Od Nocnych Manewrów jakoś nie po drodze było mi z orientacją - i chodzoną, i bieganą. Nie żebym nie chciała, tylko czas mi się tak dziwnie skondensował, że na nic go nie starczało. Wreszcie w drugi dzień Świąt odpuściło i pojechaliśmy na Dystans Stołeczny w Dąbkowiźnie. Ja tak skromniutko na trasę "maniak", ale też trasy były wyjątkowo długie i bałam się, że na dłuższej nie dam rady.
I w las!
Po jedynce ruszyłam już z większą pewnością, zwłaszcza, że teren nie był nowy i kilka razy już tu biegałam. Dwójka i trójka były na tyle charakterystyczne, że nie miałam obaw, ale przy czwórce już byłam bardziej czujna, dzięki czemu wyszłam idealnie na punkt. Lampiony zresztą nie były jakoś poukrywane i w sumie już z daleka świeciły kolorem, więc i tak wystarczyło wyjść mniej więcej w okolicę i rozejrzeć się. Do piątki nie udało mi się biec po kresce, tym niemiej nie miałam żadnych problemów z namierzeniem jej.
Duża część drogi do szóstki prowadziła ścieżkami, co było fajnie luksusowe, choć tak ogólnie na przebieżność lasu nie można było złego słowa powiedzieć. Siódemka i ósemka bez problemów, a do dziewiątki zachciało mi się naokoło drogami, bo na azymucie były górki. No, ja wiem, że to takie górki - nie górki, ale jednak. W sumie i tak mnie nie ominęły, ale po przeleceniu się drogami miałam do nich już inne nastawienie psychiczne.
Od dziewiątki już się nie oddalałam od mety, a wręcz zbliżałam (co prawda trochę zakosami) i to było bardzo motywujące. Nie żebym była zdemotywowana, co to, to nie. Ale zawsze lepiej zbliżać się do celu, niż się od niego oddalać.
Kiedy już się zaczynałam cieszyć, że tak dobrze mi poszło - w miarę sprawnie biegowo i całkiem sprawnie nawigacyjnie, to oczywiście musiało się spierniczyć. I to na ostatnim punkcie. Za nic nie mogłam namierzyć trzynastki. Wiedziałam, że musi być gdzieś w okolicy, którą przeszukuję, ale przeszukiwania wcale nie ułatwiały pościnane drzewa i gałęzie, które zakrywały wszystko. Patrząc z górki w dół nie udało się, więc na nawrocie zrobiłam odwrotnie - poszłam dołem, patrząc nieco w górę. Pomogło i po chwili z kompletem punktów stanęłam na mecie. Jeszcze tylko oczekiwanie na Tomka umilone tajnym termosem organizatora i można było wracać do domu, do kolejnego świątecznego obiadu.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz