Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZZK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZZK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2026

ZZK w Legionowie, czyli UFO lub amnezja.

Zaczął się kolejny rok - koniec z opierniczaniem się. Czwartego stycznia wybraliśmy się na ZZK do Legionowa. Zimno, śnieżnie, na drogach ślisko - no, nie ukrywam, że nie chciało się wyjść z ciepłego łóżeczka, ale poświąteczne kalorie pogroziły mi palcem i wstałam.
Moja trasa miała mieć ok. 4 km, ale napchana była punktami na bogato - aż 22.  Była jeszcze wersja bez dróg, ale w takie hardkory to już nie szłam. Nawet Tomek wziął sobie wersję z drogami, ale za to 6 km.
 
Przed startem.
 
Po obejrzeniu mapy miałam takie mieszane uczucia - wydawało mi się, że może być trudno, no i tak baaaardzo mi się nie chciało. Tomek mnie dopingował jak mógł i w końcu wystartowałam.
 
No to lecę.
 
Na szczęście początek był łatwiutki, bo od razu leśną drogą, równoległą do asfaltu, potem w prawo i zaraz jedynka. Do dwójki od razu poleciałam azymutem, choć można było sobie ułatwić, ale w sumie niewielka różnica. Gdzieś między drugim a czwartym punktem (nie pamiętam dokładnie) spotkałam Hanię i miałam wrażenie, że to ja ją dogoniłam. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej byłyśmy już skazane na siebie, bo tempo miałyśmy zbliżone, a wariantów dobiegu do punktów znowu nie tak dużo. Jak byśmy nie kombinowały, to raz jedna, raz druga była pierwsza na punkcie. Mnie takie bieganie okropnie dekoncentruje, bo podświadomie część odpowiedzialności za wybór trasy zrzucam na tę drugą osobę, nawet jeśli tego bardzo nie chcę. 
Oprócz tego, że biegałyśmy praktycznie we dwie, to jeszcze prowadziły nas inostrady, no bo śnieg. Na inostrady już się nauczyłam uważać i nie korzystam z nich tak bezrefleksyjnie. Już mi się zdarzyło dotrzeć na inny punkt niż planowany, więc teraz zawsze kontroluję, czy inostrada idzie po moim azymucie - jak nie to ją porzucam.
Przy PK 13 nie działała stacja bazowa i nie można było się odbić, więc ustaliłyśmy z Hanią, że jak by co (choć ponoć organizator o tym wiedział) to widziałyśmy się wzajemnie i zaświadczymy. Z trzynastki ruszyłam za Hanią, a następne moje wspomnienie to leśna droga, na której znalazłam się znikąd, na dodatek nie wiedząc skąd dokąd mam biec. Nie wiem czy mnie UFO porwało w tym lesie i nagle zwróciło, czy jakaś totalna amnezja mnie dopadła, ale wrażenie było przerażające. Widziałam oddalające się plecy Hani, ale miałam wrażenie, że powinnam biec w dokładnie przeciwnym kierunku. Stałam, rozglądałam się dookoła i usiłowałam sobie przypomnieć co ostatnio podbijałam. Miałam wrażenie, że powinnam biec na piętnastkę, ale czy na pewno? Po chwili minął mnie Bartek biegnący w tę samą stronę, gdzie i Hania. Więc może jednak tam? Gdzie by nie biegli oboje, to w razie czego wolę być z ludźmi niż sama - pomyślałam i pognałam za nimi. Podbiłam szesnastkę i zakładając, że najwyżej będę miałam nkl-kę trzymałam się już kurczowo Hani. Przy dwudziestce byłam przekonana, że wcale, ale to wcale i na 100 procent nie byłam na siedemnastce, ale co tam. Byle do mety. Z tego wszystkiego już nie miałam siły trzymać się mojej "przewodniczki", ale jakoś na metę jednak trafiłam. Przy sczytywaniu czipa - niespodzianka! Mam podbite wszystkie punkty! Jak to się stało?  Nie wiem. Czy zrobiłam to na autopilocie, czy jednak jakieś pozaziemskie siły zadziałały, czy co? Tak że uważajcie w lesie na UFO, uważajcie.

Jednak wszędzie byłam:-)
 

czwartek, 10 kwietnia 2025

Trenujemy na ostatnich ZZK , a Tomek trenuje jeszcze szerzej niż wskazuje mapa.

