Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ponurzyca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ponurzyca. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2026

Middle w Ponurzycy

Dzień po sztafetach wróciliśmy do Ponurzycy na Mistrzostwa Mazowsza w średniodystansowym BnO. Dystans miał już być krótszy, ale za to dojście na start dużo dłuższe. Pogoda bez zmian. Obawiałam się, że już samo dojście wyczerpie moje zasoby sił, ale o dziwo nie było tak źle. No i przede wszystkim nie było już presji, że muszę, bo pracuję na wynik dwóch osób, tylko jak spieprzę, to sama sobie.
 
W drodze na start.

Startowaliśmy z Tomkiem w odstępie minuty, więc razem byliśmy w boksach startowych. Ja ruszyłam minutę wcześniej.
 
Przed wejściem do boksów.
 
Na pierwszy punkt pobiegłam za innymi zawodnikami, ale z pełną świadomością, że na końcu pierwszego żółtego na mapie będę musiała odbić w krzaki, żeby dostać się do drugiego żółtego. Poszło gładko. Do dwójki po kresce, a paśnik, na którym był punkt, widoczny był z daleka. Też łatwizna. Trójka i czwórka po kreskach, ale coraz wolniej, bo do mety daleko, a sił niewiele, więc nie można było się przemęczać.
Piątkę zaszłam od dupy strony, bo to co miało być ścieżką, było nieistniejące, a to co miało być przebieżnym lasem między gęstwinkami, okazało się być ścieżką. Tym sposobem nie wstrzeliłam się gdzie trzeba i doszłam aż do drogi. Dużo tam tego błądzenia nie było, ale zawsze to trochę sił i energii zmarnowane niepotrzebnie. Za to szóstka i siódemka poszły dobrze. 
Po siódemce już się trochę słaniałam na nogach, a to dopiero była połowa trasy. Ledwo dowlekłam się do charakterystycznych płotów, bo było pod górę, a potem chciałam wygodnie na ósemkę pójść ścieżką, ale ścieżka cóż - okazała się wyrobem ścieżkomałopodobnym z różnymi utrudnieniami na jej przebiegu. Jakoś przedarłam się do tej ósemki, ale pomocna to ta ścieżka raczej nie była. 
Po ósemce kawałek szłam po kresce, a potem moje myśli odpłynęły do tematów nie związanych z zawodami, lasem, mapą, kompasem i tak sobie po prostu szłam przed siebie.  Dopiero kiedy doszłam do lampionu i okazało się, że to wcale nie mój, powróciłam do rzeczywistości. Na szczęście w pobliżu było duże skrzyżowanie, z którego mogłam namierzyć się właściwie. I nie uwierzycie - to było to samo skrzyżowanie, na które dzień wcześniej wyszłam idąc w złym kierunku z siódemki. Coś mnie ewidentnie do niego przyciągało - dzień po dniu.
 
Magnetyczne przyciąganie?
 
Na skrzyżowaniu w pobliżu dziesiątki organizatorzy zostawili butelki z wodą dla wysuszonych orientalistów, ale ja miałam własną wodę i tylko patrzyłam jak inni piją. Patrzyłam i tak się zapatrzyłam, że ruszyłam złą ścieżką. Na szczęście szybko się zorientowałam. Z pozostałych punktów pamiętam tylko narastające zmęczenie, które (o dziwo) nie powodowało trudności w nawigacji. Powolutku, krok za krokiem, ale wszędzie trafiałam niemal po kresce. Na samą metę ciut się spięłam i dotruchtałam do niej, choć ten trucht to taki wolniejszy był od chodzenia chyba.
 
Upragniona meta.

Po biegu zostaliśmy w bazie, bo Tomek wygrał w swojej kategorii i chciał odebrać dyplom. Ja niby zajęłam trzecie miejsce, ale na trzy startujące, więc niespecjalnie mi zależało. No, ale dawali, to brałam.
 
Dyplomy i my.
 
