Tydzień InO nadwyrężył moje siły, a tu we czwartek jeszcze trzeba było stoczyć potyczkę ze Smokiem. Smoka wypuszczała na nas Ania, a ponieważ to dobra kobieta jest, więc była nadzieja, że Smok pod jej opieką nie będzie zbyt groźny. Faktycznie tak było. Najpierw przynieśliśmy Smokowi okup w postaci kilku litrów wody, potem wzięliśmy mapę i wyruszyli.
Tradycyjnie (jak to na Smoku) trzeba było zebrać konkretną ilość punktów przeliczeniowych, a dla utrudnienia na jednym z wycinków dodatkowo niektóre kody lampionów zawierały cyfry i te też trzeba było doliczyć do punktacji. Nawet nie próbowałam tego ogarnąć, bo od tych spraw jest Tomek. Ogólnie szło o to, żeby z największego wycinka nie zebrać za dużo punktów przeliczeniowych, bo potem za nic nie szło zmieścić się z trzema koniecznymi punktami z każdego pozostałego wycinka. Sama mapa była łatwa, aczkolwiek ja doznałam najpierw jakiegoś zaćmienia i nie mogłam się dopatrzyć części wspólnych wycinków, które miałam przed oczami. Na szczęście Tomek zaćmienia nie miał. Trasę przelecieliśmy w połowę czasu podstawowego, więc w drodze na metę jeszcze przeszliśmy się spacerowo po terenie. Niektórzy nadmiar wolnego czasu wykorzystali idąc drugi raz na trasę, ale dla odmiany innym wariantem. Można i tak.
Na mecie czekały na uczestników dwa rodzaje ciasta, a ponieważ wiadomo było, że jest go w nadmiarze, od razu stanęła nad nich chmara sępów (bo dobre) i tylko odpytywaliśmy ile osób jeszcze na trasie i przeliczali ile kawałków można zjeść. Szczególnie to marchewkowe było pyszne.
Ania, przepis poproszę!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III Ogólnopolski Tydzień Turystycznych InO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III Ogólnopolski Tydzień Turystycznych InO. Pokaż wszystkie posty
piątek, 26 maja 2017
czwartek, 25 maja 2017
Halucynacje po Szybkim Mózgu
Zorientowani w tym tygodniu jesteśmy maksymalnie, ale środa przebiła wszystko - w jeden wieczór zaliczyliśmy trzy imprezy. Nooo, może dwie i jedną malutką, ale nominalnie trzy.
Głównym punktem programu był oczywiście Szybki Mózg, tym razem zlokalizowany w samym centrum Warszawy, przy Pałacu Kultury. Sama lokalizacja gwarantowała, że się nie zgubię, bo Pałac Kultury to zawsze mój punkt odniesienia, jak jadę do centrum.
Ponieważ we środę cała Polska biegała z mapą w ramach Światowego Dnia Orienteeringu, więc oprócz normalnych mózgowych tras zorganizowano także popularyzatorski mini bieg wokół Pałacu Kultury. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie przyjemności wzięcia w nim udziału i to była właśnie ta trzecia malutka impreza:-) Nie żebyśmy od razy biegali, raczej taki marsz towarzyski - my dwoje i Pani Prezes. Chociaż chwilami nas ponosiło i podbiegaliśmy. Przy okazji poznaliśmy część punktów z trasy mózgowej, ale nie dawało nam to żadnej przewagi, bo inni zawodnicy też dokładnie obejrzeli sobie wszystkie rozstawione lampiony.
Sama trasa główna (dla mnie "Zuchwali") była prościutka, bo taki teren, że nie ma się gdzie pogubić. Jeszcze przed startem wiedziałam gdzie mam PK 1 i pognałam tam niemal bez czytania mapy. W podbijaniu punktów dochodzę do coraz większej wprawy (mam na myśli czynność stricte manualną) i większość PK zaliczyłam niemal bez zatrzymywania się. O, tu zaliczam jeden z nich (fotka ze strony UNTS):
Powiedzmy więc, że nawigacyjnie i manualnie nie odbiegałam od reszty zawodników i tym bardziej została uwidoczniona moja kondycyjna mizeria. Wydawało mi się, że gnam ile sił, a tu i tak miejsce na szarym końcu stawki. Fakt, że po DyMnO i części tygodnia turystycznych InO mam już kumulację zmęczenia i niedospania, ale mimo wszystko słabo to wygląda.

Po Szybkim Mózgu czekała nas jeszcze jedna atrakcja - halucynogenna impreza Darka, czyli "Halucynki u Lucynki" specjalnie zlokalizowane po sąsiedzku, żeby uczestnicy Mózgu mogli zdążyć na roztaczane przez niego wizje.
Nie zawiodłam się na Darku i już sam tytuł zapowiadał dobrą zabawę: "Świszczyżęćprząńdźka". Na trasę poszliśmy w trzyosobowym składzie - Pani Prezes, Tomek i ja. Pani Prezes tylko rzuciła okiem na mapę i już chciała lecieć, ja rzuciłam swoim okiem i wcale nie wiedziałam gdzie niby mamy iść. Usiłowałam tradycyjnie "poskładać" mapę, ale zbyt racjonalnie do tego podchodziłam. Dopiero podpowiedź: Myśl jak Darek! pozwoliła mi ogarnąć o co biega.
Punkty to jeszcze się jakoś dawało znaleźć, zwłaszcza, że połowa była w pobliżu startomety i dodatkowo nie ja ich głównie szukałam, ale wpisanie ich do karty wymagało już dużej uwagi, bo w tym elemencie to się Darek trochę zakręcił. Jakoś wspólnym wysiłkiem udało się przebrnąć przez te wszystkie ŚĘ, ŻŹ, ÓŃ i temu podobne. Z odpowiedziami na zadania pojechaliśmy tokiem myślenia autora i ciekawe czy policzy nam to na plus, czy na minus. Pewnie zależy czy przy sprawdzaniu kart będzie jeszcze pod wpływem:-) Czego sobie i jemu życzę!
Głównym punktem programu był oczywiście Szybki Mózg, tym razem zlokalizowany w samym centrum Warszawy, przy Pałacu Kultury. Sama lokalizacja gwarantowała, że się nie zgubię, bo Pałac Kultury to zawsze mój punkt odniesienia, jak jadę do centrum.
Ponieważ we środę cała Polska biegała z mapą w ramach Światowego Dnia Orienteeringu, więc oprócz normalnych mózgowych tras zorganizowano także popularyzatorski mini bieg wokół Pałacu Kultury. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie przyjemności wzięcia w nim udziału i to była właśnie ta trzecia malutka impreza:-) Nie żebyśmy od razy biegali, raczej taki marsz towarzyski - my dwoje i Pani Prezes. Chociaż chwilami nas ponosiło i podbiegaliśmy. Przy okazji poznaliśmy część punktów z trasy mózgowej, ale nie dawało nam to żadnej przewagi, bo inni zawodnicy też dokładnie obejrzeli sobie wszystkie rozstawione lampiony.
Sama trasa główna (dla mnie "Zuchwali") była prościutka, bo taki teren, że nie ma się gdzie pogubić. Jeszcze przed startem wiedziałam gdzie mam PK 1 i pognałam tam niemal bez czytania mapy. W podbijaniu punktów dochodzę do coraz większej wprawy (mam na myśli czynność stricte manualną) i większość PK zaliczyłam niemal bez zatrzymywania się. O, tu zaliczam jeden z nich (fotka ze strony UNTS):
Powiedzmy więc, że nawigacyjnie i manualnie nie odbiegałam od reszty zawodników i tym bardziej została uwidoczniona moja kondycyjna mizeria. Wydawało mi się, że gnam ile sił, a tu i tak miejsce na szarym końcu stawki. Fakt, że po DyMnO i części tygodnia turystycznych InO mam już kumulację zmęczenia i niedospania, ale mimo wszystko słabo to wygląda.

Po Szybkim Mózgu czekała nas jeszcze jedna atrakcja - halucynogenna impreza Darka, czyli "Halucynki u Lucynki" specjalnie zlokalizowane po sąsiedzku, żeby uczestnicy Mózgu mogli zdążyć na roztaczane przez niego wizje.
Nie zawiodłam się na Darku i już sam tytuł zapowiadał dobrą zabawę: "Świszczyżęćprząńdźka". Na trasę poszliśmy w trzyosobowym składzie - Pani Prezes, Tomek i ja. Pani Prezes tylko rzuciła okiem na mapę i już chciała lecieć, ja rzuciłam swoim okiem i wcale nie wiedziałam gdzie niby mamy iść. Usiłowałam tradycyjnie "poskładać" mapę, ale zbyt racjonalnie do tego podchodziłam. Dopiero podpowiedź: Myśl jak Darek! pozwoliła mi ogarnąć o co biega.
Punkty to jeszcze się jakoś dawało znaleźć, zwłaszcza, że połowa była w pobliżu startomety i dodatkowo nie ja ich głównie szukałam, ale wpisanie ich do karty wymagało już dużej uwagi, bo w tym elemencie to się Darek trochę zakręcił. Jakoś wspólnym wysiłkiem udało się przebrnąć przez te wszystkie ŚĘ, ŻŹ, ÓŃ i temu podobne. Z odpowiedziami na zadania pojechaliśmy tokiem myślenia autora i ciekawe czy policzy nam to na plus, czy na minus. Pewnie zależy czy przy sprawdzaniu kart będzie jeszcze pod wpływem:-) Czego sobie i jemu życzę!wtorek, 23 maja 2017
Hubal-InO 8
Czy ja coś narzekałam, że na WiMnO jakaś trasa była trudna i coś mi się nie podobało??? To ja to odszczekuję! Dziś już wiem jak wygląda trudna trasa i na lajtowe spacerki nie będę więcej narzekać.
Myślałam, że Hubal-InO, podobnie jak w poprzednich latach, będzie imprezą o przewidywalnym stopniu trudności i w całej swej wynikającej stąd beztrosce zgodziłam się iść z Tomkiem na TZ. Co prawda doszły mnie jakieś głosy, że ze względu na autora trasy TZ może nie być łatwo, ale TZ to TZ i łatwo być nie musi. Byle było do przejścia.
W pierwszej chwili po otrzymaniu mapy jeszcze nie miałam przeczucia katastrofy, szczególnie, że od razu udało mi się połączyć ze sobą kilka fragmentów i zapowiadało się całkiem nieźle. Teren zawodów ograniczony był czterema ulicami, które znaliśmy i wydawało się, że wystarczy pójść, znaleźć, spisać i po zawodach. Był tylko jeden, drobny, na pierwszy rzut oka nie robiący problemu szkopuł. Mapa, którą otrzymaliśmy była z roku 1852. Do tego poszatkowana na drobne kawałeczki i wydrukowana na kartce dwustronnie. W mieście, które było praktycznie zrównane z ziemią chodzenie na mapę sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat jest .... jak by to powiedzieć... troszkę trudne. Autor pozaznaczał PK na budynkach, których już nie ma, niektóre ulice zmieniły nazwy, niektóre nawet przebieg - jednym słowem - mapa sobie, teren sobie. Kto zna dobrze Warszawę i interesuje się historią mógł wiedzieć, gdzie kiedyś dane obiekty się znajdowały i jakoś je znaleźć. Ja jednak Warszawy nie znam, a historii nie cierpię.
Tomek postanowił czesać teren ulica po ulicy, ale co z tego, kiedy i tak nie wiedzieliśmy czego szukamy. Ja to już nawet przestałam kombinować, co może być czym i gdzie kiedyś było, Tomek bohatersko walczył. Co jakiś czas kazał coś wpisywać do karty, potem zmieniać, a w międzyczasie robiliśmy kolejne kilometry, bo może tam, albo tam, albo gdzieś tam... Napięcie rosło. Po niedługim czasem zrobiło się nerwowo, Tomek warczał na mnie, ja na niego, oboje na autora. Przestało być zabawnie. W końcu stwierdziliśmy, że nie ma sensu i wracamy na metę. Jeszcze zaliczyliśmy lopkę, choć ja byłam gotowa iść choćby środkiem jezdni, byle szybciej zakończyć tę "zabawę". Na mecie nawet nie chciałam gadać do autora, bo musiałabym się brzydko odezwać, a lubię człowieka i wiem, że chciał dobrze. Ale zrobić dobrze, a przedobrzyć to lekka różnica. Ugruntowałam się w przekonaniu, że nie cierpię historii, bo jak tylko coś jest nią skażone, to chała z tego wychodzi. Z orientacją etap nie miał specjalnie wiele wspólnego i zdecydowanie już bardziej wolę najbardziej halucynogenne trasy Darka, niż takie.
P.S.
Fotkę sobie ukradłam ze strony Organizatorów (może nie zabiją) :-)
Myślałam, że Hubal-InO, podobnie jak w poprzednich latach, będzie imprezą o przewidywalnym stopniu trudności i w całej swej wynikającej stąd beztrosce zgodziłam się iść z Tomkiem na TZ. Co prawda doszły mnie jakieś głosy, że ze względu na autora trasy TZ może nie być łatwo, ale TZ to TZ i łatwo być nie musi. Byle było do przejścia.
W pierwszej chwili po otrzymaniu mapy jeszcze nie miałam przeczucia katastrofy, szczególnie, że od razu udało mi się połączyć ze sobą kilka fragmentów i zapowiadało się całkiem nieźle. Teren zawodów ograniczony był czterema ulicami, które znaliśmy i wydawało się, że wystarczy pójść, znaleźć, spisać i po zawodach. Był tylko jeden, drobny, na pierwszy rzut oka nie robiący problemu szkopuł. Mapa, którą otrzymaliśmy była z roku 1852. Do tego poszatkowana na drobne kawałeczki i wydrukowana na kartce dwustronnie. W mieście, które było praktycznie zrównane z ziemią chodzenie na mapę sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat jest .... jak by to powiedzieć... troszkę trudne. Autor pozaznaczał PK na budynkach, których już nie ma, niektóre ulice zmieniły nazwy, niektóre nawet przebieg - jednym słowem - mapa sobie, teren sobie. Kto zna dobrze Warszawę i interesuje się historią mógł wiedzieć, gdzie kiedyś dane obiekty się znajdowały i jakoś je znaleźć. Ja jednak Warszawy nie znam, a historii nie cierpię.
Tomek postanowił czesać teren ulica po ulicy, ale co z tego, kiedy i tak nie wiedzieliśmy czego szukamy. Ja to już nawet przestałam kombinować, co może być czym i gdzie kiedyś było, Tomek bohatersko walczył. Co jakiś czas kazał coś wpisywać do karty, potem zmieniać, a w międzyczasie robiliśmy kolejne kilometry, bo może tam, albo tam, albo gdzieś tam... Napięcie rosło. Po niedługim czasem zrobiło się nerwowo, Tomek warczał na mnie, ja na niego, oboje na autora. Przestało być zabawnie. W końcu stwierdziliśmy, że nie ma sensu i wracamy na metę. Jeszcze zaliczyliśmy lopkę, choć ja byłam gotowa iść choćby środkiem jezdni, byle szybciej zakończyć tę "zabawę". Na mecie nawet nie chciałam gadać do autora, bo musiałabym się brzydko odezwać, a lubię człowieka i wiem, że chciał dobrze. Ale zrobić dobrze, a przedobrzyć to lekka różnica. Ugruntowałam się w przekonaniu, że nie cierpię historii, bo jak tylko coś jest nią skażone, to chała z tego wychodzi. Z orientacją etap nie miał specjalnie wiele wspólnego i zdecydowanie już bardziej wolę najbardziej halucynogenne trasy Darka, niż takie.
P.S.
Fotkę sobie ukradłam ze strony Organizatorów (może nie zabiją) :-)
poniedziałek, 22 maja 2017
PoWiMnO
PoWiMnO, jak sama nazwa wskazuje, odbyło się dzień po WiMnO i na terenie (przynajmniej częściowo), na którym było WiMnO. Sprytnie to sobie organizatorzy wykoncypowali, bo nie musieli po pierwszej imprezie ściągać lampionów, tylko były gotowe na następną. Dla mnie nie miało to większego znaczenia, bo mnie można dziesięć dni pod rząd wpuścić w ten sam teren, a i tak się zgubię, ale dla tych, którzy zapamiętują każde drzewo (jak Tomek), to pełen luksus.
Mapa w pierwszej chwili przeraziła mnie, bo była ideologicznie podobna do tej z pierwszego etapu WiMnO, czyli dopasowanie wycinków z niepełną treścią. Na szczęście autorką była Barbara, a ona nie nadużywa żadnych środków. W związku z tym mapa dawała się szybko poskładać bez wchodzenia w teren i wystarczyło tylko pójść i pospisywać kody:-) Ja prowadziłam do mniej wyrafinowanych punktów, Tomek do tych wymagających większej orientacji w plątaninie ścieżek czy mnogości dołków. A najprzyjemniejsze były chwile, kiedy mogłam sobie krzyknąć:
- Tu byłam! Tu wczoraj spisywałam!
Tak, ze trzy, cztery miejsca udało mi się rozpoznać, co nie znaczy, że wiedziałam od razu jak do nich dojść bez patrzenia na mapę. A Tomek do niektórych prowadził na pamięć. No, ale tyle czasu ile na WiMnO spędził na trasie, to faktycznie mógł się zapoznać z każdym drzewem, każdym dołkiem i każdą górką.
Ledwo się na tym PoWiMnO rozkręciłam, a tu już nastąpił koniec trasy i meta. To żeby nie marnować tego mojego zapału, po zawodach pojechaliśmy jeszcze na krótki rekonesans do Rodzinnych MnO, co to już niedługo mają być i trzeba trasy sprawdzać pod kątem przejezdności wózków i rowerków:-)
Mapa w pierwszej chwili przeraziła mnie, bo była ideologicznie podobna do tej z pierwszego etapu WiMnO, czyli dopasowanie wycinków z niepełną treścią. Na szczęście autorką była Barbara, a ona nie nadużywa żadnych środków. W związku z tym mapa dawała się szybko poskładać bez wchodzenia w teren i wystarczyło tylko pójść i pospisywać kody:-) Ja prowadziłam do mniej wyrafinowanych punktów, Tomek do tych wymagających większej orientacji w plątaninie ścieżek czy mnogości dołków. A najprzyjemniejsze były chwile, kiedy mogłam sobie krzyknąć:
- Tu byłam! Tu wczoraj spisywałam!
Tak, ze trzy, cztery miejsca udało mi się rozpoznać, co nie znaczy, że wiedziałam od razu jak do nich dojść bez patrzenia na mapę. A Tomek do niektórych prowadził na pamięć. No, ale tyle czasu ile na WiMnO spędził na trasie, to faktycznie mógł się zapoznać z każdym drzewem, każdym dołkiem i każdą górką.
Ledwo się na tym PoWiMnO rozkręciłam, a tu już nastąpił koniec trasy i meta. To żeby nie marnować tego mojego zapału, po zawodach pojechaliśmy jeszcze na krótki rekonesans do Rodzinnych MnO, co to już niedługo mają być i trzeba trasy sprawdzać pod kątem przejezdności wózków i rowerków:-)
Na mecie aparatem uchwyciła nas Barbara.
niedziela, 21 maja 2017
WiMnO 2017
WiMnO-em zainaugurowaliśmy tegoroczny Tydzień Turystycznych InO, a ponieważ była to jednocześnie runda TMWiM, więc zapisałam się razem z Darkiem. Na TU oczywiście. Z organizatorami uzgodniłam, że my i Tomek (na swojej trasie) wystartujemy wcześniej niż oficjalny początek, bo wieczorem mieliśmy mieć gości, więc potrzebowałam trochę posiedzieć w kuchni.
Darek obejrzał mapę i od razu stwierdził, że łatwe. Ja tam nie byłam tego tak pewna, bo o ile punkty na mapie głównej faktycznie były banalne, to już dopasowanie wycinków banalne nie było. Szczególnie, że na mapie była tylko drożnia i przebieżność, a na wycinkach tylko warstwice i woda. Próba dopasowania pierwszego wycinka potwierdziła moje obawy. Ponieważ ukształtowanie terenu dawało się dopasować do co najmniej trzech wycinków, spróbowaliśmy więc od d..y strony czyli najpierw znaleźć lampiony, a potem powiązać je do czegoś. Znaleźliśmy trzy i dawały się dopasować do większości wycinków. W końcu Darek zadecydował, który bierzemy i jak go nazwiemy, a ja z chęcią zgodziłam się na propozycję, bo w razie wtopy byłoby na niego.
Kolejna czerwona kropka oznaczająca wycinek do dopasowania oraz wybrany przez nas wycinek nosiły już jakieś znamiona prawdopodobieństwa, aczkolwiek stuprocentowej pewności na wszelki wypadek nie mieliśmy. Kolejne dwie kropki wzięliśmy na czuja, a raczej na akt desperacji, bo coś trzeba było brać. Za to następna była jedyną, gdzie byliśmy w stu procentach pewni gdzie jesteśmy i co bierzemy. Znacząco podniosło nam to morale i raźno pomaszerowaliśmy dalej.
Nic nam to oczywiście nie dało, bo morale nie przełożyło się nagle na zdolność dopasowywania wycinków i w efekcie trasa się skończyła, a nam wciąż brakowało jednego PK, a te co mieliśmy w większości były mocno abstrakcyjne. Potem jeszcze z sufitu, a właściwie z chmur (biorąc pod uwagę okoliczności przyrody) wzięliśmy azymut i odległość związane z punktami, których nie udało nam się jednoznacznie zlokalizować i już mogliśmy oddać kartę startową. Na mecie usiłowaliśmy przekonać autora trasy, że z lekka przegiął i w końcu powinien odstawić te swoje środki halucynogenne, które zażywa przy produkcji map, on z kolei usiłował przekonać nas, że wcale mapa taka trudna nie była. Najgorsze było to, że kolejny etap znowu był jego autorstwa.
Mapa składała się z dwóch kropli wody częściowo nachodzących na siebie, przy czym jedna kropla zawierała drożnię, druga to, co mokre. Do tego jeszcze na kroplach były dwa "odblaski", które pozamieniały się miejscami. Od razu wyjęliśmy nożyczki i taśmę klejąca, bo skoro krople się trochę pokrywały, to była nadzieja, że chociaż kawałek terenu będziemy mieli kompletny. Ja wymiękłam już przy sklejaniu mapy, bo za nic nie udawało mi się dokładnie złożyć tych dwóch kawałków, a do tego zapomniałam o zamienionych odblaskach. Poddałam się i czekałam aż Darek poskłada swoją mapę i przeprowadzi nas przez etap. Myślami byłam już dawno w kuchni i bardziej interesowało mnie jakie zakupy muszę zrobić w drodze powrotnej do domu, a nie jakie PK znaleźć.
Akurat początek trasy był łatwy i nie wymagał dużych mocy przerobowych mózgu, mogłam więc myśleć dwutorowo - o planowanych na imprezę potrawach oraz jak dojść do PK L, P, K i O. Jeszcze w drodze na J byłam czujna, ale kiedy przegapiliśmy go i zawędrowaliśmy do B, czyli praktycznie w okolice mety, przestałam sobie zawracać głowę trasą i szłam za Darkiem wierząc w jego zdolności orientalistyczne.
Gdzieś koło PK G spotkaliśmy Chrumkającą Ciemność i przypadkiem sprzedaliśmy im informację, że nie trzeba zbierać wszystkich punktów, bo są nadmiarowe. A tak pięknie mogliśmy załatwić konkurencję... Zebraliby wszystko i mieliby punkty mylne... Razem poszliśmy na E, a w okolicach PK S dołączył jeszcze Sławek. Zgromadzona silna grupa nawet się przydała przy czesaniu dołków przy S, bo było ich zatrzęsienie. W sumie każdy zespół mógł sobie wybrać dowolny. Nawet nie wiem co wzięły obie konkurencje, ale dla nas Darek wybrał ten właściwy. Potem każdy już poszedł w swoją stronę. My potrzebowaliśmy wziąć jeszcze tylko dwa PK przy samej mecie, więc nie szukając już niczego po drodze, usiłowaliśmy przedrzeć się przez jeziorka i bagna w pobliże mety. Ja zaczęłam wymiękać fizycznie. Mój kręgosłup ogłosił strajk i najchętniej zwinęłabym się w kłębek i została pod dowolnym krzaczkiem. Jedyną motywacją do dalszego marszu były chmary komarów, które obsiadały człowieka przy każdym zatrzymaniu się. Nic nie pomagało psikanie się chemią - wygłodniałe bestie były mocno zdesperowane i jedynym ratunkiem był szybki marsz.
Na mecie okazało się, że Tomka jeszcze nie ma, a wszystkie zegarki zgodnie wołały;
- Czas do garów! Czas do garów!
Poganiałam więc Tomka telefonicznie i dzięki temu miał potem wytłumaczenie na swoje błędy na trasie, że żona go zdekoncentrowała:-)
Czekam na wyniki. Szczególnie ciekawa jestem etapu pierwszego - czy inni też mieli takie problemy jak my, czy to tylko był nasz słabszy dzień.
Halo! Organizatorzy! Czekam na wyniki!
Darek obejrzał mapę i od razu stwierdził, że łatwe. Ja tam nie byłam tego tak pewna, bo o ile punkty na mapie głównej faktycznie były banalne, to już dopasowanie wycinków banalne nie było. Szczególnie, że na mapie była tylko drożnia i przebieżność, a na wycinkach tylko warstwice i woda. Próba dopasowania pierwszego wycinka potwierdziła moje obawy. Ponieważ ukształtowanie terenu dawało się dopasować do co najmniej trzech wycinków, spróbowaliśmy więc od d..y strony czyli najpierw znaleźć lampiony, a potem powiązać je do czegoś. Znaleźliśmy trzy i dawały się dopasować do większości wycinków. W końcu Darek zadecydował, który bierzemy i jak go nazwiemy, a ja z chęcią zgodziłam się na propozycję, bo w razie wtopy byłoby na niego.
Kolejna czerwona kropka oznaczająca wycinek do dopasowania oraz wybrany przez nas wycinek nosiły już jakieś znamiona prawdopodobieństwa, aczkolwiek stuprocentowej pewności na wszelki wypadek nie mieliśmy. Kolejne dwie kropki wzięliśmy na czuja, a raczej na akt desperacji, bo coś trzeba było brać. Za to następna była jedyną, gdzie byliśmy w stu procentach pewni gdzie jesteśmy i co bierzemy. Znacząco podniosło nam to morale i raźno pomaszerowaliśmy dalej.
