Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etap nocny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etap nocny. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2026

Do 10-ciu razy sztuka czyli Dystans Stołeczny nr 10

Dystans Stołeczny - odsłona nr 10. Znów Karol wymyślił nietypową formułę: taki „One Man Relay” z przerwą pośrodku. Ta przerwa to przebieg obowiązkowy ponad 400 m drogą bez pomiaru czasu, a właściwie z czasem „wyciętym” w wynikach. Jak nietypowo to należało spróbować. A żeby zabawa była lepsza, to oczywiście start nocny;-) 

Gdy przyjechałem na start Karol biegał jeszcze po lesie i rozwieszał lampiony. Podziwiam Karola, że mu się chce w pojedynkę robić tyle biegów, rozwieszać te lampiony, a potem je zbierać późną nocą… 

Wreszcie organizator wrócił z lasu i dostałem mapę. Poszedłem na start i poleciałem w ciemną noc. Starty zawsze są najtrudniejsze – mapa jeszcze nie ułożyła się w ręku, kierunki także się jeszcze nie ustabilizowały…. Oczywiście pobiegłem „w kierunku” lampionu, o ile pojęcie „w kierunku” oznacza odchylenie nie większe niż +- 45 stopni;-) Gdy po długich poszukiwaniach znalazłem lampion, okazało się, że nie przeszedłem procedury startu. Nie było daleko więc wróciłem i ruszyłem raz jeszcze od nowa na trasę… Tym razem kierunek był już dokładniejszy;-) 

Start, który zaliczyłem dwa razy...
Gdzieś koło trójki okazało się, że biegnę z kimś równolegle na mojej trasie. Widać nie odczekałem na starcie odpowiednio długo – bywa i tak, gdy startuje się z puszki. 

Przy PK 4 coś mi się nie zgadzał teren. Zacząłem krygować swój bieg bardziej na północ – szukając „końca górki”. Może niewiele, ale straciłem kilkadziesiąt sekund, zanim odbiłem się od rozwidlenia ścieżek we właściwym kierunku – tam gdzie stał lampion. Konkurent z którym się ścigałem także przestrzelił ten PK, ale z drugiej strony – jak podbijałem punkt, zmierzał do niego z południa. 

Dalej szło o wiele lepiej. Chwilami jakbym widział kreski wyrysowane w terenie;-) 

Dopiero PK 8 minimalnie przestrzeliłem szukając muldy na górce w młodniku. Ale bez przesady – wiedziałem, że mam szukać lampionu bardziej na lewo;-) 

Przy PK 9 dogoniłem Sylwię. Biegła za mną do PK 10. PK 10 przestrzeliłem zupełnie. Źle odczytałem mapę i szukałem lampionu nie na tym końcu zielonego lasu. W moim wieku wzrok już nie ten i w nocy nieraz oglądany na mapie rysunek się zbytnio generalizuje;-) Pocieszam się, że Sylwia młodszymi oczami także miała problem z tym PK 10;-) 

Aby nie było zbyt prosto, do następnego PK ruszyłem ścieżką, zamiast przedzierać się przez krzaki – myślałem, że nie ma jej na mapie, ale potem okazało się, iż niezbyt uważnie spojrzałem na kompas – ścieżka na mapie była, tylko w kierunku nie do końca mi pasującym… Niestety, przedzieranie przez krzaki mnie nie ominęło… 

Coś mi z tym wyznaczanie azymutów zaczęło się psuć, bo zamiast na PK 12 trafiłem na drogę asfaltową, którą dojeżdżałem do startu. Nie ufałem kompasowi i na następny PK 13 trzymałem się dróg, zamiast ciąć na krechę. 

Do PK 14 nie dawało się dobiec drogami, został azymut. Znalazłem jakieś dołki, górkę z dołkami, ale lampionu ani śladu. W nocy wystarczy kilka zakrętów i człowiek nie jest w stanie dokładnie wskazać gdzie jest na mapie. Co chwila znajdowałem górki i dołki bez lampionów. Po czterech minutach błąkania się po lesie wreszcie trafiłem na lampion. Jak pokazuje ślad – azymut którym biegłem nie kłamał – znalazłem pierwsze dołki i zamiast trzymać się dalej azymutu pognałem w bok w kierunku górki, gdzie był dołki, ale nieoznaczone na mapie. 

Kolejny PK 15 – podobny scenariusz – miała być karpa w białym lesie. Las nie był biały, przebieżność i widoczność marna (jałowce), znowu odbiłem z azymutu tuż przed punktem. Na szczęście szybko odmierzyłem się od ścieżki, więc strata czasowa nie była tak duża. 

Jeszcze dwa PK i koniec pierwszego podetapu – chwila na spokojny, regeneracyjny bieg na 400 m. 

Druga strona mapy – drugie rozdanie. PK 20 – wszedł. PK 21 – znowu nie trafiłem. Coś mnie dzisiaj znosi w lewo, po raz kolejny! Świadomy tego „znosu” nawigowałem ostrożniej i lepiej trafiałem w punkty. Minimalne zawahanie przy PK 27, poza tym dobrze. Dumny jestem z przebiegu PK 27-28 – jakbym widział azymut w terenie;-) 

Wreszcie meta!

W efekcie zajmuję 6-ste miejsce. To chyba mój najlepszy rezultat w Dystansie Stołeczny. Oczywiście długość trasy i środek tygodnia trochę wpłynęły na frekwencje na Chojraku, ale moim powodem do dumy jest to, że wyprzedziłem wszystkich konkurentów, z którymi zwykle rywalizuję. I to pomimo kilku większych błędów na jakieś 6 minut! 


 

 

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Nocna masakra w Lasku Bielańskim, czyli piąty etap X Pucharu Bielan

Lasek Bielański jest specyficzny, pomimo że położony w środku miasta. Sporo odkrytego terenu pośrodku, doły, nasypy i to całkiem wysokie wokoło. Krzaki także całkiem niezłe (nie do przejścia). Do tego należy dodać grudniową noc, bez śniegu i śladów, które ułatwiają nawigację. I tak oto mamy ostatni piaty etap Pucharu Bielan. Niby taki sprint, tylko 3,5 km i 35 PK. 

Centrum zawodów - w środku lasku ale dobrze zaopatrzone
Dojście na start ładnie oznakowane (wstążkami, o których pisała Renata są w pełni odblaskowe). Clear, check, pip-pip i start. 

Mokra droga prowadzi na start
Do PK 1 zachowawczo drogą. Drogą, bo las choć biały na mapie, to w rzeczywistości taki „ekologiczny”, niesprzątany: co się przewróci, to leży, a przewróciło się całkiem sporo drzew. Dobrze, że lampiony świecą z oddali. 

PK 2 za odkrytym terenem. Odkrytym, ale nie znaczy przebieżnym – cała polana jest poryta przez dziki – trzeba uważać na kostki i inne stawy. 

Pomimo przeszkód terenowych idzie dobrze. Przebiegam polanę w tę i we w tę znajdując kolejne lampiony. Lekkie zawahanie dopiero przy PK 9, coś tam omijałem i nie wbiegłem czysto na PK. 

Na końcówce dobiegu do PK 10 próbowałem ominąć krzaki, ale jak się okazało, z każdej strony było równie zarośnięte, szybciej byłoby po kresce;-( 

Kolejne PK dawało się ścieżkami. Aż do PK 18 szło wszystko dobrze. Na PK 19, zamiast ciut (naprawdę niewiele) nadrobić ścieżką postanowiłem na azymut. Niby skala 1:4000 i wszędzie blisko… po chwili znalazłem jakąś ścieżkę – nie jest źle – myślę - zaprowadzi mnie prawie na sam punkt (ma być niedaleko od ścieżki po lewej). Najpierw w oddali widzę lampion po prawej za zakrętem – to może być PK 20. Coś mi błyska po lewej, lekko z tyłu. Lampion. Miał być dołek, a tu coś sporo tych dołków. Jest lampion – w dołku – dobra nasza. I kod chyba dobry, bo kończy się na 9. Lecę w kierunku tej dwudziestki co ją przed chwilą widziałem. Dopadam lampion, pikam chipem, patrzę na kod i coś mi się nie zgadza. Kod 53 to PK 25! Gdzie ja jestem? Już wiem – to co brałem jako PK 19 to był PK 9 –jeden miał kod 39, drugi 49, w nocy to prawie takie same kody! 

Jak wiem, gdzie jestem - lecę dalej. Znowu idzie dobrze do PK 23. Biegnąc do PK 24 po pustym polu nie dostrzegam, że znajduje się on za wałem ziemnym. Szukam przed (tu jest jakaś ścieżka niezaznaczona na mapie) samotnego drzewa, ale nic tu nie ma. Aż zawracam z niedowierzaniem w stronę PK 23 i robię drugie podejście. Przez te moje manewry zaczynają doganiać mnie jakieś światełka. Do tej pory praktycznie biegłem sam – tak jak lubię. Teraz za plecami słyszę sapanie, widzę błyski świateł. 

Na PK 25 już byłem, więc łatwiej mi go znaleźć. Dalej ścieżka na PK 26 - po ciemku nie rozróżniam co to jest. Wydaje mi się, że szczyt górki, więc biegną na szczyt. Ale tam nie ma lampionu! Przyglądam się dokładniej – jednak chodzi o wgłębienie w terenie. W efekcie tego manewru prześciga mnie spora grupa biegaczy;-( 

We znaki daje się PK 29. Zielone na mapie to rzeczywiście nieprzebieżne, a wręcz nieprzechodnie zarośla. Wydostać się z nich po ciemku jest naprawdę sztuką! 

Po doświadczeniach z krzakami końcówkę staram się robić po drogach. No cóż, wynik nie jest rewelacyjny – przy sprintach te kilka minut szukania tu i tam daje wymierne efekty w postaci sporego spadku w klasyfikacji. Najważniejsze jest to, że przeżyłem i w kompletnym stanie mogę wkroczyć w nowy 2025 rok :-) 

Już po biegu. Przeżyłem!

 


 

środa, 1 stycznia 2025

X Puchar Bielan... w Dąbkowiźnie (Etap 2 nocny)

Lubię biegać nocą. Ale nie sprinty, tylko takie „normalne” biegi. Pewno dlatego, że mój pierwszy start w orientacji właśnie był nocny. I nie lubię tłoku, startów masowych. Tylko ja , las, moje światło, a inne to najwyżej gdzieś w oddali, na granicy zasięgu wzroku. 

Drugi etap Pucharu Bielan – Dąbkowizna „od drugiej strony” niż etap dzienny. Bez Renaty, bo ona nocy nie lubi. 

Centrum zawodów - tuż przy przejeździe kolejowym
Start – trudny, bo po terenie wycinki – „kłody rzucone pod nogi” przez leśników. I falstart, bo znowu nie odbiłem checka i musiałem wracać po pierwszym PK;-( 

Start - widać po czym trzeba było "biegać"

PK 1 i PK 2 to mozolne przedzieranie się przez zrąbane gałęzie, dopiero gdzieś koło PK 3 zaczęło się polepszać. Pełne skupienie i bieg praktycznie po kresce, zupełnie „jak Renata”! Może nie za szybko, ale skutecznie. 

Dopiero przy PK 5 pierwsze lekkie zboczenie z azymutu, ale miałem jak odbić się ze ścieżki. I niestety kolejny PK 6 - tu już większa skucha – zniosło mnie na sąsiednie wzniesienie, ale po nocy wszystkie wydmy wyglądają tak samo:-) 

Poszukiwania PK6 - lampionu z PK19 wcale nie widziałem!
Skoncentrowałem się i na kolejny PK udało się już trafić bezbłędnie. Uskrzydlony sukcesem na PK 8 postanowiłem pobiec wygodnie drogą. Znalazłem drogę, górka po lewej zanikła, skrzyżowanie ścieżek, odbijam w lewo i brak lampionu. Jakieś dołki, ale za blisko i jakoś ich za mało. Szukam, krążę, wreszcie dochodzę do wniosku, że muszę być za blisko. Widać zabrakło na mapie jednej ścieżki… Teraz wiem co robić dalej i po chwili docieram do PK 8. 

Wkraczam na fragment mapy do tej pory nieużywany w zawodach. Jedna długa wydma i dwie porządne drogi. Ciężko się zgubić i szybko znajduję PK 9, PK 10, PK 11 i PK 12. 

Ostatni na tym fragmencie mapy PK 13 znowu na wydmie , niedaleko PK 9. Wyznaczam azymut, dobiegam do wydmy i tu nie ufając igle kompasu tylko wydmie, którą widzę w świetle czołówki skręcam w lewo. Okazuje się, że to był błąd: docieram prawie do PK 9 gdy orientuję się w swojej pomyłce. Ale wiadomo – trzynastka ma prawo być pechowa. 

Tu doganiają mnie jacyś inni szybkobiegacze i można powiedzieć, że w tłumie lecę dalej. No, może na końcu tłumu, bo jednak szybkobiegacze (jak mówi sama nazwa) biegają szybciej. PK 15, 16, 17 – prawie dobrze, choć nawigacja w tłumie nigdy nie jest tak dokładna jak trzeba. 

Czas na PK 19. Na azymut. Staram się patrzeć na ukształtowanie terenu: biegnę lewym zboczem wydmy, potem jakaś niecka, przebicie się przez grzbiet i powinien być lampion. Ale lampionu nie ma. Także nie do końca zgadza się kształt wydmy. Szukam lampionu koło karpy, kręcę się… nic. Kolejna karpa i dostrzegam lampion – sprawdzam kod. Jestem przy PK 6! Zniosło mnie! Teraz już dokładnie na azymut odnajduję właściwe miejsce. Jeszcze chwilę szukam lampionu, bo jest sprytnie ukryty w jakiś zaroślach. Z tego co później widzę w wynikach, PK 19 był kilerem dla sporej grupy uczestników. Także PK 20 dał się we znaki, bo był to ciężki do namierzenia dołek „pośrodku niczego”.

PK19 - po raz drugi miotam się pomiędzy PK6 i PK19

 
Na analizie widać ilu osobom PK19 (lub PK20) sprawiły kłopoty

Skupiam się na kompasie i pozostałe PK odnajduję już bezbłędnie. Po kresce praktycznie. Z jednym małym wyjątkiem – lampionem mety, który był schowany sprytnie za drzewem na skraju niewielkiej wydmy – praktycznie wszyscy go przebiegali i dopiero spojrzenie w tył pozwalało dostrzec odblask lampionu. 

Ja i meta w tle;-)
 Pomimo tych kilku błędów wynik nie był najgorszy – sporo dobrych zawodników zaliczyło znacznie większe wpadki w lesie niż ja. Jeszcze trochę popracować nad zaufaniem do kompasu i będzie dobrze. 

Jest jednak jeden feler – postanowiłem wypróbować nowe buty, które znalazłem pod choinką. Pomimo uznanej marki, z którą do tej pory nie miałem kłopotów – zakończyło się to porządnym obtarciem pięty. I to pod koniec etapu. Czy to dodatkowe kilometry: falstart, poszukiwanie PK 19, czy może złe zasznurowanie – w każdym razie będę cierpiał katusze na następnych etapach – szczególnie kiepsko może być na 3-godzinnym rogainingu… 


 

 

czwartek, 21 listopada 2024

360 mokrych Wariantów bez śladu

Sponsorem kolejnej, czwartej edycji 360 Wariantów był deszcz. Może nie jakiś ulewny ale zawsze. Ciemno zimno i mokro. Do tego bieganie częściowo po „lesie”. 

Pierwsze wyzwanie jakie stanęło przed uczestnikami to zaparkować. Teren osiedlowy oblepiony wręcz autami mieszkańców o tej porze. Byli tacy co zaparkowali na parkingu P+R i zaliczyli skakanie przez płot (bo po co robić dojście do parkingu od strony osiedla). Mnie akurat udało się zaparkować prawie przy starcie.
Pobrałem mapę, odłożyłem ciepłe ubranie do auta i ruszyłem w trasę. Mapa jak zwykle dla tych co mają młode oczy. Jak budowniczy będzie miał moje lata to pewno zmieni podejście do rysowania tych kółek i linii na mapie: kółka „małe”, kolory kółek ciemnawe – w nocy ciężko jest cokolwiek dojrzeć. 

Ruszam na jedynkę i…. przebiegam ją. Dawno nie biegałem na mapie 1:4000, a nie dojrzałem gdzie jest środek kółka... 

PK2 na „górce” ale dostrzegam poziomnice dopiero wbiegając na górkę (ech te oczy). 

PK3 za to przy chodniku. PK4 to pierwsze leśne wyzwanie – na azymut w lesie dość gęstawym poszukiwanie dołka. Prawie trafiłem, a budowniczy litościwie powiesił odbłyśnik powyżej poziomu gruntu, więc dostrzegłem go z odległości 10 metrów po prawej od mojego azymutu. Do PK5 ścieżką – ale na koniec oczywiście wpakowałem się w „zielone” zamiast wcześniej odbić i to zielone ominąć. Po ciemku, w świetle czołówki często „zielone” i takie „nie zielone” mało się różnią. Różnica wychodzi dopiero przy przedzieraniu się przez krzaki;-) 

Dalej to już łatwizna – PK 6 drogami, za jakimś szybkobiegaczem, PK7 na górce (no dobra przebiegłem bo był odbłyśnik ukryty za czymś na kształt drzewa, a szukałem dorodnego okazu wartego odwzorowania na mapie zielonym kółeczkiem;-) 

PK8 tu już na skróty bo z góry las wyglądał na bardziej przebieżny niż na mapie, ale do kolejnych PK9 i PK10 to już stanowczo dróżkami. 

Tu skończył się las. Obiec teren ogrodzony (oczywiście od północy), obiec blok (od północy) i znaleźć lampion w załamaniu podjazdu dla wózków. Ogólnie dziwne bloki w tej okolicy – każda klatka schodowa ma „gigantyczny” podjazd dla wózków. Taki wychodzący na trawnik dobre 10 metrów. A w bloku jest tych klatek pięć czy siedem… 

Dałem ciała przy PK14. Szukałem go o jeden rząd budynków za wcześnie. Potem szukałem go już przy właściwych budynkach, ale po tej stronie przejścia co trzeba - znowu na mapie PK był na zielonym kółeczku przy bloku które okazało się… jakąś kępą pokrzyw? Oj nie należy ufać co niektórym kartografom;-) 

Po PK 16 czas na scorelauf. Chyba przebieg był oczywisty. Tyle, że dużo obiegania terenów oliwkowych. W pewnej chwili aż zatrzymałem się i szukałem czy niczego nie przeoczyłem, bo jakoś ten scorealauf wydawał mi się zbyt prosty i oczywisty. 

Powrót na „normalna mapę” na PK 24 i dłuuugi przebieg. Wzdłuż torów tramwajowych. W świetle latarki nie byłem pewny czy lepiej do PK 25 pobiec od zachodu i wrócić po własnych śladach, czy obiegać oliwkowy teren w drodze powrotnej od wschodu. Dziwne ale wydało mi się, że bliżej jest wracać po własnych śladach. Niby zalecenia budowy tras są takie, by jeden zawodnik nie wskazywał drugiemu położenia PK i odbiegał w inną stronę niż przybiegł, więc ten powrót wydawał mi się dziwny. Potem sprawdziłem dokładnie na mapie – rzeczywiście wariant ten dawał dobre sto metrów „oszczędności”. 

Na koniec został mało widoczny na mapie PK 26 i meta. 

Ja i meta

Na mecie zorientowałem się, że nie uruchomiłem zegarka na starcie. W efekcie nie mam śladu trasy. I jak tu żyć? Jak zanalizować swoje błędy? I nie będzie mnie na Liveloxie! Może gdyby była lepsza pogoda pobiegł bym raz jeszcze, ale przy deszczu kapiącym z góry nie chciało mi się. Skończyło się tym, że odtworzyłem ślad z pamięci. 



 

 

wtorek, 2 lutego 2016

Gruba różowa kreska

Uwielbiam etapy nocne. Ale dopiero na mecie. A jeszcze bardziej już po powrocie do bazy. A tak najbardziej, to jakiś czas później, kiedy się o nich rozmawia siedząc w ciepłym i bezpiecznym miejscu. Bo na starcie to jakoś niespecjalnie. Od razu mi coś śpiewa w głowie: "co ja robię tu?, co ja tutaj robię?" i wymyślam sobie od starych, a głupich idiotek.
Tak też było tym razem. A jak zobaczyłam mapę, to już w ogóle. Najchętniej uciekłabym z krzykiem, ale nie chciałam robić totalnej wiochy. W końcu człowiek prawie ze stolycy przyjechał, to się trzeba zachować, nie?
Na "mapie" były dwie kreski na krzyż, z czego jedna różowa (infantylnie nieco) i trzy wycinki z ortofotomapy, na których nic nie było widać. Poza grubą różową linią. Przyszłość widziałam w czarnym kolorze. D., najwyraźniej bardziej odporny psychicznie, postanowił działać. Zawlókł mnie najpierw w jedną stronę, potem stwierdził, że to jednak nie tu, zawlókł w drugą, a mi nie pozostało nic innego jak iść za nim. Druga strona również okazała się nie być poszukiwaną przez D. lop-ką, ale za to okazało się, że jesteśmy na drugiej z dwóch kresek na mapie. Wstąpiła we mnie nadzieja, otworzyłam zamknięte z przerażenia oczy, rozluźniłam zaciśnięte z emocji pięści i wzięłam się do roboty. PK 6 był naszym wyznacznikiem, że nie jesteśmy na lop-ce, ale za to w równie dobrym miejscu. Omal nie przegapiliśmy piątki, bo jakoś nam się tak dobrze szło drogą, że ruszyliśmy od razu na czwórkę. Na szczęście w porę się zorientowaliśmy. Stanęliśmy przed wyborem - albo idziemy na azymut, albo na latarki widniejące w lesie, w okolicach PK 5. Wybraliśmy (o hańbo!) latarki. Była to może mało ambitna, ale za to słuszna decyzja. O tym, który lampion jest właściwy, a który stowarzyszony decydowaliśmy już sami. Czwórkę i trójkę zgarnęliśmy bez problemu, z trójki łatwo wyznaczyliśmy i znaleźli PK X, a potem zaczęły się schody. Na dwójkę szliśmy trochę na azymut, trochę na oko. Prawdę mówiąc nie wierzyłam w powodzenie tego przedsięwzięcia. Znalezienie konkretnego dołka w wielkim lesie, gdy na mapie zaznaczony jest dołek i nic dookoła, graniczy z cudem. Coś na kształt cudu nastąpiło i znaleźliśmy jedynkę. A niedaleko od niej drugą jedynkę. Próbowaliśmy namierzać się z jednej i drugiej na ten nieszczęsny dołek (PK 2) i w końcu coś znaleźliśmy, chociaż nie do końca nam to pasowało. I słusznie, bo jak się okazało post factum  i jedynkę i dwójkę wzięliśmy stowarzyszone.
 Teraz nastąpiła najtrudniejsza część przedsięwzięcia. Jakimś sposobem musieliśmy wstrzelić się w lop-kę, nie topiąc się przy tym w bagnie, a trafiwszy już na nią, zorientować się, w której jej części jesteśmy. Przestałam ogarniać i całkowicie oddałam rząd dusz w ręce D. Ten z kolei, w jakimś akcie desperacji, poprowadził nas prosto w bagno, które mieliśmy zalecone ominąć. Nie pozostało mi nic innego tylko iść za nim. Nie powiem - było to całkiem fascynujące przeżycie i nie takie straszne, bo w pewnej odległości od nas widzieliśmy rząd latarek, więc w razie czego wołanie o pomoc miałoby jakiś sens. W pewnym momencie wyszliśmy na skraj lasu. Przechodząca ekipa potwierdziła nasze przypuszczenia, że to już lop-ka, ale doprecyzowanie gdzie dokładnie jesteśmy należało już do nas. Rzut oka w otaczającą nas ciemność wywołał we mnie jakieś skojarzenia z PK A - skraj lasu, puste pole i na nim pojedyncze drzewo. Tych pojedynczych drzew było nawet kilka, ale ze względu na bruzdy z wodą zbadaliśmy tylko najbliższe. Litościwie organizatorzy powiesili na nim lampion. Od razu założyliśmy, że to stowarzysz, ale żadne z nas nie paliło się do penetracji całej przestrzeni. PK E i C udało się zlokalizować nawet bez problemów, a na lop-ce znaleźliśmy trzy lampiony. Kolejne trzy wisiały na lop-ce równoległej do naszej, więc spisaliśmy dwa z nich, bo w sumie potrzebowaliśmy pięciu. Nie próbowaliśmy dociekać które były właściwe, bo aż tak nam nie zależało. Cieszyliśmy się, że mamy komplet punktów i nawet jeśli połowa to stowarzysze, to i tak byliśmy dumni z naszych osiągnięć.
Na mecie dotarła do nas bolesna prawda, że do bazy musimy wrócić per pedes, tym samym trinem, którym przyszliśmy. U nas to by się zmieniło nazwę na "zejściówka", dowiesiło jeden lampion i przynajmniej byłby punkt do odznaki, a tu taki kawał drogi nam się zmarnował:-(
Mieliśmy nadzieję, że w bazie będą już wywieszone wyniki etapów dziennych, ale nie. Ani śladu. Padliśmy nie doczekawszy, a rano T. obudził mnie wiadomością, że mam piąte miejsce. Ze skromności nie pochwalił się, że wygrał w naszej TS-owej kategorii. Tak się zastanawiam, czy sobie nogi nie uszkodzić, bo najwyraźniej to sprzyja wygrywaniu. Miał iść na etapy na kilka punktów, to widzicie co się porobiło.  Coś mi się wydaje, że częściej będziemy w tamte okolice jeździć na zawody, bo co pojedziemy, to T. jakiś puchar dostaje:-)  A poza pucharem jest tam po prostu sympatycznie i miło.

c. d. n. n.