Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg średniodystansowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg średniodystansowy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2025

Mistrzostwa Mazowsza na dystansie średnim z psem Pawłowa na końcówce.

I znowu trafiła mi się długa przerwa od InO, bo to albo nikt nic nie organizował, albo musiałam wybierać między kilkoma równie atrakcyjnymi aktywnościami i orientacja przegrywała (ale z bólem w sercu). W końcu zgrała się i impreza i czas i zapisałam się na dwudniowe Mistrzostwa Mazowsza. Zapowiadało się nieco ponuro, bo biegać mieliśmy w Ponurzycy, ale postanowiłam nie brać tego za zły omen.
Start był przewidziany na ludzką godzinę i nawet można było się wyspać i na spokojnie dojechać, bo trochę daleko od nas. Konkurencji miałam na tyle dużo, że o medalu za sam udział mogłam zapomnieć, a za dokonania nie za bardzo miałam szansę, bo dziewczyny mają jednak lepszą kondycję niż ja.
Do startu trzeba było podejść jakieś 600 metrów i to akurat był dobry dystans, żeby się trochę rozruszać, a nie zmęczyć. Rozgrzewki to już od dawna nie robię, bo u mnie albo rozgrzewka, albo zawody - na oba sił nie starcza:-) Dodatkowo akurat w sobotę jakaś taka niedorobiona byłam i już samo życie wymagało ode mnie nadludzkiego wysiłku.
 
W drodze na start.

W oczekiwaniu na start trochę odbija.


Ruszam w las.

Do pierwszych dwóch punktów można było większość trasy pokonać ścieżkami, ale ja oczywiście nie zhańbiłam się pójściem na łatwiznę, tylko poleciałam azymutem. Ścieżki są dla cieniasów, a że ci cieniasi dotarli do punktów szybciej niż ja, to już inna sprawa. Na szczęście nie miałam żadnych problemów z trafieniem, więc z pełnym samozadowoleniem pognałam dalej, o ile pognaniem można było nazwać przedzieranie się do trójki stojącej w podmokłych krzaczorach. To znaczy tej podmokłości na żywo nie widziałam, ale na mapie była. Między trójką a czwórką były płoty, więc azymut nie wchodził w rachubę i tym sposobem wreszcie skorzystałam ze ścieżek. Chociaż w sumie to akurat ścieżka  w pobliżu czwórki była taka bardziej teoretyczna i raczej spowalniała niż dawała pobiegać. 
Do piątki wydawało mi się, że biegnę leśną drogą, ale na mapie nic takiego nie było zaznaczone, więc albo faktycznie mi się wydawało, albo to jakaś droga-widmo. W okolicach piątki spotkałam Tomka, więc pomachaliśmy sobie i rozbiegliśmy się do swoich punktów.

Okolice PK 5.

Szóstka i siódemka weszły bezboleśnie, za to ósemka była w takiej gęstwinie, że obawiałam się, czy uda mi się ją namierzyć. Tutaj znowu spotkałam Tomka i miałam nadzieję, że szukamy tego samego punktu, ale nie. Za to chwila zatrzymania się dobrze podziałała, bo kiedy się rozejrzałam gdzie iść dalej, zobaczyłam lampion. Pewnie gdyby nie to spotkanie, to przeszłabym obok niego nie zauważając go. 
Dziewiątki troszkę się bałam, bo do znalezienia był krótki rowek pośrodku lasu, bez żadnego ukształtowania terenu - dookoła  płasko i przebieżnie. Ale spoko, po drugim rzucie oka na mapę zobaczyłam, że obok jest skrzyżowanie i jednak jest się z czego precyzyjnie namierzyć. Dziesiątka była bliziutko, do jedenastki na azymut, a do dwunastki dokładnie po kresce. Końcówka - blisko i łatwo, ale ponieważ przez całą trasę nawigacyjnie szło mi dobrze, to chociaż na sam koniec musiałam zrobić jakąś głupotę. Wiedziałam, że czternastka (ostatni punkt) musi być przy początku wytaśmowanego dobiegu, ale jednak kiedy zobaczyłam w lesie jakiś lampion na prawo od azymutu, to odruchowo skręciłam i pobiegłam do niego. Normalnie jak pies Pawłowa: widzę lampion - biegnę do niego. Już biegnąc wiedziałam, że źle robię, ale nie potrafiłam przestać. Dodatkowo na drodze prowadzącej do czternastki widziałam dwie konkurentki, które startowały po mnie, a teraz jeszcze zwiększały swoją przewagę. 
Taki kiks na koniec.
 
Na metę nawet nie starałam się wpaść efektownym sprintem, a mimo to zaraz za nią padłam i myślałam, że już nigdy nie wstanę. Normalnie z każdym rokiem jakieś trudniejsze to bieganie. Moze trzeba buty zmienić, albo co? 
 
Na mecie tuż za Dorotką.
 
A to cała moja trasa:


 

wtorek, 20 września 2022

A na middlu obciach.

Po nocnym sprincie pojechaliśmy do domu przespać się i rano wróciliśmy na ciąg dalszy zawodów. Starty miały się zacząć od jedenastej, ale oczywiście dotarliśmy godzinę wcześniej, bo to nigdy nic nie wiadomo czy coś po drodze nie zatrzyma, więc lepiej być za wcześnie niż za późno. Poza tym do samego startu trzeba było kawałek podejść. Ja startowałam już w drugiej minucie, ale Tomek aż półtorej godziny po mnie. Czyli zapowiadał się praktycznie cały dzień w lesie. No dobra, większość na polanie, ale przy panującej jesiennej aurze wolałabym ten czas spędzić gdzieś w pobliżu ciepłego łóżeczka.
 
A tak sobie łazimy w wolnym czasie.
 
Tym razem miałam więcej konkurencji, bo na liście startowej widniało aż 5 nazwisk. Jak się potem okazało mniejsza połowa nie dotarła na start:-(
Dojście na start okazało się zmałpowane z jednego etapu Wawel Cup, czyli na przełaj przez las, przez krzaki, bez śladu choćby wątłej ścieżynki. Bardziej ogarnięci oczywiście poszli drogą (wcale nie nadkładając), ale my jako praworządni obywatele ruszyliśmy za wstążeczkami.
 
Dojście na start

Tak dawno nie trenowałam orientowania się w lesie, że miałam trochę obaw i jak się okazało słusznie. Zgubiłam się już przed pierwszym punktem. Do lampionu startowego pobiegłam za innymi, a potem zgłupiałam. Nie wiem jak patrzyłam na mapę, ale nagle przestały mi się zgadzać kierunki ścieżek i w końcu w akcie desperacji pobiegłam jakoś tak "mniej więcej". Po jakimś czasie (i obejrzeniu lampionu z innej trasy) zaczęłam trochę myśleć i mniej więcej umiejscowiłam się na mapie. Ja nawet wiedziałam, że mój punkt jest nie tam, gdzie szukam, tylko niżej, za paskiem zielonego, ale jakoś nie nie potrafiłam zejść z obranego kursu. Coś mi się zacięło. Znalazłam kolejny lampion nie z mojej trasy i w końcu dotarłam do etapu: trzeba kogoś spytać, gdzie jestem. Oczywiście byłam tam, gdzie wiedziałam, że jestem i gdzie nie powinno mnie być, ale wciąż miałam opory przed zejściem z górki. No to żeby nie schodzić, zawróciłam i szłam tym samym wektorem, tylko z innym zwrotem.  Wreszcie natknęłam się na kogoś biegnącego na mój punkt i podłączyłam się do poszukiwać.
 
Gdzie jest PK 1?
 
Po tej bolesnej jedynce, kiedy brutalnie zostałam odarta ze złudzeń o zwycięstwie, skupiłam się na mapie i kompasie i do dwójki, a potem trójki dotarłam bez większych problemów. Niestety, moja radość była przedwczesna, bo chwila dekoncentracji i już nie mogłam trafić na czwórkę. Zniosło mnie za bardzo na południe i zamiast rozejrzeć się dookoła i ustalić charakterystyczne miejsca (a były), ja kręciłam się jak pies za własnym ogonem, z równą co on skutecznością. Znowu potrzeba mi była pomoc z zewnątrz:-( Fakt, że i ja w międzyczasie sama pomogłam innym zawodnikom jakoś wcale nie podniósł mnie na duchu. 
 
Na czwórkę nie pykło:-(
 
Piątkę, szóstkę i siódemkę namierzyłam bardzo mniej więcej i do lampionów trafiałam głównie za ludźmi. Szczególnie pomocny był zawodnik z męskiej, zbliżonej wiekiem kategorii, które niektóre fragmenty trasy miał identyczne jak ja. 
Ósemka i dziewiątka poszły nieźle, ale już przy kolejnych trzech punktach musiałam trochę poczesać okolice. Coś mi wybitnie nie szło i w ogóle straciłam ducha walki. O dziwo, na trzynastkę wyszłam idealnie, a do ostatniego punkty waliły już tłumy, więc wystarczyło tylko się ich trzymać.
Tomek na mecie już tracił nadzieję, że kiedykolwiek wyjdę z lasu i pewnie zaczynał myśleć, że coś mnie zjadło. Jednak wyszłam, a nawet wybiegłam. Co prawda z haniebnym czasem, ale przynajmniej ze wszystkimi punktami. Dobre i to.
 
Przynajmniej metę znalazłam bez problemu :-)
 
Mimo, że tak długo zajęło mi pokonanie mojej trasy, do startu Tomka wciąż była spora chwila. Odprowadziłam go na start, wróciłam sobie spacerkiem, a potem dłuuugo relaksowałam się w samochodzie. Szkoda tylko, że nie wzięłam żadnej książki, czy krzyżówki, bo nawet internetów tam nie było, nie mówiąc o innych rozrywkach. Tak się relaksowałam i relaksowałam, że przegapiłam powrót Tomka i nie zdążyłam powitać go na mecie. Jakoś za szybko wrócił.
Po tych kilku godzinach marznięcia, niewygody i nudy miałam tak dość, że stanowczo odmówiłam czekania na dekorację, mimo, że za sprint czekały mnie jakieś zaszczyty.  Tak w sumie to po tym nieszczęsnym middlu wstydziłam się ludziom na oczy pokazywać i wolałam umknąć do domu.