Mistrzostwa mistrzostwami, ale trenować też trzeba. W sobotę odbyły się ostatnie w tym sezonie Zimowe Zawody Kontrolne, czyli właśnie taki trening. Nawet pogoda dostosowała się do nazwy i zrobiło się zimno. Że niby jednak zimowe te zawody. 
Trasy były dość długie - na mojej średniej 5 km, ale nie wypadało zapisywać się na najkrótszą.  Zresztą ostatnio dobrze mi się biegało na longu, to co to jest 5 km?

Szykujemy się do startu

I ruszam w las.

Na jedynkę ruszyłam ścieżką, ale bardzo szybko musiałam się z nią rozstać, bo jakoś nam było nie po drodze. Szkoda. Ponieważ trochę z tym zwlekałam, to musiałam w terenie odnaleźć kreskę, którą zostawiłam gdzieś po prawej stronie. Na szczęście w terenie były punkty na tyle charakterystyczne, że kreskę odnalazłam i na punkt wyszłam idealnie.
Kreski już nie porzucałam i biegłam nią na dwójkę, ale kawałek przed dwójką zauważyłam lampion. W sumie od razu wiedziałam, że to jeszcze nie mój, ale nie mogłam się oprzeć potrzebie sprawdzenia i upewnienia się i podbiegłam do niego. No i faktycznie nie był mój. Z dwójki na trójkę po linii, bez problemów. Zresztą blisko było, to żaden wyczyn. Czwórka była jeszcze bliżej, to nie ma nawet o czym mówić.
Tak prawdę mówiąc, to i o kolejnych punktach nie ma co mówić, bo wszystkie wchodziły gładko, większość po kresce, a do tego - o dziwo - biegło mi się bardzo dobrze, nawet jeśli było pod górkę. Normalnie sielanka.
Przy jedenastce spotkałam Tomka. Bardzo zdegustowanego Tomka, bo na jedynkę biegł coś około 30 minut. I ho, ho, ho - co też on po drodze zwiedził... nawet na mapie tego nie ma:-) I w zasadzie to on powinien napisać relację ze swojego biegu, ale coś mi się wydaje, że mu trochę wstyd, bo kategorycznie odmówił:-)

PK 11

Po jedenastce przeniosłam się na zachodnią stronę mapy, za drogę, przy której był start i meta. No i tam już mi poszło odrobinę gorzej. Do dwunastki zniosło mnie w lewo (tak - w lewo, a nie w prawo), ale nie na tyle, żeby nie wypatrzyć lampionu. Trzynastka  - ok, ale czternastkę skrewiłam. Zniosło mnie, tym razem prawidłowo, w prawo i minęłam punkt. Szukałam za daleko i już mnie desperacja zaczynała ogarniać. No bo tak dobrze żarło i zdechło. Żal. Już się nawet skonsultowałam z jakimś zawodnikiem, ale on też nie znalazł jeszcze. W końcu stanęłam i zaczęłam obserwować, gdzie w lesie jest największy ruch w okolicy. Bingo! Poszłam i lampion był.

Błądzenie przy czternastce.

Przy piętnastce już bardziej pilnowałam azymutu, więc poszło. Szesnastka też dobrze, choć przed punktem oglądałam też inne karpy, ale prawie po drodze. Przy osiemnastce znowu spotkałam Tomka i mam fajną fotkę.

Uciekam z PK 18.

Ostatnie dwa punkty po kresce i wreszcie meta. Żeby nie czternastka, to byłabym całkiem z siebie zadowolona, a tak to lekki niedosyt. Ale cóż - nikt nie jest doskonały. Nawet ja. Ale co ma dopiero powiedzieć biedny Tomek. Nie pamiętam kiedy mu się zdarzyła taka wpadka, żeby wyjść poza mapę.
Poniżej mój ślad. Tomkowego wolę nie pokazywać:-)


piątek, 17 stycznia 2025

ZZK w Legionowie, czyli niby tylko trening.

Nasze kolejne bieganie to ZZK w Legionowie, w niedzielę.Teren płaski, mało urozmaicony, czyli coś dla mnie. W lesie śnieg, więc trochę liczyłam na inostrady, choć pamiętam, że te potrafią być zdradliwe. Tradycyjnie ja na trasę B, a Tomek na C.
 
W drodze na start.
 
Start

Jak zawsze wystartowałam pierwsza, bo Tomek uwieczniał. Punkt pierwszy był bliziutko i jak się okazało obydwoje zaczynaliśmy od tego samego, dzięki czemu mogę nawet udowodnić, że na punkcie byłam.
 
