Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góra Kalwaria Walewice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góra Kalwaria Walewice. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2024

Trzech Króli w Górze Kalwarii

Jak zwykle zimą, co chwila kiełkują nowe imprezy na orientację. W styczniu i lutym ciężko znaleźć weekend, gdzie nie trzeba wybierać pomiędzy startem w imprezie A lub imprezie B.  I oczywiście zaczęło się już od pierwszego weekendu 2024 r , gdzie 6. stycznia wystartowało zarówno WesolInO, a także pojawiała się możliwość pobiegania w Górze Kalwarii pod szyldem Trzech Króli. „Litościwie” organizatory tak dobrali godziny startów, że przy lekkiej mobilizacji udało się pogodzić starty w obu miejscach. Renata z Agą  poprzestały na bieganiu w Wesołej, ale ja postanowiłem „dobiegać się” jeszcze za Wisłą.

Dotarłem na miejsce startu dobrze po 11-stej, czyli w drugim rzucie. Miejsce startu pamiętam z jakiegoś nocnego biegania, ale dopiero dojeżdżając tam za dnia odkryłem genialne rozwiązanie drogowe: asfaltowa ulica – przechodzi w polną drogę (czytaj wertepy) na odcinku ze 30-40m i dalej zaczyna się całkiem porządny asfaltowy wiadukt nad DK50. Oczywiście zaraz za wiaduktem zanika asfalt i znowu pojawiają się wertepy. Ot, taki osamotniony samotny kawałek porządnej drogi na bezdrożach;-)

Zima w pełnej krasie

Wracając do zawodów – po pierwsze śnieg. O ile w Wesołej śnieg był symboliczny, to tu śnieg powiedzmy „po kostki”. Pobrałem mapę i w las. Na mapie żadnej ścieżki nie było, ale będąc w drugim rzucie biegaczy widziałem we właściwym kierunku całkiem porządną inostradę. Nie zostało mi nic innego niż kierować się tą arterią…

No to staruję!

Wiecie czemu nie lubię inostrad? Bo zwykle prowadzą na manowce. Także i tym razem – truchtam sobie jedyną słuszną (wydeptaną) trasą i widzę przed sobą lampion. Jakiś taki „nie ma miejscu”. Jak podbiegłem okazało się, że całkiem nie na miejscu, bo z numerem 56 – czyli mój PK 6. Nie pozostało nic innego niż obrać właściwy kierunek wskazywany przez kompas i zanurzyć się w mniej przedeptany śnieg. Mniej nie znaczy wcale. Ślady jakieś były, raz jedne, raz drugie, a potem coraz więcej. I ludzie miotający się w kółko z wyraźnym zdezorientowaniem na twarzy. Teren lekko się pofałdował (mapa mówi, że powinien się pofałdować, więc dobrze), ale lampionu ani śladu. Śladów coraz więcej – widać po nich, że ich twórcy przeczesywali każdy dołek. Jakiś młodzieniec zdekoncentrował mnie pytaniem o lampion 52 (mój PK 2), którego szukał „gdzieś przede mną”. Czyżby mnie znowu zniosło?  Ale aż tyle, by być koło PK 2? Wg mapy jedyne dołki powinny być koło PK 1, a wokoło kilka wyraźnych dołków widać. Zdezorientowany przystanąłem, zacząłem przypasowywać mapę do terenu i szukać lampionu kierując się licznymi śladami na śniegu. Co tu dużo pisać – wtopa „dyskwalifikująca”. Szukałem tego lampionu i szukałem. Jak pokazują międzyczasy prawie 12 minut zamiast trzech… Po prostu ślady na śniegu zawsze wyprowadzają mnie na manowce!


Do PK 2 śladów było mniej, więc od razu szło lepiej. No, może poza przeoczeniem lampionu schowanego w  dołku za świeżą karpą.

Do PK 3 prowadziła znowu inostrada i… znowu dałem ciała.  Ale to można zawalić na miejsce – pamiętam na jakimś nocnym treningu  przed MP lampionu w tych okolicach także szukałem „godzinami” (zamiast minuty z hakiem, ponad cztery).

I znowu bez śladów na PK 4 „bezbłędnie”. Podbudowany tym sukcesem, niestety na PK 5 znowu skrewiłem. Tu kierowałem się śladami poprzedników i osobą koleżanki, która biegła gdzieś z przodu po mojej lewej ręce. Jak widać ze śladu,  za bardzo sugerowałem się tą lewą ręką i szukaliśmy lampionu nie tam gdzie trzeba… Tak to już bywa z kobietami – prowadzą na manowce;-)

Na PK 6 byłem wcześniej więc po raz kolejny trafić nie było problemem. PK 7, PK 8 bez większych historii, dopiero przy PK 9 moje zbaczanie w lewą stronę dało o sobie znać. PK 10 dobrze, PK 11 znośnie, PK 12  i 13 bdb. 

Okolice PK 13

Niestety PK 14 – tu zmyliły mnie wycinki w lesie inne niż na mapie, muzyka grająca z telefonu ekipie stawiającej płoty na nowych nasadzeniach i przebiegłem znacząco punkt.

PK 15 i PK 16 na właściwym poziomie, ale przy PK 14 pojawiła się koleżanka  spotkana przy PK 5. Chyba to jakieś fatum, bo znowu szukałem lampionu z PK 17 nie tam gdzie trzeba. Kolejne 2-3 minuty w plecy;-(

Reszta poszła już w miarę dobrze – wprawdzie do PK 19 pobiegłem przez PK 9, ale to był chyba szybszy wariant ze względu na lepszą przebieżność lasu.

Reasumując – na takich oczywistych – 15 minut  w plecy;-( stanowczo za dużo. Trzeba wziąć się za poprawienie nawiagacji!


 

 

 

 

piątek, 5 listopada 2021

Zorientowałam się jak MISTRZ

Już się wydawało, że zawsze będziemy biegać w tych samych miejscach w Warszawie i okolicach, a tymczasem UKS OSiR Góra Kalwaria przygotował nam niespodziankę i zaprosił w swoje okolice. Wzięli i zorganizowali otwarte zawody w BnO "Orientuj się jak MISTRZ". Nooo, tam to nas jeszcze nie było. A jak nie było, to oczywiście musieliśmy pojechać.
Tomkowi skądś wzięło się, że do góry Kalwarii jedzie się jakieś pół godziny, a już na pewno poniżej godziny. Efekt był taki, że w minucie startowe Tomka wciąż byliśmy w trasie i zaczynaliśmy się obawiać, czy zdążymy na moją, dziesięć minut później. Ledwo zatrzymaliśmy auto na parkingu, a Tomek wystrzelił z niego jak z procy i pognał na start. Ja ogarnęłam się na spokojnie i też ruszyłam wypatrując wstążeczek, które miały doprowadzić do celu. Zgubiłam się tuż za ogrodzeniem stadionu, ale widok innych zawodników naprowadził mnie na trop. Nie miałam pojęcia jak daleko jest do startu, bo jakoś tej informacji organizatorzy nie uznali za ważną i nie zamieścili w komunikacie technicznym. Na wszelki wypadek biegłam, bo lepiej być za wcześnie, niż za późno. Najpierw trafiłam na metę. Stanęłam i dziwiłam się, dlaczego nie ma obsługi startu i co jest grane i dopiero po chwili zauważyłam stojak z napisem "meta". Dopytałam kręcących się wkoło osób, którędy na Grunwald (znaczy się na start) i pognałam, bo już naprawdę zrobiło się późno. Wieść gminna głosi, że przy wyjściu z bazy wisiała kartka z informacją, że na start jest kilometr. Ja nie zauważyłam. Do boksu startowego wpadłam niemal w ostatniej chwili, a Tomek wciąż czekał aż go wepchną gdzieś w wolną minutę.
Teren zupełnie nieznany, więc miałam lekkie obawy biorąc mapę do ręki. Odruchowo od razu ruszyłam na azymut, ale jak zaczęłam omijać co bardziej grząskie piachy, to do punktu dotarłam sporym zakolem. Chyba lepiej by było pobiec wzdłuż wału przy strzelnicy. Ale grunt, że trafiłam. 
Kawałek za jedynką spotkałam Krysię, która stwierdziła, że nie może znaleźć dwójki. Zazwyczaj w takich sytuacjach też zaczynam czesać teren, ale tym razem postanowiłam twardo iść za głosem kompasu i podzieliwszy się informacją, co mówi mój kompas, pognałam dalej. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że przecież dwójki Krysia szukała dużo za wcześnie. Nie zajarzyłam od razu tego. Mój kompas na szczęście doprowadził mnie do celu bezproblemowo.
Do trójki pobiegłam niemal dokładnie po kresce, podobnie do czwórki. Za to do piątki wybrałam już wariant drogowy. Pod koniec trochę przekombinowałam, bo za późno skojarzyłam, że skoro punkt stoi na skraju ciemnozielonego, to lepiej obejść, niż się bezsensownie przedzierać przez gestwinę.  Dużo nie nadrobiłam, ale nie lubię mało logicznych przebiegów. Szóstka była tuż obok, a siódemko hen, hen daleko. Ale przynajmniej prawie całą odległość można było przebiec drogami. Nie omieszkałam skorzystać. 
Kolejne punkty już zdecydowanie azymutowe. Troszkę się bałam, czy nie pogubię się w nagłym pofałdowaniu terenu pełnym górek, obniżeń, rowków i kopczyków, ale poszło bezproblemowo. I tak aż do samej mety. Normalnie ani raz się nie zgubiłam!!! W zupełnie obcym terenie. Skoro nawigacja szła mi tak dobrze, to oczywiście kondycja, a w zasadzie jej brak, musiała wszystko zepsuć. Część trasy dosłownie przeczłapałam, bo wyjątkowo źle mi się tego dnia biegało.  Byłam pewna, że będę gdzieś w ogonie wyników, a tymczasem miła niespodzianka - jedenaste miejsce na ponad trzydzieści osób na mojej trasie. Całkiem satysfakcjonujący mnie wynik. W nagrodę, już po powrocie Tomka, obżarliśmy się ciastem serwowanym w bufecie i jakież to było pyszne ciasto. Mogłabym codziennie jeździć tam na zawody.
 
Zobaczcie jakie wielkie kawały!

A tak wyglądała mapa: