Mamy dużo śniegu, to narciarze wymyślili sobie zawody na orientację w Sulejówku. Na szczęście biegacze trzymali rękę na pulsie i obok tras narciarskich pojawiły się także biegowe. Żeby było ciekawiej, tym razem premiowane miało być trzecie miejsce, a nie pierwsze, jak normalnie. To już trochę zwiększało moje szanse, a podwyższyłam je jeszcze zapisując się na trasę A, czyli najkrótszą. No ale umówmy się, jeśli trasa B ma ponad 5 km, to to już naprawdę nie dla mnie. Nawet minuty startowe były, jak na poważnych zawodach. W efekcie nie mogliśmy wystartować z Tomkiem razem, tylko ja jakieś 25 minut po nim. I jeszcze sama musiałam pilnować włączenia zegarka, a to mi przychodzi ciężko.
Trasa krótka, osiem punktów do zaliczenia, teren znany - wydawało się, że nic nie może pójść źle. I słusznie - wydawało się. Już na jedynkę nie mogłam trafić, a przecież miało być tak prosto - do końca zabudowań drogą, a potem na azymut (bo przegapiłam ścieżkę w prawo). Szłam, szłam, szłam (biegać po śniegu było ciężko), a lampionu ni widu, ni słychu. W końcu jakiś zamajaczył na horyzoncie - niestety - nie mój. Ale przynajmniej się zlokalizowałam i namierzyłam. I znowu szłam, szłam i nic. Lampionu nie było. Spotkałam Gosię startującą po mnie, potem Konrada i każde z nas miało już na koncie przynajmniej jedno przeszukanie terenu. Wreszcie wspólnym wysiłkiem z Gosią namierzyłyśmy lampion niemal niewystający z dołka, a jak potem zobaczyłam na śladzie, dwa razy przeszłam kilka metrów od niego. Tak się zakamuflował skubaniec.
Na dwójkę w pierwszym odruchu chciałam lecieć azymutem, ale Gosia wyperswadowała mi ten pomysł. Chociaż gdybym nie wstrzeliła się w ścieżkę, to pewnie przedzierałabym się na przełaj.
Trójka wydawała się łatwa, no bo znaleźć miejsce przy linii wysokiego napięcia z jednej strony i ogrodzeniem z drugiej, do tego na ścieżce, to żadna fantazja. A jednak... Zmyliła mnie dodatkowa wydeptana ścieżka wzdłuż linii i szukałam za wcześnie. Razem ze mną Becia, która też dała się nabrać na ten sam motyw. Dopiero po chwili doszła do nas Gosia i rozwiązała zagadkę punktu trzeciego.
Czwórka i piątka były w terenie zabudowanym, więc tu już trudno było nie trafić, zresztą od trójki szłyśmy razem z Gosią. Potem w zasadzie też, choć na szóstkę, pod górkę zostałam sporo w tyle, ale nadrobiłam potem. Na metę gnałam z ósemki jak nawiedzona, żeby zminimalizować straty z jedynki i trójki, bo zupełnie zapomniałam, że tym razem gra nie toczy się o pierwsze miejsce. W efekcie początkowego opóźnienia i końcowego przyspieszenia wstrzeliłam się idealnie na trzecią pozycję i wcale od razu nie załapałam, że tym sposobem WYGRAŁAM ZAWODY.
Tomek nie zdążył na moją dekorację, a sam nie postarał się o trzecie miejsce. Będę musiała podzielić się z nim moim szampanem.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz