Jeszcze dobrze nie ochłonęłam po pierwszym Dystansie Stołeczny, a już w niedzielę jechaliśmy na jego drugi etap. Tym razem organizator zaciągnął nas aż do Kamiona Podgórnego, czyli tak daleko, że dłużej jechaliśmy w jedną stronę, niż biegałam. Sensu w tym za dużo może i nie było, ale miałam tyle kalorii do stracenia po świętach, że nawet się nie namyślałam. Było dużo krzyku, że nowa mapa, a okazało się, że już na niej biegałam. Ale w sumie to nie ma znaczenia. Trasy znowu dość długie i znowu skromniutko wybrałam trasę "maniak".
Pierwszym wyzwaniem było znalezienie startu. Tak mniej więcej wiedzieliśmy gdzie, zresztą poszliśmy za innymi zawodnikami, ale i tak skręciliśmy w niewłaściwą ścieżkę. No, niezły początek. Start był przy kolejnej ścieżce - znaleźliśmy.
Tak sobie myślę - co by tu napisać dalej, ale jest jeden problem: aż do PK 11 nic się ciekawego nie działo. No dobra, między PK 3, a PK 4 spotkałam Tomka, ale to w sumie żadna sensacja, bo spotykam go niemal na każdej trasie.
Trasa była tak łatwa, że leciałam z punktu na punkt i jak bym potrafiła szybko biegać, to pewnie bym nawet wygrała:-) Dopiero przy PK 11, już po podbiciu go, pobiegłam w dokładnie przeciwnym kierunku niż planowałam. A tak mi się jakoś kompas źle przyłożył do mapy. Wyhamowała mnie dopiero linia wysokiego napięcia, której zdecydowanie nie powinno być. Swoją drogą - ciekawe jak długo jeszcze biegłabym, gdyby jej nie było, zanim ogarnęłabym, że coś nie gra?
Reszta trasy, czyli dwunastka i trzynastka poszły już normalnie. Mimo, że (poza odejściem z jedenastki) tak dobrze mi się nawigowało, to wynik taki sobie - eh, to bieganie. No, ale najważniejsze, że kilka kalorii zostało w lesie.
Po biegu.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz