Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Rodzinne MnO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Rodzinne MnO. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 sierpnia 2017

Rodzinne MnO

Rodzinne odpracowane. Powoli wpadamy w rutynę, ale jak by nie patrzeć, trochę tych rund już zrobiliśmy. Tym razem zaplanowaliśmy sobie wygodnie blisko domu, ale tak ogólnie to zaczynają nam się kończyć miejsca, bo ile można w kółko robić na tym samym terenie. Nie mam pojęcia gdzie robić w przyszłym roku (jeśli oczywiście będziemy robić, ale mam nadzieję, że tak).
Uczestników było tak umiarkowanie, ale wiadomo - sezon urlopowy i nawet kilka zespołów dało znać, że są na wyjeździe. Mimo wszystko zebrało się ponad pięćdziesiąt osób.
Rano oczywiście nie wyspaliśmy się, bo trzeba było rozwiesić lampiony. Niby nie jakoś bardzo dużo tych lampionów, ale chwilę zeszło. Prawie w ostatniej chwili okazało się też, że nie mamy stolika i zegara startowego, bo nie przejęliśmy po ostatniej imprezie klubowej i musieliśmy robić wielką improwizację. Ale co to dla nas - w niedzielę mieliśmy i na czym stawiać rzeczy i czym mierzyć czas.
Jako główną atrakcję na czekanie na wyniki tym razem wymyśliłam chodzenie po linie i muszę przyznać, że lina bardzo się sprawdziła - jako siedzisko dla dzieci:-) Ale prawda jest taka, że chodzenie po linie jest strasznie trudne. Bez podtrzymywania udało mi się zrobić tylko pół kroku. Lina wciąż jest u nas i może jeszcze poćwiczę. A potem zgłoszę się do cyrku:-)
A same zawody? Jak to zawody z punktu widzenia organizatora - najpierw wszyscy chcą naraz wyjść, potem nuda, bo nikogo nie ma, a potem nie wiadomo w co ręce włożyć. A jak człowiek już zupełnie pada na pysk, to idzie w las zbierać lampiony:-) I mówi sobie: nigdy więcej!!! A na drugi dzień budzi się i kombinuje co wymyślić na kolejne zawody:-)
Bo InO jest po prostu fajne!

Jak ktoś ma ochotę fotki obejrzeć to są tutaj.

wtorek, 6 czerwca 2017

Rodzinne MnO


Podczas gdy Tomek relaksował się na pięćdziesiątce, ja zapylałam jak mały samochodzik, żeby ogarnąć wszystko na Rodzinne MnO. Też bym wolała pojechać na Roztocze, ale skoro firmuję sobą imprezę, to sumienie nie pozwalało mi zostawić jej na żywioł, bo różnie by to mogło być.
Oczywiście znowu zapomniałam o swoim mocnym postanowieniu nie wymyślania  pracochłonnych map i rzeczy okołomapowych i postanowiłam zrobić książeczki ze zdjęciami. Tymi do dopasowywania na PK. Na szczęście postanowiłam robić tylko jedną na zespół, ale i tak była z tym masa roboty. Każdą kartkę musiałam zalaminować, pociąć, przedziurkować, złożyć w książeczkę i związać. Do tego trzeba było zrobić nowe lampiony, bo tych starych - brudnych i poszarpanych już bym się wstydziła powiesić. A jeszcze zakupy, a jeszcze wzorcówki, a jeszcze urodziny córki i wspólna wyprawa do sklepu po prezent.  Po 22-giej, kiedy mniej więcej wyprowadziłam wszystko na prostą, wrócił Tomek - rześki i radosny jak skowronek. No, mówiłam, że pojechał się relaksować. Ja byłam zorana jak po setce co najmniej. Prawdę mówiąc byłam pewnie po dwóch setkach. Ajerkoniaku, co mnie szwagier poczęstował.

W niedzielę rano pospaliśmy prawie do siódmej, a już koło ósmej wieszaliśmy lampiony. Na szczęście dużo ich nie było do powieszenia, bo optymalizujemy trasy, no i w dwie osoby poszło szybciutko. O 10.00 w miejscu startu była zbiórka organizatorów, czyli nas, ruchomych PK w postaci Michała i Krzysztofa, a fotoreporterka dojechała później. Oczywiście przybyli także niezawodni Stowarzysze - Barbara i Darek M. Obanerowaliśmy się, rozłożyli sekretariat, ruchome punkty dostały swoje wyposażenie, Zuza uruchomiła aparat i pierwsze zespoły ruszyły na trasę.
Tomek sprytnie wykoncypował żeby metę zrobić w OKIS-ie, bo tam miał się odbywać piknik z okazji Dnia Dziecka. Zdejmowało to z nas obowiązek zapewnienia uczestnikom rozrywki na czas oczekiwania na wyniki. Tak więc pół godziny po otwarciu startu Tomek pozbierał część klamotów i pojechał zakładać metę. Ja jeszcze przez godzinę dyżurowałam na starcie wypuszczając kolejne zespoły. A na mecie wraz z pojawianiem się uczestników, pojawiły się i wątpliwości: czy ten punkt to dobrze stoi?, a bo tu wychodzi BPK, a teren się nie zgadza, a tu zdjęcie też pasuje itd., itp. Fakt, mapę mieliśmy sprzed roku, a w tym czasie teren nam trochę przekopali, ścieżki wydeptali jakieś nowe, a i my jeden punkt postawiliśmy od czapy, bo mapę robiłam ja, a wzorcówkę Tomek i niekoniecznie wszystko się idealnie pokryło. Ponieważ to nie zawody o złote kalesony, ani jakieś ferrari, czy inne takie, postanowiłam więc uznać wszelkie zażalenia, a na przyszłość pińćset razy sprawdzić każdy punkt. Jak by się człowiek nie okręcił - d... zawsze z tyłu. No, ale to nie tylko u nas - na wszystkich zawodach jakieś drobne wpadki się zdarzają. Tym się pocieszam i tego się trzymam:-) Lampiony zadeklarował się zebrać Michał, bo przyjechał rowerem i wydawało mu się, że rower usprawni zbieranie. Moim zdaniem raczej utrudniał, ale nic nie mówiłam, żeby nie spłoszyć. Zebrał wszystko dzięki czemu resztę niedzieli mogliśmy spędzić na słodkim nicnierobieniu.
Za niecałe dwa miesiące kolejna runda. Jak by tu sobie utrudnić życie i co pracochłonnego wymyślić??? Jakieś pomysły, sugestie?

