Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowiec. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2025

Bukowa Cup - etap 1, czyli jak na dobry początek zgubić się trzy razy.

Majówkę postanowiliśmy spędzić w Szczecinie, ale wiadomo - biegając z mapą. Wybraliśmy się na Bukową Cup. Jakieś trzy lata temu przetestowaliśmy tę imprezę, okazała się fajna, tylko trochę daleko. No, ale co trzy lata to można zaszaleć.
Kwaterę mieliśmy blisko zawodów, na obrzeżach Szczecina, a na miejscu spotkaliśmy Sławka i Michaiła. Czyli sami swoi.
Już pierwszego dnia miały się odbyć dwa etapy - rano bieg średniodystansowy po Puszczy Bukowej, a wieczorem sprint w Gryfinie. 
Na pierwszy etap oboje z Tomkiem mieliśmy dalsze minuty startowe, ale ponieważ Sławek startował na początku, a i miejsce parkingowe trzeba było zająć strategiczne, to przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych. Założyliśmy obozowisko pod flagami (bo zawody międzynarodowe) i czekaliśmy relaksując się na słonku.
 
Zaczęło się sielanką. (Fot. Tomasz Krysiak)
 
Start był blisko bazy, ale z nudów poszliśmy wcześniej, bo co za różnica gdzie się czeka. No, może taka, że nie ma foteli do siedzenia:-)
 
Idziemy na start.
 
Pierwszy wystartował Tomek, ja musiałam poczekać jeszcze 17 minut. Za mną startowały jeszcze tylko trzy osoby i czułam lekki niepokój, że w lesie już nie będzie kogo pytać: ale gdzie ja jestem? 
Start był mocno w dół i od razu pomyślałam, że potem trzeba będzie tę utraconą wysokość nadrobić. Pierwszy punkt był blisko, wyglądał na łatwy i nic nie zapowiadało dramatu.
Już od startu zaczęło mnie znosić w lewo (sic!), minęłam punkt w może niezbyt dużej odległości, ale wystarczającej by go nie namierzyć i bezmyślnie zaczęłam schodzić w dół wąwozu. Po mazowieckich płaskich mapach zagęszczenie poziomnic mnie oszołomiło i doszczętnie ogłupiło. W połowie zejścia wróciło mi opamiętanie i z powrotem wgramoliłam się na górę. Znowu przeszłam obok punktu, w jeszcze mniejszej odległości niż poprzednio i znowu nie zauważyłam lampionu. Wróciłam prawie pod start, ale głupio mi było zaczynać od nowa, więc znowu zawróciłam. Tym razem postanowiłam szukać rowu w pobliżu którego miał stać punkt. Przy tych górskich poziomnicach spodziewałam się rowu głębokiego co najmniej  na metr, dlatego niewielkiego rowku w ogóle nie zauważyłam. Byłam już tak zdesperowana, że zaczęłam rozważać opcję poddania etapu, zwłaszcza że do klasyfikacji generalnej miało liczyć się pięć etapów z sześciu. W ostatniej chwili doznałam przebłysku geniuszu. Błąkając się tam i z powrotem cały czas widziałam fotografa stojącego w jednym miejscu. Wreszcie olśniło mnie, że przecież on na pewno czyha przy punkcie na nadbiegających zawodników, żeby cyknąć im fotkę. I faktycznie, tak było. Nawet nie wiem czy mi cyknął, bo zawstydzona, po podbiciu jedynki szybko czmychnęłam w las.
 
Pierwszego punktu szukałam prawie 13 minut.
 
