Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budzyń 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budzyń 2016. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2016

Budzyń - ostatnia odsłona.


Po powrocie obiad. I wypoczynek. W ramach wypoczynku, jako że padać przestało, pojechaliśmy zobaczyć : „Najmniejszy Rezerwat w Polsce” w ramach TRInO.  Okazało się, że rzeka nie chce płynąć, a gospodarstwo agroturystyczne stało się gospodarstwem rybnym, ale udało się!
W bazie tańce, hulanki, swawola - znaczy InOMemory. Organizatorzy liczą i liczą wyniki. Coś tam korygujemy i czekamy na listy startowe, których nie ma. Pierwszy etap wygraliśmy, drugi przez zamierzonego stowarzysza i zamienione lidary ukończyliśmy na 3 miejscu. Ogólnie jesteśmy na 2 stopniu podium. Zapada zmrok, za oknem leje i błyska. Lekki chaos organizacyjny – autobus pod bramą (na szczęście opady zanikają), krążą słuchy o opóźnionym wyjeździe i ciągle brak minut startowych.  Nauczeni doświadczeniem atakujemy autobus jako pierwsi i zajmujemy wygodne siedzące miejscówki. Za nami rusza tłum i wkrótce mamy nadkomplet. Chodzą słuchy, że wiszą jakieś minuty startowe, ale w takich warunkach wyjście z autobusu by je sprawdzić jest nierealne. Wreszcie ruszamy. Jedziemy niedaleko. Organizatorzy dopiero organizują start na niewielkiej polance koło drogi. Właściwie, zanim ruszą pierwsi na trasę, dobija drugi kurs autobusu – robi się gwarnie i wesoło. Organizator zaczyna wołać uczestników, ale bez megafonu ciężko to idzie. Przygotowujemy się do startu – okazuje się, że Darek zapomniał kompasu. Jest do niego przywiązany, więc zabiera się w kurs techniczny z organizatorem, który po coś wraca do bazy.

Ja zostaję by opóźnić nasz start. Wreszcie dowiaduję się, że mamy zerową minutę startową…. Wkrótce nas wołają – udaje mi się wynegocjować opóźnienie. W międzyczasie psuję sobie zapasową latarkę – fajnie się zaczyna!
Wreszcie idziemy w las. Interwały małe, wszyscy idą jedną drogą, tyle że każda grupka w innym kierunku. Mapa jakaś taka „transparentna”, a wręcz bezwstydnie prześwitująca. W nocnych warunkach to utrudnienie, ale nauczony doświadczeniem noszę ze sobą białą kartkę. Darek robi jakąś prowizorkę z kalki i chusteczek higienicznych. Pierwsze dwa PK idą dobrze. Składanie całości banalne. Na PK 4 idziemy azymutem. Przebijamy się na PK 5 azymutem, ale autor wyczarował drogę dokładnie na azymucie. Pierwszy problem na PK 6. Mapa się nie zgadza. Na odległość od drogi/płotu lampion wiszący w niby dołku. Prawdziwy dołek zaś dalej i także z lampionem. Bierzemy ten „prawdziwy dołek” odgadując intencje budowniczego. Kolejny wycinek 7,8,9. Cos się nie zgadza z łączeniem, ale teren na tyle charakterystyczny, że jakby się nie poszło, to trafimy. Po drodze spotykamy pędzącego Kubę z jakimś zespołem (tego z którym etap pierwszy przeszliśmy) , który z uśmiechem pyta nas czy mamy 10-tkę (i czy w ogóle znaleźliśmy ją na mapie). Patrzymy dokładnie na mapę… dziesiątki nie ma! Piętnastki także nie ma! Są podane jedynie na nie azymuty i odległości w tabelce, która miała umożliwić przejście miedzy schematami! 15-ka jak nic wychodzi na paśniku przy mecie. Na 10-tkę mamy odmierzać się z szóstki, przez którą i tak będziemy szli, tyle że w kierunku startu i to całkiem spory kawałek! Spokojnie zbieramy 7, 8, 9, bo niestety trasa nie stanowi logicznego przejścia tylko przypomina literę E gdzie trzeba wchodzić w różne odnogi. Po drodze atakuje nas dzikie zwierzę w postaci przymilnego kotka. Na szczęście szybko gdzieś się gubi. Wracamy do szóstki i namierzamy się na 10-tkę. 380 metrów drogą w stronę startu. Daleko. Koło 320m jakiś lampion. Za wcześnie. Dochodzimy do 280m i jest lampion. Uff. W tył zwrot i idziemy dalej. Po jakiś 200m jeszcze raz liczymy punkty na mapie. Jeszcze czegoś brakuje…  TRÓJKA! I gdzie ona jest? Dokładnie tam gdzie byliśmy przed chwilą - koło dziesiątki wrrrr. Ile razy można chodzić po tej samej drodze!!! Azymut od dwójki niby tylko 70 m, ale prowadzi w bardzo gęsty młodnik. Na oko to za młodnik – na drogę gdzie wisi 10-tka. Podchodzimy do problemu analitycznie – Darek okrąża młodnik drogami, ja stoję przed młodnikiem i latarką oraz krzykiem nakierowuję go na właściwy punkt. Mamy. Ciut obok tego co pokazywał kompas, ale w granicach błędu. Jeszcze raz sprawdzamy mapę i postanawiamy definitywnie pożegnać się z tą okolicą, no bo ile można się wracać?
Zostają ostatnie trzy wycinki. Proste i dobrze dopasowane, z logicznym schematem przejścia. Ostatni PK w „trzecim dołku” dobrze oznaczony lampionami, tak że nie trzeba było biegać po krzakach i liczyć dołków – wszystkie lampiony świeciły dobrze widoczne z drogi;-) Meta z dużym zapasem czasowym. Ognisko, kiełbaska i powrót do bazy na atrakcje wieczoru czyli InO w Basenie.
Darek nie pływa więc idę sam. Tym razem postanowiłem zacząć na płytkiej wodzie.  Nie ma tu lampionów „na słupkach” wszystko na dnie, ale wykoncypowałem sobie, że może wygodniej będzie chodzić zamiast pływać.  Jednak chodzenie idzie zdecydowanie wolniej. I nie spieszę się, bo rok temu próbowałem płynąć szybciej i w efekcie zapamiętane kody plątały się w pamięci. W efekcie niezłe 4-te miejsce!
Organizatorzy liczą wyniki z nocnego. Konkurencja z 3-ciego miejsca patrzy im na ręce, więc i ja wbijam do sekretariatu patrzeć na ręce konkurencji. Różnica między nami nieduża – wszystko rozbija się o jednego stowarzysza. Pierwszy wariant oceny – my mamy 10-tkę stowarzysza, Mariusz i Robert mają dobrego (choć brali na czuja bez mierzenia i wyszedł im ten bliższy na 310 metrze). Nie podoba mi się to, bo co jak co, ale odległościomierz w nogach mam precyzyjny. Zaczynamy walkę przy zielonym stoliku. Okazuje się, że lampiony wieszał kto inny niż budowniczy – idzie on na dywanik. Pokazuje gdzie co powiesił i się kody zgadzają z tym co braliśmy. Żądam dokonania pomiaru w terenie;-) Oczywiście nikomu się nie chce iść w noc, ale od czego mamy internet!  Geoportal i pomiar odległości. Wszystko rzucane na ścianę rzutnikiem niczym w kinie. Chwila prawdy…. Nasz lampion jest ok 380m od PK 6 ten wcześniejszy ok. 310 m. Jak się okazało autor coś źle zmierzył i wpisał na mapę! Czyli wygrywamy etap! Niestety do pierwszego miejsca zabrakło tego stowarzysza z etapu 1.
Rano oczywiście nagrody, puchary i owacje. W TS-ach całe podium to ekipa „warszawska”.
Powrót do domu prawie „w pełni chwały” realizujemy „na około” przez Sandomierz.  Zainspirowani sardynkowym autobusem dopychamy do auta „naszych”, którzy udzielali się na konferencji krajoznawczej w Sandomierzu. Przy okazji dowozimy weryfikat TRInO z pieczątką – rzuca się na nas tłum wygłodniałych łowców pieczątek, świeżo zarażonych ideą TRInO! Chwila błąkania się po urokliwym Sandomierzu w oczekiwaniu na zakończenie konferencji i dalej bez przeszkód docieramy do domu, aby w ramach „wypoczynku” harować nad DMP-amiJ

czwartek, 29 września 2016

Budzyń 2016 - cz.2

Ciąg dalszy Tomkowych wynurzeń:

Dzień, czyli coś o „skąpstwie” budowniczych.

Ciężka noc za nami.  Właściwie to moglibyśmy robić zawody „kto głośniej chrapie” i bylibyśmy w czołówce nasza salą.O 8:00 rozpoczęcie, przemówienia i stół pełen nagród na zachętę;-) Potem pakowanie do autokaru niczym sardynki i wyjazd na start. Etap 1 – mamy „dołkiem na azymut”. Ale co? Rzucać? Iść? Nikt nie wie. Idziemy szukać pierwszego dołka, czy azymutu. Tu już krąży zdezorientowany tłumek – wiadomo pierwsze jest najtrudniejsze. Małe interwały, więc siłą rzeczy stowarzyszamy się z Kubą. We wskazanym miejscu dwa lampiony na krzyż. Widzimy, że budowniczy oszczędzał na lampionach! Chwilę zajmuje wejście w sposób myślenia autora trasy i wreszcie mamy pierwszy kawałek. Drugi coś nie do końca zgadza się azymut, ale znowu jedyny lampion i nie ma wyboru. Trzeci – sęk w tym, że nie ma lampionu, choć są jakieś dołki. Jak już znaleźliśmy lampion, to wiemy co dopasować.  Wiemy już, że coś nie do końca zgadza się ze skalą i azymutami – trzeba szukać szerzej. Kolejny PK wychodzi znacznie dalej niż z naszych pomiarów. Tu jest sporo dołków i wreszcie kilka lampionów. Jako, że z odległości żaden nie pasuje, lecimy na jednoznaczny PK 7, by odmierzyć się na krótkim dystansie. Zgarniając PK 6 cofamy się do dołków oznaczonych ósemką. Teraz jednoznacznie trafiamy na właściwy, PK 8 i azymut na PK 9. Niestety, zero lampionów. Darka wysłaliśmy przodem, by zlokalizował ów PK i jego także nie widać. Wołamy – zero odzewu. Widzimy czeszących uczestników, którzy zmieniają kierunek bardziej na lewo. Idziemy tam i jest Darek wystawiający nam lampion.  Jakoś nie dowierzamy. Ale synchronizujemy kompasy i z braku innych lampionów bierzemy. Przemykamy przez 11 i idziemy szukać 10. Tu trafił się bardzo niejednoznaczny teren – więc dopasowujemy niejednoznaczny wycinek. 13 i 12 to formalność. 14 także, ale kończy się czas. My jako „emeryci” mamy niby 10% na TS, ale i tak czasu mało. Zostaje ostatni PK. Widać z niego metę, ale coś się nie zgadza. Wbijamy jak leci – najwyżej będzie stowarzysz i na metę. Niby prosty etap ale bez podbiegania ani rusz!


Coś się chmurzy i spada kilka kropel, więc kanapka i na drugi etap. Bez tramwaju, bo organizator kapnął się, że za małe interwały były na pierwszym etapie. Dostajemy puzzle. Takie prawdziwe, „z fabryki”. I do tego tekturkę oraz torebkę strunową. Pełen komfort! Komfortowo okupujemy maskę auta organizatora i szybko składamy puzzle i pakujemy do torebki (bo znowu coś tam pokapuje). Na szczęście mam pisak wodoodporny – będzie można mazać po torebce. Trasa prosta- choć jakość wydruku zabiła kawałki lidarowe i obawiamy się o odległości przy chodzeniu na azymut. Na próbę szukamy oczywistego najbliższego PK. Jest i to całkiem szybko. Dalej decyzja – „idziemy od prawej”, bo przecinka prosta jak drut ma przechodzić przez 3 wycinki i obok czwartego. I nawet wiemy przez które wycinki tylko nie jesteśmy pewni kolejności. Precyzyjne mierzenie odległości i jest spodziewany płot. Tyle, że ma troszkę inny kształt niż na wycinku… ale nic innego nie pasuje – bierzemy! Kolejny wycinek idealnie się zgadza, w plan możemy wrysować nieujawnioną przecinkę. Czwarty wycinek ma być gdzieś z boku. Odmierzamy… i nic tam charakterystycznego nie widzimy. Omijamy go (bo wiemy, że przez niego wrócimy) i idziemy dalej. Tu także się zgadza wszystko… poza lampionami. Są dwa i stoją w odległości mniejszej niż 2mm w skali mapy od środka okręgu. Bierzemy ten „lepszy” – niech się budowniczy martwi;-). Mamy drogę prowadzącą na ominięty wycinek. Znowu płot o niepasującym kształcie, ale jesteśmy na to już przygotowani;-) Kolejny wycinek – na tej dorysowanej przecince. Pierwszy lidar! Dalej widać wydmę – jest tam skupienie 3 wycinków – wiemy już jakich tylko nie znamy kolejności. Idziemy. Niestety, są to te nieczytelne lidary z rzeźbą. Mamy dwa lampiony na dwa wycinki. Każdy układ pasuje. Wpisuję wariant Darka. Kolejny lidar z dołkiem i docieramy do przecinki prowadzącej na metę. Zostały 4 wycinki z tego 3 na tej prostej drodze na metę. Zaczyna padać coraz bardziej. Szczyt górki – deszcz zalewa okulary. Darek wyciąga przeciwdeszcza – ja twardo – „na lekko” mniej się zmoczy. Tylko te okulary – nie mam czapki z daszkiem i ledwo co widać! Na górce prawie złapaliśmy stowarzysza przez ten deszcz. Dalej feralna trzynastka – ktoś mówił, że BePek. Jakość lidara troszkę przeszkadza jednoznacznie rozeznać się w terenie. Jest jeden lampion, ale raczej stowarzysz. We właściwym miejscu nic nie wisi. Mając szacunek do Autora, który zaniemógł i nie mógł sam powiesić trasy, wbijamy „zaplanowanego” stowarzysza zamiast BePeKa. Przedostatni wycinek bez problemów. Jakby ciut mnij padało albo się przyzwyczailiśmy. Przed nami ostatni płot. I konsternacja. To że płoty się nie zgadzają – to normalne, ale drogi? Powinna być przecinka, a jest zwykła droga… Ale nie ma wyboru, jeden jedyny lampion. Gdyby nie ta droga, to by pasował. Bierzemy i na metę. Dotarliśmy idealnie - autobus prawie gotowy do odjazdu. Bawimy się w sardynki i jedziemy do bazy na wypoczynek przed etapem nocnym.
c. d. n.