 
Mój przebieg (przechód?)
 

piątek, 19 września 2025

Mistrzostwa Mazowsza w Ponurzycy - dzień drugi, gdzie trup na mecie ściele się gęsto.

Drugi dzień mistrzostw zapowiadał się jeszcze ciężej, bo trasę miałam dłuższą, a tu już nogi zmęczone po sobotnim bieganiu. Baza w tym samym miejscu, ale za to dojścia na start więcej, bo aż 1,5 kilometra. Tym razem Tomek startował jako pierwszy, ja niemal godzinę po nim.
 
Tomek rusza na swój start.

Po sobotnim bieganiu znałam już specyfikę terenu, więc w las ruszyłam bez obaw. Jedynkę, dwójkę i trójkę wzięłam po kresce, a gdzieś na początku trasy natrafiłam na fotoreporterkę i załapałam się na fotkę. I dobrze, bo tym razem nie mogłam liczyć na Tomka.

Gdzieś w lesie.

Między startem a trójką teren był urozmaicony, czyli góra, dół, krzaki, większe krzaki i temu podobne atrakcje, więc po chwili byłam już zmęczona, choć niemal nie biegałam. A tu trzeba było jakoś dotrwać do piętnastego punku i mety. Odległości między punktami też większe niż poprzedniego dnia. Kiedy ruszyłam na czwórkę jakoś strasznie mi się dłużyło i punktu zaczęłam szukać dużo za wcześnie. Oczywiście nie znalazłam, wycofałam się do ścieżki (zupełnie nie wiem po co) po czym z powrotem ruszyłam azymutem w stronę czwórki.  Tym razem szłam, szłam, aż doszłam. Do punktu doszłam.
 
PK 4 z przygodami.

 PK 5, 6 i 7 poszły dobrze, szczególnie że dużo dało się pobiec (pójść) drogami i ścieżkami. Do ósemki trafiłam bezbłędnie, choć mam wątpliwości czy na pewno wybrałam lepszy wariant, bo może lepiej było zajść ją od południa niż od północy.
Sił miałam coraz mniej, a w głowie wciąż mi brzęczało, że trasa dłuższa niż zwykle, więc trzeba mądrze gospodarować ich zapasem. Starałam się więc wybierać warianty drogowe, a tempo trzymać umiarkowane. Na szczęście nawigacyjnie szło dobrze i poza czwórką więcej już żadnych problemów nie miałam, czy raczej więcej problemów sobie nie stworzyłam. Na mecie czekał na mnie Tomek i kibicował.

Ostatnie metry.

Za linią mety znajdowała się strefa zwłok, do której ochoczo dołączyłam, choć może nie w tak malowniczej pozie jak moje konkurentki.

To był ciążki etap.

Tym razem zostaliśmy na zakończenie imprezy, bo Tomek tak się sprężył, że zajął trzecie miejsce w swojej kategorii, więc przynależał mu się medal. Dostał też fajnego buffa - przyda mi się, a medal może sobie zostawić:-) Rzodkiewki do wspólnej konsumpcji.

Oprócz medali bukiet rzodkiewek dla każdego.

A to cała trasa:

wtorek, 16 września 2025

Mistrzostwa Mazowsza na dystansie średnim z psem Pawłowa na końcówce.

I znowu trafiła mi się długa przerwa od InO, bo to albo nikt nic nie organizował, albo musiałam wybierać między kilkoma równie atrakcyjnymi aktywnościami i orientacja przegrywała (ale z bólem w sercu). W końcu zgrała się i impreza i czas i zapisałam się na dwudniowe Mistrzostwa Mazowsza. Zapowiadało się nieco ponuro, bo biegać mieliśmy w Ponurzycy, ale postanowiłam nie brać tego za zły omen.
Start był przewidziany na ludzką godzinę i nawet można było się wyspać i na spokojnie dojechać, bo trochę daleko od nas. Konkurencji miałam na tyle dużo, że o medalu za sam udział mogłam zapomnieć, a za dokonania nie za bardzo miałam szansę, bo dziewczyny mają jednak lepszą kondycję niż ja.
Do startu trzeba było podejść jakieś 600 metrów i to akurat był dobry dystans, żeby się trochę rozruszać, a nie zmęczyć. Rozgrzewki to już od dawna nie robię, bo u mnie albo rozgrzewka, albo zawody - na oba sił nie starcza:-) Dodatkowo akurat w sobotę jakaś taka niedorobiona byłam i już samo życie wymagało ode mnie nadludzkiego wysiłku.
 