Jednak zrobił:-)
 
 Do dwójki trzeba było zejść w dół i szukać za rozlewiskiem rzeczki. Pilnowałam już azymutu jak największego skarbu i udało się trafić. Podobnie do trójki, gdzie litościwie było prawie po płaskim, a sam lampion stał w bagienku. Wolę bagienko niż nawet najmniejszą górkę. Czwórka blisko, w dołku w gęstwince. Trochę się obawiałam, czy ją wyczeszę, ale weszła bez problemu.
Zaczęłam się już powoli uspakajać po tych trzech bezbłędnie wziętych punktach, wróciła mi nadzieja, ale wiadomo - co się polepszy, to się popieprzy.
Do piątki był najdłuższy przebieg na całej mojej trasie, do tego po drodze trzy wąwozy.  Z PK 4 dość łagodnie zeszłam do pierwszego, po czym wspięłam się w górę w okolice nieszczęsnej jedynki. Prawdę mówiąc wcale nie zauważyłam, że znowu jestem w tym  przeklętym miejscu i może to lepiej dla mojej psychiki. Stromym zboczem zeszłam do kolejnego jaru łapiąc się po drodze wszelkiej dostępnej roślinności, żeby nie zjechać w przyspieszonym tempie, ale za to bez zębów. Kiedy dotarłam na dno i zobaczyłam ścieżkę zaczęłam się rozglądać za skrzyżowaniem z drogą do szóstki. Bo wiecie, w międzyczasie zapomniałam, że idę na piątkę i dałabym sobie głowę uciąć, że mam zaraz podbić szóstkę. Oczywiście teren niespecjalnie zgadzał mi się z otoczeniem szóstki, choć pewne fragmenty były zbieżne. Stałam tak ogłupiała, aż podeszli do mnie jacyś spacerowicze zainteresowani moimi poczynaniami. Wyglądali na tubylców, więc z lekką nadzieją podsunęłam im mapę i zadałam sakramentalne pytanie: gdzie jesteśmy? Niestety, mapa bez podpisanych górek nic turystom nie mówiła, to i niewiele się dowiedziałam. Ale za to przypomniałam sobie, że idę do piątki, a nie do szóstki i... zawróciłam. Wciąż trwałam w przeświadczeniu, że jestem tuż przed szóstką. Sądząc, że jestem dwa jary za daleko pomyślałam, że nie ma opcji - nie dam rady tyle wrócić, a potem znowu  podejść pod szóstkę. W głowie znowu zaczęła mi kiełkować myśl, żeby olać etap i od razu wrócić na metę. Tak bijąc się z myślami wspinałam się po zboczu, z którego niedawno schodziłam.  A stromo było tak, że chwilami szłam na czworaka, żeby mnie nie gibnęło do tyłu. W sumie było tak samo stromo jak przy schodzeniu - nic się nie zmieniło, ale wciąż mnie to zaskakiwało. Po drodze przysiadałam na pieńkach i zwalonych drzewach. I kiedy już prawie wyszłam na samą górę znowu doznałam iluminacji - przecież droga, przy której spotkałam turystów jest przed piątką i zupełnie niepotrzebnie się wracam! Teraz to już mi się zachciało płakać - ze zmęczenia, z perspektywy ponownego złażenia na dół i wreszcie nad swoją głupotą. Ale zlazłam, bo ta piątka w sumie nie była już tak strasznie daleko. Jak zlazłam, to wiadomo - musiałam znowu wspiąć się na przeciwległe zbocze. Tym razem już siadanie nie wystarczyło, w połowie podejścia musiałam sobie chwilkę poleżeć. A czas płynął nieubłaganie... Kiedy już mi się wszystko wyklarowało - dokąd zmierzam, gdzie jestem, kiedy odpoczęłam chwilę, dalej poszło już dobrze i po chwili podbijałam tę nieszczęsną piątkę.
 
 Ja to na łatwiznę nie idę.
 
