Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pole Mokotowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pole Mokotowskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 stycznia 2024

InO mi się kończy???

Podobno wszystko się kiedyś kończy. I tak doczekałem, że kończy się InO! Tak prowokującą nazwę nadały swojej imprezie Barbara z Anią. Ale skoro się im kończy… to nie wypada protestować i należy na imprezę iść. A kiedy? 31 grudnia oczywiście;-)

Po kilku dniach niepogody w niedzielę przywitało nas bezchmurne granatowe niebo i promienie słoneczka. Gdy dotarliśmy na Pole Mokotowskie park świecił jeszcze pustkami. No, może poza pewnym tłumem, który kłębił się w biurze zawodów. Wepchnąłem Renatę w kolejkę po mapy i po dłuższej chwili doczekałem się mojej drugiej połowy z mapami i hasłem - już wyruszyliśmy! 

Kolejka po mapy

Skoro "wyruszyliśmy", to nie pozostało nic innego, niż iść szukać lampionów na jaju startowym. A nie, to nie jajo, tylko balonik noworoczny! W każdym razie idziemy do punktu F, potem I. Właściwie to Pole Mokotowskie znamy na tyle, że wiedzieliśmy, gdzie są pewne baloniki bez łączenia ich wizualnie. Pewną „tajemnicę” stanowił balonik z ortofotomapą – ale tu niezawodny wzrok Renaty szybko znalazł charakterystyczne miejsce pokrywające się z mapą BnO. Na "deser" zostawiliśmy sobie baloniki ze zdeformowanymi zdjęciami, wiedząc że są one umieszczone nad brzegiem jeziorka, gdzieś koło startomety. 

Nasz drugi punkt - PK I

Po pierwszych 2 punktach wkroczyliśmy na teren świeżo zrewitalizowanego parku. Wygląda to jeszcze trochę biednie - takie porządne kładki na błotnistym polu (mokotowskim). Niby tablice informacyjne coś mówią o środowisku błotnym i podmokłym - ale żeby aż tak dosłownie? 

PK H - na razie to błotnista łąka...

Ocierając się o Bibliotekę Narodową i pub Bolek zwiedziliśmy północno-wschodni róg parku. Nie bawiliśmy się w łączenie baloników i wyznaczanie optymalnej marszruty, wiec lekko naokoło, wracając po własnych śladach, dotarliśmy nad tajemnicze "sześciokąty" - alejki układające się w sześciokąty nad ciekiem wodnym łączącym się z głównym jeziorkiem. Alejki zaczęły zapełniać się spacerowiczami i co chwila tłumaczyliśmy komuś o co chodzi w tej zabawie. W szczególności pamiętam przesympatyczną parkę, która na dłużej zatrzymała nas w okolicy PK "@". 

Gdzieś w okolicach PK S
 
Wkrótce dotarliśmy nad centralne jeziorko w parku i przyszła pora na zniekształcone zdjęcia. Pomimo całkiem sporych zniekształceń wszystko było jednoznaczne. No, może poza PK O. Był to stanowczo punkt dwuosobowy i telefoniczny - trudno było bez znacznika ludzkiego dokładnie wskazać, o które drzewo na zdjęciu chodziło, tym bardziej że lampion wisiał na prawie każdym drzewie, oprócz tego najbardziej wydającego się właściwym. Niby kilka poprzednich PK było na drzewach (na mapie były zaznaczone jako drzewa), których nie było (w rzeczywistości był to tylko stary pień pozostawiony po dawno temu ściętym drzewie), więc ciężko było powiedzieć o co chodziło w tym przypadku autorce trasy… 

Na mapie było to drzewo (PL Ł)

Na szczęście mieliśmy na mapie jedne punkt nadmiarowy. Zatem, krokiem pijanego królika (czyli nasza trasa przypominała serpentynkę) udaliśmy się w pobliże klubu Lolek i wróciliśmy na metę podbijając ostatnie lampiony. 

PK podwójny przy Lolku - to także "było drzewo"

Wyprawę potraktowaliśmy raczej spacerowo (słoneczko, woda, przyroda) niż sportowo, nie biegaliśmy i w efekcie kilka minut na metę się spóźniliśmy. Ale przynajmniej godnie i Inowsko zakończyliśmy ten rok;-) 

Pies "Pilnuje" PK A


 


 

PS. Znamy już wyniki i mamy 2 miejsce – tylko te 7 punktów karnych za spóźnienie…

wtorek, 9 czerwca 2020

Warsaw Orient Races - nowy cykl zawodów miejskich.

Kiedyś musiało się to w końcu wydarzyć. Po rozluźnieniach epidemiologicznych imprezy zaczęły mnożyć się jak króliki w Australii i planując niedzielne bieganie stanęliśmy przed trudnym wyborem: Warsaw Orient Races czy Letnie Zawody Kontrolne???? Ani logistycznie, ani kondycyjnie nie byliśmy gotowi na obskoczenie obu i trzeba było decydować co odpuszczamy. A jedno kusi i drugie nęci. W końcu zwyciężyła ciekawość - postanowiliśmy przetestowań nowiutki cykl: WOR. Przy okazji była to możliwość przypomnienia sobie jak wyglądają mapy"miejskie", bo przecież wraca też Szybki Mózg, a tu człowiek taki bardziej leśny się zrobił. Na bieganie po Polu Mokotowskim skusiła się też Agata i tym sposobem nasza rodzina obsadziła aż trzy trasy - spacerowa, zuchwali i profesjonaliści.
 
W oczekiwaniu na start.

Pierwszy na trasę ruszył Tomek, potem Agata, a ja na końcu, chociaż cały nasz start rozegrał się w ciągu trzech minut. Już po kilku metrach wiedziałam, że nie jest dobrze. I bynajmniej nie chodziło mi o problemy ze znalezieniem punktu, czy jakieś gubienie się. Po prostu z gorąca i duchoty dech mi zaparło i cały człowiek odmówił biegania. Przysięgam - starałam się biec niczym rącza łania, ale kto widział łanię w środku miasta? Bardziej przypominałam raczej zdychającego hipopotama (niby też w sumie rzadko widywany na Polu Mokotowskim). Dodatkowo już po kilku minutach biegu pot zaczął zalewać mi oczy, szczypało, więc łzy płynęły ciurkiem i jak tu w takich warunkach patrzeć na mapę? Co chwilę musiałam się zatrzymywać i wycierać oczy, a miałam ze sobą jedną jedyną chusteczkę.
Początek nawigacyjnie poszedł dobrze, ale po trójce moja wrodzona oraz zapłakana od potu ślepota nakazała mi biec naokoło do czwórki, bo nie mogłam wyślipić czy na skróty jest przejście, czy nie. Wolałam nie ryzykować spotkania ze ślepym zaułkiem, ale oczywiście post factum dowiedziałam się, że przejście było. Dobiegając do czwórki zauważyłam Tomka biegnącego w stronę bramy, co do której znowu miałam wątpliwości, czy da się ją sforsować w drodze na piątkę, ale skoro tam leci, to i ja też. Udało się.
Do szóstki był okropnie , ale to okropnie długi przebieg. I co z tego, że cały czas prostą ścieżką? Nie dałam rady i sporą część trasy pokonałam marszem. Mało tego - zastanawiałam się, czy by gdzieś na chwilę nie przysiąść lub wręcz się położyć i odpocząć.
Przy ósemce się trochę pogubiłam. Punkt miał być w środku gęstych krzaczorów i tak szukałam dogodnego wejścia, no tak szukałam żeby nie znaleźć. Kolega z innej trasy też szukał, to tak się trochę podpięłam pod niego, bo w razie czego zrobiłby mi ścieżkę w pokrzywach:-) W końcu udało się, chociaż jakoś ustawienie tego punktu nie przemawiało do mnie. Ale ostatecznie nie musi. Z tej nieprzemawiającej ósemki azymutem pobiegłam (poszłam) na dziewiątkę i wyniosło mnie na sąsiedni budynek. Może jednak słusznie ósemka nie przemawiała?

Ósemkowe zawirowania.

Dziesiątkę było widać już z daleka i jakoś się do niej doczołgałam, ale najwyraźniej przestawałam już logicznie myśleć, bo jedenastki szukałam na sąsiedniej górce (taka tam górka - większa kupa ziemi) chociaż wystarczyło się rozejrzeć, żeby wiedzieć, że to nie tam. Ale człowiek zmęczony, to nie ma siły nawet podnieść głowy.
Do piętnastki szło dobrze, a potem nastąpiło kolejne zaćmienie umysłu. Nawet dobrze zaczęłam biec do szesnastki, ale nie wiedzieć czemu pominęłam ją i poleciałam na siedemnastkę. A nie! Wiem dlaczego! Z krzaków z siedemnastką wyłonił się Przemek i tak odruchowo na jego widok wlazłam sprawdzić, co też on tam znalazł. Dobrze, że tknęło mnie sprawdzić kod. Wróciłam więc pokornie po szesnastkę, która wisiała przebiegle od tyłu drzewa i wcale nie rzucała się w oczy. Całe to bieganie między punktami odbywało się nad brzegiem jeziorka, w którym taplały się gromadnie pieski i co rusz wpadały mi pod nogi. Na szczęście nie doszło do większej kolizji.


Od punktu do punktu.

Reszta trasy poszła poprawnie, choć dziewiętnastki mało nie przebiegłam, bo tak się rozpędziłam, a do dwudziestki zupełnie niepotrzebnie poleciałam wąziutką ścieżką przez krzaczory, ale co kto lubi.
Na metę dotarłam ledwo żywa, cała mokra i jedyne co chciałam zrobić to położyć się i umrzeć. Ale gdzie tam? Tomek od razu pogonił mnie do rozciągania się i tyle mojego odpoczynku.

Jak dobrze, że to już koniec!

Żeby nie ta koszmarna pogoda, to byłoby całkiem przyjemne bieganie, bo trasa i miejsce fajne, ale też trudno mieć o pogodę pretensje do organizatorów. Upał najwyraźniej wszystkim dał się we znaki, bo wcale nie byłam ostatnia, mimo, że sporą część trasy po prostu przeszłam.
W profesjonalistach zaś nastąpił totalny pogrom, ale to za sprawą  blisko siebie postawionych punktów z dwóch różnych tras. Chyba z połowa zawodników nadziała się na stowarzysza i tym sposobem mają nie zaliczony bieg. Tomek okazał się czujny i zaliczył wszystko prawidłowo, a Agata była trzecia na swojej trasie.

czwartek, 19 grudnia 2019

Wash and go.

Nie żeby się nic nie działo od Wilgi Orient. Co to, to nie! Zlot się zadział. Ale nie zlot PInO-kiów (znaczy, ten też się odbył, ale nie byliśmy), tylko Mazowiecki Zlot InO. A nie dość, że zlot, to jeszcze mu się zbiegło z BarbarInO i tym sposobem mieliśmy 2w1 - takie wash and go.
Impreza odbywała się na Polu Mokotowskim i wydawało mi się, że nic mnie tam nie zaskoczy, bo po tylu zawodach jakie się tam już odbyły, to nawet ja mam mgliste pojecie gdzie co jest. Ale oczywiście wystarczyło poszatkować mapę, dołożyć lidary i hipsometrię i już człowiek zgłupiał. Znaczy ten człowiek, to ja, bo Tomka nie będę postponować, jak chce, to może sam. O, tak wyglądała mapa:


Do tego był jeszcze długi opis z informacją jak potwierdzać, co potwierdzać, jaka punktacja oraz pytania do punktów nielampionowych. Duuuużo czytania. Tomka najbardziej zainteresował punkt V1 i już od startu kombinował gdzie to może być. Tak praktycznie, to mogło być wszędzie, każda górka i jej okolice była więc podejrzana.
Tradycyjnie nie zaczęliśmy od poskładania mapy do kupy, tylko poszliśmy przed siebie z założeniem, że jakoś to będzie.  Faktycznie było. Jakoś. Trochę ulataliśmy się na tym w sumie niewielkim obszarze. Najpierw zaliczyliśmy te punkty, co do których nie mieliśmy wątpliwości gdzie są, potem te, które udało się w międzyczasie dopasować, a na końcu szukaliśmy tych, co to nie wiadomo gdzie są. Tym sposobem po kilka razy byliśmy w niektórych mniej oczywistych dla nas miejscach. Największym wyzwaniem były punkty V. Do wyboru były trzy, ale wziąć trzeba było tylko dwa. Jeden udało się właściwy, ale na drugim mamy stowarzysza. Jeszcze na T2 się machnęliśmy, ale summa summarum nawet nie najgorszy wynik mamy.
Meta etapu mieściła się w Cafe Drukarnia i tam odbyła się część bardziej zlotowa, czyli pogaduchy. Chociaż w sumie co tam można pogadać jak jeden koniec stołu nie słyszy drugiego, ludzie przychodzą, wychodzą i ciągle jest ruch, a do tego robi się coraz później, a następnego dnia do roboty trzeba wstać przed świtem. Jak dla mnie to taki zlot, nie zlot. Ale imprezka spoko.


Na mecie  w Cafe Drukarnia.

czwartek, 28 listopada 2019

Smoku daj pola!

Smok w tym roku przed nami ucieka. Ucieka, bo albo nie pasuje z terminem, albo coś nie pasuje i idziemy rekreacyjnie, a nie walcząc o punkty w smoczym pucharze. Także tym razem poszliśmy z nastawieniem rekreacyjno-wypoczynkowym na Pole Mokotowskie. Na starcie dostaliśmy mapę (no, ciut nietypową bo w wydaniu de luxe, na kartonie kredowym) i oczywiście od razu włączył się duch rywalizacji. Nie doczytawszy do końca legendy (bo kto normalny czyta w języku elfów?) poszliśmy szukać pierścieni. Wyszło nam, że trzeba znaleźć wszystkie pierścienie, zarówno te ludzi, elfów i krasnoludów. Tyle że na żadnym nie było punktu o nieparzystej wadze. Więc jak uzbierać sumie 89? Można wziąć wycinek extra za 7 PP, ale wtedy nie odwiedzimy wszystkich pierścieni! Zostało wczytać się w regulamin i…. liczyć na stowarzysze. Kalkulacja w ruchu wykazała, że najłatwiej zrobić je na jakichś okrągłych PK np. tych za 2PP. Przy karze 25% za stowarzysza jak nic wyszło, że muszą być cztery. Oczywiście ruszyliśmy nieco nieoptymalnie zaczynając od PK na wycinku ze startem. Jako, że te elementy dopasowaliśmy od razu, to skręciliśmy w kierunku Biblioteki Narodowej i dalej zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. O dziwo punkty wchodziły, stowarzyszy nigdzie nie było widać. Dopiero po 1/3 trasy trafiliśmy w miejsce, gdzie dostrzegliśmy stowarzysza do PK 27. Sam PK 27 miał być w krzakach. Takich ciemnozielonych na mapie BnO. W nocy z ciemnozielonego robi się czarnozielone, więc przebieżność spada co najmniej o dwa stopnie. Z rozpędu wbiliśmy się w te krzaki, ale po chwili przypomnieliśmy sobie o planowanych 4 stowarzyszach. Po chwili wyczołgaliśmy się z zieloności i podbiliśmy lampion stowarzyszony. Dla pobliskiego PK także znaleźliśmy stowarzysza – zostały jeszcze dwa do znalezienia!

Dobra nasza! Jeszcze dwa stowarzysze i będziemy w domu! Dalej poszliśmy na zdemolowany stadion Skry (strasznie daleko, ale skoro musimy wszystkie pierścienie…), potem przez dziury w płotach w stronę GUSu.
Chyba najdalszy PK 46, ten przed dziurą w płocie
Już się martwiliśmy, bo nigdzie ani śladu stowarzyszy. Dopiero na jednym z końcowych wycinków udało się znaleźć brakujące dwa niewłaściwe lampiony.

Dumni z siebie, z niewielkim spóźnieniem zameldowaliśmy się na mecie. I wtedy nastąpiło olśnienie. Musieliśmy gdzieś zgubić 1PP na stowarzyszach. 25% z 2 …. To wcale nie jest ¼ PP jak liczyłem tylko ½!!! W efekcie zamiast planowanych 89 PP poszliśmy na 88! Do tego spóźnienie (źle doczytaliśmy instrukcję - wystarczyło być na każdy rodzaju pierścienia, a nie na wszystkich!) i jeden nieplanowany PS wrednie postawiony na kołku wbitym w trawę przez budowniczego. Takie kołki powinny być zakazane!!!!

