do ósemki już ścieżkami, jak nakazywała logika, dziewiątka była tuż obok ósemki, a potem tylko meta i fajrant. Chwilę po mnie przybiegł Tomek i mogliśmy wracać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.Takiego przyjemnego obowiązku, bo mimo przejściowych trudności na trasie, to przecież i tak było super.

I po zawodach...
 
Cały przebieg.

środa, 10 stycznia 2024

WesolInO, czyli lekko, łatwo i przyjemnie na początek nowego roku.

W tym roku chyba po raz pierwszy nie byliśmy na Noworoczno-Bąbelkowej InO. Pogoda zapowiadała się obrzydliwa (żeby nie nadużyć słownictwa), a my, znów o rok starsi, już staranniej powinniśmy dobierać sobie rozrywkę.
Tym sposobem bieganie w 2024 roku roku zainaugurowaliśmy tydzień później, podczas WesolInO. I pogoda była sympatyczna i blisko. Wybraliśmy się we trójkę, ale za to na dwa samochody. Po WesolInO Tomek planował jechać na kolejne zawody, a my z Agatą do domu gotować obiad (jaka to dobra wymówka).
 
W drodze na start.

Obie z Agatą wybrałyśmy kategorię B, bo to akurat długość taka dla nas, a Tomek oczywiście trasę najdłuższą.
 
Przygotowania do startu.
 
Postanowiłyśmy wyruszyć razem, a potem ile która da radę, czyli w założeniu: ja pobiegnę, Agata pójdzie. 
 
Pierwsze kroki na trasie.
 
Trasa okazała się bardzo łatwa, a współpraca wzorcowa. Ja czuwałam nad mapą, a Agata wypatrywała lampionów i była w tym naprawdę dobra, po prostu sokoli wzrok. W tej sytuacji nie opłacało mi się biec samodzielnie, a i jej chyba też nie, bo dzielnie dotrzymywała mi kroku. A na koniec stwierdziła, że jakoś powoli biegłam. Jeszcze przed samą metą przyspieszyła i zanim się zorientowałam co się dzieje, już była kawał przede mną. Tym sposobem,  chyba po raz pierwszy, jest wyżej w klasyfikacji niż ja. A to się porobiło...

Meta, meta i po mecie.

Fajnie zaliczyć takie luzackie zawody na dobry początek roku - zero problemów nawigacyjnych, przebiegi po kresce, okoliczności przyrody piękne, pogoda dobra. Oby to był dobry prognostyk na cały rok.

Lekko, łatwo i przyjemnie.