Szóstka weszła nawigacyjnie bezproblemowo, ale okupiona ogromnym wysiłkiem, bo między punktami znowu były dwa wąwozy. Znowu musiałam siadać na czym popadnie. 
Szóstka była w połowie trasy, a ja wykorzystałam już połowę limitu czasu. A wiadomo, że jak człowiek skrajnie zmęczony to i porusza się coraz wolniej. Zaczynałam mieć obawy czy zmieszczę się w limicie, a szkoda byłoby  być nieklasyfikowaną po takim wysiłku.
Do siódemki dowlokłam się siłą woli, ale za to niemal po kresce. Tu już przewyższenia były jakby ociupinkę mniejsze, a przynajmniej tak sobie wmawiałam. 
Po siódemce zeszłam do drogi biegnącej wzdłuż strumienia, a na końcu drogi miałam wrócić na zbocze, znaleźć kamień i podbić ósemkę. Droga się skończyła, weszłam na zbocze (dość łagodne na szczęście), znalazłam kamień, potem drugi, ale lampionu to już nie. Kiedy doszłam do drogi, wiedziałam, że jest bardzo nie OK. Niestety, zamiast namierzyć się z charakterystycznego zakrętu, ruszyłam z powrotem metodą na oko i jakoś to będzie. Początkowo za nic nie chciało jakoś być, ale kiedy zła na cały świat podjęłam decyzję, że olewam, odpuszczam, wracam - kamień (i to spooory) sam stanął mi na drodze. W tej sytuacji odpuszczanie nie wchodziło już w rachubę. Mam podejrzenia wynikające z oglądu śladu, że ścieżka wzdłuż strumienia w rzeczywistości ciągnęła się dalej niż było to zaznaczone na mapie i dlatego w złym miejscu z niej zeszłam.
 
A co tam, pokrążę sobie trochę.
 
Dziewiątka i dziesiątka były zarówno na mapie jak i w terenie w bardzo charakterystycznych miejscach, więc nie błądziłam. Bo wiecie - mapa nie zawsze zgadza się z tym co się ma przed oczami, ale tu akurat się zeszło. Idąc co chwilę spoglądałam na zegarek, bo czasu coraz mniej, a punktów dwanaście. Na szczęście każdy kolejny był coraz łatwiejszy i nawigacyjnie i technicznie, bo i przewyższenia były coraz mniejsze. To pozwoliło nieco przyspieszyć i resztką sił WBIEC na metę, mając w zapasie jeszcze kilkanaście minut.
 
Ukochana meto!
 
Za metą padłam i nawet nie miałam siły sczytać czipa, tylko wysłałam Tomka. Okazało się, że wcale nie wróciłam ostania ze wszystkich zawodników, bo za mną jeszcze ktoś tam był. Niby kilka osób jeszcze startowało po mnie, ale myślałam, że będą szybsze. Z trasy o nominalnej długości 2,7 km udało mi się zrobić 4,7. Oczywiście w swojej kategorii zajęłam najostatniejsze miejsce i to z czasem ponad trzy razy dłuższym niż zwyciężczyni. Totalny obciach.
 
Moja trasa i mój żałosny przebieg.

poniedziałek, 20 listopada 2023

ZZK z urwaną nóżką

Bukowiec - teren tradycyjnie obiegiwany na treningach ZZK. Renata „znowu” odmówiła biegania po lesie, a ja postanowiłem sprawdzić jak tam czuje się moja noga po miesiącach odpoczynku. Pogoda iście wiosenna. Cieplutko, słonecznie…. 

Na starcie tradycyjne, jak na taką pogodę, zagęszczenie ludu wszelakiego.

 

Na starcie
Pik-pik i w las. Po kresce do PK 1. Lampion był dopiero w trzecim dołku, ale udało się trafić;-) Na PK 2 daleki przebieg ale prawie po kresce, bo na kresce były dołki, zagłębienia i inne charakterystyczne elementy. Zresztą sam lampion na górce i charakterystycznym drzewie, ciężki do przeoczenia. 

W takim lesie to aż chce się biegać...
Do PK 4 jak głupi przedzierałem się przez krzaki. Może nie aż tak gęste jak na mapie, ale zawsze to spore utrudnienie… a można było drogą. Zresztą zniosło mnie lekko, więc i tak trafiłem na drogę, ale już tuż obok lampionu. Kolejne kilka punktów bez historii – biegłem i punkt się znajdował. No, może PK 7 – ukryty w ukrytym rowie, ale tu nakierował mnie w ostatniej fazie widok osób wychodzących z punktu. 

Do PK 11 daleko i już zaczynałem czuć przetrąconą nóżkę. Przez to chyba mnie co nieco zniosło, ale zielony młodnik widoczny był z daleka i dawało się jakoś trafić rozglądając się w około. 