wtorek, 9 maja 2017

Rodzinne MnO

Jeśli ktoś pomyślał, że po Niepoślipce zalegliśmy do góry brzuchami i oddali się słodkiemu nieróbstwu, to otóż - nie! Tydzień później miały się odbyć Rodzinne MnO i trzeba było ostro wziąć się do roboty. Chcieliśmy czymś zaskoczyć naszych uczestników, więc zamiast iść na łatwiznę i zrobić typowe mapy, oczywiście szukaliśmy udziwnień. Tomek wspiął się na wyżyny pomysłowości i wykoncypował mapę na wiatraczku, ja już trochę poszłam na łatwiznę i zdjęcia do trasy postanowiłam umieścić na chorągiewce. Żeby sobie dzieci mogły powiewać.
Mapy zrobiliśmy, Tomek swoje zalaminował, poskładaliśmy je w wiatraczki, do chorągiewek dokleiliśmy patyczki, nabyliśmy wyżywienie i tylko jedno nas niepokoiło. Zawsze, ale to zawsze najliczniejsze zgłoszenia napływały już po zamknięciu listy i wydrukowaniu map, a tym razem nastała niepokojąca cisza. Co prawda zgłosiło się koło pięćdziesięciu osób, ale jakoś dziwnie było bez ciągłych telefonów i maili. Najwyraźniej reszta chętnych przestraszyła się pogody i odpuścili. Bo też i pogoda nie była zachęcająca i do ostatniej chwili niepewna. Bałam się nawet czy ci zapisani przybędą, ale tak czy siak imprezę planowaliśmy przeprowadzić najlepiej jak potrafimy.
W niedzielę rano zrobiliśmy wzorcówki i pojechaliśmy rozwiesić lampiony. Część PK była zdjęciowa, więc tego rozkładania nie było jakoś strasznie dużo, nawet biorąc pod uwagę dwie trasy. Potem wróciliśmy do domu po wszystkie niezbędne rzeczy i już w drodze do bazy złapała nas telefonicznie Barbara, że pod szkołą stoi tłum żądny wyjścia na trasę, a nas nie ma. Było tak mniej więcej pół godziny do planowanego startu. Dodaliśmy więc gazu i z fasonem zajechali pod szkołę. Szkoła zamknięta. Jeden z bardziej obeznanych uczestników wyjaśnił, że w weekendy wchodzi się od tyłu, więc tam poszłam dobijać się do dyżurującego woźnego. Pan okazał się przesympatyczny i udzielił nam wszelkiej daleko idącej pomocy. Przy pomocy Barbary i Darka oraz chętnych uczestników w try miga zorganizowaliśmy sekretariat zawodów i mogłam zacząć urzędowanie.

Zawsze przy takich imprezach mam dylemat - robić oficjałkę z przemową ludzkim głosem, czy od razu puszczać na trasę tłum przytupujący z niecierpliwości. Pod względem takich decyzji organizacyjnych to jestem d..a wołowa, a moje zdolności panowania nad grupą są zerowe. Na ogół więc wychodzę z założenia, że jakoś to będzie i jak do tej pory faktycznie zawsze jakoś to było.
Ponieważ lekko kropiło, a w perspektywie były większe opady i każdy chciał wyjść przed deszczem, więc ja szybko odnotowywałam przybyłych, a Tomek szybko wypuszczał na trasę. To jest jednak fantastyczne, że tyle rodzin i to z naprawdę małymi dziećmi nie przestraszyło się pogody i przyszło na marsz.
Sporo osób nabrało się na tomkową koncepcję mapy z punktami podwójnymi i praktycznie kilkukrotnie musieli przejść trasę. Było jednak kilka sprytnych zespołów, które najpierw mapę poskładały do kupy, a potem tylko sprawnie zebrali co trzeba. Na mojej trasie nie było żadnych zagwozdek poza stowarzyszonymi zdjęciami. Znowu po kilka zespołów przeszło na zero w każdej kategorii i naprawdę chyba w tej edycji dojdziemy do kuriozum TF/TZ:-) Zdolnych ludzi mamy w Zielonce, a co?
Kiedy już zwijaliśmy się do powrotu, na start wpadł jeszcze jeden zapóźniony zespół chcący wystartować. Wcześniej nie dali rady z racji obowiązków, ale nie widzieliśmy powodów żeby pozbawiać ich rozrywki. Dostali kartę startową, czas wyjścia z zegarka, a czas powrotu mieli wpisać sami i przesłać zdjęcie wypełnionej karty. U nas zawsze frontem do klienta:-)
Za miesiąc druga runda i znowu musimy błysnąć pomysłowością w temacie map. Ktoś coś? Jakieś pomysły? Genialne rozwiązania? A może ktoś chętny do pomocy?
Poważne oferty prosimy składać w komentarzach lub mailowo.