PS
Zdjęcia ze strony Organizatora.

Obiecanki - cacanki, czyli Budzyń 2016

Słowo się rzekło - kobyłka u płota. Wreszcie wydarłam od Tomka relację z Budzynia.
Na razie część pierwsza:


Budzyń 2016.
Rok temu były to DMP-y, które zapadły w pamięć InO w basenie fajną atmosferą. Więc trzeba było pojechać – szczególnie, że organizator ciągle nagabywał. Niestety, bez Mojej Drugiej Połowy, która spełniała się w kuchni. Umówiłem się z Darkiem M. na wyjazd o 10-tej w piątek. Po drodze planowaliśmy Sandomierz, a nawet TRInO w Kołaczni. Wsiedliśmy w auto i daliśmy w gaz. Dosłownie – bo auto na LPG;-)
Nie zdążyliśmy dojechać do połowy drogi gdy rozdzwonił się telefon. Oczywiście Organizator wzywał nas do przetestowania specjalnej trasy TRInO przygotowanej na Budzyń 2016, ale jakby mającej jakieś braki.  Organizator prosi - my ulegamy – wiadomo jak ma się chody to i lepszą minutę startową się dostanie….
Jedziemy więc do Nowej Sarzyny. Tu wszystko w rozsypce, bo jesteśmy dużo przed czasem. Dostajemy mapę i idziemy sprawdzać TRInO. Takie bardziej TZ TRInO, czyli jakiś obrót, zmiana skali itp. Co ciekawe, w większości po lesie. Trochę słupków ZPK orz kilka „dziwnych pytań” np. o roślinę do plecenia wianków. Zastanawiamy się czy to brzoza (z brzozy to miotły lub rózgi raczej), sosna (no chyba jakiś masochistyczny wianek by wyszedł z igłami), a może liście dębu? Znajdujemy źle wrysowany w mapę słupek, sporo zmian w terenie, więc korygujemy co się da.
W bazie już zaczyna się ruch. Siadamy z mapiarzem i dyktujemy zmiany. Udaje się coś wyprodukować - uff!
Wieczór – planowane BnO po ZPK. Rok temu był to scrorelauf – teraz ma być inna trasa. Okazuje się – liniówka. Darek odmówił biegania – widać nie lubi się pocić;-) Na starcie tłum młodzieży. Raczej nie biegającej, lecz gubiącej się. Niby to indywidualne zawody, ale oni grupują się w większe zespoły, a każdy z nich rusza w innym kierunku. A niby to ta sama trasa! Jakiś zespół naprowadzam na właściwy kierunek (w nocy wszystkie kierunki wyglądają tak samo!) Wreszcie się rozluźnia, dopycham się do startu dostaje mapą i startuję. Przed pierwszym PK dopadam jakąś młodzież. Widząc, że biegnę, unoszą się honorem i także przechodzą w kłus. Coś mi jednak z rozbiegania zostało – oni gdzieś zasapani zwalniają, a ja lecę dalej. Przy perforatorach kolejki. Przynajmniej na początku – druga część to już samotność w wielkim ciemnym lesie;-) Wreszcie meta, czas standardowy jak na ten dystans. Potem „zgubienie się” przy powrocie do szkoły… dzień bez zgubienia się – dniem straconym;-)
W bazie coraz weselej. Przyjeżdża konkurencja (przyjechała gdy biegaliśmy i pognała na start) i po towarzyskich pogawędkach idziemy spać.