Czyli jak zwykle "nic się nie stało" i zamiast walki o puchar wyszła rodzinna smocza wycieczka😉
Mapa przecudnej urody

środa, 3 lipca 2019

Letni śnieg na Polu Mokotowskim

Upały już się wszystkim rzucają na mózg, więc chyba dla ochłody Barbara zaserwowała nam na ostatnim OrtInO śnieżynki na mapie. Co prawda tylko 6, ale dobre i to. Niestety, po przeczytaniu opisu okazało się, że wcale nie dla ochłody, tylko żeby jeszcze bardziej zlasować nam mózgi. Musieliśmy te śnieżynki jakimś cudem dopasować do reszty mapy i znaleźć w terenie punkty zaznaczone na skraweczkach śnieżynkowych ramion. Ta "reszta mapy" dla urozmaicenia była zlustrowana. Na szczęście tym razem druk był porządny i mapa była dobrze czytelna, więc nawet przy mojej ślepocie udało się znaleźć kilka miejsc wspólnych i udało nam się złożyć mapę bez wycinania wszystkiego. No dobra, jedną śnieżynkę wycięliśmy, ale to z przyzwyczajenia:-)


Zaczęliśmy od zachodniej strony mapy i już po chwili znaleźliśmy się nad jeziorkiem, a tam setki plażowiczów wylegujących się na trawie. Aż mi się smutno zrobiło, że oni sobie tak leżą i nic nie muszą, a ja jak głupia latam po krzakach w poszukiwaniu karteczek na drzewach. Jak idiotka normalnie. Ale cóż, taki już los inoka...

Na trasie.

Oprócz dopasowania śnieżynek, musieliśmy także umiejscowić foto-panoramki i to w sumie była najfajniejsza zabawa. Tak się nam spodobała, że zebraliśmy o dwa punkty  zdjęciowe za dużo i zostały one potraktowane jako punkty mylne. Buuuu...  Znowu nie doczytaliśmy opisu mapy dokładnie, bo było jawnie napisane, że z panoram trzeba wziąć dokładnie 7 punktów, a nie 9. Oprócz nas jeszcze Tomek G. nabrał się na ten numer - widocznie Tomki tak mają:-)

Meta! Meta!

Tak w ogóle to nie przypuszczałam, że za Biblioteką Narodową to ciągnie się jeszcze taki kawał pól, lasów i stadionów.
I znowu poznałam jakiś kawałeczek Warszawy:-)

wtorek, 29 stycznia 2019

A miało być tak pięknie.

Szybki Mózg wystartował wyjątkowo późno, bo pierwsza runda ruszyła dopiero 23-go stycznia. Całkiem miłe miejsce wybrano na inaugurację - Pole Mokotowskie. Pasowało mi, bo łatwo dojechać i teren nieobcy. Wyjątkowo udało mi się o niczym nie zapomnieć i trafić na miejsce, aczkolwiek dotarłam tam mocno naokoło.
W tym roku Tomek biega w profesjonalistach, ale ja zostałam przy zuchwałych - jak mi się zachce dłuższej trasy, to przecież mogę lecieć na każdy punkt naokoło. Ponieważ start był masowy, a profesjonaliści startowali 10 minut przed nami, jeszcze w bazie Tomek usiłował nauczyć mnie obsługi nowej czołówki, żebym sobie potem sama poradziła. Teoria była prosta - tu włączasz, tu zmieniasz moc świecenia, tak wyłączasz. W praktyce - za nic nie mogłam namacać odpowiednich przycisków i w ogóle nie zauważałam żadnej różnicy czy świeciło mocniej, czy słabiej. W końcu Tomek poleciał, a ja zostałam  z tą teorią. Na starcie udało mi się włączyć lampkę, a Krzysztof coś tam pomajstrował żeby mocniej świeciło. Ja żadnej różnicy nie widziałam, ale nie było czasu na reklamacje, bo ruszyliśmy.
Pobiegłam za tłumem w międzyczasie rozkminiając mapę. Daleko nie pobiegłam. Już po kilkudziesięciu metrach odtańczyłam na zamarzniętym podłożu jezioro łabędzie, a solówkę zakończyłam na niewymawialnej części ciała.
- Trzeba patrzyć pod nogi - pomyślałam i usiłowałam to zrobić. Niestety - moja czołówka ledwo bździła i do tego punktowo. Macałam się więc po głowie usiłując natrafić na te wszystkie przyciski, ale bez skutku. Zdjęłam ustrojstwo i metodycznie wciskałam co tylko się dawało. Jak trzymałam w ręku, to nawet wyglądało, że jakoś to świeci, jak wsadzałam na łeb, dalej g...o widziałam.
- Jak nie zabiję się na lodzie, to na dziurach albo gałęziach - skonkludowałam i powoli, macając przed sobą teren ruszyłam dalej. Tak byłam już zirytowana, że w ogóle nie mogłam myśleć logicznie, więc nijak nie potrafiłam przełożyć mapy na rzeczywistość i nie potrafiłam określić gdzie jestem, bo walcząc z czołówką cały czas się przemieszczałam. Co sobie myślałam, to raczej nie chcecie wiedzieć. Nie używam zanadto wulgaryzmów, bo to rani moje poczucie estetyki, ale to nie oznacza, że ich nie znam - oczytana jestem, więc w myślach użyłam prawie wszystkich na jakie się kiedykolwiek natknęłam.
Po piętnastu minutach od startu udało mi się w końcu dotrzeć na pierwszy punkt. Spieszyć się już nie miałam po co, więc biegłam tylko tyle, żeby nie zmarznąć. Zresztą spróbujcie sobie biegać po ciemku. Tak więc klnąc na czym świat stoi, powoli przemieszczając się w ciemnościach jakoś udało mi się zaliczyć wszystkie punkty i dotrzeć do mety. To byle jak świecące cholerstwo z głowy miałam ochotę wychromolić do pierwszego napotkanego kosza na śmieci, tylko szkoda mi było, bo trochę kosztowało i może Tomkowi się przydać. Ja w każdym razie nawet kijem tego nie zamierzam dotykać. Zupełnie nie rozumiem czemu tak wszyscy zachwalają te kretyńskie petzle, jak to się do niczego nie nadaje. Czołówka to ma się łatwo włączać, świecić mocno i mieć regulowany jednym ruchem strumień światła - bardziej lub mniej rozproszony. Bo co mi po słabym punktowym oświetleniu w ciemnym lesie lub parku???
A wiecie co jest najśmieszniejsze? Na metę wcale nie dotarłam ostania!


poniedziałek, 21 maja 2018

Quś-Ident

Ostatnio Stowarzysze coraz częściej robią imprezy biegowe, chcieliśmy więc żeby było jak najbardziej profesjonalnie i światowo. Tak dokładniej to chodziło o elektroniczny pomiar czasu. Ale jak to w życiu bywa, temat utykał na finansach, bo sportident drogi, a klub niezbyt zamożny.  I jak to w życiu bywa, okazało się, że hasło "Polak potrafi" wciąż jest aktualne. Nasz klubowy "Pomysłowy Dobromir" dla niepoznaki nazywany Michałem myślał, myślał i wymyślił. A jak już wymyślił, to przystąpił do działania - wynalazł w czeluściach Internetu odpowiednie oprogramowanie, dobrał do niego sprzęt, a na koniec pościągał ten sprzęt z całego świata - ruszyły karawany wielbłądów, statki wypłynęły na oceany, szlaki handlowe zaroiły się od kupców i w końcu góra elektroniki leżała na biurku Michała.
Kilka dni później wybrańcy otrzymali maile o treści: " Kolejny etap to próba generalna i do udziału w niej chciałbym zaprosić chętnych ..." Poczuliśmy się i chętni i zaproszeni i w czwartek przed osiemnastą karnie stawiliśmy się na Polu Mokotowskim, gdzie miał nastąpić przełomowy i historyczny moment - pierwsze terenowe zawody z zastosowaniem systemu Quś-Ident, nie wiedzieć dlaczego nazywanego przez Autora Open Timing Control, ale myślę, że to tak przez skromność:-)
Dostaliśmy mapy i malutkie niebieskie breloczki jak do kluczy i ruszyliśmy. Mapa jak mapa, trasa też typowa, więc nie ma o czym mówić, ale te breloczki ... na każdym PK radośnie pipały i rozświetlały stacje bazowe na niebiesko i widać było, że całość działa. My z Tomkiem jak wariaci przebiegliśmy cała trasę, żeby szybciej sprawdzić działanie systemu, reszta szła powoli rozkoszując się każdym punktem kontrolnym.

Meta - ostatnie pipnięcie.

Autor systemu w akcji.

Ludzie!!!!! To działa!!!!
Wkrótce nastąpi prezentacja systemu dla całego świata, bądźcie więc czujni!