PK 1
 
Z jedynki na azymut do dwójki, a kawałek za dwójką znowu spotkanie z Tomkiem, który nie wiedzieć dlaczego przed punktem nagle odbił w lewo, pobłąkał się chwilę i właśnie wracał we właściwe miejsce. Ja z kolei miałam lekki problem z trójką, bo mnie dla odmiany zniosło w prawo, ale że i kolejny punkt mieliśmy wspólny, to Tomek mógł mi machnąć ręką w kierunku odpowiednich krzali pokazując, gdzie szukać.

PK 3 z odchyłem.

Od trójki nasze trasy już się rozdzieliły i ruszyliśmy w różne strony. Czwórka, piątka i szóstka znalazły się bez problemu, choć muszę powiedzieć, że mimo inostrad musiałam robić warianty autorskie, bo mi inostrady nagle ginęły, albo zaczynały iść w abstrakcyjnych kierunkach. Wolałam jednak wierzyć kompasowi.
Między szóstką a siódemka mapa kłamie. Tam było dużo więcej tej ciemniejszej zieleni i w pewnym momencie byłam już kompletnie zdezorientowana i nie wiedziałam gdzie jestem. Niby szłam zgodnie ze wskazaniami kompasu, nawet kawałki inostrady się trafiały, ale wydawało mi się, że już dawno powinnam być przy punkcie. A tymczasem było kolejne zielone i kolejne. W końcu przyuważyłam przed sobą jakiś ludzi. Przyspieszyłam. Okazało się, że to Gosia (między innymi). Hmmm, jest Gosia, to i lampion będzie - pomyślałam i starałam się trzymać blisko. Moje przypuszczenia okazały się słuszne, bo faktycznie po chwili trafiliśmy na punkt.
Niby wszystko fajnie, tylko jak się teraz wyindywidualizować z grupy, kiedy wszyscy idą w tym samym kierunku. Kombinowałam i kombinowałam i dopiero za dziesiątką, kiedy wybrałam bardzo autorski wariant po krzakach zgubiłam konkurencję.
Przed PK 12 znowu spotkałam Tomka i uwiecznił mnie na tle okoliczności przyrody:-)

W drodze na PK 12.

Trzynastkę planowałam wziąć jak najbardziej ścieżkami, ale kiedy wcześniej niż planowałam wejść w las, zobaczyłam taką konkretną inostradę - złamałam się i skorzystałam. Efekt był taki, że cały czas się bałam, bo nie wiedziałam dokładnie, gdzie jestem, inostrada zanikała chwilami, a ja tak szłam i liczyłam na łut szczęścia. No i doliczyłam się:-) Punkt znaleziony, podbity. Normalnie więcej szczęścia niż rozumu.
Czternastka planowo ścieżkami, a końcówka na azymut. A między czternastką, a piętnastką były rowy. Już trochę zapomniałam jakie rowy bywają niebezpieczne i beztrosko usiłowałam jeden z nich przeskoczyć. Ponieważ było ślisko, jedna noga skoczyła, a druga została i poczułam jak pośladek (wraz z nogą) oddziela mi się od reszty człowieka. Zabolało solidnie, aż jakiś gwiazdozbiór zobaczyłam, ale... ustałam. Taka zacięta jestem. A potem powolutku sprawdziłam, czy bez części, która odpadła, będę w stanie dotrzeć na metę. Eeee, spoko, powoli, ale jakoś pójdzie - pomyślałam i ruszyłam po piętnastkę. Na całe szczęście był to już przedostatni punkt. Siłą woli zaliczyłam jeszcze szesnastkę i dobiłam do mety. W sumie to chyba adrenalina mnie trzymała, bo już do samochodu z mety szło mi się dużo trudniej.

Jeszcze fotka z bałwanem i do domu.

No i proszę, wszyscy mówią, że trening, to tylko trening - d..y nie urywa, a jednak.... ten był wyjątkowy pod tym względem. Przynajmniej w moim przypadku.

Moja trasa.


wtorek, 17 grudnia 2024

ZZK, czyli trudna współpraca z kompasem.

Jakoś mi ostatnio nie po drodze z biegami, ale w końcu coś tam się trafiło. W niedzielę (jeszcze tę poprzednią) pojechaliśmy do Olszewnicy na ZZK. Tomek mi ciągle powtarzał, że już tam biegałam i że są tam śliczne kopczyki, więc mu wierzyłam, choć wcale nie pamiętałam. Więc w sumie dla mnie to jak nowy teren:-)
Ja wybrałam spokojną średnią trasę, za to Tomek jakąś taką fikuśną, co to na mapie prawie nic nie było, bo większość była wycięta i zostały tylko białe kształty. Ale co kto lubi.
Choć skala mapy była 1:5000, to wszystko i tak było jakoś tak drobnym druczkiem i za małe na moje niedowidzące oczy. Nic to. Wystartowałam.

Clear i te sprawy.

I ruszam w stronę lasu.
 
 Plan był taki, że na jedynkę biegnę ścieżką, a za zakrętem wchodzę w las. Już po kilku krokach zgubiłam ścieżkę, bo tak była zasypana liśćmi, że jakoś mi zniknęła. Pobiegłam więc na oko, ale po chwili  jakimś cudem ścieżka sama się znalazła, trochę na prawo ode mnie. Głupio byłoby zgubić się już na pierwszym punkcie.

 
Udało się.
 
Już przed jedynką przypomniało mi się, że faktycznie przynajmniej za dwa razy tu biegałam i aż się ucieszyłam, bo teren faktycznie bardzo widowiskowy.
Dwójka weszła bez problemu, podobnie trójka. Od jedynki biegłam z innym zawodnikiem (nie pamiętam jak ma na imię) i przez długi czas nie mogliśmy się oddalić od siebie, no bo te same punkty i zbliżone możliwości. Dopiero kiedy po piątce zniosło mnie z kursu i lekko pobłądziłam przy szóstce, zostałam z tyłu.

Zniosło.
 
Od samego początku zresztą miałam wrażenie, że ja biegam na innej mapie, a mój kompas na innej. W końcu przestałam mu wierzyć i bardziej kierowałam się ukształtowaniem niż jego wskazaniami, bo chwilowo były abstrakcyjne. Chociaż z drugiej strony, oglądając ślad, który pokazuje, że na niewielu punktach byłam, to może mapa jest do bani, albo punkty źle stały.
Siódemka, ósemka i dziewiątka poszły, o dziwo, niemal po kresce, ale przy dziesiątce schrzaniłam. Już nie pamiętam czy  odbicie w prawo za drogą to mój autorski pomysł, czy raczej mojego kompasu.
 
Trochę mnie zniosło przy dziesiątce.
 
Do czternastki znowu szło dobrze, choć ślad pokazuje, że na żadnym, z tych punktów nie byłam:-) Za to chwilę po ruszeniu z czternastki spadło na mnie jakieś zaćmienie i pobiegłam na dwójkę. Ale, żebym ja chociaż rzeczywiście planowała lecieć do tej dwójki. Ruszyłam na piętnastkę i naprawdę tego się trzymałam. Nie umiem wytłumaczyć co się stało i już się nawet zastanawiam, czy jakieś UFO mnie nie porwało, a po obejrzeniu porzuciło przy najbliższym lampionie i akurat to była dwójka. No bo jak inaczej?

Co tu się odwaliło?
 
 
Na szczęście kolejne punkty nie dostarczyły już żadnych atrakcji i bezproblemowo dotarłam do mety. Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka i do domciu.
 
 
Po biegu.
 
Wbrew temu co pokazuje poniższy ślad, mam zaliczone wszystkie punkty. Nawet jeśli teoretycznie nawet na nich nie byłam:-)

Cały przebieg.

 

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Samotny ZZK w Bukowcu

Renata znowu odmówiła biegania. Nie lubi biegać w sobotę, czy co? Ja w każdym razie dzielnie reprezentowałem naszą miejscowość na kolejnej odsłonie ZZK w Bukowcu. 

Dotarłem na start wcześnie. Pomimo tego już trochę ludzi biegało w lesie. Organizatorka zapewniła mnie, że lampiony stoją i są już sprawdzone (czyżbym awansował na wytykacza złego usytuowania lampionów???). Pobrałem mapę, włożyłem ulubioną smerfową czapeczkę i ruszyłem w las. Las w pełni jesienny, a nie zimowy jak by wskazywała data. 

Miała być już zima....
PK 1 za „główną drogą”, w jakimś dołku – łatwizna. PK 2 szukałem ciut za szybko – nie zauważyłem, że powinien być za ścieżką. Ogólnie szło nieźle. Błędy nieduże (a czasami wręcz bez błędów), widziałem wyrysowaną na podszyciu linię azymutu i co najwyżej omijałem jakieś mniej przebieżne fragmenty lasu;-)

Dość tego ściemniania – przy PK 6 zniosło mnie w lewo i chwilę szukałem właściwego dołka. 