Nic nam to oczywiście nie dało, bo morale nie przełożyło się nagle na zdolność dopasowywania wycinków i w efekcie trasa się skończyła, a nam wciąż brakowało jednego PK, a te co mieliśmy w większości były mocno abstrakcyjne. Potem jeszcze z sufitu, a właściwie z chmur (biorąc pod uwagę okoliczności przyrody) wzięliśmy azymut i odległość związane z punktami, których nie udało nam się jednoznacznie zlokalizować i już mogliśmy oddać kartę startową. Na mecie usiłowaliśmy przekonać autora trasy, że z lekka przegiął i w końcu powinien odstawić te swoje środki halucynogenne, które zażywa przy produkcji map, on z kolei usiłował przekonać nas, że wcale mapa taka trudna nie była. Najgorsze było to, że kolejny etap znowu był jego autorstwa.Mapa składała się z dwóch kropli wody częściowo nachodzących na siebie, przy czym jedna kropla zawierała drożnię, druga to, co mokre. Do tego jeszcze na kroplach były dwa "odblaski", które pozamieniały się miejscami. Od razu wyjęliśmy nożyczki i taśmę klejąca, bo skoro krople się trochę pokrywały, to była nadzieja, że chociaż kawałek terenu będziemy mieli kompletny. Ja wymiękłam już przy sklejaniu mapy, bo za nic nie udawało mi się dokładnie złożyć tych dwóch kawałków, a do tego zapomniałam o zamienionych odblaskach. Poddałam się i czekałam aż Darek poskłada swoją mapę i przeprowadzi nas przez etap. Myślami byłam już dawno w kuchni i bardziej interesowało mnie jakie zakupy muszę zrobić w drodze powrotnej do domu, a nie jakie PK znaleźć.
Akurat początek trasy był łatwy i nie wymagał dużych mocy przerobowych mózgu, mogłam więc myśleć dwutorowo - o planowanych na imprezę potrawach oraz jak dojść do PK L, P, K i O. Jeszcze w drodze na J byłam czujna, ale kiedy przegapiliśmy go i zawędrowaliśmy do B, czyli praktycznie w okolice mety, przestałam sobie zawracać głowę trasą i szłam za Darkiem wierząc w jego zdolności orientalistyczne.
Gdzieś koło PK G spotkaliśmy Chrumkającą Ciemność i przypadkiem sprzedaliśmy im informację, że nie trzeba zbierać wszystkich punktów, bo są nadmiarowe. A tak pięknie mogliśmy załatwić konkurencję... Zebraliby wszystko i mieliby punkty mylne... Razem poszliśmy na E, a w okolicach PK S dołączył jeszcze Sławek. Zgromadzona silna grupa nawet się przydała przy czesaniu dołków przy S, bo było ich zatrzęsienie. W sumie każdy zespół mógł sobie wybrać dowolny. Nawet nie wiem co wzięły obie konkurencje, ale dla nas Darek wybrał ten właściwy. Potem każdy już poszedł w swoją stronę. My potrzebowaliśmy wziąć jeszcze tylko dwa PK przy samej mecie, więc nie szukając już niczego po drodze, usiłowaliśmy przedrzeć się przez jeziorka i bagna w pobliże mety. Ja zaczęłam wymiękać fizycznie. Mój kręgosłup ogłosił strajk i najchętniej zwinęłabym się w kłębek i została pod dowolnym krzaczkiem. Jedyną motywacją do dalszego marszu były chmary komarów, które obsiadały człowieka przy każdym zatrzymaniu się. Nic nie pomagało psikanie się chemią - wygłodniałe bestie były mocno zdesperowane i jedynym ratunkiem był szybki marsz.
Na mecie okazało się, że Tomka jeszcze nie ma, a wszystkie zegarki zgodnie wołały;
- Czas do garów! Czas do garów!
Poganiałam więc Tomka telefonicznie i dzięki temu miał potem wytłumaczenie na swoje błędy na trasie, że żona go zdekoncentrowała:-)
Czekam na wyniki. Szczególnie ciekawa jestem etapu pierwszego - czy inni też mieli takie problemy jak my, czy to tylko był nasz słabszy dzień.
Halo! Organizatorzy! Czekam na wyniki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