"Klubowy" PK 15 z kodem 44
Gdzieś tam koło PK 26 pojawiła się Sylwia. Co tu dużo mówić – dziewczyna biega szybciej niż potrafią moje kulawe nogi. Po PK 25 straciłem ją z oczu. Jakie było moje zdziwienie kiedy na mecie pojawiła się ładny kawałek czasu za mną! Niestety, w ogólnym wyniku i tak miała lepszy czas niż mój.


 

wtorek, 25 czerwca 2019

Średni dystans w samo południe.

Ponieważ bieganie przy 30 stopniach nie jest specjalnie zalecane, dlatego odpuściliśmy Rajd Czterech Żywiołów, ale żeby tak nie zostać z niczym, postanowiliśmy spróbować swoich sił w biegu średniodystansowym. Takie tam Mistrzostwa Mazowsza, gdzie w swoich kategoriach byliśmy pewniakami do medali ze względu na frekwencję:-)

Przy listach startowych z Anią.

Mój dystans (czyli dla starszych pań) wynosił 3,8 km, więc kiedy zapisywałam się, wydawało mi się, że to bułka z masłem, mały pryszcz, pikuś. Niestety, zawody były rozgrywane w samo południe, a temperatura paliła mózg, mapy i i podeszwy butów. Nawet siedząc czułam się zmęczona i w końcu zdałam sobie sprawę, że lekko nie będzie. Ale ponieważ w kategorii wiekowej byłam tylko ja i Joanna, więc nie było gdzie się spieszyć. Poza tym, jak ja się zaczynam w lesie spieszyć, to nic dobrego z tego nie wynika.
Na pierwszy punkt ruszyłam jeszcze biegiem, ale już w drodze na drugi odpuściłam - za ciężko. Na trzeci PK nie weszłam dobrze i musiałam chwilkę pokręcić się po okolicy - tam przegoniła mnie Joanna, która biegła. Nooo, ja biegać nie zamierzałam i uznawszy, że drugie miejsce też jest fajne, ruszyłam dalej spacerkiem.
Ponieważ do tego lasu wystroiłam się w krótkie spodenki, pierwotnie zakładałam poruszanie się wyłącznie po ścieżkach, ale organizatorzy tak perfidnie poustawiali lampiony, że trzymanie się ścieżek nie miało większego sensu. Ruszyłam więc szlakiem świętego Azymuta. Nie wiem jak ja ustawiałam ten kompas, ale chyba na żaden punkt nie weszłam bezbłędnie - zawsze kilka, a czasem kilkanaście metrów obok. Niby nie dużo, ale jak lampion jest schowany w dołku, to trochę trzeba poczesać. Na szczęście ani razu nie zgubiłam się tak, żeby nie wiedzieć gdzie jestem i w którą stronę iść. Na metę wbiegłam delikatnym truchtem, bo Tomek stał z aparatem, to trzeba jakoś na fotce wyglądać, nie? :-)

Meta!!!

W wynikach, które były wywieszane na bieżąco, Tomek wyczytał, że na metę dotarłam ze stratą coś koło 30 minut do rywalki. Myślałam, że będzie więcej.
Ponieważ oboje łapaliśmy się na podium (w kategoriach oczywiście), zostaliśmy za zakończenie. Kiedy po kategorii K50 wyczytano od razu K60 poczułam się zbulwersowana.  No zaraz! A my to co? Niewidzialne??? Ponieważ jednak jestem spokojny człowiek, nie zaczęłam się awanturować, szczególnie, że nie dawali w nagrodę samochodów, wycieczek dookoła świata, ani nic takiego, o co warto by kruszyć kopie. Tomek swój medal dostał, więc tak bardzo stratni nie byliśmy.

Nie wygrał, ale medal jest!

Kiedy wieczorem, już w domu obejrzeliśmy oficjalne wyniki, okazało się, że i ja i Joanna mamy NKL-kę. Nooo, to tłumaczyło pominięcie nas przy medalach. Ja poległam na PK 8 - w jednym dołku stał lampion z kodem 65, w drugim 56. Oczywiście trafiłam do tego niewłaściwego, cyfry mi się zgodziły, a na ich kolejność nie zwróciłam uwagi. Jak się okazało, sporo osób zrobiło ten sam błąd. Trzeba przyznać, że ten haczyk udał się organizatorom. Spryciarze!