Chyba największa wpadka to PK 9. Niby nic trudnego: azymut ustawiony, biec górką, ale jakoś mnie zniosło i spadłem z górki i chwilę orientowałem się gdzie jestem (bo miałem być gdzie indziej). Stąd moje wędrówki wzdłuż rowu nie w tę stronę co trzeba;-) 

Moje poszukiwanie PK9
PK 10, 11 i PK 12 to krzaki. Na mapie zielono, w terenie zielono, chodzenie, a nie bieganie. 

Potem kilka górek, których nie lubię, bo nigdy nie zgadzają mi się z mapą, ale tym razem nie dałem się zwieść na manowce mylnym ścieżkom i trafiłem tam gdzie trzeba. 

I tu można wrócić do opisu o narysowanych na podłożu liniach azymutu. Po prostu bieganie bez właściwie żadnych pomyłek (no, może poza niepotrzebnym, 10-ciometrowym zboczeniu ze ścieżki na dobiegu do PK 24). Tak powinny wyglądać wszystkie biegi na orientację – prosto i… nudno;-) Niestety, rzadko się zdarza, by wszystko było tak różowo i dlatego lubimy BnO i te dyskusje po każdych zawodach: gdzie kto się gubił;-) 



 

 

wtorek, 26 listopada 2024

Powrót ZZK

Koniec sezonu BnO jak zwykle powoduje nagły wysyp imprez. Nie są to wprawdzie imprezy o rankingu 1, 3, a wręcz przeciwnie - o rankingu bliskim zera. Ale za to są. W każdy weekend (i nie tylko), a właściwie w każdy dzień weekendu. Pierwsze w szranki stanęły treningi ZZK. Na pierwszy trening jakoś mi nie styknęło, ale na drugi wybrałem się z Renatą. Do Chotomowa. 

Przed startem

Teren znany, ale jak mówi prawda zasłyszana w Rejsie: najbardziej podobają mi się trasy, które już biegliśmy;-) 


Start... i od razu w tył do płotu

Strat – tradycyjnie już wzdłuż płotu. Wzdłuż płotu, bo las raczej tak sobie przebieżny by biec po kresce. Wyprzedzam Renatę, dobiegam w okolice pierwszego PK, skręcam w las…. A tu las usłany pozostałościami wycinki drzew: metrówki, gałęzie, słowem krajobraz jak po bitwie. Szukam w tym bałaganie karpy. Nie tylko ja, bo szukają tłumy, które nieświadome terenu biegły do PK 1 po kresce. Dogania mnie Renata i to chyba ona pierwsza znajduje właściwą kupkę gałęzi, pod którą ukryty jest lampion! 

 Tak wyglądał odwrót z PK 1

Z PK 2 idzie już lepiej. Punkt dopadam z jakimś szbkobieżnym dziewczęciem, które zamiast porządnie drogami, próbowało znowu biec po kresce. 


PK2

Do PK 3 ruszamy razem, ale ja wybieram bezpieczniejszą wersję drogami. Znowu spotykamy się w okolicy PK 3. Jak widać, nie zawsze bieganie po kresce jest najszybsze! 

Niestety do PK 4 nie daje się inaczej niż przez krzaki. Po PK 4 tracę towarzystwo – widać dziewczę startuje na innej trasie niż ja. 

Po PK 5 zaczyna się pierwszy długi przebieg. Gdy jestem niedaleko PK 3 widzę na drodze… Renatę. Powinna być już znacznie dalej! Chwila konwersacji – zgubiła się, bo…. biegła po drogach, a nie na kreskę…. Oj ta Renata:-) Ratuję ją wskazując gdzie jesteśmy i w jakim kierunku szukać PK 3. 


I gdzie jest ta trójka????

Biegnę dalej. Las dalej przypomina pobojowisko po pracach leśnych. Gdzieś w oddali słychać warkot jakiegoś mechanicznego potwora zajmującego się trzebieniem lasu. Koło PK 7 las jest zupełnie nieprzebieżny z powodu wyrębu, a to punkt podwójny, będę musiał tu wrócić jeszcze raz! 

Na szczęście po PK 8 sytuacja się poprawia – daje się biegać po lesie bez zagrożenia utraty nóg. 

W okolicach PK 9 zyskuję towarzystwo psa. Pies ma właścicielkę, także biegającą w poszukiwaniu lampionów, ale wyraźnie wybrał moją kompanię! 

Przy PK 12 daję ciała. Ze śladu wynika, że prawie rozdeptałem lampion, ale go nie zauważyłem i pobiegłem poszukiwać go na sąsiedniej polance. 

Po PK 13 przegonił mnie Michał, ale on zwykle biega ciut szybciej niż ja. Dlatego zdziwiłem się, że na drodze za PK 14 zamiast biec, Michał idzie i wyraźnie utyka…. Co tu ukrywać, dodało mi to skrzydeł i przyspieszyłem;-) Tym bardziej, że teraz była kolej na dłuższe przebiegi i to drogami. 

Zwolniłem dopiero na dobiegu do PK 7 (tego samego co PK 7) z powodów „zaśmiecenia” podłoża. Do PK 18 to już się nie biegło, tylko ostrożnie szło. Przed PK 20 musiałem omijać pracujący w lesie traktor. Leśnicy przesadzają z tym gospodarczym wykorzystywaniem lasów – wycinać w niedzielę???? 

Na mecie czekała na mnie już Renata z aparatem. Trochę ją zmyliłem przebijając się przez największy gąszcz do lampionu, zamiast jak cywilizowany człowiek pobiec naokoło drogą;-) 

Dobieg do mety

Trochę zakręciłem się koło mety...
Udało się metę podbić:-)

Niniejszym ogłaszam zimowy sezon Zimowych Zawodów Kontrolnych za otwarty! 

Ja biegałem na niebiesko, Renata na czerwono

 

 

wtorek, 5 marca 2024

Szkółka Skierdy po kwadracie.

Dobrze, że po każdej Falenicy następnego dnia są inne zawody i szybko mogę zapomnieć o porażkach skupiając się na nowym wyzwaniu. Tym razem była to Szkółka Skierdy. Tomek, choć sam nie biegł, uczciwie dowiózł mnie i Agatę na miejsce i zapewnił foto serwis.
 
W drodze na start.
 
Znowu postanowiłyśmy Z Agatą biec razem, zwłaszcza, że już po Falenicy wiedziałam, że mocy nie ma i nie ucieknę. Zresztą razem zawsze raźniej.

Wspólny start.
 
Jedynkę i dwójkę bezproblemowo wzięłyśmy na azymut, a w drodze na trójkę załapałyśmy się na kawałek ścieżki. Niewiele brakowało żeby z trójki  była katastrofa, bo pomyliła mi się z trzynastką stojącą niedaleko trójki, na szczęście Agata była czujna i w porę skorygowała kierunek. Z czwórką nie było problemów i wydawało się, że piątka będzie jeszcze łatwiejsza. Tymczasem przeszłyśmy obok dołu z lampionem w niewielkiej odległości, zaglądając tylko do sąsiedniego, po czym zaczęłyśmy w swoich poszukiwaniach oddalać się coraz bardziej od upragnionego celu. Razem z nami bezskuteczne poszukiwania uskuteczniała pani Maria i Ula. W końcu udało się znaleźć, ale byłam zła o tę bezsensowną stratę czasu.

Taki łatwy punkt...
 
Na szóstkę ambitnie azymutem, choć na upartego można było trochę wykorzystać ścieżki. Było ciężko, bo musiałyśmy przejść przez wydmę na wskroś, a las był i zarośnięty i zabałaganiony. Trochę ściągało nas w lewo, ale to taki prawie kontrolowany znos, nie mający wpływu na efekt końcowy.
Gdzieś koło siódemki las próbował wydłubać Agacie oko, więc w ramach protestu do ósemki poleciałyśmy przecinkami. Aż się Ula zdziwiła, że porzuciłam azymut i biegnę po kwadracie. Cóż, bywa. 
Swoją drogą od Uli i pani Marii wciąż nie mogłyśmy się uwolnić - to zostawałyśmy w tyle, to wyprzedzałyśmy, a co chwilę spotykałyśmy którąś na punkcie.
Bieganie po kwadracie nieźle się sprawdziło i tą metodą wzięłyśmy dziesiątkę i jedenastkę. Potem znów trzeba było przeprosić się z lasem i powalczyć z azymutem. Poszło bardzo dobrze, aczkolwiek  powoli, bo ani teren nie był sprzyjający, ani nasze siły nadmierne. Bez żadnych niespodzianek po drodze dotarłyśmy do mety, na końcówce urządzając sobie wyścigi. Wygrałam!
 
Byłam pierwsza!
 
Pierwsza, ale za to nieziemsko zmęczona.

Pierwsza to byłam oczywiście w naszej dwuosobowej rywalizacji, bo ogólnie to jak zwykle pod koniec. Nasze spotykane nieustannie po drodze rywali uplasowały się jedna przed nami, druga tuż za nami.
A tak poza tym to w lesie już czuć wiosnę i zdecydowanie muszę się mniej pancernie ubierać na bieganie.

Cała nasza trasa.

poniedziałek, 26 lutego 2024

ZZK Legionowo Przystanek z mocą, choć bez oczekiwanego wyniku.

Na ZZK w Legionowie mieliśmy obsadzić trzy trasy A, B i C, ale w sobotę po południu Tomek tak się zintegrował ze swoją nową firmą, że oddał jej nawet jedną nogę, a bez nogi biegać trudno. Cóż, w pewnym wieku fikanie na trampolinach i szaleńcze wyścigi na torze przeszkód nie są już odpowiednią rozrywką.  Pomimo kontuzji Tomek uznał, że samochód prowadzić da radę, zawiezie nas, a sam sobie przynajmniej popatrzy na las i biegaczy.

Jak obiecał, tak zrobił i dowiózł nas na start.

Wystartowałam pierwsza i ruszyłam nie czekając na Agatę, bo już od startu miałyśmy różne punkty. Moja trasa była lewoskrętna, a Agaty prawoskrętna.

Najpierw ja...

... potem Agata.

Zaczęło się wygodnie, ścieżką w bliskie okolice punktu. Jeszcze tylko przedrzeć się przez mokradlaną roślinność i punkt zaliczony. Dwójka i trójka już na azymut i podobnie jak jedynka na rowie, a tych w okolicy nie brakowało.
Czwórka była z dość długim dobiegiem i w zasadzie opłacało się pobiec ścieżkami wcale wiele nie nadkładając, a za to ułatwiając sobie życie, ale nie ze mną te numery.  Podobnie jak poprzedniego dnia czułam w sobie moc i parłam do przodu nie zawracając sobie głowy ułatwieniami. Piątka blisko. Ciut mnie zniosło w prawo podczas przeprawy przez bagnisko, ale dałam radę. Po piątce złamałam się i pobiegłam ścieżką, bo w sumie to jednak głupio biec równolegle do ścieżki przez krzaki. Można raz, dwa, ale przecież nie za każdym razem. Sześć, siedem, osiem i dziewięć stały na wydmie o bardzo urozmaiconej rzeźbie, ale znalazłam wszystko jak trzeba.
Kolejne punkty były przy moich ulubionych nasypach, na szczęście nie na ich szczytach, tylko w dole. Z trzynastką był lekki problem wynikający ze źle wrysowanej szkółki. Według mapy wyglądało, że punkt już dawno powinien być i wszyscy szukali dużo za wcześnie. Ponieważ była nas spora grupa, więc w końcu ktoś natknął się na właściwy dołek i wieść lotem błyskawicy obiegła teren.
Do mety zostały jeszcze tylko dwa łatwe punkty, za to na dobiegu do mety zniosło mnie wyjątkowo w lewo podczas omijania różnych przeszkód pod nogami.

Meta.
 
Biegło mi się równie dobrze jak poprzedniego dnia, czułam w sobie moc i prawdę mówiąc spodziewałam się trochę lepszego wyniku. Najwyraźniej jednak moje rywalki i rywale również poczuli moc i wyszło jak wyszło. Ale i tak wydaje mi się, że powrót do w miarę regularnego biegania powoli daje efekty. Bo przyjemność to na pewno!

Taki przebieg.

czwartek, 7 grudnia 2023

ZZK, czyli jak się doprowadzić do desperacji.

Po zdanym na Nocnych Manewrach teście nóg postanowiliśmy zacząć regularnie biegać. Nie żeby od razu jakoś zaraz trenować, ale przynajmniej brać udział w zawodach. Na pierwszy ogień poszły Zimowe Zawody Kontrolne w Olszewnicy. Wybraliśmy się w manewrowym składzie obsadzając trasy A, B i C.
  
Gotowi na wszystko.
 
 
Wspólny start.
 
Na pierwszy punkt postanowiłyśmy z Agatą ruszyć razem, bo dopiero potem nasze trasy się rozdzielały. Ja tradycyjnie chciałam na azymut, ale Tomek spojrzał na mapę i tak nas skołował potencjalnym gąszczem,  co to miał być przy starcie, że dałam się przekonać do obejścia gęstwiny.
Ponieważ ja nie nawykłam do chodzenia na ukształtowanie, a ostatnio w ogóle nie nawykłam do niczego, więc oczywiście za nic nie mogłyśmy znaleźć lampionu. Niby byłyśmy jak trzeba na górce, a nic się nie zgadzało. Całe szczęście, że dość szybko spotkałyśmy Tomka, który pokazał nam na mapie gdzie jesteśmy. Oczywiście byłyśmy zupełnie nie tam, gdzie szłyśmy, a dodatkowo okazało się, że nasz punkt wcale nie stoi na górce, tylko wręcz przeciwnie - w dołku w obniżeniu. Ale wtopa.
 
Spotkanie, które nas uratowało.
 
Tomek niby nam pokazał kierunek gdzie iść, ale żeby mieć pewność, że trafimy, wróciłyśmy na start i zaczęłyśmy wszystko od nowa. Tym razem na azymut.
 
Pierwsze podejście do PK 1.
 
Po jedynce już się rozdzieliłyśmy, bo miałyśmy inne punkty na swoich trasach i dalej ruszyłam sama. Na azymut oczywiście, bo to jednak najpewniejsza metoda, szczególnie jak człowiek wypatrzy w podłożu kreskę łączącą punkty na mapie. Kreska prowadziła mnie idealnie, za to przy piątce ewidentnie zawiódł mnie wzrok. Jeśli wierzyć śladowi, przeszłam tuż obok lampionu i nie zauważyłam go. Jak zawsze najlepszym wyjściem okazało się namierzenie z miejsca pewnego - w tym przypadku skrzyżowania. To zawsze działa.
 
Przegapiona piątka.
 
Szóstka i siódemka weszły gładko, a za siódemką przekombinowałam. Zaczęłam normalnie - na azymut, a potem pomyślałam: 
- Takie duże, ładne obniżenie - no przecież nie zginę, jak pójdę przez nie na skos.
Tak się tym podjarałam, że zupełnie zapomniałam o odległości i punktu zaczęłam wypatrywać w połowie odcinka, po przejściu malutkiego obniżenia, a nie tego dużego.  Kiedy doszłam do ścieżki, byłam stuprocentowo przekonana, że to przecinka leżąca jeszcze dalej na zachód. Nie bardzo mając pomysł co dalej, zatoczyłam kółko, zapominając o zasadzie, że lepiej mądrze stać, niż głupio łazić i z powrotem wyszłam na ścieżkę. Teraz dla odmiany postanowiłam pójść na południe do drogi i to był całkiem dobry pomysł. Nie, nie dlatego, że zorientowałam się gdzie jestem i wymyśliłam co dalej. Dlatego, że na górce spotkałam Janka i miałam kogo zapytać o drogę. Co prawda trochę głupio mi było zatrzymywać go, wiedząc, że walczy o dobry wynik, ale moja desperacja osiągnęła już poziom krytyczny. Jako, że Janek to porządny człowiek, więc poratował, a właściwie kluczowa była informacja, że oboje szukamy tego samego punktu, choć na różnych trasach. Teraz moim jedynym zmartwieniem było utrzymanie tempa, żeby plecy Janka nie zniknęły mi za horyzontem zanim dotrzemy do punktu. Ufff, udało się.
 
Tak to już dawno nie przekombinowałam.
 
Do dziewiątki i dziesiątki szłam grzecznie po kresce, a przy dziesiątce wymiękłam psychicznie i uparłam się, że za nic nie wejdę w las i muszę po ścieżkach. Sensu w tym wiele nie było, ale jak się człowiek uprze... Poleciałam sobie tymi drogami i w sumie dobrze mi to zrobiło na uspokojenie, bo jak dojrzałam do zejścia z przecinki, to ruszyłam idealnie na jedenastkę.
 
Naokoło, ale skutecznie.
 
Przy jedenastce byłam już mniej więcej ogarnięta psychicznie, umysłowo, a i sił ciut się jeszcze tliło, więc resztę trasy pokonałam w niezłym stylu, nie gubiąc się, nie błądząc, nie kombinując. Tyle, że powoli, ale kto mi zabroni. W lesie było tak pięknie i przyjemnie, że nawet szkoda by się było spieszyć.
Tym razem na mecie to ja z naszej trójki zameldowałam się ostatnia, choć zawsze jest to specjalnością Agaty. Nawet byli już nieco zaniepokojeni moją przedłużającą się nieobecnością, co w sumie jest miłe, że się o mnie martwią:-)
 
Dotarłam do mety.
 
To zdecydowanie nie był zmarnowany dzień i koniecznie musimy częściej ruszać tyłki z kanapy.
 
Cała trasa (od drugiego rozpoczęcia).