W drodze na start.

W oczekiwaniu na start trochę odbija.


Ruszam w las.

Do pierwszych dwóch punktów można było większość trasy pokonać ścieżkami, ale ja oczywiście nie zhańbiłam się pójściem na łatwiznę, tylko poleciałam azymutem. Ścieżki są dla cieniasów, a że ci cieniasi dotarli do punktów szybciej niż ja, to już inna sprawa. Na szczęście nie miałam żadnych problemów z trafieniem, więc z pełnym samozadowoleniem pognałam dalej, o ile pognaniem można było nazwać przedzieranie się do trójki stojącej w podmokłych krzaczorach. To znaczy tej podmokłości na żywo nie widziałam, ale na mapie była. Między trójką a czwórką były płoty, więc azymut nie wchodził w rachubę i tym sposobem wreszcie skorzystałam ze ścieżek. Chociaż w sumie to akurat ścieżka  w pobliżu czwórki była taka bardziej teoretyczna i raczej spowalniała niż dawała pobiegać. 
Do piątki wydawało mi się, że biegnę leśną drogą, ale na mapie nic takiego nie było zaznaczone, więc albo faktycznie mi się wydawało, albo to jakaś droga-widmo. W okolicach piątki spotkałam Tomka, więc pomachaliśmy sobie i rozbiegliśmy się do swoich punktów.

Okolice PK 5.

Szóstka i siódemka weszły bezboleśnie, za to ósemka była w takiej gęstwinie, że obawiałam się, czy uda mi się ją namierzyć. Tutaj znowu spotkałam Tomka i miałam nadzieję, że szukamy tego samego punktu, ale nie. Za to chwila zatrzymania się dobrze podziałała, bo kiedy się rozejrzałam gdzie iść dalej, zobaczyłam lampion. Pewnie gdyby nie to spotkanie, to przeszłabym obok niego nie zauważając go. 
Dziewiątki troszkę się bałam, bo do znalezienia był krótki rowek pośrodku lasu, bez żadnego ukształtowania terenu - dookoła  płasko i przebieżnie. Ale spoko, po drugim rzucie oka na mapę zobaczyłam, że obok jest skrzyżowanie i jednak jest się z czego precyzyjnie namierzyć. Dziesiątka była bliziutko, do jedenastki na azymut, a do dwunastki dokładnie po kresce. Końcówka - blisko i łatwo, ale ponieważ przez całą trasę nawigacyjnie szło mi dobrze, to chociaż na sam koniec musiałam zrobić jakąś głupotę. Wiedziałam, że czternastka (ostatni punkt) musi być przy początku wytaśmowanego dobiegu, ale jednak kiedy zobaczyłam w lesie jakiś lampion na prawo od azymutu, to odruchowo skręciłam i pobiegłam do niego. Normalnie jak pies Pawłowa: widzę lampion - biegnę do niego. Już biegnąc wiedziałam, że źle robię, ale nie potrafiłam przestać. Dodatkowo na drodze prowadzącej do czternastki widziałam dwie konkurentki, które startowały po mnie, a teraz jeszcze zwiększały swoją przewagę. 
Taki kiks na koniec.
 
Na metę nawet nie starałam się wpaść efektownym sprintem, a mimo to zaraz za nią padłam i myślałam, że już nigdy nie wstanę. Normalnie z każdym rokiem jakieś trudniejsze to bieganie. Moze trzeba buty zmienić, albo co? 
 
Na mecie tuż za Dorotką.
 
A to cała moja trasa: